Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/047

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kawe spojrzenia na zgromadzonych. W tłumie ludzi niższych stanów dostrzegła kilka postaci zakapturzonych, unikających, tak samo, jak ona, zetknięcia się z motłochem.
Niewidzialne ręce odsunęły przed nią ciężką kotarę, odkrywając duży dziedziniec, otoczony ze wszystkich stron wspaniałemi kolumnami z białego marmuru.
Kiedy Tullia weszła do przybytku proroka, powiały na nią tak mocne odurzające wonie, że poniosła instynktowym ruchem koniec płaszcza do ust, broniąc się przed uduszeniem. Różowe, drżące, migotliwe światło zalewało salę, pokrywając filary, kwiaty i sprzęty, jakby tkaniną przejrzystą.
Dość długo trwało, zanim płuca Tullii przywykły do gęstego powietrza, a oczy jej do mroków tajemniczych. Gdy ochłonęła z pierwszego wrażenia, spostrzegła w głębi szkarłatną zasłonę, a przed nią ołtarz, na którym tlał słaby ogień, wyrzucający od czasu do czasu krwawe iskry.
Chciała się posunąć ku środkowi dziedzińca, ale ją astrolog powstrzymał.
— Bóg Glykon nie znosi blizkości śmiertelnika — odezwał się szeptem, z uśmiechem sarkastycznym na ustach i wskazał Tullii sofę, znajdującą się przy drzwiach.
Oparłszy, się plecami o filar, skrzyżował ramiona na piersiach i patrzył w głąb sali drwiącemi oczyma kuglarza, którego bawią sztuki innego oszusta.
Dziedziniec zalegało milczenie, z którem zlewał się jednostajny szum fontanny, bijącej w pośród klombu kwiatów egzotycznych. Powietrze, przesy-