Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/036

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ty przynosisz mi wieść o Tusneldzie? — zapytał.
— Przynoszę ci miłość tak gorącą, o jakiej nie śpiewają pieśniarze twoich chłodnych lasów — odpowiedziała nieznajoma, kładąc ręce na jego ramionach.
On patrzał na zakapturzoną kobietę zdumiony, nie domyślając się w pierwszej chwili znaczenia jej słów. Twarzy jej nie widział. Czuł tylko oddech, który wiał na niego żarem z pod zasłony.
— Dziwi cię moja miłość — mówiła nieznajoma głosem stłumionym, przysuwając się do niego tak blizko, że dotykała już czołem jego piersi. — Nie po raz pierwszy podziwiam twoją postać bohatera z głową złotopiórego orła. Znam dzieje twojego serca.
Teraz zrozumiał. Miał przed sobą jednę z owych namiętnych Rzymianek, które rzucały dumę i obowiązki pod stopy uciech zmysłowych. Wiedział doskonale, co panie świata, kochały w barbarzyńcach.
— Jeśli znasz dzieje mojego serca — wyrzekł, uwalniając się z objęć nieznajomej — to wiesz także, że w tem sercu niema miejsca na zdradę! Miłość bywa tylko jedna.
— Miłości narzeczonego i męża nie pragnę od ciebie. Na kochanka stworzył cię Amor.
— Zbyt uczona to dla mnie różnica. Do barbarzyńcy mówisz.
— Sam Jowisz potwierdza słowa moje. I on nie jednę tylko Junonę miłuje.
— Ten Jowisz wiarołomny skona niebawem.