Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/022

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ułożywszy się na poduszkach obok Mucyi, dała znak tragarzom do pochodu. Przodem pobiegli laufrowie z pochodniami, wrzeszcząc na cale gardło:
— Miejsce dla przesławnej Tullii Kornellii[1]!
Nie wiele wrzask chłopców pomagał, na drodze bowiem rozpoczął się już ruch nocny. Co chwila spychał jakiś wóz, naładowany towarami, orszak Tullii na stronę.
Serwiusz i Publiusz postępowali z obu stron lektyki tuż obok głów pań, zająwszy miejsce wywoływaczów. Nieskorzy do rozmowy, szli w milczeniu.
Ale nie tego chciała Tullia.
— Sądziłam, że wojna czyni obojętnym na śmierć — zaczęła, zwracając się do Publiusza.
— Rzemiosło żołnierza bywa na polu bitwy okrutne — odpowiedział trybun — z czego jednak nie wynika, żeby miało odbierać wiarę w świat pozagrobowy. I nasi przodkowie zabijali i ginęli, a mimo to składali cieniom zmarłych ofiary częściej i chętniej, niż się to dziś dzieje. Czy piękna Tullia odwiedza groby Korneliów w każdą rocznicę śmierci?
Zaskoczona pytaniem, którego się nie spodziewała, Tullia nie wiedziała w pierwszej chwili, co odpowiedzieć. Krępowała ją obecność Mucyi.
— Stryjenka szanuje cienie naszych wspólnych przodków — odparła za nią Mucya, spostrzegłszy zakłopotanie prokonsulowej.
Niezadowolona z takiego obrotu rozmowy, podniosła Tullia oczy na Serwiusza.

— Mówił mi pretor Pomponiusz — wyrzekła — że zajął się gorliwie twoją sprawą, której sprzyjają

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – Kornelii.