Strona:PL Teodor Jeske-Choiński-Gasnące słońce Tom II.djvu/011

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


cności bezkarnie ze wszystkiego, co ona czcić i szanować chciała.
Co pierwsi nauczyciele rozpoczęli, to snuli dalej retorowie i filozofowie. Szyderstwo tylko słyszała dorastająca dziewczyna z ust swoich wychowawców. Wiarę ojców nazywali mędrcy zabobonem gminu, cnotę niewieścią i obywatelską — zabytkiem z czasów barbarzyńskich.
A gdy na nią włożono dłuższą suknię i pozwolono jej brać udział w igrzyskach i biesiadach, wówczas widziała naokoło siebie tylko odwrotną stronę tego, co dostrzedz pragnęła. W teatrach zarzucano wieńcami Marullów i Parysów, przy obiadach nie zachowywano względów, należnych przyszłej żonie i matce, w salach przyjęć rozmawiano jak w domach heter. Z książek, które jej podawano, z elegii i powieści greckich i ich kopii rzymskich, buchała rozpusta, obnażająca się bezwstydnie.
Całe otoczenie — rodzice, nauczyciele, zabawy, biesiady, zebrania towarzyskie — cały, słowem, Rzym Antoninów usiłował wyssać z krwi Mucyi miłość do dawnych cnót i obyczajów, które odżyły w niej, świeże i czyste, jakby epoki Marka Aureliusza nie oddzielały od pierwszych konsulów szaleństwa cezarów, szyderstwa poetów i bluźnierstwa filozofów.
Ale daremnie wciskał się do duszy Mucyi czas nowy wszystkiemi szczelinami. Patrycyuszka drewnianego Rzymu odtrąciła od siebie zatrute owoce, któremi marmurowa, złota stolica świata karmiła swoje dzieci rozpieszczone...
Czując się obcą w epoce, w której los wyznaczył dla niej miejsce nieproszone, wycofała się Mucya