Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Anastazya.djvu/044

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została skorygowana.


Patrzaj, jako śnieg po górach się bieli,
Wiatry z północy wstają,
Jeziora się ścinają,
Żórawie, czując zimę, precz lecieli...
Po chwili wiosna przyjdzie,
Ten śnieg znienagła zyjdzie,
A ziemia, skoro słońce ją zagrzeje,
W rozliczne barwy znowu się odzieje.
Nic wiecznego na świecie,
Radość się z troską plecie...

Nie dziw, że wiersze dawnego mistrza powtarzała wiernie, czysto, bez skazy, gdyż powszednia mowa jej i jej blizkich, zachowała brzmienia i zwroty, którymi posługiwali się dawni przodkowie.
Ale tu, na krawędzi boru, pełnego już mroków i tajemniczych szelestów, w światłach pośród sosen i róż dzikich konających, piękne te dźwięki na rozczerwienionych ustach dziewczyny wydawały się śpiewem słowika, który z odległych krain przeszłości zleciał nad wiejskie mogiły.
— Późno już, Naściu. Możeby do domu?
— Ej nie. Ja tutaj długo jeszcze ostanę.
— Tak lubisz to miejsce?
— Bardzo lubię. Do babuni mię tu coś ciągnie, a jak przyjdę, to już odejść trudno. Nic dziwnego, że ciągnie. Jak ten ptak, co urodzi się w pustem gnieździe, ja rosłam, jak to drzewo,