Strona:PL Eliza Orzeszkowa-Anastazya.djvu/043

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


 — Dziaduńko mój złoty! Niedawno jeszcze nazwyczajenia takiego nabrał, że głośno modlitwy odmawia. A co odmawiał, kiedy pani tamtędy przechodziła?

— Ale od wieków litość Twoja słynie,
I pierwej świat zaginie,
Nim Ty wzgardzisz pokornym...

 Wstrząsnęła potakująco głową.
 — Wiem, wiem! Ja to już i na pamięć tę modlitwę umiem...
 — Na pamięć?
 — Pani nie wierzy? Dla jakiej przyczyny? My przecie z dziaduńkiem te wszystkie książki, które u niego są, niewiadomo ile razy poprzeczytywali. To on czyta głośno, to ja, częściej ja, niż on, bo oczy mu nie bardzo już służą, i nawet przez okulary długo czytać nie zdoła. To też podczas i nazywa mię dziaduńko: »Oczy moje!« Jak tylko chce, abym mu przeczytała, zaraz woła: »Oczy moje! a chodźcie-no tu, oczy moje!« Czytam mu też i cale nie zamierzając, niektórych rzeczy na pamięć się uczę. Niech pani posłucha!
 Ożywiła się, oczy jej srebrnie rozbłysły i z rękoma na kolanach, z włosami opływającymi ramiona, szyję i policzki, zwolna mówić zaczęła: