Strona:Listy o Adamie Mickiewiczu.djvu/010

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona nie została skorygowana.


panie Władysławie, a dowiesz się i ty i naród rzeczy podniosłych i budujących, kiedy ode mnie masz ledwie pobieżnych kilka kartek, skreślonych nieudatném piórem.
Bóg z wami i przyjaźń moja i szacunek,

Teofil.




Kochany Panie Władysławie,

Florencya, 3 czerwca 1874 roku.


Na Chaussée d’Antin spotkałem uczonego ***. «No, wiesz że z rozmowy z Adamem wcale zbudowany nie jestem, banalne rzeczy gada, zatył geniusz i o kapuście i o sarniéj pieczeni marzy.» Poszedł. — Zachodzę do poety***, pochmurzony, zasapany. «Cóż ci to?» — «Ot widzę że stara emigracya się przeżyła, byłem u Adama i przez cały czas słuchałem pochwał moskiewskiego żołnierza; pytałem się go o zdanie o naszych autorach dzisiejszych, nic nie zna; wielcy ludzie nie czytają drugich, oni sami siebie czytają...» Pożegnałem zgryźliwego wieszcza, i wracając do domu odpocząłem w Tuleryjskim ogrodzie, z téj strony gdzie niańki z dziećmi siadają. Powystrajane pupy jakbyś je z żurnalu powystrzygał, mądre od urodzenia, skaczą przez sznurki i taczają obręcze, a inne już małpkują domowe komedye, kiedy bony za żołnierzami strzeliste rzucają spojrzenia; krzyk, wrzask, hałas, i ciężkie toczenia się kół po kamieniach od których huku aż się cóś w mózgu otrząsa. Moda, handel, sztuka, gdzie oko padnie i słuch doleci. Z natury niewykoślawionéj tylko kasztany uczciwie wyglądają i wróble co siadają na nich. A nota bene ogród Tuleryjski, to jeszcze poezya