Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/042

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


 — A czy wiecie, dlaczego mianowicie osłabły?­ — zapytał znowu Franciszek. — Oto dlatego, moi bracia, że pomiędzy nami znajduje się anioł kopalni, który pracuje jedynie dlatego, aby nieść pomoc swemu bie­dnemu ojcu. Z ufnością w nasze serca, z nadzieją w opiekę Wszechmocnego Boga stanął pomiędzy nami trwożny, lękliwy, słaby, jak trzcina, wiotki jak kwia­tek. Nie upadł jednak, Bóg go wsparł, dobrzy ludzie dopomogli. Jeżeli chcecie, pokażę go wam, ale prze­strzegam, że nie jest to anioł ze skrzydłami, w obłocz­nej, powiewnej szacie, tylko zwyczajna dzieweczka, dobra córka, godna opieki waszej, ojcowie, a waszej miłości, córki, które tu podzielacie pracę swoich oj­ców! Chodźcie, pokażę ją wam! Wy, bracia, choć w pracy wychowani, macie zacne serca, szanujecie i kochacie to, co godnem jest uznania.
 — Tak, tak, pokaż nam tego anioła kopalni! — zawołano gwarnie.
 Dzieci wsunęły się pomiędzy starszych, chcąc jak najprędzej zobaczyć niewidziane przez siebie zjawisko.
 Franciszek ruszył naprzód, i uszedłszy kilkanaście zaledwie kroków, zatrzymał się.
 W głębi, we framudze, wykutej w ścianie i oświe-