Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/034

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona została uwierzytelniona.


Przybiegłszy do domu, szybko umyła twarz, ręce i rzuciła się w objęcia ojca i siostry, wołając:
— Otóż jestem z powrotem! Znowu was widzę i mogę uściskać!
Przepędziwszy dzień, tak ciężki, wśród ludzi, których obejście, zwyczaje i mowa były jej obce zupełnie, o ileż własna rodzina stała się jej milszą i droższą. Zdawało jej się, że nie może się nią dość nacieszyć, napatrzeć i narozmawiać.
Anna ocknęła się, wzruszona serdecznością Franciszka.
Kiedy przed udaniem się do kopalni zobaczyła się z panią Łucyą, zapytała o robotnika Franciszka.
— Nie uwierzysz, pani, — mówiła — jak dobrym jest dla mnie. Kiedym w pierwszych chwilach ulegała trudnemu do pokonania przestrachowi, zawsze znajdywałam go tuż przy sobie, z pociechą i pokrzepieniem. Czy dawno już znasz go pani?
— Nie, moje dziecko — odrzekła Łucya — przybył tu niedawno, a my nie mamy zwyczaju wypytywać się nowych towarzyszy pracy, zkąd przychodzą. Zdaje mi się być roztropnym i poczciwym, to też go szanują, choć niektórzy go nie lubią, bo jest w nim