Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/031

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


 — A to dla czegóż nie zostałeś w tamtej kopalni?
 — Chciałem znowu ujrzeć swój kraj rodzinny. Zresztą powietrze, którem się tam oddycha, przesyco­ne jest solą i mogłoby sprowadzić chorobę, która za­biłaby mnie jeszcze prędzej, niż pył i wyziewy wę­glowe.
 — Ach! — rzekł ze smutkiem inny robotnik — czy w ten sposób, czy inny, zwolna, czy nagle, kopal­nia zawsze musi przyśpieszyć śmierć kopaczowi.
 — Tak, to prawie nieuchronne. I to, co powia­dasz, przypomniało mi jedno zdarzenie, które wam opowiem.
 Pracowałem wówczas w jednej z francuskich ko­palń. Pewnego dnia zaczęliśmy łupać jakiś odłam skały, ale zaledwie ruszono go z miejsca, gdy spadł na nas cały pokład piasku, a z nim ciało młodzieńca, w świątecznem górniczem ubraniu. Tak był niezmieniony, rysy jego były tak nienaruszone, że zrazu są­dzono go uśpionym. Na razie byliśmy ogromnie prze­straszeni tem dziwnem zjawiskiem, ale wkrótce zro­zumieliśmy, że mamy przed sobą ofiarę dawnego za­sypu. Po odzieniu, które było na tym młodzieńcu,