Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/029

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ników czas posiłku południowego i godziny wytchnie­nia, których tak potrzebowali.
 Wnet wszystkie ręce wstrzymały się od pracy, drągi powbijano w stosy węgla, ładunki, złożone na prędce, leżały na samym środku drogi, tłum ludzi zapełnił galeryę, wiodącą do miejsca, zwanego przez górników: salą jadalną. Był to wspaniały olbrzymi pokój, z pysznemi gładkiemi kolumnami, w którym zdawało się, że złoto i błękit łączyło się z hebanem, że sklepienie przystrojone kropelkami wody, lśni się perłami rosy. Tysiączne pochodnie rzucały na tę sce­nę światło tak jasne, jak światło pająków i kandela­brów wielkiej opery paryskiej.
 Wszyscy górnicy, zasiadłszy wkoło pod ścianami na wilgotnym gruncie, zawiesili lampy i wydobyli z torby zapasy żywności.
 Anna z podziwieniem rzucała spojrzenia na błyszczące ściany i sklepienia tej szczególnej sali jadalnej.
 Zdumienie jej spostrzegł Franciszek, i zwraca­jąc się do niej, rzekł z przyjaznym uśmiechem:
 — Nasza mała nowicyuszka zapewne niespodzie­wała się znaleźć pod ziemią tak wspaniałej sali? Nie-