Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/021

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


 Anna, oddalając się, rozmyślała o konieczności ukrycia przed ojcem tego, co robić zamierzała, i o wynalezieniu powodu swej nieobecności, która miała trwać dnie całe.
 Gdy za powrotem zapytał ją, gdzie tak długo bawiła, odrzekła, rumieniąc się i pokazując kwiaty:
 — Mój ojcze, byłam u pani Łucyi, bardzo do­brej i uczynnej osoby, która przyobiecała mi wynaleźć jakieś płatne zajęcie.
 — Tobie, moja córko?
 — Tak, ojcze! Czyż nie jestem w wieku odpowiednim do pracy?
 — Niestety, jeszcze jesteś młoda i wątła. Najlżejsza praca może ci zaszkodzić.
 — Zdaje ci się, mój ojcze! Wreszcie, choćbym miała doznać trochę utrudzenia, to czyż za nie nie byłabym stokrotnie wynagrodzoną, widząc cię, ojcze, spokojniejszym, i nie tak jak dotychczas zakłopotanym?
 — O, jeżeli tak, moje dziecko, niech ci Bóg dopomaga i błogosławi! Szukaj pracy, przyda ci się ona w przyszłości, gdy wreszcie Bóg ulituje się nade mną!