Strona:Jules Verne-Anioł kopalni węgla.djvu/010

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


uroczych, zielonych, kopalnia węgla, natychmiast zmie­niła swoje oblicze cała powierzchnia kraju.
 Kłęby dymu pokryły atmosferę, jakby kirem ża­łobnym; woń kwiatów zastąpiły jadowite wyziewy, a echa rozlegały się li tylko brzękiem łańcuchów i skrzypieniem trybów maszynowych.
 Ludzie, pracujący przy kopalni, wyglądali tak dziko, że wieśniacy przypatrywali im się z pewnego rodzaju bojaźnią.
 Niektórzy z mieszkańców często zbliżali się do krawędzi studni, służącej jako wejście do kopalni wę­gla, ale nikt z nich nie miał odwagi wejść do pod­ziemi.
 Powiadano bowiem, że od chwili, kiedy kopacz wstępuje w koszyk, zawieszony nad przepaścią, w któ­rym spuszcza się do wnętrza kopalni, życie jego zo­staje w ciągłem niebezpieczeństwie. Podczas przepra­wy bowiem trzeba się było ciągle obawiać i niebezpiecznego spotkania z drugim koszem, idącym w górę.
 Przy wymijaniu odpycha się go nogą, ale jeśli przytem wykona się jaki ruch niezręczny lub oprze się ręką o gładką i ślizką ścianę studni, wówczas kosz