Sen Srebrny Salomei
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| Ten tekst wymaga podzielenia na części.
W pracy nad tekstem należy korzystać z zaleceń edycyjnych. |
Spis treści |
[edytuj] AKT PIERWSZY
Komnata w regimentarskim dworze. Pan regimentarz Stempowski i p. Leon, syn regimentarza, przy stoliku z papierami... Semenko, kozak dworski, siedzi przy progu na ławce, otulony burką.
REGIMENTARZ
- Mój Leonie, już po Ave Marii -
- Siadaj waćpan do tych ekspedycji.
- Cóż tam piszą z króla kancelarii?
LEON
- Rozkazują, byś rozesłał wici
- Po Podolu, jako regimentarz,
- I z Grzyłowem się łączył Moskalem
- Przeciw chłopstwu.
REGIMENTARZ
- Odpiszę im z żalem,
- Żem nie Moskal; pierwej pójdę na cmentarza,
- Niżbym moją moc regimentarską
- Miał połączyć z kozacką i carską,
- Z którą król mię żąda zaprzyjaźnić.
- Chcą, jak widzisz, mocanie, mnie zbłaźnić
- Za to, żem był królowi posłuszny.
- Cóż tam dalej?
LEON
- Raport Gruszczyńskiego.
REGIMENTARZ
- Czytaj wacan, bo to człowiek jest słuszny
- I był dawniej moim szkolnym kolegą,
- A dziś w mojej chorągwi mi służy.
- Człowiek silnej ręki! człowiek duży!
- Takich nie ma już dzisiaj na ziemi!
- A są - to ich karty i kieliszek,
- Już nie szabla z ogniami złotemi,
- Nie koń bawi harcujący przed szykiem.
- Jak mi drogi ten święty Franciszek
całuje sygnet
- Na pierścieniu dziadowskim z krwawnikiem,
- Tak mi drogie serduszko w tym starcu!
- Biały starzec - biały - jak kot w marcu,
- A tak jeszcze ognisty! - Cóż pisze?
LEON
czytając list
- "Ja i moi towarzysze,
- Stanąwszy u Czarnego Kurhana,
- Stopy jaśnie wielmożnego pana
- Całujemy. - Wszystko dobrze nam idzie.
- A na wielkiej piramidzie
- Nie spisać słowo po słowie,
- Co jeszcze zamiarów w głowie
- I projektów, i zasadzek. -
- Naszliśmy na kilka schadzek
- W lesie hajdamackiej czerni,
- I tak się moi pancerni
- Popisali jak zazwyczaj.
- W jednej sotnik pewien, Nyczaj,
- Zarąbany; w drugiej sprawie,
- Gdzie nam rzecz poszła na rękę,
- Przydybaliśmy Tymenkę.
- I tak uszedł nam ciekawie,
- Że jeszcześmy w zadziwieniu -
- Na salamandry w płomieniu,
- Na Pliniuszowe bajeczki
- Myśl i mentes obracamy.
- Widziałem go sam, przy kordzie,
- W żupanku ze złotej lamy,
- W kontuszu, ze krwią po mordzie
- Kapającą jak berberys:
- Lecz bestia w żar się rzuciła
- Tanquam draco. De saeteris
- Nie piszę. - Chłopstwo jest czarne,
- Krwawe, wściekłe i niekarne,
- Wódką i miodem zalane,
- Przez popy oszukiwane,
- Karmione w cerkwiach proskurą
- Śród krwi, mordów, których pióro
- Dotknąć się boi w pisaniu.
- Powiem też, że dzisiaj rano,
- Będąc sam na harcowaniu,
- Razem z jutrzenką różaną,
- Z ogniem płonącej aurory
- Do sławnego Wernyhory
- Dotarłem. - Lecz żal się, Boże! -
- Stary w samotnym futorze,
- Nad którym dęby kołyszą
- Swoje złote sybilińskie
- Listeczki, niewart tej famy,
- Którą pieśni ukraińskie
- Rozniosły i z czym się słyszą
- W kraju i futor Augura
- Do Trofoniuszowej jamy
- Nie umysł się - choć i to dziura
- W pobliżu dawnych kurhanów,
- Pełna starych lir i dzbanów,
- Mogłaby, wiatrem przeszyta,
- Wydawać sybilne jęki.
- Widziałem miecz Doroszenki
- I złote końskie kopyta -
- Sądzę, że są tylko z miedzi,
- W ogniu dobrze pozłocone.
- Sam zaś starzec... w jamie siedzi
- Spokojnie i rzeczy śnione,
- Pełne szumu i zamętu,
- Rozpowiada bez talentu
- Mięszanym chłopskim językiem.
- Żeby zaś był czarownikiem,
- Nie wierzę... Gdy na pytanie
- De propriis, wielmożny panie,
- Plótł mi, zwyczajnie gaduła!
- Że mi żonka moja spruła
- Kaftanik dawno zaczęty...
- Że co do mnie, będę wzięty
- Przez dwie chorągiewki w stepie
- Jak szczygieł i gil na lepie,
- W przerażeniu otrętwiały;
- Że prócz głowy będę cały
- W grobie: - na te przepowiednie
- Spoglądam jako na brednie,
- Nic z nich nie rokując złego;
- A do krzyża krwawego
- w każdej niedoli uciekam. -
- Teraz na rozkazy czekam
- Dalsze i jestem ostrożny.
- A gdy pan jaśnie wielmożny
- Rozkażesz, to krew się zbudzi,
- I będę ryzkował ludzi
- I siebie..."
REGIMENTARZ
- Poczciwy szlaga!
LEON
czytając list
- "Kończąc list w zwykłym afekcie,
- Który mi się z wiekiem wzmaga,
- Jaśnie wielmożnego pana
- Sługa, ściskam za kolana;
- I córce, co na respekcie
- W jego domu kornie służy,
- Z tej krwawej mojej podróży
- Posyłam błogosławieństwo,
- Zupełnie o jej panieństwo
- I dalsze losy spokojny".
REGIMENTARZ
- Poszlę mu huf zbrojny.
- A ty, Lwie, napisz, niech czeka
- I niech unika rozprawy;
- Aż przybędzie z niedaleka
- Chorągiew Kozaka Sawy,
- To pójdziemy na pewniaka.
- Teraz niech boju unika,
- W lasach lega, nie na stepie
- Ani na wietrznym wertepie
- Harcuje. - Dodaj dwa słowa,
- Że Salusia jest zdrowa,
- Że my go wszyscy kochamy
- Z tej Trofoniuszowej jamy
- Złego nie rokując sobie,
- Wszakże omenu ciekawi...
- A jeśliby już był w grobie,
- Proś go, niech głowę wystawi
- I nie straci polskiej duszy:
- A ja go wyciągnę za uszy.
- Cha! cha! bajkarz Wernyhora
- Staremu naplótł powiastek! -
- Pójdę do naszych niewiastek
- Powiedzieć o tej potyczce
- Z duchami. - A ty - czy wczora
- Oświadczyłeś się księżniczce?
LEON
- Nie śmiałem, ojcze kochany!
REGIMENTARZ
- Głupiś! - Więc ja cię wyręczę.
LEON
- Ojcze!
REGIMENTARZ
- Aniś do kieliszka,
- Ani do... serce zajęcze!
- Na sygnet świętego Franciszka
- Przysięgam, że cię zaręczę
- Dziś jeszcze tym oto krwawnikiem!
Całuje pierścień i wychodzi.
LEON
- Semenko... siądź za stolikiem
- I do Gruszczyńskiego napisz
- Ekspedycją.
Wychodzi.
SEMENKO
- Dobrze, panie! -
Zrzuca burkę i siadając przy stoliku pisze...
- Złotyj Lach... Ot czart i papież
- Na moje edukowanie
- Musieli łożyć pieniądze.
- Oj... staremu ja szlachciurze
- Taką wannę przyporządzę,
- Takim pismem się przysłużę,
- Taki bodiak mu przyczepię:
- Że oj wspomni on w purpurze,
- Toj dziad, cały w krwawych ranach,
- Jak mię kiedyś bił na stepie,
- Szukając skarbów w kurhanach.
- Stary dziad! żałośny sknera!
- Bywało, chłopy odziera
- I plecy nahajem porze,
- A złoto w szkatule dusi...
- Każdy dzień - mówi - wyorze
- Perełeczkę dla Salusi
- I turkusik da błękitny
- Albo pasek aksamitny;
- Aż, powiada, moja córka,
- Cała w perłach i w brylantach,
- Będzie grzebała jak kurka
- W księciach i grafach amantach.
- Ot! i wybrała szczyglica,
- Nim szesnastu latek doszła,
- Gacha, przy blasku księżyca,
- Z którym sobie za mąż poszła
- Bez barwinku i bez księdza...
- Tam stary w stepach się pędza
- Za wiatrem i rzezuniami:
- A tu młokos dziecko plami
- Na respekcie w ojca domu.
- A ja - a ja - a ja ginę
- Z miłości!
Nalewa szklankę romu i pije.
- Hej, szklankę romu!
- Ot za tę jedną dziewczynę,
- Gdyby słowo miłe rzekła,
- Skoczywby jak czart do piekła,
- Wyrezałby dwór i pany.
- Był ja niegdyś wychowany
- Na hetmana, nie na chłopa;
- Choć syn gruszczyńskiego popa,
- To, bywało, na kurchanie,
- Kiedy koń nade mną stanie,
- A miesiąc w oczy uderzy:
- To ja sobie śnił z rycerzy
- Wielkie hufce, błyskawice,
- Rusałeczki i księżyce;
- Hej, i zamek na Ostrowie,
- I hetmański miecz w alkowie;
- A ja wtenczas, pan mieczowy,
- Wyśnił sobie snem widuna
- Od mecza jak do pioruna
- Wyzłocone dno alkowy,
- I w tej wielkiej ognistości,
- W tym oblasku i rubinie
- Śnił ja siebie przy dziewczynie
- Pełnej wiary i miłości;
- A to była jakaś nowa,
- Blaskiem miecza koralowa,
- Jakaś wielka hetmanowa,
- Jakieś serce bohaterne,
- Zapalone. na śmierć wierne,
- Na atłasach, na kobiercu.
- Bijące mi tuż przy sercu.
- A dziś co ja? Kozak dworny,
- Rześki, śmiały i przezorny,
- I do korda, i do czaszy.
- Lecz nie długo sługa laszy!
- Hej! kozaczek was nastraszy,
- Pany Lachy - taj w godzinę
- Ruszy całą Ukrainę
- I z królem ją rozgraniczy.
Wbiega panna Salomea Gruszczyńska.
SALOMEA
- Semenko!
SEMENKO
- Od jej słodyczy
- Serce mi pęka. - Szczo, panna?
SALOMEA
- Troska jakaś nieustanna
- Dręczy mię. Ciągłe sny miewam,
- Chociaż przed każdym uśnięciem
- Głośno Anioł Pański śpiewam. -
- Ciągłe sny, których pojęciem
- Wytłumaczyć i pojąć nie mogę...
- Ojciec mię także niebogę
- Przestraszył tym Wernyhorą
- I sen znowu spędził z powiek.
- Powiedz mi, co to za człowiek?
- Czy go znasz? Skąd mu się biorą
- Te wróżby?
SEMENKO
- Z ducha, panienko.
SALOMEA
- Kiedy ja byłam maleńką,
- To o nim słyszałam wiele. -
- Powiedz mi, czy on bywa w kościele?
- Czy się modli do Najświętszej Panny?
SEMENKO
- Czart wie...
SALOMEA
- Czart wie? Ach, jaki ty blady!
- Lękam się go - czy ty chory, czy ranny?
- Ach!
Semenko nagle gasi świece, Salomea zlękniona ucieka.
SEMENKO
- Ptaszynę maleńką ja spłoszył...
- Taj nie da z tą Laszką rady
- Człowiek, póki się krwią nie spanoszył.
Siada znów na ławie i udaje drzemiącego. Wchodzą Regimentarz i Księżniczka, będąca u niego na opiece.
REGIMENTARZ
- Dosyć tu srebrnych blasków od księżyca,
- Moja księżniczko; bo na to, co powiem,
- Płoni się każda dostojna dziewica.
- Mój syn przepłaci tej miłości zdrowiem,
- Jeżeli serca dla niego nie ruszysz.
- Chłopca mi, moja piękna panno, suszysz.
KSIĘŻNICZKA
- Syn mnie acana nazywa księżycem,
- A księżyc ani suszy, ani grzeje.
REGIMENTARZ
- Więc mi chłopczyna biedny oszaleje,
- Ciągle pod twoim rozwidnionym licem
- Na białe, srebrne strzały wystawiony.
KSIĘŻNICZKA
- Lecz mówi, żem ja księżyc jest czerwony.
REGIMENTARZ
- Być może, moja dowcipna dziewczynko!
- Czerwony, bo ty jesteś Ukrainką,
- A ukraińskie miesiące w czerwieni.
- Zresztą... nie mogę w dowcip iść zapaśnie...
- Jak się syn z białym miesiącem ożeni...
KSIĘŻNICZKA
przerywając
- Będzie zaćmienie wielkie - miesiąc zgaśnie.
REGIMENTARZ
- Dobrze! - Po ciemku kochać się będziecie.
- Weź ten pierścionek...
KSIĘŻNICZKA
- Zarzucę go w śmiecie.
REGIMENTARZ
- Nie rób acanna sobie z tego śmieszek,
- Bo to jest krwawnik, mój święty Franciszek,
- Sygnet cudowny przez dziada mi dany,
- A tak przez usta już wycałowany.
- Że świętych rysów na nim ani śladu. -
- Usteczek twoich pierścionek, uwity
- Z róż i perełek, będzie tak zużyty.
KSIĘŻNICZKA
- Więc go drugiemu oddam.
REGIMENTARZ
- Daj cię gadu!
- Jakaś dowcipna! - Tego nie chcę wcale. -
- Powiedz mi, kiedyż wam hymen zapalę?
- I wniosę pierwszy za zdrowie kieliszek?
KSIĘŻNICZKA
- Jak się pokaże ten święty Franciszek,
- Zejdzie z pierścionka i ślub da w kościele.
REGIMENTARZ
- Czasu ci nie dam, dziewczyno, tak wiele;
- Jutro mi staniesz przed wielkim ołtarzem.
- Nie darmo jestem tu regimentarzem;
- Zregimentuję was do posłuszeństwa.-
- Dziwno! że wszystkie waćpanny błazeństwa
- Tak mi są miłe jakby głos słowika.
KSIĘŻNICZKA
- Więc jako wdowiec oświadcz mi się z ręką,
- A ja ci wrócę twojego krwawnika.
REGIMENTARZ
- Co za szalona i głupia dziewczyna!
- Jak to? więc wolisz mnie niż mego syna?
KSIĘŻNICZKA
- Nie wiem, co wolę, namyśleć się muszę.
- Skowronków pełną wiosennych mam duszę,
- Kapryśną jestem i trudną dziewicą.
REGIMENTARZ
- Więc się namyślaj, moja kapryśnico,
- Ale nad suknią, nie zaś nad małżonkiem.
Wychodzi.
KSIĘŻNICZKA
- Otóż zostałam z szlacheckim pierścionkiem
- I sprawdzają się widzenia.
- I świat jest z duchami zgodny.
- Bo krwawość tego pierścienia
- Świadczy o tym, że to pierścień rozwodny.
- Bo ta kropla, z Dejaniry
- Koszuli na mnie skapana,
- Dawno mi przez srebrne liry
- Była już zapowiedziana. -
- Widzę na placu człowieka
- Ten pierścień; w ciało się wjada
- I do kości dłoń wypieka,
- I z węglem, z ręką upada.
- Ach i widzę, ach i słyszę
- Jeszcze głos lirnego dziada,
- Co jak dumka na sen mię kołysze.
- Ach i wioszczaną ulicą
- Leci rycerz - tak że chaty,
- Miecza jego błyskawicą
- Oświecone, świecą w sadach
- Jak złoto-różane kwiaty...
- Ach i śpieszy po lewadach
- Dziad do wesela potrzebny,
- Podarunek niosąc srebrny.
- A za nim co? - drużka trupia...
- O! Boże, jaka ja głupia,
- Że o snach marzę ogniście,
- Jak gdybym z duchami żyła;
- Gdym na świecie rzeczywiście
- Takie głupstwo popełniła,
- Że choćby się teraz dręczyć
- I być braną przez miłość lub trwogę:
- To już ani się zaręczyć,
- Ani żoną być nie mogę.
spostrzegając Semenkę
- Jezu! Kozak się rozczuchał,
- Zginionam - jeśli podsłuchał,
- Jeśli mi stanie za świadka,
- Że gdy słońce zejdzie z czoła,
- To ja nie zawsze wesoła,
- Ale czasem jestem smętna wariatka.
- Semenko!
SEMENKO
udając, że się budzi
- Czego potrzeba księżniczce?
KSIĘŻNICZKA
- Świętojańskiego robaczka w różyczce,
- Gwiazdy i kwiatu, rybki i motyla,
- Feniksa, myszki białej, krokodyla,
- Sługi i pana, smutku i zabawy.
- Czy ty służyłeś pod chorągwią Sawy?
SEMENKO
- Nie, ale znam go.
KSIĘŻNICZKA
- Jakże on wygląda?
- Czy na barana, czyli na wielbłąda?
- Czy na Kozaka? czyli na szlachcia?
- Czy jest jak chmura? czy jest błyskawica?
- Czy z oczów jemu patrzy chłop czy książę?
SEMENKO
- To patrzy, co mnie...
KSIĘŻNICZKA
- Ach! to być nie może,
- Bo tobie z oczów popowicz wyziera.
SEMENKO
na stronie
- Ach, ty proklata!
KSIĘŻNICZKA
- Przebacz mi, ja szczera...
- Z tobą się o ten pierścionek założę,
- Że ty syn popa.
SEMENKO
- A jak ja syn czarta?
KSIĘŻNICZKA
- Jezu! Ten człowiek gotów mnie zadławić.
Ucieka.
SEMENKO
- Budesz ty sto hroszy warta,
- Jak pozwolę się pobawić
- Moim chłopom po zamczysku...
- Jak z kosami potańcujem
- Po nocy, na cmentarzysku,
- Taj w sobie czarta poczujem...
Wychodzi.
ZMIANA I
Las dębowy - oświecony księżycem... między drzewami palą się ognie, i żołnierze polscy gotują strawę... albo czyszczą konie. Wchodzą na scenę stary Gruszczyński i pewien wojak Pafnucy.
GRUSZCZYŃSKI
do obozujących
- Na tej się leśnej lewadzie
- Rozłóżmy, mości panowie.
- Miesiąc do snu ludzi kładzie...
- Trzeba dbać o koni zdrowie
- I od rosy strzec pałaszy.
- Zgotujcie jaglanej kaszy,
- Zaśpiewajcie hymn powstański;
- A śpiewem na Anioł Pański
- Zakończyć tę wieczernicę...
- I szach! noc przepędzić cicho.
- Bo po lasach nie śpi licho
- I można bez ostrożności
- Zobaczyć swój łeb na tyce...
- Bo to wojna bez litości,
- Z orłami biją się krucy.
Wchodzi na scenę.
- Mości wojaku Pafnucy!
- Siądźmy tu na osobności,
- Muszę pomówić z waćpanem.
Siadają.
PAFNUCY
- Słucham, stary mój kolego.
GRUSZCZYŃSKI
- Więc bez eskordu żadnego,
- Jak gdybyś był kapelanem
- (Co być bardzo może - bo się
- Dominus vobiscum niby
- Przebija w acana głosie)
- Powiem ci, że jakieś grzyby
- Smutku na sercu mi rosną.
- Oto, panie. z przeszłą wiosną,
- Gdy biły trąby wojackie,
- Na hasło konfederackie
- Nie poszedłem... Tak to bywa,
- Że starość radzi leniwa,
- A potem żal człowiekowi. -
- Bar upadł! Bar upadł, mocanie!
- Zaufali Chrystusowi,
- A upadli!...
PAFNUCY
- Na kolanie
- Pokutuj waść za te słowa.
GRUSZCZYŃSKI
- Świątynia to purpurowa
- Pokuty, pierś moja stara,
- W której się serce rozpara
- Na wszystkich szwach, krwią lejące:
- Bo serce bylo gorące,
- Jak zwyczajnie w starym Lachu,
- Ufne... a teraz w przestrachu
- Do chmur wygląda nieśmiało.
- Pod bicz ofiaruje ciało,
- A jednak, ptaszyna licha
- W piersi mojej ledwo żywa,
- O odwrócenie kielicha
- Modli się. Bo kto używa
- Żywota obok potoku,
- Którym sprawy Boże płyną;
- Kto chce spokojny z rodziną
- Swoją kość gdzieś gryźć na boku,
- Wiejskich kosztować słodyczy:
- Choć się nie policzą ludzie,
- To się Bóg z takim policzy...
- A już wpomniałem podobno
- Aści o posępnym cudzie,
- Który mi rodzinę drobną
- Nastraszył. - Rzecz niesłychana!
PAFNUCY
- Chrystus do domku waćpana
- Zapukał?...
GRUSZCZYŃSKI
- Trzy razy! trzy razy!
PAFNUCY
- Mocanie, to są rozkazy
- Którym oprzeć się nie można.
GRUSZCZYŃSKI
- Toż widzisz mię waść na koniu!
- Choć rodzina o mnie trwożna,
- Żona w ciąży - na ustroniu
- Dom obok czarnego lasu.
- A kiedym siadał na bryczkę,
- A dzieci aż pod kapliczkę
- Biegły za mną: to się z pasu
- Irysowego widomie
- Oskryła jasność na domie,
- Na którą dziatki łakomie
- Patrzały, aż zdjęte strachem
- Krzyknęły, że widzą nad dachem
- Jakąś nową tajemnicę,
- Jakąś gorejącą świecę,
- Co je bardzo niespokoi,
- Bo nad samym domem stoi
- Jak krwawe serce z płomyków. -
- Na co ja patrząc zmaluchlał
- I z dziatkami razem struchlał.
- Bo nad domem nieboszczyków
- I nad chatą ludzi chorą
- Często takie światła gorą...
PAFNUCY
- Pan Bóg litośniejszy bywa...
GRUSZCZYŃSKI
- Toć ja ufam i leniwa
- Dusza się krzepi nadzieją.
- Wszakże gdybym tu ja zginął;
- A duchy świecy nie zwieją
- Z dworku, gdzie mi wiek przeminął
- Tak słodko przy mej rodzinie,
- Gdziem ja miał ojcowskie graty,
- Jeszcze wzięte na Turczynie,
- A pod dąb mój rosochaty
- Wodził gości... i pił kawę
- W dawnych starych roztruchanach,
- Pacierz mówił na kolanach,
- Córkom gotował wyprawę:
- Jeśli to wszystko pójść musi
- Z wiatrem... pomnij o Salusi,
- Bądź dla niej jak ojciec szczery
- I groźny jak ojciec drugi.
- Bo to skrzydlate chimery
- Gotowe złotymi cugi
- Przybyć po nią z pieśnią słodką
- I dzieciątko moje ciche
- Jakby jaką drugą Psyche
- Zrobić maleńką szczebiotką,
- Którą za skrzydełka złote,
- Strzepotane Kupid chwyci...
- A potem, gdy się nasyci,
- To wypędzi na ciemnotę,
- Rzuci gdzie jak dzban rozbity...
- Pamiętaj! to dziecko krwiste,
- Oczęta ma przezroczyste,
- Zielone, jak selenity;
- A zdają się na zuchwałość
- Podwodzić szatańskie wzroki...
- A taka płci wielka białość!
- A takie gorsu uroki!
- Że się biją o nią - boję!
- Bardzo boję! -
PAFNUCY
- Bądź spokojny.
GRUSZCZYŃSKI
- Powiedz, że ja przy niej stoję
- Zawsze... choćbym pozbył ciała,
- To w anielską palmę zbrojny
- Stanę... i będzie słyszała,
- Jeśli się złego dopuści,
- Mój głos z piekielnej czeluści
- Wołający.
PAFNUCY
- Nie wróż smutnie.
GRUSZCZYŃSKI
- Bo to widzisz, po tych dworach
- Są Włochy dzwoniące w lutnie,
- Ubrane w różnych kolorach
- Niby diabli w opalowych
- Zbrojach... a wewnątrz zepsuci;
- Ci dziewczątek świeżych, zdrowych
- Szukają... żądłem je wabią,
- Aż ptaszeczek im w gardło się rzuci...
- A są jeszcze sztuką babią
- Zajęte stare matrony,
- Co porzuciły robrony
- I kornety... a te dziecku,
- Już ubrane po niemiecku,
- Straszne czasem dają rady...
- Gdy je widzę w strusich kitach
- Chodzące, prawdziwe gady,
- To bym się na tych kobietach
- Pastwił! szelmy niegodziwe!
- Prawdziwie są diablą milicją.
Wchodzi Kozak regimentarski.
- Skąd ty, Kozak?
KOZAK
- Z ekspedycją.
- Od dworu...
GRUSZCZYŃSKI
- Czemu twe ślipie
- Takie jasne? takie krzywe?
- Czy się spił na jakiej stypie?
KOZAK
- Witrom spity.
Odchodzi. Gruszczyński obraca się ku ogniowi i list czyta.
PAFNUCY
- Co się zdarza
- Waćpanu? Bledniesz czytając...
GRUSZCZYŃSKI
- Pieczęć jest regimentarza,
- Lecz list? - Czy on urągając
- Pisał? czy był śmierci blisko? -
- Hej, rozpalić tam ognisko!
- Niech lepiej te charaktery
- Wyczytam...
PAFNUCY
- Nie zmieniaj cery.
GRUSZCZYŃSKI
- Mocanie! pies pod podwórzem
- Nieraz lepiej traktowany! -
- Patrzaj! - nazywa mię tchórzem! -
- Na czyste Chrystusa rany,
- Którym ja się krwią zadłużył -
- Klnę się - powiada, żem stchórzył,
- Żem zleniwiał, że... sto beczek
- Krwi mojej na ludzi tych głowie! -
- Piszą, żem z chłopami w zmowie,
- Że... - Będę mały człowieczek,
- Nie człowiek, jeśli przebaczę! -
PAFNUCY
- Daj aść - niech ja list zobaczę. -
Bierze list.
- To ręka i styl jest sługi.
GRUSZCZYŃSKI
- Na pieczęć patrz! - krwawe strugi
- Acherontu z ognia i krwi!
- Na te słowa marszczę brwi
- I trzęsę światem. - Ja tchórz! -
- Otóż to tak, ludziom służ,
- Nocuj w lesie pod namiotem,
- To cię obrzucają błotem! -
- Otóż to tak z ludźmi temi
- Nowego serca i wiary! -
- Kazali ciągnąć w te jary -
- Ciemny komin., loch na ziemi;
- Gdzie wiem, że pewna zasadzka
- I cała czerń hajdamacka
- Zasadzona.
PAFNUCY
- Więc im szczerze
- Odpisz - ja z listem pojadę.
GRUSZCZYŃSKI
- Ja mazałbym po papierze?
- Ja! - oskarżony o zdradę
- Nie krwią. życia fundamentem
- Bronił się ? - lecz atramentem? -
- I piórem z gęsi ogona?
- Nie, mocanie! - krew czerwona!
- Ten mózg pod chłopów obuszkiem!
- Mózg i krew ta na ich głowy!
- A potem duch purpurowy
- Z rozdartą piersią nad łóżkiem! -
- I niech im Pan Bóg da zdrowie. -
- Ja tchórz... Na koń! do szabel. panowie!
Wybiega i widać go ruszającego obóz.
PAFNUCY
sam
- O! wielki Boże! sprawdzać się zaczyna
- Domowi temu wróżona ruina,
- I Chrystusowe do drzwi zapukanie,
- Karcące późne krwi ofiarowanie,
- Spełni się jako straszliwa nauka
- Dla czekających, aż Pan Bóg zapuka...
- Leniwy starzec był - teraz ognisty.
- Więc choć to pewno zmyślone są listy,
- Teraz go w małej mogile położą
- Za to, że wzgardził wielką sprawą Bożą.
- Lecz sądy Boże są nieprzewidziane!
- Cokolwiek będzie - piersią przy nim stanę.
Wychodzi.
ZMIANA II
Noc - ogród nad stawem - księżyc świeci. Wchodzi Leon w głębokim dumaniu.
LEON
- To już ostatnia będzie schadzka nasza.
- Ostatni raz czekam na nią.
- Człowiek skarb serca rozprasza.
- Każda chce mu zostać panią
- Wieczną - a tego nie zgadnie,
- Że gdy raz łatwo upadnie,
- To później chyba pod kłódkę
- Człowiek zamknie taką żonę.
- Na te dzieciątko stracone
- Jak na małą niezabudkę
- Księżniczka patrzy z wysoka
- I ze mnie nie spuszcza oka;
- A kiedy uczyni wzmiankę,
- To mię tak śmiechem uderza,
- Jak gdybym kochał sielankę
- I sam wyszedł na pasterza.
- Sali prosta jest i wierna. -
- Ale w najprościejszej leży
- Taka obłuda misterna,
- Tyle gołębiej odzieży,
- Taki kałkuł na dnie duszy,
- Taki instynkt oszukaństwa,
- Taka chciwość blasku, państwa,
- Taka głęboka nauka
- Zadawania ci katuszy:
- Że wierność ich - jest to sztuka,
- W którą czart oczy pochował.
- One wiedzą, że to ołów,
- Co by samych archaniołów
- Wisząc u skrzydeł zmordował...
- One z tym na świat przychodzą,
- Wiernością nudzą lub zwodzą,
- Obdzierają nas z odwagi,
- Liczą na litość! - od matek
- Nauczone, że ten statek
- I łzy to są ich posagi. -
- Nim się ze światem obezna,
- Każda wie, że woń w narcyzach
- Jest drogą, że mąż ją zezna
- I zapisze w intercyzach
- Ewikcjonując wyprawę.
- Naprzód je widzisz ciekawe
- Twego serca, słów niebacznych;
- A do przyrzeczeń dwuznacznych
- Podchwytywania umiejętne;
- Potem widzisz nagle smętne,
- Ze łzą, co się w oczach kręci;
- A pełne dziwnej pamięci -
- Książki, gdzie w papier różany
- Sam przez siebieś jest wpisany
- Wszystkimi gesty i słowy,
- Wkuty - jak w kamień grobowy
- W ich pamięć - już nie gorący,
- Ale przez ten papier ssący
- Z ognia, z kolorów wypity...
- Kwiat zwiędły w sercu kobiety.
- I ty, co z gwiazdy pochodzisz,
- One dowiodą, żeś marny,
- Głupi, żeś jak szatan czarny,
- Że dla nich tylko się rodzisz.
Wchodzi Salomea.
SALOMEA
- Jakże dzisiaj twoje zdrowie?
LEON
- Tak jak zawsze - ogień w głowie!
SALOMEA
- Ty wczoraj już byłeś dziki -
- Już na miłość niepamiętny,
- Bardzo dla mnie obojętny...
LEON
- Wczoraj to były ogniki,
- Dziś ogień - dziś gorszy jeszcze...
SALOMEA
- Daj rękę - ja cię popieszczę,
- Zamówię i uspokoję...
LEON
- Nie, nie, słodkie dziecię moje,
- Ot byś lepiej szła nabożna... -
- Do stu diabłów! tak nie można
- Żyć dłużej! Czy my cyganie?
SALOMEA
- Powiedz, cóż się ze mną stanie?
- Cóż ja nieszczęsna uczynię?
LEON
- Co? - Miłość twoja przeminie,
- Dasz sobie na świecie radę;
- Pójdziesz za mąż, ja przyjadę,
- Jeśli na wojnie nie zginę,
- Przyjadę kiedyś w gościnę;
- A ty wtenczas, moja miła,
- Przyjmiesz mię, będziesz za siostrę.
SALOMEA
- Słowa twoje bardzo ostre. -
- Jam się dziś szczerze modliła
- Za ciebie.
LEON
na stronie
- Baran do rżnięcia!
SALOMEA
- Ty nie masz ani pojęcia,
- Co to jest modlić się za tych,
- Co nas gubią?
LEON
- Rozkosz czysta!
- Rozkosz aniołów skrzydlatych!
- Dla drugich zaś krzyż i ognista
- Męka, jeśli są modlitw niewarci...
- Gdyby to widzieli czarci,
- Mówiliby zawsze różańce.
SALOMEA
- Ach! piekielni obłąkańce
- Więcej by litości mieli!
LEON
- My nie jesteśmy anieli,
- Ani ja - ani ty - mała!
SALOMEA
- Jeśli ja tej gwiaździe widna,
- To pewnie się rozpłakała
- Widząc mnie - jaka ja biedna!
LEON
- Doskonała! doskonała!
- Gwiazd wzywa! z kwiatami gada!
SALOMEA
- Wiesz ty, dlaczego ja blada?
- Ja chora.
LEON
- Cóż ci dolega?
SALOMEA
- Nic...
LEON
- Spuściłaś na dół oczy?
- I łza ci po rzęsach zbiega?
SALOMEA
- Ach, niechaj się ta łza stoczy...
- Niechaj obmyje sumnienie...
- O panie! choć oburzenie
- Czuję dla twojej srogości,
- Jeszcze o trochę litości
- Proszę, a to ci wynurzę,
- O czym dotąd same róże
- I gwiazdy tylko wiedziały.
- Otóż słuchaj... Na kawały
- Serce się biedne rozpęka,
- A jeżeli moja męka
- Ciebie nie skruszy? to będzie
- Cud - alboś ty jest narzędzie,
- Którym Pan Bóg mnie ukarze...
- Dwa temu tygodnie... śnię ja,
- Że matka moja mi każe,
- Abym ja u dobrodzieja
- Gruszczyniec, twojego taty,
- Prosiła dla niej o konie,
- Bo ją człek jakiś brodaty
- Ściga, straszy, chwyta w dłonie
- I - (rzekła to najwyraźniej,
- Jakby przestrachem wzdrygnięta -)
- Jeśli się Salusia zbłaźni,
- A prośby tej nie spamięta,
- To będzie z dziećmi zarżnięta...
- To rzekła i we mgłę wsiękła.
- A ja zbudzona, przelękła
- Myślałam, czy prosić, czy nie -
- A naprzód wstyd był dziewczynie
- Mówić o snach i o marze,
- A potem - (jak ja się ważę
- Stać tu na takiej spowiedzi?) -
- Myślę jak tu nas odwiedzi
- Matka, a spojrzy mi w oczy:
- To mi rumieniec wyskoczy;
- A ona słowo po słowie
- Wyspowiada, drżąca trwogą;
- I zapewne nic nie powie,
- Ale na mnie spojrzy srogo,
- Wzrok jak nóż w sercu obróci.
- Zada mi boleści krocie;
- Zacznie coś gadać o cnocie,
- Z gorsu mi różę wyrzuci,
- Każe włosy pleść inaczej,
- Robotę na dzień naznaczy
- I będzie patrzała z boku
- Na łzy kręcące się w oku;
- A ja... O Jezu kochany!
- Nie będę już do altany
- Mogła biegać nocną dobą
- Ani się widywać z tobą
- Co wieczora pod tą brzozą,
- Pod tą czarną altaneczką;
- I może mię gdzie wywiozą
- Albo z jakim siejo-hreczką
- Ożenią. To o tych rzeczach
- Gadałam ja sobie w nocy;
- I spałam jakby na mieczach,
- A budziłam się bez mocy
- Jak ukraińscy widuni,
- Którzy ciągle widzą trupy.
- A wstydziłam się też kupy
- Dziatek - i ślepej babuni -
- Tu, gdzie takie toalety
- I woskowane parkiety;
- A ona, co po jaskółkach
- Świegotaniu deszcze wróży
- Albo się w krześle na kółkach
- Każe wozić po ogrodzie...
- Tu ja - w atłasie, przy róży
- U boku, ja, panna w modzie,
- Ze złoconym wachlarzykiem,
- Musiałabym (myślę sobie)
- Wozić ją i ach - przy tobie
- Mówić z nią chłopskim językiem,
- Bo ona po polsku nie umie...
- To, bywało, w sercu tłumię
- Przestrachy moje tajemne,
- Zgryzoty, przeczucia ciemne,
- I te sny nazywam marą;
- Lecz w noc i w godzinę szarą
- Myślę i myślę o domu,
- Pełna niepojętej troski,
- Ach - i do Matki się Boskiej
- Modlę we łzach, i nikomu
- Nie mówię, lecz drżę i płaczę.
- - Otóż ja tej matki, panie,
- Może nigdy nie zobaczę!
- Bo dziś pod samo zaranie
- Śniła mi się gdzieś, w pustkowiu,
- Potem tu, cała z ołowiu
- I w ołowianej spodnicy,
- Niby z perłowej macicy,
- Z jednej perły była cała.
- A twarz zwiędła i schorzała,
- Także koloru ołówka,
- Była już jak trupia główka
- Na krzyżu wyrysowana.
- Tu szła, panie... tu - tą stecką -
- A ja w tej róży schowana,
- Drżąca jak maleńkie dziecko,
- Które się przestraszy dziada;
- Co główkę z liści wysadzę,
- A ujrzę, że ona blada
- Idzie: to chowam się w ciernie,
- Oczyma za nią prowadzę,
- Zziębła i blada niezmiernie,
- Cierniami cała pokłuta;
- Bijąc się jak słowik w nocy,
- Gdy w klateczce spadnie z druta,
- Chce latać i nie ma mocy,
- Tylko się trzepoce w klatce...
- Tak ja, panie, mojej matce
- Dziwiąca się, strzepotana,
- Chowałam się w krzaku skryta,
- Cała zziębnięta i rumiana,
- Jak czerwona włóczka zwita
- W kłębuszek. - I cóż ty na to?
LEON
- Sałynka, będziesz bogatą,
- Srebrny sen bogactwo wróży.
- A że chowałaś w róży,
- To dobrze: pisano w górze,
- Że w twym życiu będą róże.
SALOMEA
- I ciernie?
LEON
- I ciernie będą.
SALOMEA
- Otóż ty mię złotą wędą,
- Panie, ułowiłeś sobie
- I porzucić chcesz, jak widzę?
- Ale póki ja nie w grobie,
- To się ty nie możesz żenić
LEON
- Jak to?
SALOMEA
- Bo ja cię zawstydzę,
- Sama się będę rumienić,
- Sama się wstydem ukarzę,
- A ciebie publicznie oskarżę.
LEON
na stronie
- Co słyszę! Wejdźmy z nią w targi.
SALOMEA
- Słuchaj, i będą dwie skargi
- Z jednych ust przeciwko tobie.
LEON
na stronie
- Co ja z tą dziewczyną zrobię?
SALOMEA
- Z jednych ust wyjdą dwa głosy.
LEON
na stronie
- Ach, wyrywać teraz włosy!
- I z boleści kąsać ręce!
SALOMEA
- I zaręczyny książęce
- Ja zerwę... zerwę szalona!
- Bom jest na to podmówiona
- I udarowana mocą
- Przez duchy co tu w altanę
- Weszły i tam się trzepocą
- Jak gołębie krwią zwalane,
- O ten liść otarte suchy,
- Jakieś białe, krwawe duchy!
Odchodzi.
LEON
sam
- Co? czy w obłąkanie wpadła?
- Czy widzi krwawe widziadła?
- Alboli też chce udaniem
- I aktorskim obłąkaniem
- Sumnienie ciężej przywalić?
- Na Boga! to nowa sztuka
- Niewieścia! serce rozżalić,
- Potem jeść je dziobem kruka
- I rozdzierać, aż zaboli,
- Aż własnej pozbędzie się woli.
Wchodzi Semenko.
SEMENKO
na stronie
- Podsłuchałem ich w altanie.
LEON
- Ach, Semenko!
SEMENKO
- Jasny panie!
LEON
- Chodź tu, Semenko kochany.
- Bóg mi cię pewno przysyła.
SEMENKO
na stronie
- Skaży czort.
LEON
- Ot, z tej altany
- tylko co tu wyskoczyła
- Tego Gruszczyńskiego córka,
- Z którą ty nieraz mazurka
- Tańczył - i tej młodej pani
- Zasługiwał się, figlował.
- Ja wiem, że ty nieraz dla niej
- Twoje dumki komponował
- I pod oknem w torban dzwonił
- Ot i teraz się zapłonił
- Jak dziewczyna.
SEMENKO
- Ta, czy druga!
- Ja nie szlachcic, ale sługa,
- Kozak pański, król na stepie,
- Szukam, gdzie serce przyczepię.
- A nie można? jeśli Laszka
- Wyżej sobie okiem mruga
- I złotego łowi ptaszka:
- Tfu! to dla mnie ta, czy druga!
LEON
- Ja wiem ale ta dziewczyna
- Nie wyszła spod adamaszków;
- To równa tobie chudzina,
- A ty chwat do takich ptaszków.
- Gdyby ty chciał, toby miał ją,
- Sprobuj tylko.
SEMENKO
- Czart by chciał ją!
- Na co mi się piąć do państwa!
- Z asawulstwa i poddaństwa
- Kontent jestem i ze służby
- U panycza.
LEON
- A, mi już by
- Ty szlachcianki tej odmówił!
- Cóż, naprawdę, mój Semenko,
- Jam z nią w tej altanie mówił
- I serduszko miał pod ręką.
- Kiedy wspomniałem o tobie,
- Rzekła: "Nie" - ale tak cicho,
- Że mnie aż porwało licho;
- Bom ją kiedyś ja sam lubił -
- Lecz takiej biednej chudobie
- Nie mogłem (bobym się zgubił
- U ludzi) oświadczyć z ręką.
- Ot ja sobie z tą maleńką
- Igrał, póki było można;
- Lecz to dziewczyna pobożna,
- Święcie w domu wychowana.
- Gdyby ty miał ognia w kości,
- To wyszedłszy z nią na pana
- I przyszedłszy do miłości.
SEMENKO
- Zróbcież mnie, panyczu, panem
- Jeśli możesz.
LEON
- A chcesz, to zrobię,
- Osadzę gdzie nad limanem,
- Dam ci futor na początek.
- A wam, jak biednej chudobie,
- Bóg pomoże i dzieciątek
- Wam naszle, które z zapału
- Gniewnego ojca ostudzą.
SEMENKO
padając do nóg z udanym płaczem
- Nech tobi Boh!
LEON
- Stój - pomału! -
- Trzeba z tą perełką cudzą
- Ostrożnie chociaż to cuda,
- Jeżeli nam się nie uda,
- Jak się dobrze weźmiem oba
- Ona ciebie upodoba,
- Ja wiem - znam ją - z iskier cała -
- Gdyby teraz nie kochała,
- To cóż, że trochę zaszlocha?
- Jak przywyknie, to pokocha. -
- Jak z tobą w stepach zagości,
- To step ach, step! raj w miłości
- Z taką szlachecką panienką! -
- Cóż, głupcze? cóż ty, Semenko?
- Czy nie myślisz o kochaniu? -
SEMENKO
- Ach, ja, panie, w obłąkaniu!
LEON
- Nie bądź głupi
SEMENKO
znów rzucając się do nóg
- Ja twój sługa
LEON
podnosząc go i biorąc pod rękę
- A co? a co? - ta, czy druga?
Wychodzą.
[edytuj] AKT DRUGI
Noc miesięczna w ogrodzie... Wchodzi Księżniczka i służąca Anusia.
KSIĘŻNICZKA
- Moja Anusiu, siądźmy w tej altanie.
- Sama się boję chodzić po ogrodzie.
ANUSIA
- Czy strach panience?
KSIĘŻNICZKA
- Powiedz mi, czy w modzie
- Teraz u ludzi słowików śpiewanie?
ANUSIA
- Nie, panno, teraz w modzie klawikordy.
KSIĘŻNICZKA
Głupiaś! - W zapachu kwiatów są akordy
- I różne wielkie na świecie muzyki. -
- Powiedz mi, czy dziś w modzie są krwawniki?
ANUSIA
- Tfu! to horrendum, małej szlachty kamień.
KSIĘŻNICZKA
dając jej pierścień regimentarza
- Więc mi ten pierścień krwawnikowy zamień
- Za pierścionek chłopski, srebrny, gładki
- A choćby z kilku szkiełek były kwiatki,
- Weź go i przynieś mi, proszę, do parku
ANUSIA
- Jak to? prostego pierścionka z jarmarku?
- Skądże księżniczce to dziwne zachcenie?
KSIĘŻNICZKA
- Nie wiem, nie powiem, że miałam widzenie,
- Bo widzeń żadnych ani snów nie miewam;
- Choć często bardzo drzemię i poziewam
- Łowiąc ustami, jak mówią, skowronka. -
- Dlaczego ja chcę srebrnego pierścionka? -
- Może mię jaki Kozak ze snu budzi,
- Może ten kamień krwawnikowy nudzi,
- Może na palcu krwi kolorem straszy. -
- Ach, zgub ten sygnet albo zjedz go w kaszy,
- Albo gdzie zamień za pierścień najprostszy.
ANUSIA
- Panienka moją ciekawość zaostrzy.
KSIĘŻNICZKA
- Więc zrób z niej sobie do krosien nożyczki,
Anusia wychodzi z pierścieniem.
- Róże i nieśmiertelniczki
- To są moje lube kwiaty;
- Adonisy i granaty
- Lubię i z malw piramidy;
- Lecz gdybym mogła z opalów,
- Z pereł, brylantów, z koralów
- Pleść jako oceanidy
- Wieniec na zielonej fali,
- Albo z siarki, co się pali,
- Robić powój pasożytny,
- I włos długi, rozczesany
- Owijać w ten kwiat błękitny,
- Palący się, kwiat siarczany;
- I pokazać się tej szlachcie
- Taką, jaką w myślach jestem:
- Nazwaliby mnie azbestem
- I w moim ślubnym kontrakcie
- Zawarowaliby sobie,
- Że w domu ognia nie zrobię,
- Wioski nie spalę zarzewiem.
- Skąd mi ten duch? - sama nie wiem
- To wiem tylko, że mię nie to
- Bawi, co tych ludzi krwistych,
- I że myśli mych ognistych
- Mój dowcip jest zdawkową monetą.
Wraca Anusia bez pierścionka.
ANUSIA
- Ach, panno, na nasz dziedziniec
- Wjechał jakiś Ukrainiec,
- Który oczy, serce grzeje
- Swą rzeskością, oka blaskiem,
- Widziałam, jak przez aleje
- Leciał z piorunowym trzaskiem,
- A za nim jacyś pohańce
- Nieśli czerwone kagańce,
- Podobno - jego lirnicy
- Dziady, w ogniu błyskawicy
- Świecące się jak upiory.
- A śród lip z jego żupana
- Różne lały się kolory
- Niby od świętego Jana,
- O którym panienka czyta
- Widzenie.
KSIĘŻNICZKA
- A mój pierścionek?
ANUSIA
- O pierścionek panna pyta?
- Zgubiłam.
KSIĘŻNICZKA
- Zmów trzy koronek,
- A odniosą ci go duchy.
ANUSIA
- A temu, co przybył, panu
- Jak dać imię?
KSIĘŻNICZKA
- Zawieruchy
- Imię, nazwisko kurhanu,
- A przydomek ludu sława.
- Ten pan, Anusiu, to Sawa.
ANUSIA
- Sawa? ten syn hajdamaki?
- To on wyrżnie nas, panienko.
KSIĘŻNICZKA
- Chowaj się, Anusiu, w krzaki,
- Bo już ciebie ma pod ręką,
- Patrz, z regimentarzem idą
- I mówią oba o rżnięciu.
Wchodzi Regimentarz i Sawa.
REGIMENTARZ
- Przedstawię ciebie panięciu
- Ładnemu
do księżniczki
- Ty zaś, cyprydo
- Lub Hebe, zaraz nam musisz
- Nalać ze srebrzystej stągwi. -
- Jest to wódz lekkiej chorągwi,
- Pan Sawa.
do Sawy
- Tobie zaś powiem,
- Że jej łatwo nie ukusisz,
- Bo ją Bóg obdarzył zdrowiem
- I dowcipem, więc jest harda,
- Jako alabastry twarda.
- Nie proś o nic - bo się słowy
- Jak wężyk mały wymyka;
- I nie wdawaj się w rozmowy,
- Bo zapomnisz z nią języka.
- I nie mów z nią o miłości,
- Bo doświadczysz z nią trudności,
- Bolu głowy, snów gorących
- I takich feber trzęsących,
- Że świat przeklniesz. - Dodam i to,
- Że jest z mym Lwem zaręczona.
KSIĘŻNICZKA
- To fałsz.
REGIMENTARZ
- Jak to! fałsz? kobieto?
- Zastanów się - ty szalona!
- Podstępna znowu jak liszka!
- Na sygnet świętego Franciszka
- Przysięgam, żeś mi przyrzekła.
KSIĘŻNICZKA
- Sygnet rzuciłam do piekła.
- Kto mi go wyrwie z płomieni
- I odda, ten się ożeni.
Odchodzi z Anusią.
REGIMENTARZ
- Widzisz fantastka dziewczyna!
- Idzie za mojego syna,
- ale się jeszcze z tym chowa.
- Cóż ty na to? ani słowa?
- Cóż?
SAWA
- Jaśnie wielmożny panie,
- Winszuję.
REGIMENTARZ
- Chodź! chodź, przy dzbanie
- Tak nie można - nie można na sucho
SAWA
- W sercu mi teraz tak głucho
- I tak ciemno, żem nie do kieliszka
REGIMENTARZ
- Na świętego przysięgam Franciszka,
- Że co serce to wnet rozweselę.
SAWA
- Krwi dziś widziałem tak wiele!
- Takie straszne nieboszczyki!
- Taki mord i takie zbrodnie!
- Że przez całe dwa tygodnie
- Z obrzydzeniem na jadło popatrzę;
- Pomnąc na te sine chłopczyki,
- Na jakim one teatrze
- Zakrwawionym czyniły horory
REGIMENTARZ
- Co? Widziałeś wyrżnięte gdzie dwory?
SAWA
- Gruszczyniecki.
REGIMENTARZ
- Ach, co mówisz mi wasan?
SAWA
- Gruszczyńskiego chłop na wszystko rozpasan,
- Przez jakiegoś obcego człowieka
- Podżegnięty, wyrżnął całą rodzinę
- I przed mieczem w step ciemny ucieka
REGIMENTARZ
- Ja tu mam na respekcie dziewczynę...
SAWA
- Więc z rodzeństwa ta jedna została.
REGIMENTARZ
- Jak to? cały dom?
SAWA
- Rodzina cała
- Bez litości w pień wymordowana
REGIMENTARZ
- Proszę! proszę wielmożnego pana -
- Mam panienkę tu jego dorosłą -
- Trzeba - aby się to nie doniosło
- Do jej uszu
SAWA
- Nikt o tym nie powie,
- Bom chorągwi zakazał surowie
- Szerzyć strachu
REGIMENTARZ
- I widziałeś dom cały? -
- Biedny ojciec! -
SAWA
- O słońca zachodzie,
- Widząc, że mi koń mój biały
- Utyka, a Ukraińce
- Zmęczeni, kazałem w chłodzie
- Na górze, skąd widać Gruszczyńce,
- Rozłożyć sięobozowi:
- Sam zaś ku temu domowi
- Obrócony; na te ściany
- Patrząc podupadłe, stare;
- Choć dom był zorzą różany,
- Choć lipy i pola jare
- W słonecznym błyszczały złocie,
- Choć ach dotąd jeszcze śledzę?
- Czemu ja w takiej tęsknocie
- Patrzałem na kwietną miedzę
- Idącą przez żyta wzgórki;
- Na ta łany, i służebne,
- I pańskie, gdzie wróblów chmurki
- Niby harfy szare, srebrne,
- Ważąc się przez błękit blady,
- Ulatywały na sady,
- W korony śliw i czerechów;
- Niby harfy pełne śmiechów,
- Szmerów, świegotań i głosów. -
- Patrząc na te morza kłosów,
- Drzewa, miedzę: wyznać muszę,
- Że snów miałem pełną duszę
- Widzeń miałem pełne oczy.
- Zdało mi się, że ów dworek
- Powietrze błękitne broczy;
- Że wróble jakiś paciorek
- Nad tą kalwaryjską stacją,
- Jakiś smętny Anioł Pański,
- Jakąś smętną suplimacją
- Śpiewają do Panny Marii.
- Zostawiwszy więc powstański
- Huf, pasący stepów trawę;
- Sam wziąłem kilku z rajtarii
- I uczyniłem wyprawę,
- Rekonesans na dwór Lacha.
- A jeśli przyznam się kiedy,
- Żem w głąb serca wpuścił stracha; -
- Ja - co na czele czeredy
- Rzucał się na działa, smoki,
- I na spisach brał pod boki
- Żywe ruskie kanoniery,
- I z ich bladej, strasznej cery
- Chorągwie czynił straszliwe,
- Okiem łyskające, żywe,
- Z śmiertelnych ludzi zrobione -
- To wyznam, że strach miał oczy
- Większe i bardziej czerwone,
- Że mój włos, jak wicher smoczy,
- Wchodzącemu w to pustkowie
- Wyżej podniósł się na głowie.
- Niechaj pan jaśnie wielmożny
- Wystawi sobie ów domek,
- Taki cichy i pobożny,
- Od nimf laszych, ekonomek,
- Ubrany w cebuli wianki,
- W malowane na papierze
- Obrazki, miedziane dzbanki,
- Cynowe misy, talerze,
- Na policach tak błyszczące
- Około ścian jak miesiące
- Czarodziejskie, rusałczane:
- Teraz wszystko krwią zbryzgane,
- Co uniknęło grabieży.
- Trupy ludzkie bez odzieży
- I na ziemi, i na łóżkach,
- Na krwią ociekłych poduszkach;
- Dziatki porąbane srodze
- I na ceglanej podłodze
- Porzucone, i z puchówek
- Pierze śnieżące podłogi.
- Sama pani - widok srogi! -
- Dziateczki swoje bez główek
- Za nóżki zimne, zielone
- Trzymała; ach, jedną raną
- Zabita; bo otworzone
- Miała żywota świątnice
- I straszną płodu zamianą -
- (Jasne stepowe księżyce,
- Biorę was za krwawe świadki!)
- Że łono tej polskiej matki
- Od strasznego nożów cięcia
- Wyszło na łono szczenięcia
- I stało się psią mogiłą;
- Bo i szczenię martwe było
- Na dnie martwego żywota!
- Ojczyzno moja! o złota
- Ojczyzno moja kochana!
- W matkach twoich zarzynana!
- I gubiona w matek płodzie!
- Jeśli mój żywot na wschodzie
- Czego wart? to Bóg to widzi,
- Że go składam na ofiarę;
- I wszelką żywota marę
- Składam - aż to, co mię wstydzi
- We mnie, krew moja kozacza
- Wypłynie sotkiem strumieni
- I na węże się przemieni,
- I ślady swe powytłacza
- Mordem, ogniami i jadem:
- A ja wtenczas wpadnę na nią
- I zewrę się jak gad z gadem;
- Aż stepy się rozkurhanią,
- Zniknie czar, co łby podchmiela,
- Prawosławna wira zgaśnie;
- a we mnie jak w niszczyciela,
- Na jakim starym kurhanie
- Stojącego, piorun trzaśnie.
- Straszne to ofiarowanie
- I ciała, i mego ducha -
- Bo i we mnie zawierucha
- I krwi strasznej słychać granie,
- Bo miesiąców pozłacanie
- Ja znam także w myśli ciemnej,
- Bo ja także duch, tajemnej
- Pełny myśli o przeszłości:
- Lecz to votum nie śród gości,
- Nie przed szlachtą przy kielichu
- Zrobił ja, ale po cichu
- Tam, w jednej wielkiej komnacie,
- Przed babką rodu, co biała
- Za firankami siedziała
- W alkowie w ponocnej szacie,
- Jakoby Furia tajemna,
- Dawno już głucha i ciemna;
- A teraz na ten mord smoczy
- I krwotok z ciemnej alkowy
- Wytrzeszczająca te oczy
- Tak, jak gdyby przed nią głowy
- Dziateczek z włoski złotemi
- Krwawe biegały po ziemi,
- Strasząc je razem i bawiąc;
- Jak gdyby im błogosławiąc,
- Oczyma się podziwiała;
- Że one gadzinek ciała
- Są biegające i zręczne -
- Przed nią i przed tym zegarem,
- Który tam jak koło miesięczne,
- Zatrzymany strachem, czarem,
- Poznawszy, że czas nie płynie,
- Stał na północnej godzinie,
- Do srebrnego ducha głowy
- Podobny w głębi alkowy -
- Przed skazówkami, co sine,
- Groźnie podniesione w górę,
- Pokazywały godzinę,
- Na którą Bóg przywiódł naturę,
- Łańcuchem trwogi poimał,
- Krwią przeraził i zatrzymał -
- Przed tym zegarem, co łóżko
- Szczerwienione opłomieniał,
- I przed tą martwą staruszką,
- Której trup suchy skamieniał
- I czarny jak zmyta chusta,
- Otworzone trzymała usta
- Krzyczące gwałt i morderstwo:
- Przysiągłem!!! że kawalerstwo
- Polskie wygna krew kozaczą!
- Że Ukrainki zapłaczą,
- Na mój miecz, na mego konia
- Rzucając klątwy i czary:
- Bo ja będę jak miecz kary,
- Kosa ścinająca błonia,
- Orlica na pół rozdarta,
- Mająca dwa serca i dzioby;
- Człowiek z troistej osoby,
- Z Lacha, z Kozaka i z czarta.
REGIMENTARZ
- Hamuj się waćpan w zapale,
- Bo się takie słowa ważą
- Srogo w Bożym trybunale;
- A te twoje - aniołów przerażą.
SAWA
- Jak to? więc ten mord?
REGIMENTARZ
- Mocanie,
- Mam siłę - i prawo miecza.
SAWA
- Tam, gdzie krwi ohydna ciecza,
- Znalazłem torban kozaczy;
- A na tym były torbanie
- Twoje herby.
REGIMENTARZ
- Co to znaczy?
- Śmiałżebyś na mój dom stary
- Rzucać jakie podejrzenie?
SAWA
- Nie, ale twoje kotary
- I tych lip wiekowych cienie
- Może dają cień jakiemu
- Zdrajcy słudze.
REGIMENTARZ
- Biada jemu!
- Bo jeśli go znajdę we dworze,
- To mu na karku położę
- Regimentarską rózeczkę.
- Dotknę się go zimną ręką.
SAWA
- Jest posłuch, że sam Tymenko
- Kryje się w szlacheckich dworach
- Jak wilk nakryty owieczką;
- I w różnych staje kolorach
- Przed oczyma swego ludu,
- Siłą rządzący fatalną.
- A bunt podobny do cudu,
- Ręką jakąś niewidzialną
- Sprawionego, niby owe
- Straszne napisy ogniowe
- U Babilonii mocarza,
- Napisane bez pisarza:
- Tym okropniej szlachtę straszy.
REGIMENTARZ
- Zmażemy ostrzem pałaszy
- Te ogniowe dokumenta,
- Które lud z czartem jurystą
- Piszą ręką ciemną, krwistą
- A tak zmażem, że lud popamięta
- I przelęknie się naszego pióra.
- Gdzież jest, Sawo, ta krwawa bandura?
SAWA
- Lirnik ci ją mój, Bajda, pokaże.
REGIMENTARZ
- Pozazdroszczą mi koronni pisarze
- Mego oka w sądzeniu tej sprawy.
- Znajdź tu sobie co dziś do zabawy,
- Bo się trudnić waćpanem nie mogę.
Odchodzi.
SAWA
sam
- Jako trąba uderzyłem na trwogę
- I podniosłem serce w tym szlachcicu.
Wychodzi spoza altany Księżniczka
KSIĘŻNICZKA
- Ach dwie gwiazd - ach dwie gwiazdek po licu
- Mi zleciało, gdyś mówił o rzezi.
SAWA
- A do jakiej je przypiąć ferezji?
KSIĘŻNICZKA
- Co, mój chłopaku? -
SAWA
- Co, mój biały księżycu?
KSIĘŻNICZKA
- Kiedyż nasze ogłosim wesele?
SAWA
- Dziś, kochanko
KSIĘŻNICZKA
- Jak sobie podchmielę
- Ukraińską wonią, tom gotowa
- Przysiąc na to, żem twoją jest żoną.
SAWA
- Sam czart na to jeszcze nie da słowa.
KSIĘŻNICZKA
- Ach jak głupiam była i szaloną,
- Kiedym poszła za ciebie sekretnie.
SAWA
- Kiedyś poszła, uczyniłaś szlachetnie,
- Że się przyznać nie chcesz - jesteś Ewą.
KSIĘŻNICZKA
- A rad by ty potrząść drzewo?
- Co? bo cierpisz na to srodze,
- Że nie wiesz, jakie ja rodzę
- Owoce?
SAWA
- Jabłuszka winne.
KSIĘŻNICZKA
- Drzewko jestem bardzo czynne,
- Co dzień w kwiatach jak pochodnia;
- Kwiatek nowy rodzę co dnia,
- Róże, astry i narcysy: -
- Ale co raz w myślach minie,
- To już jak napój zakisy
- W listeczki się nie rozwinie
- Ach! jaka ja byłam głupia,
- Sekretnie idąc za ciebie!
SAWA
na stronie
- Gniew się srogi we mnie skupia
- Jak piorun.
KSIĘŻNICZKA
- Pisano w niebie,
- Że zawsze krzywo osądzę,
- Zabłąkam się w zawierusze,
- Wpadnę w dół, w lesie zabłądzę
- I wybłąkiwać się muszę.
SAWA
- Hej księżniczko na Ostrogu,
- Czy panno, czy moja żono!
- Pókiś tu na obcym progu,
- Możesz sobie być szaloną,
- Zimną, wzgardliwą, zalotną,
- W tęczach od stóp aż do głowy:
- Bo wiesz, żem człek honorowy;
- Wprzód mię na kawałki potną,
- Wprzód mi serce w piersiach zjedzą,
- Nim się szlachcie dowiedzą
- O naszym małżeństwie. ale
- Choć nie mogę w trybunale
- (Boś ty akt ślubny podarła)
- Przez adwokackie się gardła
- Upomnieć o moje prawa;
- Chociaż wiem, że pierwej muszę
- Chłopską z siebie wygnać duszę
- I wysypać ci z rękawa
- Me szlacheckie dokumenta:
- Proszę cię, ach, nie bądź święta!
- Nie bądź dla mnie tylko śmiechem,
- Małżonki mojej zarysem,
- Różą, bławatkiem, narcysem
- I pożądliwości grzechem
- Lecz pamiętaj na mój statek,
- Na cierpliwość pełną dumy;
- I na rzecz miłośnej sumy
- Wylicz mi dzisiaj zadatek.
KSIĘŻNICZKA
- Co? mój panie kredytorze?
SAWA
- Posiadam ogniste morze,
- Pełne pereł i korali,
- Które widzę na dnie fali:
- Jednej perły chcę, kochana! -
KSIĘŻNICZKA
- Nie, nic, tylko sama piana
- Dla ciebie, małżonka cieniu.
SAWA
- W diabelskim ja odurzeniu
- Ach, raz, ach, raz tylko z ciebie
- Trysnął płomień iskry boskiej
- Kiedy w rycerskiej potrzebie,
- Pułaskich broniąc odwrotu,
- Ranny, w kołysce żydowskiej,
- W chmurze świszczącego śrzotu,
- Śród dwóch rumaków wiszący,
- Kazałem się jako krwawy
- Sztandar w ogień gorejący
- Nieść i krzyczał hasło Sawy;
- Gdym jak bachur z tej wyprawy,
- Gdziem niejeden dostał siniec,
- Przyjechał na wasz dziedziniec,
- Zawsze w tej kołysce siedząc
- W pokrwawionych na łbie chustach;
- Blady - bo przez dwa dni nie jedząc
- Żółty głód miałem na ustach,
- Straszny - bom był cały w ranach,
- Brudny - bom spał na kurhanach,
- Głupi - bom o świecie nie wiedział
- I kręciło mi się w głowie;
- Śmieszny - bom w kołysce siedział;
- Hardy - bom nie dbał o zdrowie
- Ni o piękność kawalera:
- To wtenczas ty byłaś szczera,
- Potulna jak małe kotki;
- W zamku u staruszki ciotki,
- Sama, bywało, w garnuszku
- Warzysz mi kaszę jaglaną;
- I widziałem cię co rano
- W zorzach różanych przy łóżku;
- Ach i byłbym na kolano
- Upadł jak przed bohomazem.
KSIĘŻNICZKA
- Pięknym skończyłeś obrazem!
SAWA
- Oszukałem się na tobie.
KSIĘŻNICZKA
- Oszukaliśmy się razem.
SAWA
- Kiedyż tej okropnej probie
- Koniec położysz?
KSIĘŻNICZKA
- Pomyślę
- I wynajdę coś w umyśle
- Odpowiedź wariatki godną.
- Słuchaj póty będę chłodną,
- Jak wąż ci uciekać śliski;
- Póty na męża utyski,
- Na twe skargi będę głucha
- I będę czysta jak mniszka:
- Aż z ręki ognistej ducha
- Pierścień świętego Franciszka,
- Pierścień z krwawej kornaliny
- Zerwiesz na koniu tu wjedziesz
- I przez drugie zaręczyny
- Mnie zaręczoną - rozwiedziesz
- Słowiki na ranek kwilą -
- Bądź zdrów.
Odchodzi
SAWA
sam
- Bądź zdrowa, Sybillo! -
- Wymyśla różne przyczyny,
- Ucieka się do wykrętów,
- Ale serce tej dziewczyny
- Chłopstwa się mojego boi.
- A utrata dokumentów,
- Które mieli ojce moi,,
- Co ród od Calińskich wiodą,
- Jedyną mi jest przeszkodą.
- Ach, Ukrainę przewrócę,
- Kurhany wszystkie rozwalę;
- A z dokumentami wrócę.
Odchodzi.
Wchodzi Leon.
LEON
sam
- Ojciec mój w wielkim zapale,
- Zachmurzony, nic nie gada,
- Tylko w swoim gabinecie
- Po osobno ludzi bada:
- A mnie wielki strach napada,
- Czy to już nie dziewki skarga? -
- Ach, to ona - list mój w ręku
- Sam jej widok za serce mię targa
Kryje się za altanę i przez cały ciąg sceny zostaje na stronie. Wbiega Salomea w bieli, w wianku z rozmarynu, ubrana jak do ślubu.
SALOMEA
- Ach, jak od słowików jęku
- Kołysze się cały staw
- Jaka woń tych róż i traw!
- Jak leci w usta! - na czoło! -
- Ach! ach! - jak mi wesoło!
- Ach! ach! - jak mi wesoło!
LEON
na stronie
- Nieszczęśliwa, a szczęściem spojona!
SALOMEA
- Ten listek włożę do łona
- Tutaj w białym gorseciku,
- Tu sieć w tajemnym kąciku,
- Gdzie jedna róża czerwona
- Jako lampa zapalona
- Rzuca na mnie takie blaski
- I tak opłomienia szyję
- Jak dno filiżanki saskiej,
- Z której mój gołąbek pije
- I cały się złotem rumieni. -
- Ach! ach! ze mną się Leon żeni!
- Ze mną żeni się Leon sekretnie!
LEON
na stronie
- Niech mi kto łeb teraz zetnie
- I rzuci Meduzy głowę
- Na trzewiczki atłasowe.
SALOMEA
- Jeszcze nie czas. - Jak ta sina
- Gwiazda nad topolą stanie,
- To będzie ślubu godzina.
- A pod różane zaranie
- Sama wracając z cerkiewki
- Na tym miejscu sobie stanę:
- I pomnąc na smutek dziewki,
- Na me serce oszukane,
- Na wstyd - bom wstydu się bała -
- Będę z radości płakała.
LEON
na stronie
- Szelma ze mnie!
SALOMEA
- Ach, Boże mój!
- Dlaczego ta noc taka cicha?
- Dlaczego tych gwiazd taki rój?
- Dlaczego jedna, zda się, wzdycha?
- A druga leci gdzieś z daleka?
- A trzecia krwawa, jak pies szczeka
- I na błękitach mi ujada;
- A czwarta - ach, a czwarta spada
- I nad Gruszczyńcami zgasła.
- Ledwie żem z trwogi nie wrzasła
- Widząc tę gwiazdę przy zgonie
- Jak główkę ducha z oczami. -
- Ach, jak tam smutno w tej stronie!
- Jaka mgła nad Gruszczyńcami!
LEON
na stronie
- Każde jej słowo rozdziera.
SALOMEA
- Czy tam w domu kto umiera?
- Czy kto leży konający?
- A ta gwiazda - anioł złoty
- Po duszę przylatujący? -
- Ach! Ach! pełnam trwogi i tęsknoty.
LEON
na stronie
- O! słowiczku! o! skończ to śpiewanie!
SALOMEA
- Przez głębokie się wsłuchanie
- W powietrze wsłuchałam w trwogę. -
- Ach, cóż ja? Ja nic nie mogę!
- Co się ma stać, to się stanie.
- Ach jak smętnie, jak mi parno!
- Jak mi smętnie! jak mi czarno!
- A! stróżu, święty aniele,
- Pamiętaj, że dziś moje wesele.
Wybiega ku wiosce.
LEON
wychodząc spoza altany
- Wesele Ohydna sprawa!
- Z Semenką ślub malowany,
- Przez spitego księdza dany,
- Bez świec, skrycie, potajemnie
- I moje miłośne prawa
- Ten chłop zrodzony nikczemnie
- Będzie nad nią miał po ślubie
- On podejmie, co ja gubię,
- Nie dyjament szlifowany -
- Ale perłę czystej rosy;
- Nie tęczę - ale jej włosy;
- Nie rubin w ogniach różany -
- Ale usta jej - maliny;
- Nie strojną w tony gitarę -
- Ale czysty głos dziewczyny,
- Który mu przysięże wiarę
- I dotrzyma, gdy przysięże:
- A ja co mam? - włosy - węże! -
- Oczy - jak szatańskie bielma,
- Głos - co mówi mi, żem szelma,
- W sercu ranę i nóż w ranie
- I twarz, którą krew porzuci,
- Która na szelmy nazwanie
- Jak słonecznik się obróci.
Wchodzi Regimentarz
REGIMENTARZ
z daleka
- Panie Leon!
LEON
- Ojciec woła.
REGIMENTARZ
- Panie Leon!
LEON
- Tu jestem, w altanie.
- Jakie grzmiące i ponure wołanie! -
- Co, mój ojcze?
REGIMENTARZ
- Lud nasz cały dokoła
- Zbuntowany mój pop stanął na czele.
- Wczoraj noże święcono w kościele.
- Czy widziałeś, że tam takie święto?
- A Gruszczyńce
LEON
- Co, mój ojcze?
REGIMENTARZ
- Wyrżnięto.
LEON
- Dom Gruszczyńskich?
REGIMENTARZ
- Naszych starych sąsiadów
- A wiesz, synu, kto zgrają tych gadów
- Rządzi? Wieszli, kto Tymenko się zowie? -
- Zgadnij acan; bo ani ci w głowie
- Taka myśl zgadnij, synu kochany! -
- Oto kozak twój Semenko, poznany
- po tej krwawej bandurze.
Wyjmuje spod kontusza bandurę kozacką.
LEON
- Chryste!!!
REGIMENTARZ
- Wczoraj napadł w ogrodzie Anusię,
- Która niosła mój pierścień z krwawnikiem,
- Wyrwał jej z rąk i chciał palec nożykiem
- Uciąć dziewce, jeżeli zakrzyczy;
- Potem kazał nie mówić nikomu
- I ten pierścień tajemniczy,
- Święty, uniósł z mego domu
- I będzie nim, łotr wierutny,
- Oszukiwał szlachtę małą.
LEON
- Gdyby zaraz
REGIMENTARZ
- Łotr obrótny!
LEON
na stronie
- Wyjechawszy na noc całą
- Jeszcze mógłbym go dogonić:
- Ale musiałbym odsłonić
- moją haniebną intrygę
REGIMENTARZ
- I cóż myślisz?
LEON
z pomięszaniem
- Ojcze drogi
na stronie
- Ach z czartami wszedłem w ligę!
- Ani cofnąć teraz nogi,
- Ani w przód uczynić kroku
REGIMENTARZ
- Patrzałem na ciebie z boku
- Waść mi dziwnie zamyślony?
LEON
- Ojcze, daj mi dwa szwadrony.
REGIMENTARZ
- Jak to? a twoje wesele?
LEON
- Jutro czekajcie w kościele,
- Przyjadę na czas z pierścionkiem.
REGIMENTARZ
- Idź waść.
Leon odchodzi.
- Za moim skowronkiem
- I ja, stary ptak, polecę.
- A teraz Bożej opiece
- Polecam mojego ptaka,
- Syna mego jedynaka! -
[edytuj] AKT TRZECI
W domu regimentarza. Wchodzą Regimentarz, Sawa i Księżniczka
REGIMENTARZ
- Czas teraz. mospanie Sawo,
- Czynnie zająć się wyprawą
- I buntowi uciąć głowę.
- Czas pokazać w ciemnym jarze
- Wielkie miecze koralowe,
- Jak dawni regimentarze
- Ukraińscy i podolscy.
- Czas pokazać, żeśmy polscy
- Posiadacze tej krainy,
- Choć bez hełmów i kirysów;
- To wszakże nie do pierzyny
- Tylko i nie do kieliszka;
- Ale naszych cór, narcysów,
- Na świętego klnę Franiszka!
- Nie damy chłopom za żony.
- Syn mój, wziąwszy dwa szwadrony,
- Przed nami zamiata pole
- I pewnie się na rosole
- Rusałczanym nie rozpieści...
- A sądzę, że lada chwila
- Od Gruszczyńskiego nam wieści
- Nadlecą - pewnie się stary
- Na erudycją wysila,
- A szablicą przygasza pożary.
do księżniczki
- Ty zaś, moja piękna Parko,
- Wiń nam żywota przędziwo.
- Gdybyś była sprawiedliwą,
- To bym cię regimentarką
- Ogłosił na kraj okolny,
- Gdy sam jako hetman polny
- Po rosie w pole wyjadę...
- Ale panienka ma wadę!
- Ma wadę: pierścionek gubi
- Kto taką stratną poślubi,
- To kiep
KSIĘŻNICZKA
spoziera spod oka na Sawę
- Czy słyszy pan Sawa?
REGIMENTARZ
- On się jeszcze rozpoznawa,
- Ale nie zna się na tobie,
- Boś ty mu ni siostra, ni żona. -
- Cóż? tęskno ci bez Leona?
- Ślubny wam dzień przyozdobię
- I wyjaśnię wam świetlicę
- Łbami Kozaków na tyce.
KSIĘŻNICZKA
- Tateczku - a czy pan Sawa
- Będzie pochodnią w lichtarzu?
REGIMENTARZ
gładząc ją pod brodę
- Cóż to, mój regimentarzu?
- Jaka ty już w myślach krwawa!
- Ledwo dzisiaj na urzędzie,
- A już rączki masz łabędzie
- Zajęte głów zdejmowaniem?
KSIĘŻNICZKA
- Owszem, chciałabym rozdawać.
REGIMENTARZ
- Cicho! bądź z uszanowaniem! -
- Widzisz, Sawo, te ptaszęta
- Trzeba śmieszkami napawać,
- Na żartach się nie poznawać;
- To one swym świegotaniem
- Przez różne szpaczków talenta
- Smętny czas grożący nocą
- Żywo po angielsku złocą;
- I zdaje się, gdy świegocą,
- Że ta ziemia cała gajem
- Zielonym, gwiazdą i rajem,
- Gdzie za teatru kurtyną
- Ludzie lepsi za kraj giną.
Wchodzi Pafnucy z pałaszem Gruszczyńskiego w ręku.
- Cóż to znowu za szlachcic obdarty?
PAFNUCY
- Od Gruszczyńskiego przychodzę.
REGIMENTARZ
- A Gruszczyński?
PAFNUCY
- Pozostał na drodze.
REGIMENTARZ
- Powiedz wszystko i bądź z nami otwarty -
- Tobie z oczów nieszczęście wyziera. -
- Umarł starzec? czy umiera?
- Czy przez chłopstwo gdzie w sztuki rozdarty?
PAFNUCY
- Jasny panie, posłuchaj cierpliwie,
- A uderzę ci chrapliwie
- (Tak, że zadrzy serce mężne)
- W nieszczęcia trąby mosiężne.
- Wczoraj, panie, po twym liście
- Otrzymanym, starzec biały
- Ruszył się jak lew ogniście
- Gotów targać świat w kawały.
- "Co, ja tchórz?" - krzyczał - "ja, stary
- Rotmistrz służący za Sasów?
- Mnie każą wychodzić z lasów?
W twarzy i w gestach regimentarza widać zadziwienie.
- Ciągnąć przez lochy i jary?
- Gdzie ledwie węże się toczą
- Po kwiatach wstążką błękitną?
- Gdzie rzezunie nas otoczą,
- Z gór wystrzelają, w pień wytną
- I głowy nasze na tykach
- Postawią żonom przed oczy?" -
- Tak krzyczał; a na uboczy
- Przy gwiazdach, wielkich świecznikach
- Srebrnych, które ogonami
- W niebie wisiały nad nami,
- Zwierzyć się przede mną szukał
- Z omenów; jak mu do dworku
- Po trzykroć Chrystus zapukał
- We drzwi, dwakroć we śnie zastał,
- A raz zastał na paciorku;
- Tak że po stukaniu nastał
- Wielki strach; i czeladź cała,
- Matka, nawet dzieci drobne,
- Owo stuknięcie żałobne,
- Groźne, po którym nastała
- Cisza w domu i na dworze,
- Wzięli za stuknięcie Boże.
- "Jakoż" - mówił do mnie stary -
- "Była to dla mnie nauka.
- Abym poszedł pod sztandary,
- Bo Pan do drzwi moich puka.
- Pokazuje w kraju łodzi
- Tonące ludzie w rozpaczy;
- I sam w domek zajrzeć raczy,
- Sam po rycerza przychodzi".
- "Jakoż" - mówił - "mam ufanie,
- Że na werbunku nie zginę".
- To, jaśnie wielmożny panie,
- Z jego ust słyszałem wczora.
- Potem swoją mi dziewczynę,
- Służkę u twojego dwora,
- Polecił: - i wnet z lewady
- Pod rosę i księżyc blady
- Ruszyliśmy czyniąc pilny
- Marsz, ażebyśmy o wschodzie
- Przeszli cicho jar mohilny
- I o Irdynieckim brodzie
- Zachwycić mogli gdzie wieści. -
- Rano (ach, panie! w boleści
- Mówić nie mogę!) nad rankiem,
- Pod brzóz już ostatnich wiankiem
- Jeszcze się zatrzymał stary,
- Jeszcze mi tam swoje mary,
- Swoje sny i wizje chore
- Oraz starca Wernyhorę
- Z wróżbą o dwóch chorągiewkach
- Przypomniał. A w leśnych drzewkach
- Był dziwny z powieścią związek,
- Jakieś szeptanie gałązek,
- Szmery stłumione półgłośne;
- Jakby śpiewania żałosne,
- Przez duchy tych drzew czynione
- Na kwietnym lewad wybrzeżu;
- Jakby po starym rycerzu
- Jakieś głosy utęsknione,
- (Które jeszcze w uchu słyszę)
- Radzące staremu na ciszę
- I spoczynek. - Wtem z rozłogów
- Podniosło się słońce złote,
- Na kształt Mojżeszowych rogów
- Ubrane w ogniste słupy;
- I wiodło nas na robotę
- Mieczową, którą już kupy
- Kawek i wron, i szulaków,
- Zwite koło naszych znaków
- Czarną koroną piekielną,
- Okrakały za śmiertelną.
- Rota za rotą sprawieni,
- Wszyscy dobrzy przyjaciele,
- Jechaliśmy - on na czele
- Z chorągwią - i w jar ów głuchy,
- Pełny deszczowych strumieni,
- A po ścianach czarny, sucy,
- Bokami słońcu zakryty,
- Wjechaliśmy, tak że słońce
- Ozłociło nasze kity
- I same sztandarów końce:
- A ciemność, jaka w kościołach
- Panuje, grobowej bliska,
- Na naszych leżała czołach,
- Gdyśmy przez te uroczyska
- Ciągnęli, żując myśli surowe;
- I tylko kopyt iskrzyska,
- Gdyśmy podkowa w podkowę
- Za naszym wodzem lecieli,
- Albo blask od karabeli
- Swoje ognie piorunowe
- Na ciemne jary te kładły;
- Jakby tam furie u skały
- Z ognistymi prześcieradły
- Na nasze ciała czekały,
- Tych ludzi. mających ginąć,
- Gotowe w płomień owinąć.
- Około dziewiątej rano
- Przyjechaliśmy nad duże
- Serca wód, wielkie kałuże,
- Stawek, gdzie nam po kolano
- Woda oraz grząskie błoto
- Lgnące pętało rumaki.
- Tam starzec z chorągwią złotą,
- A za nim pomniejsze znaki
- Wbrodziły a wody śpiące
- W srebrne się wielkie miesiące
- Rozeszły; jakby, o panie!
- Niosąc nasze pożegnanie
- Ojczyźnie gdzieś stojącej na brzegu
- Bo wtem, nie strzegąc szeregu,
- Ładu i żadnej komendy,
- Przyszedłszy nie wiedzieć którędy,
- Pokazał się lud gruszczyniecki.
- Ci się wężowymi stecki
- Zlewali z gór na Polaków;
- Ci się z jałowcowych krzaków
- Ukazali, strasznej cery
- Podpiłej - sinozielonej.
- Rzekłbyś, że na ziemi onej
- Jałowców ciemne ogrojce
- Przeradzają się w siekiery,
- W noże i w spisy, i w zbójce -
- Że te straszne jaru ciemnie
- Całe się krwią zarumienią
- I wyreżą się wzajemnie,
- I w dwie mogiły zamienią -
- Że ze srebrnego jeziorka
- Zrobi się teatrum nowe,
- Na którym śmierć jak aktorka
- Swe tragedie purpurowe
- Będzie odgrywać w ciemności;
- Krwawe sztandary pozwiesza,
- Ludzką kość do wilczej kości,
- Ciała ludzkie z psimi ciały
- Ohydną ręką pomięsza;
- I temu, co trupy wskrzesza
- A niebios jest gospodarzem,
- Takim okropnym cmentarzem
- Ta ohydna monarchini,
- Mająca świat w panowaniu;
- Przy wiekuistym wskrzeszaniu
- Litość albo strach uczyni
- I horor. - Pierwszy Gruszczyński,
- Obejrzawszy gór załogę
- I cały lud ukraiński,
- Któremu nie mógł podołać,
- Kazał długo i na trwogę
- Żałośnie w trąby zawołać.
- A dotąd nie wiem, na kogo
- Wołał - trąb serdeczną trwogą?
- I tym tak żałosnym graniem?
- Bo mu góry z urąganiem
- Odpowiedziały o męstwie
- Próżnym, gdzie moc taka wroga! -
- Więc sądzę, że Pana Boga
- O swoim niebezpieczństwie
- Trąbami on zawiadamiał;
- Więc sądzę - że pierwej duchy
- Na powietrzu gdzieś rozgramiał
- I bił o anielskie słuchy,
- I był w niebie, nim na świat powrócił,
- Porwał sztandar i na wrogi się rzucił.
- I z białą głową odkrytą
- Leciał gnany naszym gwarem
- I krzykiem - (a nie słowiczy
- To głos, kiedy szlachta krzyczy
- Pędząc zbrojna do ataku!)
- Już wódz na czele orszaku
- Dobył się z grząskiego błota;
- Już koń się na brzegu wspinał,
- Już chorągiew wielka złota
- Burczała, już rąbać zaczynał
- I powietrze już zarzynał
- Jęczące od szabli zamachu;
- Wtem stanął i bladość strachu
- Twarz mu oblała i rosła,
- Z ust próżne wypadły dźwięki,
- Sztandar złoty wypadł z ręki,
- Miecz na tasiemce zawisnął;
- A krew, co się wprzód podniosła,
- Tak że rumieniec wytrysnął,
- Wróciła trwożna do łona, -
- I bladość straszna, zielona,
- Bladość, co nigdy na Lachu
- Nie występuje - ohydna!
- Bladość, która w nocy widna
- Na złodzieju, bladość strachu
- Zielona i ołowiana; -
- Pierwszy raz wtenczas widziana
- Przez mnie na polskiej twarzy,
- Przeraziła nas husarzy,
- I mróz nam przeszedł przez kości:
- Bośmy się zlękli bladości
- Takiej czarnej, ołowianej,
- Na twarzy wodza widzianej.
- Bo ta przy srebrnym warkoczu
- Twarz biała jak u komety,
- Bo w twarzy te węgle oczu,
- W oczach te wzroku sztylety,
- I krwią, i ogniem czerwone,
- Gdzieś na powietrzu utkwione,
- Wylatujące z rozłogu,
- Gdzieś utkwione - jakby w Bogu -
- Dziś widzę
- Teraz was proszę
- Jeszcze o chwilę cierpliwą:
- Bo starca pałasz przynoszę;
- Więc słowy wszczepić muszę
- Jego mścicielowi w duszę.
- Niech tego ojca obraza
- Przejdzie w serce, w dłoń człowieka;
- Niech ten kawałek żelaza,
- Który rdza wieków powleka,
- Znajdzie tu ręce gorące;
- I niech te umierające
- Stare tureckie turkusy,
- Gdy je polskie ręce chwycą,
- Znów swe oczy rozbłękicą;
- Niech tej klingi kolor rusy,
- Gdy nią człowiek krzyż uczyni,
- Znów swoją twarz rozrubini
- Jak piorun polskich pałaszy
- I świat krzyżem czerwonym przestraszy.
REGIMENTARZ
- Zawiesiłeś nas ciekawych
- Nad przepaścią pełną strachu
- I widm jak upiory krwawych.
PAFNUCY
- Mówiłem wam, że w zamachu
- Szabli, lecąc od gromady,
- Starzec stanął - stał się blady,
- Głuchy, jakby skamieniony;
- Wysoko gdzieś zapatrzony
- Jak na kruki, jak na wrony,
- Na słońce i na niebiosa,
- Na anioły i na Boga.
- A na niego szedł las wroga,
- Gromada spis złotowłosa;
- Las niby jakiś bez liści,
- Który słońce rozogniści
- I na wierchołkach oświeci;
- Las w śrzodku pełny zamieci,
- Od mgieł zawiany posępnych;
- Las tajemnic niedostępnych,
- Z girlandą ognia na głowie;
- A w tej girlandzie, o Boże!
- Słuchajcie, mości panowie!
- I dajcie też Wernyhorze
- Świadectwo, że widzi, co gada. -
- Pośród spis dwoje główeczek,
- Jedna i druga tak blada;
- A tak utkwione na tyce,
- Że z tych dwojga dzieciąteczek
- Były dwie płonące świece
- I dwa umarłe księżyce
- Śród straszliwego ogrojca; -
- Dwie główki ścięte po szyje
- Szły prosto, prosto na ojca;
- Jakby wiosenne lilije
- Na krwawym zabójcy grobie; -
- Zda się ucieszone obie
- Tym wielkim egzaltowaniem,
- Tym powietrznym mogilnikiem,
- Tą wolnością i lataniem;
- Tym żelazem, co w nie tonął
- I z główek wyszedł ognikiem,
- I palił się na wietrze, i płonął
- Jako świętych serduszek oferta. -
- Kto wam to lepiej naczerta,
- Nie wiem? do ojca szły ręki,
- Niby żebrać o niebieskie zasiłki,
- A ja sądzę, że mogiłki
- Prosiły go i trumienki
- Lecz on! - gdy te dziatki ścięte
- Ujrzał i te spis wierzchołki!
- I wprzód pomyślał: - aniołki!
- A potem: - że wniebowzięte,
- A potem: - że już zarznięte,
- Pomyślał - to, mości panowie,
- Włos mu biały wstał na głowie;
- W zupełne wpadł obłąkanie;
- Pokazał na te świeczniki,
- Ręką nam pokazał na nie:
- I beknął: "Moje chłopczyki" -
- I nic nie mógł mówić więcej,
- Bo w usta mu sto tysięcy
- Pereł upadło. - A wtedy
- Jeden z nas krzyknął: "Mospanie!
- Na potem domowe biedy!
- Na potem po dziatkach płakanie!
- Teraz wrogom stawmy czoło,
- Nim otoczą nas wokoło
- I wytną na tej moczarze"
- To rzekł ów głos, a zaś starzy husarze
- Pewni byli, że im zemstę poruczy.
- Ale starze, cały w gniewie,
- Krzyknął: " Któż to mię tu uczy?
- Czy to wasz komendant nie wie,
- Skąd mu brać w rozpaczy radę?
- Oto mój tu pałasz kładę" -
- Rzekł i rzucił ten miecz goły -
- "Tu mi stać, bo ja pojadę
- Po dziatek moich popioły,
- Po te krwawe jarzębiny
- I po domowe nowiny.
- Choćbym miał przed moje chłopy
- Rzucić się, lizać im stopy,
- To wyproszę je od krzyża,
- Te główki, które wiatr piecze;
- Wszakże to resztki człowiecze!
- Których świętościom ubliża
- Pogrzeb taki bez szacunku,
- Takie urąganie z ciałek;
- Taki mięsiwa kawałek,
- Ten z boskiego wizerunku
- Łachman zatknięty na dzidę
- I na strach pokazywany,
- Oczom ludzkim na ohydę,
- Berberysem krwi skapany,
- Którego kruk Kozakom zazdrości". -
- To rzekł i pełen żałości
- Pojechał - i wnet go czernie
- Oblazły wkoło jak mrówki.
- Z giestu widać, że nieźmiernie,
- O swoje maleńkie główki
- Starzec prosząc spuścił z tonu;
- Z giestu widać i z pokłonu,
- Że pokorę wielką kłamał;
- Że zupełnie się tam złamał
- Ów szlachcic pod ręką Bożą.
- Podjechałem wtenczas bliżej
- I słyszałem, że go trwożą
- Główek tych niezdjęciem z krzyży
- I pogrzebem ich nieświętym;
- O domie mówią wyrżniętym,
- O krwi, mordach, o płomieniu;
- Nareszcie o żony zlężeniu
- I o powiciu szczenięcia.
- Wtenczas rękę jak do cięcia
- Podniósł z miecza obnażony;
- I cały wstydem czerwony -
- Bo i starość ma wstyd swój dziewiczy
- I pudorem się różanym maluje,
- Gdy kto świętość jej roztajemniczy -
- Krzyknął: "Hycle! pomorduję!
- Wytnę w pień! szelmy! gadziny!
- I nieba fundament siny
- Krwią czarną waszą zamażę!
- Gdzie szabla? gdzie moi husarze?" -
- Krzyknął obłąkany cały;
- Obejrzał się i stał się biały
- Jak trup - łzawić się zaczął i ślinić,
- I ogłupiał, i nie wiedział, co czynić.
- Wtenczas jeden sotnik stary
- Rzekł do niego: "Hej, Lachu i kumie!
- Wydaj rozkaz, szczob tyje huzary
- Ze szkap zlazły taj w jeziorka się szumie
- Nie kąpały, a na łaskę zdały się". -
- Słysząc to oczy tygrysie,
- Jasne starzec w chłopy wlepił
- I oczyma ich oślepił
- Jakby słońcami tej ziemi;
- Słońcami obłąkanemi
- We krwi, w płomieniach i w grozie,
- I rzekł: "Więc mię na powrozie
- Jak psa, pany gospodarze,
- Wiedźcie przed moje husarze,
- Gotowe niosąc siekiery.
- A jako znacie, żem szczery,
- Tak i przed śmiercią nie zdradzę;
- A wam szlachtę tu sprowadzę
- I pod siekierami będę
- Ostatnią dawał komendę".
- To rzekł: - a jemu pod boki
- Włożywszy mordercze piki,
- Tak że zdawał się wysoki
- Jako dawne męczenniki,
- Jak Chrystusowe sztandary
- Zbliżać się ku nam ów stary;
- Chłopstwo go tak, pewne zdrady,
- Wiodło przed własne szeregi.
- Ale oczy, nasze szpiegi,
- Poznały, że starzec blady
- Z chłopstwem się czarnym nie kuma,
- Ale żywota ostatki,
- Swój dwór wyrżnięty i dziatki
- Bogu na ofiarę składa;
- I sam też o palmach duma,
- Lecz męczeńskich - o czym chłopstwa gromada
- Nie wiedziała, nie znając Jezusa.
- Jakoż śród tych dzid obrusa,
- Jak na chuście Magdaleny,
- Słońce jasne, jego głowa
- Spokojna, a purpurowa
- Od męki cierniów serdecznych;
- Jakoby w kręgach słonecznych
- Dziś mi przed oczyma staje.
- Dał znak, by ucichły zgraje,
- I zamodlił się sam w sobie. -
- Nagle! w tym sercu, w tym grobie
- Całej nieszczęsnej rodziny!
- Jakieś głosy wielkie, mężne,
- Jakoby trąby mosiężne
- Z Jozafatowej doliny
- Zagrały i będzie słynąć
- Ta komenda, w okropnym parowie
- Zatrąbiona: "Mościwi panowie" -
- Wrzasnął - "za ojczyznę ginąć!
- Ja trup!" - To nam starzec krzyknął
- Jakby groźna trąba sądna,
- I okrwawił się, i z oczu nam zniknął.
- I zaczęła się walka nierządna,
- Bośmy z furią szatańską mścicieli
- We łzach ślepi i na oślep lecieli.
REGIMENTARZ
- Mniejszym stawią u ludów posągi,
- U nas tylko powiedzą po wiekach:
- "Taki ojciec! taki rycerz był ongi! -
- A husarze?
PAFNUCY
- Na chłopskich zasiekach
- Dali gardło; kilku tylko zostało
- I ci wstydzić się muszą żywota.
REGIMENTARZ
- Kto tak gada jak ty, ten niemało
- Musiał czynić?
PAFNUCY
- Późniejsza robota
- To pokaże, czy Pański robotnik.
REGIMENTARZ
- Któż ty jesteś?
PAFNUCY
- Stary dziwak, samotnik.
- Bez przyjaciół
REGIMENTARZ
- To nieprawda, mospanie
- Bo ja jestem twój przyjaciel i w stanie
- Dać za ciebie i gardło, i rękę
PAFNUCY
- O Gruszczyńskiego panienkę
- Proszę, jako opiekun sieroty
REGIMENTARZ
- Gdzie Sałynka?
KSIĘŻNICZKA
- Ach, dębu wywroty
- Czasem łamią i róże podleśne!
REGIMENTARZ
- Co mi wróżą te słowa boleśne?
KSIĘŻNICZKA
- Kochany mój opiekunie,
- Utraciliśmy Salunię.
- Zniknęła dzisiaj ze dworu,
- Jakby na nią ojciec krwawy
- Rzucił kontusza rękawy
- I do anielskiego choru,
- Na srebrne łabędzie stawy,
- Gdzie przy harfach grają dusze,
- Zaciągnął. Może też ona,
- Jako listek w zawierusze
- Z ziemi lekko podniesiona
- Duchową z rodzeństwem współką:
- Jak w jesieni listek klonu,
- Co się wydaje jaskółką,
- Lub jako listek jesionu,
- Co się zdaje gwiazdą złotą;
- Widząca się na świecie sierotą:
- Jak ton zlewa się do tonu,
- Jako ognik do ogników,
- Za duszami nieboszczyków
- Poleciała.
REGIMENTARZ
- Kontrefekcie
- Szpaka, mów mi bez ogródek.
- Ta panienka na respekcie
- Dla wielu mi dziś pobudek
- Droga - niech prawdy się dowiem.
KSIĘŻNICZKA
na stronie
- Cóż ja mu nieszczęsna powiem?
- Domysłów mu nie wyjawię.
REGIMENTARZ
- W krwawej nas trzymasz obawie.
KSIĘŻNICZKA
- Śniła mi się Dejanirą
- Porwaną, a potem śniła
- U dziada ze srebrną lirą,
- Jakoby brzoza pochyła
- Dumająca nad dumkarzem;
- Potem gwiazdą nad cmentarzem.
REGIMENTARZ
- Tu o sny nie chodzi wcale.
KSIĘŻNICZKA
- Więcej nie wiem nic, prócz plotek.
REGIMENTARZ
- Mów je.
KSIĘŻNICZKA
- Czy ja kołowrotek?
REGIMENTARZ
- Waćpanna mi za zuchwale
- Odpowiadasz. Tutaj chodzi
- O cześć młodziutkiej dziewczyny,
- O cześć szlacheckiej rodziny,
- O mój dom, któremu szkodzi
- Ten rapt, trafiwszy się u mnie.
KSIĘŻNICZKA
- A waćpan mię też za dumnie
- Pytasz się.
REGIMENTARZ
- Rzecz tego warta.
KSIĘŻNICZKA
z gniewem
- Dziewczyna twoja rozdarta
- Przez lwa. - Miej to, czegoś pytał. -
Odchodzi.
REGIMENTARZ
- Gdyby to prawda!
SAWA
na stronie
- Zazgrzytał.
REGIMENTARZ
- Ha! gdyby to prawda była,
- Że mój Lew To być nie może!
Wchodzi Chłop ukraiński.
CHŁOP
- Panycz mię z listem przysyła.
REGIMENTARZ
- Czy zdrów? Nim ten list otworzę,
- Pytam, czy zdrów? słyszysz, chłopie?
CHŁOP
- Tak, panie.
REGIMENTARZ
- Co znaczy: tak, panie?
- Oczy w tobie groźne topię;
- Odpowiadaj na pytanie.
CHŁOP
- Panicz ranny.
REGIMENTARZ
- A gdzie leży?
CHŁOP
- W mohiłach.
REGIMENTARZ
- Czy ty pijany?
CHŁOP
- Panicz żywcem pogrzebany.
do regimentarza, który rękę podnosi do bicia.
- Tak niechaj mię pan uderzy -
- Cóż ja winien? - Chłopstwo męczy panicza
REGIMENTARZ
- Tego chłopa weźcie z mego oblicza,
- Bo mię jego twarz przestrasza. -
- Hurra, pany! do pałasza,
- W moim dziecku ratować skrę duszy.
Wychodzi.
SAWA
- Tego trzeba, aż szlachcic się ruszy
- I zupełnie pałasza dobędzie.
Wychodzi.
PAFNUCY
sam
- Ach! Ukrainy nie będzie!
- Bo ją ludzie ci na mieczach rozniosą.
- Ach! róż polnych z jasną rosą
- Zabraknie, bo je ludzie ci kochankom rozdadzą.
- Ach dumy w grobach ucichną!
- Bo się pieśni do polskich już rycerzy uśmiechną.
- Ach koniec Ukrainie!
- Bo się sztandar szlachecki na kurhanach rozwinie.
Odchodzi.
ZMIANA I
Przy chałupie popa. Noc oświecona pożarem. Wchodzi Semenko z Chłopami.
SEMENKO
- Hej, świat smutku trumnica!
- Pod czerwonym pożarem,
- Serca nasze pod strachem,
- Duchy nasze pod czarem.
- Gonta się nam pokazał
- Przy pożarnej pochodni;
- Zabełkotał językiem
- Taj wprost piszow do Kodni.
- Trzeba, pany sotniki,
- Jeszcze siekier spróbować,
- Jeszcze raz przeciw czarom
- I krwią się rozczarować.
- Jutro ja, gospodarze,
- Przypnę czapline pióro,
- A popi błahocześni
- Niech wystąpią z proskurą,
- Niech nakarmią jak na śmierć
- Krwią Chrystusa umęczoną.
- Taj znów łysną siekiery
- Na pożarach, czerwono...
- I budem ludźmi. - Ojcze
CHŁOP
- A szczo bude z tą szlachtą?
SEMENKO
- Rizat! - Taj że bude strach to
- Na te pany; dworów blisko
- Takie czarne cmentarzysko,
- Kędy żywe trupy stoją,
- Dzidami wsparte pod boki.
- Niechaj się zaniespokoją
- I otworzą trakt szeroki,
- Sto-milowy trakt czerwony:
- Gdzie jak spotkasz gród kamienny,
- To uderzy w głośne dzwony
- I rozpuści włos płomienny,
- I żydowskim płaczem wrzaśnie:
- A jak chłuśniem krwią, to zgaśnie
- I przycichnie by mogiła
- Strach, panowie gospodarze,
- Strach to cała nasza siła.
- Szczob my mieli czortów twarze,
- A z płomieni złotych kryła,
- Hej - a głos szatańskich krzyków,
- Rękawice jak z krwawników,
- Piersi czarne i czuhunne,
- Myśli gromkie i piorunne:
- Tak świat nasz! - Idte, sotniki!
- Zabawcie'ś - jaką igraszką.
- Bo ja dziś żonaty z Laszką,
- Chciałby tę noc jak słowiki
- Przepędzić na miłośnych gruchawkach.
- Czekać mnie dolawszy dzbanka.
Chłopy odchodzą. Semenko stuka do chaty i wchodzą na scenę dwie Popadianki w zielonych sukniach, w złotych kokosznikach.
SEMENKO
- Hej siostry! a cóż ta szlachcianka?
POPADIANKA
- Ani usiądzie na ławkach,
- Ani chce pogadać z nami.
SEMENKO
- Jakże ona rubinami
- Mogłaby wam co polecić?
- Ustom takim tylko świecić
- I palić się, i wyjadać
- Serce z piersi, oczy z powiek; -
- Lecz nie jęczyć ani gadać,
- Bo jękną - to skona człowiek!
- Bo poproszą - w ogień skoczy! -
- Może was o co jej oczy
- Prosiły?
POPADIANKA
- Na nic nie patrzy.
SEMENKO
- Jakżeby te oczy, ognie,
- Patrzały, duszy nie zjadłszy?
- Człowiek się, bywało, wzmognie
- Na moc, na jedno spojrzenie -
- Taj te oczy jak kamienie
- Szmaragdowe, gdy w nich błyśnie!
- Ona z wami tak umyślnie
- W słowach i w spojrzeniach skąpa:
- Po spojrzeniach waszych stąpa,
- A po słowach waszych lata;
- Aż ta sczarowana chata
- Mej rusałce, mej dziewczynie
- W pałac srebrny się przekinie,
- W zamek z pawich piór i złota. -
- Czy się ona nie kłopota
- O co, siostry?
POPADIANKA
- Ciągle wzdycha.
SEMENKO
- Ach to uschnie od wzdychania,
- Jak od wonności usycha
- Kwiat, aż zbędzie malowania
- I pomięte liści zrzuci
- To wzdychaniem się wynuci
- Z całej pieśni, z serca głębi;
- I serduszko swe zaziębi,
- I wyszepce słodkie słowa.
- Dajcież mi ją - bo gotowa,
- Trwogą zaniespokojona,
- Westchnąć z serca tak, że skona.
Popadianki wyprowadzają Salomeę z chaty.
SALOMEA
- Ach jak straszno! - Czy gdzie gore?
- Czy to ty? - panie Semenko?
- Ach bez męża mi nieskore
- Płyną i smętne godziny
- Często posunięty ręką
- Zegareczek u dziewczyny
- Ukraca długą tęsknotę
- Ale choć ja słońce złote
- Posuwałam serca biciem,
- Choć księżyc wszedł nad futory,
- Psy się odezwały wyciem,
- Choć mruczą gdzieś senne znachory:
- Nie słyszę mojego pana.
- Ach jaka ja - jestem biedna!
- W chacie chłopskiej sama jedna!
- Wraz po ślubie zapomniana
- I opuszczona po ślubie
- Ja tak tajemnic nie lubię,
- Zawsze z ludźmi żyłam szczerze
- Powiedz? kiedyż mię zabierze
- Mój mąż od tych popadianek?
SEMENKO
- Nie wiem, panno
SALOMEA
- To ty może
- Której z tych dziewcząt kochanek?
SEMENKO
- Brat.
SALOMEA
- Ach, to się założę,
- Że ci one nie do duszy.
SEMENKO
- Hej - a to czemu, panienko?
SALOMEA
- Bo każda z nich tak się puszy!
- Humor mają kwaśny, dumny.
- Gdyby mnie dotknęły ręką,
- Myślałabym, że już leżę
- Na marach. - Ja tobie szczerze
- Mówię: gdzie pop, tam i trumna.
- Ale nie myśl, że ja dumna
- Lub z prostoty waszej szydzę
- Albo się chłopami brzydzę.
- Ja, bywało, pieśni wasze
- I wieczornic słucham lubo:
- Bywało, świecę zagaszę,
- Wyjdę nocą na poddasze
- I tam, jak za serca zgubą
- Tęsknię - słysząc na torbanie
- Śpiew i tańców tupotanie;
- To mi i zapachy leśne,
- I te głosy lecą dźwięczne,
- Od smętności aż miesięczne,
- Z wesołości - aż boleśne,
- A od krzyków niby wściekłe,
- A od ech długie, rozwlekłe,
- A czasem czyste jak ślozy,
- Jak szkło, na serce się leją.
- To czasem się mgły odwieją
- I odwiną srebrne brzozy,
- I pokażą mi z kolorów
- Wstążek - girlandę upiorów
- Lecącą. - Czasem z kurhanu,
- Kiedy się futrem otulę,
- Patrzę, jak wy na Trzy Króle
- Święcicie wody Jordanu.
- Gdzieś na srebrnym, rzecznym lodzie,
- Co błyszczy by złota blacha,
- Pop wasz trojgiem świateł macha,
- Ogniem rzuca po narodzie;
- Z trzema płomieniami w dłoni
- To wstanie to się pokłoni,
- To się pokłoni, to wstanie;
- Aż z wody ognie dostanie
- Zagaszoną wprzódy świecą;
- I ten ogień mu rozchwycą,
- Rozniosą wnet na rożany
- Lód pomiędzy tulipany
- Z chorągwi gdzie mi w pamięci
- Jeszcze dzisiaj widni święci,
- Na dnach złotych malowani
- I te popy
SEMENKO
- Jak szatani.
SALOMEA
- Nie, Semenko, każda wiara
- Prowadzi ludzi do Boga.
- Tatko mówi: "Świat to mara",
- A dobrodziej: "Śmierci trwoga". -
- Taj my, bywało, we dworze,
- Kiedy okna śnieg zawali,
- Przy tatku kolędowali
- W srebrne Narodzenie Boże.
- Jak pośród małej stajenki
- Pastuszkom strzygącym runo
- Zjawiło się Pańskie łuno,
- Płomień przezroczysty, cienki,
- Od złota, rubinów żywszy;
- I pastuszki oświeciwszy,
- Takim je natchnął weselem:
- Że wybiegli, o dzieciątku,
- Co miało być Zbawicielem,
- Rozpytując się po drodze.
- A potem - w jakimże kątku!
- Na jakiej oni podłodze!
- Na jakich prześcieradełkach,
- Różach, rubinach, perełkach,
- Narcyseczkach i bławatkach!
- Przy jakichże biednych świadkach?
- W żłóbeczku małym przed matką
- Znaleźli Pańską dziecinę.
- Ach - gdy nam zaśpiewał tatko,
- Że znaleźli - to mnie, małą dziewczynę,
- Łzy zalały: dreszcz radośny przechodził
- I krzyczałam: "Chrystus Pan się narodził!" -
- I krzyczałam, i klaskałam tak w ręce:
- "Chrystus Pan się narodził w stajence!" -
- A dziś! Boże! cóż ze mną siędzieje?
SEMENKO
- Co mi ten kur ranny pieje?
- Ot nie mogę od łez. - Słuchaj, panna
SALOMEA
- Ach, ja by świeża dziewanna
- Obrastałam w kwiatki złote.
- A dziś porzuciłam cnotę.
- Bóg wie, co to jeszcze będzie!
- Co się jeszcze ze mną stanie!
- Te wspomnienia, śpiewające łabędzie
Wchodzi Leon z kością trupią w ręku, ścigany przez kilku Chłopów.
- Co to jest? W brudnym żupanie
- Mój mąż w błocie cały, bez szabli?
SEMENKO
- Czy go wypuścili diabli?
LEON
- Ty podły zbójco! gałganie!
- Chłopie! napadłeś mię w lesie,
- Wyrąbałeś mi szwadrony,
- Wiozłeś rannego w kolesie,
- Gdzie jęczał szlachcic czerwony,
- Gorącą mię krwią oblewał
- I pode mną jak trup ziewał. -
- Jeńcem jestem, więc nie będę się targał,
- Lecz ci powiem wprost w oczy: ześ szelma!
- Żeś liberią - moją krwią zaszargał!
- Że ten szlachcic, co w oczach ma bielma,
- To twój krwią cię on swoją zaleje,
- Kiedy staniesz przed Boga jasnością.
- Ot wy katy! rzezunie! złodzieje!
- Ot ja wolny i trupią wam kością
- Dam ostatnią i krwawą naukę
- Łby wam podłe na miazgę potłukę!
- Tę kość w moim ręku Bóg zapali
- Jako piorun i będę was gromił,
- Aż się cmentarz pode mną zawali
SEMENKO
- Ot się Laszok na krew połakomił.
- Hej pokornie ja proszę waszmości,
- Daj mi z żonką noc przepędzić miodową.
LEON
- Ot ja - przy tej trupiej kości,
- Ty przy szabli - a tam purpurową
- Błyskawicą pożary nam świecą:
- Tu się tłuczmy - aż łby polecą
- W drobne drzazgi do błyskawic - i znikną.
SEMENKO
do chłopów
- Hej, parobki!
Chłopi chwytają Leona za ręce.
LEON
mocując się z chłopstwem
- Włosy wszystkie mi wstaną,
- Wszystkie jak gadziny sykną,
- Wszystkie jako węże świsną,
- Wszystkie jak pioruny błysną.
- A choć członki skrępowane
- W rękach u czarnych rzezuni,
- To cię włosami dostanę;
- Bo się mój włos rozpioruni,
- Powietrzem ciebie doleci
- I na węgiel czarny spali,
- A paląc twarz ci oświeci,
- Abyśmy się raz spotkali,
- Nim się napotkamy w niebie;
- Raz jak trupy spojrzeli na siebie.
- Bóg to widzi, że nie chcę żywota,
- Ale śmiercią chcę twej śmierci, gałganie;
- Chcę do mogilnego błota
- W robaków i krwi bluzganie
- Zaciągnąć ciebie za włosy,
- Zęby tobie wszczepić w gardło,
- Gryźć się z tobą jak połosy,
- Aby się na nas podarło
- Ubranie nasze cielesne
- A członki same bolesne
- Po stepie skakały jak żmije.
- Ja cię prosto nie zabiję
- Za króla złoto i srebro;
- Ale cię kiedyś za żebro
- Odwinięte, kościo-pióre,
- Siekierą tak odwalone,
- Że ma zawiasami skórę,
- Powieszę, jak żywą wronę!
- Jak ty, krwawy pastwicielu!
- Na jednym obywatelu,
- Stawszy się piersi felczerem,
- Usta mu zrobiłeś zerem
- I straszną krwawą pustoszą;
- A ze skór odartych skrzydła,
- Które go w niebo unoszą
- I pół ludzkiego straszydła
- Panu Bogu teraz jawią
- I pośród aniołów stawią,
- Strasznym go czyniąc aniołem;
- Otóż ja pod twoim czołem,
- Jeśli się żywi spotkamy,
- Wygryzę takie dwie jamy,
- Aby w nie mózg wolno ściekał,
- Jak ty woskiem powypiekał
- U tych dwóch, co na wznak leżą,
- Kłębiąc się w krwi jak delfiny
- I bluzg roztopionej cyny
- Na piersiach mają odzieżą,
- Krzyżem i srebrną kałużą,
- Pod którą ciało się dymi.
- Więc ja cię, gadzie olbrzymi!
- Nim cię duchy przenaturzą
- W psa i obłok z krwawej pary:
- W żebrach ci porobię szpary
- I te znituję ołowiem;
- A jeśli kiedy odpowiem
- Przed Bogiem, to wiem. że nie za to
SEMENKO
- Ty mój dobrodziej! ty chatą
- Obdarzył mnie i połonką,
- I znitował mnie z tą żonką,
- Która mi tu pachnie rajem
- Taj przyszedł - co? z korowajem?
- Na wesele twego sługi,
- Gdzie krew, to jak wina strugi;
- Gdzie mogiły - jak wyprawa,
- Księstwo całe, ziemia krwawa;
- A pieśń na te zaślubiny
- To wasze straszne łaciny,
- To wasz smętny pacierz laszy,
- Co mi głupie chłopstwo straszy
- Wyjąc w nocy po mogiłach.
- Szczob ty był lwem? przy lwich siłach?
- To by wczora z twymi pany
- Bił się niepardonowany
- I krwią las ojcowski zrosił,
- A u siekier się nie prosił,
- Tego był, co dziś, humoru.
- Gdyby ty był człek honoru?
- To by swą kochankę cenił
- I sługi z nią nie ożenił,
- Wypaliwszy wstydu znamię
SALOMEA
- Leonie, mów mu, że kłamie.
SEMENKO
- Ja twój mąż
SALOMEA
- Leonie drogi,
- Czemu ty patrzysz pod nogi?
- Podnieś oczy, w oczach siła.
LEON
- Trzeba, abyś uwierzyła
- W smoki, że na złocie siedzą,
- A pisklęta własne jedzą;
- W gadziny słońcem rozgrzane,
- Ciałami własnych rodziców
- Na stepach powypasane;
- W upiory, co od księżyców
- Wziąwszy gust do krwi czerwonej,,
- Częściej spowinowaconej
- Pragną, niż obcą się mażą:
- Gdy cię te wszystkie przerażą
- Monstra chodzące w purpurze,
- Czyniące przeciw naturze,
- By własnej dogodzić strawie:
- Wierz we mnie i bądź w obawie,
- Czy ja nie gorszy niż one
SALOMEA
- Zdrapał rany ach, utonę
- W tej krwi
SEMENKO
- Weźmijcie ją, siostry.
- Topór albo kosa skosi,
- Albo miłość jej od śmierci wyprosi.
Popadianki wnoszą do chaty Salomeę Semenko za Leonem, prowadzonym na cmentarz przez chłopy, wychodzi.
[edytuj] AKT CZWARTY
Obóz polski z dala widać okop czworogranny. oświecony wewnątrz przez chłopskie ogniska z bukietem lip i cerkwią. Wchodzi Regimentarz z garstką Szlachty zbrojnej.
REGIMENTARZ
- Przed nami, mości panowie,
- Serce buntu, gniazdo chłopie.
- Oto w piaskowym okopie
- Siedzą dymami nakryci.
- I gdyby o jeńców zdrowie
- Nie dbać, że będą zabici,
- Nim się wedrzemy na wały;
- Dawno bym polnymi działy
- Zagrał śmiertelnego marsza.
- Ale już drużyna starsza
- Zaczyna z nami układy;
- I ciągle lirowe dziady
- Włóczą się niby upiory
- Tych kruków negocjatory,
- Kawałki ludu chodzące.
- Dawniej to, bywało, dziady,
- Szlachectwu dobrze życzące,
- Nieraz brano do porady,
- I przychodzili zgarbieni,
- Zasiadali rzędem w sieni
- Lub na dziedzincu pod drzewem;
- I tam sobie lirnym śpiewem
- Jak kawki., bywało, gwarzą.
- Aż pan dziecko wyszle z groszem,
- Z pełnym obwarzanków koszem;
- To dziecinie błogosławią,
- Obrazkiem nieraz obdarzą,
- Albo coś o przodkach prawią,
- Dziwne i ciemne powieści,
- Co się potem śnią w nocy dziecięciu.
- To, bywało, ze czterdzieścié
- Dziadów o wiosny poczęciu
- Schodziło się nam do domu.
- Mój ojciec - niech mu Bóg świeci! -
- Polecał nie lada komu
- Karmić te dawnych stuleci
- Chodzące żywe kroniki,
- Ale zawsze nas, chłopczyki,
- Posyłał. Nie wiem, dlaczego
- Dziś ten afekt ojca mego
- Dla dziadów w myślach mi stoi?
- Czy to, że dusza się boi
- O syna i przeczuć słucha,
- I ojca też jako ducha
- O świętą pomoc uprasza;
- Czy też, że dziwnie myśl nasza
- Z wiatrem Bożym się odmienia,
- Raz pełna w sobie płomienia,
- Pewna szczęśliwego skutku
- To znowu trumnica smutku,
- Dusza niespokojna, trwożna,
- Jako ślimak w skorupie ostrożna.
Wchodzi Sawa w sukmanie diaczka ruskiego z wertepem pełnym jasełek na plecach.
- Cóż tam, Sawo? Czy dobrze wertepem
- Oszukałeś to chłopstwo pijane?
- Czy im ciągnie jaka pomoc stepem?
- Czy widziałeś cmentarze rumiane
- Jeńców krwią? Czy mój Lew jeszcze dycha?
SAWA
zrzucając sukmanę
- Dajcie mi pierwej z kielicha
- Pociągnąć nieco węgrzyna.
REGIMENTARZ
- Widziałżeś mojego syna?
SAWA
- Zdrów.
REGIMENTARZ
- Czy dociągnie do nocy?
SAWA
- Dęby przetrwa - on pełen jest mocy!
- Cóż za myśli twe, regimentarzu?
REGIMENTARZ
- Więc byłeś na tym cmentarzu?
- Ach, opowiedz, na coś patrzał oczyma.
SAWA
- Dawno już, mości panowie,
- Od Drewiczam się nauczył
- Podstępów, różnych maskarad.
- Więc i teraz, z tym wertepem
- Na plecach, udając diaczka,
- Takem dobrze odgrał rolę,
- Że jedno tylko sokole
- Oczy na mnie się poznały. -
- Skoro tylko pociemniały
- Czarne lipy nad cerkiewką,
- Wszedłem na wał raźnie, krewko,
- Na wał, gdzie przy kołowrocie
- Dawniej żebrak lub cyganka
- Siedzieli a dziś w ciemnocie
- Straszna krwi hospodarzanka,
- Rzeź czerwona, stoi w dymie
- Pędzonym od Zaporożów. -
- Bo te zbrodnie tak olbrzymie,
- Ta góra węży i nożów,
- Nożów, które w Boga imię
- Poświęcona śród rozruchów
- Mają zaciętą naturę
- I okropną świętość duchów;
- Bo ten - który mogił górę
- Olśnia, lecz nie wypogodzi,
- Księżyc i sam przestrach czuje,
- Bo z jednego trupa schodzi
- I na drugiego wstępuje;
- Bo jedną porzuci głowę
- I zdejmie z niej białe skrzydło,
- I znów drugie koralowe
- Odkrywa we krwi straszydło,
- Gdzie w ranach jak ślepy brodzi: -
- Wszystko to na myśl nawodzi
- Tę marę wpół obłąkaną,
- Niegdyś przed rzezią widzianą
- Na cmentarzach i kurhanach,
- W ludzkich ślinach i psich pianach,
- I zgniliznach, i w zamachu,
- I w zgrzytaniach, i w tęsknotach,
- Bo przy ukraińskim strachu
- Zawsze w miesięcznych pozłotach
- Stoi smutek - w sercu boli
- I myśl puszcza w lot sokoli. -
- Z takim to smutkiem, a zręczne
- Oczy posławszy za szpiegi
- Na ciemne wzgórze miesięczne
- I krwią zroszone mogiły,
- Aby mi tam wypatrzyły
- Na razie ratunku brzegi:
- Wszedłem, strachu będąc blisko,
- Na te ciemne uroczysko
- Z krzyżami - i tam ujrzałem,
- Że pomiędzy żywym ciałem
- Niektóre resztki z krwawników,
- Ciała smętne nieboszczyków
- Leżały, a w oczach próżnych
- Nie tylko że brakło życie,
- Lecz na miesiąca odbicie
- Nie było szkieł, więc się blaski
- Po krwawnikach gdzieś kałużnych
- Błąkały i szły w roztrzaski,
- W garście złota, w kwiaty cudu,
- Które pewnie wzroki ludu,
- Co na krwi kałużach wiszą,
- Obłąkane strachu snami,
- Nazwą krwi tulipanami
- I rusałkom je przypiszą,
- Widząc kwitnące śród cieni
- Wszedłszy tam, gdzie mgła jesieni
- Mży, a liść lipowy cięży
- I na miejscowych strunach
- Kładzie swoje czarne plamy;
- Gdzie gałęzie jak kłąb węży
- Lecących z piekielnej bramy,
- Matki przy synach ksykunach
- Zatrzymały się i leżą
- Na ogniach jak na piorunach,
- Panując nad horodyszczą;
- A patrzą, gdzie żądłem uderzą,
- I na serce trupów świszczą;
- Spostrzegłem drugi ponury
- Tłum, co śmierci się spodziewa.
- A czasami jeniec który
- Odetchnie śmierci ciężarem,
- A czasem który zaśpiewa,
- A czasem jęknie nad żarem;
- Albo ci nagle spod nogi
- Zawoła kamień czerwony:
- "Ratuj, Panie Jezu drogi!"
- A drugi: "Bądź pochwalony!"
- I tak to robactwo w próchnie
- Szepce; aż z krwawych rozcieków
- Straszniejsza głowa wybuchnie
- I krzyknie: "Na wieki wieków!"
- I wszystko na chwilę uciszy.
- Tam śród pjanych towarzyszy
- (Miałem go prawie pod ręką)
- Twój sługa siedział Tymenko,
- Skarząc się chrapliwie z gardła
- Jak człowiek, co ma suchoty:
- Że małżonka mu umarła,
- Że go z tą czernią kłopoty
- Już do syta udręczyły,
- Że ot - wyjdzie na mogiły,
- Każe rżnąć obywateli,
- Krwawym się przypatrzy pluchom;
- A potem na vivat duchom
- I diabłom w łeb sobie strzeli;
- I kopnąwszy o płomienie
- Jak szatan światem pomiota.
- Spojrzałem: a odurzenie
- I niepamięć, i zgryzota,
- Żył posiniałych napięcie,
- Owo straszne przedsięwzięcie
- Pisały na jego twarzy
- Wtenczas ja, mając na straży
- I pieczy jeńców żywoty,
- Teatr mój łojówką złoty
- Na srebrnej kuhanów darni
- Odkryłem, mości panowie.
- I na ciemnych mogił głowie
- Zjawiłem w mojej latarni
- To, o czym, jak wiecie sami,
- Śni się nam pod mogiłami.
- I tak to Betlejem złote,
- Oświecone gwiazdą było
- Rozlewającą tęsknotę,
- Słońcem myśli zakrwawionych:
- Bo niektórym o domach mówiło,
- O dzieciąteczkach straconych,
- O śpiewanych gdzieś kolędach
- I o tych żywota błędach,
- Co dopiero przed śmiercią są widne.
- Wtem, o panie, na ohydne
- Cmentarze i uroczyska,
- Pod ciemne lip wężowiska,
- Od kurhanów na kurhany -
- Wiodąc świateł złotych roje,
- Przez miesiąca ołowiany
- Blask - sunąc chorągwi tęcze,
- Na wieczności gdzieś pokoje
- Snujący złote obręcze
- Wąż - pogrzeb wioszczany lichy,
- Pachnący czarnym jałowcem,
- Wszedł i rzucił nad grobowcem
- Trumienkę, beż żadnej pychy,
- Ale ubraną w kielichy
- Narcysowe i w konwaliowe;
- Jasną - bo w niej anielica,
- Ubrana jak na batalie
- Z piekłem, w słonecznoście lica
- I w niewinności ubiory,
- I w te ostatnie kolory
- Śmiertelnej podobne zorzy,
- W ostatni rumieniec przedboży,
- Leżała.
- A skoro mary
- Wstąpiły na cmentarzysko,
- Ruszył się Gruszczyński stary,
- Prawdziwe dla mnie zjawisko
- Krwawego spod grobu trupa,
- Za którym czarna wron kupa
- Upędza się, goni i wrzeszczy.
- Przybiegł: obaczył te mary
- I - jak dąb, co w sobie zatrzeszczy,
- Powieje liścia sztandary,
- Pokłoni się światu - i runie:
- Tak on na tej białej trunie,
- Gniotąc narcysowe pączki,
- Leżał głową powalony
- Na obrazek umarłej i rączki.
- Z drugiej strony zaś syn twój szalony
- Z równą zdaje się żałością
- Przybliżał się z trupią kością,
- Białą, w ręku podniesioną;
- I z taką twarzą szaloną,
- Że strach nam serca zamroził;
- Bo zdało się, że obłokom
- Gwiazdom, latającym smokom,
- Chimerom, aniołom groził;
- Że oczyma niebo ranił
- I tą kością szatanom hetmanił.
- Nie wiedziałem, co wszystko to znaczy.
- Aż twój syn padł na kolana
- I w piekielnika rozpaczy
- Zaczął siebie sam przeklinać.
- "Dajcie" - krzyknął - "nóż starcowi!
- Jeśli kto tu ma zarzynać?
- Jeśli wy zarżnąć gotowi
- I oblać się juchą krwawą?
- To on większe ma tu prawo
- Mścić się - bom uwiodł mu dziecko
- I to dzieciąteczko cudze
- Darowałem memu słudze,
- Zrobiłem córką zbójecką;
- Tak że ją rozpacz rozdarła,
- I oto leży umarła,
- Jasna jak zwiędłe lilije,
- Ludowi temu w podziwie.
- Niechaj starzec mnie zabije,
- A uczyni sprawiedliwie.
- Puśćcie! proszę was z litości.
- Jeśli nie chcecie dać noża?
- Ja mu pożyczę tej kości,
- I będzie jak ręka Boża,
- Którą ja zgonem uświęcę,
- Jak dłoń Boża w ojca ręce,
- Jak grom". - Tu przerwał Gruszczyński,
- Równie zdając się szalony:
- "Co to za szatan czerwony" -
- Krzyknął - "ów człowiek przede mną?
- Czy jaki duch ukraiński?
- Z szatą gwiaździstą i ciemną,
- Który mi tu płakać broni?
- I stoi z piorunem w dłoni?
- Z włosów swych uczynił gady,
- Grożąc mojej córce bladej,
- Która jest aniołów panią;
- I nie daje mi iść za nią,
- Sił ostatecznych pozbawia,
- I krzyżem drogę zastawia; -
- O! bo tam krzyż z wielką gwiazdą" -
- Krzyknął biorąc nas za świadki -
- "Na nim pelikana gniazdo
- Karmiącego krwią swe dziatki;
- A z Chrystusa krew wytryska
- Coraz jaśniejsza i bledsza,
- Aniołkowi śród powietrza
- Lejąca się w puchar złoty.
- O! Chrystus i różne zjawiska
- Jawią mi się śród ciemnoty,
- I przejęty jestem trwogą; -
- Ja nie mogę zabijać nikogo". -
- Tu mu głos twojego syna
- Przerwał: "Jeśli widzisz Pana?
- To Pan mię pewno przeklina;
- Bo dusza zaturbowana
- W oczach moich teraz stoi
- I nie widzi, i Boga się boi".
- Tak ci gadali do siebie
- Przez trumienkę otworzoną,
- Gdzie z narcysową koroną,
- Będąca na swym pogrzebie,
- Srebrna dusza pewnie onych
- Mów się przelękła szalonych
- I od takiej świata lutni,
- I od takich męki krzyży
- Uciekała coraz smutniej,
- Uciekała coraz wyżej
- I nie mogłem się obronić,
- Aby nad nią łez ronić,
- Nie zatrzymać w myśli rysów,
- Nie żałować tych narcyzów
- Co się z tymi ludźmi stało
- Dalej? panie, nie wiem wcale,
- Bo mię jeden z brodą białą
- Dziad, w wielkim duchu i szale,
- Uderzył tam po ramieniu
- I nazwawszy po imieniu
- Odwiódł od umarłej dziewki
- I od obłąkanych ludzi
- Do jednej pustej cerkiewki,
- Gdzie - co mówił - to wam uszy utrudzi,
- Bo wy gadek nie znacie stepowych.
REGIMENTARZ
- Ach rzeczy piekielnie nowych
- Powieść twoja pełna, Sawo -
- Mój syn z tą kością plugawą?
- Mój syn, mówisz, waryjatem?
- A starzec nie chciał być katem,
- Pomnący na pokrewieństwo
- Przyjaźni, co nas łączyła;
- A może też przez szaleństwo,
- A może wzgarda to była
- W szatę szaleństwa ubrana,
- Ach! i tak zamaskowana
- Zdała się tobie wariacją?
- Ach! przed tym okopem klęczę
Klęka
- Jak przed kalwaryjską stacją
- I do Pana mego jęczę
- W ufności i w krwawym żalu.
- Mogiło! krwawy koralu!
- Krwią mego dziecka oblana!
- Patronuj za mną do Pana!
- Przemów krwi modlitwą ciemną!
- Niech się zlituje nade mną!
- Cóż to jest? Ktoś na okopach?
Pokazuje się na okopie w powietrzu mglistym Gruszczyńskiego Duch.
DUCH
- Gońcie! bo na czarnych chłopach
- Krew nasza! - powietrze rwiemy!
- Gońcie! bo poszalejemy!
- Bo nam na błękitach
- krwawo!
REGIMENTARZ
- Czy widzisz go?
DUCH
- Sawo! Sawo!
Znika.
REGIMENTARZ
- Czy go słyszysz?
SAWA
- Wernyhora
- Prawdę zapowiedział wczora;
- Ten krzyk to jest nasze hasło
REGIMENTARZ
- Powietrze czerwone zgasło
- I zniknął ten człowiek stary,
- Skrwawiony.
SAWA
- Czekano tej mary
- Na Ukrainie u ludu
REGIMENTARZ
- Nie ma w tym żadnego cudu.
- Gruszczyński o pośpiech woła
- Każ uderzyć do kościoła
- Z hakownic aż srebrne gonty
- Polecą na dachu zrębie
- I pierżchną niby gołębie
- Chmurą białą niby świstki,
- Na których nasze afronty
- Spisane
SAWA
- Lub jako listki
- Ruszone z bialych narcysów
REGIMENTARZ
- Hej Oreł - burkę z tygrysów -
- I szablę. - Do szturmu, panowie!
- Kto żyć będzie, ten jutro rozpowie
- O dzisiejszej godzinie kobietom. -
- Reszta szablom i końskim kopytom.
Wychodzi, a za nim Sawa i cała szlachta.
ZMIANA I
We dworze regimentarza. Wchodzi Księżniczka i za nią Anusia.
KSIĘŻNICZKA
- Ach Anusiu! Anusiu!
ANUSIA
- Co, panno?
KSIĘŻNICZKA
- Gruszczyńskiego duch mi się pokazał.
ANUSIA
- Być nie może.
KSIĘŻNICZKA
- Z piersią krwawą i ranną
- Cicho stojąc, na powietrzu namazał
- Krzyż czerwony i zniknął.
ANUSIA
- Horory!
KSIĘŻNICZKA
- Przepowiednia się, ach, Wernychory
- Sprawdza na mnie
ANUSIA
- Niech się modli panienka
KSIĘŻNICZKA
- Jeszcze krwawa i ognista ręka
- Musi oddać mi ślubny pierścionek.
- Widziałam już pierwszą marę.
ANUSIA
- Zmów panienka choć kilka koronek,
- Uczyń z czego serdeczną ofiarę.
KSIĘŻNICZKA
- Ach z rozumu ja i śmiechu
- Ofiarę już uczyniłam.
- Jak płótno jestem na blechu,
- Pokrwawione ducha dłonią,
- Z oczu się jego napiłam
- Świateł, co nad świętych skronią.
- Dowiedziałam się z postaci,
- Że człowiek nic w grobie nie traci.
- Widząc go w złoconym pasie,
- Może z ogni robaczliwych;
- Każę się pogrześć w atłasie,
- W kolorach nielitościwych
- Dla serc, które teraz jęczą:
- I po śmierci będą tęczą,
- Jeśli mi Pan Bóg pozwoli,
- Od topoli do topoli
- Na cmentarzu pajęczyną
- Z nóż, brylantów i motyli
- Przez którą przejdą niemili,
- A mili tak się owiną,
- Że wiecznie ze mną zostaną
- Ach, Anusiu, jutro rano
- Los mój się rozwiązać musi
- Tak, jak dumka śpiewana na Rusi.
Wychodzi z Anusią.
ZMIANA II
Przy cerkwi pod lipami Leon z kością w ręku, obłąkany na twarzyWbiega Semenko.
SEMENKO
- Złociste Lachów sztandary
- Gnają wiatr i dym, i krew.
- Leci z szablą pan mój stary.
- Złoty jak kudłaty lew;
- Ołowiany ja mu grad
- Ze szturmaka sypnął w brzuch,
- Taj nie zadrżał i nie padł
- I zdjął mię strach. - Szczo ty za duch?
LEON
- Przysięgam na blask księżyca,
- Żem nie człowiek, ale lwica;
- Żem nie człowiek na cmentarzu,
- Ale śmierci herb w herbarzu,
- Na czerwonym polu stoję
- I złotych się gwiazd nie boję,
- Nie boję się twojej spisy.
SEMENKO
- Ach daj paść na jej narcysy
- I umrzeć.
LEON
- Nikt nie umiera,
- Ale piekło się otwiera,
- Gdy w bramy stukam tą kością.
- Widzisz tam - pod lip ciemnością
- Postacie widać piekielne,
- O drzewa poopierane. -
- Powietrze jak ołowiane.
- A deszczem gonty kościelne
- Lecące jak śniegi białe,
- Na ogniu i krwi stopniałe,
- Węży sinych bielą kuszcze
- Precz do piekła! bo do cerkwi nie puszczę
- Bo tam teraz z wielką ciszą
- Dusze umęczonych wiszą
- Na krzyżach i Boga chwalą,
- A słońca jasne się palą
- Koło ich głów jak tarcze złote.
SEMENKO
- Miałby ja teraz robotę,
- Gdyby z wariatami gadał;
- Puskaj w cerkiew
LEON
- Na pierś skoczę
- I będę oczy wyjadał.
SEMENKO
- Strach ty - lecz ja w tobie umoczę
- Moją spisę aż po dłoń
LEON
odbija spisę kością i wlatując na Semenkę obala go na ziemię i dusi.
- W rękach mam twe gardło i skroń -
- A co?
SEMENKO
przyduszonym głosem
- Dusysz mene, panyczu!
Wbiega Regimentarz na czele polskich żołnierzy.
REGIMENTARZ
- Co za widok? - mój synu! mój synu!
- Patrzcie! na jego obliczu
- Obłąkanie; jedna ręka
- Potrząsa palce z rubinu,
- A w drugiej kość ludzka się pęka
- W drzazgi, a wzniesione brwie.
- Mój synu! mój drogi! mój Lwie!
- Ach co za okropny los!
LEON
wstając i przychodząc do zmysłów
- Co to jest? - Ojcowski głos!
REGIMENTARZ
- Poznał mnie - weźcie go stąd!
- Tu jeszcze kule świegocą.
Wyprowadzają Leona.
- A jutro rano na sąd
- Dostawić tego zbrodniarza.
Pokazuje na Semenkę.
- Żyły mu w gardle charchocą,
- Oczy wyszły z wirydarza
- Czaszki jak dwa blade króle
- Pełne przestrachu, w purpurze,
- Kiedy Pan ludów na chmurze
- Napisze słowo stracenia.
- Wziąć go - i w mojej szkatule
- Znaleźć co do otrzeźwienia,
- A zdrowego mi dostawić;
- Bo ja się z nim będę bawić
- Jak kot z myszką.
Wchodzi Sawa
- Cóż za wieści?
SAWA
- Pałasz mój do rękojeści
- Czerwony krwią mego ludu.
- Podobnie się nam do cudu
- Ta krwawa walka powiodła,
- Ani jeden z nas nie zginął
REGIMENTARZ
- Ten dzień wiecznie będzie słynął,
- Bo mię Pańska nie zawiodła
- Łaska, syn mi się odrodził,
- Z martwych wstał na moje słowo.
- Co rok to będę obchodził
- Jak wielką fetę domową
- I aniwersarz rodzinny.
SAWA
- Do końca muszę być czynny
- I kopnąć się dziś z wieczora,
- Bo nam zniknął Wernyhora
- Z ciałem umarłej dziewczyny.
- A teraz jasno to widzę,
- Że on rozhukane gminy
- Utrzymywał z sobą w lidze,
- Z duchami związał w sojusze;
- Aż go święte jakieś dusze
- Wczoraj tak we śnie zmęczyły,
- Że dziad uciekł na mogiły.
REGIMENTARZ
- Ruszaj w pogoń; bo te trądy
- Trzeba zupełnie wyleczyć,
- A choćby ziemię skaleczyć
- W leczeniu, wrzód wyrżnąć trzeba.
- Jutro rozpoczynam sądy,
- Gdzie dom Gruszczyńskiego z nieba
- Będzie mi adwokatował
- Bom go już zastawszy trupem
- W martwe czoło ucałował
- I przyrzekłem, że kruków go łupem
- Nie zostawię i beze mszy żałobnych,
- Ale go do dziatek drobnych
- Przybliżę - i niech uśpiony
- Położy się obok żony
- I u nóg staruszki matki
- A waść jemu przynieś kwiatki,
- Ciche kwiatki narcysowe
- Pod srebrną staruszka głowę
- To i wszystko w ciemnym grobie
- Znajdzie ten człowiek przy sobie
SAWA
- W tym ci najwierniej usłużę
- Kładąc w tok kurenne spisy,
- Ale ty mi za narcysy
- Będziesz musiał oddać róże.
- Do jutra, regimentarzu! -
Odchodzi.
REGIMENTARZ
- Pokój duchom na tym smętnym cmentarzu.
Wychodzi z rycerstwem.
[edytuj] AKT PIĄTY
Sala we dworze regimentarskim, przybrana posępnie jak na sądownictwo - oświecona jarzącym światłem. Wchodzi Księżniczka z orszakiem panien respektowych, bogato ustrojona.
KSIĘŻNICZKA
- Jaki jęk na dziedzińcach!
- Jak płaczą mołodyce!
- Klną stepowe księżyce
- I słońce i rwą włosy.
- Ile krwi w Ukraińcach,
- Tyle teraz tu rosy
- Wyleje się na kwiaty:
- Astry, gwoździki, róże.
- Gdym wyszła na podwórze,
- Zobaczyłam i katy
- Okropne i czerwone,
- Nie wiem, skąd przywiezione. -
- Ach! a ze mną co będzie?
- Czy jak srebrne łabędzie
- Spłynę na krwi czerwieni?
- Czyli mi się odmieni
- Ten skrwawiony poranek
- W wieczór słodkiej tęsknoty,
- Cichy, księżycem złoty,
- Tak miły dla kochanek!
- A dla pijaków panów
- Tak wesoły po wojnie!
- Świecący tak spokojnie
- Dla starych kurhanów!
- A dla dziś osądzonych
- Mogił świeżo czerwonych
- Taki pełny spoczynku! -
- Włos mam w listkach barwinku,
- A chociaż z wróżek szydzę,
- Taką się dzisiaj widzę,,
- Jakąm się, ach! widziała
- W przyszłych myśli szafirze,
- Kiedym dziesięć lat miała,
- A dumkarz grał mi dumki na lirze.
Wchodzi Regimentarz, Leon. Sekretarz sądu i orszak Szlachty.
REGIMENTARZ
- Czemuś, moja panno, dziś nie w czerni?
- W dzień tak straszny, tu, gdzie kryminały
- Będę sądził Towarzysze pancerni,
- Zasiadajcie Żupan widziałem dziś biały -
- Gdy go zrzucę, to będzie czerwony
- Kazać w cerkwi uderzyć we dzwony
- I wprowadzić tu herszty rzezunie.
Zasiada na krześle Polscy wojacy wprowadzają okutego w łańcuchy Semenkę i kilku z naczelników rzezi.
JEDEN Z CHŁOPÓW
kłaniając się
- Daruj, pane! Taj czart niechaj splunie
- Czarną krew, co my z panów wylały.
- Taj bądź ty nam jak car biały,
- Bądź litośny.
REGIMENTARZ
- Bóg to widzi! nie mogę.
- Uderzyliście w trąby na trwogę,
- Zapaliliście wioski i dwory,
- Świat was widział jak krwawe upiory
- Tańcujące w pożarach, ohydni!
- Niech wam Pan Bóg po śmierci rozwidni
- Piorunami i drogę pokaże
- Ja ni mogę - ja was śmiercią ukarzę,
- Jako wężom jad czarny odbiorę,
- A na waszą udaną pokorę
- Nie uważam. - Ściąć im łby i w kawały
- Poćwiertować
CHŁOPY
- Taj szczob bisy proklały
- Twij dom czarny.
REGIMENTARZ
- Egzekwować ich zaraz.
do Semenki
- A ty?
SEMENKO
- Ze mną nie będzie ambaras -
- Cienką szyję mam
REGIMENTARZ
- Słuchaj, Semenko.
- Jak ty jeszcze tu niedawno
- Mój chleb jadł!
SEMENKO
- Taj mi niestrawno.
REGIMENTARZ
- A dzisiaj pod kata ręką?
- Pod ręką sprawiedliwości?
SEMENKO
- Taj proszę ja jegomości
- O śmierć, a nie o naukę.
REGIMENTARZ
- Znałem cię za śmiałą sztukę,
- Lecz za takie diable szczenię
- Nie mógłbym nigdy osądzić.
- Jak ty mógł tak rozporządzić
- Buntem? I takie płomienie
- Zapalić?
SEMENKO
- Jak? - Sercem, panie
REGIMENTARZ
- Syna ty mego, gałganie,
- Jak smok uwiodłeś na zgubę
SEMENKO
- Oj dzieciątko twoje lube!
- Jemuż to i rosa szkodzi!
- Nie czart no on czarty wodzi.
- Szczob ja jego miał był oczy,
- Jego serdeczną przynętę:
- Byłby ja wiódł życie święte,
- Uciekł z nią do Pawołoczy.
- Byłby ja gdzieś o hetmanach
- Śnił na trawie, na kurhanach;
- Choćby przyszło pod Kozyrą
- Zostać w Siczy tabuńczykiem
- Albo lud obchodzić z lirą; -
- Byle nie być niewolnikiem,
- Nie żyć sercem przez połowę;
- A położyć dumną głowę
- Na kochanki wierne łono,
- Że ja nie z tą się koroną,
- Co twój syn, urodził, panie, -
- Toż ja za to na majdanie
- Stał jak czart w pożarach czarny:
- A dziś ty mi pan, bezkarny,
- W domu twoim zetniesz głowę, -
- No zobaczysz ciało zdrowe,
- Żyły, jak krwią jasną trysną;
- No, zobaczysz, jak się ścisną
- Moje zęby, a nie zgrzytną;
- No zobaczysz twarz błękitną,
- A nie strachem śmierci bladą;
- No rozporzesz przed gromadą
- I rozedrzesz na dwie szmaty:
- Taj poznasz, że ja chłop z chaty,
- A nie tchórz na dokumentach.
REGIMENTARZ
- Myśl teraz o sakramentach.
SEMENKO
- Pan Bóg bez tego oczyści.
REGIMENTARZ
- Cherubinowie ogniści
- Najczystsze duchy uwodzą.
- Lecz kto stoi aż do końca
- Pod aniołów takich wodzą,
- Ten zaprawdę niewart słońca.
- Semenko, ty Boga bliski,
- Zamódlże się teraz w duchu. -
- Zakneblować jemu pyski,
- Nogi zostawić w łańcuchu,
- Zawiesić mu kir na czoło,
- Ręce wznieść, słomą okręcić
- I całego oblać smołą;
- Potem przez księdza poświęcić
- I czarną figurą smolną
- Podparłszy, gdy zechce się walić,
- Na samym wierzchu - zapalić
- I przez wieś prowadzić wolno
- Jako świecznik zapalony;
- A ciągle niech biją w dzwony,
- Póki zgore świeca,
- Okropna ludu gromnica,
- Świecąca buntu trupowi.
Wyprowadzają Semenkę.
KSIĘŻNICZKA
do regimentarza
- Ach strach mię przeleciał mrowi!
- Panie!
REGIMENTARZ
- Cicho mi bądź, dziewko,
- Bo ci żupana podszewką
- Krwawą zamaluję usta.
KSIĘŻNICZKA
- Ach blada jestem jak chusta!
- Jaka to czarna godzina!
REGIMENTARZ
- Sąd się od drugich zaczyna,
- A zakończy się na sobie
- Wiedzcie zaś, że to, co robię
- W imieniu swoim i syna,
- Z aniołów idzie nakazu,
- Którym nie tylko wyrazu
- Wnętrznego trzeba od ludzi,
- Lecz i kształtu, co żal budzi,
- Skruchą serce zadawalnia,
- A przed sądem już aniołów uwalnia.
Daje rozkaz, wnoszą ciało Gruszczyńskiego i opierają trupa na krześle, z którego zszedł regimentarz; ten zaś wziąwszy syna za rękę klęka przed umarłym i mówi:
- Szkolny mój niegdyś kolego,
- Przyjacielu, dziś nieżywy,
- Tyś był zawsze sprawiedliwy,
- Sądź mnie i syna mojego.
- Zaprawdę! obaśmy winni!
- Ja twojej, człowieku, zguby,
- A on hańby: - my istynni
- Zabójce twojej rodziny.
- Choć w tobie już żadne szruby
- Martwej ręki nie poruszą,
- Weź ten miecz ognisty duszą,
- Jeśli to uczynić zdolna,
- I na karki spuść nam z wolna,
- I każ odnieść na swój cmentarz.
- Boś ty wielki regimentarz,
- Sędzia Pana Boga święty;
- A my, twoje delikwenty,
- Leżym w prochu - zetnij! zetnij! -
- Lecz co mówię? przebacz, stary.
- Ja wiem, żeś ty pełen wiary,
- Od nas czyściej żył, szlachetniej. -
- Czy ja cię nie znam, człowieku?
- Starego druha i kuma?
- Czy ja nie wiem, co trup duma?
- Trup, jednego ze mną wieku,
- Trup, jednego ze mną serca,
- Jak ja niegdyś śmiały, butny,
- Jak ja teraz blady, smutny,
- Na tym krześle zamyślony.
Wstaje i mówi do przytomnych.
- Panowie! ja nie morderca -
- Oto boleścią szalony
- Rzucam się w okropnej męce
- Przyjacielowi na ręce
- Czy nie widzicie? że ściska,
- Ta twarz jego smętna, cicha,
- Patrzcie, niby słońcem błyska.
- Wzywam was wsszystkich na świadki,
- Że to jak twarz smętna matki,
- Nie twarz, która sądem grozi
JEDEN ZE SZLACHTY
- Ten trup powietrze zamrozi
Daje znak i wynoszą umarłego.
- A ty, nasz Regimentarzu,
- Ze smętnych myśli otrzeźwij
- I z żywymi staw się rzeźwiéj.
REGIMENTARZ
- Coraz więcej na cmentarzu
- Mogił, a śmierć ciągle kosi
- I tam wszystko się przenosi.
- A tu coraz puściej co dnia;
- I dla nowego przychodnia
- Coraz obszerniej przy stole
- Sumnienie zaś w sercu kole.
- I to najgorsza z boleści!
- Najstraszniejsza! jak widzicie;
- Gdy człowiek łez w oczach nie zmieści,
- Smutku nie dożuje skrycie;
- Ale żal otwarcie głosi,
- Na zimne kamienie pada
- I o przebaczenie prosi;
- A śmierć mu nie odpowiada,
- Cichą będąc tajemnicą.
- Więc tak, pogodziwszy siebie
- Z tą jasną duchów różycą;
- Która pośmiertny na niebie
- Kościół osłonecznia nieco;
- By się oczy ducha pasły
- Blaskiem serc, które tu zgasły,
- A w anielskiej róży świecą: -
- Wiem i to, że mi koniecznie
- Z światem się godzić należy;
- I biec razem, jak czas bieży,
- Bo stanąć jest niebezpiecznie. -
- Jakoż pogrzebowe świeczki
- Gęstym zagasiwszy płaczem,
- Afektów będę tłumaczem
- Mego syna dla księżniczki.
KSIĘŻNICZKA
na stronie
- Otóż znów spod rysiej burki
- Szlacheckie pokazał ucho.
REGIMENTARZ
- Mogęż cię imieniem córki
- Powitać? Mogęż z otuchą
- Wnosić, że mi jedynaka
- Uszczęśliwisz?
KSIĘŻNICZKA
- Ja niezmienna.
REGIMENTARZ
- I cóż?
KSIĘŻNICZKA
- Ja zawsze jednaka.
REGIMENTARZ
- Zgadzasz się?
KSIĘŻNICZKA
- Jestem kamienna,
- Nieskruszona.
REGIMENTARZ
- Pókiż tego?
KSIĘŻNICZKA
- Aż pierścienia czerwonego
- Dostanę
REGIMENTARZ
- Dalejże, synu!
- Pierścień z jasnego rubinu
- Wypal na bielutkiej dłoni
- Pocałunkiem, aż się skłoni
- Być twoją
LEON
- Mój ojcze drogi,
- Pozwól, żeć uścisnę nogi
- I powiem także tej pani
- Pokornie, żem nie jest dla niéj
- Dzisiaj nic więcej prócz brata
- I sługi - bo także muszę
- Odejść od krwawego świata
- I za tamtej pani duszę,
- Przysypany od popiołów,
- Odpokutować w klasztorze.
- Bo moje serce nie może,
- Przeklęte raz przez aniołów,
- Ofiarować się nikomu.
REGIMENTARZ
- Jakiś czar na moim domu.
- Lękam się, że runie w gruzy.
KSIĘŻNICZKA
- To jest coś na kształt rekuzy.
- Na kształt grochowego wieńca.
REGIMENTARZ
do syna na boku
- Patrz na nią - w zorzach rumieńca
- Stoi, na pół zagniewana,
- Jak miesiąc srebrno-różana;
- W koronie ze złotych szpilek,
- Na których siadają kwiatki
- Jak przy motylku motylek;
- A spodem buk i bławatki
- Ciemności rzucają silne,
- Alabastrom lic przychylne,
- Szmaragdom oczu zazdrośne,
- Rubinom ust nie szkodzące.
- Patrz, te piersi, dwa miesiące
- W staniku ze złotej lamy.
- Dwa słońca, dwa kręgi głośne,
- Które - gdy jej ust słuchamy -
- One do ust niosą głosy,
- Jak harfy sercem dotknięte.
- Patrz na jej leciuchne włosy,
- Spod zieleni Na te wcięte,
- A pełne tajemnych zacisz
- Gorsy, te łabędzie chody
- Patrz i pomyśl, co ty tracisz!
- Na Boga! gdybym był młody,
- Pomyślałbym o tym dwa razy.
KSIĘŻNICZKA
- Ach senne moje obrazy
- Biorą kształt.
Wchodzi Wernyhora w płaszczu dziada, z lirą
REGIMENTARZ
- Czemu tu gwary
- Ucichły jak wroni skwir?
- Co to za siwy dziad stary?
- Wygląda jak dawny król lir. -
- Parobku, z jakiej ty chaty?
WERNYHORA
- Z mohił, panie.
REGIMENTARZ
- Bardzo wierzę,
- Boś podobny do upiora.
WERNYHORA
- Ja stepowy Wernyhora.
REGIMENTARZ
- Szukają ciebie rycerze.
WERNYHORA
- Rycerze błądzą po drodze,
- Ja sam na słowo przychodzę.
REGIMENTARZ
- Więc jesteś mi w domu święty.
- Siadaj, staruszku, na ławie.
SWERNYHORA
- Za żadne ja dyjamenty
- Z wami długo nie pobawię,
- Nie usiądę tu na ławie
- Jako człowiek z wami bratni;
- Bo ja lirny król ostatni
- Pójdę duchy jak żurawie
- Odprowadzać do hetmanów.
- Słyszeli wy, jak z kurhanów
- Dobył ja stepowej liry?
- Jakie płacze, jakie skwiry
- Wron i orłów słychać było,
- Gdy ta lira, pod mogiłą
- Ręką Lacha zakopana,
- Odezwała'ś spod kurhana
- W blask miesiąca czerwonego;
- Jak córka do ojca swego,
- Jak zaklęta upiornica,
- Jako Lachów niewolnica,
- Jak duch srebrny do księżyca.
- A gdy ja rozkopał doły
- I przytulił ją na ręku,
- Słyszał jej duch, cały w brzęku
- Jak pierś u brzęczącej pszczoły -
- A gdy otrząsł z niej popioły
- I w klawisz ręką zatętnił:
- To się ja sam aż zesmętnił,
- Usłyszawszy pierwsze granie,
- I rozpłakał na kurhanie
- Jakby w księżycowym raju. -
- Wże ja teraz ne zahraju,
- Pany! - Idę w sen, na ciszę!
- Oj liro twoje klawisze,
- Gdzieś ze srebra dawniej lane,
- Nogą pieśni wydeptane
- Jakby stare sęki drzewne
- I kamienie przedcerkiewne,
- I zapadłe w dół mogiły:
- Świadczą, że pieśni chodziły
- Po klawiszach, pieśni chyże!
- I siadały na sen w lirze,
- W krąg siadały pieśni tłumy;
- Posążnice - stare dumy,
- Piorunnice - stare krzyki,
- Szumki lotu - konie kare,
- Szumki płaczu - dum słowiki,
- Błyskawice - myśli stare,
- Rusałczanki - dzwony szklanne;
- Smętne dumy podkurhanne
- Kędyś aż od Zaporoża.
- Taj dla wszystkich dom uprzejmy -
- Siądą w lirze jak na sejmy;
- A pośrzodku Duma Boża,
- Krwią Chrystusa purpurowa,
- Siedzi jakby dum królowa
- I radzi świat podbić cały -
- Darujcie, pany - ja biały
- Dziad ot ja trochę szalony.
- Może co złego powiedział? -
REGIMENTARZ
- Zagrałeś nam w dziwne tony,
- Jakbyś na kurhanie siedział.
- Czego chcesz? Tłumacz jaśniej.
WERNYHORA
- Pane - ot, po krwawej waśni,
- Gdyś ty ludu krwią czerwony,
- Przyszedł ja ci w moje dzwony
- Zagrać głucho, tuż nad uchem,
- I pożegnać ciebie duchem
- Mego ludu.
REGIMENTARZ
- Gdzież idziecie?
WERNYHORA
- Ot ja, panie, miał na świecie
- Jeden futor gdzieś pod borem,
- Dom bez złota, adamaszków;
- I trzy brzozy pełne ptaszków,
- I trzy źródła pod futorem,
- Jak ze srebra tarcze lane,
- Jak kąpiele rusałczane.
- Taj póki lud był szczęśliwy,
- Póki duch żył - ja był żywy -
- Teraz - pane, Boh ze mnoju! -
REGIMENTARZ
- Czegóż ty chcesz?
WERNYHORA
- Ot w pokoju
- Rozstać się z wami, panicze,
- Jeszcze spojrzeć wam w oblicze,
- Aby zapamiętać długo
- Duchom, szczo was proklinaje
REGIMENTARZ
- Moj staruszku, czas nastaje,
- Że nie będąc naszym sługą
- Możesz cicho zostać z nami
WERNYHORA
- Szczo? ja, batku? - trup z trupami?
REGIMENTARZ
do szlachty
- Dumny szelma!
WERNYHORA
- Ja szalony -
- Może ja głupstwo powiedział
- Przez dziedziniec wasz czerwony
- Jam szedł i drogi nie wiedział,
- Choć dwór widział odemknięty;
- Aż mi jeden człowiek ścięty
- Poswetył łbem aż do sieni
KSIĘŻNICZKA
zbliżając się
- Ojcze! Ach my przerażeni
- Twymi słowy, wszyscy smutni.
- Zagraj nam lepiej na lutni
- Jaką piosenkę z księżyca.
WERNYHORA
- Szczo heto za anhełyca? -
- Ach ja do niej idąc w lesie
- Szedł jak gdyby w interesie. -
- Panno, nie chodź mi od boku,
- Bo mi widy jakieś w oku
- Błyszczą, serce drga jak struna. -
- Ja odzyskał sen widuna
- Patrząc w lice tego dziecka. -
- Kto ty? Czy ty Wiśniowiecka?
- Czy pamiętasz tego dziada,
- Co, bywało, tobie gada
- Śród pasieki dumy stare?
- Co, bywało, ciebie senną
- Na łóżeczko pod kotarę
- Nosi i tam jak kamienną,
- Uśpioną dumami kładzie?
- Czy pamiętasz, co ja w sadzie
- Wróżył tobie na dzień ślubny?
- Że to ludu mego zgubny
- Będzie dzień jak pożar krwawy
- A w pożarach żywa świeca,
- A koło niej lud ciekawy,
- A ona aż w twarz księżyca
- Tryskająca krwią czerwoną,
- Aż na twoje tryśnie łono?
KSIĘŻNICZKA
- Ach pamiętam, i cóż dalej?
WERNYHORA
- Taj gromnica, gdy się spali
- Pod szablicą pana Sawy,
- Przyjdzie i franciszkan krwawy,
- Pasem się krwi przewiązawszy
- Niosąc pierścień jeszcze krwawszy.
KSIĘŻNICZKA
- Ach pamiętam franciszkana!
- Widzę nawet jego rysy.
WERNYHORA
- A potem drużka ubrana
- W srebrne, podśnieżne narcysy
- Przyjdzie, drużka, trupie ciało
KSIĘŻNICZKA
- Ach, pamiętam drużkę białą!
WERNYHORA
- A co pierwej?
KSIĘŻNICZKA
- Ach nie pomnę!
WERNYHORA
- Przed mężem - księdzem - i druhną?
KSIĘŻNICZKA
- Ach jakieś blaski ogromne!
- Dary świecące jak próchno,
- Ślubne moje podarunki!
WERNYHORA
- Podobna ty do widunki!
- Wszystko sen i prawda szczera!
- Pierwej moja srebrna lira
- Rozbita i odemknięta
Tłucze lirę o podłogę i wyrzucone z niej papiery oddaje księżniczce.
- Wyrzuci te dokumenta,
- Ktore ja krył, póki sądził,
- Że Sawa będzie hetmanem. -
- A teraz ja rozporządził
- Wszystkim, nad czym ja był panem,
- Lirą, pieśnią, wychowanką,
- I hetmanem, i hetmanką;
- Taj wychodzę z szlachty proga,
- Jak wszedł - a nie bez łez, pany!
- Bo ja z wami chleb łamany,
- Od jednego dany Boga,
- Długo jadł - aż zęby stracił.
- Bogdaj Pan Bóg wam zapłacił
- Za jadło i za gościnę
REGIMENTARZ
- Gdzież idziesz?
WERNYHORA
- Na Ukrainę.
KSIĘŻNICZKA
- Czy to prawda, że po ciebie
- Koń jakiś biały przyleci?
- Koń, co po mogiłach grzebie,
- Okiem rubinowym świeci;
- Jakiś dziwny koń piekielny,
- Mówią, że koń nieśmiertelny.
WERNYHORA
- Ja nie wiem, tak pieśni głoszą.
KSIĘŻNICZKA
- Gdzież takie konie unoszą,
- Powiedz! Bo ja będę wiodła
- Długo za tobą oczami -
- Bo mi w oczy sypnął skrami,
- Smutkiem napełnił nieznanym;
- Ten koń, z lirą grającą u siodła,
- I z dumkarzem zapomnianym
- Ulatujący na wieczność.
- Czy tam jaka pół-słoneczność
- W tych mogiłach? czy tam ciągłe strachy?
WERNYHORA
- Każdy kwiat ma swe zapachy,
- Każdy duch swój wid półjasny,
- Każde serce swój strach własny,
- Każdy orzeł lot przedlotny;
- A ja wiem, że ja samotny,
- Jak ty głoskiem to wywiodła;
- Przez piekielnego rumaka
- Porwan wściekły - bez czapraka,
- Z lirą grającą u siodła,
- Umarłe trzaskając kości
- Polecę w niespokojności,
- W strachu, w żalu, ale w mocy.
- Aż kiedyś - gdy na godzinie
- Stanie miesiąc o północy;
- to koń znowu z siodła skinie
- Mego ducha na kurhany.
- Taj znów zagra dziad z powagą,
- Taj znów jęknie - a kto zna go,
- A kto słyszał poza światem,
- Pryde - w łańcuch żurawiany,
- Pryde - lirą tchnąć jak kwiatem,
- Pryde - z serca pić jak z czary,
- Pryde - z piersi czerpnąć wiary,
- Pryde - iskry wziąć z ogniska. -
- Ten dziad, co tu lirę ciska
- Jak fałszywą sorokówkę;
- Taj z trupami na wędrówkę
- Wietrznym koniem teraz pędzi,
- Naprowadzi wam łabędzi
- I rycerzy, i hetmanów.
- Taj śłuchajte - gdy z was, panów,
- Budut' trupy - budut' hłazy:
- Taj gdy się wasz trup trzy razy
- Pod mogiłą, rwąc do sławy,
- Znów przewróci na bok krwawy;
- I pomyśli, nędzarz Boży,
- Że i piorun nie otworzy
- I nie zdejmie wieka z truny;
- Taj świat przeklnie i pioruny: -
- To jak stanę ja, dziad rzewny,
- Jak mu ręce łzą uroszę,
- Po żebracku jak poproszę;
- Jak ja lirę upokorzę
- I na sercu mu położę,
- I do czoła mu przycisnę;
- I przeszłością w oczy błysnę,
- Starych dum nasypię w uszy:
- Klnę się na duch! że się ruszy
- Taj swą twarzą księżycową
- Spojrzy na was jak upiory
- Otóż macie moje słowo,
- Macie dumę Wernyhory.
- A stepowe gdzieś miesiące
- Wiedzą - o czym ja nie wiedział;
- Czemu ja przez usta klnące
- Wam przekleństwa nie powiedział.
KSIĘŻNICZKA
- Stój. - więc Polska?
WERNYHORA
- Ja stepowy
- Dziad, panienko Ja nic nie wiem
KSIĘŻNICZKA
- Mówią, że kopiec grobowy,
- Gdzie ty zaśniesz pod modrzewiem,
- Zniknie?
WERNYHORA
- Moja panno miła,
- Mówią, że zniknie mogiła -
- Ja nic nie wiem. czas pokaże.
KSIĘŻNICZKA
- Weźże ty ode mnie w darze
- Tę zauszniczkę z turkusa;
- Jak twój srebrny koń da kłusa
- Tu z powrotem, na kurhany;
- Czy po wiekach, czy po latach,
- To mi, staruszku kochany,
- Dasz ten turkus i przypomnisz pasiekę,
- Gdzie ja, bywało, na kwiatach
- Pod piastunki się opiekę
- Uciekałam gdyś ty gadał o marach.
WERNYHORA
- Ot panienko młodość w czarach!
- A co dziś? ja człek grobowy! -
- Pany! wasz dom purpurowy
- Niech śpi - i ja spaty budu.
Odchodzi.
KSIĘŻNICZKA
- Pierwszy raz, duch tego ludu,
- Słyszałam, jak o łzy żebrze.
- Dotąd na miesięcznym srebrze,
- Malował nic kolorowe. -
- Dajcie mi księżyc na głowę!
- Dajcie mi tęczę pod nogi!
- Za tym dumkarzem polecę! -
- Ach co widzę? Sawa, z drogi?
- W jakiej on czerwonej rzece
- Kąpał się? figura krwawa!
Wchodzi Sawa w białym żupanie zbryzganym krwią, z pałaszem w ręku.
SAWA
- Nie udała się wyprawa.
- Przebiegłem stepy, kurhany,
- Całe mgieł posępnych morze;
- A nigdzie o Wernyhorze
- W Ukrainie ani słychu. -
- Co gorsza, że się tu lichu
- Diabelskiemu dałem skusić
- I chcąc jeden ogień zdusić
- Cały oblałem się krwią;
- Dlatego z posępną brwią
- Stoję tu, mości panowie.
- Jadąc przez wioski ulice
- Spotkałem żywą gromnicę
- Z płomieniskami na głowie,
- Ze smołą ogniem kapiącą,
- Na mnie w oczy wprost idącą:
- Tak że pomimo harapa
- Zlękła zdębiła się szkapa;
- A ja, rozjuszony złością,
- A może też i litością
- Wpół pomięszaną z przestrachem,
- (Bo nie myślę czynu krasić),
- Na koniu szabli zamachem
- Chciałem to światło jarzące,
- Tę straszną marę zagasić;
- I w zamachu uciąłem jej ręce. -
- A to wszystko w smolnym dymie
- Stało się, niby w ukryciu,
- Przy żałośnych dzwonów biciu:
- Tak, że gdym wyleciał z chmury,
- To za mną - widmo olbrzymie,,
- Ręce podniosłszy do góry,
- Biegło, zda się, karku blisko
- Lecące pogorzelisko;
- Mszczące się samym hororem
- Goniło za mną widziadlo
- I aż tutaj, pode dworem,
- Na piasek złoty upadło,
- Wylawszy dwa koralowe
- Strumienie co, zda się, piszą
- Prześwięte Y Jezusowe
REGIMENTARZ
- Dość - bo uszy moje słyszą
- Krzyczącą krew. - Niech kto bieży,
- Do łba mu lufę przymierzy
- I skończy ciała męczarnie.
Wchodzi Pafnucy przywiązany pasem krwawym mnicha franciszkana.
- Cóż to? czy krwawą latarnię
- Duchy postawiły w sieni?
- I wpuszczają mi tłum cieni
- Skrwawionych do mego domu?
PAFNUCY
- W chwilę chłopskiego rozgromu
- Szablą Gruszczyńskiego zbrojny,
- Szukałem zemsty - jak mściciel:
- Aż mi szabli tej właściciel,
- Po śmierci, widzę, spokojny,
- Zemsty nad ludem zabronił. -
- Jakoż zaraz mię nieznany
- Strach ujął, siłęm uronił,
- Miecz się giął jak ołowiany;
- Chłopstwo mię porwało srogie
- I poznawszy po tonsurze
- Za księdza, ciało ubogie
- Ustroiło w krwawe róże,
- W świętego Franciszka pasy. -
- Bo dziś wiek, że polskie lasy,
- Dotąd kwiatkami panieńskie,
- Od pszczółek by lutnie brzmiące,
- Widzą nagoście męczeńskie,
- W czaszkach siekier półmiesiące,
- Ręce w płomiennych okowach;
- Wszystkie męczeństwa oznaki,
- Oprócz złotych słońc na głowach;
- Bo te płomieniste ptaki
- Później na czołach usiędą,
- Gdy się nam duchy podniosą. -
- Takem się ja przed komendą
- Sawy, krwi okryty rosą,
- Meldował, cierpiąc katowanie.
- I miałem to już zasługą,
- Że z ran uleczon cudownie,
- A pomny, żem Bożym jest sługą -
- Widząc tu dwie wielkie głownie
- Zgaszone Sawy szablicą;
- Nad tą konającą świecą,
- Której duch w płomienie spieszył,
- Tyle dokazałem słowy,
- Że się ten duch purpurowy
- Ugiął, a jam go rozgrzeszył.
- Tak mi dopomogły duchy,
- Że wydobyłem akt skruchy,
- Jęk spod smolnego płomienia
- I rozkaz, dany oczyma,
- Które szukając pierścienia,
- Na rękę, co jeszcze się zżyma,
- Krwią leje i w prochu się rusza,
- Zwróciły moją uwagę.
REGIMENTARZ
biorąc pierścień krwawnikowy z rąk Pafnucego, obraca się do księżniczki.
- Pierścień to wielką ma wagę!
- Bo to imię, panno, przymusza
- Ponowić ci prośby moje
KSIĘŻNICZKA
- A ja zaś przy dumkach stoję.
- Sawa z ust ognistych węża
- Jak błędny rycerz szalony
- Wyrwał ten pierścień dla żony,
- A ja z ręki mego męża
- Biorąc, będę go nosiła.
REGIMENTARZ
- Sawa? Czyś głowę straciła?
- Sawa słuszny kawaler, lecz nowy -
- Nie wiem nawet, czy szlachcic herbowy?
KSIĘŻNICZKA
- Dla mnie: rycerz ukraiński,
- A dla was już: pan Caliński.
- Na co dokumenta składam
- I te kościelne dowody.
- A sama do nóg ci padam
- Prosząc przyzwolenia i zgody
- Na ślub, który ci oszczędza,
- Panie, kościelnych wydatków,
- Bo dawno już był dany przez księdza.
REGIMENTARZ
- Ty ślubna?
KSIĘŻNICZKA
- Lecz na kształt kwiatków
- Jeszcze, panie, nie dotknięta.
SAWA
- Na co złoży dokumenta.
REGIMENTARZ
do Sawy
- Pamiętaj, że z twoją szkodą
- Bierzesz gadzinkę nadobną. -
- Caliński był tu podobno
- Kiedyś naszym wojewodą?
SAWA
- Tak, panie, dla tych szpargałów
- Ojca mojego zabito
- I te dokumenta skryto
REGIMENTARZ
- Życzę wam długich zapałów!
- Życzę szczęścia! - Pij nektary
- Z tej złoconej filiżanki,
- A z trwogą Cóż to za mary?
Wchodzą dwie Popadianki niosąc za końce prześcieradło białe.
POPADIANKA
- My ze stepu popadianki,
- Przyszły z srebrnym darem w ręku,
- Szczob tebi o brata Semenku
- Prosyły
REGIMENTARZ
- Na tom ja skałą.
- Semenko, wasz brat, nie żyje
POPADIANKI
Odkrywając z prześcieradła śpiącą Salomeę.
- Witże, daj ciało za ciało
REGIMENTARZ
- Co widzę? - Białe lilije!
- Moja szlachcianeczka trusia?
- W srebrnym prześcieradle Salusia? -
- Patrzaj, Lwie dzieciątko miłe!
- Ach! mogiła za mogiłę!
- Oddać im zwłoki kozacze.
LEON
- Ojcze, puść Niech ją zobaczę.
REGIMENTARZ
- Trzymajcie go! Panie Boże!
- On na to patrzeć nie może.
POPADIANKI
- Bud' szczasływ że ty nam ciała
- Nie odmówił my szczęśliwe
- No, choć twa ręka wspaniała,
- To my wspanialej wyrosły:
- Bo wam dały ciało żywe,
- A od was trupa wyniosły.
Wychodzą.
REGIMENTARZ
- Co mówicie? Synu! synu!
- Patrzaj, kolorek rubinu
- Wystąpił z ust bladziuteńki -
- Jeden paluszek u ręki
- Ruszył się - słońce w nią wpływa -
- Patrzajcie! ach żywa ! żywa!
- Żywa w moich rękach - o! widzicie!
Podnosi ją w rękach.
- Moje ukochane dziecię!
- W rękach moich żyć zaczyna
- Bijąca sercem ptaszyna.
SALOMEA
- Co się ze mną biedną stało?
- Czy ja w gorączce, czy chora?
- Wczora usnęłam z wieczora
- I śniłam coś biało - biało
- Przez te dziewczyny spojona,
- W krainie jakiejś bez brzegu,
- Gdzie jedna tylko na śniegu
- Plama - okropna - czerwona
- Ach strach mówić, com ja śniła
REGIMENTARZ
- W naszycheś ty rękach była,
- Ciągleśmy widzieli śpiącą
- Duszkę twoją latającą,
- Ciągleśmy, panno, widzieli;
- Teraz jaśniej nam! weselej.
- Że jesteś z nami, dziewczyno!
- A nim dwie pory przeminą,
- Na świętego klnę Franciszka,
- Z weselnego pociągniem kieliszka.
LEON
klękając przed Salomeą
- Narcysie mój
REGIMENTARZ
- Już różowy!
- Już nie narcys, ale róża
SALOMEA
- Dla mego anioła stróża
- Ten wianuszek zdejmę z głowy.
- Bo mię skrzydłami osłonił,
- Stał ciągle nad moim łożem
- I narcysem łoża bronił,
- Kiedym ja tam spała - z nożem
- Skrytym pod moją poduszką.
REGIMENTARZ
- Nie myśl o tym, moja duszko
- Wszystko dobrze się skończyło.
- A kto tam już pod mogiłą,
- Dowiesz się. - Jesteś sierotą. -
- Aleś moją gwiazdą złotą,
- Jesteś moją córką drugą;
- A syn mój będzie twym sługą
- Choćby na lat sto tysięcy,
- Lecz jeśli zechcesz, czym więcéj
- Tobie mój chłopczyna będzie. -
- Ot daj mu rękę, bo prosi,
Salomea rzuca się klęczącemu Leonowi na ramiona.
- O tak - jako dwa łabędzie,
- Jeden na swym grzbiecie nosi
- Drugiego głowę w upały;
- Tak mi się dziatek dwie pary
- Szczęsne za ręce pobrały;
- A ja w środku jak dziad stary.
LEON
klękając z Salomeą
- Błogosław mi, ojcze, z żoną.
REGIMENTARZ
- Chodźcie tu na moje łono.
- A za te przestrachy senne,
- Dziatki, odprawcie nowennę
- Za dusze w czyśćcu będące.
- A potem niechaj wam płyną
- Słodko miodowe miesiące
- I raj utracony winą
- Odkwitnie; a ja odnowię
- Przez obchody bardzo świetne
- Te dwa małżeństwa sekretne,
- Które wczoraj bym surowie
- Karcił - a dzisiaj pochwalam.
SAWA
do księżniczki
- Więc nie jeszcze?
KSIĘŻNICZKA
- Nie pozwalam,
- Aż tę nowennę odprawię.
SAWA
- Gołąbku z tęczonym pasem!
- To ja pójdę ku Warszawie
- I porwę króla tymczasem!
REGIMENTARZ
- A wy się już tam kłócicie!
- Sawa czegoś jak dziad żebrze?
KSIĘŻNICZKA
- Chce mu się miesiąca w cebrze,
- Chce się gwiazdy na błękicie.
REGIMENTARZ
do Sawy
- Nie znasz jej - a nie proś ładnie,
- To sama ci na nos spadnie.
- Sawo, chodźmy do kielicha
- Spłukać z ust proch i krwawiznę:
- A weźmy i tego mnicha,
- Który się bił za ojczyznę;
- Obaczym, czy dobrze pije
- Pierwsze zdrowie: Salomea niech żyje!
- A polećmy kraj i siebie
- Tej Salomei na niebie,
- Której święto nam przypada
- W przedostatnim listopada.
KONIEC