Saskie ostatki Tom II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| Ten tekst wymaga dopracowania zgodnie z zaleceniami edycyjnymi (ogólne - na wikipedii). |
Obawy tych wszystkich, którzy wojewodę znali, aby szczęśliwe ufundowanie trybunału nie podniosło go w dumę zbytnią, nie były płonne. On sam hamowałby się może, przynajmniej gdy sobą władał, ale z dawnych czasów, owych miecznikowskich, pozostało w jego służbie siła ludzi, których potęga pana upajała do szaleństwa. Nie mogli myśli tej znieść, aby co wolę jego ograniczało... aby on potrzebował się w czym hamować.
Po szczęśliwym ufundowaniu trybunału sądzili się panami w Wilnie przy wojewodzie. Nie mogli wytrzymać spokojnie, szukali okazji do zaczepek, wywoływali huczki i wyzywali na awantury. Najmniejszy pretekst starczył im do podbudzenia wybuchu. Ostrzegano księcia, aby zakazał po ulicach dokazywać, ale wojewoda bronił ich i tłumaczył.
- Zachowują się spokojnie - mówił - ma się na nich baczność, a młodość ma swe prawa. Huknąć i stuknąć trudno zabronić, byle nie przebrali miary.
Zaraz pierwszego wieczoru po małych uliczkach, zaułkach, przedmieściach, były zaczepki, strzelano, porąbało się kilku, ale na owe czasy nie raziło to jeszcze, bo duch w ogóle był niespokojny, a miotali się tak wszyscy.
Najgorszym było, że dla spraw w trybunale zjazd był znaczny, ludzi różnych zwaśnionych z sobą co niemiara. Ci radzi byli pozyskać sobie radziwiłłowskich, aby z ich pomocą dokuczyć nieprzyjaciołom. Pojono ich i przyjmowano, podbudzając na różnych, którym przypisywano niechęć dla księcia wojewody.
Zaraz nazajutrz pięćdziesięciu czy sześćdziesięciu dworzan, wojskowych, z milicji, hajduków, podpiwszy sobie związali się słowem, że na nieprzyjaciołach księcia za manifesta mścić się będą.
Dowiadywano się o kwaterach ludzi nienawistnych, obmyślano środki, aby się im dać we znaki bezkarnie. Wiadomym to było, że książę swoich, winnych czy niewinnych bronił do upadłego i nic im uczynić nie dawał. Uchowaj Boże, aby mu kto tknął człowieka, który w jego usługach zostawał, choćby służba ta była tylko pozorem.
Milicja Flemminga, Czartoryskich, Sosnowskiego pisarza litewskiego, Massalskich, po kątach się musiała kryć, aby nie narazić na zaczepki i bijatykę. Niektóre domostwa po całych dniach stały pozamykane, mieli się ludzie na baczności, broń stała ponabijana. Czartoryscy usiłowali wszelkimi możliwymi środkami nie dopuścić gwałtów i bójek, raz, że słabsi daleko byli, po wtóre, iż grali tu rolę ludzi spokoju i porządku, szanujących prawa i nienawidzących warcholstwa. Ludziom ich zakazanym było w ulicach się pokazywać.
Ale nie wszyscy się tak umieli zachować jak oni. Sosnowski pisarz litewski, niektórzy oficerowie Flemminga zdradzali dumą lekceważenie Radziwiłła.
Chociaż trybunał już za doszły stanowczo być mógł uważany i to bez krwi przelewu, bez najmniejszej walki, opór przeciwko niemu nie ustawał. Jednym z najzajadlejszych był ks. biskup wileński. Nie dosyć, że pierwszego dnia pozamykał kościoły, nie dał później zgromadzić się na zwykłe po ufundowaniu nabożeństwo u św. Jana, gdzie kazania i Te Deum słuchali deputaci. Kościół stał zamknięty. Pomnażało to młodzieży gniew i ochotę odwetu.
Pierwszą ofiarą padł Sosnowski, niemal w biały dzień. Zawczasu go ogłaszano jako desygnowanego marszałka przyszłej konfederacji. Nie słynął on ani z rozumu, ani z taktu, ale z dumy, której nie było na czym oprzeć. Radziwiłłowska „Banda", jak ją nazywano, usadziła się go wyśmiać i nastraszyć, nie mogąc wyzwać na ręką ludzi, którzy siedzieli jak w więzieniu, zamknięci w najętym domu. Napędzono ciekawością świadków, wcześnie ogłaszając, że Sosnowskiego będą okrzykiwać marszałkiem. Jakoż nad wieczór, gdy już tłumu, gawiedzi ulicznej pełno było, pokazała się w dali banda zbrojnych, stojących a wykrzykujących ludzi radziwiłłowskich, jadących z taką butą i fantazją, jak gdyby gród nieprzyjacielski zdobywać mieli. Prowadził ją dowódca hajduków, prawdziwy Goliat, chłop pogromny, z wąsami do pasa, który muszkiet krótki a gruby trzymał o siodło oparty i dawał znaki swoim. Za nim jechali dobrani warchoły najszaleńsi, wszyscy podpili, każdy z muszkietem albo z pistoletem, niektórzy szablami wywijając. Mieli już swoich tam namówionych, którzy wcześnie kupy kamieni nagromadzili.
Stanąwszy przed kamienicą Sosnowskiego, jeden naprzód wyjechał i buzdyganem począł w bramę walić, choć wiedział, że mu jej nie otworzą.
Z wnętrza ani pary nikt nie puścił, ani dał znaku życia. Wtem z tłumu ozwało się wołanie:
- Vivat Sosnowski, marszałek konfederacki - vivat!
- Vivat cztery litery! - wołali drudzy.
- Vivat pół-psa, pół-kozy - niedowiarek Boży! - krzyczeli inni.
Powtarzali jednak najwięcej: - Vivat cztery litery!
Gdy stukanie do bramy nic nie wywołało, bo rozkazy były wydane, aby się nikt nie ruszał, chybaby bronić się przyszło, pierwszy hajduk z muszkietu strzelił ku oknom, a za nim, co kto miał nabojów gotowych, poczęli kulami do okien i drzwi ognia dawać.
Ale że im wreszcie kul i prochu żal było, albo to za zbyt wielki dla Sosnowskiego honor mieli ze strzelbami go oblegać, rzucili się do kamieni, które chłopy uliczni raźno im podawali, sami też ochotnie bombardując okiennice, okna, ściany. Tynk z nich opadał kawałkami, a okiennice się rozsypywały i wisiały z nich deski porozbijane, a szkło szyb w oknach z brzękiem sypało się na ziemię. Ale i to nawet nie mogło Sosnowskiego ludzi wyzwać do boju, bo im go starsi bronili wiedząc, że gdyby się ruszyli, radziwiłłowskich by gromady napłynęły i z boju tego nikt by nie wyszedł cało. Nie udało się więc radziwiłłowskim, bo nakrzyczawszy się, nałupiwszy okien i ścian,. a ludzi nie mogąc dostać, nadaremnie tylko znużyli się i pomiarkowawszy, iż z tego książę nie będzie rad, ze śpiewami i hałasem odciągnęli precz. Tyle pociechy mieli tylko, że nienawistnemu człowiekowi, pieczeniarzowi Brühla dokuczyli.
Był to początek i próba, bo Sosnowski, mała figura, niewiele znaczył i tyle tylko, że do ligi należał przeciwko Radziwiłłowi. Znaczniejszą i wybitniejszą rolę odgrywał w tej koalicji podskarbi Flemming, nie lubiony nawet przez tych, co z nim jednej się trzymali klamki. Nazajutrz więc stanęła zmowa na pałac Flemminga napaść. Tu spodziewano się nieodmiennie wywołać bójkę, którą by potem na zaczepkę ludzi podskarbiego złożyć było można.
I tu już pierwszym znakiem tego, że się gotowała utarczka, był napływ gminu, który na placu się skupił, zewsząd tu nadbiegając. Jeden i drugi oddział milicji przeszedł mimo bramy spokojnie, choć piechota podskarbiego się w niej pokazywała. Za tymi, jak za przednią strażą, przyciągnął Goliat ze swymi, śpiewając polsko-żydowską piosenkę satyryczną, którą Flemminga, jako Niemca prześmiewano.
Za pierwszym tym wystrzałem ku oknom pałacu na pierwszym piętrze, z których się szyby posypały, nastąpiło kilka innych, również na okna skierowanych.
Straż Flemminga, którą dowodził Niemiec Dreher, młody oficer, odważny i rozjątrzony już ciągłymi zaczepkami i obelgami, jakimi ich prześladowano, nie chciała znieść tego cierpliwie i Dreher, z odwagą młodzieńczą wypadłszy z kamienicy wprost na jednego ze strzelających się rzucił, konia mu za uzdę chwytając, aby go z sobą uprowadzić. Ten, jak miał pistolet nabity w ręku, wprost się zmierzył do piersi Drehera wystrzelił, a oficer, pochwyciwszy się za serce, zawrócił się tylko, okręcił i padł krwią brocząc bruk.
Ludzie Flemminga, zobaczywszy to nie mogli się już powstrzymać i wszyscy, co w bramie stali dali ognia do wojewodzińskich, którym szczęściem, oprócz jednego konia zabitego i kilku poranionych, nic się nie stało. Zabierało się tedy na formalny bój, który by był mógł przybrać niebezpieczne rozmiary, ale młody kasztelanie, który przez swawolą komendę sobie nad oddziałem przywłaszczył, widząc że nie przelewki i poczciwego imienia swego na brudną burdę pożałowawszy, pierwszy uszedł, za którym i gromada z Goliatem popędziła.
Tołłoczko właśnie przejeżdżał tędy, gdy się to odbywało i parę kul mu około uszów świsnęło. Wiedział on i słyszał to z ust samego księcia wojewody, iż burdy chciał uniknąć, a i hetmanowi o to szło, aby się brat jego zachował cum dignitate, miał więc sobie za obowiązek Tołłoczko, który kasztelanka na oczy widział, pobiec z tym do kardynalii.
Tu teraz, o jakiejkolwiek dnia godzinie kto przyszedł, zawsze pewien był jedno zastać: kielichy, wino i ludzi oszołomionych.
Wszedł rotmistrz, mocno kasztelanicem, który krewnym był i wojewody, i hetmana, zakłopotany, wołając na głos o wojewodę. - A toć ci nie uciekam! - zagrzmiał głos siedzącego pana.
- Na cóżem ci potrzebny?
- Na rany Chrystusowe! - krzyknął Tołłoczko. - W. Ks. Mość jeden możesz to powściągnąć. Wszak kasztelanic z bandą lada jakich ciurów poszedł na pałac Flemminga, oficera już jednego ubito... strzelają do siebie zajadle.
Książę, posłyszawszy nazwisko kasztelanica, zerwał się z krzesła.
- Co ci się przyśniło! Kasztelanica tam nie było, nie mogło być... milczże ty mi!
- M. Książę - odparł dumnie Tołłoczko - oczy mam, a gęba moja się nigdy żadną potwarzą ani plotką nie zwalała. Widziałem.
- Nie widziałeś - zagrzmiał książę - a choćbyś widział, toś powinien milczeć... rozumiesz to... ja ci zakazuję...
- M. Książę, ja nie jestem pod jego rozkazami - odparł Tołłoczko - a książę jeszcze nie jesteś hetmanem.
Zuchwała ta odpowiedź w pasją wprowadziła Radziwiłła, ścisnął pięść i cały się oblał krwią.
- Me waż mi się mówić o tym... moja ręka, choć w niej buławy jeszcze nie trzymam, sięga daleko, a komu na kark spadnie, temu Miserere śpiewają.
Tołłoczko zamachnął ręką i zwrócił się do Sapiehy, który tuż stał, jakby u niego szukał obrony, choć się jej nie bardzo spodziewał.
Hetman stał z twarzą nachmurzoną, posępny, ale nie tak pokorny dla Radziwiłła, jak się ten spodziewał.
- Niech się brat umityguje - rzekł. - Co mój pan rotmistrz buńczuczny mówił z intencji dobrej, za to się go karcić nie godziło. Nie skłamał pewnie.
- Kasztelanka sobie tam uroił - przerwał książę - będzie to roznosił po mieście, aby mnie też do spółki wciągnął... z tymi co burdy poczynają.
- Ale M. Książę! - zawołał Sapieha - intencji w tym nie było.
Radziwiłł się perzył z gniewu.
- Kasztelanica tam nie było! ja o tym wiedzieć nie chcę! Sami oni wyprawiają hałasy, sami mącą, a na mnie i na moich zrzucają.
Sapieha, nie podzielając tego gniewu, parę razy przerwał jeszcze bratu, lecz ten i względem niego opryskliwie się znalazł i nastawił mu się okóniem. Czapkę już trzymał w ręku.
Oba, Radziwiłł i on, co się wczoraj jeszcze całowali i poprzysięgali sobie alians i zgodę wiekuistą, teraz nagle pod wpływem jakimś, którego odgadnąć było trudno, koso poczęli spoglądać na siebie. - Warchoł niepoprawny, nigdy miecznikiem być nie poprzestanie - mruczał sam do siebie Sapieha.
- Hetmanowej pacholik... pod pantoflem u żony - szeptał książę.
Sapieha nie żegnając się, razem z Tołłoczką wyszedł, brata samego zostawując, który natychmiast Bohusza przywołał i kazał mu wydać ordynans , aby nikt nie śmiał o żadnych burdach, strzelaniach donosić. Bo on wiedzieć o tym nie chce.
Hetman, że od rana z Radziwiłłem się zabawiał, a nieustannie pić musiał, ledwie do karety wsiadł, rozkazawszy Tołłoczce jechać z sobą - coś zabełkotał, głowę na poduszki pochylił i... usnął.
Aż do Antokolu jechali tak milczący, a Tołłoczko zafrasowany tym, iż się mimo woli księciu naraził. U ganku stanąwszy, gdy książę się z powozu ruszać nie myślał, wybiegła hetmanowa przelękniona, czy mu się co nie stało, ale dowiedziawszy się iż śpi tylko, kazała go hajdukom zanieść do. łóżka, a sama, splunąwszy, na pokoje swe powróciła. Zawołała Tołłoczkę, ażeby jej wytłumaczył, co to wszystko znaczyć miało. Rotmistrz, że i tak chciał się księżnie wyspowiadać - począł zaraz opowiadanie ab ovo , to jest od napaści Flemminga.
Księżna słuchała ciekawie, a gdy w końcu przyszedł do tego, iż znalezienie się z nim księcia i ujęcie się za nim hetmana opowiedział, na twarzy hetmanowej prawie radosne uczucie się zarysowało.
- Te Deum będzie śpiewał - rzekła - ale kto wie, co potem - czy Tadeusza nie zakwili .
Nie taiła się już przed Tołłoczką ze swoją animozją przeciw Radziwiłłowi, który jej przypisywał to, że Sapieha warty trybunałowi odmówił, a choć to przełknął zrazu gładko, dławiło go do dziś dzień, że brata do posłuszeństwa sobie nie mógł nakłonić i przewodzić nad nim.
Po tej krótkiej zawierusze Radziwiłła ludzi pozamykano i kazano się im nie ruszać z kwater, ani w ulicach nie pokazywać. Książę spokojnego i o niczym nie wiedzącego udawał. Z przeciwnej strony lamenty, skargi i odgrażania były nieustające. A że dopóki trybunał trwać miał, Wilno pozostawało w ręku Radziwiłła, Czartoryscy już tu nie mieli co robić i lękając nowych zajść, wyjeżdżać postanowili.
O czym gdy wojewodzie doniesiono powiedział:
- Płakać po nich nie będę. Baba z wozu, koniom lżej. Z Panem Bogiem.
Zaczęli się wszyscy pakować i zmówili wyruszyć razem, aby kupą ciągnąc, na zaczepki mniej byli narażeni.
Sam książę wojewoda dni następnych mało co się pokazywał, siedząc zamknięty ze swoimi. Ale przyjaciele jego nie próżnowali. Bohusz, prawa ręka wojewody, człek obrotny, Judycki Marcin, sędzic ziemski, Rzeczycki młody, a porywczy i ognisty chłop, który Radziwiłła za sobą mając czuł się silnym, jeździli i chodzili, nosząc się z prepotencją i powtarzając głośno, że tu wszystko musi być tak, jak my zechcemy i rozkażemy. Więc Bohusz, umiejący z każdej zręczności korzystać dla siebie, a na nikogo się nie oglądający, oprócz od księcia darów i dobrodziejstw, wyrobił sobie u wojewody na ekonomię wileńską posesją, którą dotąd Abramowicz, starosta starodubowski, trzymał.
Tego brat, kasztelan brzeski, do żywego dotknięty odebraniem staroście starodubowskiemu ekonomii, publicznie się z Bohuszem zetknąwszy, gdy ten go witać chciał po staremu, rękę jego odtrącił i od ostatnich słów łajać zaczął, przy czym dosyć świadków było. Gdyby tam na miejscu zaraz ich nie rozwadzono, byłoby do szabel przyszło, choć Bohusz do nich skorym nie był.
Ale złajaniu tego pana vice-marszałka trybunału, świadków było dosyć i na Bohuszu plama została nie zmyta.
Gryzł się tym i nie mógł strawić książę wojewoda, bo co spotykało Bohusza, poniekąd na niego spadało, na Abramowiczach mścić się było potrzeba, a oni też swoich popleczników mieli. Tryumfując więc na oko, wszystko jak chciał sprawiwszy, Radziwiłł wcale się nie czuł szczęśliwym.
Po odjeździe Sapiehy, z którym aż do tego dnia po bratersku byli i dopiero z rana jakoś zaczęli się jeden drugiemu przekomarzać, popadł wojewoda w senność, spoczywał, a przebudziwszy się, wszystkie cirkumstancje rozważając zmiarkował, że z Sapiehą przyjaźń braterska na włosku już wisiała. Sam nie wiedział czy ją miał odnawiać, lub cale o nią się nie troszczyć. Wszystko zważywszy, do czasu postanowił z Sapiehą tak [się] obchodzić, jak gdyby między nimi nic nie zaszło. Tołłoczko zaś na Antokol przybył z mocnym postanowieniem, że noga jego nie postanie w kardynalii.
Dnie te wszystkie po ufundowaniu bardzo niespokojne były, gotowało się jak w garnku. Chociaż większych napaści nie było, ani po ulicach bójek, po przedmieściach, po zaułkach, w szynkach strzelano i rąbano się ciągle. Ludzi niepodobna było utrzymać - wykradali się po nocach.
Czartoryskim to już dokuczyło, równie jak Flemmingowi i pożegnawszy Massalskich, ruszyli precz z Wilna. Wybrali do tego ranek wczesny, spodziewając się, że opoje wojewody zaśpią go i dadzą im wyjść spokojnie. W istocie nikt im drogi tamować nie myślał, ale przeszli jak przez rózgi nim się z Wilna wydobyli, bo wszędzie ich gawiedź przeprowadzała śmiechami i drwinami.
Radziwiłł bez mała sam ze swoją partią pozostał. W kilka dni potem, za radą idąc swoich przyjaciół, choć wiedział, że go biskup do siebie nie dopuści, chciał zadość uczynić obyczajowi i nie Massalskiemu, ale pasterzowi owczarni, do" której należał, złożyć należne poszanowanie. Z wielkim więc splendorem udał się, otoczony dworem licznym, do pałacu biskupiego, który zastał zamkniętym i oświadczono mu, że ksiądz biskup nie przyjmuje ani dziś, ani jutro, a wkrótce nawet Wilno opuszcza dla objazdu diecezji.
Tyle tylko, że się ludzie przypatrywali pańskiemu dworowi wojewody, który w takich razach z przepychem monarchicznym występował. Na Antokolu parę dni potem, księżna się jeszcze dosyć ożywiona kręciła, bo stolnik bawił i spodziewała się go widzieć. Ale ją w tym zawiodła nadzieja, gdyż nie mając tu co robić, Poniatowski z wujami razem stolicę opuścił. Wyjechała zaraz za nim pani wojewodzicowa mścisławska, opuściło Wilno osób wiele i hetmanowa już tu nie miała co robić.
"Hetman pod rozmaitymi powodami wyjazd swój ociągał, bo mu się do Wysokiego nie chciało. Z Radziwiłłem nie widzieli się wcale przez dni kilka. Wtem, gdy księżna Sapieżyna najmniej się tego spodziewała, bo książę wojewoda mało kogo odwiedzał, w czasie, niebytności hetmana w domu przyjechał książę wojewoda z uszanowaniem. Nie przyjąć go nie było można, gdyż powozy gości, a było ich tego dnia dosyć, świadczyły, że z domu nie wyjeżdżała. Załamała ręce zniecierpliwiona, ale nawykła była faire bonne mine a mauvais jeu.
Książę, który jej nie cierpiał, choć na pozór grzeczność czynił, w istocie nie mógł progu przestąpić, ażeby nie pomyślał, czym dokuczyć jej potrafi. Pań otaczało hetmanową około dziesiątka, było i ichmościów prawie tyleż, a między innymi i Tołłoczko.
Zobaczywszy karetę i paradny cug wojewody przystąpił do hetmanowej, po cichu jej oświadczając, iż księcia bawić i gospodarza wyręczać nie będzie, gdyż z wojewodą są na noże.
- A gdybym ja rotmistrza pięknie prosiła? - spytała Sapieżyna.
- Ja bym jeszcze piękniej odmówił - rzekł Tołłoczko, który się pośpiesznie pokłonił i wszedł poza kobiety. Na młodego więc Lubomirskiego spadło, u boku hetmanowej czynić honory domu.
Radziwiłł był po śniadaniu, a choć mu świeże powietrze trochę chmielu odjęło, miał go dosyć, aby się gburowato trzymać i prawić, co ślina do gęby przyniesie. Wszedł tak książę poufale, nie śpiesząc witać hetmanową, jakby go ona niewiele obchodziła.
- Czołem pani Magdalenie - zawołał w końcu podszedłszy i uśmiechając się - a cóż ci to jejmość dobrodziejka męża bez opieki wypuściła? Gotów co zmalować... a do niańki nawykły... to mu o swej mocy niedobrze chodzić!
Zarumieniona mocno hetmanowa szukała chwilę odpowiedzi.
- A! - odparła - co się tam książę troszczysz o hetmana, myśmy się tu ciągle o drogie zdrowie wasze niepokoili.. Bo na wojnie lada kto z kąta może strzelić.
- A gdzież to pani hetmanowa wojnę widziała? - spytał Radziwiłł siadając nie proszony, choć gospodyni stała.
- Gdzie? Wszędzie jej było pełno, nawet w kościołach - odparła Sapieżyna.
- Myśmy o niej nie wiedzieli - zamruczał książę. - Gawiedź i ciury trochę sobie czupryn namordowali, ale im odrosną.
- Oficerowi Flemminga pono życie nie wróci! - zawołała złośliwie księżna, która wiedziała, że książę o tym słuchać nie lubił.
Radziwiłł ruszył ramionami. - Jeżeli to prawda, że tam Niemca jednego uśmiercił parobek jaki, to szkoda, że się nie dostało lepiej Flemmingowi samemu.
Obejrzał się dokoła po paniach.
- Cóż? Księżna tu też trybunał fundujesz?
- A jakże! - zawołała Sapieżyna. - Wybieramy się sądzić wszystkich złych mężów.
- To chyba żaden się nie ostoi, krom ślepych - rzekł książę - a czymże ich karać będziecie? Gdzie będzie fundum i wieża?
Sapieżynie, która w duszy gniew burzyła, sprzykrzyły się już żarty książęce.
- Mamy i my swoje tajemnice, których nie wyjawiamy nikomu - odparła żywo.
Wojewoda głową poruszył, rad był jej czym dokuczyć, a nie miał nic boleśniejszego nad wspomnienie młodego Brühla, którym ją prześladował zawsze. - Miałaś jejmość świeże kresy z Warszawy? - zapytał.
- Sądzę, że książę masz pewnie lepsze i pewniejsze stamtąd wiadomości - zaburczała hetmanowa, przeczuwając do czego to zmierza.
- Ja? A skądże by? Jejmość sobie zaskarbiłaś względy pana generała artylerii, a przez niego i do pierwszego ministra i do króla droga najprostsza. - Spojrzał ku niej, ale znalazł ją zimną i wcale nie zmięszaną.
- Z Warszawy mi piszą, ze z księcia nie kontenci.- rzuciła Sapieżyna - spodziewali się, że księcia kanclerza pan wojewoda zmoże, a tu się okazało, że on górą!
- Hę? - zapytał wojewoda - górą?
- A tak... przecież oni ekskomunikowali W. Ks. Mość w kościele! - zawołała hetmanowa - a książę ich nawet nie śmiałeś w kardynalii...
Wojewoda zmiarkował wreszcie, że z hetmanową na języki nie wyjdzie zwycięsko, . sapnął mocno, obejrzał się i rzekł:
- Żebyś aśińdzka choć szklanką wody mnie przyjęła? Pić mi się chce. Hetmanowa skinęła na kamerdynera.
- Wody dla księcia! - zawołała.
- Juści z winem, albo też i samego wina - odparł wojewoda - jeżeli co jeszcze po fundacji pozostało, bo u mnie - pasz...
- A to chwała Bogu! - przerwała Sapieżyna - bo mi choć raz mąż teraz powróci bez bólu głowy od księcia.
- Hę? hę? - rozśmiał się wojewoda - a asińdźce się zdaje, że jego od mojego wina głowa boli? Jako żywo... nosi on na niej ciężar wielki, co za dziw, iż zdrów nie jest...
Dwuznacznik ten na twarz bladą hetmanowej wywołał rumieniec. Podano tymczasem na tacy wino i wodę. Kamerdyner ujął flaszkę z wodą.
- Dajże ty mi pokój z tym paskudztwem, w którym gęsi nogi myją... Nalej wina! Za zdrowie hetmanowej!
To mówiąc powstał i kielich duszkiem spełnił. - Widzę, że się hetmana nie doczekam - rzekł ocierając usta. - Zatem stopy całuję...
To mówiąc zawrócił się, już nie patrząc na gospodynię, która go milczącym dygiem pożegnała - szydersko, swobodnie, z wolna pociągnął nazad do ganku, dokąd go młody Lubomirski przeprowadzał. Do niego się nie odezwał ani słowa. Dworzan dwu, pod ręce go ująwszy, pomogło siąść [mu] do karety.
W salonie księżnej przez czas jakiś panowało milczenie, księżnie się jeszcze twarz paliła od gniewu. Panie, które mimowolnie słuchały rozmowy, nie wiedziały czym teraz zatrzeć jej wrażenie, gdy hetmanowa się odezwała:
- Nie mam szczęścia do księcia jegomości... Zawsze z sobą wojnę prowadzić musimy.
Sceny tej, choć z daleka, i panna Aniela była świadkiem - a wykwintnej i sentymentalnej panience sławny książę wojewoda nie spodobał się wcale. Niewiele rozumiała z rozmowy, ale po głosie uczuła, że jej protektorka i wojewoda nie byli z sobą w najlepszych stosunkach. Nigdy sobie nie wyobrażała, aby w świecie, do którego należał najpotężniejszy magnat na Litwie, taki ton. i obejście się uchodzić mogły... Miałaż się dziwić, że w domu matki obcesowo i grubiańsko czasem znajdowała się mała szlachta - gdy Radziwiłł i księżna tak sobie wydrapywali oczy przy ludziach? Zadumała się mocno... gdzie miała szukać tego wykwintnego towarzystwa, za którym dusza jej tęskniła?
Nieszczęśliwym się mógł nazwać król August III, taka go piekła żądza powrócenia do Drezna, a nielitościwy minister Brühl, który robił z nim, co chciał, i zawsze umiał gniew pański od siebie odwrócić, pod rozmaitymi pozorami nie puszczał. Niekiedy płakał, rozczulony cierpieniem pana swojego, tak pragnął go zaspokoić, lecz tysiące drobnych przeszkód powrót tamowało. Niemal co dzień, stęskniony kilkoletnim oddaleniem od swojej najmilszej stolicy, od swoich obrazów, od swej opery, król pytał nieśmiało:
- Brühl, kiedyż my pojedziemy do Drezna?
Naówczas minister białe ręce łamał, padał mu do nóg i zaklinał go, aby był cierpliwym. Polaków niespokojnych odjechać tak nie było można, trzeba było na czas oddalenia jakiś sposób obmyśleć, aby Czartoryscy przeciwko najlepszemu panu nie podburzyli umysłów... Zaklinał o cierpliwość jeszcze.
Przyczyną zaś zwłoki było, że należało spustoszoną Saksonią tak na pozór urządzić, ażeby się wydawała niezupełnie zniszczoną, tak jej usta zamknąć, aby się na zdzierstwo nie skarżyła, a ludzi tak rozstawić, aby tylko przyjemne wrażenia spotykał August powracający, zwycięski. Brühl bowiem umiał mu wmówić, że z wojny tej wyszedł zwycięsko. Trzeba było dać czas Dreznu, aby wycieńczone, znędzniałe, na pół wyludnione, trochę choć odżyło nadzieją pokoju i lepszej przyszłości. Król niemal z pokorą błagał litości w końcu; minister ciągle obiecywał, a ciągle spełnienie gorących życzeń przeciągał.
Potrzeba było takiej znajomości charakteru Augusta, takiego doświadczenia w wyborze środków do łagodzenia go i zajęcia, jakie miał Brühl, ażeby przez czas dosyć długi umieć odwlec podróż i nie zniechęcić do siebie.
Fundowanie trybunału służyło też Brühlowi bardzo skutecznie do utrzymania króla w Warszawie. Takich trybunałów, o które walki prowadzono, wiele już widziała cała Rzeczpospolita, nie był [i] ten żadną nowością, ale Brühl umiał go królowi przedstawić jako wyjątkowo groźny i pełen znaczenia.
Zwiększał moc i zręczność w postępowaniu Czartoryskich, spisków znaczenie, które oni knuli w Petersburgu, potrzebę zasłonięcia się potęgą Radziwiłłów, która króla nic nie miała kosztować. Wszystkie wiadomostki, przychodzące co dzień z Wilna, rozdęte, powiększone, komentowane wedle potrzeby, służyły Brühlowi do utrzymywania króla w stanie wyczekiwania... nie dając mu się pogniewać. Brühl bowiem nic tu winien nie był, a wszystkim nadzwyczaj zręcznie kierował. Minister umiał na swą korzyść wytłumaczyć wszystko... sobie przyznając władzę, której wcale nie miał.
Fundowanie trybunału ulegało w Warszawie, w redakcji ministra, przeradzało się w istny romans, w którym role jasne grały osoby miłe jemu, a czarne jego nieprzyjaciele.
Kazano się N. Panu spodziewać najszczęśliwszego rezultatu, który miał Czartoryskich pokonać, odjąć im męstwo i złamać. Książę wojewoda miał w interesie króla otrzymać na Litwie moc nieograniczoną.
Król lubił księcia wojewodę, znajdował go bardzo miłym, bardzo mężnym, bardzo przywiązanym do dynastji Wettinów, a nawet przemądrym politykiem.
Gdy August dowiadywał się czasem o jakim zuchwałym a niezgrabnym wybryku księcia, tłumacząc go mówił:
- Przebiera się on za niedźwiedzia, ale w nim siedzi Machiawel. Nieprawda Brühl?
Brühl potakiwał zawsze. Donosił biskup kamieniecki i kasztelan połocki królowi o staraniach pojednania, ale listy ich wprost nie dochodziły do króla.
Zarządzonym tak było, że żadne pismo, jak żaden człowiek, do króla nie dochodziło bez pośrednictwa ministra.
Król, przekonawszy się nieraz, iż to co się przekradło do niego zawsze go tylko nadaremnie zgryzło, nie napierał się wiadomości, nawet gdy ich był najmocniej spragnionym.
Brühl miał w Wilnie swoich sprawozdawców, którzy umieli rzeczy tak malować, jak mu było potrzeba.
Zwykle w nocy przychodziły kresy, z rana je Brühl przeglądał i układał ad usum regis. Heroicznie a nader łagodnie wyglądał w nich wojewoda, jako gwałtownicy i warchoły Czartoryscy i ich sprzymierzeńcy.
Król się nikomu nie dziwował, bo Polaków wszystkich niemal miał za duchy niespokojne, krom podskarbiego Flemminga, ale według Brühla, nad nim przemoc wywierali taką Czartoryscy, że nawet córkę jedynaczkę wkrótce wydrzeć myśleli. I król nad nieszczęśliwym bolał podskarbim.
Można sobie wyobrazić, jak w doniesieniach ministra wyglądało traktowanie o pokój z Czartoryskimi. Radziwiłł wspaniałomyślnie wszystko chciał przebaczyć, podawał ręce obie do zgody, przystawał na wszystkie warunki, nadaremnie.
Czartoryscy go uwodzili... i nastawali na upokorzenie jego i zgubę. Oni to zmusili Radziwiłła do ściągnięcia wojsk na swoją obronę, bo się chcieli posłużyć przeciwko niemu wojskiem cesarzowej.
August rozczulał się nad losem wojewody, nad jego umiarkowaniem, taktem, ofiarnością. Zaciekawiony jak dramatem, król z dnia na dzień wyczekiwał nowych perypecji, zawikłań i z trwogą pytał ministra wieczorem, co jutro przyniesie.
Brühl śmiało zaręczał, że zwycięstwo zostanie po stronie tej, która w obliczu Boga zasłużyła na nie. Kapelan potem odprawiał mszę na intencją Radziwiłła, na którą minister przychodził, dla króla zawsze będąc katolikiem, i czekano dni następnych.
Zerwanie układów tragicznie opisano królowi i dopiero potem poczęły się opisy tryumfów Radziwiłła, uciśnionego, ekskomunikowanego, przez Massalskich spotwarzonego w sposób najnikczemniejszy.
- Tandem bona causa triumphat! - wołał Brühl.
Król swobodniej teraz oddychał. Nie szło mu o trybunał, ani o wymiar sprawiedliwości, ale o to, aby jak najprędzej mógł wyjechać do Drezna.
Brühl powstrzymywał jeszcze, ale już czyniły się przygotowania, naznaczony był dzień.
Tymczasem z Saksonii donoszono o nie dokończonych restauracjach, mianowicie teatru, który miał służyć potężnie do odwrócenia uwagi króla od jęków wyniszczonej Saksonii. Galeria, też z Königsteinu przywieziona, jeszcze nie była rozwieszoną.
Na ostatek łowiectwo królewskie nie było w stanie takim, aby mogło dawne, świetne przypominać czasy. Cały etat myślistwa J. K. Mości składał się z dwóchset do trzechset ludzi, łącznie ze starszyzną, stojącą na czele. Saskie łowiectwo pod naczelnikiem Jagermeistrem, najwyższym dworu hrabią Wolfersdorf, liczyło trzech landjägerów, czterech kamerłowczych, junkrów tyluż, sześciu paziów i jeszcze stu różnych pomniejszych urzędników. Oprócz tego było łowiectwo polsko-litewskie, także pod zwierzchnictwem Wolfersdorf a, ale z osobnym nadformeistrem i mnóstwem różnych stopni myśliwych. Tak zwane myślistwo par force podlegało zwierzchnictwu i komendzie hrabiego Brühla, z naczelnikiem baronem Feulner, panami von Trützsetter i von Wehleu itd.
Nie brakło i sokolniczych. Tych miał pod sobą hrabia Hrezan - jednego kapitana sokolnictwa, kammerjunkra , czterech sokolmistrzów, ośmiu sokolniczych i sześciu posługaczy.
Wojna, przenosiny do Warszawy, skład nadwornego myślistwa mocno nadwerężyły, a szło o to Brühlowi, aby król w niczym nie uczuł uszczuplenia, zubożenia. Właśnie w tym ulubionym zajęciu najdotkliwiej mogła się dać uczuć strata. Przygotowano więc ludzi, konie, psy, tak aby August znalazł ten sam zbytek do jakiego był nawykły.
Brühl dłużej nie mógł już tu króla utrzymać, jakkolwiek był pewien swej władzy i przywiązania Augusta do siebie. Z Drezna mu donoszono, iż rodzina króla, rozdrażniona, przygotowywała się wystąpić przeciwko niemu do ojca. Potrzebabyło osobistym swym nieodstępnym czuwaniem zapobiec katastrofie. Struna była zbyt naprężona i w końcu pęknąć mogła.
Trybunał stanął i spodziewano się, że spokojnie urzędować będzie.
Czartoryscy powrócili do domu, strach wojny domowej znikał. Chociaż następujący trybunał piotrkowski miał im do nowego wystąpienia w Koronie dostarczyć okazji przeciwko Potockim, których prowadził wojewoda kijowski, mający za sobą Brühla. Ostatnie dni pobytu w Warszawie, chociaż ani na chwilę nie zmięszał się porządek rozrywek i zabawek królewskich, nie rozchmurzyły czoła Augusta. Chodził pod wrażeniem tego, co tu tracił, niespokojny, co tam znajdzie, dokąd powracał. Przed samym prawie wyjazdem nadbiegli posłańcy przynieśli Brühlowi dosyć dla niego niesmaczną wiadomość o tym, że Sapieha, hetman polny z Radziwiłłem się niemal zupełnie rozbratał.
Księżna, jeżeli zerwania z nim nie życzyła sobie, przynajmniej za tym była, aby jej mąż nie wisiał przy Radziwille, jak mówiła, ale szedł i stał, gdzie by się podobało, to jest gdzie by ona go postawiła. Z dawnych przyjaciół i sług Sapiehy, najściślej z nim połączony przyjaźnią, w młodości zrodzoną i późniejszymi losy, był generał adiutant buławy polnej, Putkamer. Nie mówiliśmy o nim, bo się ów rzadko albo wcale nie pokazywał na pokojach samej księżny. Ona mu to darować tego nie mogła, iż Sapieże małżeństwo z nią odradzał i uważała go za nieprzyjaciela. Jakoż w istocie Putkamer jej nie lubił i unikał. Próbowała go sobie pozyskać na próżno, a przekonawszy się, że tego nie dopnie, usiłowała z mężem poróżnić, a przynajmniej serce hetmana dla niego ostudzić.
Putkamer dumnie i wysoko się nosił, Sapieże wiele w wojskowości dopomagał, bo ją rozumiał i żołnierz z niego był doskonały. Zresztą w towarzystwie opryskliwy, nieprzystępny, lekko sobie szanujący ludzi, więcej miał wrogów niż przyjaciół.
W czasie tego fundowania sądów trybunalskich, Putkamer dla Sapiehy ciągle był, zatem i do Radziwiłła uczęszczać musiał, choć go to nie bawiło, bo pijatyki nie znosił. Uchowaj go Boże było zaczepić, bo jak rękę do szabli, tak język miał straszliwy. Powiadają o zwierzętach dzikich, że u niektórych z nich język tak ostry bywa, że gdy poliżą z miłości swojego nadzorcę, to mu skórę język ich znosi. Nie jednego tak Putkamer polizał.
W kardynalii raz po obiedzie wdał się z nim w dysputę Marcin Judycki, sędzic ziemski rzeczycki, młody człek, który sobie dobrze ufał. Putkamer go dosyć politycznie śmiesznym uczynił i poszedł jak zmyty.
Chciał się potem mścić za słowo, które wszyscy powtarzali, ale po trzeźwemu zmiarkował, że nie było za co, a porwanie się na człowieka szanowanego na większe go pośmiewisko wystawić mogło. Zdawała się tedy rzecz ubita i skończona.
Księżna hetmanowa, powaśniwszy z sobą braci i hetmana miłość własną poruszywszy, a obawiając się, aby czas dłuższy bawiąc w Wilnie nie dał się ująć wojewodzie, nagle zaczęła się zrywać do wyjazdu. Zwierzył się hetman z tego Putkamerowi, boby może miło mu było samemu tu pozostawszy, bez żony, wypocząć i zabawić się.
Adiutant choć nie radził tego, wszakże skombinowawszy, że dla pokoju domowego lepiej było usłuchać hetmanowej, zrazu nakłaniał do wyjazdu, potem mięszać się nie chciał, a gdy rzecz postanowioną została, sam też hetmanowi towarzyszył. Był więc w tym neutralnym.
Księżna, postawiwszy na swym, bardzo była ucieszona, a żeby mąż nie zmienił sentymentu, wyjazd przyśpieszała.
Tołłoczko jak się tylko dowiedział, iż jechać potrzeba, uradował się tym bardzo, ale o swojej pieczeni nie zapominając począł pracować nad tym, aby hetmanowa wzięła z sobą pannę Anielę.
Dawszy słowo raz, potem lubiąc się rozerwać towarzystwem, ks. Sapieżyna na nowo mu to przyrzekła.
Prawdę jednak powiedziawszy, strażnikówna, choć przystojna, układna i dla niej pełna poszanowania, nie przypadała już jej do smaku. Hetmanowa chciała raz jeszcze Tołłoczkę wyrozumieć.
- Mój rotmistrzu - rzekła - dałam ci słowo, nie cofam, postaram się o to, aby Koiszewska, w której się tak rozmiłowałeś - twoją była, ale powiedz ty mnie szczerze, wybadawszy siebie, czy ona ci jest tak koniecznie do szczęścia potrzebna. - Ja ci, słowo daję, dobrze życzę i wyznani otwarcie, dziewczyna mi się nie bardzo podoba. Chce się jej damy jakiejś rolę grać, na którą nie jest pono stworzoną. Fumy wielkie, sentymentalna, a ty na gacha jesteś za stary, w pretensjach. Miarkuj, czy ona dla ciebie, czy ty dla niej?
Posłyszawszy to rotmistrz w lament okrutny, ręce łamiąc, do nóg się schylając, błagając począł hetmanową konwinkować , że dla niego nie ma na świecie nikogo... oprócz panny Anieli.
Naśmiała się z niego hetmanowa i rzekła:
- Zatem to rzecz skończona, pojedzie ze mną i będziesz ją miał. Daj tylko Boże, abyś później tego nie żałował.
Tołłoczko natychmiast pobiegł do strażnikowej, zabiegając, aby dla zyskania protekcji w procesie potrzebnej, córki nie odmawiała hetmanowej do towarzystwa. Trafił na złą godzinę, bo się Koiszewska tą opieką nad nią rozciągniętą obrażoną uczuła. A że Bujwida chciała do córki, palnęła mu z góry: - Jeżeli Anielka pani hetmanowej potrzebna, nie odmówię na czas jakiś, aby na jej dworze pozostała, choć mi to miłym nie jest, bo my swój kawałek chleba mamy i cudzych kątów wycierać nie potrzebujemy. Ale muszę przestrzec pana rotmistrza, że jeżeli myślisz, iż Anielkę sobie pozyskasz, a mnie skłonisz, abym ją wydała za ciebie, to z tego nic nie będzie. Lubię być otwartą. Waćpanu nie uwłaczam, aleś starszy dużo od niej i wdowiec, a ja jej za wdowca wydawać nie chcę.
Tołłoczko, pochwycony znienacka zmięszał się i zamiast sprawę swą promować, wytłumaczył się, iż nikomu narzucać się nie myśli.
Strażnikowej o wygranie procesu chodziło, ostatecznie więc gotową była zgodzić się na pobyt córki w Wysokiem i gdy księżna Sapieżyna przyjechała po nią, ułożyło się wszystko łatwo.
Panna Aniela uszczęśliwiona wielce, iż w swoim żywiole czas jakiś przebyć spodziewała się, choć w Tołłoczce nie bardzo smakowała, miała na widoku, że znajdzie młodszego i milszego galanta.
Wszystkim więc stało się po myśli, chociaż, hetmanowa zawczasu nad losem Tołłoczki bolała. Najszczęśliwszą może była panna Aniela, której się zdawało, że z jej posażkiem, twarzyczką, trochą francuszczyzny i figurką zręczną, kawalera we fraku i przy szpadzie dostać będzie łatwo.
Panna Szklarska na drogę jej dała admonicją, ale to był groch na ścianę.
- Anielciu droga - powtarzała jej - ty masz zepsuty smak, podobają ci się fircyki. Ale na gacha, to jeszcze pół biedy, a na męża nie zdali się na nic. Ja jestem stara i niepowabna, a gdyby się o mnie taki w peruce galant starał, kijem bym go od siebie precz odpędziła. - Otóż, czego świadkiem panna Aniela być miała na tym świecie polerowanym i tak wykwintnego obyczaju.
Z Wilna wyjeżdżać, jak do niego wjeżdżać, hetmanowi nie godziło się incognito, trzeba było okazać hetmańską fantazję, a choć już teraźniejszego Sapiehy dwór nie mógł się równać z tych Sapiehów, kanclerzów i hetmanów dworami, którzy na raz z sobą po kilkaset ludzi dla swej okazałości, na koszcie swym prowadzili, książę też musiał wyciągać z pewną pompą. Powozów szło kilka, dosyć wytwornych. W jednym z nich jechała hetmanowa, na przedzie mając pannę Anielę, a obok siebie panią Połubińską, starościnę nowomiejską. Hetman jechał przodem, w karecie też, i chciał mieć przy sobie generała adiutanta Putkamera.
Putkamerowi zaś, że czas był piękny, a on konno i jeździć lubił i umiał, zachciało się dosiąść dzianeta. Wymówił się więc, że dla wielkiej parady wystąpi konno.
Tak się stało.
Tołłoczko też, żeby się przed panną tym popisać, iż koniem włada dzielnie, kazał sobie podać wierzchowca i ledwie mu wyperswadowali, że się jak na solenność jaką nie przystroił w łuk i kołczan po staremu. Hetman, bojąc się śmiechu, buńczuka mu przed sobą nieść nie dał. Jeszcze z miasta nie wyjechali, gdy na gościńcu spotykają radziwiłłowską bandę, powracającą zza miasta ze śniadania, wszyscy popodchmielani, a przodem wywija najlepiej poderżnięty pan Marcin Judycki.
Co mu się stało na widok Putkamera, Pan Bóg wie. Wprost z koniem sadzi na niego, kańczukiem w ręku wywijając. Putkamerowi ani się śniło, ażeby go mógł zaczepić.
Wtem Judycki przypadłszy, jak nie zacznie go po plecach tą pletnią, którą trzymał w ręku okładać. Nim Putkamer miał czas szabli dobyć, wygarbował mu plecy porządnie, konia spiął ostrogami i poleciał.
Zawierucha się stąd wzięła okrutna, bo i hetman z karety chciał wysiadać i jego ludzie za Judyckim gonić, ale radziwiłłowskich nie było ani znaku.
Kobiety w krzyk i płacz, oprócz hetmanowej, która, że Putkamera nie lubiła, śmiać się poczęła.
Złożyli to potem na pijaństwo Judyckiego i że z niego oszalał... choć jako żywo, potem zdrowiuteńki był. Hetman z pierwszego popasu list do wojewody ze skargą i z przycinkami na to jego pijaństwo, na rozpustę jego towarzyszów napisał własnoręcznie, bardzo ostry. Wątpić jednak można, ażeby ów doszedł księcia wojewodę, bo on naprzód listów nie lubił, nie czytał ich. Kazał sekretarzowi je rozpieczętowywać i rezolucje komponować. Sekretarz zaś, Judyckiego przyjaciel, pewnie skargę do kieszeni schował. Putkamer głosił wszędzie Judyckiego za wariata i na tym się skończyło.
W czasie podróży tej wiosennej Tołłoczko ciągle asystował pani hetmanowej i pannie Anieli, która otrzymawszy to, czego sobie życzyła, a nie chcąc, aby o Tołłoczce rozgadywano, że się o nią stara, unikała go i odwracała się. Nie miał więc wielkiej pociechy, ale że był cierpliwy i wytrwały, tym się do panny nie zraził. Podróż była nie bardzo wesołą zwłaszcza, że w drugiej jej połowie deszcz ze śniegiem i burze wiosenne dokuczać zaczęły. Powozy się psuły, na popasach i noclegach wygody nie było, którą hetmanowa lubiła. Z tego złe humory i kwasy powstawały. Hetman, nie chcąc ich znosić, pod pozorem, że pilno było, przodem spieszniej ruszył, tak że żona drugiego dnia dopiero po jego przybyciu do Wysokiego nadjechała. Tu pannę strażnikównę czekały różne niespodzianki. Przy pani hetmanowej, jak na wszystkich pańskich dworach, rezydentek różnej kategorii przebywało mnóstwo. W Wysokiem też liczono ich około dziesiątka. Wszystkie, rozumie się, szlachcianki, żadna więc sobie uchybić nie pozwoliła. Pannie Anieli zdało się, że od nich była czymś lepszym i na większe zasługiwała względy. Naprzód więc zaraz pierwszego dnia, gdy jej dano mieszkanie z panną Szyszko, łowczego córką, bardzo się skrzywiła, pretendując mieć osobne. Wyszła na ganek i znalazłszy Tołłoczkę poskarżyła mu się. Wiedział rotmistrz, jak tu trudno co wytargować będzie i że skarga źle usposobi hetmanową dla strażnikównej, ale pobiegł i kołatał, aż dostał pokoik z jednym łóżkiem. Ale tu znowu było a ciasno, a ciemno i wilgotno.
Panna płakała. Rotmistrz się jątrzył i gniewał.
Wszystkie zaś rezydentki od pierwszego wystąpienia z panną Szyszko spiknęły się na pannę Anielę. Trudno to opowiedzieć, jak wiele dokuczyć można, na pozór nic nie czyniąc. Dosyć spojrzenia, uśmiechu, ruszenia ramion, aby prześladowany w ten sposób uczuł się nieszczęśliwym.
Panna Aniela, która się tu takiego szczęścia spodziewała, znalazła się najbiedniejszą w świecie.
Dopiero hetmanowa to postrzegłszy, gdy ją litość wzięła, z pannami się rozmówiła i trochę zapobiegła, aby strażnikównie pokój dano. Nastąpił pokój wrzekomy. Z panien niektóre posłuszne, a znające i przenikające hetmanowę, poczęły się zbliżać do panny Anieli, przypochlebiać jej, wyciągać ją na słówka. Dziewczę, nie posądzając ich o chytrość, wywnętrzało się ze wszystkim i po kątach ją wyśmiewano, ale trochę była spokojniejsza.
Życie w Wysokiem, które ona sobie wyobrażała strumieniem rozkoszy, zabaw, muzyki, tańców, rozmów dowcipnych i wesołych, na miejscu się wcale inaczej prezentowało. Naprzód, pomimo pozornej zgody między małżeństwem i miłości, życie ich było ciągłą walką i łataniem dla pokoju. Ustępował hetman tylko, bo ona póty się skarżyła i lamentowała, aż na swoim postawiła.
Tych, których książę w domu lubił, sama pani nie znosiła i upatrywała w nich nieprzyjaciół, na odwrót, kogo księżna protegowała, był hetmanowi podejrzany. Donoszono księciu na faworytów pani, jej na ulubieńców męża. Zwykle modus vivend jakiś się znalazł i ciągnęło się z biedy, każde z nich na swoją rękę, ale gromadziły się rankory i potem niespodzianie następował wybuch. Księżna dostawała waporów i słabła, książę musiał żałować za grzechy, przepraszać i koić.
Gości bywało dosyć, ale nie takich, jakich by sobie panna Aniela życzyła. O zabawach myślano rzadko. Książę, gdy chciał czas spędzić wesoło, wyjeżdżał do sąsiedniego folwarku i tam męskie towarzystwo zapraszał na kawalerskie polowanie. Księżna miewała wizyty Familii, przyjaciółek, zamykała się z nimi i nie przypuszczała nikogo. Pozostawały wielkie świąteczne recepcje ceremonialne, niedzielne z kościoła nabożnych zaprosiny na obiady... i wieczorki dla fraucymeru, na które przychodzili do tańca wyżsi oficjaliści i wojskowi.
Panna Aniela strasznie noskiem kręciła... tego, czego ona chciała, nie było wcale.
Dosłyszała, że fraucymer w ogóle pogardliwie traktowano i przezywano panny do niego należące łowczankami. Usiłowała więc wydobyć się z ogółu łowczanek jako panna strażnikówna trocka, ale nie chciano tego rozumieć.
Miała nadzieję być powiernicą i przyjaciółką hetmanowej, a pobywszy tu dni kilka przekonała się, że tego dostąpić nie będzie mogła. Zyskała tylko, że ją czasem używała księżna do czytania na głos francuskich komedii i do pisania małoznaczących listów, bo gdy poufne potrzeba było ekspediować, pisała je sama, bez ortografii niepoprawnie, lecz nie zwierzając ich nikomu.
Tołłoczko prawie teraz nie opuszczał Wysokiego, zabiegając około panny Anieli. Pozbawiona wszelkich innych kawalerów i nadziei, przekładając go, dla stosunków, nad Bujwida, powoli strażnikówna oswajać się zaczęła z myślą, że mogła-by wyjść w ostatku i za niego. Z domu swego obiecywała sobie uczynić rezydencją przyjemną, która by dystyngowane towarzystwo przyciągała. Ostrożna jednakże, w ostateczności dopiero gotową była zaspokoić się Tołłoczką.
Wysokie, czasu pobytu obojga hetmanostwa, choć miało pozór pański, dwór liczny, petentów i klientów oblegających je mnóstwo, dla oszczędności, bo w złych interesach był hetman, utrzymywano na stopie bardzo niewykwintnej dni powszednich, tak że panna Aniela za swój miły grosz musiała sobie coś kupować na miasteczku, aby nie mrzeć głodem.
Przy gościach zbytek był czasem wielki, potem nagle taki wikt, że i na folwarku gorszym być nie mógł. W ogóle ładu brakło, a nikt go zaprowadzić nie umiał.
Księżnej życie wydawało się bardzo czynne, choć nie robiła nic. Nie nadszedł dla niej jeszcze ten wiek, gdy nabożeństwo zastępuje wszystko. Hetmanowa chciała być młodą i ładną, i była nią jeszcze, ale nie taką czarującą jak w pierwszej młodości, gdy dla niej wszyscy głowy tracili.
Zabawiała się więc, jak mogła; naprzód pisaniem listów, intrygami politycznymi i komerażami, na ostatek haftami, do których u krosien zasiadało mnóstwo ubogich dziewcząt, a te dla niej całe suknie, płaszcze, białe hafty i na jedwabiach kolorowe wyszywały.
Sama hetmanowa rysunki wynajdowała, kolory dobierała i komponowała te cuda, którymi potem stroje jej się odznaczały.
Panna Aniela, której do pomocy w tym zażyć chciała, okazała się zupełnie, niezdolną. W jej przekonaniu były to rękodzieła, których szlacheckie paluszki dotykać nie były powinny.
Do stołu, choćby gości nie było, a rzadko się dzień trafił aby ktoś nie przyjechał, zasiadało osób przynajmniej dwadzieścia kilka. Ale tu rozmowy bardzo trywialne toczyły się w polskim języku i przypominały rubasznością Bujwida. Księżna hetmanowa była zalotną i sentymentalną, miała zawsze kogoś w myśli i sercu, ale na oko surowszej nad nią nie było. Im sobie więcej pozwalała może, tym dbała mocniej o to, ażeby zachować w tajemnicy... serdeczne stosunki.
W czasie wielkich uroczystości kościelnych surowo pilnowano, aby dwór się od nich nie uwalniał i do kościoła uczęszczał. Panna Aniela też była zmuszoną siedzieć z księżną godzinami na nabożeństwach.
Słowem utrapień w tym życiu było mnóstwo, a rozrywek i zabaw bardzo mało. Nie śmiała się skarżyć o to nawet przed Tołłoczką, który na osłodę tej egzystencji tyle tylko mógł, że cukierki wykwintne, czekoladę i przysmaki różne przywoził.
Po nocach biedna strażnikówna łzami się zalewała.
Nie poszczęściło się pannie strażnikównie w Wysokiem, ale nadto była dumną, aby się do tego przyznała, owszem umiała wesołą przybrać postawę i nie okazać po sobie ani księżnie, iż się tu we wszystkim zawiodła. Jeden Tołłoczko wiedział, co o tym trzymać. Ten biedaczysko, do panny się coraz więcej przywiązując, popadł przez to w niewolę i mógłby był narzekać na nieopatrzność własną, że się tak dał zakuć, ale miłość mu wszystko słodziła: Panna w duszy się z niego śmiała, ale go nie zrażała, aby mieć choć jednego sługę na rozkazy.
Ale nikt na tym nie wyszedł lepiej nad panią hetmanową, która nigdy Tołłoczki na usługi swe tak wylanym nie miała jak teraz, gdy się od niej i przez nią ręki Anieli spodziewał. Hetmanowa miała interesów mnóstwo, które jej zastępowały miłostki dawne i intrygi romansowe, a do tych Tołłoczko ciągle był potrzebny.
Mogła się nim posługiwać jak chciała, ani mruknął. Nawet w potrzebach swych pieniężnych, gdy bez wiedzy hetmana pożyczkę zaciągnąć na prosty oblig była zniewoloną, Tołłoczko musiał albo sam dać, lub kapitalistę znaleźć, który by bez zastawu, bez wnoszenia do akt dokumentu, pieniądze chciał wyliczyć. I hetman polny i sama pani, oboje tkwili w tej wojnie domowej, która kraj na dwa obozy dzieliła. Księżna na oko z mężem zgodnie, on zaś wedle wskazówek postępując, jakich mu ludzie przebieglejsi dostarczali. Z Radziwiłłem na bakier będąc, nie zrywał całkowicie hetman, owszem po tej stronie stał niby i jej dopomagał, choć [hetmanowa] księciu wojewodzie najgorzej życzyła i cieszyłaby się z jego upokorzenia. Do Czartoryskich ciągnęła ją potajemna miłość ku stolnikowi litewskiemu, która już z wolna, obojętnością jego w nienawiść się zmienić miała.
Radzono coś ciągle, knowano, przygotowywano, bo zwyciężywszy w Wilnie, potrzeba było w Koronie ustalić tego stronnictwa królewskiego przewagę, tak samo w Piotrkowie, nie dopuszczając Czartoryskim trybunału mieć swojego. Zjeżdżano się na konsylia i konferencje to w Białymstoku u hetmana w. koronnego, to w Nieświeżu. Z osób, nawet wyżej stojących, wiele było, jak hetman, niepewnej barwy. Posądzano Massalskiego, hetmana litewskiego, który miał urazę jakąś do kanclerza, że i on gotów był odstąpić go... byle mu nieco bębenka podbito. Najdziwniejsze było położenie hetmana Branickiego, który z Czartoryską żonaty, przeciwko Familii stawał, a pani hetmanowa, milcząca i skryta, sercem była z nią i mówiono, że potajemnie stąd o wszystkim donosiła do Wołczyna .
Ponieważ Sapiehę po kilkakroć Branicki zapraszał i wzywał do siebie, a i hetmanowa pałała żądzą odwiedzenia Białegostoku, ułożono się, aby przed św. Janem i imieninami, na których być musieli, odwiedzić hetmana i przypomnieć mu się.
Oboje państwo w chęci zrobienia tej wycieczki zgodni byli, Sapieha sam wniósł, że do boku swego weźmie rotmistrza Tołłoczkę. O pannie Anieli wcale mowy nie było, ażeby jechać miała, ale rotmistrz życzył być z nią, aby korzystać z podróży, dającej okazją przybliżenia się, począł więc molestować księżnę, aby strażnikównę zabrała z sobą. Wielkiej ochoty do tego nie miała księżna z przyczyny, do której sama sobie może się nie przyznawała. Oto świeższa twarzyczka młodej panienki jej płci malowanej i podrobionym rumieńcom krzywdę czyniła. Naśmiawszy się i nadrażniwszy rotmistrza w końcu zgodziła się pannę zabrać z tym warunkiem, aby suknie i ubiory dla wystąpienia na świetnym dworze białostockim wstydu jej nie uczyniły.
- Strażnikowa skąpa jest - powiedziała Tołłoczce, - jedynej córce żałuje na sukienki, ja zaś, szczerze ci powiadam i grosza na wyrzucenie nie mam i obdarzać dziewczyny majętnej nie widzę potrzeby. Postarajże się, aby ubrać się w co miała, bo choćbyśmy pojechały do Białegostoku, na pokoje jej lada jako, po parafiańsku wystrojonej, nie wezmę.
Niepodobna odmalować i tej radości i tego strachu, jaki przejął pannę strażnikównę, gdy się o wyroku na siebie ferowanym dowiedziała. Natychmiast, umyślnego u Tołłoczki uprosiwszy napisała do matki, zaklinając i prosząc, aby choć ten jeden raz jej błaganiu uczyniła zadość. Garderoba strażnikównej, jak na Białystok, bardzo była skromną.
Właśnie pod ten czas rezydencja hetmana wielkiego była w całej Polsce najświetniejszym dworem, cudzoziemską modą wykwintną i przepychem słynącym. Był Białystok dobrego tonu i francuszczyzny stolicą. Życie na wielkiej stopie, bez jutra, płynęło tu jednym strumieniem zabaw, rozrywek i popisów pańskiej wspaniałości.
Przyjaciele hetmana marzyli nawet, iż po Auguście III, którego zdrowie zdawało się chwiać i niedługie obiecywać życie, nie kto inny jak on zasiądzie na tronie. Marzenie o tym pono i Branickiego upajało. Żył też zawczasu po królewsku. Przez żonę zbliżony był do Czartoryskich, których mało spodziewał się mieć za sobą.
Małżeństwo to nawet było na owe czasy, nawet w tej sferze, w której polityka, rachuba, chciwość je zawierają, jednym z najosobliwszych. Hetman był już w wieku podeszłym, choć jeszcze życia pełnym i trzymającym się świeżo, księżniczka mu przeznaczona młoda, piękna, wykształcona, i godna wielkiego losu. Spodziewano się, że go zawojuje z łatwością, rachowano na to, tymczasem hetman, wystygły już, zobojętniały, oczarować się nie dał. Z wielkim poszanowaniem obchodził się z żoną, dał jej swobodę wielką, nie okazywał nawet zazdrości, ale nie dozwolił okiełznać. Małżonkowie po niejakim czasie pozostali z sobą na stopie grzeczności, galanterii i zupełnego zobojętnienia. Generał Mokronowski, domownik hetmana - nie było to już tajemnicą - pozyskał serce pani.
Z mężem nic już nie łączyło opuszczonej, na dworze białostockim była obcą i samą, serce więc ciągnęło ją ku swoim, a szczególniej do brata stolnika. Wszystko, co otaczało męża, było jej nienawistnym. Posądzano więc ją, że o wszystkim co się tu działo, dawała różnymi sposobami znać do Wołczyna. Mokronowski wierny służył, do czego tylko chciała, za pośrednika.
Nie przeszkadzało to Białemustokowi bawić się, bankietować, wyprawiać fety świetne w Choroszczy , zapraszać na bale, na których piękna uroczo, powabem smaku otoczona, pani hetmanowa królowała. Branicki tyle miał do wyrzucenia samemu sobie, tyle winy ciążyło na nim, iż nie miał prawa niczym ze strony żony się obrażać, jej świat wybaczał przywiązanie do Mokronowskiego, bo on sam osobiście zasługiwał na nie, a okoliczności uniewinniały oboje.
Dwór, towarzystwo tutejsze, sposób życia, słynęły w całej Polsce, każdy był ciekawym bliżej je poznać... nie dziwno więc, że biedna strażnikówna żądzą tą pałała aż do suszenia na tę intencję i modlitw natrętnych. Umyślny poseł pobiegł do matki, i odpowiedź przywiózł pomyślną, chociaż strażnikowa prosiła córkę, aby ta jej zachcianka była ostatnią. Panna Aniela zapewniła Tołłoczkę, iż się za nią hetmanowa wstydzić nie będzie, przygotowywała się do podróży, spodziewała się, że Sapieżyna zechce widzieć jej stroje, lecz hetmanowej ochota odeszła i ani spytała więcej o to.
Miała daleko większą troskę, jak stosunki męża zabezpieczyć i nie dopuścić, żeby się ani zbyt wiązał przymierzem, ni narażał chłodem. Chodziły pogłoski, iż się tu i hetman wielki litewski miał znajdować. Sapieżyna dbała o honor domu i o znaczenie męża, chciała stać na straży, aby go nie lekceważono.
Upojona swym szczęściem wyjechała panna strażnikówna, a w wyobraźni jej rezydencja hetmana czymś się czarodziejskim wydawała. Obiecywała sobie nowy świat, nowych ludzi, ideały. Jej przeznaczenie widocznie ją tu wiodło ku jakiemuś tajemniczemu losowi, tam ją coś czekać musiało, młodzieniec nadzwyczajnej urody, wielkiego imienia, ogromnych posiadłości pan padał przed nią zachwycony... i uprosiwszy u matki błogosławieństwo, prowadził do ołtarza.
Śniło się to pannie strażnikównie, ale połowa przynajmniej marzeń ziściła się w rzeczywistości. Pałac i ogrody, pokoje z wytwornością i smakiem wielkim przyozdobione uczyniły na niej wrażenie. Z dziecinną ciekawością i zachwytem przypatrywała się wszystkiemu, uśmiechała do tych wspaniałości nie oglądanych nigdy w życiu.
Z dala i ludzie, którzy przepełniali te sale, postrojeni, obwieszeni wstęgami i gwiazdami, ludzie, których peruki wydawały woń fiołków i lilii, okryci koronkami, błyszczący od brylantów, wydali się jej istotami nadziemskimi a panie i panny w rogówkach, na których drapowały się mieniące barwami tęczy jedwabie upokarzały skromne, choć wytworne niby ubranie. Uczyła się, patrząc na te nimfy i sylfidy, jak miała uśmiechać się i chodzić.
Z początku nawet tak ją zajmowało przypatrywanie się temu obrazowi, że zapomniała o sobie i nie tęskniła za tym, czy sama w nim jakąś odegrała rolę. Później jednak oko jej zaczęło szukać kogoś, co by jej choć najmniejsze okazał zajęcie, współczucie. Na próżno, przechodzący spoglądali obojętnie i nikt nie zapytał o strażnikównę trocką. Los tylko, gdy szli do stołu, nastręczył jej nieznajomego, który przybliżywszy się (a był po francusku ubrany), z uśmiechem podał jej bardzo zgrabnie w kabłąk wygiętą rękę i poprowadził do stołu. Kilka słów przemówił w czasie podróży do miejsca przeznaczonego piękną wcale francuszczyzną i znalazłszy nie bez trudności krzesło u stołu, sam wyrzec się musiał zajęcia miejsca przy niej, gdyż kobietom musiano ustępować.
Wejrzeniem pełnym wdzięczności podziękowawszy mu, panna Aniela usiadła pomiędzy dwoma paniami, które na nią dosyć drapieżnie spoglądały. Jedna z nich przecie, grzeczniejsza, rozpoczęła rozmowę i okazała się znajoma pani strażnikowej. Rozmowa więc dalej szła już dosyć poufale. Pani starościna wskazywała Anieli osoby, czasem trochę złośliwie komentując ich znajdowanie się w Białymstoku.
Panna Aniela uśmiechała się, słuchała, uczyła, a nie zaniedbała też oczyma szukać tego młodzieńca, który ją przyprowadził do stołu. Nie przyszło jej łatwo go odkryć w tłumie, gdzieś w kącie, przy małym stoliczku, w towarzystwie mężczyzn, co umiała sobie wytłumaczyć tym, iż poufałym być musiał u hetmana albo może jego powinowatym.
Uczta wykwintna trwała nadzwyczaj długo. Pod koniec jej porządek był zmięszany, część mężczyzn pozostała w sali jadalnej, a panie do innej przechodzić zaczęły. Panna Aniela" po oddaleniu się starościnej już chciała niespokojna sama prześliznąć się za innymi, gdy towarzysz jej wierny znalazł się przy boku w czas, podał rękę i z wesołym bardzo usposobieniem, rozpychając stojących na drodze, poprowadził do rzęsiście oświeconej sali z chórami, na których już odzywała się pełna życia muzyka. Serce biło mocno pannie Anieli. To być musiał ten mąż przeznaczenia, ten wymarzony jej towarzysz w przyszłości.
Zaledwie odprowadziwszy ją do krzesła znowu pokłonił się, gdy sądziła, że się przy niej zatrzyma... i zniknął.
Natomiast prawie w tejże chwili ujrzała przed sobą pana buńczucznego. Ten także był bardzo ożywionym po uczcie i uśmiechał się wdzięcznie spod siwiejącego wąsa.
- Niech mi panna strażnikówna daruje, że ja jej do stołu służyć nie mogłem - rzekł. - Hetman mi narzucił panią starościnę Ponikwicką i musiałem z nią iść w parze. Szczęściem, że mnie Francuz wyręczył.
- Francuz? - żywo zapytała panna Aniela.
- A Francuz - odparł Tołłoczko - i wielki ulubieniec pana hetmana, domownik jego od lat kilku.
Panna o inne szczegóły pytać się nie śmiała, aby zazdrości w rotmistrzu nie obudziła, ale Tołłoczko zdawał się na ten raz cierpliwym.
Francuz, domownik, przyjaciel, ulubieniec hetmana, zapewne wysoki stopień w hierarchii wojskowej zajmujący. „Markiz może lub hrabia" mówiła sobie panna Aniela i serce znów żywiej jej zabiło.
Tołłoczko teraz zamiast cudzoziemca tego, wziął ją do polskiego, a choć to był odbijany i panna Aniela poszła od jednego do drugiego, całym szeregiem nieznanych jej mężczyzn, spodziewając się, że los znowu jej da tego Francuza, nie zbliżył się już do niej. Później przywoływała go nawet wejrzeniami pełnymi znaczenia, ale Francuz nieczułym na nie pozostał.
W obejściu się jego było coś dziwnego, musiał to być w istocie, jak mówił Tołłoczko, domownik a może powinowaty hetmana, bo sam mało się bawił, ale czuwał nad drugimi, aby się zabawiali. Biegał, prowadził, zapoznawał, częstował, dobierał pary do tańca, a sam nie tańcował, chyba chwilowo kogoś zastąpić było potrzeba. Naówczas z wielką gracją występował i chował się szybko do kąta.
Panna Aniela widziała w nim tajemniczą jakąś istotę. Tańce się przeciągnęły bardzo długo. Strażnikówna nie miała szczęścia w nich, mało ją zapraszano i sama widziała, że wśród tylu postrojtmych pań, szczególniej mężatek z fryzurami kunsztownymi na głowach, z brylantami i perłami na szyjach, ona, w skromnym swym stroju, bez klejnotów, nie robiła żadnego wrażenia.
Tołłoczko miał zbyt wiele tego wieczoru obowiązków, ażeby się mógł cały pannie Anieli poświęcić. Hetmanowa kazała mu pilnować, aby męża jej nie upojono. Sapieha go posyłał do różnych osób, z którymi się rozmówić pragnął w sprawie przyszłego trybunału, na ostatek i hetman się do niego zwracał nieraz. Zabiegał więc tylko gdy mógł, przynosząc limonady, ciastka i cukierki, czuwając nad swym skarbem, który w końcu znudziwszy się i zdesperowawszy, prawie już drzymał.
Najboleśniejszym jej to było, że owego grzecznego Francuza przywabić do siebie nie mogła. Oczy jej zawód zrobiły, traciła ufność w siebie. Rotmistrz zapytał, czy tańcowała, odpowiedziała kwaśno, iż nie miała znajomości i zapewne z tego powodu nie zapraszano jej do tańca.
Z tym odszedł Tołłoczko, a że był, choć w litewskim wojsku, ale buńczucznym hetmana i miał stosunki, przyprowadził jej trzech towarzyszów kawalerii narodowej pp. Merłę, Puzyra i Oporkotowicza. Imiona te, wcale nie arystokratyczne, nie podobały się pannie strażnikównie. Chłopcy bardzo młodzi byli, ochoczy, weseli, ale cóż? U hetmana, który był sam na wpół Francuzem, dla niej się dobrali tacy, z których żaden nie umiał po francusku, a wszyscy przypominali rubasznością Bujwida. Z tym wszystkim Oporkotowicz przypadł jej do smaku, choć bez francuszczyzny.
Pod koniec wieczora hetmanowa, mając się usunąć od zabawy, posłała Tołłoczkę po pannę Anielę, który ją do niej przyprowadził.
Po drodze spotkali Francuza, ale był mocno zajęty. Pannie Anieli chciało się dowiedzieć, kto ów był, zwróciła się dosyć zręcznie do Tołłoczki śmiejąc się z tego, iż ów jegomość, co ją miał odwagę prowadzić do stołu, nie ośmielił się jej prowadzić do tańca.
- Miał rozum - rzekł rotmistrz krótko - bo do stołu, gdy zabrakło kawalerów, to co innego, lepiej on niż żaden, a do tańca!
- Dlaczegóż nie mógł prosić do tańca? - zapytała panna Aniela.
- Me wypadało mu - odparł Tołłoczko.
- Dlaczego? - No, a juściż ze względu tego, kim jest.
- Jak to? a któż on jest? pan mówiłeś, że tak jak domownik bawi w Białymstoku i hetman go lubi.
- Szczera prawda - potwierdził Tołłoczko. -' Któż on jest?
- Asystuje na wszystkich balach - dokończył rotmistrz - mówią nawet, że szlachcic, ale tymczasem tylko mistrz do tańców. Kawaler d'Ormont.
Panna Aniela zbladła jak ściana. Ona! strażnikówna trocka, być zmuszoną podać rękę tancmistrzowi. Zbrzydł jej nagle Białystok, zabawa, świat... wszystko. Szlachecka duma Koiszewskich odezwała się w niej silnie.
Nazajutrz jeszcze wycieczka na cały dzień do Choroszczy, choć obiecywała wiele przyjemności, wspomnieniem tancmistrza była zepsutą. Ale od tego zasłaniał ją Oporkotowicz, towarzysz kawalerii narodowej, którego się wstydzić nie potrzebowała.
Tego dnia gości przybyło więcej, a niektórzy znikli. Pod tą zabawą niewinną nawet niepodejrzliwe oko mogło się domyśleć jakichś potajemnych zmów, schadzek i narady. Poważniejsi panowie, czynniejsi ich towarzysze, znane postacie tych, którzy Radziwiłłom, Sapieże, Massalskiemu hetmanowi służyli, przesuwali się z papierami i siedzieli gdzieś po kątach. W kancelarii nikt nie miał spoczynku.
W istocie choć się tam nic dnia tego nie rozstrzygało, wszyscy na wypadek wiedzieć chcieli, z kim trzymać i na kogo rachować mogli. Oprócz tego kresy nadeszłe z Warszawy dawały do myślenia.
Już wyjeżdżający do Drezna król wielu się wydał zmienionym, smutnym i chorym. Nie rokowano mu długiego życia. Wiadomości przywiezione z stolicy saskiej brzmiały niedobrze. Brühl zrobił, co tylko mógł, aby król znalazł Drezno przynajmniej takim, jakim je opuścił. Jechał do niego stęskniony, z bijącym sercem, cały przejęty wspomnieniami młodości, ale tu zamiast nich znalazł zawód tylko smutny. Wszystko mu jakoś w oczach zmalało, zbrukało się, zmieniło. Dwór, wedle starego etatu, nie mógł być jeszcze zebrany, poumierali mu ludzie, wielu rzeczy brakło, bo je zniszczyła wojna, zabrali Prusacy. Okazałość, którą on tak lubił jak ojciec, nie dorównywała dawniejszej. Zapytywał po cichu Brühla i choć odbierał zaspokajające odpowiedzi wykrętne, smutno mu było. Żałował nawet żony, która się tak heroicznie broniła najazdowi na zamku. Choć synowie go ożywiali, zdało mu się smutnie i żałobnie.
Wedle rozkazania pańskiego, Magdalenę Corregia, którą on miał z sobą w Warszawie, odwieziono do galerii. Pozbawienie jej kosztowało go wiele. Madonna Sykstyńska Rafaela wydała mu się przyciemniała. Chrystus z groszem nie miał dawnej kolorytu żywości, Rembrandty mgłą jakąś były okryte.
Dietrich, który przyszedł powitać pana, niosąc mu jednego Mierisa przez siebie zrobionego i G.erarda Dowa , naśladowanego cudownie, ledwie zdobył obojętne słowo. Na dobitkę pierwsze polowanie w lasach około Hubertsburga nie powiodło się. Rzecz niesłychana, poczwarna, nie do uwierzenia, wstydliwa, król do rogacza chybił! Wytłumaczono to tym, że nie on, ale strzelba dopuściła się tego kryminału, niemniej była to straszliwa wróżba. Na każdym kroku zawód spotykał powracającego w laurach powiędłych pana.
Uśmiechał się, dławił w sobie to, co doznawał, lecz nie oszukał nikogo. Doświadczał tego co wszyscy ludzie, długim oczekiwaniem czegoś spragnieni, osiągnięty cel życzeń nie odpowiadał temu, co wykarmiła wyobraźnia tęsknoty... Boleść, jakiej doznał i ukrył ją w sobie, pomimo starannego z nią tajenia się, biła wszystkim w oczy. Nosił ją wypiętnowaną na pięknej niedawno twarzy, nagle zgrzybiałej, obwisłej, w oczach zgasłych, na plecach przygarbionych, w mowie jąkającej się i wstydzie, który go zmuszał kryć się przed ludźmi.
Po jedzeniu zaraz usypiał snem ciężkim, a obudziwszy się, gdy mu podano fajkę ulubioną, nie smakując i w niej, pykał milczący do wieczora, nie odpowiadając na pytania. Błazny jego zamiast pochwał i podarków, dostawali surowe wejrzenia. Król miał zamiar, powróciwszy na swą ziemię, na pamiątkę szczęśliwego odzyskania jej, uwolnić kazać wszystkich, którzy siedzieli w Königsteinie.
Było ich tu wprawdzie mniej niż za czasów Augusta ojca, ale twierdza nie stała próżną. Na pierwszą wzmiankę o tym Brühl zaprotestował.
- N. Panie - rzekł - mało co ich tam jest, ograniczyliśmy liczbę do ostateczności, ale to co pozostało, ludzie są bardzo niebezpieczni, którzy by W. K. Mości pokój mogli zakłócić.
W istocie byli to tylko nieprzyjaciele ministra i ludzie, których on się obawiał.
Opowiadania o stanie zdrowia króla nie obudziły żalu, ani obawy, ale przynagliły oba obozy do przygotowań na czas bezkrólewia. Wszyscy pragnęli się wiązać, skupiać, aby przeważyć i mieć w ręku swym przyszłość.
Trzeciego czy czwartego dnia pani hetmanowa wybrała się nazad do Wysokiego z Tołłoczką, którego zastępował spóźniony Putkamer. Do Wysokiego nie było się po co spieszyć, a że hetmanowa miała kilka domów przyjaznych na drodze, korzystała z podróży, aby je odwiedzić. Tołłoczko nieodstępny, ciągle na usługach panny, zużytkowywał zręczność dla przypodobania się pannie. Mówił już z nią otwarcie:
- Niech panna strażnikówna zważy tylko dobrze, czy nie będzie stokroć swobodniejszą u mnie, niż teraz przy matce. Za Bujwida gbura wyjść, pani sama widzi, znaczy sobie kamień przywiązać do szyi. Pani ze mną zrobi, co zechce, jam jej sługa do grobowej deski.
Zawód, jakiego doznała w Białymstoku, usposobił ją do słuchania cierpliwego.
- Ja pana rotmistrza szacuję wielce - odpowiedziała mu - ale doprawdy nie wiem, czy bym go uczyniła szczęśliwym. Kapryśne ze mnie dziecko. Pan lubisz wieś, spokojne życie, a ja świat, zabawy, wesołość, stroje.
- Ja dla panny Anieli gotowem gusta odmienić, wszystko poświęcić - przerwał rotmistrz. - Dom otworzymy, pojedziemy do Warszawy... pani - nie ja będę komenderował.
I całował ją po rękach, a pochlebstwami obsypywał. Z wolna dała się nieco nakłonić do słuchania, do wspólnych marzeń o przyszłości.
- Ale co to potem? - szeptała w końcu - choćbym ja nawet się zgodziła na to, matka nie pozwoli. Chce mnie koniecznie wydać za Bujwida, którego ja znieść nie mogę. Znam ją, gdy co powie, to jej przełamać nie można.
- Niech panna Aniela da mi tylko słowo - odparł rotmistrz - niech mi pozwoli, a ja ręczę, znajdziemy sposób, pani hetmanowa całym sercem pomoże. Uplanujemy tak, przygotujemy wszystko, iż strażnikowa nie będzie mogła stawić przeszkody.
Obietnice Tołłoczki, popierane przysięgami, z wolna poskutkowały, panna Aniela przychyliła się do jego życzeń. Bujwid był jej nienawistny, nad nim panować nie miała nadziei. Rotmistrza zawojować spodziewała się na pewno. Hetmanowej dom ułatwiłby jej wejście w świat.
Me dając jeszcze słowa milczała, Tołłoczko chciał bić żelazo, póki było gorące, nie odstępował jej ani na chwilę.
Na jednym noclegu księżna Sapieżyna, widząc go tak służącym pannie, że o reszcie zapomniał - zapytała na ostatku:
- Cóż tam, panie buńczuczny, jak idą twoje interesa? Panna Aniela zawsze ci tak sroga, jak była?
- Nie będę się chwalił, M. Księżno - odparł Tołłoczko - wszelako zdaje się, żem czasu nie stracił. Gdybyś pani raczyła poprzeć moję sprawę, byłbym pewny wygranej.
- Ho! ho! Tak zaszedłeś daleko? - rozśmiała się Sapieżyna. - Boję się, ażebyś nie doznał zawodu.
Tołłoczko ją w rękę pocałował.
- Służyłem, służyć będę - odezwał się - ulituj się nad sługą swoim.
- Cóż mam czynić?
- Proszę przemówić za mną do panny - począł rotmistrz. - Mnie się zdaje - przerwała hetmanowa - że choćbyś pannę skonwinkował, matka ci nie da córki. W tym sęk.
- Na to jest sposób - wtrącił rotmistrz - tylko, że bez pani hetmanowej ja nie mogę nic.
- Mówże bo raz jasno i otwarcie.
- Gdy da Bóg, zgodzi się panna, prosta rzecz, zrobimy uroczyste zaręczyny. Strażnikowa się pogniewa, złaje mnie, zbeszta córkę, bo to u niej nie nowina, ale zrękowin nie złamie, bo te są tak ważne jak sam ślub.
- Że waćpana złaje i córkę, to nic - poczęła śmiać się Sapieżyna - mnie się też dostanie, obwoła mnie intrygantką.
- Nie będzie śmiała - odparł Tołłoczko. - Proces, który miał rozstrzygnąć trybunał, za moim staraniem odłożony został dla komportacji dokumentów. Jej o ten proces tak idzie, że córkę gotowa oddać dla niego. Będzie musiała milczeć.
- Nigdym się nie spodziewała, abyś tak podstępnym był intrygantem! - zawołała księżna. - Na wszystko masz odpowiedź, obmyśliłeś.
- M. Księżno! - zawołał Tołłoczko bijąc się w piersi - to ostatnia życia mojego nadzieja.
- Panna ci przyrzekła? - spytała księżna.
- Jeszcze nie, ale choć usta nie wyrzekły słowa, wiem, że dłużej opierać się nie będzie.
- No, to staraj że się mieć od niej zapewnienie, bo bez tego nic. Ja kroku nie zrobię, dopóki ona mi przy świadkach nie powie, że sobie życzy wyjść za waćpana i że się zgadza na zaręczyny, bo innego nie widzę sposobu.
Pocałował w rękę Tołłoczko, uniżył się do stóp księżnej, poprzysiągł wiekuistą wdzięczność i rzucił się dobijać targu z panną.
Zdawało mu się, że rzecz tak jak skończona, okazało się jednak, że strażnikówna w chwili, gdy sobie miała świat zawiązać, przelękła się. Pomyślała sobie, że była młodą jeszcze, że mogła roczek, dwa, poczekać, że Bujwidowi się opędzi. Zawahała się w samym progu. Rotmistrz, który sądził, że już był pewien serca, w rozpacz wpadł prawie. Widząc go tak zdesperowanym, panna prosiła o zwłokę. Sama wprawdzie nie wiedziała jak ją miała zużytkować, ale nie mogła jeszcze oswoić się z myślą, że klamka zapadła.
Płakała po nocach.
Wtem przyszedł list od Szklarskiej, nabazgrany na zrzynkach sinego papieru, ale było go sześć stron i dwie przypiskach. Panna Szklarska donosiła ukochanej swej, że wszystko jest zmówione, obmyślone, aby natychmiast po powrocie wydać ją za Bujwida. Starosta pogorzelski skłonił strażnikową do tego, wyrzekając się posagu gotowizną i obiecując kontentować się procentem.
Sumy tej potrzebowała Koiszewska dla procesu i długu.
„Na twoim miejscu, serce moje - pisała - ja bym wolała Bujwida i przyjęła go, ale to niedźwiedź, którego ty nigdy nie nauczysz nawet nosa utrzeć po ludzku. Żal mi ciebie, bo szczęścia nie zaznasz z nim. Zwlekaj więc powrót, może cię to ominie. Nie pokazuj się w domu, bo matka cię już nie puści. Wiem najpewniej, że wyprawę na gwałt szyją, futro jejmość kupiła i kuśnierze siedzą w stołowej izbie pod dozorem Porkowskiej, bielizna się znaczy".
Tegoż dnia, gdy pismo Szklarskiej nadeszło, szturm nowy przypuścił Tołłoczko. Padł jej do nóg, Aniela zerwała się i chciała uciekać, gdy nadeszła przygotowana już hetmanowa. Widząc co się dzieje, łagodnie zaczęła Anielę nakłaniać, przyrzekając jej opiekę swoję i męża. Wspomniała proces, dla którego matka się musiała dać przebłagać. We dwoje tak z buńczucznym na ostatek zmusili niemal strażnikównę, iż słowo dała i zgodziła się na wszystko, zakląwszy tylko księżnę, aby jej nie opuszczała.
Hetmanowa chciała, nie bawiąc, zaraz w dni kilka uroczyste sprawić zaręczyny, sprosić gości, sprowadzić muzykę; ledwie strażnikówna wyprosiła fryszt , dopóki by na list, który miała napisać do matki, odpowiedzi nie otrzymała.
Nie daj Boże, aby staremu człowiekowi, który już lata płoche poza sobą pozostawił, miłość do serca zawitała i przyśniło się to szczęście, którego człowiek raz tylko w życiu kosztuje, a nie każdemu i to dano.
Na Tołłoczce najlepszy był dowód tego, iż człowiek, gdy sobie nieco cugli popuści, namiętność go poniesie na złamanie karku. Człek był zacny, stateczny, poważny i nic mu nigdy, a szczególniej dysymulacji zarzucić nie było można, a teraz go miłość dla panny Koiszewskiej zagnała w taki kąt ciasny, skąd wyjścia nie było.
Uchodził on powszechnie za bezdzietnego, bo nigdy nie mówił o swojej przeszłości, chociaż syna miał z pierwszego małżeństwa, który u babki ciotecznej od dziecka się wychowywał. Mało kto o tym wiedział. Wyjawiając tę tajemnicę obawiał się zrazić i pannę, i matkę, więc milczał, powiadając sobie, iż dosyć będzie czasu później syna zaprezentować.
Zdawało mu się, że w tym grzechu nie było. Nie kłamał tym, że milczał, a zbrodnią nie było mieć potomka. Z dnia więc na dzień odkładając ogłoszenie, iż go Pan Bóg pobłogosławił potomstwem, sam się z tego przed sobą uniewinniając, brnął dalej. Niekiedy tylko robiło mu się gorąco, gdy pomyślał,, co to będzie za wrzawa, jak się Koiszewska o tym dowie.
Księżna Sapieżyna, która dawniej Tołłoczki nie znała, wcale o niczym tyczącym się go nie wiedziała. Sapieha zapominał o bliższych daleko, a o swojego buńczucznego stosunki familijne wcale się nie troszczył. Nikt go tu zdradzać nie myślał, ale położenie było bądź co bądź nie do zazdrości i przed zaręczynami wyspowiadać się było potrzeba pani strażnikowej. Nie był pewnym czy i panny ten synaczek, pono dziesięcioletni, nie zrazi.
W czasie tych zabiegów rad zapomniał, co go jeszcze czekało, ale teraz, gdy termin się zbliżał, strach go taki ogarniał i wstyd jakiś, że głowę od tego tracił.
Wiadoma rzecz, czym się w takich razach, za owych czasów leczyć byli zwykli ci, którym ból serdeczny dokuczał. Zapijano frasunek. Tołłoczko nie lubił pić, a teraz bezwiednie prawie ciągle za kieliszek chwytał. Chodził jak błędny, oczy mu wpadły, kaszlać zaczął i gdy mu hetmanowa szczęścia winszowała, wzdychał jak kowalskie miechy. Żal brał patrzeć na niego.
Panna zaś przeciwnie, raz postanowiwszy wyjść za niego, z myślą się tą oswajała, godziła i wesołą była jak nigdy. Tołłoczce zaś wyrzucała, że chodził jak z krzyża zdjęty i zdawał się żałować chyba tego, co uczynił.
Męcząc się po dniach i nocach, na ostatek, gdy mu hetmanowa wymawiała też jego frasunek, wybuchnął:
- Żeby pani hetmanowa wiedziała, co ja mam za troskę, toby mi nie wyrzucała, że się śmiać nie mogę.
- Jeżeli nie wiem, a powinnam, czyjaż wina? - odparła księżna.
- A! moja wina! moja bardzo wielka wina! - bijąc się w piersi zawołał rotmistrz i oczy sobie zasłonił.
- Ja powiadam - wykrzyknęła Sapieżyna - że z waćpanem, jak z dzieckiem kapryśnym, nie wiedzieć co robić. Cóżeś sobie uroił?
- A! nie uroiłem ci - wtrącił rotmistrz - alem zgrzeszył.
- Cóż? grzech śmiertelny? - zapytała przedrzeźniając go księżna - to ja chyba władzy rozgrzeszenia nie mam. Mów prędko, cóżeś popełnił? Masz pewnie jakąś jejmość, której ci się pozbyć trudno? Co? Nie zgadłam?
- Żadnej nigdy nie miałem - żałośliwie stęknął rotmistrz - ale byłem żonaty i z pierwszej żony syna mam, który się od dzieciństwa chowa u babki. O tym synu mało kto wie, a jam nie wspominał.
Skrzywiła się księżna.
- W istocie - odezwała się - nie ma nic, a waćpana to jakby na kłamcę wystrychnie.
- Nikt się mnie nie pytał - rzekł Tołłoczko - cóżem miał za obowiązek głosić, że syna mam?
Potrząsnęła głową Sapieżyna.
- Ja bo waćpanu powtarzam, nie ma nic, a będzie wstyd! Przeszła się po pokoju. - Ja o tym wiedzieć nie chcę - dokończyła. Rzucił się jej do stóp Tołłoczko.
- W łeb sobie palnę! - zakrzyknął.
- Nie rozumiem, co by to ci pomóc mogło? - odparła Sapieżyna.
- Niech mi W. Książęca Mość poradzi co mam czynić? - błagał.
Hetmanowa zlitowała się.
- Niesmaczna to rzecz - odpowiedziała - ale jak się poczęło tak dokończyć potrzeba. Nie mówiłeś waćpan o synu dotąd, suponując, że o nim wszyscy wiedzą, milczże już.
- A jak się dowiedzą? - zapytał rotmistrz.
- Nie obrachuję, co oni poczną - po namyśle odezwała się hetmanowa. - Zdaje mi się, że waćpana odprawią, bo matka go nie chce, a to pretekst doskonały.
- Mam ja to powiedzieć pannie? - radził się rotmistrz. Parsknęła księżna.
- A, wy! mężczyźni! - poczęła. - Krzyczycie na nas, że my was zwodzimy, nazywacie te biedne kobiety najgorszymi przezwiskami, chytrość nam przypisujecie i zdradziectwo, a co sami robicie? Kobietę zwieść to wam fraszka. Warn wszystko wolno.
Tołłoczko stał jak pod pręgierzem.
- Moje całe tłumaczenie, żem za późno pokochał, a od tej miłości głowę utracił.
- Ja nie wiem, czy ją miałeś kiedy - przerwała księżna. - Takeś sobie z tą całą sprawą poczynał, jak byś naumyślnie ją chciał zawikłać.
Co tu radzić dziś, kiedy pora, w której trzeba było coś na to poczynać, minęła. Nie mówiłeś w czas, milcz, a po ślubie co będzie, to musisz przyjąć jako karę za grzechy. Na sucho ci to nie ujdzie.
Nic nie zyskawszy u księżnej, ale trochę sobie ulżywszy ciężaru tym zwierzeniem się, rotmistrz zajął się jak najgoręcej przygotowaniem do zaręczyn, które przyśpieszyć usiłował.
Tymczasem burza się gotowała. Strażnikowa wprawdzie, ulegając księżnie dała jej córkę, chociaż domyślała się, że to była intryga Tołłoczki. Nie sądziła go wcale niebezpiecznym dla córki, bo Bujwid był przystojniejszy i młodszy.
W ostatku, gdy hetmanowa się uparła wydać Anielę za rotmistrza, strażnikowa spodziewała się, że jej wyświadczy jakieś dobrodziejstwo, puści dzierżawę, zapisze sumę, wyrobi coś u króla. Nierada była temu wszystkiemu, ale czuła, że nie mogła się uwolnić od tych łask i protekcji.
Wahając się tak, a ciągle Bujwida mając na myśli, w końcu swojego dawnego opiekuna, krewnego, starego marszałka Glińskiego postanowiła wezwać i zwierzyć mu się, a pójść za jego radą.
Gliński ów, którego niekiedy kniaziem tytułowano, bo się wywodził od owego sławnego warchoła, był człowiekiem znacznym, choć niezbyt majętnym. Umiał sobie w obywatelstwie wyrobić wziętość i słynął z rozumu. Był to doradca, pośrednik, rozjemca, do którego z najdalszych stron ludzie jak chorzy do doktora się zjeżdżali.
Ogromnego wzrostu i tuszy, z twarzą rozlaną, wielką, brodawkami dziwnie porosłą, z brzuchem, który mu chodzenie utrudniał, marszałek był nadzwyczaj czynny i szczycił się tym, że dla współobywateli życie poświęcał. Stosunki miał rozległe bardzo, znajomości wiele, pamięć ludzi i pokrewieństw a koligacji zadziwiającą. W całej Litwie nie było może rodziny, której by wszystkich członków nie mógł wyliczyć. Była to genealogia chodząca.
Nie śmiejąc go zapraszać do siebie, Koiszewska pojechała do niego. Przyjął ją, jak był zwykł wszystkich mnogich swych klientów, tak jak gdyby szczególny miał afekt dla każdego z nich. Wiedział już o wszystkim i o tym nawet, że Aniela była w Białymstoku. Strażnikowa wyznała mu, [iż] właśnie dla poradzenia się o jej postanowienie przybyła. Marszałek, który miał sobie za prawidło wyrozumiewać petentów i raczej w ich myśl, niż przeciw niej iść, łatwo odgadnął, że strażnikowa była za Bujwidem.
Stało się to dla niego wskazówką, jak sobie miał postąpić. Tołłoczkę znał bardzo dobrze i od bardzo dawna, nie był z nim jednak ani źle, ani dobrze.
Wysłuchawszy długiej chryi pani Koiszewskiej, rzuciwszy pytań kilka, zamyślił się głęboko.
- Jesteś pani strażnikowa matką - rzekł - serce jej pewnie dla dziecięcia najlepiej poradzić potrafi. Co do mnie, chociaż ja przeciwko Tołłoczce nic nie mogę powiedzieć, bo człek zacny, uczciwy, rozumny, ale ani wiek, ani te koła, w których się on obraca, nie zdaje mi się żeby go czyniły partią stosowną dla panny Anieli. Z protekcją hetmana, albo raczej hetmanowej, może się posunąć wysoko... chybaby go król obdarzył starostwem, królewszczyzną, bo inaczej to tam honorów będzie pod dostatkiem, ale chleba omal... Tołłoczko wyszedł z rodziny zubożałej, dopiero mu pierwsza żona wniosła posag i posadziła go na wiosce, ale to, okrom dożywocia na wsi, nie jego własność, ale syna.
Koiszewska się porwała przestraszona. - Syna! Jakiego syna? Jako żywo nigdy nikt nie mówił o synach? Więc ma syna? Miał może chyba, ale umarł.
- Przepraszam panią strażnikową, syn się chowa u ciotecznej babki, oddaje go do szkół, do Połocka, chłopiec ma, ni fallor , lat dziesięć.
Strażnikowa cała purpurowa z gniewu, słuchała.
- Jakże to nazwać, jak? - odezwała się - żeby słowo pisnął o synku! Więc to po prostu podejście, chciał, byśmy myśleli, że to co ma i czym świeci, do niego należy...
Marszałek pogładził łysinę i sapnął. Nie zaprzeczał, ani potwierdzał tego sposobu zapatrywania się pani strażnikowej.
- Nie mogę o tym sądzić - rzekł - ale zawsze jest niedelikatność. Co się tknie majątku, moja mościa dobrodziejko, nie jest tajemnicą, że odłużony. Rotmistrz żył, popularności mu się chciało, karmił, poił, sejmikował... długów dziś przez wierzch głowy, na majątek jego wcale się nie ma co oglądać.
- A! Jak Boga kocham! - krzyknęła impetycznie Koiszewska. - Córki mu nie dam! Straciłby jej posag, jak zmarnował majątek pierwszej żony! Niech sobie hetmanowa robi, co chce; córkę odbiorę, zamknę, wywiozę i nie dam mu się ani zbliżyć.
- Pewno, że to będzie najrozumniejszym - rzekł Gliński - ale i to pewna, że z hetmanową pani będziesz miała przejście ciężkie. Obawiam się, czy rzeczy nie za daleko zaszły. Naszą panią hetmanową trzeba znać, rządziła pierwszym mężem, panuje nad drugim, zręczna, rozumna, gwałtowna... Pomóc nie może wiele, ale zaszkodzić, oho! okrutnie... a jest uparta i mściwa.
- Cóż ona zrobić mi może? - wyrwało się Koiszewskiej, która na krótko zapomniała o procesie. - To prawda - poprawiła się - że ten nieszczęsny proces...
- Właśnie chciałem go przypomnieć - wtrącił Gliński. - Ona po trybunałach gospodaruje jak u siebie w domu.
Zasmuciła się strażnikowa i łzy jej w oczach stanęły.
- Nie trzeba tracić męstwa - dodał marszałek. - Zechce ona szkodzić, będziemy pomagali.
- A! kochany marszałku - wykrzyknęła strażnikowa - zaklinam was, nie opuszczaj mnie sieroty. Córki dla procesu gubić nie mogę, miałabym na sumieniu...
- Za pozwoleniem - przerwał Gliński - jakże usposobiona, za kim panna Aniela, bo i to trzeba wziąć w konsyderacją .
- Nie będę taiła - rozpoczęła strażnikowa - córkę mi siostra zbałamuciła. Chciałam ją mieć dobrą gosposią i kobietą, jak my wszystkie, nabili jej głowę elegancją, francuszczyzną, zabawami... Bujwida ona nie lubi, bo rubaszny jest. Tołłoczko układny, ale kłamca, oszukaniec. Dworskich się klamek trzyma, kochać go ona nie kocha, ale z Tołłoczką się spodziewa wejść w ten świat, do którego tęskni. Ot co jest.
- Hm! - bąknął Gliński - skomplikowana sprawa, potrzeba energii, którą waćpani dobrodziejka masz, aby szczęśliwie wyjść z tego, ale ufam, że się to pomyślnie ukończy.
Po długich w tym przedmiocie naradach" i rozprawach, które utwierdziły strażnikową w przekonaniu, że powinna była nie dopuścić małżeństwa z Tołłoczką nastąpił obiad, a po nim zjawił się gość właśnie z okolic Wysokiego Litewskiego, pan podstarości Górski. Był to jeden z tych ludzi gładkich, bywających wszędzie, od wszystkich mile widziany, a wyśmiewający tych nawet, których się najserdeczniejszym głosił przyjacielem. Górski nie przebaczył nikomu, a tak lubił dowcipkować, że dla dowcipu wszystko poświęcał. Im zaś kto wyżej siedział, imię nosił piękniejsze, odznaczał się czymś więcej, tym on dla niego był surowszym. Sapieha, którego bawił, lubił go, zapraszał i bierał z sobą.
Zobaczywszy strażnikową, zaledwie ich przywitał, natychmiast począł winszować mariażu córki.
- A daj mi pokój, panie podstarości - odparła - Anielka młoda, wydawać ją ani myślę.
- Jakże, a te bliskie zaręczyny? Wprost zaprzeczyła im Koiszewska.
Pana Górskiego, być posądzonym o puszczanie fałszywych pogłosek, oburzało. Uparł się.
- A, za pozwoleniem - rzekł. - Jest to rzecz pewna, iż w Wysokiem się spodziewają obchodzić je wkrótce bardzo uroczyście.
- Bez mojego zezwolenia? Bez mojej wiedzy chyba?! - wołała strażnikowa. - To by było coś nowego, porządek naturalny obalony... Jestem matką.
Górski się tłumaczył bardzo obszernie i namiętnie, dowodząc, że nic nie zmyślał. Strażnikowa w końcu musiała zamilknąć. Gospodarz pocieszał.
Powróciwszy stąd Koiszewska, która miała siłę męską, umiała znosić, walczyć, czekać, tym razem bardzo osłabła.
Trzeba było na gwałt ratować córkę od Tołłoczki, przewidywała, jakie mieć będzie trudności do zwalczenia, lecz obiecywała sobie nie dać się pokonać i córkę odebrać. Napisała list grzeczny do pani hetmanowej, przepraszając, że sama po córkę przybyć nie może z powodu choroby i domagając się powrotu Anieli. Nastawała na to, że była chorą i że miejsce córki było przy matce.
Listy do hetmanowej i do Anieli wielkiego niepokoju były przyczyną. Hetmanowej nie szło o to w istocie wiele, za kogo strażnikównę wydadzą i czy ona będzie szczęśliwą lub nie, ale nie mogła tego dopuścić, aby się jej sprzeciwiać śmiano, jej łaskami pogardzić i mieć swoją wolę.
- Nie dam Koiszewskiej córki! - zawołała list odczytawszy. - Ja na to pozwolić nie. mogę.
Aniela przelękła się, postanowienie wyjścia za rotmistrza było teraz jak najmocniejsze. Tołłoczko, który chciał się zalecić pannie, w ciągu ostatnich dni w rozmowach uczynił jej obietnice wielce nęcące. Przyrzekł jak najuroczyściej, iż mieć będzie karetę podobną do tej, którą jeździła ks. Sapieżyna, cug koni sześciu, dworzanina, hajduka, liberią. Do kościoła miała jej towarzyszyć służba, niosąc poduszki herbowne i książki. Co roku dwa razy co najmniej zobowiązywał się ją wozić do Warszawy, wyprawiać zapusty świetne i na Rok Nowy spraszać sąsiedztwo.
Obietnice te w rozmowie przychodziły, bez żadnego nacisku, z największą łatwością. Rotmistrz nie rachował się z niczym, głowę tracił, submitował się, akomodował i nie odmawiał nic a nic.
Zawołano pannę Anielę do hetmanowej.
- Moje dziecko - odezwała się do niej. - Pisze mi strażnikowa, że chora i żąda twego powrotu, na który ja pozwolić nie mogę. Chora nie jest, to rzecz symulowana, idzie o to, aby ciebie pochwycić. Nie mogę ci dać ginąć i do rozpaczy przyprowadzić Tołłoczkę, który cię do szaleństwa kocha.
Rozpłakana panna Aniela padła jej do nóg.
- Odpiszę, że waćpanna też chora jesteś i że doktór Müller ruszać ci się nie pozwala.
Tak się stało, pół dnia czekał posłaniec na odpowiedzi
i otrzymał obie odmówne, chociaż ocukrowane i osłodzone.
Rotmistrza, gdy się to działo, nie było w Wysokiem, powrócił późno i uradował się mocno dowiadując, że księżna tak się energicznie znalazła.
Panna Aniela wybiegła naprzeciwko niego, poruszona i przelękła. Tołłoczko widząc ją we łzach zaklął się, że chybaby mu życie odjęto, inaczej nie wyrzecze się nigdy w świecie tej, którą już uważał za przyrzeczoną i jakby poślubioną.
- Niech panna Aniela rozkazuje, co mam czynić; gotówem na wszystko, a najpierwej jechać, szukać tego Bujwida i raczej mu życie wziąć, niż odstąpić bohdanki.
Chciał go zaraz wyzwać na rękę, w szable, na pistolety, jak zechce.
Panna Aniela zlękła się krwi przelewu, płakała.
Tołłoczko w gorączce po korytarzach biegał, rzucał się, odgrażał i naprawdę myślał o rozprawie z rywalem. Ledwie go księżna zawoławszy umitygowała. Od księżnej poszedł do hetmana, gdzie się napił, nie wiedząc o tym co robi, tak był wielkiego animuszu tego wieczora.
Poszli spać nade dniem. Rotmistrz pacierz ledwie zmówił, ciągle sumując o tym, co tu robić, zawziął się i nie kładąc się spać pobiegł zbudzić przyjaciela Rybińskiego, który był pod nim chorążym, aby z nim jechać, szukać Bujwida. Nie było nic łatwiejszego, jak go znaleźć, bo się nigdy do kąta nie chował. Rybiński, rębacz sławny, nie mógł odmówić przyjacielowi, odział się natychmiast, do węgierskiego swego wozu kazał zaprzęgać i ruszyli. A że na wsiadanym, po wczorajszym chmielu wódką się gdańską trzeźwili, nie odjechawszy za wrota pospali się oba. Gdy Tołłoczko obudził się wreszcie, musiał sobie chwilę dobrą oczy przecierać, rozpamiętywać, nim przypomniał, po co jedzie i gdzie jest.
W karczmie na granicy, o pół mili od dworu Bujwida, Tołłoczko czekać miał, a Rybiński pojechał wyzywać. Ale jak pojechał, tak w wodę wpadł, nie było go do wieczora, nie powrócił w nocy, aż z rana rotmistrz musiał posłać wyrostka na zwiady.
W godzin parę wrócił on ze smutną nowiną, że Rybiński jadąc wczora wieczorem, gdy się konie na mostku spłoszyły, z bryczką i z nimi spadł do rzeczki i potłuczony strasznie, ze złamaną nogą leżał u Bujwida we dworze.
Rotmistrzowi zamąciło się w głowie, co tu robić? Nie mógł się cofnąć, ani odkładać, musiał w sąsiedztwie szukać, kto by mu zastąpił Rybińskiego. Przeszedł cały dzień na tym poszukiwaniu po nieznanej okolicy, aż znalazł się stary towarzysz broni. Był on niegdyś rotmistrzem w kawalerii, guzów i blizn miał dużo, opowiadał o sobie dzieje osobliwe, ale już teraz ręka mu się trzęsła i szablą nie władał. Za to swadę miał osobliwą i gębę wyparzoną.
Po wszystkich tych przejściach, następnego dopiero dnia Bujwid wyzwany, nie wymawiając się rzekł:
- Służę!
W Tołłoczce krew kipiała, gdy go zobaczył na placu przed sobą. Bujwid był spokojniuteńki. Pojedynek nie konno z pistoletami, jak naówczas się często trafiało, ale umówiony był na szable. Trwał on nadzwyczaj długo, gdyż oba byli prawie równych sił, na koniec tak się złożyło, iż rotmistrz w ramię głęboko ciął Bujwida, a ten mu dwa palce u ręki oderżnął jak brzytwą.
Zakrzyczano: dosyć!
Tołłoczko się domagał słowa, że mu Bujwid w drogę wchodzić nie będzie, ten nawzajem żądał, aby mu rotmistrz nie przeszkadzał.
Bić się natychmiast dalej nie było sposobu, nahałasowawszy rozeszli się, nie sprawiwszy nic. Tołłoczko musiał zaraz do cyrulika spieszyć, aby mu rękę obwiązał, bo na palce rady nie było. Me żałowałby ich, gdyby spotkanie korzyść jaką przyniosło, a tu rotmistrz przekonał się tylko, że z Bujwidem nierychło koniec być może, zaś zgoda nigdy. Straszliwie przybity ewentem tym, już nawet do Wysokiego nie wracając, pojechał do doktora do Brześcia.
W Wysokiem pod bronią czekała pani hetmanowa strażnikowej albo od niej wiadomości, a panna Aniela modliła się.
- Dziej się wola Boża - mówiła. - Nie odstąpię rotmistrza... hetmanowa nam wiele obiecuje, Bujwid mnie przeciw mojej woli mieć nie będzie.
Rozniosła się zaraz wieść o tym, że Tołłoczko z Bujwidem
O pannę się porąbali i wielką obudziła ciekawość.
Bujwid z mocno rozpłatanym ramieniem, choć miał jechać do strażnikowej, nie mógł, bo dostał gorączki. Cyrulik noc
i dzień czuwał przy nim.
Nie było nawet komu dać znać Koiszewskiej, która się od sąsiadki dowiedziała, co się stało. Gniew ją opanował wielki z powodu tego szczególniej, że niepotrzebnie awantura ta na córkę jej oczy zwracała i języki. Nie było już nic do stracenia, więc strażnikowa, krótko pomyślawszy, pojechała sama do Bujwida.
Miało to wielkie znaczenie, a Koiszewskiej o to szło, żeby Bujwida sobie zachować. Zobowiązała go też do wielkiej wdzięczności i choć doktór wzbraniał, byłby się z łóżka zerwał przyjmować strażnikową, ale ona mu ruszać się nie pozwoliła. Przeciwko Tołłoczce niechęć i gniew Koiszewskiej doszły do najwyższego stopnia, a że gwałtowną była zawsze, nawet w mniejszej wagi sprawach, tu już miary nie miała.
Nie mniejszy żal i oburzenie opanowywały ją na wspomnienie księżnej, której przebaczyć nie mogła przywłaszczenia sobie jakiejś władzy nad córką i dziwnej zachcianki kierowania jej losem.
Nieszczęśliwa strażnikowa na przemiany przeklinała, łajała, płakała i odgrażała się. Wróciwszy z tej wycieczki do domu musiała się do łóżka położyć, bo choć jej zdrowie zawsze służyło, teraz tak była przeciągniętą niespokojnością zmęczona, iż nawet energią swą dźwignąć się nie mogła. Ani krople Hoffmana , ani inne medykamenta pokrzepiające nie pomogły jej nic, dopóki sama nad sobą pracować nie zaczęła, aby męstwem pokonać przeciwność.
- Córki mi przecie gwałtem odebrać nie mogą, a ja Tołłoczce jej nie dam, choćby konał! - wołała po kilku dniach, wstając znękana strażnikowa. W tym usposobieniu znalazł ją gość wcale niespodziewany- Tołłoczko.
Jak on do tego doszedł, aby uznać potrzebę osobistego widzenia się i rozmówienia z panią Koiszewską, wytłumaczyć nam trudno. Namiętności mają swą logikę odrębną.
W istocie nie było może ani potrzeby swoją obecnością drażnić pani strażnikowej, ani się mógł najmniejszej z tego spodziewać korzyści, ale znajdował się w takim stanie ducha, który przekłada najgorszą ostateczność niż niepewność.
Koiszewską pożegnawszy się i zmówiwszy „Pod Twoją obronę" wyszła do niego blada, ale wielce poważna i dumna.
Tołłoczko chciał rozpocząć od obszernego wykładu sprawy swojej, dla której chodził jeszcze z ręką ogromną chustą oplątaną. Zaczynał już ab ovo, ale strażnikowa mówić mu nie dała.
- Co pana tu sprowadza? - zapytała.
- Chciałem pani strażnikowej dobrodziejce wyznać uczucia, które mnie do panny Anieli wiążą i...
- Odwiążże się waćpan od niej i ode mnie - odparła gospodyni. - Ja mojej córki za waćpana nie wydam... i otwarcie mu to mówię, abyś darmo nie bałamucił jej, a mnie nie męczył.
- Sercu nakazać nie można - rzekł rotmistrz.
- Nie takimi drogami zdobywa się serce - przerwała Koiszewska - nie przez protekcję magnatów, nie przez fałszywe wieści i kłamstwa.
- Pani dobrodziejko! - zawołał Tołłoczko.
- Zataiłeś waćpan, że masz syna z pierwszego małżeństwa, abyś się nie wydał z tym, że nie masz nic, a długów po uszy - mówiła strażnikowa. - Opresją chcesz wymóc na mnie, czego z dobrej woli mieć nie możesz. Ale ja należę do tych, którzy sobie gwałtu czynić nie dają. Mnie ani hetman, ani hetmanowa nie nabawią strachu. Wydam córkę, za kogo zechcę, i zaręczam, że nie za waćpana. Bywaj waćpan zdrów.
Chciał odpowiedzieć zmieszany tym przywitaniem rotmistrz, ale strażnikowa, słuchać go nie myśląc odwróciła się, wyszła i drzwi za sobą zatrzasnęła. Nie miał już tu co robić nieszczęśliwy i czapkę pod bok wziąwszy, wyniósł się.
Nie było się czym chwalić, przyjechawszy więc do Wysokiego zmilczał i ani o bytności swej u Koiszewskiej, ani
o tym, co od niej posłyszał, nie mówił nikomu.
Księżna tymczasem przy swoim stała z równym oporem, choć z mniejszym prawem niż matka. Aniela też trwała w swym postanowieniu. Hetmanowa, która ją lepiej poznała teraz, wiedziała czym przynęcić i obietnic świetnych nie skąpiła.
Drugi list, wzywający pannę Anielę do powrotu do domu, wysłała Koiszewska wieczorem, tego dnia, gdy ją odwiedził Tołłoczko. Napisany był zimno, ostro, tonem obrażonej matki
i nakazywał jej natychmiast powracać, jeżeli nie chciała, aby się jej wyrzekła.
Podobneż wezwanie do księżnej, aby pannę Anielę odesłała, w bardzo krótkich wyrazach, oddano do rąk własnych hetmanowej. Z księżną Sapieżyną jedynym sposobem, aby nic nie otrzymać, było chcieć co na niej wymóc siłą, aby się potem chlubić, iż ona ulec musiała. Jak skoro tak nalegano o wydanie córki, postanowiła ją bronić i zatrzymać.
Anieli kazano natychmiast pójść do łóżka i nie wstawać, a księżna odpowiedziała zimno pani Koiszewskiej, że córce jej doktór nie pozwala wstać ani się z miejsca poruszyć, więc księżna dbając o jej zdrowie nie może dozwolić na to, aby się narażała na niebezpieczeństwo. Troskliwość o pannę Anielę w liście księżnej tak wyglądała, jak by była wyrzutem, iż rodzona matka o nią nie dbała.
Między hetmanową a strażnikową przychodziło tedy do walki i zdawało się, że pierwsza zwyciężyć musi. Koiszewska miała za sobą prawa matki, charakter śmiały i energiczny, ale księżna Sapieżyna przebiegłość, wszystkie środki ludzi bardzo możnych, rozgałęzione stosunki, w potrzebie i protekcją króla. Im to drożej kosztować miało, tym mocniej stała przy tym, że Anielę wyda za swojego Tołłoczkę.
A że ze strony strażnikowej mogły być wszelkie środki użyte, nawet podstęp i przemoc, w Wysokiem z rozkazu pani hetmanowej obmyślano ostrożność, nadzór, czuwanie na korytarzach itp. Tymczasem jednak strażnikowa nie uczyniła żadnego kroku, musiała się namyślać. W pisma się wdawać nie chciała, posłała po Szklarską, zapraszając ją, aby chorą odwiedziła.
Stara panna nadbiegła natychmiast, uprosiwszy konie u pana strażnika koronnego. Wiedziała już mniej więcej o wszystkim i oburzała ją ta prepotencja kobiety, która cudzym dzieckiem dla swojej fantazji lub interesów rozporządzać chciała.
Koiszewska przywitała ją w progu.
- Szklarsiu, moja droga, wzywam cię na pomoc. Anielę mi hetmanowa skonfiskowała. Pisałam dwa listy nadaremnie, jedź, przekonaj się, czy prawda, że chora, a Anieli powiedz, jeśli nie chce, abym się jej wyrzekła jako córki wyrodnej, niech powraca.
- Słuchajże, strażnikowo - odparła Szklarska - pojadę, ty wiesz, że ja się nikogo nie ulęknę, ale daj mi słowo, że jej ty gwałtu nie zadasz i nie zmusisz iść za Bujwida. Ona go nie chce. - Ale ja go chcę! - zawołała strażnikowa - na tym dosyć.
- Nie pojadę - skonkludowała Szklarska.
Zaczęły się z sobą niemal już kłócić, gdy Koiszewska w końcu oświadczyła, iż za Bujwida nigdy przymuszać nie będzie, ale za Tołłoczkę nigdy nie pozwoli.
- Jedź mi ją przywieź -' rzekła - głupia jest. Ja ją kocham, chcę jej szczęścia... ona woli obcych słuchać, co nią frymarczą, niż matki, która ją ma jednę i dla niej tylko żyje.
Szklarska, zaledwie spocząwszy chwilę, pognała do Wysokiego. Śmiała i rezolutna, nie myśląc się księżnie oznajmywać, wprost się udała do panny Anieli, która z pokoju swego nie wychodziła, ale chorą nie była.
Nie wpuszczono posła tego i dano znać do hetmanowej, która Szklarską kazała prosić do siebie. Mówiliśmy już, jak się ona ubierała ze staroświecka i cudacznie. Jadąc do Wysokiego, w ostatniej karczemce na drodze wystroiła się tak śmiesznie, że wyglądała jak straszydło na wróble. W tym stroju stanęła przed hetmanową, która się liczyła do największych elegantek współczesnych. Ta mało śmiechem na jej widok nie parsknęła. Chciała zaimponować przybyłej, ale Szklarska nikomu nie pozwalała sobie uchybić.
- Przyjechałam tu z mandatem od pani strażnikowej trockiej, aby zabrać jej córkę - rzekła.
- Panna Aniela jest chora - odparła hetmanowa - Müller jej jechać nie pozwala. Pani strażnikowa jest niewdzięczną, mogę powiedzieć, zajęłam się losem jej córki, którą pokochałam... i muszę za to znosić nieprzyjemności.
- Pani strażnikowa bardzo księżnie pani jest wdzięczną, umie łaskę jej ocenić, ale chce sama nad swym dzieckiem czuwać.
Hetmanowa usta zagryzła. - Nie puszczę panny Anieli, chybaby ona sama tego zażądała - rzekła po namyśle. - Możesz się pani widzieć z nią i przekonać, że ja jej gwałtu nie zadaję, owszem od niego bronię. - Na tym księżna Sapieżyna skończyła, dumnie odprawiwszy Szklarską, która też nie zmięszana pożegnała ją, ledwie głową skinąwszy.
W chwilę potem zaproszono przybyłego posła do panny Anieli. Tu już było wszystko przygotowanym na przyjęcie. Okna zapuszczono firankami, przy łóżeczku poustawiano flaszki od lekarstw, Aniela na pół ubrana leżała sparta na poduszkach.
Zostawiono je same, ale Aniela wiedziała, że księżna nieochybnie będzie podsłuchiwała. Szklarska wpadła ze zwykłą swą gwałtownością i uściskawszy strażnikównę z góry wpadła na nią.
- Jak ty możesz rodzonej matce odmawiać posłuszeństwa? - krzyknęła. - Strażnikowa chora, narzeka na ciebie. Jedź, zmiłuj się, ja przybyłam po ciebie, gotowam czekać do jutra. - Ale i ja jestem chora! - odparła Aniela. Szklarska śmiechem parsknęła.
- Chora jesteś na upór, Anielko - zawołała. - Tołłoczko i ta twoja protektorka księżna okłamują cię, obiecują góry złote, a to wprost rachuba na twój posag. To hołysz ten Tołłoczko, w długach po uszy. Księżną nie chce mu nic dać z kieszeni, płaci z cudzej, nie wiem za jakie posługi. Ja ci przywożę od matki zapewnienie, że Bujwida ci nie narzuci, ale musisz powrócić.
Milczała panna Aniela.
- Zlituj się, moja Anielko, nie rób tego, co cię w oczach ludzi potępi. Matka ma swe prawa! Co ci ten Tołłoczko tak bardzo miły. To człowiek już niemłody, majątku nie ma.
Wtem Aniela przerwała gwałtownie.
- Wiem, wiem, że na niego potwarze rzucają, ale ja im nie wierzę... darmo mi ich nie powtarzaj. Dałam mu słowo i dotrzymam.
Szklarska ręce załamała.
- Bój się Boga, ależ to bunt!
- Matka mnie nie dla mojego szczęścia chce dać za Bujwida, ale dlatego, że on się jej podobał. Ja go nie cierpię..
- Ja się też w nim nie kocham, wierz mi - zawołała Szklarska - parobek jest i tyle. Nie sądź jednak, aby matka się upierała, mam jej najuroczystsze zapewnienie, że zmuszać nie będzie. Nie chcesz go, nie wyda cię za niego.
- Moja Szklarsiu - słodko, zmieniając ton, poczęła prawie błagająco strażnikówna. - Kochałaś mnie, miałaś litość nade mną, nie przyprowadzaj mnie do rozpaczy. - Ja tylko z Tołłoczką mogę być szczęśliwą. Każdy ma swoje upodobania i gusta... ja potrzebuję żyć na świecie, na wielkim świecie. Śmiej się ze mnie, ale wolę nie żyć, jak gnić na wsi. Tołłoczko, to rzecz umówiona, poprzysiężona - da mi karetę, konie, służbę, dom otworzy. Wymówiłam to sobie u niego... On mi będzie posłuszny.
Poczęła się śmiać Szklarska. - Oni wszyscy bo są przed ślubem posłuszni, a po ślubie zobaczysz, w co się to obróci. Jemu na to nie starczy.
- Dostanie starostwo - przerwała Aniela.
- A! moja pani starościanko - ciągnęła dalej Szklarska - pozwól sobie powiedzieć, że dzieckiem jesteś.
Zasiadłszy przy łóżku stara panna zajęła się przekonywaniem Anieli, namawianiem jej, lecz znalazła opór tak niepokonany, iż oprócz łez nic z niej nie wycisnęła. Wieczór nadszedł, musiała Szklarska nocować. Z gniewu tylko wieczerzy księżnej jeść nie chciała, i kontentowała się z kieszeni dobytym suchym chleba kawałkiem.
Nazajutrz powracała z niczym.
Daje to wyobrażenie o charakterze pani hetmanowej polnej litewskiej, że daleko i nieskończenie ważniejsze mając na swej głowie sprawy, panną strażnikówną i Tołłoczką tak się zajmowała gorąco, jak gdyby nic więcej do uczynienia nie miała. Podziwiać było potrzeba niezmordowaną pracę, zabiegi, intrygi, którymi jednych ku sobie ciągnęła, drugich starała się pozbyć.
Tołłoczko naturalnie służyć jej musiał do wszystkiego, rzucała nim, posyłała, wcale go nie oszczędzając, a że się jej zdawało, iż mu małżeństwo zapłaci to sowicie, nie miała nawet tej delikatności, ażeby narażając go na koszta znaczne, kiedykolwiek o tym dać wspomnieć. Rotmistrz musiał opędzać wydatki z własnej kieszeni, a były niemałe. Niejednemu podobne całą substancją zjadły.
Dnia jednego, prawie spocząć mu nie dając, księżna wysyłała go za swymi interesami. Tołłoczko musiał nie z potrzeby, ale dla okazałości, aby hetmanowi nie czynić wstydu, ludzi i koni z sobą ciągnąć gromady. Rzadki dzień, aby gdzie przyjmować, poić i karmić nie był zmuszony, a co się sam najadł goryczy, to się też nie liczyło. Słowem męczeński wiódł żywot. Długi rosnąć musiały i to już lichwiarskie.
Na posażek strażnikównej musiał rachować, aby je popłacić, bo na hetmanową rachować, ażeby ona go indemnizowała , ani było myśleć.
Hetmanowa naówczas właśnie snuła jedną z tych intryg, którymi wojewody wileńskiego znaczenie podkopać usiłowała, w miejsce jego podstawując hetmana Massalskiego. Powszechnym naówczas przekonaniem było, że Massalski ojciec i syn jego, biskup wileński, stali oba również przeciwko Radziwiłłowi, trzymając się księcia kanclerza Czartoryskiego.
Wtajemniczeni tylko, jak przebiegła księżna wiedzieli, iż hetman miał żal głęboki do kanclerza za to, że Ogińskiemu sprzyjał i do województwa wileńskiego go prowadził, że kanclerzowi mógł stanąć opornie... i do przejednania jako pośrednika bezpiecznie by go użyć można, a Radziwiłła zostawić na stronie.
Księżna chciała hetmanowi Massalskiemu dać rolę mediatora i pojednawcy ze dworem, Radziwiłła opuszczając. Wciągnięto w to i marszałka nadwornego Mniszcha i wiele innych osób, a że hetmanowa sama nie chciała być zbyt widoczna, więc w Wysokiem się nie zbierano, ale w Białymstoku. Potrzeba była ciągle tam posyłać, ciągle jeździć, a że Anieli porzucić nie chciała, bo się lękała, aby jej, pod niebytność wpadłszy, matka nie zabrała, woziła więc ją z sobą. W oczy to biło, że strażnikówna do Białegostoku bywała zawsze zdrowa, a w Wysokiem ciągle chorą.
Konieczność sprawienia bodaj naprzód zaręczyn, potem wesela lub od razu dania ślubu Tołłoczce stawała [się] niezbytą. Trzeba się było zapewnić, że znajdzie się duchowny, który bez pozwolenia matki pobłogosławi nowożeńców.
Tymczasem z ks. kanonikiem, proboszczem w Wysokiem, hetmanowa była w stosunkach bardzo nieprzyjaznych. Nawykła dysponować według swojej fantazji domownikami, których żeniła, rozporządzała nimi, nie pytając o nic, księżna po kilkakroć miała nieprzyjemne zajścia. Kanonik był surowy i w Kościoła tyczących się sprawach obstawał przy prawie, niczym się nie dając. Tołłoczko posłany, aby go wyrozumiał, znalazł wprost ślub bez matki i pozwolenia jej niemożliwym. Prosić i błagać ani było sposobu.
Sama hetmanowa już nawet o tym z nim mówić nie chciała. Lecz, na szczęście jej, ówczesne duchowieństwo, pod wpływem czasu, całe było na dwa wielkie obozy podzielone. Jedni widząc Kościół zagrożony prześladowaniem, w surowości szukali obrony i ściślej niż kiedy trzymali się nie tylko ducha prawa, ale litery i formy. Z tymi o żadnych ustępstwach być nie mogło mowy. Drudzy mieli to przekonanie, że Kościołowi tolerancją, wyrozumiałością, posuniętą do ostatecznych granic, zyszczą zwolenników. Ci lekceważyli prawa kościelne, kanony i nawet jawnogrzesznictwo tolerowali.
Ksiądz kanonik monstrualnym znajdował ślub bez matki, ale inny wolnomyślniejszy kapłan mógł go dać, nie oglądając się na formalności. Księżna tego drugiego łatwo znaleźć mogła. Był nim bawiący w Białymstoku ksiądz Francuz, kanonik de la Branche, który już po kilkakroć miał z nuncjaturą nieprzyjazne zajścia, ale mimo to śluby dawał po pięćdziesiąt czerwonych złotych, jak obarzanek za grosz. Kanonik Francuz tłumaczył, że wszystkie przepisy małżeństw się tyczące później zostały wymyślone i że parze, która pobłogosławioną być żądała, kapłan nie mógł odmówić błogosławieństwa.
W jednej ze swych wycieczek do Białegostoku księżna na pokojach spotkała się z kanonikiem, który był galantem wielkim i adoratorem wdzięków przywiędłych, ale nadzwyczaj starannie odświeżanych księżnej pani.
- Kanoniku - zawołała chwytając go po drodze - szukałam cię, tęskniłam za tobą, mam cię prosić o jednę łaskę.
- Mościa Księżno - wykrzyknął Francuz - dla mnie to łaską będzie, jeżeli mi sobie w czym usłużyć pozwolisz.
- Mam pod moją opieką dwoje ludzi, którzy się kochają - ciągnęła dalej - chcą się połączyć, chcą sobie miłość przysiąc, ale matka barbarzyńska staje im na przeszkodzie. Dasz im ślub. - Z największą przyjemnością, z rozkoszą - odparł Francuz - choćby mnie miał loci ordinarius wsadzić do domu demeritów na rekolekcje.
- Ale do tego nie przyjdzie, matka po ślubie da się przebłagać.
- Jestem na rozkazy W. Ks. Mości - dodał kanonik.
- Mam wasze słowo? - zapytała księżna z uśmiechem.
- Jak najuroczystsze - potwierdził kanonik. - Chrystus zabronił przysięgać nienawiści, ale miłości przysięgę utwierdzać zalecił. Mogę Wiedzieć kogo błogosławić będę?
- A! to są osoby do naszego należące dworu - odparła od niechcenia księżna. - Jeu obscur , hałasu z tego nie będzie wielkiego.
- Młodzi? - zapytał kanonik.
- Ona młoda, on człowiek dojrzały - mówiła hetmanowa.
Rozmowa po kilku jeszcze zamienionych z obu stron komplementach na tym się skończyła. Kanonik tylko zawarował sobie, aby jedna z osób, którym ślub miał dawać, zasiedziała parafię w Białymstoku. Hetmanowa więc, uspokojona, przy pierwszym widzeniu się z Tołłoczką umiała to, tak łatwo wyrobione przyrzeczenie, wystawić mu jako uzyskane z nadzwyczajną trudnością i zapewnić sobie za to niezmierną wdzięczność.
- Widzisz, rotmistrzu - dokończyła - że ja dla ciebie się sakryfikuję, że nie zapominam o tobie.
Było to doskonałym wstępem do nowych wymagań od Tołłoczki, który musiał za to pojechać szpiegować księcia wojewodę i dojść, kto mu radził i nim kierował. Postępowanie Radziwiłła, zdradzało głowę rozumną i człowieka wytrawnego, a hetmanowa nie miała wojewody za obdarzonego tymi przymiotami.
Im więcej skutkiem swego temperamentu nieunoszonego popełniał wybryków, tym Sapieżyna więcej się tym radowała. Starała się też męża od niego trzymać z daleka, bo wiedziała, iż pojednanie jej interesom byłoby szkodliwe.
Zamiast w Wysokiem, zbierano się teraz na narady w Białymstoku. Było to ze wszech miar dogodniejsze i mniej kosztowne. .'
Panna Aniela, od matki nie odbierając przez czas jakiś wiadomości ani przynagleń, łudziła się nadzieją, że przestała się opierać... i że ją łatwo przebłagać. Stało się to jednak wcale inaczej, niż ona sobie wyobrażała. Bujwid się wylizał ze swej rany dosyć prędko, tak że nawet już ręki na temblaku nie nosił, tylko mu jeszcze dolegała i ubierać się było trudno. Ale chłop był zdrów i silny, na ból nie zważał i tylko kontusz mógł wsadzić, pojechał do strażnikowej na zwiady.
Koiszewska przyjęła go radośnie, ale na zapytanie o córce odparła, że jej znać nie chce, że myśli adoptować małą Skrzyńskę, krewnę swą, a o niewdzięcznej zapomnieć.
- Strażnikowo, dobrodziejko, nie czyń tego, zlituj się. Ja mam w Bogu nadzieję, że wszystko się zmieni.
Panna Aniela z hetmanową raz w raz jeżdżą do Białegostoku i tam przesiadują, ja też u hetmana i generała Mokronowskiego mam zachowanie, pojadę i ja. Będę na złość ,Tołłoczce przysiadał się do panny... coś mi mówi, że ja sobie dam radę.
Koiszewska nie odciągała go od tego przedsięwzięcia, zostawiła mu swobodę postąpić, jak sobie życzył i Bujwid wystrojony po polsku, ale nadzwyczaj elegancko, zjawił się jednego dnia na pokojach, właśnie gdy wczoraj przybyła księżna Sapieżyna z Anielą występowały.
Przestraszyła się nieco panna, ale nie straciła całkiem odwagi i gdy starosta pogorzelski przystąpił do niej z komplementem, przywitała go z powagą.
- Bardzom szczęśliwy, że ja tu pannę strażnikównę spotykam - rzekł Bujwid - frasowałem się właśnie o to, gdzie mam jej szukać, aby przeprosić.
- Za co? - spytała zdumiona panna.
- Za to, żem obciął tak haniebnie bohdanka jej, bo to całemu światu wiadomo, że pani hetmanowa ją wydaje za Tołłoczkę. Jam temu nie winien, sam mi w oczy wlazł i guza szukał. On mnie też płatnął w ramię, że przez kilka tygodni cyrulika musiałem trzymać i plastrami się okładać. Ramię moje się zrosło, ale jemu palce żeby odrosnąć mogły, to wątpię. Mańkutem się musi uczynić, aby pannie służyć.
Panna Aniela słuchała ze spuszczonymi oczyma, Bujwid baraszkował, żartował i jak gdyby do niej żalu nie miał, nadskakującym był.
Przy pierwszej jednak sposobności, gdy pan starosta napomknął o małżeństwie, panna mu otwarcie oświadczyła, że ma niezmienne postanowienie oddać rękę Tołłoczce.
- Niech tylko pani stara się wprzódy z matką pojednać, bo mocno obrażona i dotknięta, głosi, iż małą Skrzyńskę chce adoptować i jej oddać wszystko, a stracić tak marnie piękną substancję niemiło będzie pani, a jeszcze więcej da się czuć rotmistrzowi, bo on nie ma zanadto.
Wiadomość o tym strwożyła nieco pannę Anielę i nie miała nic pilniejszego nad wyspowiadanie się z niej natychmiast hetmanowej.
Tę już nieustanne zajmowanie się Anielą nudziło, odprawiła ją dosyć kwaśno tym, że niedorzecznych plotek słucha i że nawet pewnie tego Koiszewska uczynić [by] nie mogła.
Chociaż zapewniła o tym Anielę, sama jednak hetmanowa pewną nie była, czy ta pogróżka się spełnić może lub nie. Tego dnia zaraz wzięła na bok jednego z prawników, na których naówczas ani w Białymstoku, ani nigdzie nie zbywało i przełożyła mu wypadek.
Jurysta głową potrząsł.
- Może to być i może nie być, bo mościa księżno dobrodziejko est modus in rebus, ale niech z piekła nie wylezie, kto taką myśl poddaje. Jeżeli prawnie by się to nie dało zrobić, ma tysiące sposobów matka córkę wydziedziczyć. Kłopotliwa to rzecz i lepiej zgody szukać, niż takiej ostateczności dopuszczać.
Odpowiedź utkwiła w głowie księżnej. Bujwid dwa dni przebywszy na białostockim dworze wyjechał i jakby grali z sobą w mienianego z Tołłoczką, rotmistrz nadciągnął nazajutrz z Nieświeża, przywożąc raport dosyć hetmanowej przyjemny. Wysłuchawszy go Sapieżyna westchnęła.
- Boli mnie, że ja ci się nie mogę wywdzięczyć równie dobrą wiadomością - rzekła. - Być może, iż Bujwid kłamie, ale oznajmił Anieli, że matka jej rozgniewana na nią, myśl powzięła adoptować małą jakąś Skrzyńską, a ją wydziedziczyć. O pieniądze ci nie chodzi pewnie - dodała - ale smutna rzecz pannę brać młodszą, potrzebującą wiele, a po niej nic.
Rotmistrz zająknął się, chciał coś mówić, w ustach mu zaschło. Pot zimny wystąpił na czoło.
- To pewna - począł - to pewna, że ja tam o pieniądze tak bardzo nie stoję, Mościa Księżno, ale powietrzem człowiek nie żyje... smutna rzecz stracić taką fortunę.
- Ha! Masz się jeszcze czas namyślić - dodała księżna - możesz się cofnąć.
Rotmistrzowi serce się w piersiach śeisnęło, gdyby mógł, zapłakałby.
- Ostatnia nadzieja szczęścia w życiu - mówił w duchu - mamże się ja jej wyrzekać dla marnego grosza! Nigdy w świecie... Chybaby mnie sama panna odpędziła, ale ona tego nie uczyni. Szczęście do nas zawitać może. Matka nie będzie tak okrutną.
Witając potem panną Anielę, bardzo wesołego przybrał postawę. Ona, niespokojna, zaledwie słów kilka z nim zamieniwszy zapytała go, czy wie, z jaką wiadomością tu Bujwid przyjechał. Tołłoczko oświadczył, że nie wiedział o niczym. Opowiedziała mu panna Aniela, co przywiózł. Rotmistrz, słuchając głową potrząsł.
- Jakże to panna strażnikówna nie zmiarkowała, że jego tu wysłano umyślnie z postrachem, bo to nic innego nie jest, jak straszenie panny Anieli i mnie. Co się mnie tknie, ja sobie z tego nie czynię nic. Zechce pani strażnikowa wydziedziczyć, wola jej, ja na posag i pieniądze nie polowałem, a da Bóg żyć, znajdziemy się czym sustentować i bez posagu. Mogłaby panna Aniela i jednej koszuli nie mieć, zawsze bóstwem dla mnie będzie.
Oświadczenie to wywołało z powodu koszuli rumieniec na twarzy panny, którą Tołłoczko w rumianą (bo niezbyt białą) rączkę pulchną, z paluszkami krótkimi pocałował, dodając:
- Jawna rzecz, że to nowy sposób rozerwania tego związku, który jest życia mojego jedynym celem. Niech panna Aniela będzie spokojną. To są strachy na Lachy.
Tołłoczko tymczasem jakiś czas wypoczywał w Białymstoku, zarówno z innymi ciągle starając się między panią hetmanową Branicką a panem hetmanem tak ekwilibrować, iżby się każdemu z małżonków zdawać mogło, że jemu jest oddany.
Wszyscy przyjaciele domu, to jest wybornego i wesołego życia w rezydencji hetmana, doskonale wiedzieli, jaki jest stosunek :dwojga państwa, żyjących z sobą, obok siebie, ale jakby się wcale nie znali.
Hetman z francuską grzecznością przychodził oddać żonie dzień dobry i zapytać, jak spała i dowiedzieć się o jej rozkazy. Dzień potem za wspólną zgodą schodził w Białymstoku, w Choroszczy, na wycieczkach, a hetmana i samą panią otaczali przyjaciele, rozdzieleni na dwa obozy, choć na pozór jeden stanowiący.
Hetman wśród dnia zbliżał się rzadko do żony, ona do niego nigdy. Pośrednikiem, który w razie potrzeby służył mężowi i żonie był generał Mokronowski, o którym wiedziano, że się kochał w hetmanowej i domyślano, że pozyskał też jej serce. Nie było to tajemnicą dla hetmana, ale nie chciał tego widzieć. Mokronowski był mu potrzebnym. Ona dla generała była na pozór zimną, surową, obojętną, co go bynajmniej nie zrażało.
Mokronowski dowcipny, wesół, uprzejmy, był raczej typem Francuza, niż Polaka. Można go było postawić na wzór dyskrecji, taktu, delikatności. W sprawach politycznych bardzo zręczny, wielkiej do nich pasji nie zdradzał, lecz hetmanowi służyć musiał. Nie okazując tego, Mokronowski w Białymstoku był jednym z najczynniejszych, najwięcej ważących ludzi. Począwszy od najmniejszych spraw aż do najważniejszych, nie omijały go żadne i przeciw jego woli rzadko się dokonać mogło.
Hetman apatyczny, dumny, wyżyty, bez niego by był żyć nie mógł. Zazdrość wydawała mu się śmieszną, a byłaby za późną.
Sapieżyna, która umiała i starała się wszystko zużytkować dla siebie, była z Mokronowskim bardzo dobrze, a generał, jako galant okazywał jej nadzwyczajną grzeczność. On to miał wyrobić, ażeby w Białymstoku mogło się odbyć wesele panny strażnikównej.
Pani. Branicka znudzona, na wszystko co rozrywkę obiecywało chętnie się zgadzała. Dla księżnej miała usposobienie tym przyjaźniejsze, że stolnik, ukochany jej brat, nią się zajmował, a ona nie taiła się ze słabością dla niego.
Wolała też ją jako kochankę brata niż rywalkę jej, wojewodzicową mścisławską, która była z domu Branicką, ale z rodziny zupełnie obcej starożytnemu rodowi, którego hetman był ostatnim potomkiem.
Ta jednostajność imion, tak nierównego znaczenia w Rzeczypospolitej, panią hetmanową drażniła.
W kółku poufnym mówiono już o weselu, które zaimprowizować miano. Hetmanowa litewska chciała je przyspieszyć, Tołłoczko był w gotowości, ale pannie Anieli bez wyprawy, bez tego, co pozostawiła w domu, smutno było z parą sukienek skromnych iść do ołtarza. Chciała przez Szklarską chociaż gotową swą wyprawę otrzymać.
Z tą troską panna Aniela znowu po kilkudniowym pobycie w Białymstoku wracała do Wysokiego. Księżna Sapieżyna, przez całą drogę mając Anielę z sobą rozmawiała z nią i przekonać się mogła, że dziewczę roiło tylko o życiu na wielkim świecie z Tołłoczką, bo przez matkę nie spodziewała się nigdy wydobyć z cichego zakątka, w którym jej miłości własnej było za ciasno.
Księżna wiedziała bardzo dobrze, że rotmistrz tych pragnień wygórowanych nie był w możności zaspokoić, ale dla niej to była rzecz obojętna. Natomiast postawienie na swoim, zwycięstwo odniesione nad matką, bardzo jej pochlebiało. Miała despotyzm w charakterze.
Na ostatek Tołłoczko, w kłopotach, zadłużony, stawał się jeszcze zależniejszym od hetmana i od niej, a ona go ciągle potrzebowała. Był wtajemniczony we wszystkie jej intrygi, a co mu nakazywała, ślepo spełniał. Małżeństwo to więc przyprowadzić do skutku, było zawyrokowanym.
W Wysokiem zastała hetmanowa mecenasa Pląskowskiego, który miał sobie powierzone interesa księcia na Litwie. Prawdę rzekłszy był to więcej daleko sługa jej niż męża, bo tak interesami kierował, by zawsze się spełniała wola księżnej i temu był winien, że od lat dziesiątka pozostawał na miejscu, dostając co roku gratyfikację.
Zobaczywszy go, przypomniała sobie zaraz wydziedziczenie Anieli, którym ją straszono.
- A! mój mecenasie - zawołała - rada ci jestem niewymownie, bo tobie jednemu wierzę. Ty mi powiesz czy to może być, aby matka córkę wydziedziczyła i jej się wyrzekła? Mecenas prosił o szczegóły, które księżna w krótkich słowach zawarła.
- Mościa księżno - odparł Pląskowski - nim na to pytanie będę mógł odpowiedzieć kategorycznie, proszę mi pozwolić sprawdzić okoliczność jednę. Oto przypominam sobie, że byłem na pogrzebie śp. strażnika i tam rozmowa się toczyła o jego spadku. Zdaje mi się, że nie cały majątek należy do żony, że on też coś zostawił, a to co po nim zostało, tego nikt w świecie pannie Anieli odebrać nie może.
Hetmanowa się uradowała bardzo.
- Nie jestem tego pewnym - rzekł Pląskowski - ale jutro i tak do akt jechać musiałem, zrobię kwerendę .
Nazajutrz w istocie mecenas pojechał, a hetmanowa pannie nic nie powiedziała. Trzy dni zabawiwszy, gdy powrócił i wszedł na pokoje, podbiegła do niego hetmanowa.
- A cóż? a co? - Nie omyliłem się - rzekł mecenas - połowa majątku należy do nieboszczyka męża, a na tej dożywocie tylko ma strażnikowa.
- Pewnym jesteś tego? - zapytała Sapieżyna. Pląskowski dobył notatki, na której stały daty zapisów,
nie ulegało to wątpliwości.
Z wielką potem radością, rozpromieniona kazała do siebie przywołać pannę Anielę.
Życie w Wysokiem od chwili, gdy się rozpoczęły intrygi z Tołłoczką, było nudami lub męczarnią. Chodziła z myślami swymi nie mając ich zwierzyć komu, nierada z siebie, kwaśna. Rozrywką jej jedyną były książki, francuskie romanse, które zamiast ją pocieszać, zdawały się wyrzucać, iż próżności i dumie życie oddawała, a sercem nie żyła wcale. Lecz mogłaż pokochać Tołłoczkę, Bujwida lub kogokolwiek z tych ludzi, którzy się jej nastręczali? Jedyny, jeden powierzchownością swą ją złudził, a i ten był, niestety, tancmistrzem! Los spikał się na nią.
Weszła do salonu tak blada i smutna, że księżna, zamiast się jej ulitować, do najwyższego stopnia tym wyrzutem została dotknięta.
- A! moja panno Anielo - zawołała - nie czyńże się tak nieszczęśliwą! Patrząc na ciebie można by sądzić, że ja jestem tyranem i że wam bardzo źle u mnie.
- Niech księżna wierzy - odparła strażnikówna - że ja łaskę jej dla mnie ocenić umiem, ale tak jestem nieszczęśliwą.
Sapieżyna ruszyła ramionami.
- A ja waćpannie dobrą wiadomość zwiastuję - uśmiechając się dodała opiekunka. - Matka waćpannie grozi, że ją wydziedziczy, otóż choćby chciała, uczynić tego nie może, bo połowa majątku należy do nieboszczyka ojca jej i na niej matka ma tylko dożywocie.
Aniela rumieniąc się pocałowała ją w rękę, ale zabolało ją to, że matce zarzut taki czyniono, że się musiała niemal wstydzić za nią. Napisała zaraz tegoż dnia do Szklarskiej, że ją zaklina, aby się widzieć mogła. Na list ten długo musiała czekać odpowiedzi i nie przyszła ona wcale, ale powołana przyjaciółka przybyła sama.
Nie czyniono jej trudności z wpuszczeniem do Anieli, która z rozdrażnienia nerwowego powitała ją łzami.
- Moja droga przyjaciółko - rzekła na wstępie. - Wiesz całą moją tę historię nieszczęśliwą. Matka mi zagroziła wydziedziczeniem. Rozeszło się to już po świecie. Nie powiem, ażeby miło mi było chodzić z tym piętnem złego dziecka na czole, jako odepchnięta przez własną matkę, ale nie mnie jedną z tej okazji srom spotyka. Ludzie się zaczęli grzebać w papierach i doszli, że matka nie ma do tego prawa, bo połowa majątku należy do ojca. Matce więc zarzucają, iż chce ludzi i swe dziecko zwodzić.
Szklarska się porwała z siedzenia. Zakryła sobie oczy.
- Daję ci słowo, że ja o tym nie wiedziałam - zawołała. - Serce matki dobrze ci życzy, pragnie twojego szczęścia, używa wszelkich środków, aby cię uratować od zguby. Tołłoczko jest stary, zadłużony i człek chytry, poluje na twój posag. Bujwida ci nie narzucają, zerwij z księżną i nim.
- Ja, byłabym najniewdzięczniejszą - krzyknęła Aniela. - Ja już nawykłam do innego towarzystwa, matka mnie zamknie, a potem wyda za jakiego hreczkosieja. A! nie! nie!
Zmienić jej postanowienia sposobu nie było. Szklarska więc przyrzekła jej tylko ostrzec matkę, aby się nie narażała na złe języki, głosząc to, czego nie mogła uczynić, ale stara panna zniecierpliwiona w końcu powiedziała prawdę Anieli, wyłajała ją i ledwie się dając przebłagać nieco, powróciła do strażnikowej.
Za nieboszczyka króla Augusta, zwanego przez Sasów mocnym, pomiędzy licznym dworem znajdował się mało komu znany, choć zaszczycony zaufaniem króla niejaki Reinold Steinheil, który przez czas dosyć długi do osoby króla samego był przywiązanym. Nie miał ani tytułu żadnego, ani ściśle oznaczonych funkcji, ale nawet najwyżej położeni w łasce pańskiej, w hierarchii, w zaufaniu monarchy, obawiali go się.
Steinheil miał zawsze wstęp wolny do króla. Powiadano, że w jakimś wypadku życie mu ocalił i że tym miłość i nieograniczoną ufność sobie pozyskał. Utrzymywali niektórzy, że czasem, gdy August sobie pozwalał nadto, Steinheil ośmielał się mu we cztery oczy wyrzuty czynić, i że widząc w końcu króla niepoprawnym, płochym i lekkomyślnym a okrutnym razem do starości, wyprosił sobie oddalenie zupełne od dworu, małą pensyjkę i obowiązek sine cura rezydenta saskiego w wolnym mieście Frankfurcie nad Menem.
Tu się w zacisze usunąwszy, Steinheil zabawiał się badaniami starożytności greckich i rzymskich jak student. Słynął też z biegłości i znawstwa w tym przedmiocie.
Król August, gdy go sumienie gryzło, gdy miał drażliwą jaką kwestię do rozstrzygnięcia, niekiedy wzywał rezydenta potajemnie do Drezna, zamykał się z nim godzinami, konferował i odpuszczał obdarzonego. Po śmierci króla Steinheil pozostał z nazwiskiem radcy tytularnego na swoim stanowisku we Frankfurcie.
August III, który pamięć ojca miał w najwyższym poszanowaniu i respekt dla ludzi, których on kochał, po śmierci jego wezwał do siebie Steinheila.
Radźca przybył, zabawił tu trzy dni i po kilku długich z królem rozmowach odjechał nazad do Frankfurtu. Przed siedmioletnią wojną parę razy go sprowadzano, ale Brühl się go obawiał i nie lubił. Skończyło się na tym, iż zupełnie został zapomniany.
Po powrocie króla do Drezna, w dni parę, w porze, o której król nie przyjmował nikogo, a w przedpokoju oprócz służby nikt się nie znajdował, znalazł się tu stary Steinheil.
Wpuszczać do króla kogokolwiek bądź bez pozwolenia Brühla, było to narazić się na zemstę jego. Powiedziano radźcy, ażeby się oznajmił Brühlowi. Stary się skrzywił i zasępił.
Stał tak naprzeciw drzwi, iż za otworzeniem ich August, zawsze na jednym miejscu siedzący z fajką, musiał go zobaczyć. Traf chciał, aby się drzwi otwarły, bo jeden ze sług wychodził.
Król spostrzegł Steinheila.
O mało nie krzyknął i porwał się z krzesła swego wołając, aby go wpuszczono. Wahali się lokaje, wiedząc co ich od ministra spotkać miało, ale król poczynał się niecierpliwić. Wpuszczono starego przyjaciela rodziny. Król się rozpłakał. Powitanie było bardzo serdeczne.
Brühl tego dnia - było to w jego przeznaczeniu - zasnął dłużej nieco, potem przeciągnął z jakiegoś powodu przyjście na zamek, tak że gdy przybył tu, nie zastał już króla Augusta. Służba zdumioną była tym, że tego dnia król się emancypował i okazywał swą wolę.
Ranek był bardzo piękny, powietrze czyste i łagodne. -August, który od przyjazdu z Warszawy chodził posępny i niespokojny, szukał widać sobie jakiegoś ratunku, pociechy, rozrywki. Steinheil nastręczył do tego zręczność.
Czy chciał N. Pan użyć świeżego powietrza, czy uciec od natrętów i sam na sam zostać ze sługą ojca, nikt nie odgadywał. Faktem było, że nikomu nie rozkazując sobie towarzyszyć, dwie lektyki dworskie zawołać kazał i siadłszy do jednej, w drugiej za sobą radźcę nieść polecił.
Niesiono ich wprost do bażantarni.
Przed tym pałacykiem, teraz pustym, około którego domki małe zajmowali w części oficjaliści, obie lektyki stanęły. Król, opierając się na lasce, wysiadł. Oczy miał nabrzmiałe, twarz zarumienioną do zbytku, oddychał ciężko.
- Patrzże mój Steinheil - odezwał się - jak tu dziwnie i nic się nie zmieniło i wszystko teraz jest inaczej. Próżno mi perswadują, ja się w Dreźnie nie czuję swobodnym panem. Co chwila się boję, aby mnie gruzy nie przysypały.
Steinheil słuchał z uwagą i poszanowaniem.
- N. Panie - rzekł - ja toż samo tu czuję.
- Poczciwy Brühl stara się mi wmówić, że ja z tej wojny wyszedłem jeszcze zwycięsko - po cichu, idąc z wolna począł mówić król. - Mnie tu nikt prawdy nie powie, chyba ty.
Oni mi mówią, że powinienem być szczęśliwym, ja się czuję upokorzonym i biednym.
Zdaje się, że zagadnięty tak rezydent znalazł się w bardzo przykrym położeniu. Dumał z głową spuszczoną, nie odpowiadając nic. Król zamilkł także, aż w końcu Steinheil rzekł:
- Prawdę mówić, N. Panie, często rzecz i niebezpieczna i mało pożyteczna. Człowiek lubi się łudzić, wielu tej gorzkiej medycyny nie znosi.
- Ja, ja - wyjąknął August - zdaje mi się...
- N. Panie - przerwał Steinheil - monarchowie w ogóle rzadko prawdę słyszą, a W. Kr. Mość nie stanowicie wyjątku.
- Ale Brühl mówi wszystko - zawołał król.
- Tak N. Panie, wszystko co znajduje właściwym, a co nie zaburza pokoju W. K. Mości.
- Co trzymasz o Brühlu? - wtrącił August - zdolności ogromne, miłość dla mnie niewzruszona.
Steinheil się uśmiechnął bardzo nieznacznie, lecz król, który niespokojnie badał go, dojrzał ten nienarodzony półuśmiech i zasępił się.
- Gdyby nie Rosja - rzekł - gdyby nie Moskwa, Brühl tak prowadził interesa moje, że bylibyśmy wszystko odzyskali. Ocalił wiele, honor mój cały. Saksonia odżyje... Polska wybierze po mnie jednego z synów... Alboż to nie świetny koniec takiej zajadłej wojny. Siedem lat wytrwać, alboż to nie bohaterstwo?
Za każdym frazesem król się zatrzymywał, spodziewając odpowiedzi. Steinheil patrzył w ziemię i milczał.
August łagodnie, jakby go chciał przebudzić z uśpienia, wziął za suknię i rękę położył na ramieniu.
- Mów, mów - odezwał się łagodnie. - Od mojego powrotu męczę się myślami. Cierpię... Brühl mnie pociesza... ale wewnątrz czuję, słyszę jakieś głosy.
Z wolna rezydent głowę podniósł, stara jego, jakby z pargaminu wykrojona twarz przybrała wyraz uroczysty, poważny.
- N. Panie - odparł. - Ci co mówią ci pochlebstwa, kłamią, a głos twój wewnętrzny prawdę ci mówi. Siedmioletnia wojna zadała ci cios śmiertelny. Prusy rozpoczęły te zdobycze, które się skończą ich panowaniem nad Niemcami całymi. Nie twoja jedna korona zachwiała się na skroni, cesarska także chwieje się i spaść rnoże.
August stał blady.
- Polska nie ucierpiała nic za mojego panowania, wojna jej nie tknęła - począł żywo - spodziewam się miłości od nich, rządziłem łagodnie, nie posadziłem nikogo na Königsteinie. Saksonia, boli mnie to, mówią, że wycieńczona, ale Brühl powiada, że ją zniszczył Szwed , a Prusacy już przyszli na wynędzniałą. Jednakże podatki płacą, pieniądze mamy, nie brakło ich nigdy, nigdy. Pytałem o to Brühla.
- N. Panie, jeżeli była czyja wina - rzekł Steinheil - to pewna, że nie twoja.
- Brühlowi winienem największą wdzięczność - mówił August - a za to, że się dla mnie poświęcił, ściga go nienawiść, obrzucają go potwarzami.
Rezydent zamilkł.
- Mówże - nalegał król.
- Nie będę kłamał - odparł Steinheil - ale po co wam, N. Panie, po czasie zgryzoty szukać? Brühl służył wam może dobrze, ale sobie lepiej jeszcze, uczynił was niewolnikiem, nie dopuścił ludzi ani prawdy do uszów waszych...
- Jak to? i ty go obwiniasz? - przerwał król przestraszony.
- Ja? nie, ale własne jego sprawy... - począł powoli Steinheil.
Na chwilę August zamilkł oniemiały. Podeszli kroków kilkanaście.
- Nie uwierzysz - zaczął król znowu, zmieniając ton - jak mi smutno teraz. W tym ogrodzie, za życia mego ojca, co to była za wesołość, jaki przepych, jakich tu miewaliśmy gości! A ja, ja nie mam już takiego myślistwa. Opera mi nie smakuje, trzeba ją odnowić. Nikt do mnie nie przyjeżdża, aby mi powinszować powrotu.
Nie Brühl temu winien, ale moje przeznaczenie. Gdyby nie Brühl, byłbym najnieszczęśliwszym z ludzi. Patrzże, z siedmioletniej wojny, która mogła pożreć wszystko i pochłonąć, wszystkie klejnoty ocalone. Galerię schował do Königsteinu i ona ocalała.
Bez niego czy ja bym dał radę sobie z burzliwymi Polakami. On dopiero ich okiełznać potrafił. Sam się zrobił Polakiem, aby tego dokonać. Wiesz ty o tym?
- Słyszałem, N. Panie - westchnął rezydent.
- Widzisz, ja jemu winienem wszystko.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, król się żywiej trochę poruszył.
- Przekonałem cię? - zapytał.
- Nie, N. Panie - rzekł Steinheil. - Z innym człowiekiem ty byś ucierpiał więcej, ale Saksonia by nie miała w sobie zarodu śmierci, zyskałbyś przynajmniej wieniec i palmę męczeńską.
Zachmurzył się król.
- Nie mogłem nic zrobić więcej - rzekł po namyśle. - Brühl nie winien nic.
I wśród milczenia, powtórzył kilka razy z niespokojnym naleganiem też słowa:
- Nic! nic! Rezydent głowę schylił.
- Ja ci tego nie mam za złe, że ty go nie oceniasz sprawiedliwie, ja jeden go znam. Wierz mi. Wiem, że ma nieprzyjaciół, ale heroicznie znosi pociski, które na niego miotają. Co za człowiek!
Steinheil nie odważył się już nic powiedzieć więcej. Król, jakby czuł potrzebę wywnętrzenia się, ciągnął dalej.
- Nie mogło być inaczej, a gdyby inaczej było, to nierównie chyba gorzej. Wystaw sobie, pałac mu zburzyli... te piękne sale, tę bibliotekę, te obrazy... czego nie pochował, to wszystko zniszczono... przez zemstę nad nim... bo on mnie ocalił! On!
- Ocalił! - wyrwało się Steinheilowi.
- Bez niego byłoby tysiąc razy gorzej - ciągnął dalej król. - Na zamku prawda, nie tknęli nic, tylko to archiwum.
- A! wiem o archiwum - zawołał rezydent - bom słysząc co zaszło z królową o mało nie umarł z bólu i wstydu.
August pobladł jak ściana.
- Archiwum i królowa? - zapytał - ale cóż wspólnego ma nieboszczka, święta pani, z archiwum?
- N. Pan nie wiesz?
- Ja? nie - odparł król.
- Aleś wiedzieć powinien - odezwał się Steinheil. - Królowa przeczuwała, że do archiwum, dostać się zechcą. Leżała chora, kazała się podnieść, prowadzić i wziąwszy klucze siadła we drzwiach archiwum, aby nie dopuścić łupieży.'
Blednął i czerwienił się król. Wargi mu drżały.
- Nie pomogło to nic - dokończył rezydent - kazano żołnierzom ująć królowę i opierającą się, krzyczącą, żołdacy gwałtem odnieśli, aby drzwi mogli wyłamać.
Słuchał król i łzy mu z oczów ciekły.
- Nie powiedzieli mi tego - szepnął. - Na jutro nakażę nabożeństwo uroczyste za jej duszę. Heroiną się stała... gdy ja... Ale cóż bym ja poradził tu, gdybym został? Czyżby oni mnie poszanowali? Biedny Brühl, ile go to kosztować musiało, przede mną to zataić, aby mnie goryczą nie napoić.
Zmęczony niedługą przechadzką August usiadł na ławce, sparł się na lasce i głęboko zamyślił. Stojący przed nim rezydent z politowaniem patrzył na niego, nie śmiejąc już się odezwać. Król jakby o nim zapomniał. Po długim przestanku podniósł głowę, potoczył wzrokiem dokoła.
- Wszystko tu posmutniało - rzekł. - Jeździłem do Hubertsburga, byłem w Moritzburgu, zwierzyny prawie nie ma, tak mi ją Prusacy wybili, ale Brühl mówi, że się rozmnoży rychło... Radziwiłł gotów mi przysłać ją z Litwy. Wiesz? On jeździł niedźwiedziami. Kazałem żubry tu przysłać, których nie ma w Europie, ja jeden ich mam... tym się król pruski nie pochlubi!
Wstał nagle.
Lektyki i ludzie mający je nieść, w kanarkowych frakach z granatowymi wyłogami, stali pokornie na stronie. Ruszyli się ku lektykom. Wtem powozu turkot się dał słyszeć. Karetka mała, parą koni pięknych zaprzężona, w złocistych szorach, biegła w tę stronę.
- To Brühl! - zawołał król uradowany i zwracając się do Steinheila szepnął: - Ja mu nic nie powiem!
Rezydent miał wielką ochotę oświadczyć, że tajemnicy z myśli swych nie czyni, ale nie miał już czasu na odpowiedź i król się oddalił, wyszedłszy naprzeciw ministra.
Na twarzy Brühla dziwnie się mięszały dwa sprzeczne wyrazy, wielkiej radości kłamanej i wielkiego niepokoju rzeczywistego.
Ucałował naprzód rękę królewską, a gdy August powiedział mu jedno słowo tylko - Steinheil! - rzucił się z przesadzoną czułością witać go i ściskać. Rezydent przyjął to z wielkim umiarkowaniem, można by powiedzieć, ze wstrętem.
- Wierny, stary sługa W. K. Mości - rzekł minister - ale ten ranek... był dla mnie niespodzianek pełen. W. K. Mość wyjechał nie o swej godzinie. Co powie doktór, który zalecił ostrożność taką? Przeraziłem się...
- Ja bo się zdrów czuję - rzekł August - ranek piękny, no i Steinheil mi się trafił.
- Gdzie? - zapytał Brühl.
- Zobaczyłem go przez drzwi otwarte i natychmiast przywołałem.
Podejrzliwie spoglądał Brühl na rezydenta, który milczał.
- Powróćmy na zamek - odezwał się August - jeżeli doktorowie nie pozwalają.
Uśmiechnął się Steinheilowi. - Niech cię niosą za mną, ja cię jeszcze chcę widzieć. - I skinął na niego tajemniczo, ale Brühl pochwycił to przelatujące skinienie. Steinheil wsiadł do lektyki spokojnie. Brühl do powozu swego. Konie musiały iść noga za nogą, bo króla nie chciał minister odstąpić ani na chwilę. Droga do zamku trwała dosyć długo. Zbliżając się ku niemu Brühl zatrzymał swój powóz, wysiadł i przystąpił do królewskiej lektyki. Tu pochylony, w postawie pokornej, bardzo długo z królem rozmawiał. Królewską lektykę wnoszono w bramę zamkową, gdy Brühl odstąpiwszy od niej, skierował się ku Steinheilowi.
Pomógł mu wysiąść z tego pudełka, w którym był zamknięty i przywitał nadzwyczaj miłym uśmiechem.
- Panie radco - odezwał się - nie wiem, czy król J. M. kazał wam się stawić zaraz na zamku, ale mnie dał polecenie powiedzieć wam, że się czuje trochę zmęczony i życzy, abyście poczekali, aż wezwać was każe.
- Byleby to niezbyt długo trwało, bo ja nie dworak, życzę sobie do Frankfurtu powrócić.
- Macie słuszność, Frankfurt jest jednym z najprzyjemniejszych miast niemieckich - mówił Brühl - pobyt w nim bardzo miły, woda bardzo zdrowa, klimat łagodniejszy niż u nas. Rozśmiał się w końcu. - I pieniędzy tam mają dużo... Żegnam was - dodał - dam znać, gdy król wezwać was raczy.
Rezydent nic nie odpowiedział i poszedł pieszo do gospody.
Niespokojny, rozdrażniony, Brühl rozpoczął na zamku od śledztwa, kto śmiał Steinheila wpuścić tak do przedpokoju, ażeby go N. Pan mógł spostrzec.
Jedni składali na drugich, Brühl. przypominał, że za tę zbrodnię dopuszczenia kogoś bez jego wiadomości, karą było wygnanie. Nastraszył wszystkich, ale nie wypędził nikogo.
Przygotował się do rozmowy z królem sam na sam. Skutkiem długiego obcowania z królem miał dar szczególny, zgadywał on co na wszelki wypadek król miał odpowiedzieć, a nawet co uczynić. Rachuba nigdy nie myliła. Grał tak na duszy jego, jak wirtuoz na znanym sobie muzycznym narzędziu. Łatwo mu więc było doprowadzić Augusta, gdzie chciał i potrzebował. Przed wejściem do gabinetu, w którym król przez znaczniejszą część dnia fajkę palił, Brühl się zatrzymał u progu, jakby program rozmowy układał.
Wszedł wesół i słodki, uśmiechnięty, dobroduszny, nade wszystko pokorny. August spoglądał na niego z czułością i myślał w duszy:
- I tego to człowieka obwiniać śmieją.
- A! uradowałem się też, zobaczywszy Steinheila - zawołał. - Tyle go czasu nie widziałem, a tak go szanuję... O, to mi człowiek!
Król słuchał widocznie uradowany.
- I ani dobija się wywyższeń, tytułów, majętności, on pragnie tylko służyć wiernie swemu panu! Nieoceniony człowiek!
Król coraz żywiej puszczał kłęby dymu, a fizjognomia jego potwierdzała.
- Takich ludzi mało - ciągnął dalej Brühl.
- Bardzo mało - potwierdził August. - Nieszczęście tylko, że Steinheila i jemu podobnych do niczego użyć nie można, choć oni by byli do wszystkiego zdatni.
Król zachęcał do mówienia, ale sam nie wtrącał nic.
- Nieoszacowani w zwykłych życia okolicznościach, wśród zawikłań politycznych głowy tracą.
Ze złymi, przewrotnymi ludźmi mając do czynienia, polityk musi odgadywać złe myśli i czasem, aby zapobiec nieszczęściu, sam się postawić w dwuznacznym położeniu.
Tego Steinheil, otwarty do zbytku, weredyk, apostoł prawdy, nie umiał nigdy. Najzacniejszy z ludzi, ale najmniej użyteczny.
We Frankfurcie na swoim miejscu, ale na dworze, w ministerium, którego byłby godnym, a ja bym go tak rad w nim widział, byłby szkodliwym nam i sobie! Jaka to szkoda! Ja go tak kocham...
- Poczciwy Brühl - odezwał się król rozczulony - ty masz rozum i baczność na wszystko. Brühl stał chwilę, wpatrując się w królewskie oblicze.
- Jak się W. Kr. Mość dzisiaj czuje? - zapytał.
- Nieźle - odparł August.
- Trzeba się oszczędzać - dołożył minister - a nade wszystko porządku życia nie zmieniać.
Ja się obawiam o tę ranną przejażdżkę do bażantarni i to jeszcze w towarzystwie tego najzacniejszego Steinheila, który ma dar karmienia i pojenia goryczą.
Król spojrzał zdumiony tym, że odgadnięto rozmowę.
- Dlatego - dodał minister - jeżelibyś W. Kr. Mość życzył sobie widzieć się z Steinheilem, jako antidotum mieć trzeba kogoś, co by był obdarzonym weselszym poglądem na rzeczy. Ale ja bym był tego zdania - dodał - abyś W. Kr. Mość nie zaraz przynajmniej kazał go zawołać. Ja sam tego doświadczam. Po każdej z nim rozmowie, wypoczynek pewien jest potrzebnym.
- Sądzisz? - spytał król. - W. Kr. Mość masz ślady znużenia na twarzy - dodał Brühl.
August spojrzał w zwierciadło. W istocie twarz miał nabrzękłą i jakby nalaną, powieki ciężkie, senne, zapadały mu na oczy, skóra fałdowała się około ust zaciśniętych.
- Przyznam ci się, że chciałem widzieć tego poczciwego Steinheila - rzekł cicho.
- Ale dlaczegoż nie, i owszem - przerwał minister - nie wiem tylko, jak W. Kr. Mość tym rozporządzisz. Mnie by pilno było bardzo posłać go do Frankfurtu, właśnie dla naradzenia się z rezydentem cesarskim co do... przyszłej sukcesji tronu. Nierad bym tego odkładać, Steinheil jest mi potrzebny, jemu jednemu to powierzyć mogę, bo jego jednego jestem pewnym. Więc chybabyś N. Pan za powrotem jego...
Król głową dał znak przyzwolenia.
- Pożegnajże go ode mnie - rzekł łagodnie. Brühl się skłonił. W godzin parę potem karetka jego stała przed Złotym Aniołem, w którym Steinheil zajmował małą izdebkę.
Na stoliku leżał otwarty Tacyt, który w drodze mu towarzyszył.
Steinheil stojąc czytał z niego coś, kończąc chleba kawałek, posmarowany ulubionym mu gęsim szmalcem. Wszedł Brühl i niezmiernie uprzejmie go powitał.
- Przychodzę od króla - rzekł. - N. Pan, który do waszych usług najwyższą przywiązuje wagę prosi cię, byś do Frankfurtu pośpieszył. Kazał mi wyrazić ubolewanie, że widzieć się na teraz nie będzie z wami, a tyle sobie z tego obiecywał rozkoszy. Ale król swoję rozkosz zawsze jest gotów dla dobra kraju złożyć w ofierze. Święty to monarcha.
Steinheil milczał, ocierał usta i patrzył na Brühla, jak się czasem spogląda na wyprawiających hecę. Minister mówił żywo.
- Zdaje mi się, żeście mi oświadczyli, że życzycie sobie powrócić do Frankfurtu.
- Jak najrychlej! - rzekł rezydent.
- Wracajcież, gdy i sprawy króla tego wymagają - dodał minister. - Nie omieszkam - zamknął lakonicznie Steinheil.
- Mam królowi co powiedzieć? - zapytał Brühl.
- Wyraźcie mu cały smutek mój, iż ręki jego ucałować nie mogę - rzekł Steinheil. - Jadę dziś jeszcze.
- Czynicie rozumnie, chwili dziś nie ma do stracenia - mówił Brühl. - Wojna jest skończona na pozór, myśmy ze wszystkich zasadzek wyszli zwycięsko, ale dlatego nieprzyjaciele nasi, pozorni zwycięzcy, wycieńczeni, osłabieni, na nowo kopać pod nami poczynają doły. Wy jesteście naszą przednią strażą.
Steinheil słuchał tylko. Brühl mający nadzieję dobyć coś z niego, przekonawszy się, że nie jest skłonny do zwierzeń, spojrzał na zegarek, podał mu rękę i pożegnał go.
Steinheil nie odprowadził go nawet do wschodów.
Na dole, przyparta do wrót stała niepozorna bardzo figurka, mężczyzna w kapelusiku wyszarzałym na peruczce rudej. Minister spojrzał na niego i dał mu znak. Mijając go, rzucił mu w ucho:
- Ani kroku stąd dopóki nie wyjedzie... i dać znać... Niepozorny człowieczek słuchał jednym uchem, drugim
chwytał, co się działo koło niego. Brühl zniknął, a on pozostał w miejscu jak przykuty. W izdebce zajętej przez Steinheila po odejściu ministra śmiech się rozległ szyderski. Rezydent złożył Tacyta i począł się ubierać na drogę.
Niepozorny ów stróż, który pozostał u wrót gospody, szukał sobie wygodnego miejsca, w którym by mógł, spoczywając, nie tracić z oczów ruchu, jaki panował pod Aniołem i tak dobrze zaszyć się umiał w kątku, iż nikt jego bytności nie dostrzegł.
Steinheil miał między Polakami i Niemcami przyjaciół. Gdy się dowiedziano o nim, poczęli go odwiedzać wszyscy. Posłał był już na pocztę po konie, gdy szambelan królewski Zabiełło zapukał i nie czekając odpowiedzi wszedł do niego.
- Kochany panie radco - odezwał się od proga - nie posądzaj mnie o natrętność, gdy cię nudzić przychodzę na wsiadanym. - A skądże wiecie, że mam wsiadać? - zapytał rezydent.
- Przypadkiem - odparł szambelan, oglądając się dokoła. - Nie przychodzę z własnej woli, ale jestem przysłany do was.
- Jeszcze od Brühla? - zapytał Steinheil.
- Ja od Brühla?! - ofuknął Zabiełło. - W wielkim sekrecie sam Król J. Mość do ciebie mnie posyła.
- W sekrecie przed Brühlem? - zapytał Steinheil.
- Zabiełło skłonił głową.
- Kazał mi przeprosić, że już cię widzieć nie może, czuje się chorym, a ty, biedny panie radco musisz, jak się zdaje, w pilnych sprawach do Frankfurtu powracać.
Śmiał się Steinheil.
- W istocie - rzekł - sprawa pilna... mówiono mi o wynalezieniu nieznacznego ułamku pism Cicerona, rozumiesz panie szambelanie, że potrzeba śpieszyć, aby się z tym poznać.
Zabiełło stał, patrząc mu w oczy.
- Biedny król - westchnął - otoczony jest taką troskliwą opieką, że ona równa się niewoli. Miałżebyś ty, panie rezydencie, podejrzanym być, żeś go z niej chciał wyzwolić.
- Nie wiem, ale dziś rano król mi dał posłuchanie bez wiedzy dyktatora i został za to ukarany. Schwytano nas na gorącym uczynku tajemnej narady w bażantarni!
- Jak to? Król śmiał? Bez zezwolenia?
- Bez wiedzy nawet - dokończył Steinheil. - Domyślałem się rozstając z nim, że mnie już tam więcej nie dopuszczą.
- Biedny nasz pan - rzekł Zabiełło. - Kazał mi wam wyrazić cały swój dla was szacunek i obiecuje wkrótce powołać do Drezna.
Rezydent zadumał się milczący.
- Znalazłem go strasznie zestarzałym i zmienionym - odezwał się po małej pauzie - a wy? - Niestety! - odparł Zabiełło - bogdajbym nie był prorokiem. Dni jego są policzone. Gryzie się i niepokoi, kłamie sam przed sobą, czepia się Brühla... w polowaniu i operze szuka pociechy, ale jej nigdzie znaleźć nie może. Widmo Fryderyka, którego ciężkie stopy wszędzie się tu wypiętnowały, chodzi za nim. Widmo królowej, która tu znękana i upokorzona umarła, wyrzuca mu słabość jego.
- A Brühl? - zapytał Steinheil.
- Jest, czym był - odparł szambelan. - Potrafił króla uczynić swym sługą i drży, aby na nim nie mszczono tej niewoli. Tu przyszły elektor, książę Kurlandii Chevalier de Saxe, cała rodzina, ze zgrozą patrzą na to, na co myśmy w Polsce przez lat kilka patrzyli, i zemsta dojrzewa w ich sercach.
- Wie i czuje, ale zmienić nie może nic, ani się cofnąć. Wie, że gdy król oczy zamknie, on z nim umrzeć powinien, aby nie poszedł na Königstein lub wygnanie. Mówią, że drogo opłaconą nosi przy sobie truciznę, ażeby swej władzy nie przeżyć.
Steinheil podniósł ręce.
- O biedny ten oślepiony pan nasz! - zawołał. - Nigdy on nie przejrzy? Niktże mu oczów nie otworzy?
- Operacja ta byłaby za późną - odparł Zabiełło. - Wszystko, co mogło dotknąć Saksonią i Polskę, spełniło się już.
Zabiełło westchnął.
- Król nie najlepiej wygląda - rzekł rezydent.
- Bardzo źle nawet - dodał Zabiełło. - My, co go kochamy i bolejemy nad nim, ze strachem patrzym na jego oblicze.
- Historia nam nie daje przykładu takiego panowania - po chwili namysłu rzekł Steinheil. - Kilkadziesiąt lat trzymać króla nieprzystępnym, nieświadomym, pojonym kłamstwem, nie dać mu się przebudzić i przejrzyć. Pieścić go, aby samemu nad nim i nad krajem panować. - Zbogacić się, urosnąć - rzucił Zabiełło. - Kraj nasz zawichrzony też z jego łaski, leży dziś bezsilny, zdany na samowolę tego, co go zechce opanować. - Ale, po cóż te żale daremne - dodał Zabiełło - my, panie radco zamiast starożytnego fatum , które tłumaczyło wszystko, mamy naszą chrześcijańską wiarę w Opatrzność Bożą. Pocieszamy się nią. Rzeczpospolita dźwignie się, a i Saksonia odrodzić się może. Bogdajby tylko nie wydawała na świat więcej podobnych ministrów.
- Saksonia? - podchwycił Steinheil - przepraszam was, panie szambelanie, ten mąż wielki nie urodził się w Saksonii, przyszedł do niej na służbę i tak samo się wpił w nią, jak we wnętrzności wasze, wywodząc się z polskiego rodu. Wszystko w nim było kłamstwem, począwszy od religii aż do skóry. Maluje się jak kobieta, a wiarę mienia jak suknie. Ewangelik w Dreźnie, jest katolikiem w Warszawie.
Steinheil śmiał się gorzko. Wtem trąbka pocztowa zabrzmiała przed hotelem i sługa rezydenta wszedł ubrany już do podróży.
- Bądź zdrów, panie szambelanie, ucałuj rękę tego biednego króla mojego, którą bym chciał rozkuć, ale już dziś za późno.
Zabiełło wkrótce potem wyszedł z hotelu i wrócił na służbę do zamku.
Król, widząc go z powrotem nie miał pokoju, aż mijając go ostrożnie mu szepnął:
- Byłeś u niego?
- Byłem gdy wsiadał do powozu, z rozkazu ministra, pośpieszając z powrotem na swe stanowisko.
August trochę się zdziwił temu pośpiechowi, lecz zdawał się swobodniej oddychać.
U drzwi pałacu Brühla, który już znowu wspaniale wyglądał, bo potłuczone posągi odzyskały, co z nich pruscy żołnierze otłukli i ściany świeciły nową sukienką, stał niepozorny człeczek i patrzał we wnętrze, gdy powóz ministra wyjeżdżał, wioząc na wieczór ustrojonego Brühla.
Zobaczywszy go, podniósł się minister i pochylił ku niemu. - Wyjechał! - szepnął prędko człek mały.
- Był kto u niego?
- Szambelan króla, Polak. Minister zbladł i zagryzł usta.
- Który?
- Najsłuszniejszy i z największymi wąsami - rzekł zapytany.
- Zabiełło! - mruknął Brühl.
Powóz, który niby przypadkiem zwolnił biegu w bramie, na dany jakiś znak ruszył nagle, a Brühl znalazł się z przeciwnej strony na poduszkach jego w głębi.
W przyciemnionym pokoju gościnnym u pani strażnikowej trockiej odbywał się rodzaj rady familijnej.
Kilka osób z twarzami smutnymi otaczało biedną Koiszewską, która głowę i gardło miała podwiązane, a głos jej schrypły, ciężki, gdy się z tych ust dobywał, tak był stłumiony, iż ledwie go z bliska dosłyszeć było można.
Na stole zastygłej kawy poobiednie szczątki i butelka omszona stały zapomniane. Wszyscy byli znużeni, spoglądali po sobie i oczyma się pytali siebie:
- Długoż to tam tego będzie jeszcze?
Pierwsze miejsce przy kanapie zasiadał naturalnie Gliński, który je sobie zawsze umiał przywłaszczyć. Prawnik, mecenas Tołudziejowski, przywieziony przez niego, na krześle nieco w tył cofniętym przez uszanowanie, siedział z włosem do góry nastrzępionym i fizjognomią, wrażającą postrach, groźną i nachmurzoną.
Jeszcze dalej krył się w kątku Bujwid i dwóch ubogich krewnych milczących. Panna Szklarska i staruszki w białym czepcu z żółtymi wstążkami obok strażnikowej, na ostatek mała Skrzyńska, dopełniały tego frasobliwego zgromadzenia.
Głos miał Gliński.
- Cóż tu mówić o preponderancji i przemocy, jaką na nas wywierają te familie, co sobie nad nami regimen przywłaszczyły w sprawach politycznych, gdy nawet stosunki nasze rodzinne wolne od gwałtów nie są.
Któż pani hetmanowej polnej prosił o tę opiekę nad osobą mającą matkę i majątek, a nie potrzebującą ani rady, ani darów? Że się panna strażnikówna dała uwieść splendorem domu, zaszczytem spoufalenia z księżną jejmością, dziwić się nie możemy, ale że z tego księżna korzystać się ośmiela, podziwu godnym jest. Do trybunału o rapt pozywać trudno.
- Słyszałem - przerwał Tołudziejowski - iż jakieś obietnice dobrodziejstw poczynione zostały.
- Obietnice uczynić, obiecanka, cacanka... pańska rzecz - wtrącił Gliński - ale jakaż nadzieja, aby się one ziściły, gdy hetman i hetmanowa nawet własnych wierzycieli wiatrem, to jest słowem, kontentować są zmuszeni.
- Ja ich dobrodziejstw nie potrzebuję - z oburzeniem odezwała się Koiszewska. - Nie należeliśmy i nie należym do tych, którzy klamki się trzymając z panów żyją i tyją.
- Najsmutniejsze to, że panna Aniela po ich stronie - wtrącił Tołudziejowski.
Szklarska się poruszyła na swym krześle.
- Cóż w tym dziwnego? - zawołała - dziewczę niedoświadczone obałamucić, nic łatwiejszego. Bo żeby się choć kochała w tym gachu pięćdziesięcioletnim, żeby taki zachwycający był... ale to stary rzemień. Żołdakami dowodzić i ogony końskie wozić przed hetmanem, tyle jego, a do zalotów ani mu postawy, ani wiek jego po temu.
Tołudziejowski, demagog, gdy mu było potrzeba, przerwał głośno, jakby stał przed kratkami.
- Ogólne to prawo, gdy ci magnat dobrodziejstwo chce uczynić, patrzaj dobrze, pewnie miodem smaruje usta, by wyrwać ząb trzonowy. Tak i tu. Z kieszeni pani strażnikowej trockiej życzą sobie wynagrodzić imć pana buńczucznego, który im faktorował po sejmikach i spełniał wszelkie usługi. Pani hetmanowa kocha tak pannę strażnikównę, aby ją staremu dać. Tołłoczko ultimis spirat, bo mu już pono mięsa na kredyt nie dają... więc się posag przyda. - Ja żadnego nie dam! - zawołała strażnikowa.
- Ze swojej substancji - rzekł Tołudziejowski - ale rozpatrzmy się, czy nic nie dać można. Co pan strażnik zostawił po sobie?
- Nic - krótko i gniewnie rzekła strażnikowa.
- Przecież? - spytał Gliński.
- Mieliśmy z mężem wszystko wspólne na przeżycie - odezwała się gospodyni - a ponieważ Bogu się podobało mnie uczynić nieszczęśliwą wdową...
- Za pozwoleniem - rzekł poważnie Gliński. - Podobno te zapisy na przeżycie z powodu zmienionego stanu fortuny uległy modyfikacji za wspólną zgodą małżonków. Rozdzieliliście państwo fortunę na dwie schedy. Pozostała tedy scheda nieboszczyka, która na córkę przypada, salvo advitalitio pani dobrodziejki. - Tak by to było - żywo poczęła Koiszewska - ale mój mąż, czując się chorym naprawił omyłkę i znowu mi schedę swą zapisał.
- Ale tego w aktach nie ma - odparł Tołudziejowski.
- Tak, to prawda, spisał wolę swą ostatnią przy jednym świadku... nie było nawet czasu przyłożyć pieczęci, ale co to ma do ważności rozporządzenia... Nikt mi nie śmie zaprzeczyć.
- Za pozwoleniem - przerwał znowu Tołudziejowski. - Córka nie będzie negować, ale zięć może i będzie. Rozwinie się tedy akcja o ten dokument, który trudno, aby się utrzymał w znaczeniu swym.
- Ja pójdę choćby do trybunału - oparła się strażnikowa. - Apelować będę, niebo i ziemię poruszę, grosza nie dam.
- Pani strażnikowo! - przerwał Gliński. - Nie godzi się mścić na własnym dziecku.
- Nieposłusznym, krnąbrnym...
- Obałamuconym - rzekł Gliński.
- Ale ja proces ten wygram. Chybaby w świecie sprawiedliwości nie było! - wykrzyknęła kaszląc mocno strażnikowa.
- Ja bym za to nie ręczył - reflektował Tołudziejowski.
- J skandal... ludzkie języki - dodał marszałek.
- Ale radźcież mi, proszę, jak ja inaczej postąpić mogę? - z płaczem prawie poczęła strażnikowa. - Odbierając mi córkę chcą wyrwać majątek, a ja mam z pokorą przyjąć to i... milczeć. Nie byłabym Koiszewską!
Wszyscy zamilkli.
- Ja bym radził - rzekł Gliński - córce dać wolność wyjścia za mąż tylko z tą groźbą, że jej pani strażnikowa znać nie chce jako swe dziecko. Co się tyczy wiana, niech idzie wedle prawa, ale niech Tołłoczko pozywa, waćpani się broń, ani grosza nie dać... w sądach pójdą delaty, odkładania, wyroki i kasaty, rozpoczynanie ab ovo, de noviter repertis, dwadzieścia lat się to ciągnąć może, a waćpani dobrodziejka nie dasz złamanego szeląga, krom tego, co wezmą mecenasi.
Roześmiał się Tołudziejowski.
Strażnikowa się replikowała.
- A ja powiadam - odezwała się Szklarska - że to wszystko daremna zgryzota. Strażnikowa tylko miej cierpliwość. Panna Aniela im tam dłużej pobędzie u hetmanowej, im się lepiej przypatrzy, im się rozsłucha więcej, a Tołłoczkę pozna bliżej, tym pewniejsze, że powróci do nas ze skruchą. Za rotmistrza nie ręczę, gdy się dowie, iż na posag czekać trzeba, ażeby nie cofnął się. Za hetmanową, gdy ją to znudzi, iż musi matkę zastępować nie sercem, ale workiem, bo nawet wyprawy nie damy, nie ręczę, żeby rąk nie umyła.
- Naówczas ja - wtrącił śmiejąc się starosta pogorzelski - submituję się jako zastępca rotmistrza, chociaż bez buńczuka.
- Nie ma z czego żartować - westchnęła strażnikowa.
- Ja też wcale nie lekko to mówię - rzekł Bujwid. - Mam nawet prawo stanąć jako pretendent, gdy mnie za pannę obcięto.
- Tołłoczce waćpan dwa palce obciąłeś - śmiejąc się dodała Szklarska - będziesz musiał za to grzywny zapłacić.
- Gotówem, gdy mi dowiedzie, że były warte choć tynfa... i że nimi, gdy je miał, zrobił co dobrego.
Tołudziejowskiemu rozmowa tak przechodząca w żarty nie podobała się, począł papierami, które trzymał na kolanach szeleścić.
- Tandem - rzekł - radźmy, a nie prawmy jovialita-tes , bo nie pora.
- Nie dam nic - zakończyła strażnikowa - zresztą gdy i błogosławieństwa odmówię, niech sobie robią co chcą. A że się przebłagać nie dam, to pewna.
Gliński pochylił się i w rękę ją pocałował.
- Cierpliwości tylko, strażnikowo dobrodziejko - rzekł. - Widzę ze wszystkiego, o czym się tu dowiaduję, że dotąd się nic nie stało, co by się odstać nie mogło. Z obu stron straszycie się, spieracie, a przy acani dobrodziejce jest i prawo i słuszność. Hetmanowa rada by zaimponować, nie dać się trzeba i stać przy swoim. Gdy córka zobaczy, że tego starego pretendenta do ręki jej inaczej mieć nie może, tylko narażając się na niełaskę matki, na wyrzeczenie się, w ostatniej chwili się rozmyśli i powróci z pokorą prosić o przebaczenie.
- Święte słowa pana marszałka - potwierdził Tołudziejowski - inaczej być nie może.
Powoli wszyscy zaczęli potakiwać marszałkowi, uspokoiła się pani Koiszewska.
- Cóż mam robić? - zapytała.
. - Nic, obojętnie patrzeć i nie okazywać wcale niepokoju - dodał Gliński. - Powiedziałbym śmiać się, gdyby się godziło tak poważne sprawy śmiechem zbywać. Przyślą może prosić o wyprawę, bo ta podobno była gotową.
- Me dam jej - przerwała strażnikowa. - Jeszcze czego!
- Za pozwoleniem - kończył Gliński. - Co się tyczy wyprawy ściśle wziętej, jak pani chce, ale inne rzeczy należące dawniej do panny Anieli ja bym wydać kazał, aby nie okazywać, że się o to wielce troszczy, wróci czy nie wróci. Pierzyny i bieliznę, suknie panieńskie odeślij pani..
Szklarska śmiejąc się przerwała.
- Marszałek jesteś niebezpiecznym, tak umiesz kombinować wszystko bacznie. Te dystynkcje między wyprawą a garderobą.
Gliński z widocznym zaspokojeniem miłości własnej się uśmiechnął.
- Służę już moim braciom, szlachcie lat tyle radą i doświadczeniem, żem się wiele nauczył - dodał z uprzejmym zwrotem do starej panny. - Gdy asindźka będziesz miała iść za mąż, proszę mnie zawezwać do pisania intercyzy!
- O! o! dziękuję, ja za mąż wcale iść nie myślę - rzekła Szklarska - ale gdy testament przyjdzie układać, pewnie go będę fatygowała.
Tak skończyła się konferencja, z której opuchła strażnikowa wyszła spokojniejszą. Wielki nawet żal do córki ustąpił politowaniu nad tą ofiarą przewrotności magnatów. Wszystkich swych gości strażnikowa zatrzymała potem na wieczerzę i rozmowy weselej już się toczyły o rzeczach obojętnych, tylko że wszyscy do hetmanowej mieli żal za Koiszewską i za jej dumne obchodzenie się ze szlachtą, opowiadano o niej różne historie, nie pozostawując poczciwej nitki.
- Gdyby nie mój proces - tłumaczyła się Koiszewską - córki bym tam nie dała... albo ją dawno odebrała, ale my biedna szlachta z życiem i mieniem na ich łasce, bo oni panują w trybunałach, oni na sejmach, oni u boku króla, oni sami wszędzie, a nasi pp. posłowie na sejm im jadą służyć. Królewską moc objęli zupełnie pod pozorem wolności, ale w istocie, żeby sami panowali.
Na odjezdnym Bujwid, polecając się łaskawym względom strażnikowej zapewnił ją, że czekać gotów, mając szczere przywiązanie do panny, którą o nim przekonać się spodziewał. Szklarska pozostała ze strażnikową, choć dla niej siedzenie na miejscu, skazanej na spoczynek, na zabawianie strażnikowej i proboszcza, który przyjeżdżał czasami, było wielką męczarnią. Nudziła się strasznie, choć miała robotę zawsze jakąś w rękach. Drugiego tygodnia, wytrzymać nie mogąc wtrąciła nawiasem, że może by nie szkodziło, gdyby ona od siebie pojechała do Wysokiego zobaczyć się z Anielą. Strażnikowa, której dokuczyło to, że nic o córce nie wiedziała, mało co się zawahawszy zgodziła się na to.
- Dałabym ci konie i moję bryczką na pasach - rzekła - ale poznają i pomyślą, że jesteś przysłaną przeze mnie, a to by było niedobrze.
Postarano się więc o konie i woźnicę, a powóz proboszcz dostarczył.
W doskonałym usposobieniu panna Szklarska pojechała do Wysokiego. Nie było już trudności z wpuszczeniem do strażnikównej, która zobaczywszy ją z wykrzykiem radosnym pobiegła uściskać.
- Widzisz ty, niewdzięczna jakaś - odezwała się Szklarska - ja umyślnie, jadąc do pani Dzierżanowskiej, zajechałam do ciebie. Co u ciebie słychać? Zadumała się Aniela.
- Hetmanowa przygotowuje się do zaręczyn i wesela - odpowiedziała - ale z tą moją wyprawą... Wystaw sobie, matka mi nic wydać nie chce, ja nie mam nic, a od księżnej, przekonałam się, nie dostanę nic, choć mi wielkie rzeczy obiecuje, ale małych nawet nie da. Jakże tu stanąć na kobiercu...
Załamała ręce.
- Co się tyczy twojej starej panieńskiej garderoby - przerwała Szklarska - sama słyszałam mówiącą strażnikowę, że ci ją wydać rozkaże, ale na wyprawę nie rachuj. Matka mówi: „głupia bym była, żebym ją stroiła i obdarzała, kiedy przeciwko mej woli z domu mi ucieka."
- Księżna ani myśli o wyprawie - mówiła dalej Aniela - ciągle mi jednak coś obiecuje, może w sekrecie chce mi zrobić niespodziankę.
Uśmiechnęła się Szklarska. - Księżna nie da ci nic - rzekła - a mężowi, przybywszy do domu kazać zaraz się oporządzać od pończoch począwszy... rzecz niemiła. Ja jestem starą panną, ale gdyby mi w tych warunkach udawało się zaślubić choćby księcia Ostrogskiego, nie poszłabym za niego. Mężczyźni potem mają zwyczaj wypowiadać: wziąłem cię bez koszuli itp.
- Wiem ja to wszystko i mówiłam sobie stokrotnie, ale cóż poradzę?.
Wyczekawszy nieco Szklarska, ciągnęła dalej:
- Mówisz: „Co poradzę?" Poradzić by łatwo było, ale na to potrzeba rezolutności wielkiej. Powiedzieć wręcz i hetmanowej i Tołłoczce: bez pozwolenia matki nie pójdę, lękając się niebłogosławieństwa Bożego.
Aniela nie odpowiedziała. Tyle już nasnuła i namarzyła o życiu z panem rotmistrzem, przy dworze hetmanowej, w towarzystwie białostockim, w rezydencjach pańskich, wśród Francuzów prawdziwych i naśladowanych, że wyrzec się tego wszystkiego nie miała siły. Opuszczenie przez matkę dla niej miało znaczenie - ułagodzenia. Szepnęła o tym Szklarskiej.
- Mylisz się moja Anielko - odpowiedziała - matka, dopóki miała nadzieję, że cię odzyszcze, rzucała się, wołała, gniewała, teraz straciwszy ją, ani myśli o tobie... Cała zajęta tą smarkatą Skrzyńską.
Aniela widząc się tak łatwo zapomnianą, zapłakała.
Przez cały czas bytności w Wysokiem pracowała przyjaciółka nad nawróceniem jej, ale nie widziała sposobu. Spostrzegła tylko, że strażnikówna z mniejszym zapałem mówiła o księżnie i zdawała się mieć do niej jakąś urazę. Więcej teraz rachowała na Tołłoczkę.
- Kiedyż tedy ten los ma się rozwiązać? Kiedy się to raz skończy? - zapytała stara panna.
- Albo ja wiem? - odparła strażnikówna. - Mnie się zdaje, że wszystko gotowe, tylko ja zwlekam spodziewając się, że matka mi da wyprawę. Sama teraz nie wiem, co robić. Powiadasz, że matka mi odeszle rzeczy! A widziałaś ty kiedy moją panieńską garderobę? Chyba nie. Koszule wszystkie stare, pończochy cerowane, jedwabnych dwie pary i to nienowe, suknie z pani matki przerabiane. Mizernej rogówki nie mam.
- A cóż ty poradzisz bez niej? Toć do ślubu nawet bez niej nie pójdziesz!
- Chyba mi księżna pożyczy, ale z niej będzie krótka i mała - mówiła Aniela. - Rogówka kosztuje, choćby używana, pewnie ze dwadzieścia kilka dukatów, a ja grosza nie mam.
- Pożyczyłabym ci, rozumie się pieniędzy, choć rogówką się brzydzę jak grzechem śmiertelnym - odparła Szklarska - ale ja jestem też bez grosza.
Kłamała przyjaciółka, ale nie chciała w istocie pożyczki ułatwiać i przyspieszać wesela.
- Księżna, widząc cię w takim położeniu, będzie musiała pomóc - dodała Szklarska. Aniela ramionami poruszyła.
- Ja księżnej nie rozumiem - szepnęła cicho. - Mówiąc ze mną złote góry obiecuje, a tu gdy o drobnostkę chodzi, nie chce zrobić nic. A! żeby się to raz skończyło - dodała strażnikówna - gdyby raz było po ślubie, ja bym z rotmistrza wydobyła, co bym chciała.
- Mówią wszyscy ogólnie, że wiele stracił, a mało co mu pozostało - rzekła Szklarska.
- To nie może być, nie może! - przerwała niecierpliwie Aniela. - Choć zaręczyn nie było, przywiózł mi pierścień, pokażę ci go, kto takie klejnoty chowa, ten nie może być ubogi.
To mówiąc strażnikówna pobiegła do swego kuferka, otworzyła go i dobyła z głębokości pudełeczko starannie obwiązane. W nim, na pięknie usłanym bawełną łóżeczku spoczywał pierścień, w którym w istocie ogromny brylant połyskiwał, rzucając iskier tysiące dokoła. Oprawa była staroświecka, kunsztowna i bardzo piękna.
- Mówią, że może być wart z pięćset dukatów - dodała Aniela, kładąc go na palec. - Pewnie, pewnie! - potwierdziła przyjaciółka - ale twoja wyprawa daleko więcej była warta, a z niego ci nic, oczy tylko nasycisz.
Schował się więc pierścień nazad do kufra, a rozmowa powróciła do rogówki, która wszystkie myśli panny Anieli ku sobie pociągnęła.
Bez rogówki ani do ołtarza, ani na bal... nigdzie nie było można. Jeżdżąc do Białegostoku z księżną, pożyczała jej u Barcińskiej, ochmistrzyni księżnej, ale ta opuściła była Wysokie, a gdyby i była razem ze swą rogówką, ta tak zużyta, płaska była i nieforemna, że na ślub ją włożyć nie było sposobu.
Suknię białą morową, zasłonę ślubną i inne przybory księżna półgębkiem obiecywała. Co się tyczy rogówki wyraźnie zapowiadała, że jej dostać nie może.
Szklarska uczyniła tę uwagę, że pięknej, świeżej rogówki dostać na wsi było bardzo trudno, chyba po nią posyłać do Warszawy.
Tak o rogówkach rozprawiając do nocy rozstały się, bo Szklarska nazajutrz do dnia chcąc odjechać, nocować miała w miasteczku.
- Nie dałabym za to grosza, że się wszystko o rogówkę rozbije - mówiła sobie w duchu, wsiadając do bryczki.
Aniela sen miała niespokojny, a wstawszy dowiedziała się, że w nocy rotmistrz Tołłoczko przyjechał.
Pospieszyła więc asystować przy śniadaniu księżnej, sądzić się spodziewała go zastać. Serce jej biło, ale do rogówki, nie do niego, niestety.
Księżnę zastała po śnie ciężkim ziewającą i kwaśną. Tołłoczko też nieosobliwe przywoził wiadomości. Wszystkie starania około Massalskiego, aby go z kanclerzem rozdwoić, nie powiodły się.
Radziwiłł, którego spodziewano się zaplątać w zawikłanie z wojskiem ruskim i doprowadzić do wybryku zuchwałego, który by go sparaliżował, znajdował się nad wszelkie przewidywanie ostrożnym, bacznym i trzeźwym.
Wyciągnąwszy z niego co tylko mogła, hetmanowa poszła do męża na radę, zostawując pannę Anielę z rotmistrzem.
Strażnikówna zrozpaczona postanowiła chwilę tę zużytkować.
- Panie rotmistrzu - odezwała się - od dawna zbierałam się z nim mówić otwarcie, nie mogę dłużej milczeć. Matka nie chce mi przebaczyć ani na małżeństwo nasze zezwolić. Ja postanowiłam mimo to oddać mu moją rękę, mając opiekę księżnej, ale ta opieka... mów pan z nią... mnie potrzeba niezbędnie wielu rzeczy, ja nie mam nic... Wyprawy matka nie wyda.
Jąkała się i plątała biedna panna strażnikówna.
Rotmistrz słuchał i bladł a czerwieniał. Tegoż samego dnia właśnie począł się biedzić, że na cukrową wieczerzę, wina, kondymentów różnych, słodyczy, nie będzie miał kupić za co. Spodziewał się, że pannę mu hetmanowa przystroi i opatrzy sutą wyprawą.
- Panno strażnikówno, dobrodziejko - rzekł - księżna pani nasza ma dla niej macierzyńskie serce, niech pani się z nią otwarcie rozmówi.
- Mówiłam! - odparła strażnikówna. - Obiecała mi suknię do ślubu, ale ja wszystko zostawiłam u matki, ja nie mam nic, nic!
Tołłoczko czupryny potarł... bo czuł zimne poty.
- Z przeproszeniem pana - dodała strażnikówna - rogówki mi nawet braknie.
Rotmistrz się uśmiechnął.
- E! cóż bo znowu - rzekł - ta się chyba znajdzie łatwo.
- Ale ja jej ani szukać nie umiem, ani znaleźć nie będę mogła! - dodała panna. - Powtarzam panu, mów o tym z księżną. Nie chcę się wstydem nakarmić. Bez futra nie wyjechać też.
Zniżyła głos, łzy się jej z oczów polały.
- Widzisz pan, żem mu wszystko sakryfikowała - rzekła w końcu - więcej nie mogę.
- Mech panna strażnikówna będzie spokojną, wszystko się załatwi. Proszę o tym nie myśleć. Hetmanowa ma na głowie mnóstwo kłopotów, zapomina się, ale serce jej najlepsze.
Wstyd jej było i łez i dłuższej o tym rozmowy. Słysząc szmer, domyślała się nadchodzącej pani - uciekła.
Rotmistrz stał długo jak skamieniały. Znał nadto dobrze księżnę, aby się łudzić, że skutecznie i wspaniałomyślnie przyjdzie w pomoc... nie wiedział sam co robić. Mówiąc z nią
O tym zawczasu, było ją nabawić złym humorem i gniewem może. Sądził, że zostawując rzeczy naturalnemu ich biegowi będzie najlepszym sposobem dojścia do celu. Księżna dać co brakło będzie musiała.
Hetmanowa, powracająca od męża, z którym miała ciężką przeprawę, weszła zaperzona, znalazła rotmistrza samego
i domyśliła się, że i tu coś zajść musiało. - Cóżeście to z panną Anielą się nie porozumieli? - zapytała. - I owszem, i owszem, mościa księżno - rzekł szybko Tołłoczko - frasuje się tylko, że jej wiele rzeczy brak... ale to fraszki...
- Ona mnie już nudzi tymi wymaganiami - zawołała hetmanowa. - Wiesz waćpan co, jedź do strażnikowej jeszcze raz, powiedz jej, że nic nie żądasz, ale niechże jej przynajmniej przyszłe koszule i trzewiki!
Rotmistrz, który wiedział, jak zostanie przyjęty, strasznie się zmięszał.
- Mówię ci, jedź - dodała - jedź do niej ode mnie. Zajmę się losem córki... ale żebym miała wyprawę jej robić! Czasu nawet nie starczy, bo wesele musi być w przyszłym tygodniu. Jedź waćpan nie zwłócząc. Tołłoczko nie mógł się wymawiać, skłonił i przyrzekł, że pojedzie. Zaledwie się wysunął od hetmanowej, powoli krocząc korytarzem, gdy drzwi pokoju panny Anieli się otworzyły. Słuchała ona rozmowy rotmistrza z księżną.
- Niech pan pamięta o rogówce! - rzuciła mu w ucho i uciekła.
Rotmistrzowi się w głowie zawracało. - Piwam sobie nawarzył - zamruczał.
Zawołano go do hetmana, potem jeszcze raz do pani samej, na ostatek pod wieczór kazał zaprzęgać, aby z Wysokiego się wydobyć i nazajutrz rano być u Koiszewskiej. Gościła tu jeszcze panna Szklarska i ona go pierwsza zobaczyła. Pobiegła do strażnikowej.
Tołłoczko przyjechał - rzekła śmiejąc się.
- Co? Tołłoczko?! - zakrzyczała gospodyni. - Każże mu powiedzieć, żeby sobie wracał skąd przybył, ja go znać nie chcę i mówić z nim nie będę.
- Strażnikowo kochana!
- Me będę! - tupiąc nogą powtórzyła Koiszewska - ty mnie znasz, skoro powiadam, nie będę, dosyć na tym.
Niepodobna było nalegać, Szklarska poszła sama. Rotmistrz z wielką pokorą prosił o posłuchanie.
- Bardzo mi przykro panu to zwiastować - odezwała się Szklarska - ale strażnikowa mocno chora i widzieć się z nim nie może i nie będzie.
- Pani dobrodziejko...
- Ja na to nic nie poradzę, wyrok jest nieodwołalny.
- Przybywam nie od siebie, ale wysłany przez panią hetmanowę.
- To zupełnie wszystko jedno - odparła Szklarska. - Gdyby nawet pani hetmanowa honor ten uczyniła Koiszewskiej i sama przybyła, ręczę, że nie byłaby przyjętą. Tak - powtórzyła - nie byłaby przyjętą.
Tołłoczko potrzebował namysłu, nim się na dalsze transakcje zrezolwował. Rozpoczął je z delikatnością wielką, zawsze w imieniu księżnej.
- Ja nic więcej nadto nie mogę - odpowiedziała pośredniczka - że żądanie zaniosę i odpowiedź wiernie powtórzę.
Wyszła więc.
Tołłoczko zaczął po pokoju się przechadzać zatopiony w myślach i ani się spostrzegł, że pół godziny upłynęło, nim panna Szklarska powróciła.
- Pani strażnikowa kazała mi powiedzieć - rzekła - że garderobę córki wydać rozkaże, ale nie wyprawę. W istocie wyprawa jest w gotowości, ale pani strażnikowa, nie wydając córki wedle życzenia, dawać jej nie myśli i do tego jej skłonić nikt nie potrafi.
Powiedziawszy to Szklarska z pończochą usiadła na kanapie i Tołłoczko prosić jej już nie mógł, aby raz jeszcze poszła w poselstwie do Koiszewskiej.
Wymęczywszy się z godzinę, to prosząc, to usiłując zmiękczyć serce pośredniczki, rotmistrz w końcu musiał wziąć za czapkę. Wyschło mu w gardle od argumentowania, a nawet kieliszkiem wódki go nie poczęstowano. Przeklinał więc w duchu strażnikową, a może dzień i godzinę, gdy się niepotrzebnie zajął panną Anielą. Tyle tylko zyskał, że mu garderobę nazajutrz wysłać obiecywano.
Strażnikowa tak była rozżaloną przeciw córce, że to co oddawała jej, jakby naumyślnie, spakować kazała bezładnie, bieliznę nie praną, suknie pogniecione, a niektóre z nich podarte i pocerowane tak, że wstyd tylko ich było.
Można sobie wyobrazić, jakie to wrażenie uczyniło na biednym dziewczęciu. Na domiar wstydu sama księżna przyszła oglądać, co wysłano i nielitościwie sobie szydziła. Wpadła niemal w gorączkę panna Aniela, aż ją trzeźwić musiano, uspokajać, poić i pocieszać. Słuchając, gdy hetmanowa wymyślała na jej matkę, porywała się jej bronić i nie umiała. Powzięła tylko do księżnej żal i uczucie jakieś niewysłowione wstrętu tak, że rada była co najprędzej się stąd i spod jej opieki wydobyć.
Nazajutrz wreszcie z rozkazu, pani ochmistrzyni i panny szwaczki zajęły się jakimś przygotowaniem czegoś, co wyprawę zastąpić miało.
- Nie wyobrażaj sobie, mój Tołłoczko - mówiła do niego hetmanowa - że bym ja, namęczywszy się, żeby ci dać żonę, przyczyniwszy sobie tym nieprzyjaciół, których i tak mam dosyć, miała się sadzić na wyprawę. Musisz, biorąc żonę, pomyśleć o tym, żeby ci wstydu nie robiła. Kto by w tych dniach utrapienia widział pana buńczucznego siedzącego na krześle i zajętego swoim przyszłym szczęściem, które wyglądało na męczeństwo, nie poznałby w nim wesołego, ochoczego, mężnego dowódzcy janczarów z dawnych czasów. Panna chodziła nie patrząc na niego i nie mówiąc. Gdzie się posunął tylko o pożyczkę, odprawiano go z niczym. Księżna gderała na niego i gniewała się, że nie był szczęśliwy. Nie wiedział, gdzie się obrócić.
A że o rogówce słychać nie było, w końcu panna Aniela raz jeszcze, w korytarzu, bardzo serio i z naciskiem wielkiego znaczenia powtórzyła mu, iż rogówkę mieć musi. Przyparty tak nieszczęśliwy rotmistrz musiał na zwiady pójść, gdzie by mógł dostać tej rogówki, którą przeklinał. Litościwa dusza jakaś oznajmiła mu, że wdowiec, pułkownik Matuszewicz, miał pono aż dwie ich po żonie i życzył sobie je sprzedać. Siadł tedy rotmistrz na bryczkę i choć z pułkownikiem był nie najlepiej, ruszył na zdobycie rogówki. Dotarłszy do miejsca dowiedział się, że pułkownika nie było, ale rogówek aż dwie w istocie.
Stara jejmość pani Urmowska, która się gospodarstwem pułkownika zajmowała, grzecznie bardzo kazała przynieść rogówki, objaśniła wszystkie ich zalety, zaręczała za trwałość i za to, że nieboszczka więcej nad parę razy żadnej z nich nie miała. Oba te drogocenne dzieła kunsztu nie więcej nad kilkadziesiąt dukatów sztuka kosztowały. Skrzywił się rotmistrz, ale byłby zapłacił, gdyby miał czym. Potrzeba było pieniędzy, zresztą księżna zdaniem jego powinna była opłacić. Kupno więc do namysłu odłożono.
- Niech się pan rotmistrz śpieszy - odezwała się Urmowska - bo tu już kilka pań jest, co się o te rogówki dobijają. Teraz bez nich ani stąpić, kto w świecie bywa - a tu ich na okolicę nigdzie nie dostanie. Tym bardziej tak przedziwnych jak te, które pewnie aż z Paryża pochodzić muszą.
Rotmistrz z tym powrócił do Wysokiego.
Bywało w Wysokiem wesoło, ale bywało też tak nudno, że jak sam hetman utrzymywał, pod czarną godzinę księżnej Magdaleny ludzie sobie od ziewania szczęki wyłamywali.
Despotyczna pani nie znosiła twarzy wesołych, gdy sama raczyła być smutną, ani pochmurnego oblicza, jeśli miała usposobienie do śmiechu i zabawy. Me zawsze się powodziło, była nadzwyczaj drażliwą i nie umiała nic znieść spokojnie, przychodziły więc burze bardzo często, a rozpędzić je nie było łatwo.
Sprawa potajemnego knowania przeciwko Radziwiłłowi, ożenienie Tołłoczki, obojętność stolnika, którego chciała i spodziewała się pociągnąć ku sobie, wszystko to razem nadzwyczaj źle wpływało na humor hetmanowej, a od niej szła burza na dwór cały i na pana hetmana.
Opór Koiszewskiej, niemożliwość postawienia na swoim prędko i łatwo, samej księżnie już tak dokuczyły, że chciała skończyć jak najprędzej. Gotowa była nawet na pewną ofiarę, byle nie pieniężną, bo pieniędzy w kasie nie było. Napadła na Tołłoczkę, ażeby wszelkie drobne trudności i przeszkody starał się sam załatwić.
- Mościa księżno - odparł pokornie rotmistrz - Bóg widzi, oddałbym ostatnie, ale muszę się przyznać, niewiele mam. Świeci się tam coś jeszcze, taję jak mogę, żem zadłużony po uszy, ale ostatkami gonię i nie wiem, skąd wziąć na wesele, bo mi Żydzi nawet pożyczyć nie chcą.
- Gdzieżeś się tak zaszargał? - zapytała księżna. Tołłoczko zdesperowany zdobył się na odwagę, zarumienił się i rzekł:
- Na usługach W. Ks. Mości. Zmarszczyła się piękna pani.
- Widzi księżna całe moje życie, nałogów żadnych nie mam, kawałkiem chleba razowego gotówem żyć, ale gdy idzie o służbę księciu lub księżnie, z jutrem się nie rachuję.
Westchnął ciężko.
Księżnie się go jakoś żal zrobiło. - Mój rotmistrzu - odparła - spodziewam się, iż wiesz o tym, że my oboje tym, co nam z serca służą, umiemy wdzięczność okazać, możesz się więc nie frasować swoją przyszłością. Chcę też Koiszewskiej pokazać, że nie na przekór jej córkę wzięłam, ale coś dla niej uczynię. Choćby dlatego, aby nie żałowała, co traci ze strony matki.
Skłonił się z przyklęknięciem 'Tołłoczko, a że do księżnej przywołano któregoś z jej faworytów, wyszedł żywo rozmyślać o przyszłym szczęściu i o rogówce, której wspomnieć nie śmiał.
Wieczorem, po wieczerzy, książę go wziął do swego gabinetu. Miał minę jakąś uroczystą, na stole leżał list wielką pieczęcią sapieżyńską zamknięty. Książę był wesół i dobrej myśli.
- Wiem od Magdusi o twych kłopotach i wiernych służbach - rzekł do niego hetman - naradziliśmy się z nią, czym ci pomóc. Mnie w tej chwili ciężko, bardzo ciężko, ale mam przyobiecane u Brühla dla waćpana pierwsze pomierne starostwo, jakie zawakuje. Dowiaduję się właśnie, że Kąkolownica jest do dania, bo ten, co ją trzyma, umiera. Doktorowie go widzieli. Nikt o tym nie wie, nikt się nie spodziewa, potrzeba korzystać z czasu. Musisz dniem i nocą jechać do Drezna. Do Brühla mam list gotowy, zalecam cię, dał mi słowo, otrzymasz Kąkolownicę. Tylko pośpiech gwałtownie potrzebny. Ruszaj natychmiast do Drezna.
Rotmistrz hetmana w ramiona i po rękach całował, Sapieha mówił dalej:
- Daję ci listów dwa, do Brühla i do szambelana Zabiełły. Nim się tu ludzie o wakansie na Kąkolownicę dowiedzą, ty powinieneś mieć w kieszeni list królewski.
- A któż go zapieczętuje? - westchnął rotmistrz.
- To moja rzecz - dodał Sapieha - przywieź tylko.
- Mam zaraz jechać? - przerwał Tołłoczko.
- Mówiłem ci, dziś na noc jeszcze, ale nikt wiedzieć nie powinien dokąd i po co. Gdy powrócisz starostą i kredyt się znajdzie i wszystko pójdzie jak po maśle, a nawet strażnikowa zmięknie.
Pożegnajże bohdankę twą, księżnie podziękuj, bo jej winieneś najsilniejszą instancję , w imię Boże!
Wdzięczności Tołłoczki opisać niepodobna, zdawało mu się, że litościwe nieba kładły koniec jego cierpieniom. Wszystko się teraz składało dobrze i łatwo. Żmigrodzki rotmistrz jechał do Drezna i ofiarował się podróż tę odbyć z Tołłoczką.
Z wieczora jeszcze tegoż dnia otrzymał audiencję u księżnej, nie mogąc wyjechać nie podziękowawszy. Księżna kazała przywołać pannę Anielę do swego pokoju, aby rotmistrz i jej rączki mógł ucałować, dała mu notatkę sprawunków w Dreźnie, zapomniawszy dać pieniędzy na nie... i Tołłoczko mógł wyjechać natychmiast, bo na porękę Żmigrodzkiego, Żyd Aron białostocki dał mu oberżniętych sto dukatów. Rotmistrz się zobowiązał wypłacić je za trzy miesiące z przyrostem tylko pięćdziesięciu. Ale żeniąc się, kto zważa na takie bagatele. I to też do pomyślnego składu okoliczności zaliczyć można, iż do podróży dostał takiego nieoszacowanego towarzysza, jakim był Żmigrodzki, sławny jowialista, oczajdusza, człowiek serca szerokiego, kochany od wszystkich. Z nim w drodze rozkosz była, bo jeśli się śmiał lub nie rozśmieszał, to śpiewał, a częstować nadzwyczaj lubił. Humor miał taki, że go na pogrzeby nie zapraszano, boby na cmentarzu do śmiechu pobudził.
W Warszawie miał przyszły starosta dostać pismo polecające go panom poczmistrzom, jako jadącego w pilnym interesie J. K. Mości.
Pora była jesienna i chłodna, ale przewidując to, Żmigrodzki miał w nogach puzderko z flaszkami, napełnionymi wódką gdańską i kubek srebrny dobrej miary. Raczyli się więc po drodze, na przemiany zakąsując to piernikiem toruńskim, to półgęskiem. Do Warszawy przybyli nie opatrzywszy się. Tu gościć nie myśleli i natychmiast wybitym naówczas traktem saskim podążyli nad Elbę. We Wrocławiu pierwszy raz ciepłego czegoś zjedli.
W drodze, spotykając się ciągle z jadącymi do Warszawy, mieli sposobność się dowiadywać o zdrowie króla. Zaręczano im, że i Brühl, i on cieszyli się jak najlepszym. Działo się to dnia trzeciego października.
Dnia następnego, Żmigrodzkiemu zostawując zupełną swobodę obracania się tu wedle własnego natchnienia, rotmistrz z listami udał się naprzód do Brühla. Nie zawsze do niego dostąpić było miżna. Dopiero przed samym obiadem, wystawszy się w przedpokoju, Tołłoczko został przypuszczony do oglądania pożółkłej twarzy ministra, który udawał jeszcze młodego, strojny był z przepychem i elegancją, ale na obliczu zmęczonym nosił najsmutniejszą przepowiednię.
Brühl okazał się nadzwyczaj dobrze usposobionym, bo wojując z Czartoryskimi, wszystko, co im opór stawiło, rad był sobie pozyskać i trwale przywiązać.
- Spodziewam się - rzekł mu w końcu posłuchania Brühl - że jutro lub pojutrze król W. panu list na to starostwo podpisze, a jeżeli W. panu pilno nazad, będziesz mógł się stawić N. Panu z podziękowaniem natychmiast.
Zadał jeszcze kilka pytań Tołłoczce tyczących się Radziwiłłów i sytuacji wojsk ruskich i z uprzejmością nadzwyczajną - do widzenia go pożegnał. Szambelan Zabiełło przyjął też znajomego sobie z dawna Tołłoczkę rad, że z nim o Litwie będzie mógł pogawędzić.
- Nie ma najmniejszej wątpliwości - dodał - że przywilej na starostwo podpisany zostanie. Brühl taki tu wszechmogący, jak był w Warszawie, a daleko mu się łatwiej obracać.
- A król? - zapytał Tołłoczko.
- Król, zdaje mi się, że utył już nawet od swego przybycia. Nie może się nacieszyć Dreznem - mówił Zabiełło - teatr mu przyozdabiają, polowania przygotowują, które gdyby nie żubry, zagasiłyby białowieskie i praskie. Przed swoją ukochaną Madonną, sam widziałem, gdy się modlił i płakał. Nie ma nad niego szczęśliwszego człowieka, bo tego, co by co zgryźć mogło, nie widzi. Rozmawiali długo. Zabiełło opowiadał o życiu w Dreźnie, o dworze o następcy tronu, który chory był i kaleka, o księżniczkach, królewnie i tym, co Augusta otaczało.
Od Zabiełły dowiedział się rotmistrz, że rano o siódmej godzinie król był zwykł słuchać mszy świętej w kaplicy zamkowej, do której wstęp osobom wybranym był dozwolony. Szambelan też obiecywał wprowadzić z sobą rotmistrza, aby na intencją pomyślnego skutku zabiegów swych mógł się pomodlić i rodzinę pańską zobaczyć, bo tej nie znał wcale.
Resztę dnia ledwie mógł spocząć Tołłoczko, tak go rozrywali panowie przy królu bawiący, ciekawi dowiedzieć się, jak stały sprawy od czasu ich wyjazdu. Szło głównie wszystkim o trybunał piotrkowski, który Potocki, wojewoda kijowski, tak samo miał opanować jak Radziwiłł wileński i jeden z Potockich już był na marszałka głosem powszechnym desygnowany. Tołłoczko i Żmigrodzki biesiadować musieli od rana do nocy, bo ich sobie z rąk do rąk podawano. W rotmistrza też, przy tak szczęśliwych wróżbach, wstąpiło męstwo, powróciła mu wesołość. Dość późno powrócił do gospody swej Pod Trębaczem za bramą i zasnął snem twardym. Żmigrodzki dużo później powróciwszy zabawił się tym jeszcze, iż go w najlepsze usypiającego póty wołał i potrząsał nim, aż go zbudził oświadczając, że chciał tylko wiedzieć, co mu się śniło.
Zasnął potem znowu Tołłoczko i przez pacholika trochę za późno rozbudzony ledwie miał czas się przyodziać, aby do kaplicy na mszę świętą pobiec do zamku.
Z wyznaczonego mu miejsca mógł się przypatrzeć królowi, który wszedł stąpając ciężko, bo zdawało się, że nogi miał obrzękłe. Twarz, choć łagodnie uśmiechnięta, nadzwyczajne wyrażała znużenie, w czasie nabożeństwa oczy mu się przymykały i zdawał się drzemać. Słuchał jednak i mszy, i modlitw po niej następujących klęcząc pobożnie i modląc się... dopiero gdy mu przyszło wstać do pocałowania pateny, ludzie pomagać i pod ręce go wziąć musieli, ale Zabiełło zwyczajem to tłumaczył.
Nie wiedzieć, z jakiej przyczyny rotmistrz, ciekawie się wpatrując w N. Pana, znalazł go smutnym i sam doznał przykrego wrażenia.
Zabiełło, który mu towarzyszył, a miał tego dnia służbę i pokój dla siebie na zamku, zaprowadził go z sobą.
Me spodziewał się Tołłoczko, aby dnia tego mógł dostać wiadomość pomyślną od Brühla, ale chciał pilnować się, aby czasu nie tracić. Zbliżenie się więc do osoby króla, do szambelana, który mógł mieć o podpisaniu papierów wiadomości, bardzo mu było na rękę. Zabiełło też śniadanko swe z królewskiej kuchni rad był podzielić z przyjacielem. Za orszakiem dosyć licznych dworaków, towarzyszących N. Panu udali się na zamek, w którym Brühl już na niego oczekiwał. Zabiełło odprowadził Tołłoczkę do pokoju. Kazał śniadanie rychło podawać, bo miał zawsze wilczy apetyt, a sam się poszedł stawić na chwilę na pokoje.
- Król przekąsi coś pewnie i siądzie z fajką słuchając, co mu Brühl na ten dzień przyniesie, a ja będę mógł do was powrócić.
Siadł tedy Tołłoczko u okna i przypatrując się ruchowi nader ożywionemu na podwórzach zamkowych spokojnie na przyjaciela oczekiwał.
Czasu trochę upłynęło, nim szambelan powrócił i zawołał o przekąskę.
- Króla widzieliście - spytał rotmistrz.
- A jakże! - Zagadnął mnie nawet o tym, iż słyszał o kilku ichmościach przybyłych z Polski, a jam mu was wymienił.
Rozśmiał się buńczuczny.
- Niewiele się z tego nauczył, bo mnie jako żywo nie zna, tak jak większej części swych wiernych poddanych. Jakże się dziś ma - dodał Tołłoczko.
- Zdrów, tylko nogi podobno w kaplicy przeziębił, a ma zasłużoną pedogrę w nich - odparł szambelan. - Pedogra dopóki w nogach, póty człowiek zdrów, gdy pomaszeruje do głowy i piersi, nie ma ratunku. Kazali mu się panowie doktorzy w łóżko położyć, aby się odgrzał. Siądzie potem do obiadu o swej porze i zje dobrze, bo na popis może wystąpić z apetytem. Je i pije co się zowie.
- Daj Boże na zdrowie! - wtrącił Tołłoczko. Niedługo zabawiwszy, Zabiełło wysunął się dla służby
a rotmistrz wygodnie sobie krzesło skórą obite, znalazłszy zanurzył się w nim i myślał o pannie Anieli.
Szambelana, który miał natychmiast wrócić, nie było pół godziny, upłynęła godzina, nie doczekał się go rotmistrz. Zbliżało się południe.
Aprehensji stąd jednak żadnej nie powziął Tołłoczko; sądził, że Zabiełłę służba przy królu zatrzymała lub chęć dowiedzenia się o czymś dla usłużenia jemu.
Jednakże w korytarzach jakaś bieganina, ruch żywy, głosy niecierpliwe, dające się słyszeć coraz częściej, wydały mu się podejrzanymi. Znajdował to czymś nadzwyczajnym, ale się uspokajał tym, że zwyczajnego życia nie znał. Wtem drzwi się rozwarły nagle i Zabiełło wpadł śpiesznie, ale jak ściana blady. Tołłoczko zerwał się z krzesła.
- Nieszczęście! - wykrzyknął wbiegając szambelan - nieszczęście! Królowi od tych nóg przeziębionych pono pedogra do góry postąpiła. Pełno już koło niego doktorów i cyrulików. Przed chwilą, gdym do ciebie przyszedł, nie było najmniejszego niebezpieczeństwa, a lękam się, aby za chwilę nie było już żadnej nadziei.
Rotmistrz ręce załamał i naiwnie wykrzyknął:
- A mój list na starostwo nie podpisany! To trzeba mojej doli! Ale możeż to być, co pan szambelan mówisz? Król wczoraj miał być zdrów jak ryba!
- Zdrów był jeszcze przed godziną, gdy mi się leżąc w łóżku uśmiechał. Szyję bym był dał, że do obiadu wstanie, a teraz gdy tu szedłem, ten łotr cyrulik Charon , zamruczał mi: „Co tu doktorów sprowadzać! Jemu ksiądz potrzebniejszy niż oni".
Zbladł Tołłoczko i jak by w niego grom uderzył, stał osłupiały. - Mój rotmistrzu - odezwał się do niego Zabiełło. - Mnie się zdaje, że ty tu nie masz co robić. Na zamku w tej izbie samemu siedzieć smutno ci będzie i niewygodnie. Powracaj do gospody, dam ci znać, co Pan Bóg na nas ześle. Nie taję jednak, że z tego, co słyszałem i widziałem, złe bardzo wróżby. Siódmego tego miesiąca mieliśmy jego sześćdziesiąte siódme urodziny obchodzić, daj Boże, aby ich dożył!
- Nieszczęśliwa ta dola moja! - zamruczał Tołłoczko - Ha! Dziej się wola Boża!
Schwycił za rękę Zabiełłę.
- Mój szambelanie - dodał - pozwól, żebym ja tu pozostał; prędzej się dowiem, co mnie czeka. Lecz, co tu mówić o sobie, kiedy nie wiadomo, co się z krajem stanie.
- Jeżeli chcesz - rzekł szambelan biorąc już za klamkę - zostań tu. Jesteś o kilka kroków od sypialni króla, co się stanie, dam ci znać. - To mówiąc wybiegł z wielkim pośpiechem.
Korytarz zamkowy pełen już był nadbiegających zewsząd członków królewskiej rodziny, duchowieństwa, urzędników, lekarzy.
Nikt nie zwracał uwagi na rotmistrza, który chcąc się lepiej przypatrzeć i przysłuchać, co się działo, pozostał przyparty do ściany na przesmyku, którędy biegli przestraszeni słudzy i dworacy. Na twarzach wchodzących i wychodzących czytać było można, jak położenie groźnym się stało.
Mówiono głośno. Lekarze na zapytanie o zdrowie króla odpowiadali otwarcie.
- Król żyć nie będzie, jest bardzo źle. Nikt z nas nie ma najmniejszej nadziei. Krew puszczą mu jeszcze.
Brühl, który w czasie zmiany zaszłej nagle w stanie zdrowia króla Augusta nie był na zamku, dopiero w godzinę może później przyniesiony został w lektyce.
Rotmistrz zobaczył go bezprzytomnego prawie, wpadającego na górę i przeciskającego się do sypialni, w której drzwiach natłok był służby i starszyzny dworskiej.
Wszechmogącego przed chwilą ministra popychano i jak by już upadek jego był przewidziany, nikt nie zważał na niego, nie odpowiadano mu na pytania natrętne. Chciał z przedpokoju przebojem dostać się do łoża chorego, ale gdy już jedną nogą stał na progu, drzwi gwałtownie z wnętrza zamknięto. Kapłan spowiednik wszedł z Przenajświętszym Sakramentem.
Cisza nastała wielka i oczekiwanie. U drzwi, w trwożnym niepokoju stała cała rodzina: elektorowa, córki królewskie, zbite w jednę grupę, jakby szukały w sobie opieki, szeptały płacząc. Obok nich z załamanymi rękami, zapłakany jak one, stał książę kurlandzki. Nieco opodal Chevalier de Saxe i książę Ksawery . Wszyscy porażeni tym ciosem, który się wydał śmiertelnym.
Ci, co króla w tym roku, szczególniej ku jesieni widywali, nie taili się z obawą. Doktorowie na zapytania odpowiadali ruszeniem ramion i mruczeniem niezrozumiałym. Sam humor króla od powrotu z Warszawy, zmieniony stan umysłu, niepokój, uskarżanie się na dolegliwości, napełniały trwogą.
Nie było dziwnym dla nikogo, że po wejściu spowiednika August pozostał z nim. zamknięty przez godzinę. Przez cały ten czas ci, co byli zgromadzeni w przedpokoju, nie śmiejąc się ruszyć pozostali w miejscu jak przykuci. Rodzina króla na przedzie stała odosobniona. Z niej ks. kurlandzki i córki najwięcej okazywały boleści. Brühl stał opodal nieco, nie śmiejąc się zbliżyć do rodziny, której znał uczucia dla siebie. Nie zachęcała go też obejściem się swoim, nikt nie spojrzał, nie przemówił do niego. Z urzędników też nikt się nie zbliżył. Pozostał odosobniony, opuszczony, jakby już skazany został i czekał tylko wyroku.
Jak ta w baśni postać tajemnicza, która się staje niewidoczną, tak on dla cisnących się i ocierających o niego już nie istniał. Twarz jego blada, nagle zestarzała, zwiędła, napiętnowana nieopisaną trwogą, kamieniała w oczach, gasło życie. Nie miał woli, nie miał może myśli, tak się mu one splątały, nie mógł się poruszyć. Oczekiwanie to nieme trwało do końca spowiedzi. Z wolna otwarły się drzwi, zabrzęczał dzwonek, niektórzy z przytomnych poklękali. Łkanie i płacz dały się słyszeć wśród kobiet.
Gdy towarzyszący kapłanowi usunęli się, na łożu dała się widzieć twarz sina, a przy niej najbliżej ks. kurlandzki, który przyklęknął. Król poruszać się nie mógł... szeptał coś tylko.
Zabiełło, szambelanowie sascy i polscy zbliżyli się sądząc, że ich usługa będzie potrzebną.
Z łona milczenia głos cichy się dał słyszeć.
- Kona...
Zawtórowały mu bolesne okrzyki niewiast. Elektorowa tylko stała, nie dając po sobie poznać wzruszenia. Ponad głowami przyklękających połyskiwała bladym światełkiem ogromna gromica, którą królowi trzymać pomagał ulubiony syn, ale wkrótce padła na ziemię. Król zmysły postradał.
Na okrzyk oznajmujący konanie rzucili się instynktowo lekarze, chcąc próbować przywołać go do życia. Szmer powstał pomiędzy nimi, opanowano już obumierającego, nacierając, potrząsając nim, oblewając woniami, próbując jeszcze krwi upuścić... ale w martwych już zwłokach iskierki życia nie było. .
Zaraz po otwarciu drzwi, za innymi, krokiem chwiejącym się, niepewnym, wsunął się Brühl.
Szedł jakby nie swoją popędzany siłą, z musu nie z własnej woli, oczy szklanne trzymając wlepione w coś dla drugich niewidzialnego. Zwróciły się potem mimowolnie na zwłoki króla, zatrzymały uwięzione na nich, stanął... Ale nikt nie poznawał w nim wczorajszego Brühla, minister umarł razem ze swym monarchą.
Scena boleści prawdziwej, rozdzierającej odegrywała się w grupie kobiet, których płacz przerywały krzyki. Królewny mdlały, słaniały się, padając na ręce otaczających je dworzan.
Zabiełło pierwszy pochwycił księżniczkę Kunegundę, inni dwaj pozostałe porwali na ręce i z pomocą towarzyszów wynieśli z pokoju. Książę kurlandzki leżał na ziemi u zwłok ojca i na głos zawodząc żałośnie płakał, a płaczowi jego towarzyszyła księży modlitwa. Jęki sióstr wyrwały mu z ust słowa łkaniem przerywane:
- Straciliśmy najlepszego ojca, godnego łez, pozostał nam sierotom tylko Ojciec nasz niebieski, łaskawszy i mocniejszy nad niego.
Nie tknął nikt jeszcze zwłok, gdy wśród szmeru modlitw rozpoczętych dał się słyszeć brzęk kluczów... Elektorowa blada, z wyrazem jakiegoś przestrachu na twarzy, w zastępstwie męża, który kaleką będąc ruszyć się nie mógł i nie był przy śmierci ojca, zamykała szuflady i szafy, wołała, aby jej znoszono klucze, rękami drżącymi zagarniała porozsypywane papiery przewidując, że coś by ukryć przed nią chciano.
Na widok tego gospodarstwa przy trupie nie ostygłym jeszcze, twarz ks. kurlandzkiego przybrała wyraz sromu i wstrętu. Wtem wzrok elektorowej padł na skamieniałego jeszcze Brühla, zatrzymała się, pytając oczyma, czego tu stał jeszcze, jak śmiał urągać się swoją przytomnością tym, co z jego więzów zostali oswobodzeni.
Z tłumu wysunęła się jakaś ręka koścista, pożółkłą skórą okryta i dotknęła ministra. Drgnął jakby elektryczną iskrą zbudzony, poruszył się, zakrył oczy dłońmi, ale iść nie mógł... Na znak dany przez elektorową jeden z szambelanów ujął go za ramię i wyprowadził.
Tołłoczko z dala całej tej tragedii się przypatrywał i trzeba mu oddać tę sprawiedliwość, zapomniał o sobie patrząc na nią.
Dopiero Zabiełło ks. Kunegundę oddawszy na ręce jej kobiet i powróciwszy nazad, bo sobie przypomniał rotmistrza, ściągnął go z tego miejsca, które zajął, niedobrze świadom tego, co czynił.
Tołłoczko odmówił Anioł Pański za duszę nieboszczyka i odszedł pogrążony w myślach smutnych.
- Nie mam ja tu już co robić - odezwał się do Zabiełły. - Trzeba spieszyć do domu, bo tam się gotują wielkie i straszne rzeczy. Kaptur będzie burzliwy, a kto przemoże na nim, ten króla da. Czartoryscy, ani chybi, uproszą sobie pomoc imperatorowej. Musimy swoich i przyjaciół naszych bronić interesów. Dziś mi nie o starostwie myśleć, które przepadło, ale o przyszłej elekcji.
- Ale ja też - odparł szambelan - muszę do swoich. W Dreźnie się moja służba skończyła. Pospieszę też za wami. Kiedy jechać myślicie?
- Dziś zaraz, w nocy lub najdalej jutro - zawołał rotmistrz.
- Widzieliście Brühla? - spytał Zabiełło. - Dziwię się, że przeżył tę chwilę... znienawidzony przez wszystkich może się spodziewać takiego bezprzykładnego upadku, jak była bezprzykładną jego dyktatura.
- Obwiniliby ojca, gdyby go prześladowali - rzekł Tołłoczko. - Weźmie truciznę - zawołał Zabiełło - i wszystko się skończy tym, że mu majętności skonfiskują. Żal mi syna, bo lepszym był od ojca.
Okrywszy się płaszczami oba, rozmawiając po cichu, usiłowali się wydostać z zamku. Tłum ludzi zapełniał podwórze, wschody i przyległą ulicę od strony kościoła, którego dzwony wszystkie głosiły już śmierć króla. Powozy, lektyki, konni, piesi przybywali i odpływali w różnych kierunkach. Niektórzy ze sług zmarłego płakali po kątach. W gromadkach na ulicy opowiadano sobie zmyślone śmierci szczegóły. Powszechny odgłos był, iż króla siedzącego u stołu apopleksja raziła.
Ciekawi jacyś szli i stawali naprzeciw pałacu Brühla, jak by się spodziewali, że go zobaczą wkrótce wiezionego na ten Königstein, w którym on więził nieprzyjaciół.
Brama pałacu stała zamknięta, straż jej nawet usunęła się wewnątrz, żywej duszy nie było w oknach, a zapuszczone firanki nic widzieć nie dozwalały.
Tołłoczko na próżno szukał sposobu jakiegoś przyśpieszenia pod Trębacza. Wszystkie powozy były przejmowane, wszystkie lektyki w ruchu.
W ulicach, miejscach pustych, gdzieniegdzie zbierały się gromadki i żywo rozprawiały, poruszając rękami. Z Zabiełłą rozstawszy się u wrót, rotmistrz musiał pieszo wyruszyć do gospody. Na drodze spotkał również przyśpieszającego Żmigrodzkiego.
- A cóż? - zawołał z dala, poznawszy go, towarzysz podróży - i ja i wy na próżnośmy do Drezna tak śpieszyli, przybyliśmy post factum i nie ma tu co robić.
- Ja dziś lub jutro do domu, na miłego Boga - zawołał Tołłoczko - tylem tylko zyskał, żem na moje oczy widział króla umierającego, a obrazu tego, póki życia nie zapomnę. A wy kiedy w drogę?
- Byle konie, choć natychmiast - odezwał się Żmigrodzki. - Na pogrzeb obowiązku nie mamy czekać, u nas będzie co robić, bo się bezkrólewie gotuje, jakiego dawno nie bywało.
- Tu się spodziewają pono kalekę nam dać na następcę po ojcu - rzekł rotmistrz. - Słyszałem o tym wczoraj.
- Mieliśmy dwóch i nie kaleków - przerwał Żmigrodzki - sądzę, że nam ich starczy. Do trzech razów sztuka. Niech sobie Sasi biorą kogo chcą, nam czas małżeństwo to zerwać, które za drogo kosztowało. Łaska Boża, iż nie potrafili nas w niewolników obrócić i na dziedziczne królestwo przerobić, czego im się chciało.
- Daj Boże, aby kto inny nie zastąpił ich w tym - rzekł Tołłoczko. - Myśmy w ciągu tych dwu panowań i zgnuśnieli, i ogłupieli. Czartoryscy się mieli czas przygotować, Prusy zmocnić, my osłabnąć. Niechże Bóg nas z opieki swej nie wypuszcza, aby owo sławne proroctwo Jana Kaźmierza, gdy składał koronę, nie ziściło się.
- Ty bo czarno widzisz wszystko - przerwał Żmigrodzki. - Wytrzeźwimy się my, gdy nam niebezpieczeństwo zagrozi. Wchodzili do gospody Pod Trębaczem, gdzie już przyniesiona wieść o królewskim zgonie taki ruch niespokojny wywołała, jak w mieście całym. Podróżni na gwałt konie zaprzęgać nakazywali. Gospodarz lamentował łzy ocierając fartuchem.
Popłoch jakiś, którego nikt sobie wytłumaczyć nie umiał rozpędzał wszystkich. Obawiano się nie wiedzieć czego. Niektórzy dopytywali się o Brühla, głosząc, że go miano wywieźć na Königstein, drudzy mówili o truciźnie, bo nie chciał przeżyć swojej władzy, inni głosili, że uciekł, jak się tylko o śmierci króla dowiedział.
Mrok szedł tymczasem i noc nadeszła, koni dostać nie było można. Ci, co je mieli, kazali sobie płacić za niepokój, jaki panował.
Tołłoczko dopiero nad ranem potrafił ściągnąć woźnicę z przedmieścia i razem ze Żmigrodzkim opuścili żałobne Drezno. Powróciwszy z wyprawy swej nieszczęśliwej, Tołłoczko rozchorował się naprzód z utrapienia, jakiego doświadczył.
Hetmanowa, która to sobie tłumaczyła obawą, aby się nie zerwało małżeństwo, chcąc pocieszyć rotmistrza posłała mu dać znać, ażeby się gotował stanąć do ślubu, gdyż ona wszystko bierze na siebie i dawszy słowo, dotrzyma go.
Rotmistrz po swojemu kochał pannę Anielę, podobała mu się jej młodość, nęcił go urok tego zaledwie rozkwitającego pączka, ale też i ów posag, i wioska nie były do pogardzenia. I one wchodziły w rachubę... A tu o posagu pod poduszką ani było myśleć można, a po najdłuższym życiu strażnikowej, kto wie, czy się co zostać miało, jeżeli wydziedziczyć chciała...
Jakże się tu żenić, dawszy słowo, że będzie kareta i cug i liberia. Zdawało mu się chwilami, że lepiej było odłożyć małżeństwo i choćby się nawet przyszło z niego wycofać.
„Taka jest moja dola" - mówił w duchu. - „Do każdego ewentu idę, a gdy już tylko rękę wyciągnąć, aby ująć, co człek pragnął, umyka mi gałąź i jabłko złote uchodzi do góry".
Wydobrzawszy nieco rotmistrz do Wysokiego pojechał, gdzie go hetman pilno powoływał, bo wszystko było w niezmiernym ruchu w całej Polsce, gdy nadeszła wiadomość o królewskiej śmierci. Właśnie się zabierano trybunał w Piotrkowie otwierać, który Czartoryscy swoim mieć chcieli, a Potocki, wojewoda kijowski, stawał przeciwko nim, gdy z Drezna goniec przywiózł żałobną wieść.
Czartoryscy, już nie myśląc o trybunale, ale o przyszłej elekcji, tejże nocy z miasta wyruszyli. Kanclerz i wojewoda kijowski, oba teraz nie o przewagę chwilową, ale o poprowadzenie przyszłej elekcji po swej myśli starać się i zabiegać poczęli. Co było więc ludzi obrotnych, mogących pozyskać dla niej siły, panowie powoływali do swego boku.
Przebąkiwano, że cesarzowa poprze, bodaj wojskiem, wybór swojego kandydata, którym być miał stolnik litewski lub jeden z Czartoryskich. Drudzy mówili o Potockim, wojewodzie kijowskim, o hetmanie Branickim, a na ostatek i saska dynastia łudziła się tym, że przyjaciół miała.
Hetman polny i księżna pani bardzo sobie życzyli na ten czas, gdy im zręczny sługa był potrzebnym, pozyskać Tołłoczkę. Hetmanowa dowodziła, iż strażnikównę mu dając, na wieki go sobie zobowiąże. Powołano więc go do Wysokiego, ale księżna myślała tylko o ślubie, a nie o tym, co do niego było potrzebnym.
Koiszewska się rozbroić nie dawała. Tołłoczko był w pieniężnych kłopotach. Księżna pomóc mu nie mogła, bo sama długi miała. Ze starostwem się nie powiodło... Co było począć. Cofnąć się, odkładać nie chciała, bojąc się, aby się z niej nie wyśmiewano.
Panna Aniela nudziła ją równie płaczem, jak wymaganiami. Nie mogła ona jeszcze pogodzić się z tą myślą, że ani wyprawy, ani posagu mieć nie będzie, a natomiast obietnice tylko. Siedząc w Wysokiem, mogła się przekonać najdowodniej, że księżna była skąpą i że nią być musiała, bo jej na występowanie świetne nie starczyło. Widząc się tak nieszczęśliwie zawikłaną i do Tołłoczki miała żal, i do siebie, i do matki, i do księżnej. Przychodziła do stołu z zapłakanymi oczyma, a gdy hetmanowa starała się ją pocieszać, z takimi się odzywała żądaniami, iż gniew w niej obudzała.
Nikt jednak z tych wszystkich osób, co nieszczęśliwe małżeństwo gotowały, nie chciał się wyrzec raz powziętej myśli. Tołłoczce panny żal było, księżna miała w tym punkt honoru, jak mówiła, Aniela chciała być rotmistrzową i jeździć karetą.
Kanonik w Białymstoku oczekiwał z daniem ślubu, rzecz była rozgłoszona. Księżna już tylko powtarzała: - Panu Bogu podziękuję, gdy się to raz skończy.
Przybywszy do Wysokiego, rotmistrz naprzód relację musiał zdać o śmierci króla, potem słuchać, co tu projektowano przeciwko Czartoryskim i ich kandydatowi się broniąc, na ostatek w nagrodę za wszystko, co ucierpiał, księżna mu oznajmiła, że do ślubu wszystko gotowe.
Musiał dziękować. - Na nieszczęście - dodała prędko - gdybym chciała waćpanu dopomóc i pannie, nie mogę. Czas kontraktowy się zbliża, wierzyciele niepoczciwi mnie cisną. Wiem, że waćpan byś darowizny ani wymagał, ani przyjął, ale bym pożyczką choć służyła... Cóż kiedy jestem jak turecka święta... Jesteś mężczyzną, masz przyjaciół, radź na razie, a potem i Koiszewska się udobrucha i starostwo się wyrobi.
Potrzeba było milczeć tylko i dziękować.
Panna Aniela, która zwykle wychodziła zaraz do salonu, gdy się o przybyciu rotmistrza dowiedziała, tym razem się nie pokazała, aż po nią posłano.
Zjawiła się wreszcie, ale z minką tak kwaśną, tak nadąsaną, zbywając czułego Tołłoczkę swoim chłodem, że nie wiedział, na którą stąpić nogę.
Hetmanowa widząc to pomiarkowała, że najlepiej ich zostawić samych... aby się rozmówić mogli. Wyszła do gabinetu. Rotmistrz przystąpił, chcąc rozmowę począć obojętną, panna nie dopuściła.
- Mówiłeś pan z hetmanową? - Tak jest - rzekł Tołłoczko - i zdaje mi się, że się cieszyć mogę, bo wszystko, co na przeszkodzie stawać mogło, usunięte.
- Wszystko? - ruszając ramionami niecierpliwie wykrzyknęła panna - ale ja nie widzę nic. Ja nie mam wyprawy! Księżna, to co mi ofiaruje, ledwie by jakiejś łowczance starczyło. Nie będę miała w czym się pokazać...
- Niech panna strażnikówna raczy to księżnie wytłumaczyć, że wyprawę trzeba całą robić nową, a więc na to i czasu pójdzie niemało. Będę się starał najgorliwiej, ażeby ona się pani podobała. Spodziewam się dostać pieniędzy, których na razie gotowych nie mam, moja siostra zajmie się wszystkim... ale - powtórzył - na to potrzeba czasu, dużo czasu. Wesele zatem musi być odłożone, a odkładane rzeczy - westchnął - nie zawsze dobre.
Zamilkł, panna usta zagryzła i zżymnęła się podrażniona. Zamilkli. - To coś nowego - zamruczała.
- Ale w tym nie moja wina - dodał Tołłoczko. - Jeżeli księżna tym się zniecierpliwi, wszystkiego wyrzecze i w tym wina będzie nie moja!
- A czyjaż? Moja może? - oburzyła się panna Aniela.
- Na miłość Boga! Niechże się pani nie gniewa - zawołał Tołłoczko - anim myślał, anim mówił, żeby to pani winą być miało.
- No, to czyjaż?
- Przepraszam, ale winna temu pani strażnikowa - dokończył rotmistrz.
Aniela oczy spuściła.
- Wyprawę moglibyśmy zrobić i po ślubie - dodał po , chwili - pani byś naówczas sama nią pokierować mogła
i choćby do Warszawy po nią pojechać.
- Wyprawa po ślubie, łyżka po obiedzie - rezolutnie odezwała się panna.
Tołłoczko czekał wyroku. Spojrzała na niego, stał jak winowajca czekający wyroku. - Prawdziwie, że głowę tracę! - zawołała Aniela.
- Ja, pani moja, już dawno jej nie mam - szepnął Tołłoczko.
- No, suponujmy - poczęła nagle strażnikówna - że wyprawę będziemy robić po weselu, chociaż to niesłychane, ale są rzeczy niezbędne, które ja do ślubu muszę mieć, na przykład futro, no i rogówka, bo ja panu rotmistrzowi mówiłam, że bez rogówki do ołtarza nie przystąpię.
- Ale mnie się zdaje, że księżna pani rogówkę na siebie wzięła.
- Tak coś pono jakby obietnicę czyniła, iż ją dostanie.
- Ja właśnie dwie, po pani Matuszewiczowej napytałem - rzekł rotmistrz - i ceny ich przywiozłem.
- Księżna znajduje, że są bardzo drogie - dodała panna Aniela.
- To już nie moja rzecz o tym sądzić, a nawet troszczyć się o to - pośpieszył objaśnić Tołłoczko. - Jak skoro księżna wzięła na siebie rogówkę, ja się jej ani tknę. Księżna by mi to miała za złe.
Aniela skrzywiła się i jakby sama do siebie odezwała się stanowczo:
- Ja to tylko wiem, że bez rogówki co się zowie nie pójdę do ślubu.
- Więc już tylko o nią idzie jednę? - podchwycił Tołłoczko.
Aniela skłoniła mu się i wyszła nie mówiąc słowa.
Rotmistrz od dawna ze dworem hetmanowej miał stosunki liczne, zapragnął przez nie się dowiedzieć, co w istocie księżna zamierzała względem tej nieszczęsnej rogówki i spróbować, czyby przez kogo na nią wpłynąć nie można. Do tych przyjaciółek Tołłoczki należała panna Lewandowska łowczanka bielska, która choć się nie pokazywała w Wysokiem i żyła w kątku, była u księżnej najlepiej położoną z całego fraucymeru. Zwała ją przyjaciółką.
Panna Lewandowska, gdyby nie wąsiki ciemne, które się jej wysypały przed laty kilkoma, byłaby jeszcze za wcale ładną uchodzić mogła brunetkę. Słusznego wzrostu, pięknie zbudowana, zdolności też miała niepospolite. Wyuczyła się z łatwością kilku języków. Pamięć miała doskonałą, a że wszystkiego była ciekawą, o wszystkim zawsze najlepiej była zawiadomioną.
Rotmistrz ujmował ją grzecznością, całował ją w rękę, czego drudzy nie domyślali się, nazywał ją łowczanką, gdy inni witali wprost: „jak się ma panna Lewandowska?" Był tedy w łaskach. Rotmistrz poszedł do niej po obiedzie i zastał przy kawie.
- A, witam pana! - zawołała z radością. - Słyszę, że byłeś przypadkiem przy śmierci króla, prawda to?
- Stałem przy drzwiach sypialni, w czasie gdy zaszła ta katastrofa - rzekł Tołłoczko.
Posypały się pytania, na które musiał odpowiadać badany i w końcu panna Lewandowska miała relację jak najdokładniejszą, którą by do gazety posłać mogła. - A panno łowczanko - w końcu dorzucił rotmistrz - ja do pani po ratunek... Co ze mną będzie?
- Przecież ślub zapewniony.
- Ale mi moja panna stawia warunki i wymagania - rzekł rotmistrz.
- Jakie?
- Ma słuszność, potrzebuje choćby futra na drogę do Białegostoku... i rogówki. Co do tej ostatniej, zapowiedziała mi, że się bez niej nie ruszy.
Lewandowska śmiała się, wziąwszy w boki.
- Słyszałam o tym, bo podobno wszystkim to powtarza.
- A pani hetmanowa? - zapytał Tołłoczko.
- Pani hetmanowa - zniżając głos poczęła łowczanka - tak już jest znudzoną, tak zniecierpliwioną, że się lękam, aby w końcu... nie porzuciła wszystkiego.
- A! pani! - wtrącił rotmistrz.
- Nie bój się pan - śmiejąc się dodała Lewandowska - na to poradzimy. Najgorsza rzecz, że nie wiedzieć, gdzie rogówek szukać. Ze swojej garderoby nie może pani żadnej dać, a...
- Dwie jest na sprzedaż po pułkownikowej Matuszewieżowej, ja sam je targować jeździłem.
- Ja o tym wiem przecie - dodała panna Lewandowska - ale ceny są niesłychane. Rogówki używane.
- Tak jak nowe, oglądałem je.
- Pan się na tym nie znasz, ja wiem nawet obu rogówek metryki - mówiła panna. - Rogówki są używane, a ceny szalone.
- Choćby przyszło jedną przepłacić - podszepnął rotmistrz.
- Niech Bóg uchowa! - krzyknęła Lewandowska. - Księżna nie cierpi, gdy ją chcą eksploatować. Nie da grosza złamanego nad wartość.
- Ja bym później dopłacił - rzekł Tołłoczko.
- Pan byś później dopłacił, a tu teraz zaraz trzeba zapłacić kilkadziesiąt dukatów... Księżna się zaklęła, że nie da tyle.
Załamał ręce Tołłoczko. - Cóż się stanie?
- Nie wiem, ale mogę zaręczyć, że ceny jakiej żądają, hetmanowa nie zapłaci.
- Choć płacz! - zawołał rotmistrz.
- Cóż tu płacz pomoże? - odezwała się Lewandowska. Po krótkim milczeniu pochyliła się poufale do ucha łow-
czanka.
- Nie pamiętam - rzekła - żeby księżna była kiedy, od bardzo dawna w takim jak dziś położeniu. Wydatki ma ogromne, drą ją na wszystkie strony, a tu nie wiedzieć skąd brać pieniędzy. U księcia w kasie pająki sieci snują. Księżna posyłała do swoich dóbr, odpowiedział Worzyński, że nie może dać nic, aż po Nowym Roku. Pożyczyć nie ma u kogo. Hetmanowa wszystkim się pozadłużała. Klejnotów na zastaw dać nie zechce za nic, a my monety kuć nie możemy.
- Rozstąp się ziemio - szepnął Tołłoczko, który miał znaczny zapas desperackich wyrażeń. - Żal mi waćpana bardzo - ciągnęła dalej Lewandowska - aleś sobie kupił sam taki kłopot, że o większy trudno. Gdybyż panna miała rozum, przepraszam, ale jej się zachciewa nie wiedzieć czego, a sądzi, że strażnikówna trocka...
Nie dokończyła przez wzgląd na biednego Tołłoczkę, który spuścił głowę i stękał. - Co ja tu zrobię? - rzekł. - Gdybyś panna łowczanka była łaskawa, starać się skłonić hetmanowe do nabycia tej rogówki.
- Widzę, że waćpan nie znasz naszej pani - odparła łowczanka. - Ma taką naturę, że gdy ją kto namawia na co, niezawodnie zrobi na przekór, po wtóre mówię waćpanu, że pieniędzy nie ma. Na ostatek powiada, że się nie chce dać obdzierać. Jeśli co jest do zrobienia - dodała panna - to chyba dostać inną rogówkę.
- Gdzie? Skąd? - zawołał rotmistrz. - To wprost niepodobieństwo!
Tołłoczko, tak był znękany, że łowczance żal go się zrobiło. - Nie desperuj - rzekła - księżna chce na swoim postawić przeciwko Koiszewskiej... więc jakoś się to złoży. Miej cierpliwość i trzymaj się w gotowości.
Tołłoczko ucałował jej ręce, zaklął na wszystko, poszedł.
U- hetmana rada była właśnie, do której go potrzebowano, wino stało na stole, wychylił spory kielich i trochę mu się lżej na sercu zrobiło. Kraj cały był w takim ruchu niespokojnym, obawie najścia wojsk imperatorowej, o których kanclerz mówił otwarcie, iż dla zapewnienia ładu i spokoju były potrzebne, tak się wydawała groźną z powodu prowiantów, których im trzeba było dostarczać, że w ciągu dnia godzina nie przeszła, żeby hetman albo odwiedzin nie miał, lub listu nie odebrał.
Hetmanowie wojska ściągali. Możniejsze domy dopełniały swe milicje. Zbrojono się jak do nadchodzącej wojny domowej. Z obu stron zawczasu sposobiono się do konfederacji. Przezorniejsi z góry już prorokowali, że Czartoryscy, poparci przez cesarzowę, wezmą górę i ich kandydat na tronie osiądzie. Oburzało to wojewodę kijowskiego i hetmana Branickiego, którzy też pewne na korony mieli widoki.
Jeżeli mógł ją posiąść Wiśniowiecki lub Sobieski, czemuż nie mieli oni!
Za kurfirstem saskim mało co albo nic nie przemawiało. Kalectwo jego zrażało, wspomnienie dwóch nieszczęśliwych panowań nie zachęcało do trzeciej próby. Nie było tajemnicą dla wielu, że August II z królem pruskim o rozerwanie Rzeczypospolitej się układał i chciał ją połączyć z Saksonią, jako państwo dziedziczne-
Dla silnego dotąd w Litwie domu radziwiłłowskiego, który i teraz miał zająć stanowisko przeciwko Czartoryskim, moment był stanowczy. Albo miał przyjść do znaczenia większego jeszcze dla pochwycenia władzy i przewagi na elekcji, albo... albo mógł zażec wojnę domową. Tu nie sił brakło, ani środków, ale głowy. Doradców miał Radziwiłł wielu, ale na pojęcie własne położenia zdobyć się nie mógł- To, co chwilowo pochlebiało jego dumie, chwytał, choćby przyszłości miało się stać szkodliwym. A na dobitkę w tym czasie, gdy najpotrzebniejsze było trzeźwe zapatrywanie się na wypadki, wojewoda biesiadował, bankietował i kraj zapełniał wesołą wrzawą. Poza nią nadchodzącej burzy nie słyszał.
Hetman, jaśniej widzący rzeczy, radził sobie, jak mógł. Do niego się zjeżdżano ze skargami, doniesieniami, z planami postępowania.
Tołłoczko przez cały wieczór tu pozostawszy o własnym frasunku zapomniał.
Hetmanowa miała też wiele do czynienia. Stolnik litewski,, którego imię już jako kandydata do tronu słyszeć się dawało, serce jej, a raczej głowę zajmował całą. Wydrzeć go wojewodzicowej mścisławskiej jakimikolwiek środkami, było na teraz najgłówniejszym zadaniem. Zdawało się jej, że może tego dokonać. Miała już pewne wskazówki, oznaki pewne, iż nie była mu całkiem obojętną.
Wojewodzicową mścisławską oczernić i zniechęcić ku niej bardzo było łatwo, gdyż nikt mniej nad nią nie dbał o dobrą sławę. Niepodobieństwem było, aby stolnik nie wiedział o tyra, o czym mówił świat cały. Sprawa więc panny Anieli i pana rotmistrza Tołłoczki schodziła na plan drugi. Przeciągnięcie odbierało jej urok. Gdy panna łowczanka Lewandowska spróbowała potem zagadnąć ją o to, ofuknęła się niecierpliwie.
- A dajcież wy mi pokój z tą strażnikówną! Już mi ona kością stoi w gardle. Żal tylko Tołłoczki, ale kto mu winien, że sobie miłość do niej uroił?
Lewandowska przeciągnąć o tym rozmowy nie śmiała.
Do obiadu przyszedł Tołłoczko, z miną obudzającą politowanie, milczący i smutny jak noc. Pokazała się panna Aniela dumna, kwaśna, milcząca także i ciągle to rumieniąca się, to bledniejąca. Me tknęła obiadu.
Hetmanowa zapytała ją, czy nie chora.
- Nie, ale apetytu nie mam. Ktoś zażartował, że odzyska go po powrocie z Białegostoku.
- A? - przerwał hetman usłyszawszy to. - Kiedyż jedziemy do hetmana?
Księżna chwileczkę się zadumała.
- W początku przyszłego tygodnia - była odpowiedź.
- Ja także towarzyszyć będę - dokończył Sapieha. Panna Aniela słuchała i musiała liczyć dni. Była to sobota,
a początek tygodnia, z ekskluzją poniedziałku jako dnia do podróży feralnego, przypadał we wtorek. „Ciekawam" pomyślała, „skąd tak rychło wezmą rogówkę". Może i Tołłoczce przyszło toż samo na myśl, oczyma strzelił ku pannie, ale się z jej wejrzeniem nie spotkał. Trzymała oczy wlepione w tulipan żółty, odmalowany na talerzu saskiej porcelany, który stał przed nią..
Przez cały ten dzień strażnikówna czuła się straszliwie zapomnianą, opuszczoną, nikt się do niej nie zbliżył, nie zagadnął o nic, nie zajmował jej losem. Rotmistrza po obiedzie zabrał hetman z sobą. W niedzielę na sumę wszyscy jechali do kościoła. Koiszewska przybywała tu zwykle także, a od czasu zajścia z księżną tym gorliwiej, aby się ludziom nie zdawało, że się jej boi albo unika. Siedziała w jednej z pierwszych ławek i nie chciała widzieć ani księżnej, ani córki, bo oczyma manewrowała tak, aby się z nimi nie spotkać. Właśnie tej niedzieli ksiądz dziekan wychodził ze święconą wodą, pobożnych pokropić i pobłogosławić, gdy Koiszewska swe miejsce zajęła.
Panna Aniela, która też niby nie patrzyła na matkę, zobaczyła nie tylko ją w bardzo pięknej szubce sobolowej, o której wiedziała, że dla niej niegdyś była przeznaczoną, ale przy niej małą Skrzyńską tak wystrojoną, przybraną w atłasy, w kuny, w czapeczkę złocistymi sznurkami naszywaną, że wszystkich oczy pięknością swą i smakiem, z jakim ubraną była, zwracała.
Zazdrość serce jej ścisnęła, łzy piekące zakręciły się w oczach. Ona nie miała nawet mizernej rogówki - księżna, która tyle jej obiecywała, znajdowała za drogą tę, którą stręczono.
Jeżeli tak mały wydatek ją zrażał, jakichże się dobrodziejstw spodziewać było można?
Myśli te i z nimi pokrewne tak oprymowały pannę, że ani się spostrzegła, gdy prześpiewano suplikacje i dwór cały począł wychodzić, zabierając się do powozów, aby na zamek powrócić.
Przechodząc rzuciła okiem ku ławce matki, ale ta już była próżną. Strażnikowa wyszła wcześniej.
Gniewna i nadąsana ciągle panna Aniela, przez cały dzień tak unikała Tołłoczki, że mu z sobą mówić nie dała i bardzo wcześnie wróciła do swego pokoiku.
Tu się jej na łzy zebrało, a w sercu towarzyszył im gniew ku wszystkim taki, iż się uspokoić nie mogła.
Z rozmowy przy stole i z tego co mówiła służba dowiedziała się, że wyjazd do Białegostoku naznaczony był na wtorek. Zostawał tylko poniedziałek, a o rogówce mowy nie było.
Tego już było zanadto! Nad rankiem, nie mogąc zasnąć, panna Aniela usiadła na łóżku, podparła się na łokciu, otarła oczy, dumała długo, zmarszczyła brwi groźnie... i powziąwszy jakieś postanowienie nagle rzuciła się na poduszki. Sen, jakby na to czekał, powieki jej zamknął i nie obudziła się już, aż na śniadanie wołać poczęto. Ubrała się z pośpiechem wielkim i zbiegła na dół do salki, w której się hetmanową spotkać spodziewała. W istocie siedziała ona tu jeszcze po wypiciu czekolady, dając rozkazy do jutrzejszej podróży, ale do. Anieli wcale się nie zwróciła nawet.
Strażnikówna ledwie w swej kawie umoczywszy usta, czekała. Jak by umyślnie porozchodzili się wszyscy... pozostały same.
Księżna się obejrzała dokoła.
- Toaleta dla waćpanny gotowa - rzekła - oglądałam ją sama, jest bardzo ładna i gustowna. - Bardzo za nią dziękuję księżnie pani - odezwała się z odwagą wielką panna Aniela - ale się ośmielam spytać, co będzie z rogówką? Ja bez niej do ślubu nie stanę!
Posłyszawszy wspomnienie o rogówce księżna się porwała, jak by ją co ukąsiło.
- Nie potrzeba rogówki do ślubu! - zawołała. - Zresztą w Białymstoku ja się postaram o pożyczenie u hetmanowej, a żebym miała tę fantazję waćpanny przepłacać, nigdy w świecie, nigdy!
Słowa te wymówiła żywo i nie czekając na odpowiedź zaczęła iść ku drzwiom. Strażnikówna stała tak zbladła, iż zdawało się, że padnie... ale w oczach jej czarnych zapłonął ogień; połyskiwały czerwonym blaskiem.
- To ostatnie słowo pani hetmanowej? - odezwała się podniesionym głosem.
- Ja nie mam ostatniego, bo zawsze mam tylko jedno - odparła dumnie Sapieżyna i wyszła.
W salce nie było nikogo. Zatrzymała się nieco jeszcze strażnikówna, zebrała całe swe męstwo i krokiem powolnym, ale pewnym wyszła wprost do swego mieszkania. Tu stanęła, namyślając się raz jeszcze, potrząsnęła głową i na powrót opuściwszy swoję izdebkę udała się do mieszkania panny Lewandowskiej.
Wiadomo było, że kto miał coś do żądania od księżnej lub chciał jej co donieść w godzinach, gdy nie była przystępną, czynił to za pośrednictwem panny Lewandowskiej. Wchodzącą zobaczywszy łowczanka tak zmienioną, iż się czegoś strasznego dowiedzieć spodziewała, wstała na jej przywitanie.
- Co pannie strażnikównie? Chora jesteś? - zapytała śpiesznie.
- Nie - zaczęła panna Aniela - proszę tylko mnie posłuchać. Widzę, że jestem wielkim ciężarem dla pani hetmanowej. Jutro mamy wyjeżdżać do Białegostoku, mnie braknie wielu rzeczy, bez których w Białymstoku wstyd by mi się pokazać było. Widzę, że najmniejszy wydatek jest pani hetmanowej dla mnie trudnym. Nie mam łaski. Z tych wszystkich pobudek, prosiłabym pani, abyś ode mnie oświadczyła, że ja nie jadę do Białegostoku, ale powracam do matki. Gotowam jechać choć natychmiast.
Panna Lewandowska słuchała zdumiona i wysłuchawszy do końca, zamruczała:
- Muszę uprzedzić pannę strażnikównę, że gdy się o tym raz dowie pani hetmanowa, wszystko skończone, już odmienić się to nie da.
- Ja też wcale zmieniać postanowienia nie myślę i pakuję się do drogi.
Powiedziawszy to dygnęła z lekka i wyszła, drzwiami rzucając za sobą.
Panna Lewandowska jak stała, choć poczęła była włosy rozplątywać, narzuciła tylko chustkę na nie i pobiegła do hetmanowej.
Księżna siedziała w fotelu, papiery mając przed sobą, a w progu faktora Chaimka, eleganta w nowiuteńkiej jarmułce. Zobaczywszy wpadającą tak obcesowo Lewandowska, zmarszczyła się. - Pilny, bardzo pilny interes! - zawołała łowczanka. - Chaimek pochodzi po korytarzu.
Faktor czym prędzej zniknął za drzwiami.
- Panna Aniela tylko co wyszła ode mnie - poczęła Lewandowska. - Prosiła, abym oświadczyła księżnie, iż nie jedzie do Białegostoku, ale prosi o konie i powraca do matki.
Księżna się tak mało spodziewała czegoś podobnego, iż zrazu zdawała się nie rozumieć.
- Słowo daję, wraca do matki - powtórzyła łowczanka.
Gniew przebiegł po twarzy pięknej pani, usta już rozpoczynały coś bełkotać bez namysłu, ale po małej rozwadze krzyknęła podniesionym głosem:
- Bardzo dobrze, niech ją sobie wywiozą. Rada jestem, że się zbędę tego ciężaru z głowy. Powiedz, dysponuj, niech ją fornal który na sanie wsadzi i uwolni mnie od tej nieprzyjemnej załogi. Proszę cię, poślij po Tołłoczkę. Księżna, chociaż zaręczała, że rada jest pozbyć się tego ciężaru, przez czas jakiś siedziała pomięszana, nie powołała nawet Chaimka, który marznął w korytarzu.
Lewandowska tymczasem dwóch lokajów wyprawiła w dwa przeciwne końce po Tołłoczkę, spodziewając się, że jeden z nich go gdzieś wyszuka.
Me była to rzecz trudna, bo rotmistrz z innymi dworzanami i wojskowymi siedział jeszcze przy śniadaniu.
Na dany mu ordynans, którego tu wszyscy pilniej słuchali niż rozkazów samego hetmana, chwycił za czapkę i ruszył do pałacu.
Księżna stała w rannym szlafroczku, bardzo jej do twarzy będącym, widocznie podrażniona i niecierpliwa.
- Wiesz waćpan nowinę? - zapytała żartobliwie niby, ale w głosie mając gniew stłumiony.
- Nie wiem, M. Księżno.
- Panna strażnikówna trocka, rozmyśliwszy się dopiero teraz, osieraca nas i powraca do matki.
Klasnęła w ręce ze śmiechem. - Nieprawdaż, że nowina nad nowinami!
- Ale jakże to może być? - pytał jakby odurzony rotmistrz.
- Jest, jak waćpanu powiadani, powraca do matki! Zamyślił się głęboko Tołłoczko. Wielkiego żalu po nim
znać nie było, owszem oddychał jakoś swobodniej. Szło mu o to tylko, jak wypadało postąpić. Westchnął z głębokości swych szerokich piersi.
- Muszę pójść dowiedzieć się - rzekł cicho i nieśmiało.
- I pożegnać - dodała hetmanowa - bo to pewna, że gdy odjedzie raz, ja po nią więcej nie poślę.
Usiadła księżna, a Tołłoczko pobiegł do znanego mu dobrze mieszkania strażnikównej. Drzwi stały na pół otwarte. Panna Aniela chodziła żywo po pokoju; słysząc kroki odwróciła się. Tołłoczko witał ją ukłonem.
- Czyż to może być - wyjąknął powoli - co mi pani hetmanowa oznajmiła... - Że ja powracam do matki? - przerwała panna Aniela. - Tak jest. Jeżeli mi waćpan chcesz wyświadczyć grzeczność, proszę się o konie wystarać... Sądzę, że to przyjdzie łatwiej niż kupienie rogówki.
To mówiąc ukłoniła się szydersko, a uniżenie.
- Panno strażnikówno - zawołał żalem jakimś przejęty po niewczasie rotmistrz - niech się pode mną ziemia zapadnie, jeżelim ja w tym co zawinił.
- Ja pana nie obwiniam ani w ogóle nikogo - odparła panna. - Nie mamy się o co spierać, nie mamy mówić o czym, ja wyjeżdżam... i żałuję tylko, żem tego wcześniej nie zrobiła... Żegnam pana!
Rotmistrz sprobował raz jeszcze się tłumaczyć, panna powtórzyła:
- Żegnam pana... Wyszedł więc zrozpaczony.
Nagłe to postanowienie panny Anieli, gniew hetmanowej, desperacja Tołłoczki, wszystko, czego ukryć nie było podobna, piorunem poszło z ust do ust, a że w Wysokiem próżniaków było dosyć, którzy na przeżuwaniu plotek czas trawili, posypały się komentarze, złośliwe sądy i przekąsy.
Panna Lewandowska, stateczniejsza niż inni, chociaż odebrała rozkaz, aby fornal wywiózł pannę do matki, jakby mierzwę na pole, nie myślała tego w gniewie rzuconego wyroku spełnić. Byłoby to przeciwko hetmanostwu oburzyło całą szlachtę. Panny Anieli, która z ufnością oddała się księżnie, poświęcając jej matkę, nie godziło się tak zbywać pogardliwie.
Widziała, gdy rotmistrz wbiegł do strażnikównej i jak odprawiony krótko, trzymając się za głowę odchodził zdesperowany. Pospieszyła naprzeciwko niego, dając mu znaki. Tołłoczko podszedł.
- Wiesz pan rotmistrz, na czym się skończyło? - spytała.
- Wiem, na rogówce! - zawołał żałośnie Tołłoczko. - Wiem. - Wszystko to przez waćpana amory, panie rotmistrzu - mówiła dalej Lewandowska.
Chciał się tłumaczyć, nie dała mu przyjść do słowa.
- Księżna pannę wprost na furze wywieźć kazała do matki - ciągnęła łowczanka - ale to się tak powiedziało w gniewie, obowiązkiem jest waćpana, aby choć przyzwoicie się stąd dostała do matki, aby ją kto odprowadził.
- Ale któż? Ale jak? - począł jąkać się rotmistrz, co ja tu poradzę.
- Nie wiem, co poradzisz - odparła Lewandowska - ale to wiem, żeś radzić powinien.
I widząc Tołłoczkę bezprzytomnego prawie, trącego sobie czuprynę i łamiącego ręce na przemiany, spytała:
- Jest kto u hetmana?
- Jak to, czy jest? - zawołał Tołłoczko. - Ścisk jak na kiermaszu, wrzawa!
- Któż tam jest? Może się z przyjaciół strażnikowej znajdzie kto, co by córką się zajął:
Nie odpowiadając na pytanie, rotmistrz wykrzyknął tylko... Pocałował ją w rękę i puścił się do hetmana. Tu w istocie narady były bardzo burzliwe o kapturach,
O elekcji, o ludziach, którzy w tych ciężkich czasach na czele powiatów stawać mieli. Nie około hetmana, ale około słynnego w owych czasach, czynnego i przebiegłego Marcina Matuszewicza, gromadziło się to koło improwizowane. Był to brat pułkownika, którego rogówka, drogo oceniona, taką to wywołała burzę.
Pan Marcin był z dawna przyjacielem domu strażnikostwa, tak jak niezliczonych innych rodzin, którym rozumem
i stosunkami służył.
Tołłoczko z największą trudnością wydobył go zza stołu, zaparł do kąta i gorąco, ale zwięźle opowiedział mu wypadek cały.
Ażeby się ująć za sposponowaną strażnikówną Matuszewicz nie potrzebował zachęty ani prośby. Posłyszawszy, jak stały rzeczy, skoczył szukając czapki. Nie miał on nabożeństwa do księżnej i może mu na rękę było z nią się rozprawić. Pobiegł do niej.
Hetmanowa, która jeszcze gniewu nie wydychała, domyśliwszy się, o co szło, przyjąć go nie chciała. Począł tak hałasować w przedpokoju, że mu drzwi otworzyć musiano.
Z Matuszewiczem sprawę od razu za przegraną było można uważać.
- Przychodzę do W. K. Mości - odezwał się - w interesie mojej przyjaciółki, pani strażnikowej, która córkę swą powierzyła opiece W. K. Mości. Co zaszło, w to nie wchodzę, ale szlacheckiego dziecka tak na furce z parobczakiem do domu odesłać nie godzi się. W. K. Mość masz zapewne więcej przyjaciół niż sobie niechętnych, ale ich sobie przyczynić w tej chwili nie byłoby politycznym.
- Karetę jej mam dać? - podchwyciła księżna złośliwie.
- Nie byłoby to nic nadto od pani hetmanowej i księżnej Sapieżynej - rzekł Matuszewicz - ale panna Aniela nie potrzebuje ani karety, ani wozu, bo ja mam z sobą landarę, którą ją zabiorę, a pod rzeczy furę najmę. Przyszedłem tylko o tym oznajmić W. Ks. Mości.
Zmięszana mocno, stała księżna pierścionki przesuwając na palcach.
- A jeżeli książę hetman czasu tych zawikłań teraz, za sobą mieć nie będzie szlachty - dodał - czego się lękam, niech księżna tego nie przypisuje czemu innemu, tylko, tylko...
- Rogówce brata waćpana - przerwała pogardliwie hetmanowa.
- Tak jest - zakończył Matuszewicz. - Kupi ją teraz Koiszewska na pamiątkę ocalenia córki, bo to prawdziwy cud, że się i panna, i posag nie dostały staremu, poczciwemu Tołłoczce, któremu nie żony potrzeba, ale pieniędzy i ciepłego pieca, za którym by siedział.
Matuszewicz dobył śpiesznie zegarka, popatrzył nań i pokłon złożywszy, cofnął się ku drzwiom, a księżna się na odpowiedź mu nie zebrała. Smutno było w Kuźnicy u pani strażnikowej trockiej od czasu, gdy ją córka niewdzięczna opuściła dla księżnej hetmanowej. Żywa zawsze, czynna, odważna Koiszewska, chodziła teraz tak w myślach pogrążona, że panna Szklarska, która przez miłosierdzie siedziała przy niej, nie mając odwagi opuścić samą, często po trzy i więcej razy musiała jej o coś pytać, nim się dowiedziała odpowiedzi. Zabawiała ją, jak mogła i umiała, sprowadzała gości, wymyślała nabożeństwa, tworzyła plotki, mogące odwrócić jej myśli od córki, nic to wszystko nie pomagało.
Czasami Koiszewska próbowała się do małej Skrzyńskiej przywiązać, brała ją na kolana, pieściła, sadzała przy sobie, ale to obce dziecko, zamiast przynieść jej pociechę, ściągało wspomnienie o Anielce, gdy dzieckiem była.
Szklarska w końcu powiedziała sobie, że na choroby wielkie i lekarstw silnych potrzeba. Wpływ namaszczonego słowa zdawał się jej jedynym, mogącym tę krwawą zagoić ranę.
Żył naówczas niedaleko od Białegostoku, w klasztorze mnich z pobożności i życia ascetycznego znany, o' którym cuda opowiadano. Jedni go za świętego mieli, drudzy za kacerza , to tylko pewna, że staruszek miał dar słowa porywający, władzę nad sercami ludzkimi, którą Bóg tylko obdarza wybranych. Żył starzec ten na świecie, ale oderwany od niego, nie szacując wcale tego, co świat cenił najwyżej, w ludziach widział tylko ludzi, a pastucha stawiając na równi z najdostojniejszymi dygnitarzami Rzeczypospolitej. Obawiano się go, bo na nic względu nie miał, a prawda z ust płynęła mu nigdy niczym nie osładzana. Ale dla biednych, cierpiących, utrapionych i łzawych, słowo pociechy wychodzące z jego serca było balsamem. Umiał pocieszać, a położywszy często ręce, gdy nieszczęśliwego pobłogosławił, leczył go cudownie. Mówiono o przykładach takich, iż ci, co szli do niego oszaleli rozpaczą, wracali z wesołym uśmiechem rezygnacji. Prostaczkowie zarówno i ci, co się mądrością chwalili, korzyli się przed nim i kraj szaty całowali z wdzięcznością. Szklarska miała to szczęście, że go znała i że dla niej był względnym. Przyszła jej myśl trochę dziwna, szukać ratunku dla strażnikowej u starego pobożnego mnicha. Pojechała do klasztoru, z wielką trudnością dostała się do celi, za pozwoleniem przełożonego, i znalazła zatopionego w czytaniu świętego Bernarda.
Popatrzył na nią chwilę.
- Cóż cię to tu, moje dziecko, do mojej celi ściągnęło? - zapytał. - Nie prosta ciekawość pewnie ani tęsknota po mnie. Boli cię co?
- Mój ojcze - odparła żywo Szklarska - dla siebie bym was nie trudziła, bo się nie godzi świętych ludzi niepokoić dla lada dolegliwości, ale posłuchajcie mnie, ojcze.
I Szklarska poczęła mu opowiadać historię Koiszewskiej i jej dziecięcia. Stary słuchał, czasami tylko poruszając z lekka ramionami lub w górę podnosząc oczy.
- Czegoż ty chcesz ode mnie? - rzekł - czas tę ranę uleczy. Smutne to, zaprawdę, żeśmy dożyli tego, iż ostatni węzeł, co trzymał rodzinę, miłość dla rodziców, poszanowanie ich, potargane zostały. Ale wie Bóg, dlaczego przechodzimy próbę wielką.
-Mój ojcze, mój ojcze - całując rękę jego dodała Szklarska - wy byście ten ból mojej poczciwej przyjaciółki jednym słowem uleczyć mogli, bo twe słowo cuda sprawia.
- Milcz! - zawołał mnich. - Nie moje słowo, ale moc Boża czyni cuda. W niegodnym naczyniu Bóg często łaskę swą mieści.
- Ojcze, uczyń łaskę - rzucając mu się do nóg dokończyła Szklarska - pojedź do niej ze mną. Zgrom, ją, pociesz, ulecz, niech o dziecku niewdzięcznym zapomni. Ma na wychowaniu pokrewną dziewuszkę, do niej się przywiąże, zastąpi jej córkę.
Mnich spojrzał na nią z góry.
- Jakże z twego słowa czuć, żeś ty ani serca matki, ani dziecka nie miała. Cóż może straconą miłość zastąpić?
Klęczała u nóg mnicha Szklarska, poszła potem do przełożonego, wróciła do niego, błagała, aż na koniec jechać jej przyrzekł.
Nazajutrz na prostym wozie, z różańcem w ręku, starzec jechał do Kuźnicy. Wiedziano tam już, jakiego Bóg miał dać gościa. Czekała na ganku strażnikowa. Wprost tedy z wozu poszedł z nią i z domownikami przed obraz N. Panny dla odmówienia modlitwy i litanii.
Siedli potem dokoła starca, słuchając natchnionego słowa jego. Miał łzy w oczach i drżały mu ręce, zdawał się duchem gdzieś błądzić daleko. Do Koiszewskiej nie mówił o niej, nie starał się jej pocieszać, przecież słowa jego, na pozór obojętne, spokój sprowadzały i dusza znękana czerpała w nich ochłodę i siły.
- Płyną łzy wasze - mówił - i cierpią serca, i trwożą się dusze, boś przyszedł czas, gdy narody całe, jak Chrystusa na górze Oliwnej, ogarnia trwoga wielka, albowiem nadchodzi godzina próby i męczeństwa.
Patrzcie na te znaki czasu! Oto rodzice się wyrzekają dzieci, a dzieci wyłamują spod błogosławionej władzy tych, co im dali życie. Na nasze suknie plwają ci, co nas nie znają... walą się kościoły... a podnoszą pod niebiosa domy rozpusty, pałace i domy tego rozumu i nauki, która pokory pozbawiona, ślepa, wkrótce tylko siebie znać będzie... choć jej starsze siostrzyce wszystkie równie mądre, dziś prochem i śmieciem leżą w mogile.
Płaczcie, bo łzy te zdrowe są, a kto płacze, ten nie bluźni...
Co znaczy strata jednego, choćby najdroższą perłę utracił, gdy tu cała ludzkość ewangelię straciła, którą im przyniósł Chrystus... Jesteśmy jak Izraelici na puszczy, modlimy się znowu złotemu cielcowi i cielcom żywym w purpurę poodziewanym.
Wyście stracili córkę?... A ludzie na długie wieki stracili światło i chodzić będą w ciemnościach, stracili wodzów, rozpędzili kapłanów i zaprowadzili równość między sobą, nie żeby siebie podnieśli, ale żeby wysoko stojących poniżyli, a pod pozorem swobody, ogłosili swawolę królową i ustanowili prawa, gdy najświętsze Boże z serc swych wygnali.
Mówicie, że córka odeszła od was dla wielkiej pani, co się jej losem zająć przyrzekła... a nie czuła tego, że ta, co dziecię matce wydziera, nic dobrego uczynić nie może, bo nie ma serca.
Wielkości nasze stały się wzorami zepsucia, wodzowie prowadzą do przepaści... Ubogi tłum łaknie bogactw, co trują, i jutro łupieżą się ich dopomni... Znaki to straszne na ziemi... a nim te kwiaty rozwinęły się, jakaś zgnilizna musiała do wykarmienia ich zbierać się wiekami.
- Płaczesz moje dziecko - mówił obracając się do strażnikowej - ależ my wszyscy we łzach tonąć powinni, bo to, co się stało z wami, jutro spotka wszystkich i nie zechce nikt szanować ani siwego włosa, ani rozumu, ani cnoty, ani potęgi ducha, czerpanej z Boga i powiedzą, że równi są wszyscy... Po cóż posłuszeństwo, gdy nie ma już poszanowania żadnej władzy i gdy nie ma Boga. Na nasz ten kraj powódź grzechu spłynęła z gór, z dala, zza granic naszych spokojnych. Wielkie wody muł i kał niosą zawsze... ale na nich potem wzejdzie nowe ziarno Boże. Bóg cierpliwy jest, bo jest wiecznym.
Strażnikowa słuchała i płakała, ale na sercu jej lżej było; przynajmniej dziecię jej nie było jedynym potworem, ale biedną słabą istotą, którą prądy porwały. Zdawał się mówić rzeczy niezrozumiałe dla prostaczków, ale mocą jakąś jego słowa otwierały głowy i serca, prawda wchodziła w nie. Wśród tych przerywanych narzekań proroczych uciszyło się, wiatr jakiś powiał w podwórcach, stary mnich głos zniżył, umilkł. Czekał na coś...
Szklarska pierwsza posłyszała turkot powozu i głosy w ganku... Ona i strażnikowa domyślały się jakiegoś gościa i strwożyły lękając się, aby nie przerwali mnichowi jego namaszczonego nawracania i nie zamknęli mu ust.
Me miała czasu wstać, aby zapobiec najściu natrętnemu Szklarska, gdy drzwi otwarły się szeroko i poważny Matuszewicz ukazał się w nich, za rękę prowadząc Anielę.
Na widok jej Koiszewska krzyknęła, porwała się, jak by uciekać chciała, i nie miała siły się ruszyć, a strażnikówna tymczasem przypadła do jej kolan i objąwszy je, łkać i płakać poczęła.
Koiszewska, która chciała odepchnąć niewdzięczną, spojrzała na starego mnicha. Modlił się, ręce złożywszy. I jej ręce się rozłożyły i wyciągnęły ku dziecku.
Pochwyciła ją za głowę, namiętnymi okrywając pocałunkami.
Starzec błogosławił, powstawszy.
- Wraca owieczka zbłąkana do zagrody - zawołał - niech się otworzą wrota i serca. Przebaczcie jej, jako chcecie, aby wam Bóg przebaczył.
Matuszewicz, pobożny bardzo, dopiero zobaczywszy mnicha, którego czcił od dawna, rzucił się do rąk jego, całując je.
- Ojcze! was tu chyba łaska Boża na ten dzień i godzinę nam zesłała... Nakażcież zgodę i zapomnienie winy.
Starzec nieco się cofnął przed natarczywością swojego wielbiciela.
- Piękne słowa wasze - rzekł z goryczą - nie zbywa na wymowie wam ani na przenikliwym wzroku, gdy w cudzą duszę patrzycie. Zajrzyjcież we własną.
Któż to te dzieci nieposłuszne stworzył, jeśli nie kłótliwy żywot wasz, nie chciwość wszystkiego, co znikome, a zapomnienie o tym, co wieczne? Któż ojcem rozpusty, jeżeli nie ci wasi elektowie, których dwory stały otwarte jak szynkarnie, aby naród rozpojony rozum utracił? Mieliście cnotliwego Leszczyńskiego i pchnęliście go na wygnanie, bo wam smakowała bezmyślna rozpusta. W kraju ludzie polowali na ludzi.
- Ojcze - przerwał obrażony Matuszewicz - nie myśmy to poczęli...
- Aleście wy dokończyli - rzekł starzec - a teraz gdy wstrzymać zechcecie zepsucie i pożądacie ładu, i zapragniecie pokoju, miłości i zgody... nie znajdziecie ich.
Wtem nagle wstrzymał się starzec, siadł, podparł na ręku i w piersi uderzył.
- Wina moja - rzekł - nie prorokujmy złego, Bóg wielki i miłosierny. Oto widzimy przykład... zesłał pociechę sercu matki.
To mówiąc wstał, wyprostował się, oczy podniósł ku niebu, począł się modlić po cichu..., i błogosławił, rękę zwracając ponad głowy i zatrzymując ją, jak gdyby z niej płynęła odżywiająca moc, gdzie jej więcej było potrzeba.
Wszystko potem w jakimś błogim uspokojeniu przetrwało czas długi... nie śmiejąc ni ust otworzyć, ni oczów podnieść, a gdy gospodyni wreszcie wsparta na ramieniu córki chciała się poruszyć, aby pójść starcowi dziękować, bo jego modlitwie swe szczęście przypisywała, krzyknęła przestraszona - mnicha już między nimi nie było.
Z kijem w ręku szedł nazad do swego klasztoru.