Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXXIII
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Przechadzka po wyspie. Okropny widok. Zamiary zemsty. Zasadzka. Próżne oczekiwania. Zmiana zamysłów. Sen proroczy.
Doznane niebezpieczeństwo na długo pozbawiło mnie chętki do żeglowania. Niepokoiłem się bardzo, że łódź wraz z zapasami zostaje na drugim końcu wyspy, ale jakim sposobem sprowadzić ją stamtąd? Sama myśl o tym już mnie dreszczem przejmowała. Chcąc ją bowiem przeciągnąć pod zamek, trzeba było koniecznie przedrzeć się przez prąd, który mnie tak daleko zaniósł na morze. Byłbym szalony, gdybym się miał znowu na niebezpieczeństwo narażać, a tak łódź, kosztująca mnie czternaście miesięcy pracy, była teraz zupełnie nieużyteczna.
Po dłuższym zastanowieniu, zrzekłem się myśli porzucenia wyspy. Nieudana żegluga i przestrach, jakiegom doznał, podniosły w mych oczach niezmiernie jej wartość. Wprawdzie przykrzyło mi się bez towarzystwa ludzkiego, ale kiedym rozważył, ile to cierpień i zmartwień wyrządzają sobie ludzie nawzajem, tęsknota ta zmniejszyła się znacznie. Na mej wyspie byłem nieograniczonym panem, miałem wszystkiego pod dostatkiem. Bóg darzył mnie zdrowiem, mogłem żyć zatem szczęśliwie i spokojnie.
W miesiąc po owej żegludze, uzbrojony strzelbą, wyszedłem po południu w zamiarze zobaczenia, co się dzieje z moją łódką, ale zamiast iść wschodnią, puściłem się zachodnią stroną wyspy, chcąc raz przecie zwiedzić ją całkowicie.
Zaledwie doszedłem na wierzch wzgórza, położonego nad ujściem rzeki, gdy nagle, rzuciwszy okiem na morze, ujrzałem w oddaleniu jakiś punkt czarny. Wielka odległość nie pozwoliła mi rozpoznać, czy to łódź, czy jaka wielka ryba. Na nieszczęście nie miałem z sobą perspektywy. Ponieważ przedmiot ów wkrótce zniknął mi z oczu, puściłem się w dalszą podróż.
Lecz któż opisze moje przerażenie, gdy w miejscu, na którym przed czterema laty była wyciśnięta stopa ludzka, ujrzałem mnóstwo porozrzucanych piszczeli, parę czaszek ludzkich i niepodogryzanych rąk z okrwawionymi palcami. Wszystko to leżało w dużym, okrągłym zagłębieniu, w środku którego były ślady świeżo wypalonego ogniska.
Oburzenie, przestrach, zgroza, obrzydliwość, gniew, przykuły mię do ziemi. Stałem jak głaz, nie mogąc poruszyć się z miejsca, krew ścięła się w żyłach na widok piekielnej zwierzęcości ludożerców. Na koniec przemógłszy odrętwienie, zacząłem biec na powrót ku mojemu mieszkaniu, nie tyle miotany trwogą, co wściekłością.
Przypadłszy do domu, zacząłem rozważać całą przygodę. A więc obrzydli Karaibowie nie przypływali do wyspy dla zbierania jej płodów, lecz dla wyprawiania swych uczt obmierzłych. Więc po dziewięciu latach zostawania w samotności, pierwsze zetknięcie z rodem ludzkim, zamiast pociechy i radości, przyniosło mi tak okropne wrażenie. O, jakże Bóg łaskaw, że mię im na pastwę nie wydał. Gdybym o parę godzin wcześniej opuścił mieszkanie, niezawodnie wpadłbym w ich ręce i wtedy, zamordowawszy mię okrutnie, byliby wyprawili sobie bankiet z mego mięsa.
Wypadek ten napełnił mię znowu bojaźnią. Jak złoczyńca wymykałem się z mieszkania, nie myśląc o odwiedzeniu czółna, a to z obawy, ażebym nie spotkał się z ludożercami. Sprzęt zboża, zwózkę oraz wszystkie czynności odbywałem ukradkiem, zawsze od stóp do głów uzbrojony. Nawet nie odważyłem się polować bronią ognistą, albowiem dzicy, usłyszawszy wystrzał, mogli pójść za jego kierunkiem, wyśledzić mnie i zamordować.
Wkrótce nadeszła zima. W tym czasie byłem wolny od odwiedzin ludożerców, gdyż morze wciąż wzburzone nie dozwoliło ich wątłym statkom przebywać przestrzeni, rozdzielających oba lądy. Mimo to miałem zawsze pod ręką kilka nabitych muszkietów, a oba falkonety, naładowane drobnymi kulami, oczekiwały napastników.
Widok szczątków ludożerczej biesiady nadał dziwny zwrot moim myślom. Przez całą zimę o niczym innym nie marzyłem, jak tylko o zemście nad dzikimi. Wyszukiwałem sposoby ukarania obrzydłych biesiadników, pragnąłem serdecznie zajść ich podczas szkaradnej uczty, srogim odwetem pomścić krew przelaną i na zawsze odebrać im chętkę odwiedzania mej wyspy i wyprawiania na niej swych obmierzłych obchodów.
Ale jakże tego dokonać? Czyż mogę sam jeden napaść na dwudziestu lub trzydziestu Karaibów, uzbrojonych w strzały i dziryty. Wszak tak samo można lec od tej broni, jak od kuli lub szabli.
A gdybyś też podminował miejsce, na którym palą ogień i pieką ciała ludzkie i gdy żar dosięgnie prochu, wysadził w powietrze z tuzin tych łotrów? Lecz pomysł ten nie był dobry.
Naprzód, że nie mogłem przewidzieć, gdzie ogień rozpalą za drugim razem, powtóre proch mógłby się za wcześnie albo za późno zapalić, a w takim razie zepsułbym na próżno kilkadziesiąt funtów mego nieocenionego materiału.
Później przychodziło mi na myśl, żeby zaczaić się w bezpiecznym, a nie bardzo odległym miejscu z kilkoma muszkietami dobrze nabitymi, wypalić ze wszystkich, a na resztę, przerażoną niespodziewaną klęską, wpaść z szablą i pobić do szczętu. Przez parę tygodni rozważałem ten pomysł, tak iż kilka razy śniło mi się, jakobym z dzikimi staczał walkę, a gdy znów wiosna powróciła, kilka razy wychodziłem dla upatrzenia stosownego miejsca na zasadzkę.
Umysł, zajęty wciąż obrazami rzezi, przedstawiał mi mnóstwo ludożerców, padających od strzałów. Nareszcie wynalazłem doskonałą kryjówkę. Był to wąwóz, biegnący od strażnicy aż ku wybrzeżu, na którym odbywały się uczty dzikich. Gęsta krzewina zakrywała wybornie wchód do wąwozu. Ze strażnicy mogłem doskonale wyśledzić przybycie łodzi i mieć dosyć czasu, aby przed wylądowaniem Karaibów na wyspę dopaść kryjówki. Ukryty w wielkim, wypróchniałym drzewie, nie widziany przez dzikich, położyłbym z łatwością trupem kilkunastu, zanim by ochłonęli z pierwszego przestrachu.
Przygotowawszy więc cztery muszkiety, umieściłem je na zewnątrz pnia wypróchniałego, a co rano z dwoma pistoletami i szablą wychodziłem na zwiady ku wybrzeżom. Lecz parę tygodni upłynęło, a dzicy nie pokazywali się wcale. To ostudziło nieco mój zapał, a myśli zaczęły powoli brać inny kierunek.
- Chcesz karać ludożerców, mówiłem sam do siebie, a rozważ, czy masz do tego prawo?
Cóż oni winni, że pogrążeni w ciemnocie, hołdując starym zwyczajom, a może przepisom religijnym, robią tylko to samo, co robili ich ojcowie i czego się od nich nauczyli. Rozważ no, jak postępują twoi bracia, Europejczycy, niby to oświeceni i wykształceni. Ile oni w niepotrzebnych i niesprawiedliwych wojnach ludzkiej krwi przelewają, niszczą miasta i pustoszą krainy całe. Przypomnij sobie, z jaką odrazą każdy uczciwy człowiek wspomina nazwiska Korteza, Pizarra, Almagra i innych rabusiów hiszpańskich, którzy tysiącami mordowali Indian, nie uważając nawet tych biedaków za ludzi. Powiedzże mi teraz, kto cię zrobił sędzią i katem Karaibów, nie wiedzących nawet, że źle robią? Zastanów się dobrze nad tym, co zamyślasz uczynić, gdyż może czyn twój będzie tak obmierzły Bogu, jak tobie ludożerstwo dzikich.
Uwagi te silnie na mnie wpłynęły. Zrzekłem się zamiaru napadania na Karaibów, uznając niesprawiedliwość karania ludzi, którzy mi nic złego nie uczynili. Postanowiłem tylko bronić się w razie napadu, albo też walczyć wtenczas, jeżeliby szło o ocalenie życia człowiekowi przeznaczonemu na pożarcie. Do tego postanowienia przyczyniła się także myśl, że w razie rozpoczęcia walki mogłem być zwyciężony. Gdyby bowiem chociaż jednemu powiodło się uciec, mógłby przez zemstę naprowadzić na mnie tysiąc swych współrodaków, a w ten czas i strzelby nic by nie pomogły.
Wyrzekłszy się zamiaru wojowania z dzikimi, wybrałem się na nową wycieczkę, dla zajęcia się sprowadzeniem mego czółna z odległej zatoki, gdzie blisko trzy miesiące zostawało.
Zamiast narażać się na prąd, objechałem północno- zachodnią stronę wyspy i zawinąłem w przystani leśnej od zamku o tysiąc kroków odległej, na wschodniej stronie jego położonej, gdzie łódź była w nadbrzeżnych zaroślach doskonale ukryta przed Karaibami.
Zresztą, byłem zupełnie spokojny, przekonawszy się, że dzicy lądują na wyspie jedynie dla pożarcia ciał ludzkich i nie oddalają się z wybrzeża. Zatem mogłem bezpiecznie mieszkać w zamku i oddawać się zwykłym zatrudnieniom.
Co było mi tylko bardzo niedogodne, to potrzeba ukrywania mej obecności na wyspie, powstrzymywanie się od polowania i rozniecania ognia poza obrębem mieszkania, z obawy, ażeby Karaibowie nie dostrzegli, że tu ktoś przebywa. Wróciłem więc do polowania na zające z łukiem. Kóz nie potrzebowałem strzelać, bo moja trzoda powiększyła się do czterdziestu kilku sztuk i co rok śmiało można było zabić ich dziesięć na pokarm. Muszę też nadmienić, że poczciwy Amigo tak się wprawił do chwytania zajączków, że nieraz przynosił mi z lasu żywcem owoc swego polowania.
Dziesiąta rocznica wylądowania mego na wyspę przeszła jak zwykle na poście i modlitwie. Gdym się obejrzał wstecz na upłynionych lat dziesięć, gdym pomyślał, że już mam lat 33 skończonych, ciężko mi się zrobiło na sercu.
- Mój Boże, zawołałem, oto najpiękniejsze me lata zbiegły samotnie! Towarzysze moi otoczeni rodziną, dziatkami, wiodą przyjemne życie w lubej ojczyźnie, gdy tymczasem ja nieszczęśliwy żyję tutaj sam jeden i może nie ujrzę więcej rodzinnej ziemi. Ale nie szemrzę bynajmniej na mój los, a jeżeli Ci się, Panie, podoba, abym tu dni moje zakończył, z poddaniem i pokorą przyjmę Twój wyrok i chwalić będę Imię Twoje.
Czas deszczów przeszedł spokojnie. Nie opisuję tu ani zasiewów, ani żniw, albowiem nieraz już o tym gawędziłem szeroko, wspomnę tylko, że zboża miałem pod dostatkiem i na niczym mi nie zbywało. Jednej nocy, a było to, jak mój kalendarz wskazywał, 24 marca 1674 roku, nie mogłem wcale zasnąć, różne myśli przychodziły mi do głowy, a ludożercy niemały udział w nich mieli. Zmęczony bezsennością i myślami, dopiero nad ranem wpadłem w sen głęboki.
Dziwne marzenie zapełniło ten chwilowy spoczynek. Śniło mi się, że wyszedłem na przechadzkę w stronę, gdzie lądowali dzicy. Wtem dwa czółna przybiły do brzegu i z nich wysiadło kilkunastu Karaibów, wiodąc kilku nieszczęsnych na pożarcie. Nagle jeden z nich wyskoczył z gromady i zaczął uciekać ku krzakom, za którymi stałem. Wybiegłszy naprzeciw niemu, zaprowadziłem biedaka do zamku. Naówczas padł na kolana, błagając o pomoc przeciwko prześladowcom. Kazałem mu przebyć wał po drabinie, co też wykonał. Od owej chwili miałem towarzysza niedoli i spodziewałem się przy jego pomocy, w mym wątłym czółnie wydostać się z wyspy. W tej chwili się przebudziłem i czym prędzej obejrzałem wokoło, aby się przekonać, czy to był sen, czy jawa. Na nieszczęście było to tylko marzenie.
Sen ten jednakże nowe nastręczał mi plany. A gdyby też się urzeczywistnił. Czy było niepodobieństwem uwolnić jeńca na rzeź przeznaczonego? A więc do dzieła, trzeba tylko pilnie uważać, kiedy dzicy znów wylądują na wyspie, a przygotowawszy broń, z resztą zdać się na wolę Opatrzności. Od tego dnia co rano wybiegałem na strażnicę, śledząc przez perspektywę karaibskie łodzie. Zamiary nowe rozbudziły całą moją zaciętość. Miałbym teraz już sprawiedliwy powód do rozpoczęcia kroków nieprzyjacielskich. Chęć spróbowania się z dzikimi nie dawała mi spokoju. Nie lękałem się walczyć, chociażby w wielkiej liczbie przybyli, bo niezawodnie odniósłbym zwycięstwo.