Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXVII

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

[edytuj] Zasiewy. Urządzenie wędzarni. Polni złodzieje. Skuteczna egzekucja. Niepomyślny zbiór. Przechowanie zboża. Trzecia rocznica. Zima.

Zaraz na początku wiosny wziąłem się do przygotowania ziemi pod zasiew. W zeszłym roku było to łatwe, bo szło o niewielki kawałek ziemi, ale w tym trzeba było sześć razy tyle gruntu oczyścić i skopać. Rolę uprawiłem zeszłorocznym sposobem, lecz odstępowała mnie odwaga na myśl, że na przyszły rok nierównie większa oczekiwała mnie praca. Dwa tygodnie zeszło na tej robocie. Przy pomocy łopaty byłbym ją za cztery dni skończył. Z zasiewem potrzeba było wstrzymać się czas niejaki, bo dopiero w połowie maja padały deszcze. Gdybym miał wcześniej przygotowany grunt pod uprawę, mógłbym zasiewać dwa razy, raz w końcu grudnia, zbierając w drugiej połowie kwietnia, drugi raz, siejąc na początku maja, a kończąc żniwa we wrześniu. Tym razem, spóźniwszy się z uprawą roli, musiałem przestać na jednym zbiorze, lecz i ten mi aż nadto wystarczył. Pole przygotowane pod zasiew ogrodziłem dookoła płotkiem bambusowym i to mi parę tygodni zajęło. Mniejsza o pracę i czas, żeby tylko zabezpieczyć zbiór od kóz i zajęcy. Na koniec, kiedy nadeszła stosowna chwila, zasiałem jęczmień, a majowe deszcze tak dzielny skutek wywarły, że w parę tygodni potem rola pokryła się prześliczną zielonością. Oprócz tego obok jaskini zasiałem spory kawałek pola kukurydzą, żeby po nią do lasu nie chodzić. - Mój panie gospodarzu, rzekłem do siebie, ukończywszy roboty w polu, trzeba teraz wziąć się do młyna. Wszakże jęczmienia gryźć nie będziesz, cóż ci po nim, jeżeli mąki zrobić nie potrafisz? Nie przyjdzie to tak łatwo, ale każdy początek jest trudny. Przy pomocy Boskiej jakoś to pójdzie. O żarnach, a tym bardziej o młynku ani marzyć, bo czymże je zrobię. Trzeba więc poprzestać na stępach, jakich Murzyni używają do obtłukiwania jagieł. W wycieczkach moich od dawna zauważyłem pień grubego drzewa, złamanego przeszłorocznym wichrem. Z niego przy pomocy siekiery mogła być doskonała stępa, lecz w braku tego narzędzia czymże ją zrobić? Czym obciąć grube korzenie, przytrzymujące go w ziemi? Czymże wreszcie wydrążyć zagłębienie? Nareszcie przyszło mi do głowy wytlić środek ogniem. Wziąłem się natychmiast do pracy. Najprzód poprzepalałem korzenie, następnie z wielkim wysiłkiem przytoczyłem pień do mego mieszkania, a nareszcie z mniejszym mozołem udało mi się go wypalić. Wydrążenie miało dostateczną głębokość, ale było nierówne i tak zaczernione, iż straciłem nadzieję, ażebym kiedy mógł otrzymać mąkę białą. Z tłuczkiem poszło łatwiej. Na dnie strumienia znalazł się kamień podłużny, zaokrąglony przez długie działanie fali. Wprawiwszy go w rozszczepioną gałąź, skrępowałem silnie łykiem. Teraz już tylko pozostawało spróbować, czy się zboże tłuc będzie. Wrzuciwszy dobrze wysuszoną kukurydzę do wydrążonego pnia, począłem tłuc z całej siły, lecz ziarna twarde i okrągłe wyskakiwały za każdym uderzeniem. Aby temu zaradzić, uciąłem liść bananowy, a przebiwszy w samym środku otwór, przesadziłem przez niego tłuczek. Teraz ziarna nie mogły się rozpryskiwać, a gdy po godzinie nieprzerwanej pracy wybrałem mąkę kukurydzianą, roześmiałem się serdecznie, gdyż była czarna, jak sadze. Trzeba było na to coś poradzić. Wprawdzie węgiel drzewny nie jest trucizną, ale nie bardzo przyjemnie jeść kaszę albo chleb z tą czarną przyprawą. Zabrałem się zatem do wyskrobywania nożem zwęglonych ścian stępy i po trzech dniach oczyściłem je nieźle. Tym razem kukurydza wydała kaszę dość czystą, pomieszaną z mąką i otrębami. Natychmiast wstawiłem ją w garnek, ugotowałem, a okrasiwszy przetopionym kozim masłem, z wielkim apetytem i zadowoleniem spożyłem. Zapewne żaden wytworniś angielski nie byłby jej wziął w usta, ale mnie smakowała przewybornie. Do żniw miałem jeszcze parę miesięcy. Trzeba było z tego korzystać i zająć się polowaniem, ażeby nie narazić się, jak w zeszłym roku, na brak mięsa. Z tym wszystkim i polowanie nie przyda się na nic, jeżeli nie wymyślę jakiegoś lepszego sposobu przechowywania mięsa, gdyż solenie samo nie zabezpiecza go dostatecznie od zepsucia. Najpraktyczniej było osuszyć je na słońcu, podobnie jak robią Murzyni, ale nie znałem dobrze tego sposobu. Wędzenie znów było mi doskonale znajome, ale nie było komina. Upatrując miejsca stosownego na jego zbudowanie, znalazłem dość gł ęboką, a prawie prostopadłą szparę w skale sterczącej nad grotą. Trzeba było tylko z boku zaprawić otwór, ażeby się dym nie rozpraszał. Jakoż i to powiodło mi się wcale nieźle. Z drabinki, powiązanej z gałęzi, zrobiłem rodzaj rusztowania, potem pozaprawiałem poprzeczkami drewnianymi szczelinę, a następnie zagrodziłem chrustem na kształt płotu. Nareszcie wdrapawszy się jak kominiarz do środka, zarzuciłem chruścianą ściankę gliną, ażeby ją zabezpieczyć od ognia. Ubite kozy, obdarte ze skóry, krajałem w cienkie pasy. Grubsze części macerowały się w soli, cieńsze zaś płaty szły od razu do komina, jak tylko nieco na słońcu obeschły. Mięso w ten sposób przyrządzone miało smak podobny do świeżego, a daleko lepszy, aniżeli solone. Przed gotowaniem zwykle moczyłem je w wodzie, przez co nabierało soczystości. Już też i czas żniwa był niedaleki. Jednego ranka wybrałem się na folwark zobaczyć, czy prędko będzie je można rozpocząć. Bezpieczny o kozy i zające, szedłem przypatrzeć się moim skarbom, ale któż opisze moje przerażenie, kiedy za zbliżeniem się ujrzałem chmarę ptactwa, wylatującą z pola jęczmieniem zasianego. - A, niegodziwe żarłoki, zawołałem z gniewem, czy to ja dla was sieję! Bardzo dużo mam zboża, żebyście mi go jeszcze wyjadały, nicponie! Ptaki odleciały, ale niedaleko posiadały na bliskich drzewach, jakby oczekując, kiedy będę łaskaw się wynieść, ażeby mogły wrócić. Na nieszczęście nie mogłem wyświadczyć im tej grzeczności. Przeciwnie, wymierzywszy z łuku, najbliższego niszczyciela cudzego dobra położyłem trupem. To jednak nie zrobiło na reszcie najmniejszego wrażenia, gdyż natychmiast, jak tylko oddaliłem się na próbę o kilkadziesiąt kroków, cała banda spadła na pole. Ubiłem jeszcze kilku tych rabusiów, a zrzekając się z nich pieczeni, porozwieszałem złoczyńców na wysokich tykach dookoła pola dla odstraszenia innych. Jakoż powiodło mi się doskonale, gdyż ani jeden nie poważył się najeżdżać pól moich, a nawet zupełnie tę część wyspy opuściły. Kłosy już prawie podojrzewały, za tydzień można było wziąć się do żniwa. Powróciłem do domu, ażeby wprzódy skończyć z kukurydzą, która także już doszła. Zbierać ją było mi bardzo łatwo, gdyż kolby dały się bez trudu obłamywać. Łodygi dochodziły do pięciu łokci wysokości, a każda dźwigała po kilka kolb, w jednej zaś mogło być najmniej dwieście ziaren. Zebrałem ją szczęśliwie, a nie mając czasu obrywać, zostawiłem to na później, śpiesząc się do jęczmienia. Oj, napracowałem się też nad żniwem, prawdziwie w pocie czoła. Niczym trudy żniwiarzy angielskich, na które zawsze tak wyrzekali. Każdy z nich był magnatem w porównaniu ze mną, nieborakiem. Oni mieli sierpy, a ja musiałem nożem cały zbiór sprzątać, nie biorąc na raz więcej jak kilkanaście ździebeł. Koniec końców, zebranie czterdziestu snopów, mimo niezmiernej pilności w robocie, kosztowało mnie przeszło tydzień czasu. Po sprowadzeniu zboża do domu i wymłóceniu nie zebrałem więcej, jak dobry korzec. Zbiór byłby niezawodnie daleko lepszy, gdyby nie te obrzydłe ptaki, które zjadły mi połowę zboża. Umyśliłem na przyszły rok powetować tę klęskę, wysiewając trzy czwarte całego zbioru, a w tym roku obejść się bez chleba, poprzestając na kukurydzy. Tej miałem pod dostatkiem. Po wyłuszczeniu kolb, napełniłem ziarnem pięć wielkich koszy i jeszcze nieco pozostało na natychmiastowy użytek. Liście i łodygi kukurydziane oraz słoma jęczmienna przydały mi się bardzo na pożywienie zimowe dla kóz. Zanim deszcze jesienne nadeszły, skopałem pole po kukurydzy, ażeby na nim w końcu grudnia zasiać jęczmień, gdyż pragnąc prędzej skosztować chleba, miałem zamiar w przyszłym roku dwa razy zbierać. Pora deszczów zbliżała się szybkim krokiem. Ukończywszy zbiory, skorzystałem z kilkunastu dni pięknych dla przysposobienia zapasów drzewa na opał i zdołałem to przed nadejściem zimy uskutecznić. Czas upływał mi nadzwyczaj szybko. A nim się spostrzegł, kiedy nadeszła trzecia rocznica rozbicia się naszego statku. Obchodziłem ją postem i rozmyślaniem, jak poprzednie, a w parę dni potem gwałtowny huragan, wyjący przez kilkanaście godzin bez przerwy, oznajmił rozpoczęcie ośmio - lub dziesięciotygodniowych nudów, na jakie w czasie zimowej pory byłem skazany.