Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXV
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Wiosna. Wycieczka do letniego mieszkania. Uprawa roli. Pułapka na kozy. Przestrach. Ucieczka. Nocleg na drzewie. Powrót do domu.
Zaledwie słoty minęły, a już wyspa przybrała się w szatę prześlicznej zieloności, lasy okryły się świeżym liściem, łąki świeżymi trawami, powietrze nabrało balsamicznego zapachu, wezbrane strumienie powróciły do swych łożysk, a roje ptactwa znowu napełniły bór wesołym gwarem. I mnie też tęsknota opuściła, a na widok odradzającej się wiosny i dusza odżyła, i nadzieja wstąpiła w serce.
Gospodarz, rolnik, posiadacz tak znakomitych obszarów ziemi, nie mógł gnuśnieć w bezczynności.
Trzeba było pomyśleć o wysianiu trzech kwaterek jęczmienia. To nie żarty grunt pod niego uprawić?
Zabrawszy więc motykę, łopatę, łuk i strzały, wpakowawszy kosz na plecy, osłonięty parasolem, wyelegantowany w letni kostium, puściłem się w drogę do owej pięknej doliny, przed zimą odkrytej.
Rozważywszy dobrze jej położenie, udałem się drogą daleko bliższą, wprost przez las.
Zapomniałem powiedzieć, że w ciągu zimy, a osobliwie też przy j ej schyłku, zupełnie mięsa mi brakowało. Zające gdzieś się pokryły, o kozach ani słychu, ptaki wyniosły się w inne strony, jednym słowem odbyłem post bardzo ścisły i wyglądałem jak niedźwiedź na wiosnę. W końcu żyłem tylko gotowaną kukurydzą, której miałem zapas i mlekiem. Kozy mało go dawały nie mając paszy dostatecznej, a i tą trochę musiałem dzielić się z koźlętami. Otóż na drugą zimę postanowiłem przygotować zapas solonego mięsa, powiększyć moją trzódkę, aby czasem z niej można wybrać na rzeź koźlątko, a nareszcie postarać się o zapas tłuszczu. Po trzygodzinnej wędrówce przybyłem do miejsca przeznaczonego. Nic się nie zmieniło od czasu ostatniego mego tutaj pobytu. Na dachu chatki tylko liście pogniły, ale zaraz zastąpiłem je świeżymi i miałem przewyborne letnie mieszkanie. Całe popołudnie poświęciłem próżniactwu. Jutro, myślałem sobie, wezmę się do pracy, a dziś trzeba użyć wiosny. I, jak chłopiec piętnastoletni, uganiałem się za motylami, zrywałem kwiaty, plotłem wieńce i nareszcie użyłem w czystej jak kryształ rzece kąpieli, która mi posłużyła doskonale. Oczyszczona z zimowych wyziewów skóra stała się elastyczną, a członki dziwnej nabrały giętkości.
Przepędziwszy przyjemnie noc w moim pałacyku, wziąłem się na drugi dzień do uprawy roli. Zdawało się, że to będzie łatwa robota, a tymczasem trzeba było nad nią dobrze się napocić. Naprzód należało ściąć trawę, korzenie jej powydobywać, ażeby chwast zasiewu nie głuszył, a dopiero potem ryć ziemię.
W ten sposób pracując, w dwa dni oczyściłem kilkadziesiąt metrów przepysznego czarnego gruntu, zasiałem, a raczej zasadziłem w nim jęczmień, robiąc co osiem centymetrów dołek i kładąc weń ziarnka, po czym wyrównywałem wszystko, przydeptując z lekka. Że jeszcze spory kawałek ziemi wolnej pozostał, zasadziłem na niej kilkanaście sadzonek melona w dołkach, umyślnie nieco głębiej dla utrzymania wilgoci i ochrony od wiatru. Ukończywszy te roboty, ogrodziłem pólko płotkiem z żerdek bambusowych, powtykanych na krzyż w ziemię, ażeby zające antylskie albo kozy zasiewu nie zniszczyły. Nad wieczorem poszedłem ku bliskim skalistym wzgórzom, chcąc obejrzeć znak przed zimą zrobiony ale całkiem inna okoliczność zajęła mą uwagę. Pomiędzy skałami a wąwozem wiła się drożyna, jakby wydeptana. Przyglądając się uważnie tej ścieżce, dostrzegłem liczne ślady kóz. Widać więc, że tędy przechodziły na sąsiednią dolinę. Widok tych tropów naprowadził mnie na myśl urządzenia pułapki. Miałem wprawdzie w domu cztery kozy i kozła, ale w czasie zimowym brak mięsa dotkliwie uczuwać się dawał. Zwierzęta te pierzchliwe, były bardzo trudne do podejścia. Nieraz chcąc je zastrzelić, musiałem pełznąć ku nim na brzuchu, kryjąc się za krzakami i to pod wiatr, bo poczuwszy mnie węchem z daleka, natychmiast uciekały. O schwytaniu zaś żywcem niepodobna było marzyć. Raz tylko puściłem się za jedną, lecz mimo wysilenia, nie mogłem jej doścignąć. Dawno już więc rozmyślałem nad urządzeniem pułapki, ale brakowało mi konceptu. Dzisiaj, spostrzegłszy wąską ścieżkę między skalistymi ścianami, znalazłem bardzo dogodne na ten cel miejsce. Trzeba było tylko dość głęboki dół wykopać, przykryć go gałęziami dla niepoznaki i tym sposobem kozy chwytać. Ile namęczyłem się, aby tego dokonać, nikt nie uwierzy. Grunt tu był twardy i kamienisty, a ja żadnych do kopania nie posiadałem narzędzi, ale praca i wytrwałość zwalczy największe przeszkody. Kilkakrotnie rozpoczynałem i porzucałem znowu kopanie. Nareszcie po pięciu dniach niewypowiedzianych trudów zrobiłem dół, prawie na dwa metry głęboki, a przeszło metr średnicy mający. Zagłębieniu temu dałem szerokość większą od dołu jak od góry, ażeby kozy wyskakiwać z niego nie mogły. Na wierzchu ułożyłem cieniutkie pręciki bambusowe na krzyż, tak aby tylko znieść mogły ciężar trawy, pokrywającej te gałązki.
Cztery dni przeszły w daremnym oczekiwaniu, nareszcie piątej nocy znalazłem młodą kózkę w dole.
Spuściłem się na dno i powiązawszy jej nogi, z trudnością wywindowałem na wierzch moją zdobycz.
Koza była nadzwyczaj trwożliwa. Drżała mi w ręku. Zaniosłem ją do chatki i za ogrodzenie wpuściłem.
Przez dwa dni nie dostała nic jeść, trzeciego złagodniała wskutek postu i jadła z ochotą trawę podaną jej ręką.
W ten sposób w ciągu tygodnia złapałem jeszcze dwie kozy i koźlątko, w parę dni zaś potem wpadł duży i stary kozioł do pułapki. Obawiałem się zleźć do niego do dołu, bo rył ziemię racicami i groźnie łbem wstrząsał, spoglądając na mnie. Z chęcią wyrzekłbym się tej zdobyczy, lecz jak ją wypuścić z więzienia? Wreszcie spuściłem nogi, chcąc zleźć, ale kozioł skoczył ku mnie z nastawionymi rogami, tak iż tylko przez prędkie cofnięcie się uniknąłem uderzenia.
Wtem przyszło mi do głowy, ażeby go głodem ukorzyć. Przez trzy dni zostawiłem mego panicza w dole, czwartego z rana leżał osowiały na ziemi, porzuciwszy nieprzyjacielskie zamysły. Dał się związać, nie stawiając najmniejszego oporu, ale był tak ciężki, że go zaledwie do zagrody zawlokłem i przywiązałem przy innych kozach.
Miałem więc teraz trzódkę, licząc pozostałe w domu, z dziesięciu kóz złożoną, należało ją tylko przetranspostować do zamku, dokąd nazajutrz umyśliłem wrócić.
Powiązałem kozy za rogi i trzymając w ręku sznur, poganiałem prętem mą trzódkę, która szła dosyć powolnie. Przebywszy dolinę, na krańcu lasu rozłożył em się na południowy wypoczynek, lecz pędzenie i naganianie kóz tak mnie zmęczyło, że nie mając zresztą potrzeby tak bardzo śpieszyć się do domu, postanowiłem tu noc przepędzić. Przywiązałem więc kozy do drzew, a sam zająłem się szukaniem żywności.
Były wprawdzie rośliny bananowe w pobliżu, lecz chciałem uraczyć się kawałkiem mięsa i ostrygami, dlatego puściłem się przez bliskie pagórki nad brzeg morza. Dostawszy się na szczyt, ujrzałem go wprawdzie, lecz w odległości trzech ćwierci mili. Mimo nużącego upału odważyłem się na odbycie tej drogi, tym bardziej, że nęciła mnie dawno nie używana kąpiel morska. Jakoż przyszedłszy na brzeg, znalazłem dość ostryg i orzeźwiłem się nimi, ale przez całą drogę ani zająca, ani ptaków nie spostrzegłem.
Po kąpieli i odpoczynku należało wrócić do kóz, lecz chęć dostania mięsa kusiła mnie, aby tu zabawić do wieczora i doczekać się nocnych wycieczek szyldkretów na ląd. Wszak kozy mają dość trawy i wodę tuż przy sobie, zwierząt drapieżnych na wyspie nie ma, a więc im się nic złego stać nie może, choćby im tutaj przyszło przenocować.
Wieczór był prześliczny, zaraz po zachodzie zajaśniały miliony gwiazd na niebie. Kto nie był w krajach podzwrotnikowych, wyobrażenia mieć nie może o świetności tamtejszego nieba. Zdaje się, że iskrzące diamenty pokrywają przecudny szafir, a gwiazd nierównie więcej w tym przejrzystym powietrzu dostrzec można, aniżeli na naszym smutnym i bladym widnokręgu. Leżąc na wznak i wpatrując się w niebo, czekałem, rychło żółwie zaczną z morza wyłazić dla obejrzenia gniazd swoich, lecz nagle jakiś czerwony blask okrył zachodnią część nieba. Zerwałem się przestraszony. Byłżeby to blask księżyca?
Nie, to wyraźnie łuna. Czy jaki palący się okręt zagnały wiatry na zachodni brzeg wyspy? I to nie, bo łuna była zanadto wielka, aby ją mógł wydać palący się statek. Przestrach ogarnął mię niezmierny, miałżeby się las zapalić na wyspie, lecz z czego? Wszak burzy nie było wcale, tylko piorun mógł rozniecić pożar. Byliżby to ludzie? Tysiące myśli przeciwnych i krzyżujących się z sobą przejęło mię niewypowiedzianą trwogą. Z szybkością wiatru puściłem się ku miejscu, gdzie zostawiłem kozy, lecz potem strach wybił mi nawet z myśli trzódkę. Co mi po wszystkim, szeptałem drżącymi ustami, jeżeli jaki nieprzyjaciel najechał wyspę i podpalił lasy? Trzeba co żywo umykać do domu.
I biegłem wciąż, dopóki zmęczenie zupełnie mi sił nie odjęło. Padłem znużony na ziemię, serce biło mi gwałtownie, a szybki oddech, zdawało się, że mi pierś rozsadzi. Złapałem też parę guzów na czole, rozbijając się w ciemności o drzewa, a raz wpadłem po pas w wodę, natrafiwszy niespodzianie na głęboki potok. Po chwili przyszedłem nieco do siebie. Łuny zakrytej lasem nie było widać. Zacząłem nieco zimniej rozważać moje położenie.
- Głupcze, zawołałem wreszcie sam do siebie, i czegóż uciekasz? Czy cię kto goni? Czyś widział nieprzyjaciela? Czy zresztą nie pamiętasz, że Opatrzność czuwa nad tobą, a bez Jej woli włos z głowy ci nie spadnie? Dlaczegóż nie polecisz się opiece Boskiej i nie wracasz spokojnie do domu? Strach, to najgorszy doradca, zamącony nim umysł nie zdoła przedsięwziąć odpowiednich środków ostrożności, tylko pędzi na ślepo na manowce, nie wiedząc sam, co robi. Rozważ wszystko dobrze. Wszak ogień mógł powstać w trawach skutkiem ciągłych upałów, gdzie lada iskra może wzniecić pożar.
- To prawda, odpowiedziałem, ale skądże się ta iskra wzięła?
Ale porzuciwszy na chwilę trapiące myśli, ukląkłem i zacząłem się modlić. To mnie pokrzepiło i wlało męstwo w serce. Uspokojony, wdrapałem się na drzewo i przepędziłem na nim tę noc okropną.
Na drugi dzień obudziwszy się, spostrzegłem, że jestem w nieznanej okolicy lasu. Na próżno usiłowałem sobie przypomnieć jakie drzewo znajome. Pamiętałem tylko, że wczoraj biegłem ku wschodowi, chcąc więc dostać się na powrót w miejsce znajome, trzeba było kierować się na zachód.
Mimo spiesznego pochodu, dopiero w trzy godziny ujrzałem wzgórza wczoraj opuszczone. Przestrzeń tę w nocy przebyłem w godzinie, bo też strach dodawał mi skrzydeł.
Na próżno z najwyższego pagórka upatrywałem śladów pożaru, nic nie było widać, zapuszczać się zaś bliżej dla wyśledzenia przyczyny nie miałem odwagi. Trzeba było do kóz powrócić. Znalazłem je na wczorajszym stanowisku, ale kozioł zerwał się i uciekł, snadź go pożar wystraszył, jak mnie.
Zabrawszy pozostałą trzódkę, ruszyłem przez las ku mojemu zamkowi, gdzie też szczęśliwie przed zapadnięciem nocy przybyłem.