Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

[edytuj] Zima. Uporządkowanie mieszkania. Dwa kostiumy. Rozprzestrzenienie jaskini. Lampa. Wata. Olej z orzechów kokosowych. Stół i krzesła.

W połowie października rozpoczęła się na dobre pora dżdżysta, a z nią bardzo przykre chwile, bo nieraz po całych dniach musiałem siedzieć w domu. Przy tym znowu jak w zeszłym roku pojawiły się chmary moskitów. Przez niejaki czas nie mogłem sobie z nimi dać rady, lecz raz, gotując obiad spostrzegłem, że uciekają od dymu. Ucieszony tym odkryciem, przeniosłem kuchnię do wnętrza jaskini, czego nawet wymagała potrzeba, gdyż chociaż dawna znajdowała się pod wystającą skałą, ale i tak często ją deszcz zalewał.

- Pocz, nieproszeni goście, zawołałem rozpalając ogień, ja was tu zaraz nauczę, co to jest cisnąć się tam, gdzie kogo nie lubią. Wnet dym napełnił wnętrze groty, a szanowne zgromadzenie wyniosło się z pośpiechem. Odtąd po całych dniach tlił się ogień, a chociaż dym nieraz porządnie gryzł mnie w oczy, wolałem znosić tę niedogodność, aniżeli narażać się na ostre ukłucia skrzydlatych pijawek. Pomimo przymusowego siedzenia w domu nie brakowało mi wcale roboty i nie doświadczałem nudów. Czasami, gdy deszcz przestał padać, wybiegałem zastrzelić zająca lub ptaka, bo o kozach, przebywających daleko od mieszkania, nie można było myśleć. Zbierałem też pataty i kukurydzę, a w jednej z takich wycieczek odkryłem nową pożyteczną roślinę, to jest ignamy, które i smakowały mi bardzo, i urozmaicały zastawę stołu. Jedna tylko rzecz wielce mi dokuczała, a mianowicie brak suchego drzewa. Nie zaopatrzyłem się w nie podczas lata, a teraz ani o tym myśleć nie było można, bo chociaż czasem dzień lub dwa słońce świeciło, to wszystko w lesie było tak przejęte wilgocią, iż w przypadku zagaśnięcia ognia nie byłbym go w stanie rozniecić. Pilnie więc utrzymywałem ognisko, dokładając na noc gałęzi, a z rana rozdmuchując troskliwie tlejące węgle.

Korzystając z pory zimowej, umyśliłem załatwić się z kilku ważnymi robotami, ażeby, gdy nadejdzie lato, mieć więcej czasu do wycieczek i polowania. Robotami tymi było przysposobienie sukien, uporządkowanie mieszkania i zrobienie sieci. Miałem kilka skór kozich i kilkanaście zajęczych, było więc dosyć na dwa garnitury. Dwóch też koniecznie potrzebowałem. Jednego lżejszego na lato, drugiego zaś dogodnego na porę deszczową.

- Jaki z ciebie elegant, panie Kruzoe, mówiłem, uśmiechając się. Przed pół rokiem chodziłeś obtargany jak dziad, teraz już ci się zachciewa dwóch garniturów. Niedługo może będziesz potrzebował karety i cugowych koni. Możesz sobie jednak pozwolić na zbytkowne ubranie, boś na nie zapracował.

Pokrajałem suknie na wzór dawniejszych, a naprzód z odpadków pozostałych zrobiłem wysoką spiczastą czapkę, włosem na wierzch obróconą, ażeby osłaniała mnie od deszczu. Potem uszyłem kaftan krótki, spodnie do kolan i kamasze. Wszystko to było krajane obszernie, aby nie przylegało do ciała. Po ukończeniu pierwszego garnituru, zrobiłem drugi lżejszy, także obrócony włosem do góry, a uszyty z samych zajęczych skórek. Obydwa wyglądały arcykomicznie, ale z tym wszystkim były bardzo dogodne, bo gdym pierwszy raz ubrał się w kostium kozi i wybiegł na deszcz, ani kropelka wody nie dostała się do skóry.

Następnie zabrałem się do rozprzestrzenienia jaskini. Dzida i motyka były jedynymi narzędziami, jakie do tej pracy posiadałem. Wkrótce pomnożyło je trzecie. Znalazłszy nad morzem dużą muszlę, szeroką i dość płaską, sporządziłem z niej rodzaj jakiej takiej łopaty, służącej do nakładania ziemi. Wynosiłem ją w koszu na plecy, wysypując wzdłuż muru od środka. Praca ta jednak była bardzo męcząca i dlatego tylko z rana, mając świeże po wyspaniu się siły, zajmowałem się kopaniem, całe zaś popołudnie obracałem na robienie sieci. Włókna leżały jeszcze przysposobione od wiosny, ale robota szła nadzwyczaj trudno. Wiązanie było bardzo mozolne, a co chwila włókna plątały się, co mnie tak niecierpliwiło, że nieraz chciałem się wyrzec posiadania sieci.

- Zrażasz się taką drobnostką, mówił mi głos wewnętrzny, a gdzież wytrwałość i cierpliwość?

- Ależ bo to robota nieznośna, odpowiadałem sam sobie.

- A rybki czy smaczne?

- Bez wątpienia, lecz można się bez nich obejść.

- To prawda, ale bardzo niepięknie zaczynać jaką robotę, a nie dokończyć z powodu lenistwa.

- Nie wiem, czy to można nazwać lenistwem, jeżeli się komu nie darzy.

- Nie znam innego wyrazu na oznaczenie tej mniemanej niezdarności. Wszak wiele różnych trudnych dokonałeś rzeczy. Dołóż tylko pilności, a zobaczysz, że się siatka uda.

Przekonawszy tak sam siebie, brałem się na nowo do pracy, lecz wieczór wcześnie zapadający nie dozwalał mi długo pracować, a robota szła wolno. Przy blasku ogniska robić nie mogłem, bo płomień był ciemny i migotliwy.

- Aj, aj, Robinsonku, zawołałem raz, uderzając się w czoło. Jakiż z wasindzieja mazgaj. Masz glinę, ogień i tłuszcz kozi i nie pomyślałeś dotąd o lampie. Widocznie się starzejesz i zaczyna ci konceptu brakować. Dalej więc po glinę i nuż ją ugniatać, a potem formować lampkę. Hm, jaki jej tu kształt nadać, jak i gdzie knot umieścić, żeby się dobrze palił? Nareszcie zrobiłem miseczkę objętości kwaterki, mającą z jednej strony dzióbek do umieszczenia knota, z drugiej uszko. Wypaliłem ją dobrze, a potem pomazałem gęstym rozczynem soli kuchennej i znowu w ogień. Polewa udała się przepysznie, a lampka była dość zgrabna.

Teraz szło o knot. Chciałem go zrobić z rękawa starej koszuli, lecz płótno nie dało się dobrze skręcić, a mogło przydać się na co innego. Chodziłem po jaskini, szukając czegoś na knot stosowniejszego. Wtem ujrzałem mech bawełniany, przyniesiony z ostatniej wycieczki. Przewyborna rzecz, trzeba tylko wprzód oczyścić bawełnę z ziarenek, których miała mnóstwo. Położyłem ją na kamieniu płaskim, a potem bijąc kijem, oddzieliłem ziarna od puchu. Mimo to nie dała się skręcić. Ha, trzeba ją zgręplowć, pomyślałem i natychmiast wziąłem się do wykonania tego zamiaru. Ciekaw jesteś zapewne, młody czytelniku, gdzie się nauczyłem gręplowania waty. Otóż powiem ci pod sekretem, że kiedy byłem w twoim wieku, to jest miałem około dziesięciu lat, w podworcu naszego domu mieszkała stara Alicja, waciarka. Jak tylko upatrzyłem chwilę wolnego czasu, biegłem natychmiast do staruszki i nieraz tak się zagapiłem, patrząc na jej robotę, że mię ojciec za uszko wyciągał, pędząc do nauki. Alicja miała sprzęt podobny do harfy, tylko daleko węższy i o jednej grubej, kiszkowatej strunie. Umieściwszy go na stole, nakładała surowej bawełny i brzdąkała palcem po strunie, która ją wybornie roztrzepywała. Z niej później układała arkusze, smarowała po obydwóch stronach białkiem od jaja, z czego powstawała wata. Ani myślałem wówczas, że przypatrywanie się tej robocie kiedyś mi się przyda. Nie miałem wprawdzie harfy, ale były gałęzie i struny, a z tego można było gręplarkę sporządzić. W pół godziny była gotowa. Zamiast na stole, rozłożyłem bawełnę na dużej płycie i zacząłem trącać w strunę. Zaledwie jednak trąciłem kilka razy, kiedy ten szelest znany żywo mi przypomniał szczęśliwe chwile dzieciństwa. I ja, mężczyzna dwudziestosześcioletni, rozpłakałem się jak dziecko. Długo, długo nie mogłem się utulić. Dom rodzicielski stanął mi w oczach. O, Boże, mój Boże, jakże te szczęśliwe dni prędko minęły. O, mój młody przyjacielu, gdy czytasz te wyrazy, jesteś jeszcze szczęśliwy, jak ja niegdyś byłem. Używasz na łonie drogich rodziców błogich chwil spokoju, jakiego w późniejszym czasie nigdy nie zaznasz. Szanujże je, ciesz się każdą godziną i zachowaj w serduszku. A gdy przyjdziesz do lat moich, wspomniawszy o nich, zawołasz mimo woli: świętą prawdę mówił Robinson, jakże prędko minęły te dni szczęśliwe.

Ale wróćmy do lampy. Z ugręplowanej waty ukręciłem knot. Pozostało jeszcze tylko postarać się o tłuszcz. Nie myśląc, że go kiedyś będę potrzebował, rzucałem na bok kawałki koziego łoju, jako bardzo nieprzyjemnego w jedzeniu. Jakże mi go teraz żal było. Wynalazłem wprawdzie w pobliżu dawnej kuchni nieco odpadków, ale były nieświeże, trzeba je było przetopić. I oto nowa robota! Musiałem zrobić płaską rynkę do wytapiania łoju, opatrzyć polewą, a potem dopiero zająć się tłuszczem. Całego dnia wymagało wypalenie. Dwie rynki pękły, aż trzecia dosyć mi się udała. Trzeba było widzieć, z jakim zadowoleniem zasiadałem wieczorem przy mojej lampce, wiążąc do późna sieć. Ale radość niedługo trwała, bo po czterech dniach skończył się zapas tłuszczu. A więc cztery dni tylko miałem światło. Trudno, trzeba się tym cieszyć, co jest, ale za to jeżeli. Boże broń, zostanę na drugą zimę na wyspie, to niezawodnie przysposobię zapas drzewa i tłuszczu, ażebym nie potrzebował tak jak w tym roku biedować.

Po niejakim czasie umyśliłem wybrać się naumyślnie przy pierwszym lepszym pogodnym dniu na orzechy kokosowe, dla spróbowania, czy mi się nie uda z nich wycisnąć oleju. Jako też w tydzień potem, wziąwszy kosz, poszedłem do miejsca, gdzie rosły obficie. Aby jednak skorup darmo nie dźwigać, rozbijałem je na miejscu, przy czym opiłem się dużo mleka. Za powrotem do domu dostałem dreszczy i bólu głowy. Przeraziło mnie to bardzo. Myślałem, że febra wraca znowu. Rozpaliłem ogień i ugotowałem rosołu, a wypiwszy gorący, okryłem się dobrze i spociłem. Szczęściem skończyło się na strachu. Widać, że zbytnie użycie mleka kokosowego, a może też wilgoć w lesie, przyprawiły mnie o tę słabość. Postanowiłem unikać jej jak ognia.

Drugiego dnia rano zabrałem się do fabrykowania oleju. Na gładkim kamieniu tłukłem naprzód ziarna kokosowe na miazgę, ogrzewałem potem w rynce przy ogniu, mieszając, aby się nie przypaliły. Nareszcie, umieściwszy w woreczku od zboża i zawiązawszy go sznurkiem, wygniatałem pomiędzy dwoma rozgrzanymi kamieniami. Tym sposobem otrzymałem przeszło pół kwarty tłuszczu. Nieco wsiąkło w worek, a trochę się rozlało. Tak znowu mogłem przez cztery dni cieszyć się światłem mojej lampy.

Z tym wszystkim siedzenie na ziemi było mi nieznośne, brak stołu i krzesła wciąż odczuć się dawał, a nie wiedziałem, jak mu zaradzić. O nogi mniejsza, te można było zrobić z gałęzi, ale skąd wziąć deski, wszakże jej nożem nie wystrugam. A gdybyś uplótł sobie płyty na stół i krzesło z prętów, koszykarską robotą? Pomysł wcale niezły, trzeba go tylko wykonać. Natychmiast naciąłem gałązek z drzewa nieco do wierzby podobnego, zacząłem pleść, a po kilku próbach udało się sklecić upragnioną płytę. Wkopawszy cztery gałęzie równej wysokości w ziemię, umieściłem na nich płytę i przymocowałem ją spodem włóknem pizangowym. Teraz należało zrobić stołek przenośny. Namęczyłem się nad nim krwawo, nie umiejąc sobie poradzić. Nareszcie wybrawszy cztery równe paliki, powiązałem je poprzeczkami u góry i dołu. Tak powstało rusztowanie, na którym położyłem płytę. Mając stół i krzesło, mogłem zasiąść sobie po europejsku przy lampie do wieczerzy i w istocie niepodobna wypowiedzieć, z jakim ukontentowaniem to robiłem. Ręczę, że Aleksander Wielki nie z większą uciechą siadał na Dariuszowym tronie.