Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXIII
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Ogrodzenie dla kóz. Opuncje. Rocznica przybycia na wyspę. Jak ten dzień przepędziłem. Rozmyślania nad upłynionym rokiem. Modlitwa.
Nazajutrz rano siedziałem parę godzin pogrążony w myślach, z czego zrobić dla mych kóz ogrodzenie. Najlepszy byłby bambus, lecz naprzód rósł bardzo daleko, a po wtóre nóż mój stępiał bardzo, a nie chciałem go zbyt często ostrzyć, aby się za prędko nie zużył. Wreszcie ścinanie bambusów było rzeczą mozolną. Podczas budowania letniego mieszkania poodgniatałem sobie skórę na dłoni i przez parę dni cierpiałem z tego powodu. Przeleciało mi przez głowę, ażeby zrobić ogrodzenie z kamienia, ale myśl ta była tak niedorzeczna, że ją natychmiast porzuciłem. Ogrodzenie powinno było obejmować przestrzeń przynajmniej parę morgów zajmującą. Trzeba więc było ułożyć parkan z kamieni, przynajmniej 60 metrów długi, a znoszenie i układanie wymagało najmniej dwóch lat pracy. Nareszcie wpadłem na pomysł, oszczędzający mi czasu i pracy. W pobliżu mego mieszkania rosło mnóstwo opuncji, kolczastych roślin, dochodzących nieraz do ośmiu stóp wysokości. Roślina ta, podobna do kaktusa, mnożyła się i rosła prędko. Silne kolce nie pozwoliłyby umknąć kozom przez taki żywopłot. Zamiast jednak zakładać ogrodzenie na otwartym polu, postanowiłem przeprowadzić je koło skalistej ściany półokręgiem tak, żeby dwoma końcami dotykało skał. Natychmiast zaznaczyłem kamykami okrąg i wziąłem się do poruszania ziemi. Grunt był w tym miejscu pulchny, robota więc szła łatwo. Po skopaniu kawałka, zasadzałem go zaraz opuncjami. Tylko znoszenie tych kolczastych roślin kosztowało mnie nie tyle zachodu, ile zadraśnień, bo ostre ciernie kłuły mi ręce i plecy. Aby tego uniknąć, zrobiłem rodzaj sanek z gałęzi, nakładałem na nie wykopane rośliny i przywłóczyłem do miejsca przeznaczenia. Tym sposobem co dzień 10 do 12 metrów bieżących zasadzało się żywopłotem, a ponieważ on trzystu pięćdziesięciu metrów długości nie przechodził, więc w przeciągu miesiąca skończyłem zagrodę. Mimo to kozy trzymałem wciąż zamknięte w oborze, znosząc im trawę. Przykrzyło się biednym zwierzętom, lecz nie mogłem ich dotąd wypuszczać, dopóki się nie przyjęły rośliny. Ma się rozumieć, że stajenka znajdowała się wewnątrz ogrodzenia.
Podczas roboty upały były tak wielkie, iż musiałem zdjąć zajęcze ubranie, a przywdziać dawne. Ale i to nowe tak się podarło, że trzeba było pomyśleć o innym.
Razu jednego, licząc kreski na moim kalendarzu, narachowałem ich 365, a ponieważ rok był przestępny, zawierający 366 dni, zatem nazajutrz wypadała rocznica przybycia mego na wyspę, czyli dzień: 23 września 1664 roku. Postanowiłem go uroczyście obchodzić, a porzuciwszy wszelkie zatrudnienia, poświęcić go rozmyślaniu. Przysposobiłem trawy dla kóz, aby jutro i tym sobie nie rozpraszać uwagi.
W jakim uczuciu obudziłem się drugiego dnia ten tylko pojmie, co oddalony od rodzinnej ziemi, od ukochanych rodziców i krewnych, w smutku i samotności dni przepędza. Od ranka nie wziąłem wcale w usta pokarmu, postanowiwszy pościć dzień cały na pamiątkę okropnych chwil rozbicia, na podziękowanie Stwórcy za cudowny ratunek. Potem udałem się do mej świątyni i tam u stóp krzyża długo, długo modliłem się ze łzami. Następnie usiadłszy na ławce kamiennej, począłem wspominać wszystko, co mnie spotkało od opuszczenia domu rodzicielskiego. Dostałem się do niewoli w Sale 25 września i morze wyrzuciło mnie na wyspę w tymże samym dniu. Był to więc dzień jakiś fatalny, czyli jak starzy ludzie nazywają, feralny dla mnie. Zdawało się, że przez dopuszczenie nieszczęść na mnie w dniu potajemnej ucieczki z domu kochanych rodziców, Bóg chciał wyraźnie mi okazać, iż karze mnie za nieposłuszeństwo.
W pierwszych miesiącach mego wygnania, nieraz z niecierpliwości i tęsknoty bluźniłem Stwórcy, ale jeżeli mnie jakie pomyślne spotkało zdarzenie, nie pomyślałem wcale, aby podziękować Opatrzności za nie. Tymczasem przyciśniętemu ciężką niemocą zesłał najmiłosierniejszy Ojciec, cudowny, że tak powiem, sen, który mnie nawrócił i w innego przemienił człowieka. Dzisiaj spokojnie spoglądam w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Dziś w każdym wypadku szukam dobrej strony i wszystko przyjmuję w pokorze, co Bóg na mnie ześle. Nie narzekam na brak rozmaitych rzeczy, do uprzyjemnienia życia niezbędnych, ale dziękuję za to, co mi Opatrzność mieć dozwoliła. Co dzień wstając i kładąc się spać, dziękuję Panu memu za moje położenie, za wytrwałość w znoszeniu niewygód i natchnienie do pokonywania rozmaitych trudności i nieraz myślę o tym, że jest bardzo wielu ludzi, którzy doświadczywszy jakiejś przeciwności, wyrzekają z płaczem: o Boże, czyż może być kto nieszczęśliwszy ode mnie! A jednakże, gdyby porównali los swój z nieszczęściami i przeciwnościami tysiąca bliźnich swoich, gdyby rozważyli, co by się działo z nimi, jeżeliby podobało się Opatrzności wtrącać ich w takie położenie, zaręczam, że przestaliby narzekać na swą niedolę, z bojaźni, aby Bóg w gorszą ich nie wtrącił.
Życie moje, kiedym się dobrze nad nim zastanowił, nie było tak opłakane, jakby się to niejednemu czytelnikowi wydawać mogło. Czy nie zasłużyłem na daleko gorsze położenie? Wychowany w domu rodzicielskim w zasadach religii i moralności, uczony bojaźni Bożej i wypełniania obowiązków względem bliźnich, jakież prowadziłem życie, wyszedłszy w świat? Czyż żyjąc pomiędzy marynarzami, choć raz zwróciłem myśl ku Bogu? Czyż trudniąc się plantatorstwem, dziękowałem Stwórcy za urodzaje lub o błogosławieństwo prosiłem? Czyż choć raz ukorzyłem się przed Sędzią sprawiedliwym, prosząc o przebaczenie popełnionych błędów? Łaski doznane od Boga, niemal cudowne, jak na przykład ucieczka z mauretańskiej niewoli, przyjęcie przez kapitana portugalskiego, ocalenie życia, wtenczas kiedy wszyscy moi towarzysze zginęli, świetne powodzenie w pierwszej podróży do Gwinei i podobnież w Brazylii, czyż, powtarzam, te łaski wywołały z ust moich choćby te stów parę: dzięki Ci, Boże!? Wspominałem wprawdzie Twe święte Imię, ale tylko w strachu, gdy zagrożony utratą życia, wołałem: o mój Boże, ratuj mię! Lecz gdy niebezpieczeństwo przeminęło, ani pomyślałem, że mię Bóg ocalił. Od czasu mego snu i nawrócenia się, wspomnienie dawnego życia ciążyło mi okropnie i nieraz drżałem na myśl, że Bóg jeszcze bardziej ukarać mnie może. Ale gdy rozważyłem, jak Stwórca, z nieograniczoną dobrocią, na którą nie zasłużyłem wcale, wspierał mnie na każdym kroku i zamiast ukarania, wciąż nowymi obdarzał łaskami, naówczas nabierałem otuchy i nadziei, że może zdołam przebłagać sprawiedliwość Sędziego, że może raczy przebaczyć skruszonemu sercu i serdecznemu żalowi i nie odmówi swego miłosierdzia.
Wieczorem, odchodząc od krzyża ustrojonego w najpiękniejsze kwieciste wieńce, czułem w sercu tęsknotę, jak gdybym się z objęć rodzicielskich wydzierał. Zawróciłem raz jeszcze i uklęknąwszy, modliłem się długo nie za siebie, ale prosząc Boga o zdrowie, długie życie i pocieszenie moich osieroconych rodziców. Tak zakończył się dzień pierwszej rocznicy mego wygnania.