Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XXI

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

[edytuj] Zastrzelenie kozy. Sól. Pieczeń. Próby garncarstwa. Różne trudności. Piec garncarski. Nieudana robota. Odkrycie polewy. Rosół.

Chcąc zastrzelić kozę, należało zapuścić się w stronę, gdziem je pierwszy raz widział. Przebiegłszy część lasu, wydostałem się na równinę, poza którą ciągnęły się skaliste wzgórza. Tam skierowałem moje kroki, ale parę godzin przeszło na błąkaniu się między urwiskami, a nie pokazała się ani jedna koza. Gdybym miał psa, wszystko poszłoby pomyślniej, ale tak, samemu trzeba było być gończym. Znużony próżnym szukaniem i zmęczony chodzeniem, usiadłem w cieniu skały wypocząć. Po niejakiej chwilce spostrzegam parę kóz na szczycie przeciwległego urwiska. Nie śmiejąc wyjść z mojej kryjówki, aby mnie nie dojrzały, zacząłem wabić je ku sobie bekiem. Wkrótce kozy posłyszały ten głos zdradziecki, zaczęły wokoło się oglądać, nareszcie zbiegły ze skały. Ukryty wśród krzaków, czekałem, aż przyjdą bliżej, od czasu do czasu becząc. Jakoż nie zawiodła mnie nadzieja. Kozy, odpowiadając mi, biegły ku miejscu, gdzie stałem, a gdy się jedna zbliżyła na trzydzieści kroków, przeszyłem ją strzałą. Dwie inne, nie wiedząc, co się z ich towarzyszką stało, obwąchiwały ją przez chwilę, a potem oddaliły się, becząc. Zabrawszy zdobycz, ruszyłem ku domowi. Po drodze skierowałem się ku brzegowi morskiemu, aby z tuzin ostryg uzbierać. Kiedym, złożywszy kozę, zbiegł w parów, prowadzący ku wodzie, naraz ujrzałem u brzegu coś błyszczącego. Nachylam się, odrywam lśniący kamień i poznaję sól. Zdaje mi się, że znalezienie najbogatszej kopalni złota nie sprawiłoby mi takiej radości, jak ta wyborna przyprawa, bez której tyle miesięcy musiałem się obchodzić. Snadź z morskiej wody osadziła się sól w parowie. Zabrawszy kawał soli i zapamiętawszy dobrze miejsce, gdzie się znajdowała, zawróciłem do domu, obciążony podwójnym łupem. I znowu w duszy uczułem głęboką wdzięczność ku łaskawemu Stwórcy, który mi nowe dobrodziejstwo wyświadczył.

Za powrotem do domu pobiegłem zaraz ku ognisku. Płomienie wprawdzie już zgasły, ale za to zarzewia było niemało, z którego natychmiast rozdmuchałem ogień. Na wieczerzę upiekłem kawał koziny. Przyprawiona solą, smakowała mi wybornie. Mając teraz mięso i sól, mogłem sobie ugotować rosołu, brakowało do tego małej tylko rzeczy, to jest garnka. Raz tylko w życiu byłem u garncarza. Widziałem, jak kładł glinę na jakimś kółku, które obracało się poziomo na stoliku, ruszał po tym nogą, a pod palcami formowały mu się garnki i miski. To jednak nie mogło mnie wiele nauczyć. Jedną tylko rzeczą, z jakiej skorzystałem podczas mej bytności, była wiadomość, że im lepiej ugniecie się glinę, tym łatwiej formować z niej naczynia.

Na drugi więc dzień nakopałem sporo gliny, a umieściwszy ją w wielkiej żółwiej skorupie i nalawszy wody, zacząłem deptać. Po paru godzinach zdawało mi się, że już jest doskonale wyrobiona i postanowiłem wziąć się do formowania garnków. Murarstwo, ciesiołka, krawiectwo i wszystkie rzemiosła, których dotąd próbowałem, były igraszką, zabawką dziecinną w porównaniu do garncarstwa. Gdyby kto z boku przypatrywał się wszystkim niezgrabnym karykaturom garnków, naśmiałby się ze mnie, a może i pożałował. Ułożywszy na kamieniu dno garnka z gliny, potem dookoła lepiłem ściany. Nie udawało mi się zupełnie. Jakieś koślawe szkaradzieństwa wychodziły z rąk moich. Nieraz ciężar gliny psuł gotowe już naczynie, czasami ucho nazbyt ciężkie wyrywało bok cały - nie mogłem sobie w żaden sposób poradzić. Nareszcie ulepiłem coś, mającego podobieństwo do garnków. Wiadomo mi było, że garncarze roboty swe naprzód suszą na słońcu. Otóż przenosząc owe naczynia na miejsce, gdzie schnąć miały, potłukłem je na drobne kawałki i trzeba było wszystko od początku zaczynać. Innym razem znowu popękały od nagłej spiekoty słonecznej, trzeba więc było suszyć je wprzód w cieniu.

W kilka dni po tych pierwszych nieudolnych próbach, znalazłem o pół mili od mojego mieszkania gatunek glinki białej, daleko łatwiej ugnieść się i wyrobić dającej. Z tej, po dobrym wyrobieniu, udało mi się ukształtować dwa naczynia, którym nie umiem dać nazwy. Nie były to bowiem ani garnki, ani rynki, przerażały swą niezgrabnością, ale przecież mogły się na coś przydać. Kiedy je słońce dobrze wysuszyło, wstawiłem je w ogień, a obłożywszy dookoła, paliłem w nim przez parę godzin. Gdy zdawało mi się, że już mają dosyć, wyjąłem z żaru i chcąc spróbować, czy nie przeciekają, nalałem wody. Wtem obydwa naraz pękły i tak przepadł owoc kilkudniowej pracy. Zmartwiło mnie to niezmiernie, ale nie odstręczało bynajmniej od dalszych prób. Doświadczenie nauczyło mnie dwóch rzeczy. Naprzód, żeby nie robić zbyt wielkich naczyń, bo te daleko łatwiej się psują. Po wtóre, aby wysuszywszy pierwej na wietrze, wystawić następnie na słońce, a potem wypalać wprzódy wolnym, potem coraz mocniejszym ogniem, w końcu zaś znowu żar zmniejszyć i zostawić aż do zupełnego wygaśnięcia w ognisku.

Nadto uważałem, że naczynia wypalają się bardzo źle, jeżeli wiatr miota ogniem. Z zebranych zatem kamieni ułożyłem pod skałą coś na kształt pieca. Kamienie ustawione w półokrąg, przypierający do skalistej ściany jedną stroną, miały z boku mały otwór u dołu, dla lepszego ciągu powietrza. W tym tedy piecu zamierzałem odbywać dalsze próby garncarstwa.

Wyrobiwszy kilkanaście większych i mniejszych garnuszków, wstawiłem je w piec, obłożyłem dookoła gałązkami i podpaliłem je, dokładając potem drzewa coraz więcej. Na koniec, gdy garnki rozpaliły się do czerwoności, zostawiłem je w tym stanie przez parę godzin. Po wyjęciu i ostudzeniu okazały się wcale dobrymi. Wprawdzie nie miały pięknej formy, ale do użytku nadawały się doskonale i zaraz też sobie ugotowałem w jednym koziego mleka. Przepyszny był to przysmaczek i od tego czasu codziennie już miewałem gorące śniadanie. Dopiąwszy tak szczęśliwie celu długich zachodów, zabrałem się do robienia większych garnków. Tamte bowiem nie miały większej objętości nad kwaterkę. Już teraz robota szła mi daleko łatwiej, bo nabyłem wprawy, ale zawsze jeszcze garnki nie odznaczały się regularnością ścian. Mniejsza o to, byle tylko służyły do użytku. Wyrobiwszy z wielką trudnością dwa duże koślawce, podobne do wiaderek, wypaliłem je należycie, a mając wczoraj zabite koźlątko, postanowiłem ugotować rosołu. Nalałem więc wody, osoliłem dobrze i przystawiłem do ognia. Ale ku wielkiemu mojemu smutkowi glina przepuszczała wodę, tak że cała robota na nic się nie zdała. Przyczyną tego zapewne było złe wypalenie. Wstawiłem je więc na powrót w żar, trzymając w nim przez parę godzin. Po wyjęciu, gdym je począł oglądać, spostrzegłem z podziwem, że garnek w którym była woda, nabrał wewnątrz szkliwa, czyli polewy, drugi zaś wcale nie. Co mogło być tego powodem? Rozważając długo, przyszedłem wreszcie do wniosku, że zapewne sól to sprawiła. Rozpuściwszy więc garść soli w troszce wody, polałem tym rozczynem wewnątrz i zewnątrz garnek nie polewany i powtórnie włożyłem w ogień. Wynik przeszedł moje oczekiwania. Garnek nabrał pięknego szkliwa i przystawiony z wodą do ognia, nie przepuszczał jej wcale. Tak więc zdałem egzamin na majstra garncarskiego.

Już było późno na gotowanie obiadu, więc dopiero nazajutrz zająłem się kuchnią. Do wrzącej i osolonej wody włożyłem mięso. Nie było wprawdzie ani włoszczyzny, ani żadnych innych korzeni do przyprawy, ale kto by tam dbał o takie bagatele. Za to w miejsce kaszy lub ryżu, nasypałem wyłuszczonych ziaren kukurydzy. Chcąc zaprosić się na obiad wytworny i uczcić należycie dzień skosztowania rosołu, nakryłem kamień liściem kokosowym, postawiłem na nim coś podobnego do miseczki, którą przedwczoraj zrobiłem, położyłem obok tego widelec, wystrugany z drzewa, mój nóż i łyżkę, zrobioną z muszli na patyczku osadzonej. Z jednej strony otwarty kokos, z drugiej ananas, miały reprezentować wety. Tak przygotowawszy wszystko, zasiadłem do stołu i odmówiwszy modlitwę, wziąłem się do jedzenia. Ale rosół mój wcale nie odpowiadał wyobrażeniu, jakie sobie o nim robiłem. Miał smak wodnisty i był bardzo cienki. Ziarnka kukurydzy odznaczały się za to daleko przyjemniejszym smakiem, aniżeli surowe, a mięso było przewyborne. Późniejsze doświadczenie nauczyło mnie, że chcąc mieć dobry rosół, trzeba mięso nastawić w zimnej wodzie, o czym wie dobrze każda kucharka, a czego niestety nie wiedziałem i co dopiero w parę miesięcy później przypadkowo odkryłem. Nieraz przypadek naprowadził mnie na jakiś nowy wynalazek. I tak razu jednego zbierając w lesie chrust na ogień, zabrałem gałąź z patatami sądząc, że korzenie grube i bulwiaste będą się paliły wybornie. Po wygaśnięciu ogniska ujrzałem je nie spalone, ale tylko zwęglone z wierzchu. Obdarłszy skórkę, znalazłem wewnątrz miazgę żółtą, mączystą, wydającą przyjemny zapach. Kosztuję, smak bardzo miły, podobny do ziemniaków, których jeszcze wówczas nie znałem, bo dopiero podczas mego wygnania zaczęły rozpowszechniać się w Anglii.

Od czasu rozniecenia ognia i zrobienia garnków życie moje wielkiej uległo zmianie. Nie żywiłem się teraz, jak dziki człowiek, surowiznami, lecz co dzień na śniadanie miałem garnczek grzanego mleka, a do tego zamiast bułki, ziarnka gotowanej kukurydzy. Na obiad rosół, albo dla odmiany kawał pieczeni to koziej, to zajęczej, niekiedy znowu pieczyste z papugi lub innego jakiego ptaka. Deser stanowiły kokosy, ananasy lub banany. Wieczerzę miewałem z mięsnych resztek obiadu, z dodaniem dwóch lub trzech patatów, upieczonych w popiele. Przystawkami do tych dań bywały ostrygi, żółwie lub ptasie jaja na twardo albo na miękko ugotowane oraz morskie raki, które nieraz po odpływie morza chwytałem. Jadło to pożywne, bardzo zbawiennie wpływało na moje zdrowie, wycieńczone przebytą chorobą. Wyglądałem czerstwo i odzyskałem dawne siły.