Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XVIII

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

[edytuj] Choroba. Cierpienia. Brak pomocy. Rozpacz. Gorączka. Marzenia straszliwe. Dwa dziwne sny.

Zaledwie sen skleił moje powieki, kiedy nagle przebudziło mnie nadzwyczajne zimno. Sądziłem, że znów woda podpłynęła pod moje posłanie, lecz niebo wypogodzone, pięknie i jasno świecący księżyc przekonały mnie o mylności tego mniemania. Czułem w całym ciele tak silne dreszcze, iż zęby szczękały od nich i drżałem, jakby wśród najtęższego mrozu. Nadaremnie otulałem się kołdrą, nic to nie pomagało, zdawało mi się, że zmarznę. Tak męczyłem się blisko do rana. Wówczas zimno zaczęło mnie opuszczać, a w miejsce jego powstała tak silna gorączka, że pozrzucawszy z siebie kołdrę i odzież, jeszcze nie mogłem wytrzymać. Czułem wewnątrz palący ogień, pragnienia nie mogłem ugasić, a głowa mało nie pękła z bólu. Na koniec zmęczony cierpieniem, mocno usnąłem.

Kiedym się przebudził, słońce zbliżało się już ku południowi. Zimno, gorąco i ból głowy opuściły mnie zupełnie, lecz czułem się tak bardzo osłabiony, że niepodobna wstać było.

Wytężywszy siły, zwlokłem się nareszcie z posłania, ale nogi drżały pode mną i nie mogłem kroku postąpić. O wyprzątaniu dalszym ziemi z jaskini ani myśleć. Niezawodnie przenoszenie się podczas burzy mi zaszkodziło. Myśl o chorobie dręczyła mię straszliwie. Jeżeli nie ustąpi, któż mię będzie pielęgnował, kto mi poda wody, kto jaki pokarm przyrządzi!

Ku wieczorowi było mi nieco lepiej, a nawet uczułem chęć do jedzenia.

- A więc to tylko słabość przemijająca, chwała Bogu, zawołałem z radością, wszystko skończyło się na strachu. Radość ta jednak niedługo trwała. Wprawdzie na drugi dzień miałem się jeszcze lepiej i nawet mogłem cokolwiek pracować, ale w nocy powtórzyły się wszystkie poprzednie objawy choroby.

Powtórnie wstrząsnęło mną zimno i znowu po nim nastąpiła gorączka. Tym razem było daleko gorzej, nie przysposobiłem wody, a zdawało się, że mię spali pragnienie. Próbowałem wstać i dopełznąć do zdroju. Sił mi brakło. Rozpacz mię ogarnęła, a okropny ból głowy mieszał mi zmysły.

W tym niewymownym cierpieniu znów mi stanął w oczach obraz rodzicielskiego domu.

Przypomniałem sobie, jak troskliwie kochana matka pielęgnowała mię w najlżejszej słabości, z jaką trwogą nad moim łożem czuwała i najdrobniejsze życzenia wypełniała z pośpiechem.

Jak ojciec, zwykle surowy, okazywał się podczas mojej choroby pełnym troskliwości, a gdym wyrzekł, że mi lepiej, radość rozjaśniała jego twarz szanowną. A teraz nie ma przy mnie nikogo, któż wie, czy to nie koniec mojego życia. Może nigdy, nigdy ich nie zobaczę!

Starałem się wszelkimi siłami odepchnąć myśl o śmierci, lecz cisnęła się jeszcze tym natrętniej.

Stan mój był okropny. Krew wrzała w żyłach, a oddech stawał się coraz szybszy i krótszy.

W tym niebezpiecznym położeniu pierwszy raz szczerze pomyślałem o Bogu. Zacząłem przypominać sobie słowa pacierza, którego od pięciu lat nie mówiłem wcale, lecz rozpacz nie dawała mi się modlić. Strach śmierci tak mię opanował, że sobie rady dać nie mogłem, a trwoga ta o wiele jeszcze zwiększyła moje cierpienia. Zdaje mi się, że umarłbym już z samej bojaźni, gdyby ciało, zmęczone tak długim wysileniem, nie uległ o potędze snu. Nazajutrz znowu mi było lepiej, ale czułem większe jeszcze osłabienie jak przedwczoraj.

Od trzech dni nic prawie nie jadłem. Gdyby skąd dostać można talerz rosołu, choćby kleiku! Jak przykre jest położenie biednego wygnańca, zmuszonego żyć surowiznami, nie mającego czym pokrzepić zwątlonych sił.

Żułem owoce bananowe, wysysając sok tylko, a odrzucając miazgę. Przeświadczenie, że dostałem febry, dopełniło kresu mego zmartwienia. Wiedziałem, że ta choroba zabija Europejczyków na wybrzeżach Gwinei. Rzadko który unika śmierci, a ja, jeżeli nie umarłem podczas pierwszej podróży, winienem to tylko kapitanowi, który mnie przewiózł do Anglii. Jedynie zmiana klimatu mnie uleczyła. Gdzież teraz ucieknę przed zabójczą chorobą, pozbawiony wszelkiej pomocy lekarskiej. Niezawodnie skończę życie w najokropniejszych cierpieniach, a nikt nie będzie wiedział, co się ze mną stało.

W nocy dostałem znowu zwykłego napadu febry. Pragnienie jeszcze silniej mnie dręczyło niż podczas poprzednich paroksyzmów. Do tego przyłączył się silny ból w lewym boku, myślałem, że skończę życie tej nocy. Na szczęście przygotowałem sobie znaczny zapas wody i tylko to przynosiło mi słabą ulgę. Nad ranem gorączka znacznie się zwiększyła, okropne marzenia przerywały sen co chwila. Raz zdawało mi się, że walczę z rozhukanym morzem. Krzyczałem z przestrachu i zrywałem się jak szalony. Za chwilę znów widziałem mnóstwo potworów: lwów, tygrysów, lampartów rzucających się na mnie z rykiem. I uciekałem przed nimi, a nogi plątały się pode mną. Potykałem się co chwila, upadałem, a zgłodniała czereda rozjuszonych bestii już, już dosięgała mnie swymi kłami. To znów wrzawa i wystrzały bitwy napełniały powietrze. Korsarze mauretańscy wywijali nade mną szablami, jakiś olbrzymi Murzyn pochwycił mnie w objęcia i dusił, dusił tak silnie, że już tchu w piersiach zabrakło. Zmęczony, spocony, zziajany obudziłem się na chwilę, nie wiedząc, czy to były okropne marzenia, czy straszna rzeczywistość.

Po chwili zapadłem znowu w sen głęboki. Zdawało mi się, że siedzę pod tym samym drzewem, gdzie podczas trzęsienia ziemi szukałem schronienia. Gęste kłęby chmur poczęły opuszczać się z nieba i zakryły przed moim okiem całą wyspę. Nic nie widziałem, tylko czarne, nieprzejrzane tumany. Nagle straszna błyskawica rozdarła chmury, z wnętrza ich wystąpił olbrzym, niewypowiedzianą jasnością okryty. Gdy wyszedł z łona szkarłatnyh obłoków i nogą dotknął ziemi, wstrząsnęła się cała wyspa, a gromy zahuczały tak gwałtownie, jak gdyby świat miał runąć. Zbliżywszy się do mnie, wzniósł w górę oszczep i zawołał głosem, na który krew ścięła się w mych żyłach:

Nędzny! Tyle dobrodziejstw doznanych od Opatrzności nie wzruszyło twego zakamieniałego serca! Trwasz w twych złościach, a więc giń, jak żyłeś, marnie!

I wzniósł oszczep, aby mię przebić. Co się dalej stało, nic nie wiem.

Kiedy mi się zdawało, żem przyszedł do przytomności, wszystko zniknęło. Znajdowałem się niby na jakiejś nieprzejrzanej równinie tak pięknej zieloności, jakiej nie oglądałem w życiu. Błękit nieba roztaczał nade mną swój przecudny namiot. Nie było tam ani słońca, ani księżyca, ani gwiazd, tylko jakaś dziwnie miła jasność, a powietrze tchnęło niby wonią, czy świeżością, czego opisać nie umiem. Jasność ta rozlewała się ze sklepień niebieskich, rosła, potężniała tak, iż oczy spuścić musiałem, a gdy je znowu wzniosłem na chwilę w górę, ujrzałem krzyż promienisty. Padłem na twarz, nie śmiejąc prawie oddychać, gdy wtem głos słodszy, aniżeli wszystkie ziemskie melodie, zabrzmiał z góry:

Wzywaj mię w dzień utrapienia, a wyrwę cię, i czcić mię będziesz.

Obudziłem się, wszystko zniknęło.

Nie wiem, nie umiem powiedzieć, co się działo w mej duszy. Radość, nadzieja, żal, skrucha, bojaźń, ufność w Bogu, wszystko to razem przeniknęło moją istotę.

- O, Boże! Mój Boże! Mój Boże, zawołałem, dźwigając się na kolana.

- O, Ojcze mój, jakże Ty dobry jesteś! Tyle lat zapomniałem o Tobie, Stwórco mój najlepszy, nie dziękowałem za Twe dobrodziejstwa, a Ty jeszcze mi pozwalasz poznać moje winy i żałować za nie!

O, Panie mój! Jeżeli to jest ostatnia choroba moja, jeżeli mam umrzeć, pozwólże mi choć tak długo żyć, abym mógł szczerze żałować za grzechy moje i Twój przebłagać majestat. O, Boże, wzywam Cię w dniu utrapienia mojego, wyrwij mię...

Nie mogłem dokończyć modlitwy, potok łez zalał wyrazy, wzniosłem ręce ku niebu i płakałem jak dziecko, zanosząc się i łkając.

Modlitwa wyczerpała resztę sił moich. Czarne płatki wzrok mi zaćmiły, zaszumiało w uszach, padłem jak nieżywy.