Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XVII
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Boże Narodzenie. Wspomnienie Rodzicielskiego domu. Nowy rok. Cud. Trzęsienie ziemi. Huragan i ulewa.
Nazajutrz po ukończeniu sukien, policzywszy dni na moim kalendarzu, zasmuciłem się bardzo. Dzień dzisiejszy był dniem wigilii Bożego Narodzenia. Obraz domu rodzicielskiego stanął mi żywo przed oczami. W dniu tym zwykle od południa sklep się zamykało. Ojciec powracał, a później kazał się przenosić do jadalnego pokoju. Tymczasem matka krzątała się około ogromnego plumpudingu i nadziewała własnoręcznie indyka. Bez tych dwóch potraw nie obeszło się nigdy. Zwyczaj to był dawny, sięgający niepamiętnych czasów. Nasz domek obchodził go uroczyście. Wieczorem zasiadaliśmy do wspólnego stołu, wraz z domownikami i służącymi, a po wieczerzy ojciec, wziąwszy Pismo Święte, czytał z Ewangelii św. Łukasza rozdział o Narodzeniu Pańskim, zaczynający się od słów:
I stało się w dni owe, że wyszedł dekret od cesarza Augusta, aby popisano wszystek świat.
Wysłuchawszy pobożnie i w milczeniu słów świętych, śpiewaliśmy pieśni pobożne, potem zaś rodzice prowadzili nas do osobnego pokoju, gdzie stał wielki stół, białym zasłany obrusem, a na nim leżały rozmaite podarki dla dzieci, domowników i służących, przykryte piękną serwetą. Po czym ojciec, zdjąwszy ją, z kolei wszystkim podarunki rozdawał. Ileż to było radości, oglądania i uciechy.
Pamiętam dobrze te czasy, kiedy jeszcze wszyscy trzej byliśmy w domu. Starsi bracia odbierali w podarunku różne części ubrania, ja zaś, najmłodszy, zapas rozmaitych zabawek, mających mi wystarczyć do dnia urodzin. Rozkosz to była niewypowiedziana, dlatego też zwykle nie mogliśmy się doczekać uroczystości wigilii Bożego Narodzenia i zawsze na parę tygodni wprzód rachowaliśmy, wiele jeszcze dni do niej mamy.
Kiedy mi się to wszystko przypomniało tak żywo, serce ścisnęło się gwałtownie i głośnym wybuchnąłem płaczem. Długo tak, bardzo długo płakałem, nie mogąc się uspokoić. Nareszcie łzy ukoiły tęsknotę, ale do żadnej pracy nie byłem zdolny. Przez cały dzień siedziałem na wzgórku przyległym do mojej jaskini, patrząc w stronę, gdzie podług mego przypuszczenia Anglia znajdować się powinna. Piękna kraina podzwrotnikowa, do której tak tęskniłem w domu, zdawała mi się obrzydłą ze swą zielenią w dniu wigilii. Z jakąż radością powitałbym biały całun ojczystego śniegu, rozkoszował się mrozem i skrzepłymi lodem rzekami.
Boże Narodzenie jeszcze smutniej mi przeszło. Deszcz lał jak z cebra, skazany więc byłem na siedzenie w jaskini. Dręczony tęsknotą, drugiego dopiero dnia nad wieczorem wyszedłem z domu, gdy się nieco wypogodziło.
Nowy rok 1665 nadszedł za dni kilka. Powinszowałem sam sobie jak najprędszego wyswobodzenia z bezludnej wyspy, bo mi nie miał kto winszować. Po południu poszedłem na polowanie. Upał nieznośny zmusił mnie do wytchnienia w cieniu drzew. Gdy słońce już mniej dopiekało, przebiegłem kilka ładnych dolin w głębi wyspy, nieznanych mi dotąd. Nagle, wyszedłszy z lasu, spostrzegłem stadko kóz. Zadziwiła mnie nadzwyczajnie obecność tych zwierząt. Dotąd nigdy ich nie widziałem.
Serce zabiło mi gwałtownie. Któż wie, może w głębi wyspy znajduje się jaka osada Europejczyków, hodujących kozy. Natychmiast pobiegłem ku zwierzętom, wabiąc je bekiem, jak to u nas w zwyczaju, ale kozy w mgnieniu oka pierzchły w zarośla. Puściłem się za nimi w nadziei, że mnie doprowadzą do ludzkiej zagrody, lecz nachodziwszy się niemało, zabłąkałem się wreszcie, co nie tylko zmusiło mnie noc przepędzić w lesie, lecz dopiero drugiego dnia nad wieczorem, po długim krążeniu znalazłem swój zamek.
W miesiąc po tej wycieczce, przechadzając się w pobliżu miejsca, gdzie mnie morze wyrzuciło, z największym zadziwieniem spostrzegłem zielone kłosy, zupełnie podobne do jęczmienia. Im lepiej się przyglądałem, tym bardziej byłem przekonany, że mnie wzrok nie myli.
Trudno wypowiedzieć pomieszanie, jakie mnie na ten widok ogarnęło. Zboże europejskie tu? W tym miejscu? Co to może być! Skąd się wzięło?
Jeżeliś pilnie zważał, czytelniku, to zapewne nie uszło twej uwagi, że aż dotąd zupełnie zapomniałem o Bogu. Na widok kłosów, nie wiadomo jak wyrosłych, uczułem niepojętą radość i w pierwszej chwili byłem pewny, że Bóg mi okazuje szczodrobliwe dowody swej Opatrzności.
Myśl ta wzruszyła mnie niezmiernie. I czymże ja, nędzny grzesznik, zasłużyłem sobie, aby Bóg cuda dla mnie czynił? I już padłem na kolana podziękować za tę łaskę Wszechmocnemu, kiedy nagle spostrzegłem pod drzewem mały woreczek od zboża, rzucony w dniu przybycia mego na wyspę. Zrywam się z kolan, zawstydzony moją łatwowiernością, jak gdybym nie doświadczył tylu łask i nie miał za co innego Bogu dziękować.
Tak to wiecznie płochość i lekkomyślność kierowały moimi postępkami. Miałem zasady religijne wpojone przez matkę, ale puściwszy się na burzliwe żeglarskie życie, zapomniałem o wszystkim. Kiedy mi się dobrze wiodło, nie myślałem o Bogu, a gdy bieda dokuczała, zamiast modłów, skargi i złorzeczenia z ust wylatywały. Nie pomyślałem nawet o tym, że zrządzeniem Bożym te kilkadziesiąt ziarn upadło właśnie w miejscu, zasłoniętym od skwaru słonecznego na ziemię bujną, a nie na twardą opokę i wzrosły tutaj jedynie dla mojego pożytku. Gdyby padły w przeciwną stronę na piasek, mógłżebym z nich korzystać?
Co się stało z tymi ziarnami, opowiem później.
W połowie miesiąca maja o mało cały zamek mój nie runął, a ja sam nie straciłem życia.
Siedziałem właśnie przy wyjściu w murze, strugając nożem widelec z drzewa, kiedy nagle jakiś dziwny, jakby podziemny grzmot, daje się słyszeć. Zrywam się przerażony, podnosząc wzrok w górę, aby zobaczyć, skąd nawałnica nadciąga. Wtem z przerażeniem widzę, jak cały szczyt skały panującej nad grotą drży, wstrząsa się gwałtownie. Na koniec ze straszliwym hukiem zwala się w dolinę, zasypując gruzami strumień. W największej trwodze przesadzam mur i uciekam ku brzegowi morskiemu, ażeby mnie gruzy nie przywaliły.
- To trzęsienie ziemi - zawołałem, szczękając zębami ze strachu. I obejrzałem się błędnym okiem wokoło, oczekując, rychło mnie ziemia pochłonie.
Za chwilę powtórzyło się wstrząśnienie, słabsze wprawdzie od pierwszego, ale słyszałem huk jakiś wewnątrz mej jaskini, a z odległości wyraźnie można było widzieć, jak zachwiały się szczyty wzgórz, a jeden nad morzem z łoskotem piorunu wpadł w fale oceanu i wyrzucił na trzydzieści metrów wysoki słup wody. Jak żyję, nie doświadczyłem jeszcze trzęsienia ziemi. Przy pierwszym uderzeniu zaczęło mi się mieszać w głowie. Za drugim padłem u stóp ogromnego drzewa, wołając bezmyślnie w najokropniejszym strachu: Boże mój! Boże, zmiłuj się nade mną!
Na chwilę się uciszyło, nabrałem więc nieco ducha, ale nie śmiałem do mieszkania powrócić. Siedząc pod drzewem, załamywałem ręce z rozpaczy. Tymczasem powietrze stawało się coraz cięższe. Całe niebo czarne zaciągnęły chmury. Zerwał się wicher, który w pół godziny później przeszedł w najgwałtowniejszy huragan. Morze wrzało jak ukrop, a jego powierzchnia, zbielona pianą, tworzyła coraz ogromniejsze bałwany. Fale rzuciły się wściekle na brzegi, wyrywając drzewa z korzeniami. Po trzech godzinach szalonego wichru rozwarły się niebieskie upusty. Nie był to deszcz, ale potoki wody z chmur, leciały jedną nieprzerwaną nawałnicą. Zlany, przemokły do ciała, siedziałem na błotnistej ziemi. Wstrząśnienia nie powtarzały się więcej, a więc postanowiłem wrócić do groty, bo na takiej ulewie niepodobna było wysiedzieć. Brnąc w wodzie blisko po pas, przeszedłem łączkę zalaną wodą. Strumień, zawalony skałami, nie mogąc wolno odpływać, był tej powodzi przyczyną. Na koniec z niezmierną trudnością po ciemku dostałem się do wnętrza jaskini, drżąc z bojaźni, aby nie ponowiło się trzęsienie i nie pogrzebało mię pod gruzami, ale z drugiej strony niepodobieństwem było zostawać dłużej pod gołym niebem. Wyszukawszy suche miejsce w grocie, usiadłem i całą noc przepędziłem, drzemiąc.
Deszcz lał do rana. Kiedy nareszcie rozjaśniło się na polu, rzuciłem okiem dookoła. Któż opisze mój przestrach, gdy ujrzałem większą część jaskini zasypaną ziemią i odłamkami skał.
Gdyby trzęsienie nastąpiło w nocy, już bym nie żył. Cud mię jedynie ocalił, gdyż miejsce, gdzie spałem, oraz piwnica, były zupełnie przywalone.
Około południa rozjaśniło się na koniec. Wody ustąpiły i spłynęły ku morzu. Trzeba się było zabrać do wyprzątnięcia groty. Przeraziła mnie ta robota. Nie było ani taczek, ani wózka do wywożenia kamieni i ziemi. Jedynym mym narzędziem była licha motyka z muszli. Jednakże nie dałem się odstraszyć, pracowałem ciężko przez cały dzień do wieczora i nareszcie, uprzątnąwszy ziemię sponad piwniczki, mogłem dostać się do mych zapasów.
Pomimo usilnej pracy przez cały dzień nic nie jadłem. Zatrudniony robotą, nie pomyślałem nawet o posiłku. Dopiero odgrzebawszy piwnicę, zabrałem się do jedzenia. Ale nic mi nie smakowało. Piłem przez cały dzień, a ciągle miałem pragnienie. Kilkakrotnie przebiegł mnie dreszcz, czasami znów krew uderzała do głowy.
Czując się słabym, położyłem się jeszcze za dnia na posłaniu suchego mchu, przykrywając się kołdrą z zajęczych skórek, którą właśnie skończyłem przed kilku dniami. Przy posłaniu przygotowałem dwie duże muszle, napełnione wodą, nie chciałem bowiem narażać się w nocy na wychodzenie do źródła.