Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział XIV
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Pierwsza wędrówka po wyspie. Pataty. Palmy kokosowe. Ból głowy. Kąpiel morska. Parasol. Ostrygi. Ananas. Żółwie jaja. Aguti. Powrót do zamku.
Następnego dnia o świcie, ubrany w kapelusz i łapcie, z torbą na plecach naładowaną kukurydzą i pizangami i z dzidą w ręku, puściłem się na odkrycia po wyspie.
Obrałem kierunek na wschód, trzymając się brzegów morskich, tak dla uniknięcia zbłąkania, jak też, aby mieć wciąż morze na oczach i śledzić okręty.
Z początku droga szła bardzo ciężko, miejscami las był nadzwyczajnie gęsty, a liany i inne powojowate rośliny tak drogę tamowały, że trzeba było je nożem przecinać. Lecz z wolna las począł się przerzedzać i wydobyłem się na równinę obszerną, pokrytą trawą i gęstymi krzewami, w kępach rosnącymi. Jakieś osobliwe ziele zaścielało prawie całą dolinę. Łodygi pełzające, węzłowate, splątane, rozpościerając się, tamowały przejście tak, iż kilka razy zawadziwszy, o mało nie upadłem. Mnóstwo kwiatów szkarłatnych pokrywało łodygę. Chcąc się jej lepiej przypatrzeć, szarpnąłem w górę i wyrwałem razem z nią kilka wielkich bulw, wielkości głowy dziecięcia. Na co by się one przydać mogły, czy by przypadkiem jeść ich nie można, myślałem sobie? Skosztowałem. Br, smak słodkawo-nudny, odrażający, zapewne trucizna. Byłbym się zaraz uczęstował i na samym wstępie podróży osiadł na piasku. Dobrze przynajmniej, że smak odrażający ostrzegł o ich szkodliwości.
A jednak, jak się przekonałem później, byłem bardzo nędznym naturalistą, gdyż bulwy owe były to bataty, których wprawdzie surowych jeść nie można, ale za to pieczone lub gotowane mają smak bardzo podobny do pieczonych kasztanów.
Rzuciwszy bulwy, powędrowałem dalej. Na końcu doliny spostrzegłem kilka pięknych palm. Serce zabiło mi gwałtownie, gdyż to były kokosy, których od czasu niewoli mauretańskiej nie widziałem wcale. Wprawdzie rosły wysoko, ale dla nawykłego do wspinania się na maszty okrętowe nie było to nieprzełamaną zaporą. Wdarłem się na palmę i zrzuciłem kilkanaście pięknych orzechów. Zdobycz nieoceniona, ale jak się dostać do jądra, do mleka w twardej zamkniętego skorupie? W Sale otwierałem je siekierą, lecz tu na próżno łamałem sobie głowę nad rozłupaniem łupiny. Noża nie śmiałem użyć do tego, bo się łatwo mógł złamać. Nareszcie umieściwszy kokos na kamieniu, uderzyłem weń drugim głazem ciężkim. Skorupa pękła, ale maleńkie jądro zgruchotało się od uderzenia, a cały płyn wypłynął na ziemię. Spożyłem jąderko, ale nie mogłem odżałować rozlanego soku. Chcąc sobie to wynagrodzić, wziąłem się natychmiast do otworzenia drugiego. Powłokę zewnętrzną zieloną zdjąć było łatwo, lecz gdy przyszło do otwarcia łupiny, zacząłem obracać orzech na wszystkie strony, czy nie znajdę gdzie sposobniejszego miejsca. Jakoż u góry zauważyłem, że zieleń niezupełnie odeszła. Odskrobałem ją nożem i zacząłem wiercić. W samej rzeczy w tym miejscu skorupa była miększa. Zrobiłem otwór i uraczyłem się przewybornym napojem.
Samo już odkrycie kokosu wynagradzało mi podjętą podróż. Palm rosło kilkadziesiąt w tym miejscu, niezbyt odległym od mego zamku. Wystarczało mi zatem kokosów na cały rok, ale i ten przysmak smutne obudzał myśli. Byłby on przewyborny po smacznym obiedzie, złożonym z mięsa. Ach, gdyby raz chociaż kawałeczek go dostać! Oglądałem się, czy nie zobaczę gdzie jelenia lub sarny, ale nadaremnie. Na gałęziach widziałem wprawdzie papugi i inne ptaki, rzucałem w nie kamieniami, ale i dziś żadnego trafić nie mogłem, a zresztą, cóż mi było po mięsie bez ognia.
Szedłem wciąż dalej pomimo nieznośnego upału. Promienie słońca tak mi ciemię przepaliły, że dostałem silnego bólu głowy. Skierowałem więc kroki ku brzegowi morskiemu, ażeby się kąpielą orzeźwić i nieco w cieniu krzaków wypocząć. Zabierając się do kąpieli, widziałem mnóstwo ryb. Można je było łowić, ale czym? Za powrotem postanowiłem zrobić sieć z włókien pizanga i pocieszyła mnie ta myśl, że może chociaż rybiego pokosztuję mięsa, wysuszywszy je na wzór Murzynów w skwarze słonecznym.
Kąpiel, a nawet kilkakrotne zanurzenie się z głową w wodzie, wcale mi ulgi nie przyniosły. Ułożywszy się w cieniu krzaków, cierpiałem bardzo mocno i zaledwie byłem w stanie od czasu do czasu popełznąć na brzeg morski dla zamoczenia rozpalonej głowy. Na koniec sen mnie zmorzył tak silnie, że nie obudziłem się aż na drugi dzień rano, zdrów zupełnie.
Nikt nie uwierzy, jakie dziwne uczucie mnie ogarnęło, gdy za przebudzeniem się ujrzałem wschodzące słońce. Nie mogłem przypuścić, żebym pół dnia i całą noc przespał bez przerwy.
Przeraziła mnie myśl, iż zasnąwszy nieoględnie wśród krzaków, mogłem się stać łupem dzikich zwierząt. Jednak wkrótce ustąpiła trwoga. Zwierząt drapieżnych widocznie na wyspie nie było, gdyż od miesiąca, jak ją zamieszkiwałem, ani razu nie doszedł mych uszu ich ryk lub wycie. Zresztą, do tego czasu niezawodnie byłyby mnie wytropiły.
Nauczony wczorajszym cierpieniem, nie miałem wcale chęci i dziś narażać się na to samo.
Trzeba było sobie sporządzić coś na kształt parasola. W tej chwili wdarłem się na palmę kokosową i nazrywałem dostateczną ilość liści lśniących i twardych. Potem uciąłem kij, przywiązałem do jego końca cztery długie gałązki, w środku na krzyż przewiązane, połączyłem końce sznurkiem i tak miałem rusztowanie o ośmiu prętach, na którym liście kokosowe zastąpiły tkaninę jedwabną, używaną do parasoli.
Z przyczyny tej roboty podróż opóźniła się nieco, ale zaraz na wstępie doświadczyłem, jak wybornym nabytkiem był mój parasol. Słońce teraz wcale mi nie dokuczało, a wietrzyk mile chłodził. Cóż za różnica od dnia wczorajszego!
Okolice przedstawiały najrozmaitsze zmiany. Raz nieprzebyte lasy, to znowu rozległe równiny i łąki, kwiatami okryte, to strome masy występujących skał, to pagórki okrągławe, w niektórych miejscach z sześciokątnych, bardzo regularnych słupów złożone. Gdzieniegdzie płynęły potoki, czasem tak głębokie, że trzeba było po pas brodzić. Wnętrze zaś wyspy składało się z wyżyny, pokrytej lasem, ponad który kilka wystrzelało szczytów. Z każdego wzgórza z tęsknotą patrzyłem ku morzu, czy nie ujrzę zbawczego żagla, ale na próżno. Morze puste, jak spojrzeć okiem, rozciągało się w nieprzejrzanej przestrzeni.
Około południa postanowiłem znów się wykąpać. Zbliżywszy się ku brzegowi morskiemu, z radością ujrzałem mnóstwo ostryg, przyczepionych do skał. Natychmiast rzuciłem się na nie i połykałem je tak prędko, jak tylko można było otwierać nożem. Bankiet ten skrzepił mnie niezmiernie, bo zjadłem coś podobnego do mięsa.
Nazbierawszy do torby zapas tych posilnych małżów, użyłem kąpieli, a wypocząwszy, puściłem się w dalszą drogę. Wszedłszy w las, miałem z parasolem wiele biedy, gdyż co chwila zawadzał o drzewa. Nagle nadzwyczaj przyjemna woń napełniła powietrze. Niby jabłka, niby gruszki, niby truskawki. Oglądam się wokoło, nic nie widać. Wprawdzie wszędzie mnóstwo kwiatów wyrasta, lecz na próżno przykładam nos: żaden nie wydaje tego rozkosznego zapachu. Naraz spomiędzy liści miga mi jakiś złotawy przedmiot. Przedzieram się przez krzaki i spostrzegam roślinę kolczastą, niby kaktus, a na niej wielki, złotożółty owoc, jakby z czworokątnych sęczków złożony. Od niego to bije ta woń przecudna.
Zbliżam się, zrzynam, kosztuję... Ach, cóż za smak przepyszny, jak żyję, nie jadłem nic tak dobrego. Był to, jak się dowiedziałem później, ananas. Zjadłszy jeden, zerwałem jeszcze kilka, a choć mi ciężko było dźwigać, zabrałem je z sobą.
Nadchodzący wieczór skłonił mnie do szukania noclegu. Wybrałem sobie na dzisiejszy spoczynek duże drzewo nad morzem, bo tu było bezpieczniej jak w lesie.
Niedaleko od tego drzewa, na piaszczystym wybrzeżu, widać było niewielki kopczyk bardzo regularnie, jak gdyby ręką ludzką usypany. Ciekawy będąc dowiedzieć się, co w nim jest, wbiłem dzidę w środek, a wydobywszy, dostrzegłem na jej ostrzu żółtą ciecz, pomieszaną z piaskiem. Rozgrzebałem kopiec i znalazłem w nim ze trzydzieści jaj dużych. Zamiast skorupy miały one jakby pergaminową skórkę. Były to jaja szyldkretów, czyli żółwi morskich, o czym jednak teraz nie wiedziałem. Chociaż głód mi nie dokuczał, widok nowego przysmaku obudził apetyt i wypiłem jaj parę. Trzeciego dnia wędrówki nie wiodło mi się tak, jak w dwóch pierwszych. Naprzód nic nie odkryłem nowego, po wtóre przyszedłem na brzeg głębokiej zatoki morskiej zachodzącej daleko w ląd, w tym miejscu bardzo skalisty i trudny do przebycia. Chcąc dostać się na drugą stronę, trzeba było albo przepłynąć wpław zatokę, albo zapuścić się w głąb lasu i piąć po skałach. Zmęczony dwudniową wędrówką, zrzekłem się tego zamiaru i postanowiłem wrócić do domu. Zamiast iść brzegiem morza jak dotąd, obrałem drogę wprost przez las ku mej jaskini.
Wierzchołek owej Wysokiej góry służył mi za drogowskaz. Szedłem raz górzystym wąwozem, środkiem którego płynął strumień, to gęstym lasem, to znowu zielonymi dolinkami.
Moja wyspa była prześliczna, brakowało jej tylko miast, wiosek i mieszkańców.
Około południa ujrzałem przebiegające zwierzę, z wyjątkiem uszu i najeżonej sierści na grzbiecie, do zająca podobne. Rzuciłem za nim dzirytem, lecz chybiłem i zając zniknął wśród krzaków, ku wielkiemu mojemu zmartwieniu.
- Trzeba koniecznie zrobić łuk i strzały, zawołałem w głos. I nie było to rzeczą tak trudną.
Widziałem w Sale dużo łuków murzyńskich nader nędznej roboty, a przecież doskonałych w użyciu.
Obiad popsuł mi jeszcze bardziej humor. Wszystkie ostrygi potęchły zupełnie, kukurydza zeschła także, a pizangi zwiędły. Szczęściem, że przynajmniej żółwie jaja przechowały się wybornie.
Dobrze już z południa wkroczyłem w las gęsty i uszedłem przeszło milę, zanim dostałem się na drugą stronę. Widać stąd było wierzchołek przewodniej góry. Po dwugodzinnym pochodzie i przedzieraniu się przez krzaki, ujrzałem nareszcie mój zamek.