Przypadki Robinsona Cruzoe: Rozdział VII
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Ucieczka z sale. Przysięga Ksurego. Spotkanie z lwem. Murzyni. Lampart.
Słońce już chyliło się ku zachodowi, a jeszcze ani jednej rybki nie było w skrzynce. Mulej, nie przeczuwając zdrady, nie zważał na to, że płynęliśmy nierówno dalej niż zwykle. Miasto Sale, chociaż położone na górze, zniknęło już całkiem z oczu, widać tylko było o milę morską pusty brzeg. Naówczas zawołałem na Maura, ażeby żagiel ściągnął i właśnie gdy to uczynił i sznur wiązał do boku szalupy, pochwyciłem pochylonego i wrzuciłem w morze. Mulej zanurzył się zupełnie, ale wnet wypłynął na wierzch, zmierzając do łodzi i zaklinając mnie, abym mu życia nie odbierał. Natychmiast pochwyciwszy muszkiet, wymierzyłem do niego, wołając:
- Precz, nie zbliżaj się, bo ci kulą łeb roztrzaskam. Nie myślę ci nic złego uczynić i nic ci nie zrobię, tylko opuść mnie dobrowolnie. Wiem, że pływasz jak ryba, a więc dostaniesz się łatwo do lądu. Ja postanowiłem uciekać i chociażbym cię miał zabić, nie zrzeknę się tego zamiaru. Usłyszawszy to, Maur odwórcił się ku lądowi, a ponieważ był wybornym pływakiem, pewny jestem, że się tam dostał szczęśliwie.
Ksury, zbladły i przerażony, przypatrywał się w osłupieniu tej scenie. Kiedy Mulej był już daleko, odwróciłem się do chłopca i rzekłem mu:
- Ksury, mógłbym cię także wrzucić do morza i bądź pewny, że to zrobię, jeśli mi nie przysięgniesz wierności. Przestraszony chłopak upadł na twarz i wyjąkał żądaną przysięgę, zaklinając się, że nigdy mnie nie zdradzi. Natychmiast rozwinąłem żagiel i zwróciłem szalupę ku północy, ażeby płynący Mulej sądził, iż zmierzamy ku Cieśninie Gibraltarskiej i tym sposobem zmylił pogoń wysłaną za nami.
Lecz gdy noc zapadła, zmieniliśmy natychmiast kierunek, płynąc ku południowi. Nikt by nie przypuścił, abym się odważył uciekać w tę stronę, gdzie nas mogła spotkać śmierć niezawodna, jeżeli nie z rąk Murzynów, to od pazurów dzikich zwierząt.
Pomyślny wiatr i morze spokojne pozwoliły nam szybko żeglować. Toteż na drugi dzień po południu nie tylko wyminęliśmy wybrzeże marokańskie, ale nawet ujście rzeki Draa, uchodzącej do morza na wprost Lanceroty. Było to wiele, ale należało płynąć bez wytchnienia, chcąc się zabezpieczyć od pogoni. Dlatego też przez trzy dni i trzy noce nie zatrzymaliśmy się ani na chwilę. Czwartego dopiero dnia, ku wieczorowi, widząc, że się kończą zapasy wody, skierowałem się ku ujściu niewielkiej rzeczki, zamierzając poszukać źródła. Ale zanim wpłynęliśmy na nią, już słońce zaszło, i grube zapadły ciemności. Natychmiast przeraźliwe ryki dzikich zwierząt rozległy się dokoła.
- Panie, zawołał Ksury, drżąc od strachu, zaklinam cię na imię Proroka, nie wysiadajmy na ląd, dopóki słońce nie wzejdzie.
- Dobrze, mój chłopcze, odpowiedziałem, ale lękam się, ażeby za dnia, gorsi od drapieżnych zwierząt, nie napadli na nas dzicy Murzyni.
- Wszak mamy strzelby, zawołał Ksury. Na widok ich czarni pouciekają, a tymczasem lampart, albo lew nie zna się na kulach, a ma wściekłą odwagę.
Przyznałem słuszność Ksuremu i zapuściwszy kotwicę, postanowiłem dnia oczekiwać.
Noc zeszła dosyć spokojnie, chociaż często ryk dzikich zwierząt sen nam przerywał. Dopiero około trzeciej po północy, jakieś ogromne zwierzę, zaryczawszy tuż nad brzegiem, nabawiło nas trwogi. Pochwyciliśmy strzelby, a wtem potwór ów, rzuciwszy się w wodę, począł prosto ku nam płynąć. Z sapania potężnego poznać można było, że jest silny i straszny. Ksury nalegał po cichu, żeby podnieść kotwicę i uchodzić na pełne morze. Skinąłem, ażeby się zachował spokojnie i w tej prawie chwili spostrzegłem zwierzę zaledwie na odległość wiosła od statku.
Nie czekając dłużej, wypaliłem do niego. Potwór z rykiem zwrócił się ku lądowi i zniknął w ciemnościach. Niepodobna opisać wrzawy, jaka nastąpiła po wystrzale. Najrozmaitsze ryki i wrzaski napełniły powietrze, ale z wolna wszystko ucichło i do rana nic już nie zakłóciło naszego spoczynku.
Na koniec słońce wzeszło. Po obydwóch stronach rzeczki rozciągały się wzgórki krzewami okryte, dalej zaś nieco czerniały ogromne bory. Cisza zupełna panowała w okolicy, jednak nie odważyliśmy się wysiąść, aż gdy dzień całkiem zajaśniał.
- Ja pójdę po wodę, rzekł Ksury, a wy pozostańcie w łodzi.
- Dlaczego nie chcesz, żebym szedł z tobą, zapytałem Maura.
- Panie, zawołał poczciwy chłopiec, w tych krzakach może kryją się jakie drapieżne zwierzęta, albo Murzyni. Jeżeli mnie napadną, przynajmniej sam zginę, a ty będziesz mógł ratować się ucieczką.
- A więc pójdziemy obaj, a napastników położymy trupem, rzekłem, chwytając strzelbę i podając drugą Ksuremu. Po czym skierowałem szalupę ku brzegowi i pierwszy wyskoczyłem na ziemię. Ksury zaraz spostrzegł potoczek, płynący doliną. Pobiegł więc ku niemu, ażeby napełnić dzbany, ale w mgnieniu oka powrócił zbladły od strachu.
- Dlaczego tak drżysz, zapytałem z niepokojem.
- Tam... tam... bełkotał z cicha, na dole ogromny zwierz. Pan z dużą głową.
Odciągnąwszy kurek i kazawszy iść za sobą Ksuremu, począłem ostrożnie skradać się ku krzewinie, wskazanej przez chłopca. Podchodzimy tuż pod nią, Ksury wskazuje mi na migi, żebym zwrócił się na prawo. Była tam skała stroma, na cztery sążnie wysoka i całkiem odosobniona. Wdzieramy się na nią, przechylam się przez krawędź i spostrzegam ogromnego lwa, leżącego w gąszczu tuż pod skalistą ścianą.
Daję znak Ksuremu, mierzymy obydwaj w głowę i wypalamy równocześnie.
Lew ani drgnął.
- Co to ma znaczyć, odezwał się Ksury z największym zdziwieniem.
- A cóż, odrzekłem, zapewne ugodziliśmy go doskonale i zdechł od razu.
- O nie, mówił chłopiec, przypatrując się pilnie straszliwemu zwierzęciu. Lew nigdy od razu nie ginie, to twardy zwierz.
To mówiąc, zbiegł ze skały. Skoczyłem za nim. Zbliżywszy się do lwa, spostrzegamy ogromną kałużę krwi i szeroką ranę pod lewą łopatką, z której sączyło się jeszcze nieco czarnej posoki.
- Widocznie zginął od kuli i to nie od naszych strzałów. Lecz kto go mógł ubić? Czyżby Maurowie?
- Wiem już, zawołał Ksury wesoło. To ten sam lew, co nas w nocy nastraszył, a ta kula z waszego muszkietu. Raniony śmiertelnie, dowlókł się tutaj i skonał.
Trafne to spostrzeżenie uspokoiło mię zupełnie.
Chciałem zaraz wrócić do łodzi, ale Ksury namówił mnie, aby ściągnąć skórę z lwa, a otrzymawszy pozwolenie, wziął się do tego z nieporównaną zręcznością. Potem wyciął kawał mięsa z grzbietu, rozpalił ogień i upiekł go. Nie mając od kilku dni nic gotowanego w ustach, zjedliśmy z wielkim apetytem lwią pieczeń, chociaż była piekielnie twarda i łykowata.
Po skończonej uczcie i napełnieniu dzbanów wodą, podnieśliśmy kotwicę i wypłynęli na morze. Ksury rozpostarł zdobytą skórę na daszku kajuty, aby wyschła.
Wprawdzie żegluga szła wciąż pomyślnie, ale już szósty dzień upływał od naszej ucieczki, a dotąd nie spostrzegliśmy ani jednego okrętu.
Miałżebym wyzwolić się z niewoli na to, ażeby zginąć w falach oceanu, albo stać się łupem dzikiego zwierza? Przyszło mi jednak na myśl, że okręty europejskie zwykły trzymać się na pełnym morzu, z dala od wybrzeży, ażeby uniknąć napaści mauretańskich korsarzy. Nie mogąc puszczać się na ocean dla wątłości mojego statku i braku zapasów, postanowiłem żeglować dalej jeszcze na południe, aby dosięgnąć osad europejskich na brzegach Senegambii. Czwartego dnia po opuszczeniu brzegów, na których zabiłem lwa, a dziewiątego po ucieczce z Sale zapasy żywności były na schyłku, pożeglowałem więc ku brzegom. Kraj tu zmienił się nie do poznania. Zamiast skalistych i jałowych wybrzeży, ujrzeliśmy przestrzeń, zarosłą kępami palm.
- To daktyle, mówił Ksury. Przybijmy do lądu, a wedrę się na drzewo i nazrywam tych smacznych owoców.
Ale nie tylko daktyle znajdowały się na wybrzeżu. Zbliżywszy się ku niemu, ujrzeliśmy liczną gromadę Murzynów. Wszyscy byli bezbronni. Jeden tylko, stojący na przodzie, długi kij trzymał w ręku.
- Nie przybijaj do lądu! Odpłyń natychmiast, wołał Ksury.
- Dlaczego? !
- Ten Murzyn, co stoi na przodzie, trzyma w ręku dziryt. Umieją oni rzucać nim bardzo zręcznie na sześćdziesiąt kroków. Może nas zranić.
- Cóż więc uczynimy? Wiesz, że nam żywności całkiem zabrakło i trzeba ją koniecznie dostać. Weź strzelbę, Ksury i miej go na celu - ja wysiądę. Gdyby chciał rzucić dzirytem, połóż go trupem.
Wysiadłem z łodzi, trzymając także strzelbę gotową do wystrzału. Ale zaledwie dotknąłem nogą ziemi, gdy nagle między Murzynami powstał popłoch niezmierny.
Tylko człowiek uzbrojony w dziryt nie ruszył się z miejsca, reszta pierzchła w nieładzie.
Mniemałem, że to moja osoba napędziła im takiego respektu, lecz wtem wybiegł ogromny lampart spoza bliskich krzaków ku Murzynom. W mgnieniu oka wziąłem go na cel i wypaliłem. Lampart podskoczył, zawył przeraźliwie i rozciągnął się, jak długi.
Dzicy przerazili się hukiem wystrzału i niepojętą dla nich śmiercią lamparta. Murzyn, trzymający dziryt, rzucił go daleko od siebie i padł na twarz. Inni uczynili to samo i cała gromada zaczęła pełzać ku mnie na czworakach z największym uszanowaniem, co mnie do śmiechu pobudziło. Znać wzięli mnie za boga, miotającego piorunami. Postanowiłem z tego skorzystać i zacząłem pokazywać na usta, ruszając szczękami. Czarni zrozumieli mnie doskonale. Kilku podniosło się z ziemi i popędziło co sił ku wiosce, na odległym wzgórzu zbudowanej, podczas gdy inni nieporuszeni leżeli na ziemi. Wkrótce wysłańcy powrócili, niosąc dwa kawały suszonego mięsa, zapasy daktyli i prosa. Złożywszy to na brzegu, popadali na ziemię i tyłem pełzając, złączyli się z całą gromadą. Tymczasem Ksury obciągnął skórę z lamparta. Znieśliśmy żywność do łodzi, odbili od brzegu, a ja na pożegnanie dałem ognia w powietrze, co jeszcze bardziej przeraziło Murzynów.
I odpłynęliśmy już daleko od brzegu, a oni jeszcze nie śmieli powstać. Nareszcie popodnosili głowy, a widząc, że straszny władca piorunów już jest o kilkaset sążni, pobiegli na brzeg i rzucili się na mięso ubitego lamparta. Wkrótce zniknęli nam z oczu zupełnie.