Pogrzeb Shelleya (fragment poematu)

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Pogrzeb Shelleya • Antoni Lange
Pogrzeb Shelleya
Antoni Lange
fragment poematu

Cisza na niebie. Italskie błękity
Popołudniowym słońcem się promienią;
W oddali czarne Apeninów szczyty
Cieniem zawisły nad gajów zielenią.
Ciepły, zachodni wietrzyk cicho tańczy,
Ująwszy w parę powiewne etery
Złotego puchu wonnej pomarańczy:
Zda się, że słychać pocałunków szmery.
Cisza na morzu. W przezroczu śródziemnym
Barwne meduzy, stado kwiatów żywych,
Drżące mkną w słodkim uścisku wzajemnym
Rozkołysane szmerem fal pieściwych.
W porcie różowych korali nasypów,
Obrosłych gęstym błoniem alg wokoło,
Rzeczpospolita zasiadła polipów,
Po długich łowach ucztuje wesoło.
Zda się, że wszystkie żywioły, od złotej
W promieniach słońca kąpieli bezczynne,
Pieścić się poszły pod kwiatów namioty
I z czar ich sączyć rosy miodopłynne.
Ale ta cisza jest to lilia biała,
Co na mogile kwitnie. Te przędziwa
Blasków, którymi złote słońce pała
To tylko całun, co zwłoki okrywa.
O, nie! nie wierzcie tej zieleni bujnej,
Ani tych ptasząt uśpionych sielance:
Nim słońce krąg swój obiegło podwójny
Orkan zawodził tu straszne swe tańce.
W ogniste krośna utkał widnokręgi,
A wichry odział w szaty ze mgły szarej;
Zieloną pleśnią skalał morza wstęgi
A ciszę rozdarł na piorunne gwary!
Były niedawno fal wzburzonych wiry,
A na nich drobna łódź, a na tej łodzi
Wieszcz, co zapadał w ciemnej nocy kiry
I walczył z nocą, i zginął w powodzi!
I żadna pieśń mu nie dźwięczała hymnem,
Lecz mu nad grobem huczał grom stokrotny,
Żaden mu promień nie lśnił w wichrze zimnym:
Zginął samotny, samotny, samotny!
Zginął syn słońca bez promienia słońca
Na swej kochanki, fali mórz, zdradzieckiej
Piersi... Ta arfa natury czująca
Pękła... Raz jeszcze światu zmarł Pan grecki.
Bo on był arfą natury... wcieleniem
Nieśmiertelnego bóstwa greckich ludów;
A jego dusza płonęła natchnieniem,
Czerpanym z pieśni wszechstworzenia cudów.
Raz jeszcze umarł grecki Pan. Raz jeszcze
Zeus gromem raził pierś Prometeusza.
Ujęta w śmierci nierozwarte kleszcze
Zginęła światu promienista dusza.
Za późno ciszą zbłękitniało morze,
Za późno słońce weszło na lazury...
Nieś teraz, falo, nieś na brzeg w pokorze
Swą złotą arfę to serce natury...
Dwa dni nad morza kamienistym brzegiem,
Śród traw płaczących zielonej posoki,
Pod gwiazd błądzących promiennym noclegiem
Samotne wieszcza spoczywały zwłoki.
Po szumach bluszczów i rododendronów,
W spóźnionym żalu, na wiatry i chmury
Wieść płynie pełna pogrzebowych dzwonów,
Rozlewająca się w jękach natury.
Motyli roje, chóry ptasząt śpiewnych,
Trawy, bolesnym chwiejące się dreszczem,
I wszystkie kwiaty w szumach modlitewnych
Niby sieroty płakały nad wieszczem.
W ciszy porannej i wieczornej ciszy,
Co umarłemu całowała skronie,
On, zda się, roił, że wołania słyszy
Tych, co na ziemi zostawił po zgonie.
I oto, niby magnetyczną siłą,
Zaklęta mocą jego sennej mary,
Gromadka ludzi szła nad tą mogiłą
Stanąć: były to włoskie karbonary.
Ten, co im pierwszy mówił o Rzymianach
I o ich wnuce bohaterskiej Cenci,
Umarł... samotny na wzdętych mórz pianach:
Już nigdy lutnia jego nie zadźwięczy!
Nagle poruszył się gaj niedaleki,
Szli to druhowie, co wieszcza szukali.
Był tam Iryjczyk; były tam dwa Greki
I smętny Kirkor z północnej oddali,
I był tam Byron. Ten, którego struny,
Splecione z wichru i burzy geniuszów,
Na falach świata grzmiały jak pioruny,
A w ludy tchnęły ognie Tyrteuszów.
I był tam Byron. Na jego ramieniu
Młoda niewiasta oparta. Na wargach
Miała nieżywych bladość, a w spojrzeniu
Noc, i milczała jak ci, co w letargach
Leżą zastygłych... Wtem wpada na ciało
I bezpowrotnym zmarłych wspomnień echem
Całowała je, by tą twarz zsiniałą
Zabalsamować piersi swej oddechem.
Lecz niecofnione przeznaczeń wyroki,
Gdzie anioł śmierci raz stanął na warcie.
Nędznym popiołem są najdroższe zwłoki...
Ha, czyż je krukom oddać na pożarcie?
Zły rok był wówczas na tej ziemi. Słońce
Płonęło dżumą, jadowity promień
Z nieżywych czerpiąc ciał. Tchnienie trujące
Mógł unicestwić tylko złoty płomień.
A przeto nakaz wydano tyrański,
By ciało wieszcza też pochłonął ogień.
Więc niechaj spłonie ten pieśniarz pogański,
Umiłowany od helleńskich bogiń.
Bo to pogański był wieszcz. W jego łonie,
Zda się, odzyły olimpijskim niebem
Bogi Hellady w gwiaździstej koronie;
Greckim należy uczcić go pogrzebem.
My ciała jego nie damy robakom,
Lecz go w otchłani pogrążym płomiennej:
Duch jego pomknie ku stygijskim szlakom,
A popiół złożym do urny kamiennej.
Niechaj więc spłonie! Jest w Rzymie obelisk,
Wokół cmentarny cichy gaj Cestyusza:
Tam, w cienie urny zstąpiwszy z popielisk,
W śmierci się jego rozmiłuje dusza.