Pogrzeb Shelleya (fragment poematu)
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Cisza na niebie. Italskie błękity
- Popołudniowym słońcem się promienią;
- W oddali czarne Apeninów szczyty
- Cieniem zawisły nad gajów zielenią.
- Ciepły, zachodni wietrzyk cicho tańczy,
- Ująwszy w parę powiewne etery
- Złotego puchu wonnej pomarańczy:
- Zda się, że słychać pocałunków szmery.
- Cisza na morzu. W przezroczu śródziemnym
- Barwne meduzy, stado kwiatów żywych,
- Drżące mkną w słodkim uścisku wzajemnym
- Rozkołysane szmerem fal pieściwych.
- W porcie różowych korali nasypów,
- Obrosłych gęstym błoniem alg wokoło,
- Rzeczpospolita zasiadła polipów,
- Po długich łowach ucztuje wesoło.
- Zda się, że wszystkie żywioły, od złotej
- W promieniach słońca kąpieli bezczynne,
- Pieścić się poszły pod kwiatów namioty
- I z czar ich sączyć rosy miodopłynne.
- Ale ta cisza jest to lilia biała,
- Co na mogile kwitnie. Te przędziwa
- Blasków, którymi złote słońce pała
- To tylko całun, co zwłoki okrywa.
- O, nie! nie wierzcie tej zieleni bujnej,
- Ani tych ptasząt uśpionych sielance:
- Nim słońce krąg swój obiegło podwójny
- Orkan zawodził tu straszne swe tańce.
- W ogniste krośna utkał widnokręgi,
- A wichry odział w szaty ze mgły szarej;
- Zieloną pleśnią skalał morza wstęgi
- A ciszę rozdarł na piorunne gwary!
- Były niedawno fal wzburzonych wiry,
- A na nich drobna łódź, a na tej łodzi
- Wieszcz, co zapadał w ciemnej nocy kiry
- I walczył z nocą, i zginął w powodzi!
- I żadna pieśń mu nie dźwięczała hymnem,
- Lecz mu nad grobem huczał grom stokrotny,
- Żaden mu promień nie lśnił w wichrze zimnym:
- Zginął samotny, samotny, samotny!
- Zginął syn słońca bez promienia słońca
- Na swej kochanki, fali mórz, zdradzieckiej
- Piersi... Ta arfa natury czująca
- Pękła... Raz jeszcze światu zmarł Pan grecki.
- Bo on był arfą natury... wcieleniem
- Nieśmiertelnego bóstwa greckich ludów;
- A jego dusza płonęła natchnieniem,
- Czerpanym z pieśni wszechstworzenia cudów.
- Raz jeszcze umarł grecki Pan. Raz jeszcze
- Zeus gromem raził pierś Prometeusza.
- Ujęta w śmierci nierozwarte kleszcze
- Zginęła światu promienista dusza.
- Za późno ciszą zbłękitniało morze,
- Za późno słońce weszło na lazury...
- Nieś teraz, falo, nieś na brzeg w pokorze
- Swą złotą arfę to serce natury...
- Dwa dni nad morza kamienistym brzegiem,
- Śród traw płaczących zielonej posoki,
- Pod gwiazd błądzących promiennym noclegiem
- Samotne wieszcza spoczywały zwłoki.
- Po szumach bluszczów i rododendronów,
- W spóźnionym żalu, na wiatry i chmury
- Wieść płynie pełna pogrzebowych dzwonów,
- Rozlewająca się w jękach natury.
- Motyli roje, chóry ptasząt śpiewnych,
- Trawy, bolesnym chwiejące się dreszczem,
- I wszystkie kwiaty w szumach modlitewnych
- Niby sieroty płakały nad wieszczem.
- W ciszy porannej i wieczornej ciszy,
- Co umarłemu całowała skronie,
- On, zda się, roił, że wołania słyszy
- Tych, co na ziemi zostawił po zgonie.
- I oto, niby magnetyczną siłą,
- Zaklęta mocą jego sennej mary,
- Gromadka ludzi szła nad tą mogiłą
- Stanąć: były to włoskie karbonary.
- Ten, co im pierwszy mówił o Rzymianach
- I o ich wnuce bohaterskiej Cenci,
- Umarł... samotny na wzdętych mórz pianach:
- Już nigdy lutnia jego nie zadźwięczy!
- Nagle poruszył się gaj niedaleki,
- Szli to druhowie, co wieszcza szukali.
- Był tam Iryjczyk; były tam dwa Greki
- I smętny Kirkor z północnej oddali,
- I był tam Byron. Ten, którego struny,
- Splecione z wichru i burzy geniuszów,
- Na falach świata grzmiały jak pioruny,
- A w ludy tchnęły ognie Tyrteuszów.
- I był tam Byron. Na jego ramieniu
- Młoda niewiasta oparta. Na wargach
- Miała nieżywych bladość, a w spojrzeniu
- Noc, i milczała jak ci, co w letargach
- Leżą zastygłych... Wtem wpada na ciało
- I bezpowrotnym zmarłych wspomnień echem
- Całowała je, by tą twarz zsiniałą
- Zabalsamować piersi swej oddechem.
- Lecz niecofnione przeznaczeń wyroki,
- Gdzie anioł śmierci raz stanął na warcie.
- Nędznym popiołem są najdroższe zwłoki...
- Ha, czyż je krukom oddać na pożarcie?
- Zły rok był wówczas na tej ziemi. Słońce
- Płonęło dżumą, jadowity promień
- Z nieżywych czerpiąc ciał. Tchnienie trujące
- Mógł unicestwić tylko złoty płomień.
- A przeto nakaz wydano tyrański,
- By ciało wieszcza też pochłonął ogień.
- Więc niechaj spłonie ten pieśniarz pogański,
- Umiłowany od helleńskich bogiń.
- Bo to pogański był wieszcz. W jego łonie,
- Zda się, odzyły olimpijskim niebem
- Bogi Hellady w gwiaździstej koronie;
- Greckim należy uczcić go pogrzebem.
- My ciała jego nie damy robakom,
- Lecz go w otchłani pogrążym płomiennej:
- Duch jego pomknie ku stygijskim szlakom,
- A popiół złożym do urny kamiennej.
- Niechaj więc spłonie! Jest w Rzymie obelisk,
- Wokół cmentarny cichy gaj Cestyusza:
- Tam, w cienie urny zstąpiwszy z popielisk,
- W śmierci się jego rozmiłuje dusza.