Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| Ten tekst wymaga podzielenia na części.
W pracy nad tekstem należy korzystać z zaleceń edycyjnych. |
Spis treści |
[edytuj] Pieśń I
[edytuj] WYJAZD Z NEAPOLU
- Muzo mdlejąca z romantycznych cierpień,
- Przybądź i pomóż! Wzywam ciebie krótko,
- Sentymentalna, bo kończy się sierpień,
- Bo z końcem sierpnia i koniem, i łódką
- Puszczam się w drogę przez Pulią, Otranto,
- Korfu... Gdzie jadę, powie drugie canto.
- Tymczasem pierwsze opowiedzieć musi,
- Skąd się wybrałem, po co i dlaczego?
- Chrystusa diabeł kusił i mnie kusi.
- Na wieży świata postawił smutnego
- Życia nicością i pokazał wszędzie
- Pustynie mówiąc: "Tam ci lepiej będzie"
- A jednak gdyby mniej pamięci bólu,
- Zachceń i marzeń, a więcej rozsądku,
- Toby mi dobrze było w Neapolu,
- Gdzie przed oknami na prawym przylądku
- Widziałem szare więzienie stolicy,
- A zaś Wezuwiusz górą po lewicy.
- Błękitne morze pomiędzy więzieniem
- A między górą popiołów i lawy
- Czekało ciche, aż góra - płomieniem,
- A konstytucją buchnie wulkan prawy.
- Tak było niegdyś, nim się na Francuzów
- Król i Fra Diabeł ruszyli z Abruzów...
- To jest za króla ruszał się kardynał,
- Za kardynałem Fra-diabelska banda,
- Ta rozgrzeszała, rak czerwony ścinał
- W imieniu Boga, papy, Ferdynanda;
- Gdy zaś wyrąbał do "Kyrie, elejson!"
- Litanią świętych, wyręczył go Nelson.
- Mówiłbym dalej, ale "Pan Podstoli",
- "Dziady", a zwłaszcza tych "Dziadów" część czwarta,
- Uczą porządku, w opowiadań roli
- Rysując proste ścieżki. Więc do czarta -
- Mego pegaza wyskoki i liczne
- Opowiadania semihistoryczne!
- Więc do porządku! A jednak mię boli
- Dawać odsyłacz do pana Coletty,
- Gdzie opowiada, jak trup Caraccioli
- Z łańcuchem u nóg na morzu... Niestety,
- Przyrzekłem trzymać wędzidło na pysku
- Apol[l]inowym. Lecz powiem w przypisku.
- A jeśli drukarz znajdzie, że do treści
- Z podróży wątkiem zlewa się przypisek,
- To go pod strofą poprzednią umieści,
- Zmazawszy parę skrzyżowanych krysek,
- I nie dozwoli, by za gwiazdek tropem
- Czytelnik gonił z Herszla teleskopem.
- Przypisek winien być pisany prozą,
- Lecz ja nie mogę pisać, tylko wierszem;
- Kto by pomyślał, że mnie rymy wiozą,
- Że sobie konno usiadłem na pierwszem,
- A za mną drugi jedzie krok za krokiem:
- Rym z parasolem, z płaszczem i z tłumokiem.
- Wierzcie mi jednak, że leksza od rymu
- (Dla śniegów jechać nie mogłem przez Turyn)
- Para mnie gnała z Marsylii do Rzymu,
- Do Neapolu zaś przywiózł veturyn.
- Carozze jego i cabrioletti
- Zalecam wszystkim... zowie się Paretti.
- Zalecam nowy hotelik "Vittoria",
- Który, staremu nie ująwszy sławy,
- Tak się podzielił famą, jak cykoria
- Wmięszana zgrabnie do mokańskiej kawy,
- I marmurami, wygodą i luksem
- Ze starym idzie jak Kastor z Pol[l]uksem.
- Zalecam także (zostanę Astolfem,
- Bo mój hipogryf staje się skrzydlatym),
- Zalecam tobie mięszkanie nad golfem
- Na Świętej Łucji... a jeśliś bogatym,
- Jeśli ci kura złote nosi jaja,
- Mięszkaj przy Villa Reale, na Chiaja.
- Dosyć już, dosyć! Wyznaję ze wstydem,
- Że pohamować nie umiejąc weny,
- Z wieszcza zostanę prozaicznym gidem:
- Ja, com zamierzał wypłakiwać treny
- Nad Cara[c]ciolim i kląć Ferdynanda,
- Dziś piszę, jaka gdzie stoi loccanda.
- Bo też kto dzisiaj jest na stałym lądzie,
- A jutro myśli wędrować po morzu,
- A pozajutro jeździć na wielbłądzie
- Nie jedząc mięsa ani spiąc na łożu,
- Chciałby Europę, co mu z oczu znika,
- Unieść jak Jowisz przemieniony w byka.
- Jeśli Europa jest nimfą, Neapol
- Jest nimfy okiem błękitnym; Warszawa -
- Sercem; cierniami w nodze - Sewastopol,
- Azof, Odes[s]a, Petersburg, Mittawa;
- Paryż - jej głową, a Londyn - kołnierzem
- Nakrochmalonym, a zaś Rzym - szkaplerzem.
- Gdzieś porównanie podobne w Szekspirze
- Na Niderlandach kończy się zamknięte.
- Lecz ja wyjeżdżam pod Golgoty krzyże
- Po święte myśli i szkaplerze święte,
- Więc przed wyjazdem robię ślub niezłomny,
- Ze będę nieco zabawny, lecz skromny.
- A jeśli kiedy mój przyjaciel Szekspir
- Na złą myśl zagna rymy buntownicze,
- Położę jaki suspir albo ekspir,
- Z muzyki znaku milczenia pożyczę
- I muzę moją w rymowym balecie
- Na zakręconym wstrzymam piruecie.
- O Neapolu! ty nie pożegnany
- Czekasz, aż ciebie pożegnam epicznie.
- Jak biała Wenus, urodzona z plany,
- Wyszedłeś z morza zapłoniony ślicznie
- Skrawymi słońca zachodniego łuny,
- Cichy pod górą, co ciska pioruny.
- O Neapolu! gdzie jest twoja dusza?
- Bo duszą twoją nie jest ruch i życie;
- Patrzę na ciebie z grobu Wirgiliusza,
- A ty na niebie i na fal błękicie
- Tak roztopiony w zorzy malowidła
- Jak upuszczona na brzeg bańka z mydła...
- O Neapolu! wieczorne wyziewy
- Twym są rumieńcem, twe dymy są tęczą,
- Harmonizujesz się tak jako śpiewy
- Z ciszą powietrza, twe dzwony nie jęczą,
- A twój domami okryty pagórek
- Ma białość lekkich na błękicie chmurek.
- Tylko po Chiai i po Margelinie
- Idą przeciwne sobie dwa rynsztoki,
- Rój mrówek lezie i rząd karet płynie -
- Wszystko się rusza. Grób wieszcza wysoki
- Właśnie tam stoi, dove fa il torso
- Ulica. Z grobu patrzałem na Corso.
- A choć przejeżdżał w prześwietnej osobie
- Krolewic mały, choć mu się rój kłaniał,
- Jam się nie skłonił, bom siedział na grobie.
- Masztalerz jechał i kijem rozganiał
- Mrówki idące w przeznaczenia drogę
- Z krolewicami... Gdzie? zgadnąć nie mogę.
- Choć bardzo lubię filozofią Kanta,
- Gniewam się na nią, że ludzi nie uczy,
- Gdzie iść po śmierci. Wolę piekło Danta;
- Właśnie je czytam podług nowych kluczy,
- Które przyczyną może będą schizmu
- Mówiąc, że Dant chciał republikanizmu
- I w poemacie używał języka
- Sekretnych związków. A gdy tajemnicze
- Kładł majuskule, to podług krytyka
- Na końcu rymu położone B. I. C. E.
- Wcale znaczyło co innego w pieśni
- Niż Beatricze. Wam się o tym nie śni!...
- A ja dowodzę, że Dant o kochance
- Nie śnił, a jeszcze mniej śnił o Vororcie
- Albo Konwencji - i nie topił w szklance
- Cesarza Niemców, i w piekła retorcie
- Nie smażył rządu lepszego, co przyjdzie,
- Jak niegdyś Platon, kiep, na Atlantydzie.
- Z grobowca wieszcza widzę, jak nad głową
- Wulkanu księżyc wysunął się biały,
- A u stóp góry - Castello del'Ovo,
- Zamek podobny do sterczącej skały -
- Gmach, co się trzyma przez królewską wolę
- W morzu, jak jaje Kolumba na stole -
- Sczerniał przy fali migającej złocie,
- A gdy na niebie szafirowym ze dna -
- Gwiazd zapalonych wychodziło krocie,
- I z okien zamku błysła gwiazda jedna,
- Czerwona, rubin zamglonych błękitów,
- Siostra błyszczących gwiazd u Karmelitów.
- O gladiatory, wydarci ludowi
- W godzinie zgonu i mrący na słomie!
- Idę powiedzieć o was Chrystusowi
- Pod Jego krzyżem, w Jego męki domie.
- Idę zapytać głośno w Oliwecie,
- Gdzie się zbudzicie i zmartwychwstaniecie.
- I tam, gdzie Chrystus zapłakał sam w sobie,
- Z oliwy bladej gałązki rwać będę,
- A jeśli znajdę, że już spicie w grobie,
- Liściami płaczu posypię tę grzędę,
- Pod którą będzie cichy sen grobowy,
- Koście bez czaszek i trupy bez głowy.
- O bracia moi łańcuchami zbrojni!
- O! nie targajcie wy się jak w rozpaczy!
- O bracia moi, bądźcie wy spokojni!
- Słońce was jutro po kratach zobaczy
- Bladszych wilgocią, strawą i myślami,
- A ja was żegnam... Niech śmierć będzie z wami!
- Żegnam i ciebie, o garsteczko prochów
- Leżąca zawsze pod laurem klasycznym;
- Turkot powozów z Pauzylip[u] lochów
- Woła pod tobą hymnem romantycznym,
- Że sława przejdzie, a bryki nie przejdą,
- Że ta bryk droga jest wieku "Eneidą",
- Most pod Tamizą jest kupców "Iliadą",
- I wiele będzie do sprzeczki powodów,
- Czy jeden Rotszyld jak wieszcz nad Hel[l]adą,
- Czy też brzęczących kompania rapsodów -
- Autorem mostu, gdzie w oknach przez szyby
- Anglikom się w twarz przypatrują ryby.
- Lecz niech mię ciemność Erebu ogarnie,
- Jeśli okłamię Pauzylipu grotę.
- W ciemny korytarz spadają latarnie
- Jedna za drugą jak gwiazdeczki złote.
- A tam, gdzie nikną i gdzie ciemność krucza,
- Światło dnia wpada jak z dziurki od klucza.
- I jeszcze wyżej wzniósłszy się na duchu,
- Powie ci muza w opisaniach szczytna,
- Że na uwitym z latami łańcuchu
- Zawisła mała gwiazda dnia błękitna,
- A w tej gwiazdeczki lazurowym łonie
- Rodzą się ludzie, powozy i konie.
- Rodzą się, rosną i w latami błyskach
- Idą większejąc długim korytarzem.
- Jeżeliś nie był w romantycznych spiskach,
- A jesteś przyszłych wulkanów malarzem,
- Tu nie lękając się dyb i powroza
- Zbieraj modele jak Salwator Roza.
- Lecz chodźmy w miasto! Już księżyc wysoko,
- A golf ubrany latarni przepaską,
- Stolico! gdzie nikt nie myśli głęboko,
- Gdzie zabroniono nawet myśleć płasko,
- Niech twój rząd stworzy jakie słowo święte
- Na niemyślenie jak na far-niente!
- Dyjogenesów lud rynki zasiada;
- "Czego chcesz?" - pyta Wolność lazarona,
- "Zejdź z mego słońca" - nędzarz odpowiada;
- Jeżeli nie ma karlinów, to skona
- Z głodu - i pójdzie do łódki, gdzie Charon
- Dusze przepławia... Wolność? czy lazaron?
- Wolność... Już dla niej uszyto symarę
- Z gazet "Giovine Italia"... Lazaron
- Będzie żył, póki ma frutti di mare,
- Niebo błękitne i żółty makaron,
- I koszyk, w którym leży jak ostryga.
- Pytasz się, co w dzień porabia? Dościga...
- A młodzież lepsza, co ma grosz w kieszeni,
- Tytuły contów i w oknach firanki,
- W cieniu dopiero się ledwo zieleni...
- Kto temu winien? - Neapolitanki...
- One to winne, że się lud nie budzi;
- Bo któż z młodzieży umie robić ludzi?...
- Ja wiem, że wiele winienem kochance:
- Sama po włosku uczyła mnie czytać,
- Improwizować (ale nie przy szklance),
- Brwi smutne marszczyć, we śnie płakać, zgrzytać,
- Na Archipelag uciekać po laur
- I awantury - ak Korsarz i Giaur;
- Ona uczyła mię chodzić jak scenarz
- (Lepsze niż aktor słowo niech zostanie);
- Wmówiła we mnie, że zamiast "Ojczenasz"
- Lepszą modlitwą... księżyco-wzdychanie...
- Dziś mię nawraca bez żadnego skutku
- Na katolicyzm... Mam religią smutku...
- I odpisałem... Co? już nie pamiętam...
- Coś odpisałem, lecz nie tak gorąco
- Jak Russo - ani tak sucho jak Bentham:
- "Jako dwie skały, kiedy je roztrącą
- Strumienie rzeki, choć je nurt rozdziera,
- Patrzą na siebie niebem..." et caetera.
- I znowu wspomnień pieśń dzika, echowa
- Zagrała w sercu, i łzy moje płyną.
- O Lutko! dziecka kochanko, bądź zdrowa!
- Jeżeli kiedy pod tą jarzębiną,
- Co nieraz kładła koralowe grona
- Na twoje włosy, siądziesz zamyślona,
- Jeżeli książkę położysz przy sobie,
- Jeśli szalona ta pieśń z tobą będzie,
- Kart nie odwracaj... bo nim spocznę w grobie,
- Będę ci śpiewał jak mrące łabędzie:
- Tak nieśmiertelnym płaczem, że raz jeszcze
- Łez brylantowych osypią cię deszcze...
- I łzy się żywe rozbiegną po łonie,
- I strumień palce różowe otworzy,
- Jeśli spłakaną twarz ukryjesz w dłonie;
- Ja wtenczas będę spokojny, jak w zorzy
- Gwiazda niknąca blady - lub z obliczem
- Pełnym promieni boskich... albo niczem.
- Jednak jeżeli Ten, co jest na niebie,
- Słyszał o słońca mówione zachodach
- Modlitwy moje, wszystkie nie za siebie,
- A tak rozlane na świat... jak na wodach
- Mórz lazurowych rozlewał się cały
- Krąg tonącego słońca - skrawo biały...
- Jeśli Bóg wiedział, jak mi było trudno
- Do tego życia, co mi dał, przywyknąć
- I nie przeklinać... i drogą bezludną
- Iść po tym świecie szalonym, i niknąć,
- Co dnia myśl jedną rozpaczy zaczynać,
- Myślą tą modlić się... i nie przeklinać,
- Jeśli i Boga nie zwiodła udana
- Spokojność moja - ta Chrystusa szata
- Krwią poplamiona i drugi raz wdziana
- Na duszę pełną bólu... i ze świata
- Uciekającą na chmurach jesiennych
- We dnie tak smutne jak noce bezsennych -
- To mojej duszy, dobytej z popiołów,
- Da wiele ciszy; i na jaką bladą
- Gwiazdę, do smutnych krainy aniołów
- Przeniesie senną. "Trupi prędko jadą" -
- Mówi poeta ballad w "Leonorze",
- Więc na niemieckim chciałbym siąść upiorze
- I ruszyć w podróż, bo się pieśń przewlecze
- Niejedną jeszcze przerwaną ideą.
- Jutro kurierem wyjeżdżam do Lecce,
- Jutro więc zacznę śpiewać "Odysseą"
- Albo wyprawę o Jazona runach -
- Na nowej lutni i na złotych strunach.
[edytuj] Pieśń III
[edytuj] STATEK PAROWY
- Na morze statek wyleciał parowy;
- Wre para, słychać dźwięk żelaza szklanny,
- A jako z płaskiej wieloryba głowy
- W niebo srebrzyste tryskają fontanny,
- Tak spod okrętu młyńskim bita kołem
- Wytryska piana, a dym leci czołem.
- Jeszcze nie rzucę porównania, chyba
- Stów mi zabraknie. Ogień wre zamknięty
- W drewniano-smolnym łonie wieloryba,
- A jako niegdyś płynął Jonasz święty
- W łonie okrętu bez desek i miedzi,
- Wesoło, w licznym towarzystwie śledzi,
- Zapewne nieraz śmiejąc się z kłopotu
- Trawionych fląder, ostryg i czefalów,
- Tak nasz kapitan i wódz packetbotu
- Z pasażerami jak z tłumem wasalów,
- Otyły, wesół, dowcipny i mądry,
- Nas ma za śledzie, ostrygi i flądry.
- Tu majtek rudel obraca mosiężny,
- Dalej zantejski sędzia i sędzina,
- A między nimi synek niedołężny,
- Sędziątko z twarzą zwierzęcą kretyna,
- Może przekleństwo jakiego klienta,
- Ubrane w takie ciało jak zwierzęta.
- Zdziwiony patrzy na okręt i twarze,
- Nie wie, co znaczą łzy na matki licu,
- Nie wie, że przezeń Bóg rodziców karze.
- A nam widniejsze góry na księżycu,
- Morza przy górach i na morzach statki,
- Niż temu dziecku łzy na oczach matki...
- Kapitan krzyknął Wirgilem: "Et tantae,
- Tantaene divis coelestibus ira?"
- Na to się podniósł graf Solomon z Zante,
- Poeta grecki; ucho mu rozdziera
- Zmiana wyrazów i kradzież średniówek,
- Więc chciał poprawić - lecz żałował słówek.
- Może też słabość: bo prędko rękoma
- Wziął się za serce i na dwóch lokai
- Głośno zawołał nazwiskami dwoma;
- Bo skoro tylko jeden się narai,
- Zaraz poeta na drugiego krzyczy,
- Aby wiedziano, że dwóch w służbie liczy.
- Wielki poeto! jako między skały
- Rzucony Tytan, tak ty w puchowniczki
- Strącon słabością; a twój surdut biały
- I glansowane białe rękawiczki,
- I twój z usłużnych lokajów pachalik
- Świadczą, że jesteś coxcomb lub migdalik.
- "O! znam ja ciebie, której ręka trzyma
- Miecz w piorunową uzbrojony jasność;
- O! znam ja ciebie, skrawymi oczyma
- Na świat patrząca, jak na przyszłą własność...
- Z takim to niegdyś do wolności żarem
- Przemówił ów graf i został Pindarem.
- Gdy go raz wieńcem uwieńczyła oda,
- Mówią, że dzisiaj, co napisze, spali;
- Mówią, że wierszy popalonych szkoda;
- Mówią, że przy nim wszyscy wieszcze mali.
- Szkoda, że zamiast wierszy chować w szafę,
- Czyni z nich co dzień pan graf auto da fé!
- Przy tym poecie, co był tak ognistym
- Wewnątrz, a z wierzchu drżał jak galareta,
- Siedział na środku w krześle rozłożystym
- Senator, starzec z twarzą Epikteta,
- Z uśmiechem słodkiej starości na twarzy,
- Z podagrą w nogach... z tłumem sekretarzy.
- Jeden sekretarz był jak kropla wody
- Podobny... Muzo! cyt! niechaj opinia
- Żadna i żadnej nie poniesie szkody.
- Taki był pokład... Dalej biała linia
- Od indywidów oddzielała masy,
- To jest podróżnych, ale drugiej klasy.
- Tam pod żelazną kolumną komina
- Siedział Grek w czapce czerwonej i Turek
- Wzajemnie dymy rzucając z bursztyna,
- A między nimi z tłumoków pagórek
- Żółtych i czarnych - a koło tej góry
- Kuchnia, kuchciki, kucharze i kury.
- Przy piersi matek rozpłakane dzieci,
- Przy bokach starców stoją flasze z gliny;
- Czasem iskierka czerwona wyleci
- Z czeluści statku i pomiędzy liny
- Błąka się długo, nim zagaśnie smutna
- Nie doleciawszy pod namiotu płótna.
- Nad pierwszą klasą cień i lekkie chłody,
- Nad drugą klasą cięży jakaś para
- I komin sypie deszczem wrącej wody.
- Proszę! za czworo nędznego talara
- Można uniknąć piekła... ale za to
- W Paryżu nazwą cię arystokratą.
- Miło tak płynąć w tym okrągłym świecie
- Po morzu cichym, jasnolazurowym.
- Wkrótce choroba z pokładu wymiecie
- Tłum pasażerów i zostawi zdrowym
- Odgłos dalekiej po salonach czkawki,
- Rozległy pokład i bezludne ławki.
- Cicho. Dzień cały po błękitach bije
- Okręt kręconą machinami skrzelą.
- Już zbłękitniało Korfu - już się kryje;
- Już się fortece Santa Maura bielą,
- A z drugiej strony przedzielona żwirem
- Forteca Turków w górach pod Epirem.
- Ta ani w buńczuk ustrojona koński,
- Ani w błyszczące pióro półksiężyca,
- Cicha jak kamień; kiedy zamek joński,
- By ustrojona do ślubu dziewica,
- Ma kwiat na głowie, tysiąc iskier w oku,
- Bukiet z latarni portowej u boku.
- A niech wie każda poetyczna Laura,
- Każda sawantka z twarzą bardzo bladą
- I księżycową, że ta Santa Maura
- W starożytności zwała się Leukadą
- I pod błękitnym unosi obłokiem
- Skałę wsławioną biednej Saffo skokiem.
- Znałem... lecz, szczęściem, uleczoną z żalu
- Saffonę bardzo podobną do greckiej.
- Ta się, nieszczęściem, kochała w Moskalu,
- A Moskal zginął na wojnie tureckiej;
- Ta poszła zabrać na wameńskim polu
- Zwłoki, a uszy - w Konstantynopolu.
- Smutna! ubrana w kwiaty sympatyczne,
- Poszła nieszczęsna na brzegi Marmora,
- Kędy osobne biuro statystyczne
- Liczyło uszy z rana do wieczora
- I oddzieliwszy od niezgrabnych zgrabne,
- Nizało sztucznie na sznurki jedwabne.
- I przyszła sama smutna jak Armida,
- I rzekła z płaczem: "Oddajcie mi skarby!"
- "Jakie?" - rzekł gruby emir bej Raszyda.
- Chciała powiedzieć, lecz rumieńca farby
- Zeszły na twarzy płaczącej dziewczynie,
- Bo nie znalazła frazesu w "Korynie"...
- "Wróćcie mi, wróćcie!" - i znowu zamilka
- Patrząc na skarbów zniżanych półpluton.
- Zrozumiał emir i dał sznurków kilka,
- I gładząc brodę śmiał się - jak bóg Pluton
- Śmiał się zważając na prośby szalone
- Orfeuszowskie, co prosił o żonę
- I musiał piekłu grać jak Paganini -
- Na jednej strunie cały płaczu kwartet.
- Ale powróćmy do naszej bogini:
- Chciała z rozpaczy umrzeć broken-h[e]arted,
- Więc wiodła ciągłą z doktorami sprzeczkę
- O krwi troszeczkę i jeszcze miseczkę...
- Skało Leukady tykająca nieba!
- Śmiej się echami grot tłuczonych falą
- Z lancetów, mdłości i pigułek z chleba!
- Noc bezmiesięczna i gwiazdy się palą;
- Sam na pokładzie, wichrem bity, blady,
- Płynę przy skale nieszczęsnej Leukady.
- Piana pod piersi okrętu się garnie,
- Stukanie pompy jak dźwięk idzie rymu;
- Na maszcie statku błyszczą dwie latarnie
- pod obłokami kirowego dymu;
- Zda się, że światła te, zamglone sadzą,
- Okręt w krainę piekielną prowadzą.
- Te same gwiazdy i ta sama skała,
- Te same morze! Lecz gdzież na tej skale
- Postać kochanki pogardzonej biała
- Jak drugi księżyc? gdzie? Tu - o dwa cale,
- Pod tą podłogą, gdzie lampa się pali,
- Saffo śpi jakaś sama w kobiet sali...
- Raz tylko wyszła na pokład i słońce,
- Siadła na ławce, spojrzała w błękity
- Tak mglistym okiem, że się zeszły końce
- Rzęs długich, czarnych - i wzrok był przykryty
- Cyprysem oczu: nie spojrzała w żadną
- Twarz na pokładzie. Kiedyś była ładną.
- Zniszczył ją smutek. Smutna poszła w ciemność
- Na dno okrętu, a z wierzchu mówiono,
- Że tę kobietę dręczy niewzajemność,
- Że przed miesiącem była mniej niż żoną,
- Więcej niż... diabła! niech dokończy zycer,
- Że ją angielski porzucił oficer.
- Mój czytelniku, uderz się ty w piersi!
- Bądź na pokładzie okrętu w noc ciemną
- Przy skoku Saffo, a będziemy szczersi.
- Ja ci opowiem, jaki cień był ze mną
- W ciemnościach nocnych... Co za mną, tułaczem,
- Biegło po morzu z przekleństwy i płaczem.
- Sumnienie moje, niewidome światu,
- Jak nereida wyszło z morza głębi,
- Na czole pełne liliowego kwiatu,
- I znów jak Wenus na wozie gołębi
- Leciało między gwiazd sferami śliczne,
- Półchrześcijańskie, półmitologiczne.
- Bo przez noc całą tak ciemną i mglistą
- Co robić? serce własne gryźć i kąsać;
- Trzeba nareszcie zostać panteistą,
- Poznać się z duszą natury i pląsać
- Z czarownicami, co się stają widne,
- Podług strawności piękne lub ohydne.
- Ave, Maria! Już rosy brylanty
- Sypią się z nieba i niebo różowe.
- Już przypływamy i nad czołem Zanty
- Widać fortecy uzbrojoną głowę
- W niebie nad miastem. Już wychodzą różni
- Na pokład statku zmytego podróżni.
- Ten pije kawę, ów rozciąga członki;
- Wszyscy się zdają rozrastać jak krzewy.
- (Nasze by damy mówiły koronki.)
- "Bonjour!" - tak do mnie akcentem z Genewy
- Przemówił młody Zantejczyk, figura
- Przez lat dwanaście kształcona na jura,
- Przez lat dwanaście uczona w Genewie,
- Z dala od ojca, matki i ojczyzny.
- Może, czy wszyscy jeszcze żyją - nie wie,
- Może nie pozna pod śniegiem siwizny
- Zmienionych twarzy. Nim został studentem,
- Jechał, dziś wraca tym samym okrętem.
- Te same deski, co go dzieckiem niosły,
- Dziś odnosiły do domu człowiekiem.
- Gdyby tak drzewom przypomnieć, że rosły,
- Toby się sęki zasklepione wiekiem
- Same otwarty, przez kory szczeliny
- Niepowstrzymanych łez lejąc bursztyny.
- Ale ten człowiek był jako Ilissos
- Pod Atenami - bez fal i bez wody;
- I ten sam statek, ten sam "Eptanissos"[1],
- Co go odnosił w rodzinne zagrody,
- Dla niego prostą był tylko machiną,
- Na której ludzie za pieniądze płyną.
- Z jakiejże gliny byli ulepieni
- Ci, co wracając na ziemię ojczystą,
- Padali czołem na czoło kamieni,
- Całując ziemię chwastami nieczystą,
- Zimną; co nieraz, nim usta oddarli,
- Na głazach ziemi całowanej marli!...
- Ojczyzno moja! może wszyscy wrócą
- Na twoje pola, ale ja nie wrócę!
- Śmierć - lub to wszystko, co mi losy rzucą
- Na kamienistej drodze życia - płuce
- Ogniem pożarte, widziane oczyma
- Sny straszne twarzą: wszystko mię zatrzyma!
- Wszystko mię wstrzyma w obcej ziemi łonie
- Umarłym, może jedną chwilę wcześniej
- Niż zmartwychwstanie twoje, o Syjonie,
- Jerozolimo, trapiona boleśniej
- Niż gród Chrystusa... A gdy na twą grzędę,
- Ojczyzno! inni powrócą - spać będę.
[edytuj] Pieśń IV
[edytuj] GRECJA
- I zaraz ku nam olbrzym Adamastor
- Wyjechał z Zante na barce trytonów;
- Na głowie swojej miał pomięty kastor,
- Surdut na plecach, parę pantalonów.
- Nie epopeją pisząc, nie idyllią,
- Powiem, że to był metr hotelu "Giglio".
- Stanął i zaczął trwożyć: "O! nie płyńcie
- Na greckie brzegi, w Patras kwarantanna;
- Lepiej do mego hotelu zawińcie,
- Oberża moja podróżnikom znana!
- W Patras musicie dni dziesięć i cztery
- Przebyć kwarantan[n] od osp i cholery".
- Chociaż poznałem, że to syn Adama,
- Nie Adamastor stał przy nas na łodzi,
- Zląkłem się bardziej niż bohatyr Gama.
- Lecz pomyślawszy rzekłem: "Nic nie szkodzi-
- Płynę do Patras, sam ujrzę w Patrasie,
- Czy jaką szkodę poniosę na czasie;
- A ty, co trwożysz, maleńki cyklopie,
- Zamiast nas pozrzeć zatrzymanych trwogą,
- A może miłych jakiej Penelopie,
- Prowadź nas w miasto albo lotną nogą
- Spiesząc przed nami, na stołach bez harpii
- Postaw nam zrazów, bifsteku i karpi.
- Zamiast nas pozrzeć, my ciebie pozrzemy,
- Jeżeli obiad nie wystarczy głodnym".
- Z taką odprawą oberżysta niemy
- Odjechał. Ja zaś z czołem niepogodnym
- Jako Eneasz modliłem się: "Panie,
- Nie daj mi w greckiej siedzieć kwarantanie!"
- A potem wszedłszy na fortecy góry,
- Spojrzałem: Zante szmaragdami siana,
- W szczerych szafirów oprawna lazury,
- Niebem i morzem dokoła oblana,
- Taiła mnóstwo domków w głębi łona
- Z domkiem poety, hrabi Solomona.
- Szczęśliwy! zastał swój ogród i drzewa,
- Swoją kanapę i okno na morze,
- Swój miły stolik, gdzie pisze i ziewa,
- Swoje gazami oskrzydlone łoże;
- Może dziś będzie cieszył się lub szlochał
- Patrząc na domek, gdzie kocha lub kochał.
- Miło powrócić i usiąść na ławach
- Przed własnym domkiem, gdy ucichną gwary,
- Gdy nocne świerszcze i koniki w trawach
- Zaczną piosenkę nocy, a pies stary
- Łapą drzwi chaty zawartej otworzy,
- Przyjdzie i u nóg pana się położy.
- I myśleć wtenczas... O fale! O fale!
- Szumcie wy głucho pod okrętu łonem!
- Patrzę na gwiazdy i cygaro palę,
- I nieraz wielkim rozpaczy pokłonem
- Biję przed Bogiem, gdy z chmurnych obsłonic
- Błyska... Modlę się... lecz nie proszę o nic.
- Miło być także na morzu ozłotnym
- Błyskawicami i białym ognikiem;
- Miło być także dumnym i samotnym
- I nie dzielone mieć uczucia z nikim,
- I nad powietrza ulatując ciszą
- Słuchać harf takich, jak ludzie nie słyszą.
- Chrystus nas woła: "Wy, którzyście smutni,
- Chodźcie na łono Ojca!..." Patrz w błękity:
- Oto gwiazd siedem, wszystkie w kształcie lutni,
- Wychodzą z fali tam, gdzie zorzy świty
- Mają zabłysnąć. Lutnio ogniem sina,
- Na tobie dzwoni północna godzina,
- Godzina cicha, tajemnicza, senna,
- Na wielkim morzu falą wahanemu;
- Oto nad lutnią lśni gwiazda promienna -
- Dowiąż gwiazd dziesięć ogniowi złotemu
- Okiem i myślą, a z niebios wyleci
- Koń, który parska gwiazdami i świeci.
- Gdy go raz oko z błękitów wyczyta,
- Już go nie straci i myślą nie zmaże.
- Na strunach lutni położył kopyta,
- W nozdrzach, jak w romu zapalonej czarze,
- Płomyk wytryska wielki, błękitnawy,
- Czasem jak w nozdrzach arabskiego krwawy.
- Za tymi gwiazdy wychodzi Dyjanna,
- Z gwiazd najświetniejsza a najmilsza oku,
- Gdy ją obleje światłem zorza ranna,
- Kiedy w różanym topniejąc obłoku
- Z błękitnej razem staje się zielona
- Jak listek, potem czerwieniąc się kona.
- Lecz kiedy wyjdzie, nim zorzą pobladła,
- Zapowiadając prędkie cieniom końce,
- Błyśnie ci w oczy jak kawał zwierciadła,
- Z którego dziecko rzuci tobie słońce;
- A gdy nad smutnym takie blaski roni,
- Przywykasz razem do smutku i do niéj.
- Niebo na wschodzie okrywa purpura,
- Potem ją skrawa zastępuje białość,
- A róż odcięty jako lekka chmura
- Płynie w błękity... O, klasyczna stałość!
- Nieraz widziałem przez ten obłok cienki
- Łono sypiącej różami jutrzenki.
- I dzisiaj pełna jasnego brylantu
- Rosy, róż pełna, wyleciała do mnie
- Z błękitnej fali, sponad gór Lepantu,
- A za nią słońce rozlane ogromnie
- Wyszło jak zegar wieczystego czasu
- Nad błękitnymi górami Patrasu.
- Takie olbrzymie twarze Nibelungi
- W północnych pieśniach opisują. Słońce,
- Pierwszy twój promień padł na Missolungi,
- Gniazdo, gdzie niegdyś wolności obrońce
- Sto razy większym oparli się siłom,
- Kapitulacyj nie biorąc mogiłom.
- Jeżeliś widział rząd domków i fraszek
- Poustawianych na dziecinnym stole,
- Tak owe miasto. - Cóż to? biedny ptaszek
- Leci przez morza lazurowe pole
- I pada przy mnie na ławce, a potem
- Kania, z ogromnym twardych piór łoskotem
- Lecąc, o ławki stuknęła się drewno
- I długo w statku zabłąkana liny
- Na morze wyszła z pieśnią płaczu gniewną.
- A ja - patrzałem na serce ptaszyny,
- Jak biło, jak się układały piórka
- Do spokojności... Była to przepiórka.
- O Missolungi! czy pieśń moja zdąży
- Za pieśnią wieszczów, co sławili ciebie?
- O Missolungi!... Jak ta kania krąży
- Żelaznym skrzydłem po morzu i niebie,
- Jak oczy iskrzą się nad dziobu hakiem!...
- Ten biedny ptaszek jest prawie Polakiem.
- Dla niego może kościuszkowskim czasem
- Było zniszczenie w Missolungi gniazda,
- A dziś - gdy kania z okropnym hałasem
- Piór natężonych, jak lecąca jazda
- Kirasyjerów na polach Grochowa,
- Goniła. - Lecisz, ptaszyno? bądź zdrowa!
- Lub niech cię kania zje - boś mi przerwała
- Do Missolungi już zaczętą odę.
- Ta sobie stoi maleńka i biała
- Pod górą - patrząc na błękitną wodę
- Jako nad Styksem zebrane do kupy
- Białe umarłych domków kościotrupy.
- Stoi nad brzegiem nie owiana liściem
- Żadnego drzewa, lecz na nią upada
- Z gór czatujących nad Lepantu wniściem
- Ciemność i światło, a każda z gór blada
- Mgłą błękitnawą, a jedna z gór mroczna
- Jak piramida stoi sześcioboczna.
- Tak równe ściany pokazuje słońcu,
- Tak równe boki ma cieniem pokryte,
- Tak ciężka spodem, tak lekka na końcu,
- Jako pod niebo ręką ludzką wzbite
- Z cegieł pomniki... Nim się ten kraj wsławił,
- Bóg wielki przeczuł i pomnik postawił.
- Nie uwieńczona śniegowymi srebry,
- Musi być u stóp śniegiem kości biała.
- Gdybyś, Byronie, był nie umarł z febry,
- Ale od bomby, kuli lub kin[d]żała,
- Dałbym tej górze posępnej nazwisko
- Grobu twojego - a Parnas tak blisko!
- I mnie dziś łatwiej wleźć na szczyt Parnasu
- Niż ludziom przebyć przed świętym aliansem
- Rów wykopany. Trzeba na to czasu.
- Na Parnas będą jeździć dyliżansem
- Wieszcze Europy - a republikanie
- Za lat dwadzieścia... Kto wie, co się stanie!...
- Wierzę w respublik ojca jedynego,
- Robespi[j]era (to "Trybuny" wina,
- Że został ojcem). Credo w Mochnackiego,
- Rzeczpospolitej jedynaka-syna,
- Co wielkich marzeń nie przestając snować,
- Przez Dyktatora dał się ukrzyżować,
- Potem zaś wstąpił do arystokracji
- I trzy dni bawił, a po tej troszeczce
- Przyszedł w obliczu przyszłej generacji
- Sądzić umarłych i żywych w książeczce.
- Weń uwierzywszy z dwóch tomów zaczętych,
- W emigracyjnych wierzę wszystkich świętych.
- I w obcowanie ich ducha z narodem,
- I w odpuszczenie naszym wodzom grzesznym,
- I w zmartwychwstanie sejmu pod Herodem
- Obieranego; a gdyby mię śmiesznym
- Nie okrzyczano, powiedziałbym, grzeczny,
- Że w tego sejmu wierzę żywot wieczny.
- Zrobiwszy taki sumnienia examen,
- Takie wyznanie, biedny wierszokleta,
- Chciałbym dokończyć i dobić... lecz "Amen"
- Uwięzło nagle jak w gardle Makbeta.
- Zacząłem pisać, teraz z wielką biedą
- Biję się w głowę, jak zakończyć "Credo".
- Wierzę, że idą ludy jako chmura
- Pełna błyskawic na trony zachwiane;
- Wierzę, że nawet królewska purpura
- Próchnieje w trumnach; wierzę w zatrzymane
- Lawy żołnierza, tam gdzie stanął Kokles;
- Wierzę, że Milcjad żył i Temistokles;
- Wierzę, że jeszcze żyje dziś Kanarys,
- Bo właśnie teraz wracam z jego domu,
- Bo sam widziałem, jak błękitów farys,
- Od ogniowego opalony gromu,
- W Patrasie grecką dowodzi flotyllą,
- Wierzę, bo sam go widziałem przed chwilą.
- On, co żył niegdyś jako salamandra
- W ogniu brullotów - dziś spokojny mięszka
- W domku glinianym jak domek Ewandra;
- Dzikimi chwasty zaplątana ścieżka
- Do progów jego prowadzi - przed progiem
- Odłam marmuru, co był kiedyś bogiem.
- Belek się ledwo dotykały heble,
- W ścianach obficiej powietrza niż gliny,
- Sosnowe szczeble i niebieskie szczeble,
- To jest deszczułki z sosen i szczeliny,
- Wiodą na piętro - wejście, pierwsza próba,
- Już było dla mnie jako sen Jakuba.
- Sen mi pokazał aż w Litwie niebieską
- Nezabudkami rzeczułkę - na zdroju
- Miejsce kładkową przeskoczone deską,
- Zawsze błękitne i zawsze w pokoju,
- Dokoła w kalin ustrojone wianki,
- Było kąpielą gwiazd i mej kochanki.
- Nie wiem, dlaczego - lecz nieraz w gorąco,
- Gdy się na upał zaczynają skarzyć
- Świerszcze piosenką po trawach syczącą,
- Szedłem na kładkę - czytać albo marzyć...
- I tak czytałem niegdyś walkę Greka,
- Jak dziecko, które czegoś chce - i czeka.
- Chce z głębi wody ślad srebrzysty dostać
- (Rankiem... kąpała się Lutka w tej wodzie),
- Czeka, czy biała i powiewna postać
- (Widać aleje i lipy w ogrodzie)
- Może spod wielkiej jarzębiny wstanie
- I wyjdzie... Dziwnie uczące czytanie!
- I czytam marząc, jako Ipsyllanty
- Zwyciężył - ginął... i dał Grecji brata,
- A kiedy czytam, to rosy brylanty
- Strząsając, zefir po kwiatach przylata
- I fale w złote pomarszczywszy prążki,
- Przewraca karty welinowe książki...
- Kartki rozwiane przycisnę kamykiem
- I będę czytał. Oto wódz naczelny
- Demetrius, licznym dowodzący szykiem,
- A za nim... czarny hufiec nieśmiertelny,
- Każdy z nich mocny... każdy bez nadziei...
- Skąd są? - powstali z mogił Cheronei...[2]
- Wszyscy - prócz wodza... Ten nie zmartwychwstanie,
- Zabity mieczem zgubionej stolicy,
- Lecz innych dusze jak w urnowym dzbanie
- Chowane w piersiach marmurowej lwicy,
- Która im była pomnikiem po śmierci,
- Wyszły - i pomnik rozpadł się na ćwierci.
- Pierś lwa rosnące roztrzaskały dusze!
- I dzisiaj leży na samotnym polu
- Jak wielkim prochem rozsadzone kusze,
- A głowa pełna przedwiecznego bolu
- Padła na ziemię - zda się, że spoczywa
- Wydaną duszą smutna i straszliwa.
- Długo Grek patrzał na tę lwicy głowę
- Jak na zamilkłe nieszczęściami wróżki;
- Snycerz dał smutną marmurowi mowę.
- Patrząc - słyszałem dwa słowa Kościuszki:
- "Finis Poloniae", przechowane w głazie
- Jak łza w kamieniu - albo myśl w obrazie.
- O Cheroneo! o Maciejowice!
- Cyt... coś białego śród liści jaśnieje...
- Ach nie! to tylko białe gołębice
- Przez ogrodową leciały aleję...
- Chodź znowu, książko, na kwiaty rzucona,
- Będę znów czytał - to jeszcze nie ona.
- Pieniędzy krzyczą - Grek rzuca na szalę
- Dyjamentową oprawę pałasza;
- Nie dosyć jeszcze... rzucił miecza stale,
- Płaćcie żelazem... Już Ibrahim basza,
- Jak Nil, co wszystkie wody na świat wyda,
- Lub jak waląca się z gór piramida,
- Spada na Grecją. - Gdzie są Termopile,
- Po których niegdyś wąż Kserksesa przelazł,
- Gdzie są ci ludzie, co żywota chwile
- Licząc nie drzeli - i marli?... Zavellas
- W polach Klissowy z ośmią set człowieka
- Zastąpił drogę dwóm baszom - i czeka.
- Słyszę, jak serce w moich piersiach bije;
- Zda się, że patrząc w trup Leonidasa,
- Patrząc głęboko - czekam, aż ożyje -
- A wtenczas ani jasnych kwiatów krasa,
- Ani lecący aleją gołąbek
- Nie obłąkały mych oczu na ząbek.
- Lecz wtem nadzieja odbiegła mię wszystka;
- Zerwałem różę, co tam kwitła świeża,
- I przywiązawszy do każdego listka
- Myśl i życzenie, i życie rycerza,
- I Zavellasa... o szaleństwo młode!
- Wszystkie te listki rzuciłem na wodę...
- I jeszcze listków zostało mi trocha;
- Myśląc, że siane w ziemi nie zakwitną,
- Więc jeszcze jeden listek - czy mnie kocha -
- Posłałem falą wędrować błękitną;
- I nie wiem, jaki los tamte pochłonął,
- Ale ostatni - pamiętam - utonął...
- I znowu książkę rozłożyłem białą,
- I zimne karty zacząłem całować
- Wołając: "Greki, niechaj ginę z chwałą!
- Wy mię nauczcie, jak wrogów mordować,
- Jak rzucić drogę marzeń księżycową -
- Z umarłym sercem i z twarzą surową..."
- I marząc o krwi z uczuciem tygrysa,
- Stężałem członki krew czując na licu...
- Słyszycie tętent?... to koń Botzarisa
- W obóz turecki leci po księżycu;
- A nim się straże obudzone zwarły,
- Botzaris w baszy namiot wpadł - umarły...
- I odezwały się w górach klasztory,
- A nie były to pogrzebowe dzwony,
- Które kupuje na śmierć człowiek chory,
- Lecz jakieś wielkie pomięszane tony
- Płaczu, rozpaczy, wyjące po skałach.
- I większy zemsty głos zamknięty w działach.
- A wielkie morze, lazurowe morze,
- Któremu niegdyś poświęcano w Aulis
- Córy królewskie... Ciebie teraz porze
- Między flotami tureckimi Miaulis;
- Z nim jest drewniana ateńska forteca,
- Którą Kanarys brulotem oświeca.
- Obadwa płyną uwieńczeni w laury
- Wydarte morzu - prędkim idą lotem;
- A ów Kanarys zda się jak centaury -
- Na pół człowiekiem, a na pół brulotem.
- Ten człowiek śmiały i pan dwóch żywiołów,
- Którymi niszczy - czy ma twarz aniołów?
- Czy pod nim jako pod niebieskim duchem
- Cicha się łódka nastąpiona nie gnie?
- Czy jego wiosło niesłyszane uchem?
- Czy ogień za nim jak pies wierny biegnie?
- Jak on wygląda, gdy błękitne morze
- Pięć jego czółen oblało w Bosforze?
- Sułtan go widzi... lecz zniszczyć niezdolny!
- Nie zgasi nawet płomyka w stambułce
- Wodza greckiego. - Oto konik polny
- Usiadł przede mną na cichej rzeczułce
- I suszy skrzydeł przezroczystych szkiełka
- Błyszcząc się w słońcu by tęczy perełka,
- I suchą nogą na źdźble żółtej słomy,
- Dziecko powietrza, wędruje na łódce
- Przez zwierciadlane rzeczułki załomy,
- I port w rozchwianej znajdzie nezabudce
- Albo popłynie dalej z nurtem wody
- Pod brzóz płaczących nachylone chłody.
- A kiedy płynął i srebrzystym rysem
- Znaczył rzeczułki fale zwierciadlane,
- Myśl moja cała z wielkim Kanarysem
- Płynęła za nim... w kraje malowane
- Piękną przyszłością... i widziałem życie
- Z twarzą na słońcu - z oczyma w błękicie.
- O, przyszłość! przyszłość! Jam się tak do ciebie
- Uśmiechał dzieckiem - ty z taką światłością
- Dni moje siałaś jak gwiazdy na niebie!
- A moje smutne dzisiaj... jest przyszłością.
- Kwiat spodziewany na wątłej łodydze
- Życia mojego - rozwinął się... Widzę...
- Co? jeszcze w myślach owa przyszła chwila,
- Jesz[cz]e marzone dawniej Greków twarze,
- Jeszcze Kanarys na słomce motyla,
- Jeszcze nad księgą leżę, jeszcze marzę...
- I chciałbym cały włosem się osłonić
- Nad dawną księgą - i dawne łzy ronić,
- I być zbudzonym -jak dawniej - nad rzeką,
- Gdy na aleje złote słońce spadło,
- Kiedy słyszany jakiś głos daleko
- Wołał jak echo; gdy w rzeki zwierciadło
- Patrząc... patrzałem na twój wzrok uroczy,
- Nie śmiejąc prosto patrzeć... w twoje oczy...
[edytuj] Pieśń V
[edytuj] PODRÓŻ KONNA
- Czytałem kiedyś wielkie porównanie...
- Jak wystawiony na niebieskie rosy
- Pielgrzym, gdy ze snu głębokiego wstanie,
- Listek uwiędły, co mu spadł na włosy,
- Odrzuca z czoła - takeś Ty skaliste
- Nakrycie grobu precz odrzucił, Chryste![3]
- Lecz kiedy przyjdzie zmartwychwstanie ludu,
- Kiedy się skończy sen pełny omamień,
- Jakiegoż trzeba będzie wtenczas trudu,
- Aby odwalić nasz grobowy kamień -
- Ów marmur, pełny naszych cierpień rytych,
- Na którym modlą się dzieci - zabitych.
- Patrząc na oczy pełne błyskawicy,
- Na czoło króla płomieni brązowe,
- Pytałem znanej mu już tajemnicy,
- Bo sam odwalał kamienie grobowe
- Z grobu uśpionej głęboko ojczyzny;
- Musi znać leki - bo zna wszystkie blizny.
- Pytałem Greka, ale w nim już nie ta
- Z kradzionym ogniem pierś Prometeusza.
- Moje pytanie było jak Hamleta
- Metafizyczne słowo, czy śni dusza,
- Kładzione zawsze na grobach od wieka,
- Nie rozwiązane dotąd... przez człowieka.
- Chciałem mu nadać wielkość Waszingtona,
- Moim pytaniem na zbawcę pasować;
- Bo też mu złotych brakło milijona,
- A mógłby spalić Stambuł[4] zamordować
- Tyle wezyrów, tyle krwi wytoczyć,
- Że sułtan miałby gdzie pióro umoczyć
- I czym podpisać na wolność firmany,
- I Kanarysa odesłać z krainą
- Temistoklesa, przez drewniane ściany
- Zdobytą... Dzisiaj Rigny - Navarino
- Kanarysowi wykradły jak Parys
- Helenę sławy. - Czy cierpi Kanarys?
- Nie wiem... Czy orzeł kiedy myśli o tem,
- Że kiedy w zimie słońce zda się nisko,
- Mógł o południu natężonym lotem
- Dolecieć - patrząc oczyma w ognisko
- Niebieskich krain? Myśl głupia dla ludzi,
- Lecz może dręczyć orła, co się nudzi...
- Ale powtarzam, myśl głupia dla świata
- Mogła się przyśnić orłowi na skale
- Lub temu z ludzi, co jak orzeł lata...
- Dosyć! cygaro hawańskie zapalę
- Tymi strofami, które nie są odą
- I do niczego mądrego nie wiodą...
- I właśnie takie ciężkie i nietrafne
- Z ust wychodziły moich parabole,
- Kiedy żądałem, by słowa jak Dafne,
- W laur przemienione, kładły się na czole
- Zapomnianego przez ludzi Greczyna;
- Lecz że świat taki - to nie moja wina.
- Może bym także chciał (to wszystko mary),
- By jaki człowiek spotkawszy w ulicy
- Moją figurę... włożył okulary...
- Po diabła nosić sławę w tajemnicy?
- Cieszył się Dante, gdy przekupka rzekła:
- "Patrzcie! ten człowiek dziś powrócił z piekła..."
- Ja bardzo lubię sławę popularną,
- Lękam się bardzo wymuskanej sławy;
- Dlatego każę na bibułę czarną
- Bić nowe dzieło... gołe, bez oprawy;
- I wyjdzie na świat książeczka pokorna,
- Jak gdyby spod pras Bogumiła Korna.
- O moja głupia muzo, zapominasz
- Uszanowania winnego księgarzom!
- Ja nie znam Korna... mówią, że luminarz...
- A zaś skład jego podobny cmentarzom,
- Gdzie sobie cicho autorowie leżą,
- Co lato ziemią przysypani świeżą...
- A czasem zajrzy Bogumił na cmentarz,
- Patrząc, czy kiedy nie zjadł się w letargu
- Jaki kalendarz albo elementarz;
- A kogo kocha - tego na świat targu
- Drukiem prowadzi... i stawia za kratą
- Wieńcząc go świeżą, laurową erratą.
- O mój księgarzu wrocławski! o Kornie!
- Dokończ tej strofy!... Dalibóg, zaczęta
- I pindarycznie, żywo i wytwornie;
- Lecz moje pióro nigdy nie pamięta
- O drugim wierszu... wbrew dawnej przestrodze:
- "Nim pierwszą stawisz, myśl o drugiej nodze".
- Tak chciał Feliński: wiersz skomponuj drugi,
- A potem pierwszy dosztukowuj zgrabnie,
- A będą mocne - i łańcuch się długi
- Nie przerwie nigdzie, nigdzie nie osłabnie;
- Na takim niańki uwiązani pasie
- Chodzą dawniejsi wieszcze po Parnasie...
- Lecz ja... Dobranoc! Jutro zorza złota
- Ujrzy mię... w siodle i na Rossynancie,
- Tam gdzie Cerwantes, autor Donkiszota,
- Utracił rękę. - Mój obraz w Lepancie
- Będzie odbijał się tak lazurowie
- Jak cień Quichota... w Cerwantesa głowie.
- Naprzód malować trzeba kawalkadę,
- Która się brzegiem Lepantu pomyka:
- Guid jedzie przodem, a ja za nim jadę...
- Lecz wam opiszę pierwej przewodnika,
- Który albańskie rozwiawszy wyloty
- Jechał na koniu gdyby motyl złoty.
- Na kapeluszu słomianym miał mycę,
- Do roziskrzonych podobną płomyków,
- Ze sztuki płótna marszczoną spódnicę;
- Gadał mozaiką dziesięciu języków,
- Śmiał się jak dziecko, a dzieckiem był prawie,
- Śpiewał, jak polny konik śpiewa w trawie.
- Twarz jego młodą gdzieś widziałeś we śnie,
- Może na jakim widziałeś rysunku,
- Gdzie młody Greczyn, wysłany za wcześnie
- Z ojcowskiej chaty, w wojennym rynsztunku,
- Patrzy na Turków oczyma tygrysa
- Na litografii zgonu Botzarisa.
- Są twarze w ludach powszechne. C'est tout clair -
- Tłomaczyć przyczyn byłoby to wstydem;
- Wreszcie opisze go wam książę Puckler-
- Muskau, co z naszym podróżował gidem
- I pokazywał swą karykaturę
- Grekom, wylazłszy na Parnasu górę;
- Który się nie kładł spać, aż biła czwarta;
- Który chciał ogród założyć niemiecki
- W guście angielskim tam, gdzie była Sparta,
- Dla Bawarczyków pozawieszać niecki,
- By się hojdając, z krainy Likurga
- Mogli przenosić myślą - do Stras[s]burga;
- Który - to zawsze mówię o tym księciu:
- Niechaj pamięta autor o autorze -
- Który zasnąwszy wieczór w przedsięwzięciu,
- Zbudzony... spytał się: "W jakim kolorze?"
- A rząd bawarski, myśląc o sadzonym
- W Sparcie ogrodzie, powiedział: "W zielonym..."
- Który się na to obraził... i chwilę
- Zastanowiwszy się - po kilku chwilkach
- Tak zadrżał gniewem, że wszystkie motyle
- Na kapeluszu siedzące na szpilkach...
- Zaczęły spadać i kłuć w nos Ot[t]ona.
- O zemsto... mówią, żeś słodka - ty słona,
- Zwłaszcza gdy ciebie Pu[c]kler w sól at[t]ycką
- Całą osypie... i da na zabawkę
- Figurę wroga - pod Momusa mycką,
- Osolonego solą jak pijawkę;
- Tak się zapewne kręcić i wić będzie
- W dziele... pan Ot[t]on... na króla urzędzie...
- Lecz kłaniaj za to ogrodowi w Sparcie;
- Ziemia gruzami pozostanie skalna...
- Sparta zostanie na światowej karcie
- Spartą... historia straci naturalna
- Na jakim kwiatku, co ma kształt pantofli,
- Lub na rodzaju spartańskich kartofli...
- Adieu, Pu[c]klerze, bo mi nie do uszu
- Twe imię w rymów sadzone ogrodzie;
- Podróżuj w twoim wielkim kapeluszu,
- Co tak wygląda jak żagiel na wodzie,
- W górach jak tarcza okrągła Pelida,
- Nad ruinami bogów... jak Egida...
- Bądź zdrów!... a jednak miałbym prośbę małą
- Do waszej mości książęco-autorskiej,
- Ażebyś także moje grzeszne ciało
- Na koniu - skreślił. - Na szkapie cecorskiej
- Tak musiał niegdyś Żółkiewski ponury
- W trzy dni po zgonie straszyć grzeszne ciury... -
- "Trudno znać siebie" - powiada przysłowie,
- A ja powiadam: trudniej widzieć siebie
- Przez te szkła biedne, które w naszej głowie
- Oprawił Stwórca kryjąc się na niebie,
- Tak że choć błękit przenikniecie do dna,
- Skryta wam jedna rzecz - widzenia godna...
- A druga także rzecz bardzo ciekawa
- Dla nas - my sami... także nam ukryta;
- Szczęściem, że wierne zwierciadło i sława,
- Często niewierna, wszak wiecie - kobieta,
- Dopomagają nam szkłem i umysłem
- Patrzeć na siebie... i są szóstym zmysłem...
- Dlatego bardzo i gorąco żądam
- Widzieć się kiedy w gazet artykule
- Takim, jak jestem albo jak wyglądam...
- Tymczasem muszę całą ziemską kulę
- Przebiegać sobie samemu nieznany
- Z twarzy i z głowy... nie wymalowany...
- Szczęśliwy Józef Poniatowski (czyli
- Szczęśliwy, gdyby nie umarł), że widzi
- Siebie samego w najciekawszej chwili
- Na każdej ścianie. A niech nikt nie szydzi
- Z tej strofy, bo ją skończy myśl Solona:
- "Nie mów, że człowiek szczęśliwy - aż skona".
- Zaprawdę, ja wam powiadam, co rzekły
- Przede mną usta filoz[of]ów wielu,
- Ze... Lecz nadzwyczaj staję się rozwlekły,
- Więc nic nie powiem - i prosto do celu,
- Nie zatrzymany strofą ni morałem,
- Na moim koniu biednym pędzę czwałem.
- Hop! hop... jak upiór... obracam tak nogi,
- Że kwadratowe tureckie strzemiona
- Kolą w bok konia jakoby ostrogi,
- A moja szkapa z wiatrami puszczona
- Pędzi, jak gdyby czuła żłób koniczyn;
- Lecz wtem... zwolniłem kroku... dla trzech przyczyn.
- Primo: towarzysz mój (a tu mi skłonno
- Aż do łez, pomnąc na konia strukturę)
- Był jako człowiek, który idzie konno;
- A kiedy biedne zwierzę szło pod górę
- I chociaż mogło iść o własnej mocy,
- Jeździec udzielał mu swych nóg pomocy...
- I tak się razem nieśli... O widoku
- Rozczulający! łez nie pojmie profan...
- A jako niegdyś w błękitnym obłoku
- Sokrata skreślił błazen Arystofan
- Latającego po niebieskim sklepie
- Na żółwia nogach, w szyldkretu czerepie,
- Tak ja po greckich w gimnazyj naukach
- Mógłbym podobną ubawić was sceną
- Wymalowawszy na głębokich jukach
- Ukochanego filozofa Zeno...
- Który w tej chwili przez niemożność skoku
- Był pierwszą z przyczyn, że zwolniłem kroku.
- Druga z tych przyczyn była także cnotą
- Filantropiczną: właściciele koni
- Za kochanymi końmi szli piechotą...
- Jeden jak Turek miał turban na skroni,
- Drugi jak ojciec podobny do syna -
- Belwederskiego miał twarz Apol[l]ina.
- Trzecią z tych przyczyn, dla których wstrzymana
- Wietrzność mojego była wiatronoga:
- Oto, że nagle ja i karawana
- Przyszliśmy, gdzie się zakończyła droga
- Przeszkodą - wprawdzie dla Mojżesza małą...
- Z tej strony morzem, a z tej strony skałą.
- Więc wszystkich świętych wezwawszy i biesa,
- Rzucam się w morze... Czy w cudy wierzycie?
- Z fali stracona ręka Cerwantesa,
- Jak cień wielkiego nosa na suficie,
- Wyszła... figowe pokazując godła
- Światu - a mnie zaś przez fale przewiodła...
- I opryskani falą o brzeg bitą,
- Na popas w małym stanęliśmy khanie;
- Tam z głową senną, cieniem drzew nakrytą,
- Inni spoczęli przy chruścianej ścianie,
- A ja, nie spity napojami maku,
- Znalazłem grotę w rododendrów krzaku.
- Na samej wstążce srebrzystego żwiru,
- Co się nad morzem pod krzakami winął
- Jak sztuczna biała oprawa szafiru,
- Spocząłem... i wzrok na błękicie zginął,
- I myśl smutniejsza przyszła mnie kołysać
- Niż myśli, które chcę i mogę pisać.
- Smutne! Myślicie, że grzechów siedmioro
- Przyszło mię dręczyć... lub łza emigranta...
- Nie - ach, myślałem, że już madreporą
- Stało się ramię biednego Cerwanta,
- Ramię nieszczęsne, które zaczynało
- Czuć, że się jakiś duch oblekał w ciało...
- I urodzony w Cerwantesa głowie
- Będzie radością wstrząsał wszystkie nerwy;
- Ramię, co było w romansu połowie,
- potem doznało takiej wielkiej przerwy,
- Jak kiedy zabrzmi trąb dziesięć tysięcy,
- Potem milczenie... nic nie słychać więcej...
- Dziwnie utracić jaki ciała członek
- I myśleć potem, że już leży trupem,
- Że już w nim żadna z kosteczek ni z błonek
- Nie myśli o nas... i stała się łupem
- Robaków - a zaś dusza pełna sromu
- Do ciaśniejszego przeniosła się domu.
- Dziwnie być musi płakać nad cząsteczką
- Własnej mogiły... i czyś[ć]ca męczarnie
- Od niej odwracać... bo jeszcze jest sprzeczką,
- Czy dusza za nas płaci solidarnie,
- Czy członek, co się na ciała pogrzebie
- Nie znajdzie, w piekle zapłaci za siebie...
- A tu bym bardzo mądrze i głęboko
- Dowiódł... że kiedy nasz Zbawiciel kazał
- Wyłamać rękę lub wyłupić oko,
- Więc... trzeba, abym tę strofę przemazał,
- Bo jej dokończyć, jak chcecie, nie mogę,
- Bo osiodłany koń... i ruszam w drogę...
[edytuj] Pieśń VI
[edytuj] NOCLEG W VOSTIZY
- Dalej, mój koniu! powoli - dość czasu -
- Krajograficznie strofami wyłożę,
- Jaka mnie droga prowadzi z Patrasu:
- Po prawej stronie góry, z lewej morze,
- Za morzem znowu i skały, i góry,
- Nad nimi niebo błękitne bez chmury -
- Nie ma ta ziemia czego złożyć w styrcie;
- Koń dzwoni w głazy, depce chwast, dziewanny;
- Czasem przy drodze w rozłożystym mircie
- Widać rudera tureckiej fontanny,
- Gdzie w kamień woda płacząca nie tętni,
- Na które patrząc... nawet Grecy smętni...
- Taka głęboka przy fontannach cisza,
- Tak ciemne mirty... i tak liściem szumią
- Nad fontannami jak pacierz derwisza.
- Cały ten smutek błękitami tłumią
- Wody Lepantu i z czystego nieba
- Patrzące czoło (jestem w Grecji) Feba.
- Ani po drogach bawiącej się dziatwy,
- Ani człowieka w polu, ni na drodze,
- Czasem szumiącym lotem kuropatwy
- Porwą się w stado... tuż przy konia nodze
- I padną blisko... i znów cisza wielka.
- Jaskółek żadna nie wyszle ci belka...
- Niebo, tych czarnych gwiazdek pozbawione,
- Wiecznie błękitne, zda się, że nad smętnym
- Krajem przeszłości - leży zamyślone
- Jakim obrazem dawnym i pamiętnym
- Tylko samemu Bogu, co w nim duma.
- Kraj ten zniszczyła tak wolności dżuma.
- Ząbek się lasu dopióro wyrzyna;
- Małe sosenki jako pszczoły brzęczą
- Jedwabnym kolcem... Jeżeli masz syna,
- A tego kraju ludzie nie zamęczą,
- Może zobaczy Grecją pełną krasy,
- Ubraną w ludzi szczęśliwych - i w lasy.
- Ale my, dzieci nieszczęścia, stąpamy
- Po głazach, chwastach i ruinach - głuchych;
- My się przez wielkie pustynie wołamy
- W ciszy bezludnej. My przy źródłach suchych
- Szukamy wody, spaleni zarzewiem.
- Gdzie będą szukać naszych mogił? - Nie wiem.
- Gdy tak myślałem, mrok osłonił szary
- Przybywających wreście do Vostizy.
- Tu jeszcze pomnik turecki, dąb stary,
- Na podniesieniu z głazów przy ulicy
- Siedział spokojny. O tej to godzinie
- Turek tu niegdyś pił dymy w bursztynie.
- Lubiłem lipę, co nad sławnym Janem
- Cień rozstrzelony zbierała pod siebie
- I co rok miodu obdarzała dzbanem
- Niewymyślnego w żądzach i w potrzebie,
- Co była drugim poety mieszkaniem,
- Głośna słowików - szpaków narzekaniem,
- Pod którą nieraz błyszczał dzban na stole,
- Co tak wysoko niosła czoła wianki,
- Jakby ze dworu wyglądała w pole
- Na przyjazd pana lub pańskiej kochanki,
- Co nad szmerami słodkich ust dziewicy...
- Szumiała cicho, pełna tajemnicy...
- Ta lipa dla nas, jak Partenon grecki,
- Ma pełno smutku niewymówionego.
- Stanąłem patrząc na ten dąb turecki:
- Smucił mię także - lecz nie wiem, dlaczego...
- Bezużyteczny liściami i chłodem,
- Oko zadziwia wielkim pnia obwodem...
- Pień jego w sobie ma siły potęgę
- I wielki smutek starości... i żałość
- Nad tymi, co go znali... Stone-henge
- Zaniesie myśli w olbrzymią zuchwałość
- Tytanów dawnych... W tej świątyni progu
- Myślisz o człeku, co ją siał... i Bogu.
- O mój turecki dębie! dębie stary!
- Ty mi cudownym wyrosłeś kościołem;
- Tutaj się mogą modlić wszystkie wiary,
- Tu wszyscy ludzie bić ugiętym czołem.
- Lubię cię, dębie wyniosłego czoła,
- Z liściem rozwianym jak skrzydło anioła.
- Szczęśliwi ludzie, których anioł dzierży
- W swojej opiece! szczęśliwe te kraje,
- Co mają drzewa - na miejscu oberży -
- Siane po łąkach, gdzie płaczą ruczaje -
- Wędrowiec staje, gdzie kwiatów najwięcej...
- Nagle krzyknąłem: "Do kroćset tysięcy
- Milionów..." tu mi kochany Eurypid
- Słowo eumenid dał do wykrzyknika,
- A mój towarzysz rzekł: "Mais c'est insipide
- Spać tu... w tej klatce... co ma kształt kurnika;
- Comment, Giuliano! - tak się zwał nasz sługa -
- W Vostizy musi być oberża druga!"
- "Non c'e" - rzekł sługa. "Więc spać tu - na ziemi?
- Wszak to nie ściany, lecz z łuczywy krata,
- Pajęczynami wybita czamemi".
- A ja dodałem: "Jak horyzont świata
- Zawarty zewsząd... bez okien, którędy
- Dusza by mogła wyjść za zmysłów błędy..."
- I zakończyłem słowami: "Daj świécy!"
- "Świécy? - rzekł kompan - wszak tu wiatr zagasi
- Słońce w lichtarzu, księżyc w szabaśnicy!"
- Rzekłem: "Giuliano, hej! tho se mu krassi..[5]
- Gorzkie jak piołun - niech Bóg będzie z nami!
- Jest co jeść? - nie ma... więc tho se mu psami!"
- To się po grecku znaczy: "daj mi chleba!"
- Przyniósł... postawił... i znowu zapytał
- Bardzo układnie: "Czego panom trzeba?"
- A gdym na chlebie zębami pozgrzytał,
- Zdjęty przeczuciem nieszczęśliwych wróżek,
- Nie spodziewając się... wołałem: "Łóżek...
- I światła... światła... tu jak na biegunie
- Północnym ciemno - i wiatr wszędy świszcze;
- Pusto jak w zgniłym orzechu-świstunie..."
- Tu mój towarzysz rzekł: "Więc ja przepiszczę
- Na hebanowym moim flażeolecie
- Tę noc, przepędzę ją najlepiej w świecie".
- I już wyciągał wiatrobrzmiący bardon -
- Lecz ledwie zaczął [donośnie w] otwory
- Przegrywać - jakiś głos: "I beg you[r] pardon,
- But I don't like the music, I am sorry" -
- Z prawej się strony wydobył przez kratki:
- Anglik zamknięty był do drugiej klatki.
- I była Babel okropna języków,
- Aż wreszcie jakaś Opatrzności ręka
- Zesłała parę płonących knocików
- I dwa napięte jak stuny krosienka;
- To były łóżka... Jeśli kto nie wierzy,
- Tłomaczę jaśniej: to, na czym się leży...
- Ach, leży tylko - bo wszystkie zefiry
- Zbiegły się do nas - i wiatr z nami pląsał,
- A dar krosienek... jako Dejaniry
- Koszula - gdzie się go dotkniesz... tam kąsał;
- Ach, jam się dotknął - i ogień mię złapał,
- I byłem w piekle; mój towarzysz chrapał.
- Są chwile w życiu, w których człowiek zda się
- Samemu sobie bardzo poetycznym:
- Na skały igle, na ruin terasie -
- W usposobieniu umysłu vehmicznym -
- Kiedy głos przeczuć bardzo głośno gada
- Trzykrotnym głosem: "Biada! biada! biada!"
- Gdy patrzy w słońce o zachodzie krwawsze;
- Kiedy się żegna z kim i przy miesiącu
- Mówi z westchnieniem głębokim: "Na zawsze!"
- Gdy przy dognanym zeskoczy zającu,
- Dobędzie noża - i obcina skoki...
- Gdy nań piorunem strzelają obłoki;
- W chwili gdy skończy szkoły i nauki,
- Gdy go za rękę uściśnie sam rektor;
- Gdy go mianują sędzią; gdy go wnuki
- Obsiądą; gdy kraj obroni jak Hektor
- Albo gdy myśli o zbawieniu Lachów;
- Gdy wygra partią bilardu lub szachów...
- Albo gdy idzie sam w nocy na cmentarz
- I na kochanki usiądzie mogile...
- Albo gdy mówi doń kto: "Czy pamiętasz
- Paryż?..." - Są różne poetyczne chwile:
- Kiedy na przykład w towarzystwie znanym
- Siądziesz pośrodku - na cenzurowanym...
- Albo gdy ciebie nazwą obskurantem,
- To jest, że możesz zgasić oświecenie;
- Albo gdy jesteś dział asekurantem
- I w napoliońskie wierząc przeznaczenie
- Słuchasz bez drzenia - kul lecących świstu...
- Gdy "Comte" przeczytasz na kopercie listu;
- Gdy... i tam dalej... Z tych miłości własnych
- Żadna nie przyszła mię do snu kołysać...
- Przy dwóch światełkach jak gwiazdy niejasnych
- Chciałem z krosienek moich wstać i pisać
- Czekając zorzy różanego świtu...
- Wtem deszcz... w tej klatce nie było sufitu...
- I zawołałem: "Ty spisz, Eneaszu,
- A tu deszcz na nas... leje się z dachówek!"
- Wnet rozbudzeni oba na poddaszu,
- Więcej do czynu sposobni niż słówek,
- Wściekać się więcej zdolni niż łzy ronić,
- Przemyślaliśmy, jak i gdzie się schronić...
- Szczęściem, że w ścianie uwitej z sośniny
- Po obu stronach były dwie framugi -
- Ach, nie framugi - zaczęte kominy,
- Więc ja jak krótki - mój kompan jak długi,
- Oba jak dłutem z marmuru wycięci,
- W niszach przeciwnych - kto by rzekł, że święci...
- Przy naszych nogach zapalone lampy,
- Ręce złożone na piersiach pobożnie.
- Każdy z nas biały... jak w operze "Zampy"
- Wiedźma z marmuru - bardzo nieostrożnie
- Pierścionkiem złotym za żonę pojęta,
- Lub jak niewiasta Lotowa w sól ścięta,
- Lub jako mumia w ścianie piramidy -
- Niech porównania dalej lecą kłusem.
- Byliśmy jako ów posąg Tetydy
- Zakryty wody srebrzystej obrusem,
- Stojący sucho w wodnej samołówce,
- Który czytelnik zobaczy w "Sofiówce".
- Tu, wychyliwszy głowę, mój towarzysz
- Głosem żałosnym rzekł: "Czy żyjesz?" - "Żyję". -
- A on mi znowu rzekł: "O czym ty marzysz?"
- A ja mu rzekłem... że się nie ukryje
- Żadna zasługa - pod żadną przeszkodą;
- Ja mówię pacierz... Bóg słyszy pod wodą.
- Cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi -
- Nie spali ogień... A kompan: "Nie słyszę;
- Woda tak szumi, już mokre mam nogi..."
- A ja mu na to: "Cierp, a ja opiszę
- Nasze cierpienia ściągnięte bez winy
- I przedam wiernie córkom Mnemozyny...
- I kiedyś w późne wieki... wstanie mściciel,
- I tu postawi hotel... mości panie!
- Tu, na tym miejscu, gdzie teraz Jan Chrzciciel
- Mógłby duszeczki kąpać jak w Jordanie;
- Tu, gdzie stoimy - ja ci przepowiadam,
- Że stanie hotel... tu, gdzie w nurty padam,
- W nurty natchnienia... myśląc o żegludze
- Dawnych rycerzy - Eneja, Ulissa..."
- A mój towarzysz rzekł mi: "Ja się nudzę
- Stojąc w tej niszy jak kozacka spisa;
- Wyznaj, że Grecja - c'est ennuyeux en diable,
- Ja cały mokry - mais c'est insupportable!
- Nie masz zegarka? ja mój do kompasu
- Zregulowałem... tam na łóżku leży..."
- A ja mu na to: "Mamy dosyć czasu!
- Nim Febus we drzwi Aurory uderzy,
- Gadajmy sobie o czym pożytecznym:
- Lub o zbawieniu, lub o ogniu wiecznym...
- Albo spiewa[j]my sobie kontredansy
- Tańczone dawniej - ja dyszkantem wlekę -
- Albo ci powiem powieść Sancho Pansy
- O trzystu owcach wiezionych przez rzekę...
- Ty licz, ja będę tron mowcy dziedziczył;
- Jeśli chcesz... ty mów - a ja będę liczył...
- Czy znasz Byrona? - nie?... to wielka szkoda!
- Mógłbyś się teraz przenieść w ideały;
- Czajld Haro[l]d niegdyś był w Grecji... Ta woda
- Łóżka nam porwie srebrzystymi wały...
- Czy znasz Platona?... przyszło mi do głowy
- Zaczęcie [jednej] Sokrata rozmowy...
- «Chodźmy - rzekł - w klonu szerokiego cieniu
- Na pochylonej odpocząć murawie;
- Oba zanurzmy tu stopy w strumieniu;
- Jak tu cień miły... jak te świerszcze w trawie
- Śpiewają słońcu...» Dalej w sprzeczce walnej
- Sokrat piękności daje idealnej
- Rysy, granice... i w mgliste przezrocze
- Obwija posąg - cudownego wdzięku;
- A strumień żywy stopy mu łaskocze" -
- Tu nasz Juliano - z latareńką w ręku
- Wszedł... i zobaczył... nasze dwie figury
- Jak dwa posągi oprawione w mury,
- Z lampami w nogach... Rzekłem: "Pigmalionie,
- Jeśli z posągów chcesz mieć żywych ludzi,
- Przynieś parasol". - Tak przez wodne tonie
- Przeszliśmy oba - a jeśli was nudzi
- Ta pieśń... pomyślcie, że to jest obrazem
- Greckich oberży... łóżek - i nas razem.
[edytuj] Pieśń VII
[edytuj] MEGASPILLEON KLASZTOR
- Wiem, że ze śmiechu przeskakiwać w smutek
- Jest wielkim błędem... Charakteru wina,
- A raczej nerwów rozchełzanych skutek,
- Brak sentymentu - że w trop Lamartina
- Idąc nie łączę... w pieniach - o, herezja!
- Trzech westchnień ciągłych: "Miłość! Bóg! Poezja!"
- Miłość od Boga staje się odporem -
- Spytaj się o to panny Chołonie[w]skiej,
- Co rządzi młodych panienek klasztorem -
- Miłość (prócz czystej miłości niebieskiej)
- Wprowadza duszę w jakiś grzeszny zamęt.
- Nie wolno kochać, jak Święty Sakrament -
- Lecz pierwsza miłość - pierwsza! platoniczna -
- O! wstaw się za mną, o Najświętsza Panno!
- Ty jesteś taka na obrazach śliczna -
- Widziałem Ciebie - dziś pod tęczą ranną
- Nad błękitami Lepantu, w niebiosach,
- W tęczy, na chmury rozpłakanej włosach...
- Poezja także często walczy z Bogiem,
- Chybabyś pisał ciągle o myślistwie
- Jak "Pan Tadeusz" obeznany z rogiem.
- Bóg Lamartina jest w złym towarzystwie;
- Chrystusa trzeba dać do takich kmotrów,
- Byłby znów Chrystus między dwojgiem łotrów.
- Więc rozwiązawszy tak dobrze zawiłość
- Teologiczną, przyjmuję za godło
- Tych kart - Poezją, Chrystusa i Miłość -
- I to mię będzie teraz ciągle wiodło
- Z góry na górę, od boru do boru -
- Do Megaspillon na tę noc klasztoru.
- A ty, Poezjo, nie bądź więcej śmieszką [?],
- Ale opowiedz - jak szedłem wysoko
- Nad przepaściami zawieszoną ścieżką,
- Jak coraz dalej posyłałem oko
- Za laurem pięknie kwitnącym pode mną
- I za otchłanią mórz błękitnie ciemną,
- Jak o południu cień kolczatej gruszy
- Osłonił całą podróżnych gromadę...
- Jak ciernia krzaki, które wiatr wysuszy,
- Dały nam ognie w oczach słońca blade,
- Jak źródło w naszym zajęczało dzbanie,
- Jakeśmy orłów słyszeli krakanie...
- A morze jasnym wabiące lazurem
- Daleko od nas - szukane oczyma -
- Za gór przebytych błysnęło się murem
- Przez dwie szczeliny - maczugą olbrzyma
- Albo Rolanda rozcięte zamachem.
- Powietrze cząbrów poiło zapachem...
- A teraz myślę, jak z liter i cyfer
- Ułożyć oczom klasztor Megaspilion,
- Klasztor, gdzie niegdyś bronił się Lucyfer
- Mahometowi - tak długo jak Ilion
- Albo jak nasza piękna Częstochowa,
- Kulami ryta - cudem boskim zdrowa...
- Zjeżdżaj na koniu w dolinę głęboką.
- Góra zielona... wjeżdżaj na tę górę -
- Ślimaczą drogą... teraz podnieś oko!
- Gdzie patrzysz? wyżej... tam - tam - aż pod chmurę!
- O! jaki widok!... Skała rośnie złota
- Z arabeskowym rysunkiem Cal[l]ota[6];
- Z łona zielonych krzewin i cyprysów
- Wyrasta ścianą prostopadłą skała
- Porysowana jak mnóstwem napisów -
- Mnóstwami domków, a jaskółka śmiała-
- Ów miły piastun wieśniaczy i boży -
- Tak nie przylepi gniazd i nie ułoży.
- Cała budowa jako wachlarz płaska,
- Jeden ma tylko bok i jedno lice,
- A wytnij sobie z jakiego obrazka
- Całą niemieckich miasteczek ulicę,
- Niechaj mur jeden jednostajnie siny
- Nosi te domki - krużganki, kominy
- I galeryjki, i sine okienka,
- I domki wczora tynkowane świeżo,
- Niechaj to wszystko różnorodnie wsięka
- W jedną podstawę - pożegnaj się z wieżą
- I z dzwonnicami, któreś sobie roił,
- A jeśliś domki pobudował, spoił
- I sobie całą ułożył strukturę,
- Zanieś to wszystko - wyobraźni okiem -
- Na szmaragdową cyprysami górę,
- Przylep do skały... jeszcze pod obłokiem,
- Na samym szczycie, gdzie głazu ułomek,
- Postaw forteczkę... i jaskółczy domek...
- Niech dym, co mnichów kominami goni,
- Framugę sadzy zrobi nad klasztorem,
- Niech się to wszystko kiedyś Turkom broni,
- Niech teraz będzie spokojne wieczorem
- I zda się lekkim pajęczyny włóknem,
- W promieniach słońca jasne każdym oknem.
- Niechaj to wszystko razem się pokaże
- Nad głową twoją - i za drzewy znika,
- I znów jak dziewic szpiegujące twarze,
- Gdy spoza liści śledzą wędrownika
- I same także śledzone ciekawie,
- Znów błyska, znika - i śni się na jawie:
- A będziesz widział; nie widzisz?... więc próżno!
- Ja doskonalej nie opiszę rymem...
- Trzeba, ażebyś wziął sakwę podróżną,
- Mój czytelniku, i został pielgrzymem;
- Inaczej z wielką litością i żalem
- Będę o tobie myślał - w Jeruzalem.
- Tymczasem... co to... wiosenny skowronek
- Śpiewa nad nami w obłoków błękicie?
- Nie, to klasztorny na krużganku dzwonek
- Już zapowiedział pielgrzymów przybycie.
- Widzę na ganku dzwoniącego mnicha,
- Znów karawana idzie w górę cicha...
- Oczy po takim ciągłym wniebowzięciu
- Patrzą w obłoki... a klasztor przed nami,
- A mnichów trzystu sześćdziesięciu pięciu
- W błękitnych szatach, z czarnymi brodami,
- Snuło się w słońca złotego odbłysku
- Jak rój komarów lub mrówki w mrowisku,
- Lub jak rój pszczelni - bo tak doskonale
- W plastrze tyńkowym porobił komory,
- Tak poświdrował korytarze w skale,
- Wiszącym domkom takie dal podpory,
- Tyle zapasów nagromadził w doły,
- Że Bóg się spyta: "Ludzie wy? czy pszczoły?
- Czy jakie inne i mniejsze robaki,
- Co w przylepionym na skale [?] listeczku
- Nagromadziliście wina, tabaki,
- Cnót po troszeczku, grzechów po troszeczku,
- Czekając jasnej zmartwychwstania chwały,
- Gdy cicho listek odedrę ze skały?
- I wy myślicie, że ja wam przepuszczę
- Patrząc na tyńku odpadłego łatę,
- Na korytarze wasze, co jak bluszcze
- Idą na skałę - kręte, węzłowate,
- Na źródło wasze cudowne, na składy,
- O moje małe bezpłciowe owady!
- Wy, którzy świcę zapalacie jasną,
- Gdy pielgrzym kładzie grosz swój do karbony -
- Nie obrazowi, lecz na miłość własną
- Rzucając blaski - wy, kraczące wrony,
- W kraju bezpłodnym - i pięknego nieba,
- Gdzie się i modlić - lecz i orać trzeba!
- A taż to beczka! (to wszystko Jehowa
- Mówi do mnichów tam, gdzie sąd ich czeka,
- A ja powtarzam [?] tylko boże słowa)
- Ta beczka - votum chorego człowieka,
- Którą dał biedny - ach, nie mnie, Jehowie,
- Lecz wam - za cudem odzyskane zdrowie...
- I wasze głupstwo, żeście się chwalili
- Z takiego daru, i wasza ciemnota,
- Życie podobne do próżniackiej chwili
- I wasza grubość chłopska - nie prostota,
- I wasze kłamstwo cudów... i tam dalej,
- Weź, Lucyferze... niech ich piekło spali..."
- Tu się jednego twarz archimandryty
- Odwróci z jednym mnichów pokoleniem
- I rzeknie Bogu: "Nasz dom, nie zdobyty
- Ibrahimowym mieczem i płomieniem,
- Zniszczyłeś, Boże... a Lucyfer dumny,
- Żeś odkrył pełne prochem - grzechów trumny -
- A ślad na skale gmachu - jak na belce
- Znak skruszonego gniazdeczka jaskółek,
- A pomyśl - kiedyś zatrwożony wielce
- W naszym klasztorze lud znalazł przytułek,
- Wtenczas widziałbyś - dla mrących z przestrachu
- Aniołem-stróżem każdy kamień gmachu.
- I gmach się wtenczas cały w lud zamienił...
- Jak twój tron jasny mieni się w aniołów;
- Tak wiele duchów zebrał i spromienił
- W twoje podnóże... i do naszych stołów
- Siadało wiele... nas, mnichów niegodnych,
- Lecz wiele sierót płaczących... i głodnych...
- I w nocy pełnej pioruna i błysku
- Sam szedłem - własne zapalić szpichlerze[7]
- Co pod nogami na skały urwisku
- Stały - ubrane w cyprysowe wieże;
- I zapaliłem... i przy tym pożarze
- Widziałem w dole białe Turków twarze.
- Potem z klasztoru patrzaliśmy, mnichy,
- Na mur - poryty ognistymi rysy,
- Na dom nasz własny... już jak węgiel lichy,
- I na stojące w płomieniach cyprysy,
- Jak ci szatani - co tam, widzisz, Boże,
- Stoją przy piekła płomiennym otworze.
- Niejeden mrący, spragniony i ranny -
- W ostatniej chwili usłyszał nad sobą
- Płacz... brylantowej cudami fontanny,
- Otworzył usta - westchnął - i był z Tobą...
- Źródło, że wiecznie płakało nad ludem
- Żywych i mrących - nazwaliśmy cudem"
- Wtenczas przytomny obronom szlachetnym,
- Na potępienie mnicha rzekłem z boku:
- "A owa! owa - w tysiączny[m] ośmsetnym
- Trzydziestym szóstym... (nie mylę się) roku,
- Dnia trzynastego września (tak mi świeża
- Data i dzień ten) - dana mi wieczerza?
- Sam ją kazałeś zastawić na stole
- I sam przyszedłeś, o Archimandryto,
- Cieszyć się patrząc, jak mię w gardło kole
- Kość twoich garnków, twego chleba żyto -
- Mszcząc się, że paszport wydała mi Francja,
- Że czczę papieża... Lecz gdzie tolerancja?...
- Czyli dlatego, że wam do kościoła
- Przysłano z Moskwy obraz Nikołuszki.."[8]
- Tu mnich uleciał na skrzydłach anioła,
- A ja na łonie tureckiej poduszki
- Budząc się, widma spłoszyłem niesforne;
- Słońce błyszczało przez szyby klasztorne.
- Lubię, gdy cichy promień słońca strzeli
- W ciemną altanę lub na sklep... gdzie prix fixe
- Błyszczą klejnoty, lub do księżej celi
- Złotym promieniem lecąc na krucyfiks,
- Albo na rzymskich kościołów mozaiki,
- Lub na błękitny dym rzucony z fajki;
- Lubię, gdy pada promień złotolity
- Na siwe włosy starego żebraka
- Albo na czoło umarłej kobiety,
- Albo na skrzydła pływające ptaka,
- Albo na róże, co wysoko niosą
- Jesienne czoła błyszczące się rosą...
- Lubię, gdy pada z chmur na odsłonioną
- W pochmurnym rynku statuę Kopernika,
- Lubię, gdy pada w nasze ciemne łono
- I znów z człowieka robi słonecznika,
- Za światłem życia obracając twarzą
- Myśli marzące... póty, póki marzą...
- W komnacie mnisiej, otoczonej wkoło
- Rzędem tureckich sof kwiecistej barwy,
- Promień słoneczny padł na moje czoło
- I snów zwichrzonych rozpędziwszy larwy,
- Rozwinął znowu moje myśli senne
- Na życie marzeń mglistych całodzienne.
[edytuj] Pieśń VIII
[edytuj] GRÓB AGAMEMNONA
- Niech fantastycznie lutnia nastrojona
- Wtóruje myśli posępnej i ciemnej,
- Bom oto wstąpił w grób Agamemnona
- I siedzę cichy w kopule podziemnej,
- Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
- Serce zasnęło, lecz śni. Jak mi smutno!
- O! jak daleko brzmi ta harfa złota,
- Której mi tylko echo wieczne słychać!
- Druidyczna to z głazów wielkich grota,
- Gdzie wiatr przychodzi po szczelinach wzdychać
- I ma Elektry głos - ta bieli płótno
- I odzywa się z laurów: "Jak mi smutno!"
- Tu po kamieniach z pracowną Arachną
- Kłóci się wietrzyk i rwie jej przędziwo,
- Tu cząbry smutne gór spalonych pachną,
- Tu wiatr, obiegłszy górę ruin siwą,
- Napędza nasion kwiatów - a te puchy
- Chodzą i w grobie latają jak duchy,
- Tu świerszcze polne, pomiędzy kamienie
- Przed nadgrobowym pochowane słońcem,
- Jakby mi chciały nakazać milczenie,
- Sykają. Strasznym jest rapsodu końcem
- Owe sykanie, co się w grobach słyszy -
- Jest objawieniem, hymnem, pieśnią ciszy.
- O! cichy jestem jak wy, o Atrydzi!
- Których popioły śpią pod świerszczów strażą.
- Ani mię teraz moja małość wstydzi,
- Ani się myśli tak jak orły ważą.
- Głęboko jestem pokorny i cichy
- Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy.
- Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie
- Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni;
- Posadziły go wróble lub gołębie
- I listkami się czarnymi zieleni,
- I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;
- Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza;
- Nie bronił mi go żaden duch ni mara,
- Ani w gałązkach jęknęło widziadło,
- Tylko się słońcu stała większa szpara
- I wbiegło złote, i do nóg mi padło.
- Zrazu myślałem, że ten, co się wdziera,
- Blask - była struna to z harfy Homera;
- I wyciągnąłem rękę na ciemności,
- By ją ułowić i napiąć, i drżącą
- Przymusić do łez i śpiewu, i złości
- Nad wielkim niczym grobów i milczącą
- Garstką popiołów - ale w moim ręku
- Ta struna drgnęła i pękła bez jęku.
- Tak więc - to los mój na grobowcach siadać
- I szukać smutków błahych, wiotkich, kruchych.
- To los mój senne królestwa posiadać,
- Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych
- Albo umarłych - i tak pełny wstrętu...
- Na koń! chcę słońca, wichru i tętentu!
- Na koń!... Tu łożem suchego potoku,
- Gdzie zamiast wody płynie laur różowy,
- Ze łzą i z wielką błyskawicą w oku,
- Jakby mię wicher gnał błyskawicowy,
- Lecę, a koń się na powietrzu kładnie;
- Jeśli napotka grób rycerzy - padnie.
- Na Termopilach? - Nie, na Cheronei
- Trzeba się memu załamać koniowi,
- Bo jestem z kraju, gdzie widmo nadziei
- Dla małowiernych serc podobne snowi.
- Więc jeśli koń mój w biegu się przestraszy,
- To tej mogiły, co równa jest - naszej.
- Mnie od mogiły termopilskiej gotów
- Odgonić legion umarłych Spartanów,
- Bo jestem z kraju smutnego ilotów,
- Z kraju - gdzie rozpacz nie sypie kurhanów,
- Z kraju - gdzie zawsze po dniach nieszczęśliwych
- Zostaje smutne pół - rycerzy - żywych.
- Na Termopilach ja się nie odważę
- Osadzić konia w wąwozowym szlaku;
- Bo tam być muszą tak patrzące twarze,
- Że serce skruszy wstyd - w każdym Polaku.
- Ja tam nie będę stał przed Grecji duchem -
- Nie - pierwej skonam, niż tam iść - z łańcuchem.
- Na Termopilach - jaką bym zdał sprawę,
- Gdyby stanęli męże nad mogiłą
- I pokazawszy mi swe piersi krwawe
- Potem spytali wręcz: "Wiele was było?" -
- Zapomnij, że jest długi wieków przedział. -
- Gdyby spytali tak - cóż bym powiedział?
- Na Termopilach, bez złotego pasa,
- Bez czerwonego leży trup kontusza,
- Ale jest nagi trup Leonidasa,
- Jest w marmurowych kształtach piękna dusza;
- I długo płakał lud takiej ofiary,
- Ognia wonnego i rozbitej czary.
- O Polsko! póki ty duszę anielską
- Będziesz więziła w czerepie rubasznym,
- Póty kat będzie rąbał twoje cielsko,
- Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym,
- Póty mieć będziesz hyjenę na sobie
- I grób - i oczy otworzone w grobie!
- Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,
- Tę - Dejaniry palącą koszulę:
- A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,
- Naga - w styksowym wykąpana mule,
- Nowa - nagością żelazną bezczelna -
- Nie zawstydzona niczym - nieśmiertelna!
- Niech ku północy z cichej się mogiły
- Podniesie naród i ludy przelęknie,
- Że taki wielki posąg - z jednej bryły,
- A tak hartowny, że w gromach nie pęknie,
- Ale z piorunów ma ręce i wieniec,
- Gardzący śmiercią wzrok - życia rumieniec.
- Polsko! lecz ciebie błyskotkami łudzą;
- Pawiem narodów byłaś i papugą,
- A teraz jesteś służebnicą cudzą.
- Choć wiem, że słowa te nie zadrzą długo
- W sercu - gdzie nie trwa myśl nawet godziny,
- Mówię - bom smutny - i sam pełen winy.
- Przeklnij - lecz ciebie przepędzi ma dusza
- Jak eumenida - przez wężowe rózgi,
- Boś ty jedyny syn Prometeusza:
- Sęp ci wyjada nie serce - lecz mózgi.
- Choć muzę moją w twojej krwi zaszargam,
- Sięgnę do wnętrza twych trzew - i zatargam.
- Szczeknij z boleści i przeklinaj syna,
- Lecz wiedz - że ręka przekleństw wyciągnięta
- Nade mną - zwinie się w łęk jak gadzina
- I z ramion ci się odkruszy zeschnięta,
- I w proch ją czarne szatany rozchwycą;
- Bo nie masz władzy przekląć - niewolnico!
- Nie! nie, dopóki będziesz ręką drzącą
- Zakrywać piersi puste, owdowiałe,
- To ja nie klęknę, nawet przed klęczącą,
- Boja mam inną, smutną matkę - chwałę,
- Co mi ociera łzy płynące rzadko,
- A i tę trzecią mam... co mi jest matką...
- O najbiedniejsza! tobie z pól myceńskich
- Chciałbym już posłać prochów moich urnę...
- Wrzuć w proch ten - dwoje obrączek małżeńskich,
- Zaklnij Dyjannę i duchy pochmurne,
- Aby ci widzieć mnie raz pozwoliły
- W promieniach... jam ci był drogi i miły.
- Teraz nie jestem niczym - a te mary,
- Co okrążyły mnie... wzywają dalej
- I pokazują girlandy i gwary
- Anielskich duchów... Pójdę... krew mnie pali;
- Już osądzony, śpiewam jak łabędzie,
- Lecz gdy cię dojdzie pieśń, co z tobą będzie!
- Tyś uśmiechała się - to było wczora,
- Kiedyś mię smutnym w dzień znalazła inny
- Zapłakanego - nad śmiercią Hektora.
- Nie był to głupi płacz - ani dziecinny,
- Głupsze są teraz łzy... co lecą skorsze,
- Gdy wspomnę los mój - ach! łzy stokroć gorsze.
- Żurawie, co tam nad Koryntu górą
- Rozciągnęłyście łańcuch ku północy,
- Weźcie na skrzydła moję pieśń ponurą,
- Zanieście z sobą... może przyszłej nocy
- Kraj przelatywać będzie ta pieśń głucha,
- Jak dzwon żałośny brzmiąc w krainach ducha.
- Żurawie! wy, co w powietrze różane
- Co rano długą wzlatujecie szarfą,
- Wyście mi były niegdyś ukochane,
- Wyście jesienną moją były harfą!
- Wy - i szumiące sosny nad grobami,
- Gdzież się ja dzisiaj zobaczyłem z wami?
- A jednak... jam to przeczuł w życia wiosnę,
- Że będę kiedyś nieszczęsny i błędny...
- Że może z serca niedoli urosnę
- I będę z duchów miał wieniec podrzędny,
- I z dziką kiedyś pożegnam tęsknotą
- Wasz łańcuch - zorzą pochłonięty złotą.
- Dziś ta godzina przyszła... bądźcie zdrowe!
- Tam Archipelag mnie woła błękitny,
- Tam Korynt trzyma koronową głowę,
- A za Lepantem Parnas starożytny...
- O muzo moja! jakże ty pozdrowisz
- Górę, gdzie siedział Apollo i Jowisz?
- O romantyczna muzo, na kolana!
- Bo ja ukłony mam tu dla tej góry
- Od lipy wonnej klasycznego Jana
- I od śpiewaka dzieci i tonsury,
- I od śpiewaka Potockich ogrojca,
- I cichy... łzawy pokłon mego ojca.
- Ja wiem, że teraz on jest przy mnie duchem,
- Ale mu twarda śmierć zamknęła wargi;
- Oto mi nawet szeleści nad uchem
- Figowe drzewo... jakby - szmerem skargi...
- Słyszę... głos mi już ojca niepamiętny,
- Lecz jego musi to być głos - bo smętny.
- Więc smutnym głosem i niedomówionym
- Pozwala czasem śmierć mówić po śmierci.
- Góro, co błyskasz księżycem czerwonym
- Jak wulkan krwawy... o, pęknij na ćwierci...
- Boś ty wyśmiana wróblów świergotaniem
- Albo za wczesnym rannych kurów pianiem.
[edytuj] Pieśń IX
- Jest na korynckiej górze mała grota,
- Figowym drzewem od wejścia zakryta,
- I tam odbiegła mię moja tęsknota;
- Stamtąd albowiem oko tęskne wita
- Kraj cały - żyzny, zielony, szeroki,
- Przerżnięty wstęgą korynckiej zatoki.
- Nigdzie tak piękne i tak szafirowe
- Morze nie świeci jak tu, w tej dolinie.
- Kiedy przez szarą drzew oliwnych głowę
- Oko na morze to błękitne wpłynie,
- To zamyślone odwrócić się nie chce,
- Tak go ten błękit rozwidnia i łechce.
- A tam na prawo, gdzie drzew nagle braknie,
- Korynt... Już myślisz... że tam kolumnady,
- Jakich wzrok często północnika łaknie;
- Lecz Korynt dzisiaj... to chatek gromady,
- Nad nimi kolumn niewielkich wierzchołek,
- A matką wszystkich kolumn - ten kościółek.
- Wszedłem... w świątyni dwie młode Greczynki
- Miotłami z ziemi zmiatały na kopce -
- Czarne od prochu korynckie rodzynki,
- A na kolumnach ściętych mali chłopce,
- Pasterze... w dudki z trzcin wycięte grali,
- Kilka baranów sennych i tam dalej...
- Już wiesz, jakie są obrazy sielanek...
- Lecz nie widziałeś ich na greckiej ziemi;
- Ten smutny kolumn już bezżennych wianek,
- Te drzewa żywe, co z marmurowemi
- Takimi są tu nieraz przyjacioły
- Jak u nas lipy z wiejskimi kościoły.
- Tu słońca krwawy blask czerwieni niwy...
- Pełny baranów cień każdej kolumny
- I pełny owiec cień każdej oliwy,
- A pasterz na te cienie patrzy dumny,
- Bo są jak sznury pereł dla kochanki,
- A w cieniu od drzew leżą owiec wianki.
- Tu duch przeszłości... spokojność rozlewa
- Na śpiące owce... na pasterzy twarze.
- Zefir się rzadko na trawy rozgniewa
- I Jowisz rzadko tu piorunem karze...
- Wszystko zamknięte na wiekowe blizny...
- I w takiej ziemi być! i bez ojczyzny!
- Czemuż nie jestem tu owiec pasterzem?
- Czemuż nie jestem panem tej winnicy,
- Panem tej chaty nad morza wybrzeżem,
- Nad którą Parnas - w hełmie z błyskawicy -
- Czuwa - i ciche sny bogów nastręcza,
- Co się w powietrzu unoszą jak tęcza.
- O słońca wschodzie wstawałbym - pobożny.
- Od moich owiec raniej - od jaskółki;
- Do mnie by gołąb zlatywał nietrwożny,
- Z Hymetu by się zlatywały - pszczółki
- I kładły miody w złamanej kolumnie,
- Bóg byłby ze mną i spokojność u mnie.
- Na mej policy... czara starożytna
- I pełna wina starego amfora;
- Przed chatą -jaka najada błękitna,
- Wylewająca łzy w ciszy wieczora,
- Brzęcząca smutno o marmur wymyty;
- Kilka drzew... kilka malw z jasnymi kity
- I sad... gdzie ciemna liściami cytryna
- Słońce odstrzela liściem zwierciadlanym,
- Pod którą wcześnie noc już być zaczyna,
- Noc sprzyjająca myślom zadumanym,
- Zielonociemna, cicha, wonna, świeża
- Noc dla poety i owiec pasterza.
- O wy, amora słudzy, wietrzne duchy,
- Z motylowymi skrzydłami wietrzniki...
- Ja bym rozesłał was gdzie na podsłuchy
- I przez was wiedział natury tajniki,
- I co wieczora, pijąc nektar słodki,
- Strącałbym z czary - was mówiących plotki
- O różnych ludzkich miłościach tajemnych,
- O sercach, które nie kochane - pękły,
- O skarbie w straży aniołów podziemnych,
- A gdybyście mi o czym smutnym jękły,
- O jakim kraju, co leży w mogile,
- Wziąwszy was, duchy, za skrzydła motyle,
- Skąpałbym całych w czerwonym falernie,
- Malwy rozkwitłą schłostałbym łodygą,
- Między różane gdzie zarzucił ciernie
- Lub wziąwszy za łeb - zrobiłbym go frygą,
- Aby się kręcił, szedł w ciemne Ereby,
- Że mi przypomniał smutek - bez potrzeby.
- Przed moją chatą przyjaciele młodzi,
- Kiedy się dla nich cały baran piecze,
- Pokazaliby słońcu, co zachodzi,
- W piryjskim tańcu wydobyte miecze;
- Przed nimi z twarzą jasną i wesołą
- Grałbym na lutni - i prowadził koło.
- A tam na szarej kolumny ułomku
- Wianek sąsiadów moich siwobrodych,
- Pochyłych ludzi - przy pochyłym domku,
- Dawałby ręką takt tańcowi młodych...
- I przyklaskiwałby memu rymowi.
- Duchy - sny - straty - starce, bądźcie zdrowi...
- Czy nie widzicie, żem chory - szatanizm,
- Bajronizm - siedem mnie dręczy boleści;
- Wierzę w religią mas - w republikanizm,
- W postęp... a nawet... wierzę w te czterdzieści
- Cztery... choć nie wiem, co ta liczba znaczy,
- Ale w nią wierzę jak w dogmat... z rozpaczy.
- Mam także ufność wielką w jezuicką
- Reakcją... lecz się nie łączę i czekam;
- Tymczasem trudnię się mową sanskrycką
- I z Europy znudzony uciekam
- Jak człowiek, co się na przyszłość sposobi
- I chce przekonać ludzi - że coś robi.
- Najwyćwiczeńsi w tej sztuce kłamania
- Niewarci są mi rozwiązać trzewika;
- Ciągle mam czarny palec od pisania
- I w oczach ciągle coś na kształt płomyka
- Poetycznego... stąd mię częściej wita
- Poetą - ten, co widzi, niż co czyta.
- Biorę na świadki te strofy ostatnie,
- Czy w nich poezji jest choć za trzy grosze.
- Nie bój się, niech je twa krytyka płatnie -
- Od nieprzyjaciół moich więcej znoszę -
- Te strofy są złe, powiedz to otwarcie;
- Pisałem, jakbym nigdy nie był w Sparcie;
- Te strofy są złe - no, więc na to zgoda;
- Niepoetyczne... zgadzam się i na to...
- Chodźże tu do mnie... patrz... błękitna woda
- Igra pod moją kaiką skrzydlatą,
- Łódka przez fale rozbudzone pędzi
- Jak najkształtniejszy z Olimpu łabędzi.
- Przez nachylone żagle księżyc blady
- Pokazuje mi majtki zadumane;
- Stoją jak dawni rycerze Hellady,
- O maszt oparci... złotem haftowane
- Pancerze mają i białe kapoty...
- Księżyc jest na nich błękitny i złoty.
- Oni umieją zostać nieruchomi
- Jako posągi, patrząc w niebo czyste,
- Eol sam wichry szalone poskromi
- I z żaglów - muszle porobi srebrzyste,
- W których się oni... na pół skryci - mieszczą
- Jak duchy - myślą wywołane wieszczą.
- I cicho, i wraz... o godzino święta!
- Łódka się w morskie rzuciła głębiny
- I z jękiem nagle stanęła wzdrygnięta...
- To była pierwsza fala Salaminy:
- Spotkać pierwszego Polaka przybiegła
- I wstrzęsła mnie tak... i jękła, i legła.
- A za nią inne fale z wielkim gwarem
- Od brzegu biegły, szerzące wzdychania.
- Jutrzenka żywym spłonęła pożarem.
- Słońce... już było bliskie swego wstania;
- Myślałem, że w tym wiekopomnym kraju
- Stanie w piorunach - jak Bóg na Synaju.