Pan Balcer w Brazylii
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| Pan Balcer w Brazylii Maria Konopnicka |
|||
|
Uwaga! Tekst niniejszy w języku polskim został opublikowany w początku XX w.. |
| Ten tekst wymaga podzielenia na części.
W pracy nad tekstem należy korzystać z zaleceń edycyjnych. |
Spis treści |
KSIĘGA I [edytuj]
Pierwsze wrażenia. Ave Stella maris. Noc. Pan Balcer ogląda okręt. Narady i nadzieje. Choroba. Przytuła poskramia łyczka. Interwencya Horodzieja. Herodzie; o Żywiołach naucza. Rekin. Burza. Jak wygrali Łohiszyńce. Pożar. Bunt Opacza, Matka. Widzenia na chmurach. O Josephowym senniku, Magietr i Żdzara. Chrzest. Pod równikiem. W porcie. Ziemia.
I [edytuj]
- Więc kiedym stanął na onym pokładzie
- Na pewnych nogach i szeroko w kroku,
- Tom się pocieszył, że już na zawadzie
- Nie będzie teraz nic, nawet łza w oku.
- Okręt był wielki, głęboki w nasadzie,
- A choć wiatr tęgi zadymał mu z boku,
- Ledwo się w sobie kolebał bez mała
- Na linie, co się prężyła i drżała.
- Ha, w imię Ojca, i Syna, i Ducha...
- Zrobiłem święty krzyż: Płynąć, to płynąćl
- Człowiek nie plewa, wiatr go nie wydmucha,
- Katolik przecie, Bóg nie da ma zginąćl
- I zaraz we mnie wstapiła otucha,
- A ze mnie jeden z fajeczką chciał minąć,
- Wiec ognia wziąłem i czapkęm nacisnął
- Na ucho, kiedy napić sygnał świsnął.
- Jest przeraźliwość jakaś niespodziana.
- W takowym świście, co jeży ci włosy.
- Boć to waleta przez ziemię ci dana,
- A ty się zbieraj i w garści dzierż losy.
- Wiec się podemną ugięły kolana,
- I w oczach nieco zacząłem tej rosy,
- Która, choć nikt cię nie żegna z żałobą,
- Samego człeka urzewnia nad sobą.
- A już te czółna przewoźne, te łodzie,
- Co do okrętu latały od brzega,
- Tak się zwijając i goniąc po wodzie,
- Jak stado rybitw, gdy płocia dostrzega,
- To wprost, to w ukos, to w tyle, to w przodzie,
- Cała ta faza już od nas odbiega.
- Wtem działo w porcie ryknęło co garła...
- Głos poszedł duży, lecz woda go zżarła.
- Znak to był, jako na grzbiecie już swoim
- Morze nas samo trzyma, bez kotwicy.
- Załopotały po boku oboim
- Skrzydliska, nakształt młyńskiej śmigownicy,
- Nie czołem zrazu czy płyniem, czy stoim,
- Dym buchał gesty jąk z czarciej kuźnicy,
- Okręt, choć trzeszczał, lecz mocny się zdawał,
- I jak rak wodę łapami rozkrawał.
- Tuż za nim, jako kiedy na nowinie
- Pług zajmie krojem skibę, a odwali,
- Taka się połać skroś morza odwinie,
- I szczerym ogniem po strzępach się pali.
- Bo już się słońce nurzało w głębinie,
- Kolory dając ze siebie tej fali,
- Co się waliła w żar, bruzda po bruździe,
- Łódź czarną ciągnąc za sobą na uździe.
- Na statku wrzawa, komenda, tłok, krzyki,
- Po ludziach depcą, tak w boru po chruście.
- Człek się tu robi przemyślny a dziki,
- Ustąp się krokiem, to ckybniesz w czeluście.
- Nie tak się niedźwiedź pilnuje muzyki,
- Gdy mu gra cygan na drumli w odpuście,
- Jak tu człek prawa morskiego i rządu,
- Iż apelować daleko do lądu.
- Zrazum był, jako więc w ostęp wpędzony
- Wprost na nagonkę, w sam kocieł obławy
- Ów szarak, co to nie wie, z jakiej strony
- Słuchy ma wytknąć, by nie dać odprawy.
- Świst wiatru w uszach i rozpęd szalony
- Mało mnie z onej nie wymiótł precz nawy,
- Razem z magierką, butami i pasem...
- Więcem się skulił, by zając pod lasem.
- Ażci powoli cichło. Czym ja zwykał,
- Czy też tak woda po sobie rozniosła.
- A com rozumiał, że każdy w swą krzykał,
- Jeden drogiego pędzając za posła, -
- Nieprawda! Tuman mi z głowy już znikał.
- Różny tu urząd i różne rzemiosła.
- Nad wszystkiem stoi kapitan w honorze
- I w rozkazaniu. A nad nim zaś — morze.
- Starsze ci ono nad wszystkie burmistrze,
- A każdy przed niem kiep i staje frontem.
- Gdy huknie, kiedy przyporwie się bystrze,
- To właśnie, jakbyś na działo szedł z lontem.
- Zwolnicie zasię, potoczy się czystsze
- Pod drobną falą, jak gdyby pod gontem,
- To ci od miru tego, od tej łaski,
- Na cały okół świata biją blaski.
- Ale nim sobie rozbierzesz to, człecze,
- Jużeś poczęstnem szturchanców wziął siła.
- Już za kark pieszczę, już na łeb ci ciecze,
- Już cię tu lina, skrobnęła jak piła,
- Tuś w łańcuch stąpnął, więc z sobą cię wlecze,
- Tu pompa chlusta i gębę ci zmylą,
- Gdzie spojrzysz — wszędzie srogość i zawziątek,
- A morze kipi i bucha, jak wrzątek.
- Toż i nie dziwo, żem zrazu, w tym warze
- Zgoła nie wiedział, co z naszą gromadą!
- Stalić tam w dymach kotłowych i w parze,
- Do kopy zbici, by owiec tych stado,
- Gdy je zapłoszy wilk. Spojrzałem w twarze:
- Te jedne sino mienią się, te blado,
- W oczach błąd, chłopom kolana dygocą,
- Trzęsą się wargi ściskane przemocą.
- Więc gdym obaczył znagła te sukmany,
- Co zwyczkiem siedzą schowane we zbożu,
- On to len siwy, wełnami przetkany,
- Na polskiej chaty przędziony zaprożu,
- Gdzie wiśnie kwitną, a dach jest słomiany,
- — Jak dziś po wielkiem unoszą się morzu,
- Za bujnym wiatrem wiewając po świecie,
- Tom uczuł w piersiach mróz, a ciarki w grzbiecie,
- Bo to już wybić musiała godzina
- Sądna, i one rokowe momenty,
- Kiedy w narodzie tynk opadł i glina,
- A wyszły na jaw tajne fundamenty.
- Już być musiała nie byle przyczyna,
- Gdy chłop, w ostatnie jakby sakramenty
- Opatrzył duszę, i szuka sposobu
- Za morzem, jakby z tamtej strony grobu.
- Kto powierzch ziemi siedzi — nie dziwota.
- Łacno jest ze mchów płytkiego wziąć grzyba.
- Aleć kto dębem korzenie rozmota
- Skroś tej macierzy, i czyja sadyba
- Samo jej serce, — tam twarda robota.
- Śmiertelny topór przyłożon jest chyba
- Do pnia narodu, do rdzenia i miazgi,
- Skoro z nas lecą za morze aż drzazgi!
- Boć, ze rzemiosłem, to jeszcze pół licha,
- Człek jest światowy i luźny sam w sobie.
- Kunszt go prowadzi i wszędzie przepycha:
- ÂŹle mi! — poprawię. Straciłem? — zarobię.
- Ale chłop, w sochę co żywot wydycha,
- A ziemię tylko przewraca i skrobie,
- Kiedy chce od niej — nie puszcza go, stęka,
- Krwawe rozdarcie jest, i śmierci meka.
- Więc gdy tak patrzą na one to brzegi,
- Choć im i cudze były i nielube,
- Na one wody pieniste, by śniegi,
- Co walą z hukiem, a idą we śrubę,
- Podobni ptactwu, co miewa noclegi
- W śródniebnych drogach, a podczas i zgubę,
- Od skrawka ziemi niknącej w oddali
- Odjąć nie mogli oczu, i tak stali.
- A już te łuny ugasły na wodzie
- Z zachodowego pożaru i słońca,
- Niebo się miało ku cichej pogodzie
- Otchnione parą od końca do końca.
- Lekuchna modrość szła po niem na wschodzie,
- Aż nagle pierwsza, gwiazda błysła drżąca,
- I liczko swoje zamglone i blade
- Prosto na naszą zwróciła gromadę.
- I patrz, jak dziwne są moce i siły
- W onych to światłach litosnych na ziemię:
- Wszystkie się głowy podniosły i wzbiły,
- Jakcoby tknięte matczynym tchem w ciemię,
- Wszystkie się oczy rosami zaszkliły,
- A choć nikt znaku nie dał, lud, jako brzemię
- Z Jękiem i z płaczem opadł na kolana:
- ...O gwiazdo morza!... Karmicielko Pana!...
- Szeroko pieśń się poniosła w przestworze,
- Bo ludu kupa była, — do tysiąca.
- Dołem, jak organ, dawało głos morze,
- Powyż — ta jedna gwiazda, błyskająca,
- Gwiazda, co gdzieś tam po naszym ugorze,
- Po naszych polach chodzila świetląca?
- A teraz przyszła tu, zliczyć te głowy,
- I dzieciąteczek posrebrzyć włos płowy.
- I tak nas zaszła noc, nad tą głębiną
- Z wyciagniętemi klęczących ramiony,
- Jak te bociany, gdy loty rozwiną
- Od gniazd, gdzie miały bezpieczne uchrony,
- A niewiedzące są: wrócą, czy zginą,
- Czy koła dawne obaczą i brony...
- Więc tylko skrzydła na wichrach położą
- I płyną — niebem nakryte i zorzą.
- Zczerniały nagle wody. Mroki duże
- Tak się rozwlokły po nich, jako chusta.
- Zlękli się ludzie, że bedziem mieć burzę,
- Ale był płonny strach, i trwoga pusta,
- Bo morze rado tak nosi się w chmurze
- I poomacku w ciemnościach się chlusta
- A co boki okryta uderzy,
- To warknie, Jak zły pies, i kły wyszczerzy.
- A już szedł rozkaz i dzwon już znać dawał,
- Żeby się wszyscy do miejsc swoich mieli.
- Więc naród hurmem z tych klęczek powstawał
- I hurmem schodził po stromej grządzieli
- Pod pokład. Jeszczeć wieczora był kawał,
- Lecę każdy zawczas pilnował swej ścieli,
- Bo ludu było w okręcie jak mrowia,
- I nie każdemu starczyło wezgłowia.
- Dopieroż to się zaczęła przeprawa,
- Jako na wojnie bywa, w batalii.
- Jeden drugiemu przed sobą nie dawa,
- Na oślep pędzi i na zakręt szyi.
- Już się do bójki ma, już sroga wrzawa,
- Gdy ja, na pomoc wezwawszy Maryi,
- Klinem się puszczam w ciżbę, a łbem bodę,
- I takem sobie zadobył gospodę.
- Nie przedniać była. Na dworskim folwarku
- Lepsze dla gęsi tucznych, stawią kojce.
- Jeden pod tobą, a drugi na karku,
- A ty w pośrodku tkwisz. Jak ślimak w skojce.
- Dokoła wzdychań, chrapotu, poswarku,
- Razem to — dzieci, i matki, i ojce...
- Jeśliś ochludny, trzy razy się skóra
- Wstrząśnie na tobie, nim w barłóg — dasz nura.
- Dziwnaż ta morska noc i dziwne spanie,
- Jakiegoś nie znał, człeka, od jak żywa.
- Ledwo ci dusza ugaśnie, ustanie,
- Aż cię tu jakaś dalekość porywa,
- Jakaś cię rzuca moc i kołychanie...
- Stój! — krzyczysz, myślisz na poręcz, że grzywa,
- Że koń cię poniósł wietrznemi kopyty...
- Alić wtem wyrżniesz łbem — i padasz zbity.
- I nic. I znów ci powłóczą się oczy...
- Aż tu nad tobą: "Ratujta!" kto wrzaśnie
- I znów ci serce, jak piłka, wyskoczy,
- I znów się porwiesz — i nic. To cię właśnie
- Tak zamdli, tak cię zanudza zamroczy,
- Że drugi dobrze za północ nie zaśnie,
- I wzdycha tylko, i pot z niego kapie,
- I słucha, Jak w tym parze ciżba chrapie.
- Ledwo nad ranem ustała ta zmora,
- I zaraz mnie tez przychwycił sen tegi.
- I ot mi w oczach stanęły, jak wczora,
- Miasteczko, kuźnia, kowadło, obcęgi...
- Słucham, — z łąk leci gęganie gęsiora,
- Patrzę — chłop szkapie przyciąga popręgi,
- Jasiek w miech dymał, lśnią w słońcu ufnale,
- A ja w podkowę, co siły mam — walę.
- Hej! Niejeden tam śnić musiał tej nocy
- O chacie, o tym zagonie o rodzie...
- Stękały chłopy, jak w ciężkiej niemocy,
- Insze zaś w głos się śmiały, by przy miodzie.
- Niejedna baba skoczyła jak z procy,
- Gdy ostrzej chybło pudlisko na wodzie,
- Wzdychań, pokrzyków niemało tam było,
- Tak nas to morze, jak wino, spoiło.
- Dzieciątka, tylko pośpiły się ciche,
- Jakby się nigdy przebudzić nie chciały.
- Pisklęta one bezpióre i liche,
- Gdzie które padło. Jak padło, tak spały.
- Człowiek choć we śnie, a różną ma pychę
- I różną żądość, a taki ptak biały
- Mógłby na piersiach Chrystusa spać Pana,
- Jako rzeczonem jest o głowie Jana.
II [edytuj]
- Ledwo dzień oświtł, — a ranek był chłodny -
- Szedł naród z dobrą na pokład otuchą.
- Nuż do węzełków, bo drugi i głodny
- Legł, postem morze witając na sucho.
- Wiatr ruszał wodą i szum czynił godny,
- Właśnie jak gdyby powiadał na ucho
- Jakoweś mile rzeźwiące orędzie:
- — Ej, pójdzie jakoś! Ej, jakoś to bedzie! -
- Bo niema, coby tak silnie przywarło
- Do człeka, jak to na jutro czekanie.
- Choćby się serce, jak żebrak obdarło,
- Jeszcze w tym jednym zostaje łachmanie,
- Śmierć — i ta patrzy źrenica umarła,
- Rychłoli wskrześnie, a z martwych powstanie.
- Więc choć się naród zmitreżył niemało,
- Morze nadzieją ku niemu się śmiało.
- Dopieroż tu się tej arce dziwować,
- Co nas na sobie przez zatop ów niosła.
- A toby było i folwark gdzie schować,
- A wodę pruje, by szczuka, bez wiosła.
- Zadzierasz głowy, chcesz maszty zrachować,
- Na które sosna — sto lat mało — rosła,
- Alebyś darmo swój rozum przykładał!
- Dopieroż jeden stał, i tak powiadał.
- — Okręt mieć most, jak człowiek, swe imię,
- A ten tu z nami, to "Krejc" się mianuje,
- Co po naszemu "Krzyż" znaczy. Aż w Rzymie
- Sam papież takie metryki spisuje.
- Przy biciu z harmat, przy ogniach, przy dymie,
- Ma okręt chrzest swój i chrzestnych przyjmuje.
- Dopieroż granie, i wino, i miody,
- A pierwszy kubek na wiwat — do wody.
- Więc jako człowiek najwyżej ma głowę,
- Tak okręt zasię maszt wielki, koronny.
- Trza zbrodzić lasy i puszcze światowe,
- Zanim się trafi dąbi, silny a gonny,
- Co go nie toczy czerw, kory ma zdrowe,
- Ani go suszy jemioły liść płonny.
- Bo widłak na to, ni bochniak — nie będzie,
- Co mech skołtuni, a grzyb go obsiędzie.
- Taki nim spuszczą, to czynią z nim próby!i
- Bo musi rostu mieć do setnej stopy,
- A od przyziemka też godnie być gruby
- W sobie, przynajmniej na jakie trży chłopy.
- Dopieroż gdy te odprawia rachuby,
- Siekierą po nim! I nuż go przez tropy
- Wilcze, przez gawiedź borową, przez haszczą,
- Jako niedźwiedzia powalą i taszczą.
- Długoby przysło i w ciężkim mozole
- Powiadać wszystko, co potem z nim bywa,
- Bo moczą w wodzie i warzą go w smole,
- Aż z niego wyjdzie precz treść leśna, żywa,
- Nie tyle razy przewróci chłop rolę,
- Nie tyle żyd się przez szabas nakiwa,
- Co on tram męki wycierpi, nim zgoła
- Masztem powstanie i wichrom da czoła.
- Ten drugi zasię, co "bukszpir" go piszą,
- Z żywicznej sośni jest, albo z modrzewa.
- Żagle się na nim jak chusty kołyszą,
- Gdy niemi kramarz na budzie swej wiewa.
- Sznwy się po nim pną i luźno wiszą,
- Na czubie, w koszu, cos gwiżdże i śpiewa.
- Pachoł to, co tam siedząc przy powięzi
- Lin, śwista sobie, jak drozd na gałęzi.
- Otwarły chłopy gęby. Jako wrota,
- I patrzą, niby na wiewiórkę dzieci.
- — Spadnie! — Nie spadnie! — A ten się chybota,
- Jakoby leciał już. Tak krzyknie trzeci:
- Trzymaj się chłopie, bo wiatr cię pomiotal
- Ten nic! Więc inszy: Nie słyszy waszeci,
- Bo sroga góra je, i woda huczy...
- A zresztą takich tam — sam djabel uczy!
- I prawda! Nie raz, i nie dziesięć razy
- Widziałem, jak się masztowi do czuba
- Pnie taki, jako po olchach te łazy
- I te dzięcioły. To idzie, by śruba.
- Na drzewcu żadnej zadzierki ni skazy.
- Skręt karku pewny inszemu i zguba,
- A on nic! Śmieje się tylko i świata.
- To cóżby, jak nie ta siła nieczysta?...
- Ale największy dziw w ciebie uderzy,
- Kiedy to pojrzysz na one głębiny.
- Bo choć sę oko najdalej zamierzy,
- Nie ujrzy ziemi skrawka, ni drzewiny...
- Ocean tylko pwd tobą się szerzy
- W dalekość, którą nakrywa par siny...
- Próżnobyś oczy obracał, jak słońca:
- Nic — tylko woda, a woda bez końca.
- A teraz patrzże, jak po tych bezdrożach
- Okręt steruje i plac sobie czyni,
- Gościniec miawszy znaczony na zorzach,
- W tej niezmierzonej, bezbrodnej pustyni.
- Jak zna te chody przepastne na morzach!
- To prędzej u nas chłop zmyli w Sterdyni
- Drogę — z odpustu idąc — do rogatek,
- Niż na tych wodnych obrusach — ten statek.
- Więc się i w ludziach bezpieczność jakowa
- I dobre w sobie ockneło dufanie.
- Od "pochwalony", od słówa do słowa,
- Tu jedna kupka, tam druga przystanie,
- Radzą — a każda ma rozum swój głowa -
- A jak to będzie, a owo jak stanie,
- Aż brzekło gwarem po onym pokładzie,
- Jak kiedy pszczoły uroją się w sadzie.
- Więc to tam było napatrzeć się czego,
- Onych ubiorów i ludzkiej odmiany...
- Bo się lud zeszedł het, z kraju całego!
- Kurpie, Mazury, Łomżyńce, Płocczany,
- Alić najgęściej z porębu naszego,
- Od Liwca, Narwi brunatne sukmany...
- A w kaźdym inszy ruch, insza postawa.
- — Tak się to ziemia w narodzie wydawa.
- Dopieroż tu się zapalą te oczy,
- Dopieroą staną te lica w kolorze!
- Ten z czapą jedzie w tył, ten ją w bok tłoczy,
- Ten jak lny jasny, a ów, jak dąb w korze.
- Lód zwięzły w sobie, żylasty, roboczy,
- Łeb prosto nosi, jest twardy w honorze,
- A choć po równiach polistych rad siedzi,
- Górny jest, jakby dziś był u spowiedzi.
- Drugi ma ledwo ten kubrak na grzbiecie,
- A patrz jak ręce od siebie rozkłada!
- Właśnie, jakoby choć z włóka w powiecie
- Na niego stała. Dokoła gromada,
- A ten — tak, owak, a inak po świecie...
- Każdego przeprze, każdego przegada,
- Jakby podwójcim był? albo ławnikiem.
- Taki się z drogi nie namknie przed nikiem!
- Najgłośniej prawił Opacz. Chłop, jak rzepa,
- Szeroki w gębie na każdym jarmarku,
- Lenił się nagiąć do pługa, do cepa,
- Wiec luzem chadzał przy drożnym szarwarku.
- Wiejska się na nim przetarła polepa,
- Bo w artylerskim sługiwał gdzieś parku,
- Ten krętych włosów był i dużej głowy,
- A na kamzeli miał szynel wojskowy.
- Teraz zapalił cygar, jąłt się w boki:
- — Cóż tam za morzel — mówił, i pluł ślinę.
- — Niech, mi położy kto ze dwa soroki
- Rubli, tak brat mój, choć w poprzek przepłynę!
- — Dlaboga! — krzykną baby, gdyby sroki -
- Przez tylą wodę?... Przez tylą głębinę?...
- A oni — Nie takie ja widział w Odesie!
- Tak baby: — Reta!... — A on! Nie bójcie się!
- Na to Sekura Paweł: Wszystko niczem,
- Kiedy my się tu szczęśliwie dostali,
- To tam i dalej pójdzie! — A my liczem,
- Że tego będzie już bliżej niż datej! -
- Rzecze Pietr Bandys. — Ot, strzelił jak biczem!
- Zakrzyknie inszy. — A u nas gadali,
- Co suchoputną najsporzej jest drogą:
- Trzy dni coś, tylko, że trafić nie mogą.
- A wtem Przytuła Szymon — Ot to bieda
- Z głupim narodem! — rzekł, i kiwał brodą.
- — Jak owce to to... Chce — kupi, chce — przeda!
- A to nie wiecie, co wszelki kraj wodą
- Oblany dokół, a woda precz nie da?
- Czemże to zaprzesz granicę? Czy kłodą?
- Nie bój się! Dobrze tam strzegą od szkody...
- A ten mocniejszy, kto więcej ma wody!
- — Co z chłopstwem gadać? Łby tępe, jak drewno.
- Albo to widział co taki kozica? -
- Rzekł Magier stelmach, splunąwszy w bok gniewne.
- Ten od Łukowa szedł, i grał w szlachcica..
- Bo to tam u nich tak szlachty ulewno,
- Że jak nie zrodzi groch, albo pszenica,
- To słomy w buty na wiechcie nie stanie.
- Ci w płaszczach chodzą sinych, nie w sukmanie.
- Słyszą to chłopy. Nuż trącać się, zżymać.
- Aż Kacper Bugaj z Łęczny, setna dusza,
- Nie mógł zęboma języka utrzymać,
- Przestąpił, wcisnął nizko kapelusza,
- Ręce pod boki, i nuż gębą dymać;
- — Każdy je mądry, jak wraca z ratusza,
- Kiedy go burmistrz po skórze wyłupi..
- Ino na ratusz, to wszyscyśma głupi!
- Tak chłopy też w swą! — A jużci! A przecie!
- A ten sparł boków i aże przysiada:
- — Co głupich robić gębą, kiej na świecie
- Dość ich bez tego! A gadka powiada:
- I głupi chleba nie ciśnie na śmiecie,
- Ino tak samo, jak drugi go jada!
- Ma on swój rozum! Tyla, że nieboże,
- Mądry się jeno na nim poznać może!..
- Pojrzał z pod czoła Magier. Widno w twarzy,
- Jak mu war idzie do ciemion od karku.
- Wtem ścianie pieście i okiem zajarzy...
- Aż Opacz: — U nas, w artilerskim parku,
- Dwóch było głupich i poszło w kucharzy.
- A że się chłopy wypasły przy garku,
- Wiec jaki taki Feldfeblu zeznawał,
- Jako jest głupi, a rozum — udawał.
- To jak nas liczyć wziął na poligonie
- Feldfebel, ćwlartkę dostawszy tabaki,
- Wyszło że rozum dobry same konie
- Miały u lawet, a my wsie — duraki.
- Tak raport. Bo tam w każdym eskadronie
- Srogi porządek. Tak dalej w baraki!
- Dalej w doktory! I nim się wydało,
- To o tem nawet w gazetach, pisało. -
- — Powiadał nam ta Niemiec z kolonii... -
- Zaczęła baba, a insze, jak w sedno:
- — Co tam Niemcowi dowierzać bestyi!
- Niemiecka wiara a kocia — to jedno! -
- Wtem druga: — Gorszy je Niemiec od żmii.
- A to my latoś chudziznę tę biedną
- Przedali Szwabom od Mławy, to wszytek
- Grosz nam się rozlazł! Nic nie szedł w pożytek..
- Ale szewc Szczęśniak, pojrzawszy na żonę,
- Co dzieciąteczko na łonie tuliła,
- — Oj dałby — rzecze — Bóg w tę, czy w tę stronę,
- Bo nas już bieda ze wszystkiem zamdliła! -
- Na to Sefcura! — Gadają, co one
- Kraje bogate są, złota w nich — siła,
- Tylko że naród je czarny i dziki,
- To przez to, nas tam chcą mieć, katoliki.
- — Laboga! — wrzasną dziewki, co tam stały.
- — Słyszysz ty, Zośka? Tam chłopy jak sadze...
- — A cóż tam Zośce, kiej Stacho je biały!...
- — O... Stacho znowu!... A cóż ja ci wadzę,
- Że mnie do Stacha przykładasz? — Przerwały!
- — Dać spokój! — Cichaj! — Ej powiem! Ej zdradzę! -
- Buchnął śmiech pusty, dziewczęcy, swawolny:
- Zośka stanęła w ogniach, by mak polny.
- Lecz w inszej kupie radzili ludziska
- O ziemi: — słychać, co dołki są płoche,
- A górki żyzne. — Ja idę, gdzie nizka
- Rola. A co mi po górach wlec sochę?...
- — Żyto siał będę... Zaorze życiska,
- Kobiecie na len odetnę ta trochę,
- Trochę na owies, na jęczmień uładzę,
- A reszta — het precz ziemniaki obsadzę.
- — Słyszałem, co tam ziemniakom nie plaży.
- Ale pszenica to krzy się, jak trzcina. -
- — Co niema krzyć się kiej słońce tak praży?
- Podkład też — słyszę — godny, czysta glina,
- Choć na chleb smaruj. — A tu gospodarzy
- Już jeden żydek przepytać zaczyna
- Poczemu parę chcą. Bo to tam bywa,
- Przez jedno lato, ozime dwa żniwa!
- — Bo to nie?..i Przecie oa takie gorąca,
- Sama się święta ziemia chlebem poci.
- Ruszysz lemieszem, — to już je czująca,
- Już się ta po niej spodziewaj dobroci!
- — Słychać, co owca w półtrzecia miesiąca
- Dwojgiem się naraz i trojgiem też koci,
- A jagniak wełnę ma, jakiej skop nie da!
- — Tęgi kraj! — Jeno się dostać tam bieda.
- Westchnął a za nim insi. Chłop rad wzdycha
- Tam, gdzie się drugi w mówieniu rozszerza.
- A jest w tem skarga nieznośna, choć cicha,
- Co ziemią rusza, i w niebo uderza.
- Więc może także i twardość i pycha,
- Co to na rynek nie niesie pacierza,
- Jak dziad. Jakowaś dostojność ta kmieca,
- Od prastarego idąca gdzieś wieca.
- Ale na boku, od inszych odbita,
- Stała nieduża gromadka narodu.
- Na grzbiecie siwa sukmana, a świta,
- Pięknie czarnemi taśmami u przodu
- I po kieszeniach, po plecach wyszyta.
- Twarze surowe, śniade, jakby z głodu,
- Albo z przedawnej a skrytej żałości.
- Rzadki zagadał co; stali w cichości,
- Pilno patrzając za morzem tem chyżem,
- Jakoby chcieli uśpieszyć je w biegu.
- Wtem jeden: — Słychać, kardynał ma z krzyżem
- Przyjmować naród na tamtym ta brzegu...
- A drugi: — Chryste!... Toż mu się uniżem! -
- I cichość. Tają dusze, jak smug śniegu...
- Tak pierwszy: — Papież dał pismo spisować,
- Co nasi księża chrzcić będą i chować.
- Westchnęli. Milczą. Aż jeden do nieba
- Ręce podniesie; — O Panie nad panyl
- Otom jest Łazarz... Nie uskąp mi chleba,
- Co światu z ręku anielskich je dany!
- Lecz insi: — Cichoj! Tak głosem nie trzeba...
- Umilkł. Łzy połą wyciera sukmany.
- A wtem niewasta, już drżąca z starości:
- — Aby te kości donieść!... Aby kości!...
- Tak buchną na, mnie serdecznej krwi wary.
- — Lud ci podlaski jest! Oneć uniaty...
- A toż ja przecie tej jednej z nim wiaryl
- Toć i ja rodem z podlaskiej gdzieś chaty...
- Tak do nich.. Wnet my przystali do pary,
- Wnet przyjacielstwo sierdziste, że — raty!
- Boć ta kowalska bekiesza z sukmaną,
- Dalbóg, ze razem kiedyś w sprawie staną!
- Zetkły się głowy, ścisnęły prawice,
- Z nadra do nadra posięgły nam oczy.
- Wyszły kolory tajemne na lice,
- Iż to tam naród od wieku krwią broczy...
- A choć nikt uszów nie ostrzył na szpice,
- Czuj duch! Trzymają na tęgiej utroczy
- Jezyk. Słów mało, a mowa niedługa:
- — Skąd?... Poco?... — Duszę ratować. Z nad Buga. -
- Rzeko! Żebyś ty wiedziała, do siebie,
- Co siły w tobie jest, i co jest mocy,
- Jaką to twardość toń twoja kolebie,
- Jaka przysieźność z dna bije skróś nocy,
- Tobyś się rwała za wichrem w podniebie,
- Obwołująca, jak owi prorocy,
- Co nad wodami siedzieli Jordana:
- -— Wstawajcie, ludy, bo idzie sąd Pana! -
- Ha, cóż! Toć jeszcze nie amen, nie hola!
- Ziemia nie papier, nie trzyma pieczęci,
- Komu tu wola, a komu niewola...
- A wy, tymczasem, ratujta mnie święci
- Polscy, żebym też nie musiał zejść z pola,
- Póki tu snopa nie zbiorę użęci...
- A strzeż omie, Chryste, przed śmiercią i truną,
- Zanim nie grzmotnę miotem, aż skry luną!
III [edytuj]
- Nagle uderzył hak, i mowy zgłuszyl.
- Morze się pienić jęło i kołychać.
- Wiatr tropy zmylił i z tylu się ruszył;
- Fala na falę zaczęły nas spychać.
- A na pokładzie, jak gdyby deszcz prosty!,
- Takie siły bryzgi. Już ciężco i dychać
- I stać. Już w ciebie gorące zawroty
- Biją, naprzemian dreszcz idzie i poty.
- Ha, niema o czem powiadać tu wiele,
- Ziemia, jak ziemia, a morze, jak morze.
- Każde ma swoje osobne fortele,
- A ty się ratuj, jak umiesz, niebożę!
- Pozalegali ludziska, pościele,
- Piszczą, jak właśnie drwa moke, gdy w korze
- Zielonej zrąbiesz je, a chcesz rozpalić.
- Ale się nie miał nad nimi kto żalić.
- Bo na okręcie jest tak, jak na wojnie.
- Wyjdzie — kto wyjdzie, a zginie — kto zginie.
- Ty żeby ściścij, i czekaj spokojnie,
- Aż cię zagryzie złe, albo przeminie.
- Jużci chłop strzyma. Lecz bab było rojnie,
- I starców zeszłych, niepewnych w godzinie.
- Więc choć się strząsłeś sam, nie miałeś miru
- Od wszelakiego jęczenia i skwiru.
- Dopieroż tedy pod owym pokładem,
- Gdzie ludu wparto coś więcej tysiąca,
- Tam się opijesz powietrzem. Jak jadem,
- I sił ostatka pozbedziesz z gorąca.
- Nic tak mrowisko uroi się gadem,
- Gdy z góry sypnie żar i wartkość słońca,
- Jak się tam naród roił w owej dziurze
- Już się i wieszać chciał jeden na sznurze...
- Inszy radby się choć w wódce zatopił,
- Ale że licha była, i to droga.
- A tu i strażnik miał oko, i tropił,
- A jak takiego zobaczył raroga,
- Dalej pod pompę z nim! Tak chłopa skropił,
- Takie ma cięgi dał, choć bez batoga,
- Że drugi, co i na nogach nie ustał,
- Jak chart umykał, a ten za nim chlustał.
- I jadło codnia gorsze ci się widzi;
- A słodkiej wody chcesz, to bij się o nią.
- Brud, ścisk; już człowiek sam sobą się brzydzi,
- Już jeść nie idzie do kotła, choć dzwonią.
- Więc jako w kuczce napchani ci żydzi,
- Tak my, nad onych niezmiernych wód tonią
- Siedzieli w tłoku i w ducha tym parnym,
- Każdy pod męki swojej płatem czarnym.
- Het, precz odeszła ta dobra otucha,
- Która nas zpierwa po morzu tem wiodła.
- Bo w człeku blizko od brzucha do ducha,
- Taka w nim nizkość jest i żądza podła.
- Raz wraz to kłótnia, to bitka wybucha;
- Jakowaś wściekłość każdego z nas bodła.
- A choć sam sobie tej biedy napytał,
- Jak żbik na inszych parskał, jak dzik zgrzytał.
- Aż się w to jedno złe, i drugie wdało:
- Ludzie zaczęli grać. Po kątach zrazu,
- Dorywkiem, milczkiem i jakby nieśmiało.
- Ale że na to nie było zakazu,
- Tak się włożyli. To nieraz noc całą
- Łbami stłoczeni, by ryby u jazo,
- Siedzą a tylko glos słychać zażarty,
- I padające na tapczan gdzieś karty.
- A wszystko w hazard szło. Bo chłop je świeży
- Na takie rzeczy, wiec strasznie gorący;
- Tak się puści, to duszy odbieży,
- Póki nie skipi w nim ten wrzątek rwący.
- Dopiero! potem padnie, i tak leży.
- Już go nie wołaj do ładnych tysiący.
- Nie chce, nie pójdzie. Ugasła w nim siła.
- Wydmuchał parę, jak kocieł, jest — bryła.
- Alić podpałków nie brakło tam onych,
- Co lud jarzyli, by smolne łuczywo,
- W ogniach go co dzień trzymając czerwonych.
- Ugasnął jeden? to drugi co żywo!
- Póki grosz czuli w tych trzosach palonych,
- Czy za pazucha, to precz było żniwo:
- Bo z taką kupą, te letkie narody
- Ciągną, by owad powietrzny na miody.
- A już nad wszystkich Opacz. Ten niewiela
- Gadał, a tylko ćmił cygar i chodził,
- Na tych ramionach strząchając szynela,
- A w oczy patrzał, — kto do kart się godził.
- Dopieroż gdziebądź chuściątko zaściela,
- I dalej w kupki! To chłopów tak wodził,
- Że gdzie się ruszył, już pełno tam roja,
- I tylko słychać: Ta moja, ta twoja!
- Alić z Opaczem pokumał się pędem
- Jakiś to łyczek wędrowny po świecie.
- Zalatywało od niego złym swędem:
- Cygan nie cygan, takie tam ot, śmiecie.
- Dopicroż to się chłopy zgrywać rzędem!
- Co który pomknął? — to płótno w kalecie.
- Nie wiem, inkluza miał czyli wężową
- Skórkę, czy zgoła nadrabiał tak głową.
- Aż się Przytula zgrał do suchej nici.
- A miał grosz godny, bo przedał w Obrytem
- Szmat gruntu, chatę, i tutaj na wici,
- Po Bugu, z owem grosiwem zaszytem
- W szkaplerzach, dotarł. Jakże się nie chwyci,
- Jak nie załamie rąk, z stogim skowytem!
- Chryste! Myślałem, ze padnie tam trupem,
- Tak zsiniał. Jzżyk w kół, a oczy słupem.
- Ledwo my chłopa strzymali w tym pędzie,
- Bo nam się topić na morzu chciał duchem.
- Przycichnął potem jakoś, tylko wszędzie
- Za onym marnym chodził wiatrodmuchem.
- Gdzie ten z kartami, Przytuła też siędzie,
- Na ręce patrzy mu, za każdym ruchem
- Oczami idzie pilno, i precz śledzi...
- Aż raz, kiedy tak na boku siedzi,
- Patrzy, a łyczek ma karty w rękawie
- Insze, i niemi, gdzie trzeba mu, sunie.
- Zbladł chłop, jak wapno, skamieniał aż prawie.
- Jakże mu potem krew w lico nie runie!
- Jakie nie skoczy, nie zaklnie plugawie,
- Jakie na łyczka piorunem nie runie!
- O ziem, i po nim! — Ha, psie ty fałszywy...
- Nie zajdzie słońce, dopókiś ty żywy! -
- Bełkoce tamten ściśnięty kolany,
- A chłop, co pięści odejmie, to krzyczy!
- — A ty wisielcze! A katu urwany!
- A ty kołtunie! A psie ty bez smyczy!
- A toś ty z kłami był na świat wydany!
- A niech cię zbieli trąd! — A tamten ryczy
- Ostatkiem duszy tak chłop go nadeptał:
- — Oddaj, psi synu, co czart ci naszeptał!
- Widzę, źle będzie, bo człowiek był w gniewie
- Straszny, a, już się ze wszystkiem ochwacił.
- Co my do niego, to jakby zarzewie
- Na proch. — Precz! Wara! Nie będziesz ty płacił!
- Ja sam! Precz! Na bok! — A nóż miał w cholewie,
- I byłby łyczka, jak amen, zatracił,
- Tylko mu sięgnąć złe było, bo klęczał
- Przez kożuch. Tamten coraz ciszej jęczał,
- Już, Już ustawał... — A niech go tam spłata! -
- Przemówią chłopy. — Nie będzie miał grzechu! -
- A insi: — Bogać! Nie będzie utrata,
- Ni w niebie dziura! — I już im do śmiechu,
- Wtem, jak gdy gołąb z nagłości przylata -
- A siwem skrzydłem uderza w pośpiechu,
- Tak nagle głowę Horodziej wynurzy
- Z trzepotem włosów siwych, skroś tej burzy.
- A że niegwałtem widział, od starości,
- Obiedwie ręce poprzed sobą trzyma
- I puka laską, jak gdyby w ciemności
- Drogi se szukał zgasłemi oczyma...
- Namkli się ludzie dla zeszłych tych kości,
- Dziad do Przytuły i za kark go ima,
- A z taka siłą chwycił i tak ciasno,
- Że się onemu aż zębce zatrzasną.
- Chłop zgłupiał. Patrzy, a stary precz trzesie
- Żylastą ręką na nim te manatki:
- — A ty co bratku?... To krzywda, ci w mięsie?
- To ty tu sobie urządzic chcesz jatki?
- A wstajesz mi ty?... Po takim cie kęsie
- Pies przez chałupę nie puści do matki!...
- Wstawaj, bo zdusz do ostatniej pary...
- — A ty, złodzieju, oddawaj talary! -
- Chłop Horodzieja znał. Z stron jednych byli
- I razem uszli z tęgiego opału.
- Wiec się w nim zaraz ten impet przesili,
- Głowa odejdzie z onego postszału,
- Targnął się, zaklął w pień, alić po chwili
- Rąk zwolnił, splunął i wstawał pomału,
- A choć, jak niedźwiedź, otrząsał się, fukał,
- Łba spuścił, niby że to czapki skubał.
- A łyczek leżał, ot, prosto bez ducha.
- Nie wiem czy zamdlał tak, czy pory czekał.
- Aż go tam jeden kopnął; więc się brzucha
- Własnego chwycił, i oczy powlekał,
- A choć mu gębą pociekła zła jucha,
- Porwał się — i jak szczur rowem — uciekał,
- Trżosik po drodze puściwszy i karty.
- Horodziej głową trząsł, na kiju sparty.
- — Oj źle, oj źle to będzie z nami społu,
- Kiedy wy także dajecie naczęcie
- Tej naszej drodze! Juże nam do dołu
- Iść, nie żaglować pod żaglem w okręcie.
- Oj, nie umiecie szanować Żywiołu!
- Ukróci on was i zgubi w odmęcie...
- Oj poda na sąd was to morze, poda,
- Tylko się po was zachluśnie ta woda!
- A cóż to? Myślisz, żeś ziemi się puścił,
- Gdzie cię wkorzenił Bóg, to ci do złego
- Już wolna droga? Toś się już rozpuścił?
- Już nie wiesz? jak masz żyć? Co jest do czego!
- Toś już to prawo wszelkie zaczeluścił?
- Nie bój się! Jest u Żywiołu każdego
- Prawo! A ciebie nie skryją i w niebie,
- Jak ty Żywioły obruszysz na siebie!
- A toćżem widział w Wągrowie, w kościele,
- Jak to Bóg Ojciec nad niemi panuje.
- To mu się tylko powietrze to ściele!
- Do stóp, a Ogień szaty oblatuje.
- Tuż Morze, modre, jak u nas kołbiele
- Nadbużne, takoż do służby się czuje,
- A on Stworzyciel w wichrowej koronie;
- Ręce ma nad niem, a Ziemię na łonie,
- A dokół gwiazdy, miesiące i słońca.
- Tak na początku pokazał się świata,
- I taki będzie zaś, u świata końca.
- Bo żywioł wieczny je, a nie oblata,
- Jako liść drzewny, ni czas go nie trąca,
- Ani się najdzie najmniejsza w nim strata...
- Ni Ogień iskry, ni Wiatr tchu nie zroni,
- Nie zginie z Ziemi proch, ni kropla z toni.
- Bo nad tym ogniem Michał stoi święty,
- Na koniu, z włócznią, a smok mu w kolana...
- A nad powietrzem Elijasz, co wzięty
- Wichrem do nieba. A Woda jest — Jana.
- Chrzciciela, który był w wiezieniu ścięty.
- A Ziemia zasię Chrystusa jest Pana,
- Iż po niej stopką najświętszą swą chodził,
- Kiedy się w ciele ludzkiem był narodził.
- Wiec ty się waruj tu, na tej głębinie!
- Boś nie jest jako na boru i napaści
- Aleś Żywiołem bożym, co nie minie,
- Objęty, w Jana świętego jest właści!
- On tu nad tobą stoi! W zorzach płynie,
- Nad wody świata, nad morskie zapaści
- Na chmarach widna ścięta jego głowa,
- Gdy słońce krwawo pod zachód się chowa.
- — A i cóż oczy wytrzeszczasz, jak gały? -
- Zwrócił się nagle do Pawła Sekury:
- — Dalej! Ruszta się! Wstyd, żeby tak stały
- Chłopy, łbów zdrowych zadarłszy do góry!
- Nie noc je przecie, dzień boży je biały...
- Dalej! Choć zwijać te liny, te sznury,
- Aby te ręce o pracę zaczepić! -
- Ruszył. My za nim. Tak umiał lud skrzepić!
- Tylko, że krótko tego było. Gadał?
- Słuchali. Drugi i wzruszył się w sobie,
- I tuman tak ma od mózgu odpadał,
- Jak kiedy komin pomiotłem wy skrobie.
- Lecz wprędce czadział znów i do kart siadał.
- Więc się to stało podobnem chorobie:
- Jad ludzi nędził tak, ze twarze zbladły,
- Grzbiety się zgięły, a piersi zapadły.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Szły dnie, szły noce, a czasy się one
- Na żadną lepszą nie miały odmianę.
- Dziatki zaczęły mrzeć. Ognie się płonę
- Rzucały po nich. Więc oczy, jak szklane,
- Więc w liczku blade, to znowu czerwone,
- Kwilące, ciężkie matkom, rozpłakane,
- Siniały potem, cichły, i tak kładły
- Głowy pod kosę śmierci, jak kwiat padły.
- Ale się długo nikt z niemi nie bawił.
- Jeszcze to w oczach ma ciepłe te łezki
- Ostatnie, pachoł już sznura przyprawił,
- Już nim okręcił trupka, i — do deski!
- Kto bliższy, pokląkł, by pacierz odprawił,
- Wtem — chlup do morza. I — Ojcze Niebieski,
- Szukajże teraz duszyczki tej na dnie,
- Bo ci z rejestrów anielskich, wypadnie!
- Więc tam nietyle sprawiała żałości
- Tym rodzicielkom śmierć, co te pochowy.
- Boć to jest ciężka rzecz, owoc wnętrzności
- Dać w te huczące czeluście i rowy.
- To się tam druga tak krzyżem pomości>
- Że tratuj po niej, — nie umknie ci głowy.
- Więc potem patrzeć niewiastom nie dali,
- I nocą one dzieciątka spychali.
- A morze, kiedy zaczęło tę strawę,
- To zapienionem stało się i gestem,
- I tak szło po nią na samą aż nawę
- Jak wilk z trzaskaniem szczęk głodnych i z chrzęstem.
- Różny tam nietwór miał swoja obławę,
- I lud przestraszał jawieniem się częstem:
- Myślisz, ze piła tak fale przecina,
- A to grzbiet ostry i czarny rekina.
- Czasem, gdy morze ustało się nieco,
- I cicho niosło przejrzystą skroś wodę,
- Toś widział, jak ich wielkie cielska świecą...
- A zawsze stare w tył, a poprzód młode.
- Utrafią zdobycz, to tak ci się zleca,
- Jak kiedy o nas kijanki w pogodę
- Za pożywiołem ganiają się onem,
- W prawo i w lewo wiosłując ogonem.
- Ale są zmyślne! Niełatwo przynętu
- Chwycą, choć połcia, zaweszą słoniny.
- Łba, tylko dźwignie takt, i z odmętu
- Wiatr ciągnie, aż mu z paszczy lecą śliny.
- Podpływa. — aż ci tu palba z okrętu!
- Walą, jak w jasną świecę karabiny...
- Lecz, choć go trafi kula, nie uszkodzi:
- Zajuszy trochę i na głąb uchodzi.
- Mówią, ze rybak jeden, co noc przepił
- Chwyciwszy w morzu takiego rekina,
- Wziął go na łańcuch, u statku uczepił
- A sam, gdy przyszła do drogi godzina
- Układł się w łodzi, by snem się pokrzepił,
- I spał, a ten go tak ciągnął, jak lina,
- Co na niej Bugiem prowadzą galary
- Do Usćiługa. Lecz mało w tem wiary.
- Bo zapotężny jest zwierz ten do łodzi,
- Przytem żarłoczny nad wszystko i srogi.
- Więc prędzej taki na morzu uszkodzi,
- Niżby miał komu pomagać do drogi.
- Ale, że powieść ta po ludziach chodzi,
- Bo tu na gadkę, jak kot na pierogi,
- Łakomy każdy, z tej długiej tęsknicy,
- Na onym stepie modrym, bez stannicy.
- To raz, był ranek mglisty, na pokładzie
- Gwałt! Patrzę, lecą szypry, marynarze,
- Za nimi ciżba narodu w nieładzie,
- Tak ja do hurtu. Spychają nas straże,
- Sternik klnie, z haków zerwało dwie kadzie,
- Szum, plusk na morzu... A wtem się ukaże
- Ogromny, stary rekin, co z żelazem
- Słoninę chwycił i połknął zarazem.
- Dopiero? go ta windować do góry!
- Nie tak się szarpie wół, gdy go obuchem
- Rocznik w łeb zdzieli, jak ów. Byłby sznury
- Urwał i poszedł, gdy wtem mi nad uchem
- Kula świsnęła z miczmańskiej dwurury...
- Zwierz się okręcił, raz chlupnął, i brzuchem
- Na wodę! Tak go dobyli, nietwora,
- Dopieroż tryumf grać, i do topora!
- Jakże się weźmie ciskać, trzepać w pławy,
- A prać ogonem po onym pokładzie!
- To nam muliskiem zachlustał pół nawy,
- A kto mu podszedł, wnet siedział na zadzie.
- Ja tam nie byłem do niego ciekawy.
- Haniebna siła jest w tym ludojadzie,
- Anibym wierzył, by mi kto powiadał,
- Co on tam chłopów na kupę naskładał.
- — Nic to! Niech, morza spróbują frajery,
- Śmiech dookoła... — Jest racja, i juści.
- Tymczasem u łba nie skąpią siekiery
- I już mu wnętrznych sięgaja czeluści.
- Rąbnął go jeden, coś razy ze cztery...
- Aż zwierz się omroczy i dech z siebie puści,
- I leży wielki, czarny, rozciągniony...
- Nuż dalej hurmem do niego, jak wrony.
- Kucharczyk jeden w krochmalnym birecie
- Osiadł go, jakby kulbakę okrakiem.
- Cmoka, że niby na końskim to grzbiecie...
- Nuż pięta w boki, nuż po łbie kułakiem.
- A wtem się porwie on zwierz, i pomiecie:
- Chłop z niego! Blady jak chusta, czworakiem
- Klapnął o ziemię, by żaba rozbita...
- A ten dopieroż raz chrapnął — i kwita.
- Byłoż to teraz napatrzeć się czego,
- Kiedy tak leżał, jak niedźwiedź zwalony:
- Takiemu mało kłów rzęda jednego.
- Ale, jak zęby chłop wbija do brony,
- Gęsto, a płotem, tak właśnie a niego,
- A każdy, jako sztyk w ogniu stalony.
- Więc niema, się tam i bawić co wielce,
- Kiedy raz człeka zatrzaśnie w te kielce.
- Dziwią się baby. Coraz która zblizka
- Podejdzie, rękę do brody podniesie,
- I chwieje głową! — A cóż za zębiska!...
- A cóż za ryba taka!... A bójcie się...
- Wtem jedna: — Reta! To nasze dzieciska
- Takim ciskają?... — I w płacz się zaniesie.
- — To te sieroty nasze... w takie garła?... -
- Więc insze za nią, tak żałość je sparła.
- Lecz wtem cień upadł na wodę z wysoka,
- I ptasia wrzawa przebiła nas z góry.
- Patrzę, a tam się: na podób obłoka
- Rybitwy srebrzą nad maszty i sznury.
- Gromada była tak zbita dla oka,
- Że cały kłąb ten jednemi się pióry
- Unosić zdawał, i tylko po kraju
- Strzępił się, śniegiem niesionym z wyraju.
- Ale Horodziej, na kiju oparty,
- Rękę a oczu wpółślepych przyprawił,
- I pilno patrząc rzekł: — A ot, i warty
- Bóg Przenajświętszy dziateczkom przystawił.
- Nie będzie na nie smok godził zażarty,
- Na wszystkie On już sieć srebrną nastawił,..
- A ot na piórach ptaszęta je niosą,
- Ociekające matczynych łez rosą! -
- Nuż więc te matki do góry pozierać
- Tęsknemi wzroki, łaknące pociechy...
- Nuż łkania tłumić i oczy ocierać,
- I bić się w piersi, i kajać za grzechy!
- Chciałci tam Opacz starego przepierać,
- I już po gębie latały mu śmiechy,
- Ale nie dalim, bo one podniebne
- Rzeczy, jak chleb są niewiastom potrzebne.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tylko Szczęśniaka żona stała blada.
- Oczy jak żużle świecą i jak próchno,
- Coś od dni kilku, czy jadło nie nada,
- Czy woda, ale dziecku nogi puchną.
- Radziłci doktór. I cóż tu za rada?
- Mdłe to, ugaśnie, gdy wichry nań dmuchną.
- A białe, jakby na rosach blichował...
- — Oj, żeby tylko Pan Jezus zachował! -
- Patrzy się w morze, a siwe jej oczy
- Wzrok ciemny mają, głęboki, uparty,
- Aż ja to wszystko na sercu zamroczy!
- Ten krzyk, te śmiechy, te płacze, te żarty,
- Więc się zachwieje znagła i potoczy,
- Jako ten powój na niczem niesparty.
- Tak Szczęśniak:— Hanuś! A ty znów co, babo!
- A ona zcicha! — Nic. Tak mi coś słabo. -
- Młode to jeszcze było, w pierwszym kwiecie,
- Więc skóra na tem miętka i czująca.
- A tu się temu tak tułać po świecie,
- Tak tajać w onej duchocie z gorąca...
- Toż nie dziw, ze tem i słabość pomiecie,
- Jak wiatr wiosenny, co trawy mdłe trąca>
- A wszak to one przesilone drogi
- Chłopa nadgryzą, nie takiej niebogi.
- Więc patrzy na nią, aż ona dziecinę
- Pilno przy sobie rękoma ogarnie,
- I patrzy w morze ogromne i sine,
- Jak urzeczona, podobna, tej sarnie,
- Co z kniei wyjdzie na strzał, na drożynę,
- Łaniąt strzegąca, a węszy gdzie psiarnie...
- Wtem jedna: — Chłopak, to wam chory chyba?
- A ona z krzykiem: — Co wy? Zdrów, jak ryba!
- I zaraz chustę na niego i w stronę.
- A na tę bladość pierwszą, — tom się zdumiał,
- Jakie w nią ognie buchinęły czerwone.
- Dzieciak, tez właśnie, jak gdyby rozumiał,
- Zacichł, i schował się w rańtuchy one.
- Tyłem i widział go. A okręt szumiał,
- Bo na ten wiwat, kapitan dla wiary
- Tytoń wystawił, i tęgiej sztof miary.
- Tożto rzuciło się na one gody!
- Jak kiedy mielnik wszystkie puści śluzy,
- A tu pęd buchnie i srogi war wody,
- Taki się zrobił huk wśród onej luzy.
- Bo naród morski nad wszystkie narody
- Prędki do wódki jest i zaraz w tuzy.
- A najrzy dziewkę? — Jak drzazga się pali.
- A klnie, żeby mu czarci nie sprostali.
- Więc nuż piszczałki, bęben, aż i smyka
- Dobył tam jeden żydek rzępolista,
- I dalej taniec, śpiewanie, muzyka.
- Skaczą, aż okręt pod nami się chysta.
- A coraz wrzaśnie który, jakby dzika.
- Dźgał pod łopatkę. — A niechże was trzysta!
- — Myślę ja sobie i czapkę na uszy.
- Wtem krzyk! — A mnie coś wnętrzności aż ruszy...
- Bo znany był mi głos, i jak rodzony.
- Zośka! Chrześniaczka moja! Jezu Chryste!
- Czyli się tylko nie chybła gdzie z strony...
- Rzucę się w ciżbę, a tam ją — siarczyste! -
- Majtek do siebie ciągnie rozchmielony.
- Jakże nie zdzielę w łeb! — Nie tak rzęsiste
- Iskry z pod młota lecą, jak mnie z pięści...
- I tylkom poczuł, że kość pod nią chrzęści.
- Padł, i dał farbę, jak lis w świeżym tropie.
- A tych już na mnie, by wróbli na strachu.
- Strząsłem się; byłbym zmiędlił na konopie,
- Ale żem w ścisku wziąć nie mógł rozmachu,
- Tak krzyknę: Stasiek! A bywajno, chłopie,
- A dziewka moja w wrzask! — O reta, Stachu!
- Zgruchnął się naród, jako, że do czego,
- Ale do bitki jest dusza u niego.
- Tożby ich tutaj mógł malarz malować,
- Jak jęli marszczyć łby, a brwiami ruchać.
- Najpierw się bokiem sunęli próbować?
- Łokcia nastawiać w klin, a w wąsy dmuchać.
- Groźno tam było, i nie szło żartować!
- Już w lica ogniem zaczęła krew buchać,
- Już się co bliższy zamachnął, w garść plunął,
- Gdy wtem zagrzmiało ciężko i deszcz lunął.
- Jako więc kiedy o kość się u proga
- Psi gryzą, a tu dziewka chluśnie z cebra,
- Tak wnet ugasła ta cała pożoga,
- I tylko majtka Stach macał pod żebra.
- A tuż nawałność bliżyła się sroga.
- Już z nieba strugi polały się srebra.
- Już gasną, lecą jak ołów w głębinę,
- Stygną, i w wały staczają się sine.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Jak kiedy hutnik w staw szlakę wypuści,
- A wody ze dna podniosą się z sykiem,
- Tak wnet przyrosło tych morskich czeluści.
- Już pokład liżą spienionym językiem,
- Już fala jedna drugiej przez łeb szuści,
- Jako te owce, gdy lecą za trykiem
- Przez wąski wierzej, a wszystkie chcą razem,
- A owcarz, licząc, nawraca je płazem.
- Wnet plac opuściał z zbytniego narodu,
- A kto miał w czubie, wytrzeźwiał do razu.
- Bo lud tu odmian nawykły od miodu,
- Pod strachem żyje, jak okoń u jazu.
- Wtem reja trzasła. Huk poszedł od przodu,
- Do gromowego podobny rozkazu.
- Sternik zbladł, skręcił śruby, co miał siły,
- Zachwiał się okret i bieg wziął pochyły.
- A już i niebo spuściło się nizko,
- Ciężkie chmurami, i męt po niem chodził,
- Rwąc na paździerze to szare płachcisko,
- Którem się od nas dzień biały przegrodził.
- Chwyciłem masztu, bo stać było ślizko,
- A wtem mnie bałwan jeden tak ugodził,
- Jak chłop, gdyć nogi podbije kłonicą,
- I uciekł, cały siny błyskawicą.
- Jakże nie rykną wichry! Jak po niebie
- Nie naczną trzaskać z okrutnym grzechotem!
- Jak się nie porwą, nie wpadną na siebie,
- Jak się nie cisną o morze pokotem!
- To koń takiego dołu nie wygrzebie,
- Kiedy go jezdnik uwiąże pod płotem,
- Jak one wodę skopały kopytem
- W błyski kowanem, a w gromy podbitem.
- Nie tak się w sobie rozszumi, rozchwieje
- Bór, gdy się sośnie zamiotą od burzy,
- I nie tak rola zorana czernieje,
- I nie tak żyto pokwiatem się kurzy,
- Jako więc morze pod oną zawieje.
- Wał na wał pędzi, dogania go, nurzy,
- Zatapia, ryczy, jako byk do stada,
- Zrywa się, leci, i w otchtań przepada.
- Huknęły teraz niebieskie harmaty,
- Które sam Michał Archanioł nabija.
- Mrok upadł gesty, i tylko się szaty
- Jego czerwoność skroś chmury przewija,
- Pękły nad światem ogniste granaty,
- Świszczą, żądłami kręcą, jako źmija...
- Lecą do morza pobite czerepy,
- A strugi deszczu tak walą, jak cepy.
- Znam ci ja burze tęgie, bom od dziecka,
- Po leśniczówkach, jak wilcze, schowany.
- Wiem, jak Kampinos grzmi, jak Myszyniecka,
- Jak i Zielona. Aż het, za Prużany,
- Onać to stawna puszcza Białowiecka,
- Gdzie się zataił żubr, potopem gnany,
- W gąszcz taki, że sam Bóg drogi nie wiedział,
- Poniechać musiał, a zwierz się osiedział.
- Jest ci tam wojna, gdy wicher uderzy
- W krętych róg sosen, lub puści ze smyczy
- Ogary wietrzne po pustej trzebieży,
- A tur go ciągnie w chrap mokry i ryczy.
- Lecz przecie się to do morza nie mierzy!
- Tu strach osobny jest, co kości liczy
- Tak, że ci każda do szpiku dygota...
- Strach większy, niźli przed końcem żywota.
- Jeszczeć to chłopu mniejsza. Chłop dostoi,
- Choć się w nim duszne ruszą fundamenty.
- A drugi taki im ciężej się boi,
- Tem twardszy bywa w śmiertelne momenty,
- I za trzech zuchów tchórz nieraz nabroi.
- Lecz baty, srogie czyniły lamenty,
- Od których, że już prawie uszy puchły,
- Kapitan kija podniósł, i tak zgłuchły.
- Dopieroż okręt lżej zaczął sterować.
- Bo już nad wszystko wrzask babi nie płuży.
- Gdy się kto bierze po morzu żaglować.
- Rzecz to jest inocaa, i pomiar Jej dusy;
- Juź się tam nie lża po tynfie targować
- Z śmiercią, gdy nawa pod wodę się nurzy.
- Co masz, to dawaj, czy miedzią, czy złotem.
- Wypłyniesz? Będziesz rachował się potem.
- Do samej nocy goniły nas sine
- Oczy błyskawic i grzmot łajał z warkiem.
- Aż my się w wichrów wcisnąwszy szczelinę
- Przebili z tuczy. Tak skrzydłem ptak szparkiem
- Pruje na ukos powietrzną głębinę
- I prżed nawałnic uchodzi poswarkiem.
- Lecz piorun jeden dognał nas, wypalił,
- I sążeń drzazgi od masztu odwalił.
- Zaraz też, jakby na to tylko czekał,
- Jął się wichr ciszyć i składać po sobie
- Zjeżone grzywy. A grzmot, tak uciekał,
- Jak gończy z troka, gdy w kniei przeskrobie.
- Raz, drugi, trzeci, skroś mroków zaszczekał,
- Zacichł, znów drogę oszczeknął na globie,
- Aż ciszej, dalej, z ostatnim skowytem
- Schował się w niebie chmarami nakrytem
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Noc cicha, parna, nie błysła ni jedną
- Gwiazdą, na całym niebieskim przestworze,
- I tak nas dwoje objęto bezedno:
- Czarne to niebo i czarne to morgę.
- Czekałem nie śpiąc, aż mroki przerzedną,
- Bom słyszał, wysep że ujrzym na, morze.
- Kupa nas było, lecz nie szła nam rada,
- Iż w tych zapaściach człek, łacno nie gada.
- Każdy tam w duszy doległość miał własną,
- Którą żuł milczkiem, by piołun ugorny.
- Dzienne otuchy — te prędko ugasną,
- Gdy w sercu pomierzeń wybije wieczorny.
- Gorące oczy nierychło tam zasną.
- Mgła na nich siada, jak opar jeziorny...
- Wbijasz je w ciemność, by w trumnę otwartą,
- Nieluzowaną u troski swej wartą.
IV [edytuj]
- A z tych pstrych gromad, co razem w tej arce
- Morzem pływały, przylgnęła do siebie
- Garść ludu, chłopy, młodziaki i starce,
- Jakby się wicią zwołały w potrzebie,
- Bo człowiek, z dolą choć wyjdzie na harce,
- Nierad się chmielem bez tyki kolebie,
- Lecz wnet się wiąże do kupy drużyną,
- A osamiałe ptaki prędko giną.
- Więc albo jak tam szły ziemie pobliżem,
- Albo jak biedą swoją kto graniczył,
- Tak my się jednym pisali już krzyżem.
- A zaś Horodziej nad nami ławniczył.
- Najwięcej ludu przybużnym szło niżem,
- Choć inszych, tez by niemało nauczył.
- Jeden borową żywicą, a drugi
- Załatał skibą, gdy ruszą ją pługi.
- Więc Łuć Ostańczuk, więc Bandys, chłop tęgi,
- Dobry na zimno, dobry na gorąco,
- Więc Pietr Zagajny, co nic prócz siermięgi
- Nie wyniósł z chaty w tę drogę ciekącą,
- Więc Ziąba Wawrzon, co garść miał, jak cęgi,
- A skórę srodze do łupnia świerzbiącą,
- Więc Łuka, Bugaj, wiec Kos, więc Sołoda...
- Co liczyć?... Naród płynął tak jak woda.
- Jeden, to drugi, dym z fajki wydmucha,
- Podeprze brody i patrzy przed siebie...
- A w koło ślepy szum i ciemność głucha,
- Okręt się morzem, by piachem wóz grzebie.
- Tom poczuł wtedy, jak światem Bóg rucha,
- I jak go w onych biegunach kolebie,
- To w śmierć, to w żywot, a nigdy nie zmyli...
- Insi milczeli takoż i knastr ćmili.
- Magier się tylko kręcił. Widać dusza
- Szlachecka, tęższe ma, niż chłopska, szruby,
- I łacniej jakoś, językiem choć, rusza.
- Aż buchnął: — Cóż to? Zamokły wam czuby
- Razem i z mózgiem? Co u paralusza!
- Czy my Kartuzy? Czy wiążą nas śluby?
- Ledwo się puścił wrótni, tfu, do licha!
- Ledwo, że przez próg przelazł, a już wzdycha.
- A cóżeś to tam zostawił za krocie
- I za rozkosze takie w tej chałupie?
- Czyliż tam w masie pływał? Chodził w zlłcie?
- Tfu!... że się baby puścił, i na płocie,
- Jak kur z kokoszą nie gdaka na płocie,
- To już se mierzi świat! Chłopiska głupie...
- Wtem Wawrzon: — Co ta baby czyje mieszać!
- Ze ta chłop stęknie, nie będą go wieszać. -
- — Oj, prawda! — Bandys na to — Nie z rozpusty
- Człowiek się wydał do tylego świata,...
- A co mą robić, jak garnek je pusty,
- A gruntu niema i tyle, co szmata
- Na owinięcie palca? Toć już szósty
- Rok, jak komorne wyrabiam o brata,
- Kątnikiem siedzę... — A Bugaj: — Ba! coby,
- Jak nie głód, we świat gnało, u choroby!
- Wtem Magier puścił dymu: — Różnie to ta
- Bywa. Jak komu. Ja bo się od dziecka
- Nie trzymowałem spódnicy, ni płota.
- Człek je od rodu szlachcic. A szlachecka
- Rzecz, świata przeznać. Nie tam, jak hołota..,
- Z pieca do miski, i znów do zapiecka...
- U nas tam wszystko szlachta! — A toć wie się,
- — Bugaj mu aa to — Je "Szlachta — Zalesie
- Od Żdźarów zaraz w bok!" — Co mi tam Żdżary!
- — Zakrzyknie Magier — Ja ta ze Żdżarskiemi
- Nie będę stawał w kumnotry, ni w pary!
- A żeby oni sczeźli! Takiej ziemi
- Tyli sztuk poszedł! Na same pomiary
- To my wydali. Szlachta, z podrobnemi
- Koszty, coć więcej niźli złotych dwieście.
- A jeszcze trzech nas siedziało w hareście.
- — Mniejszać o hareszt — Przemówi Szaława,
- Lecz grosza płakać!... — Ba! — Magier odrzecze:
- — Żeby nie Żdżary! Ba! Żeby nie sprawa!
- Tylebyś mnie to i widział człowiecze.
- Cóż tu za honor mam? Jaka tu strawa?
- Jaka wygoda? Że za kark mi ciecze?
- Ba! Żeby!... Tobym nie puszczał zaścianka,
- Nie wlókł się z żoną co też jest szlachcianka.
- Na to Ostańczok Łuć: — My, Łohiszyńce,
- Insze znów mieli prawo: to mieszczańskie
- Wzięlim, nie liczac, i guzy, i sińce,
- Ale swojego nie dalim. Co pańskie,
- To pańskie. Ale te nasze dziedzińce,
- Te pasze, gronty, te jeszcze pogańskie
- Pouroczyszcza, Oziaty, do deski
- Oddal skarb! Papier my mieli królewski.
- Tak Magier! — Szelmy łyki! — A Łuć: — Kartę,
- Taką, co na niej są złote litery
- Z królewskich czasów. To więcej jest warte,
- Niźli dzisiejsze stemple i numery.
- Prawda, zetlałe to już i wytarte
- Bo temu sto lat po razy coś cztery
- Minęło; ale stoi wypisane
- Co nam, co kniaziom Ogińskim nadane.
- Tu Magier nie mógł dosiedzeć na ławie,
- I gęste dymy puszczał: — Szelmy łyki!
- To szczęście mieli! To stali na prawie!
- Oj, żeby papier taki na Żdżarczyki!
- Tożby, jak wjuny, kręciły się w stawie,
- A my ich dalej w sak, i na patyki!
- A to fortunne kanalje! — A na to
- Ostańczuk, mową cichą, lodowatą.
- — Od przedawności ona królewszczyzna,
- O grunty, z nami, mieszczany, się darła.
- Tak, owak było, lecz przecie iścizna,
- Szła w brogi nasze i biedę poparła...
- Aż się skończyły kniazie ogińszczyzna.
- Nowe nam pany posięgły do garła.
- Zjątrzył się naród, choć łby tam pochyłe,
- My mieli dawność naszą, oni siłę.
- To Jafc my papier do sądu nosili,
- To obchodzilim nocą trząchawicę,
- Lepiej nadając drogi, niż dwie mili...
- To na Muchaniec my szli, Tyśmienicę,
- Po błotach my i wyż kolan brodzili,
- Drugą i trzecią obeszli granicę,
- Żeby nas aby nie potkła gdzie zdrada.
- Tak kompaniją szła cała gromada. -
- Tu mu, jak szydłem, Magier przebił mowę:
- — A zmyślne szelmy! A dajże ich katu!
- I dalej w palce trzaskać i chwiać głowę;
- — Oj, rozum taki naszemu mieć bratu!
- A namże aktów zagrzebał z połowę
- Adwokat! — A owi — My tam hadwokatu
- Nie dali w ręce grosza ni hramoty.
- Sami stawali w sądach. — — A, niecnoty!
- Magier w śmiech na to. — A setne hultaje! -
- A Łuć: Ta cudza gęba to jest letka,
- A dobre prawo głos samo podaje.
- Tak my starego obrali se Hwedka
- Uhacza. Ano, niech przed nami staje,
- Że to tam w sądzie nikt kupą się nie tka.
- Dziad głuchy, ślepy; takowy nie zdradzi;
- A wreszcie sama hromada poradzi,
- To co się na nas przepierca zaniesie,
- Gębą, to my nic. Czujem, taj i stoim.
- A ten tak rąba ozorem, by w lesie
- Drwa, a pogląda, Czy strogo się boim...
- Tak my nic, cicho. Tak on więcej prze się...
- Aż schrypnie. Tedy my a papierem swoim.
- Tak sąd — do zgody — tak my stoim niemo:
- Papier przed siebie: — Nie! Nie żełajemo!
- Wiec jak zaczęli karami nas prażyć,
- To do siódmego prażyli nas potu.
- Nie szło ni żyć już, ni dobra nam zażyć.
- Co pojrzysz, wisi powiestka u płotu.
- Przestali ludzie spać i krupy warzyć,
- Nie patrzył statku nikt, ani omłotu,
- Aż i kryminał przyszedł. To tam w Pińsku
- Jedni siedzieli, a drodzy zaś w Mińsku.
- No, nie złamali narodu. Tak wzięli
- Na pojedynkę we łbach robić szumy.
- Ale my zdawna od ojców to mieli,
- Że są na świecie dwa dobre rozumy:
- Szlachta od tego są, żeby coś chcieli,
- O coś krzykali. A my zasię, tłumy
- Szaraków, wtedy najpewniej obstoim,
- Gdy cicho siedzim, a zgody się boim.
- Aż i wygralim! — Umilkł. Strząchnął bary,
- Przedmuchał fajkę, pojasa poprawił,
- Ziewnął, aż trzasło, i w kłębek się szary,
- Jak jeż do kupy zwinął i nastawił.
- Lecz Magier wzdychał: — Ba! gdyby nie Żdżiary!...
- I głowę zwiesił i żółć w sobie trawił.
- Insi drzemali. Tak biły godziny
- Nieme nad światem, aż dzień obrzasł siny.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Wtem, jak gdy chrustniak nowizną, skroś zboża
- Wyrżnie się czarny, tak z wody odwałem
- Wręby się jęły wyrzynać skroś morza
- Wyspu onego, o którym słyszałem.
- Choć lekkim ogniem paliła się zorza.,
- Małom co widzieć mógł w pomroczu białem,
- Gdyż taka ziemia morska, falą bita,
- Mgłą bywa gęstą i parem nakryta.
- Gadali, że to świętego Wincenta,
- Wyspa jest, że się mieni: Kanaryska.
- Ale Prokurat, co jeszcze pamięta
- Francuza, gniewno w dół szarpnął wąsiska,
- Aż mu twarz stara, szramami pocięta
- W żar buchnie: — Fałsz jest! Zmienili nazwiska!
- Święta Helena to! A za patrona
- Nie Wincentego ma, lecz Napoljona...
- Napoljon tutaj siedział Bonaparte,
- Przez chytrych wrogów zdradliwie zamknięty.
- Ale mu gwardia przejęła tu wartę,
- I wojsko świeże dowiozły okręty...
- Choć dzień noc Anglik miał oczy otwarte,
- Napoljon puścił w niego takie męty,
- Że skoczył z wojskiem w czółna i w mgłach pływa...
- Tylko się bęben w wód huku obzywa.
- Słysz? — Myślisz — morze? To trąby tak grają
- Walącym pułkom, na dobra ochotę...
- Patrz! Myślisz — słońce? To orły wiewają
- W chorągwiach, całe srebrzyste i złote...
- Czuj! Myślisz — piorun? To z harmat znak dają,
- Że cesarz wdziewa swą szarą kapotę...
- Vive Napoleon!... Na ramie broń, wiaral
- — Gwardya!... Gdzie gwardya moja wierna, stara?...
- I cichnie w szeptach, zwiędłemi coś usty
- Gwarząc sam z sobą, aż spadnie mu głowa
- Na pierś, gdzie rękaw zatknięty ma — pusty,
- I gdzie żelazny krzyż na strzępku chowa.
- Więc tylko morza huk słychać i chłosty,
- Tylko szum fali ucina w pół słowa,
- Które tu ówdzie padała przerwane
- W powietrze ciche i złoto-rumiane.
- Aż skoczym nagle: strzał gruchnął po wodzie.
- Słuchamy — drugi! Nie bawiąc — wnet trzeci!
- Już na pokładzie gwałt, spuszczają łodzie,
- Już miczman w czółno wpadł, już jak ptak leci.
- — Ohi — o! — Oho! — A wtem na zachodzie
- Wielka nam jasność pół morza obświeci...
- Okręt się palił tam! Snać od pioruna,
- Bo sroga była i roznośna łuna.
- Cudne to było ono widowisko,
- Ale się w zgrozę mieniło dla człeka,
- Gdy patrzał, jak się tam ludzkie mrowisko
- Tłoczy, tratuje, przewraca, ucieka.
- Ten w morze skacze, choć łódkę ma blizko,
- Bo strach mu krzyczy, że jeszcze daleka.
- Insi od wrzasku i dymu szaleni
- Sami się naskroś rzucają płomieni.
- Kupa tam ludu musiała zaginąć
- Od głowni onych, od iskier kurzawy...
- Bo się to śmierci niełatwo uchynąć,
- Gdzie woda z ogniem pilnują przeprawy.
- Ja sam widziałem; chłop jeden chciał minąć
- Maszcisko srodze płonące śród nawy,
- Wtem się potyka... A nimbyś zakrzyknął:
- Jezus Marya, ratuj! — w ogniach zniknął.
- Więc choć z bezpiecznej patrzyłem ostoi,
- Mróz mi przez koście szedł, aże do szpiku...
- Bo jest w człowieku, co więcej się boi
- Tej niemej śmierci, głośnego niż krzyku.
- Więc tutaj cichość, a tu ci się roi,
- Że słyszysz w jakimś okropnym języku
- Ostatnie słowa... ostatnie wołanie...
- Aż ci włos zjeży się i dęba stanie.
- Tak dzwon, gdy bije w Horodle na wieży
- Za potopionych bez pory na Bugu,
- Raz tylko w cichość wieczorną uderzy,
- A setny jęk się rozniesie po jugu...
- Zmilknie, a dzwon znów — raz. I znów się szerzy,
- Znów leci rozjęk, het, od Uściługu
- Aż do Dubienki. Tak niosą się jęki
- Wzdłuż Buga, co jest rzeką łez i męki,
- Zanim się w Jordan zamieni radości...
- A już z pośpiechem wracały się łodzie,
- Co osmalonych przyniosły nam gości.
- Majgeściej Włochów było w tym narodzie.
- Ci dalej żebrać! Tej ludzkiej litości
- Sięgając ręką po onej przygodzie,
- Jak na jarmarku, po małp widowisku.
- Tfu! Z piekła taki nie wyjdzie bez zysku.
- Ale i nasi byli. Teraz w kraju
- Flisa nie braknie! Wiatr jakiś podrywa
- Ludzi i niesie, jak liście po gaju
- Drogami błądzi, morzami to pływa,
- Za ptactwem ciągnie na świat, do wyraju,
- Czego nie rabiał nigdy od jak żywa.
- Ot, jakby uciec chciaf samy od siebie...
- Musi, planeta taka stoi w niebie.
- Więc kiedy weszli na pokład, na susze,
- Po tych śmiertelnych przestrachach i męce,
- Tak zara twarzą o ziem, i nuż w skrusze
- Ponad głowami podnosić te ręce
- Smolne od dymów. To dziś jeszcze pruszę
- Łzy na tę kartę, gdy owe jagnięce
- Trzody przypomnę, jak cała gromada
- Ogniem znaczone runa Bogu kładą.
- Sam jeden teraz, gdy insze już padły,
- Gorzał koronny maszt, niby gromnica
- Nad konającym statkiem, gdzie się kładły
- Całuny dymów. Tu, owdzie iskrzyca.
- Buchnie mietliskicm, lecz łuny już bladły,
- Już dopalała się ta czarna świeca,
- Już gasła, pełgła, aż z setnych dział grzmotem
- Runęła, sypiać w morze szczerem złotem.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Wtem trąci mnie ktoś. Odwrócę ja głowę,
- Magier! Czerwony w twarzy, pomieszany,
- Śmieje się niby, a ognie mu płowe
- Strzelają z oczu. Myślałem — pijany.
- A on — Wiesz, wasze? Wiesz, kogo tu nowe
- Licho przyniosto czółnem? Ha, na rany
- Chrystusa Panal Tej brakło mi pary!
- Żdżarski jest... Żdżarski tu z synem jest stary!
- Cisnął mi ramię i syczał tak w ucho
- Jak żmij, kiedy go nadeptasz nienackiem.
- Patrzę, ogromny szlachcic z kością suchą
- Podnosi głowę, bo leżał był plackiem.
- I wali w piersi kułakiem, aż głucho.
- Przy nim wyrostek z wejrzeniem junackiem,
- Ten w tararatkę odziany był siną,
- Stary zaś w kaptur i w płaszcz z peleryną.
- Zrazum nie widział z pod tego habita,
- Jak nos krogulczy z wąsami siwemi.
- Aż błysnął twarzą. Ta była poszyta
- W bruzdy, i łzami świecąca wielkiemi.
- Wtem garść koścista synowski kark chwyta,
- Zniża go, łamie i ciśnie do ziemi,
- Tu dziękuj Bogu, że cię wyratował,
- Tu smyfcu, krziyżem padaj! — padł na pował.
- Nuź Magier w wąsy dąć, a gębą puhać:
- — A publikanin!... A celnik!... Patrz, wasze! -
- Lecz nieczas byfo mi patrzeć, ni słuchać,
- Bo nas ścisk naparł i zmieszał, — jak kaszę.
- A tu już nasi poczęli się zgruchać,
- Obsiadać ławy, by wróble poddasze,
- I radzić. Co? Jak? — Niewielem miarkował,
- Ale że Opacz okrutnie rajcował.
- Aż buchło, jako war z kotła: — A co to?...
- To po nas okręt dosłała królowa,
- A tu go obcą zapchali hołotą?...
- — Nie strzyma! Musi do dna! Tu połowa
- Luda je zadość! — Jak jajo to zgniotą!
- Głowę dać przyjdzie! — A Opacz: — Co głowa?
- Tu wsio, ty brat mój, wsio k'czortu przepadnie!
- Małom w Odesie statków widział na dnie?...
- — Laboga rety! — wrzasną baby, — a ów:
- Ja tu wsio widzę i wiem, te już krucho
- I wody dobrej mają i sucharów.
- Eh, mam ja oko! Eh, brat mój, mam ucho!
- Jak co, to tych tam co hrubszych bojarów
- Ma łodzie wsadza przeprawią na sucho,
- A reszta pójdzie fiut! — Tak baby: Reta!
- Wtem Roch — A cichaj! Tu robota nie ta!
- Tu nic po krzyku. Tutaj albo zara
- Kupą się ruszyć i w kije zatrzaskać,
- Albo... — Tu przerwał Bugaj: — A psia para!
- Jak to umieli narodu przygłaskać!
- Jak to gadali, co Papiżi się stara
- Sam!... A tu — łaska!... — A Bandys: — Oj, łaskać,
- Że i wrogowi nie życzyć, pomucha!...
- — Albo... — Chciał kończyć Roch, lecz nikt nie słucha,
- Wszyscy gadają naraz. Lecą szmery,
- Gwary, wzdychania... Aż głośniej zagada
- Roch: — Albo sznura w pas, i do siekiery,
- I z deską w wodę! — Zamilkła gromada.
- — Ha! Mozeć-by to... Wtem Opacz; — Frajery!
- Dobre to z rzeką, lecz z morzem — nie nada.
- — Przez cóż to? — pyta Bugaj. A ten gęby
- Odmie: — Co będę pytlował otręby!
- — Nie nada i już! — Tak baby wzdychają...
- — Dalekoż jeszcze do tego tam brzegu? -
- A Opacz: — Czort wie! Taż rudla stawiają
- Inaczej w morze po każdym noclegu! -
- — Prawda, moiście!... I co też w tem mają? -
- — Co? — krecą, brat mój, jak lis ten po śniegu
- Chwostem, by drogi za niemi nie macać,
- Żeby po tropie nikt nie mógł się wracać! -
- Więc nowa w kupie zdumiałość i troska!
- Biją na twarze odmienne kolory.
- Nuź dalej baby w szloch: — O Matko Boska!
- A toć nas tutaj pogubią bez pory!
- Wtem Roch Zatrata, co ćmił papieroska,
- Wstał: — Co będziewa mądrzyć, jak doktory!
- Pójdźwa! Niech Starszy — jak i co powiada!
- Obcisnął pasa, ruszył, za nim rada.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A już wiatr pędził nas na tę zgorzałość
- Blizkiego ognia, i swędy te trupie.
- Wiec coraz nowa, wzmagała się żałość
- W onych przybłędach, co stali tam w kupie.
- A ja, patrzący na matek omdlałość,
- Na ojców ciężkie łzy, na dzieci głupie,
- Tak trzepoczące się? jak marne muchy.
- Dzwon miałem w piersiach rozbity i głuchy.
- I dzwonił mi on te swoje nieszpory
- Wielkopiątkowe, nie dzień, i nie drugi...
- Byłbym się chętnie przyzostal do pory
- Na wyspie onym: lecz tylko nam ługi
- Migły zielenią utkaną w kolory
- Kwiecia, tylko nam zawrzasły papugi,
- I dalej! Łodzie nie brały nikogo.
- Kapitan przykaz dał, strzeżono srogo.
- Szeptali, że jest jakowaś choroba,
- Że się starszyzna boi komisyi:
- Lecz ciszkiem szło to, bo była nie doba
- Gadać, i zdrowej nastawiać tam szyi.
- I Roch i Bugaj spłukali się oba
- Na owej to tam swojej rebelii...
- Trzy dni siedzieli w kunie, o czczym duchu,
- A Opacz śmiał się i gładził po brzuchu.
- Ale że równo uczynek tam jaki
- Być musiał bo wiatr ciągle się przeciwił,
- I krwawe były zachody i znaki
- Na niebie, jakby noża kto zakrzywił...
- Sternik łbem kręcił, brat gęsto tabaki,
- I jednem okiem do nieba się dziwił,
- Zmrużywszy drugie, a głowę w bok chylił,
- Że do własnego nosa drogę mylił.
- Gdyby nie ludzi ścisk i nie ta trwoga,
- Co jako z widzeń anielskich, tak biła
- Z onych teatrów na chmurach przez Boga
- Wymalowanych, to mógłby tam siła
- Cudów obaczyć. Bo bitwa się sroga
- Co zachód prawie na niebie paliła.,
- Żeś widział pułki lecące i działa,
- Przysiągłbyś, ziemia tententem ich drżała.
- Tak nasi zaraz różnc wiedli rady:
- Że skąd się takie na niebie pokaże
- Wojsko, tam uszy posyłaj na zwiady.
- Bo to są pierwsze pikiety i straże
- Czasów, co wojnę prowadzą w swe ślady,
- Aż spadnie wprędce na ziemię, w stugwarze
- Trąb, kotłów, bębnów, i harmat, i mieczy...
- Ale Horodziej stary temu przeczy.
- Ten siwą głową, jako bocian, kiwa,
- Aż rzecze: — Jeszcze... jeszczeć to daleko!
- A z temże wojskiem, to znowu tak bywa:
- Gdy Bóg ma litość na krwie te, co cieką
- Z narodów, to sam batalje odgrywa,
- I archanielskie pułki się tam sieką,
- Żeby spokoić te ziemię, co krzyczy
- O krzywdy swoje, nim zegar doliczy.
- Więc nie na przestrach to, i nie na. wojnę,
- Lecz na znak, iże czekać jeszcze trzeba,
- Takie się bitwy czynią, takie zbrojne
- Rycerstwo wali posśrodkiem nieba.
- Iżby się lasy rozwiły spokojne,
- A pola ciche iżby dały chleba,
- A ten skrzywdzony iżby się posilił,
- I pewną rękę miał, i zaś nie zmylił.
- A jak czas przyjdzie, to Pan Bóg tam zwoła
- Te duchy: — Chcesz iść ty, albo ten drugi?
- To ów: — Chce, Panie! — To Bóg zjaśni czoła:
- — Tak dawaj oba skrzydła, a idź w sługi! -
- To taki składa skrzydła archanioła,
- Kapotę bierze, krakuskę, miecz długi -
- I — Na koń, wiara!... Jezus Marya! Ze mną!
- — To wtedy czas jest! A pierwej — daremno.
- Zamachnął ręką na mroczne powietrze
- I odszedł. A nam w piersiach war się ostał,
- Jak kiedy człowiek na pięście się zetrze
- Z takim, co krwi mu serdecznej zachłostał.
- Więc ognie po nas szły, więc cichsze, letsze,
- Bo by człek w mierze bez bójki nie sprostał.
- Aż westchnął jeden, a drugi, dziesiąty
- Zaklął, i tak my rozeszli się w kąty.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Aż ci ledwo świt, o szarym dnia brzasku,
- Wpadł szyper: — Wszyscy na pokład, i hura!
- Rewizja! Dziewki narobiły wrzasku,
- Dzieci w płacz, baby, co tam miała która,
- To na się. Stanął tłum. W latarni blasku
- Migają twarze. Chłopów się ponura
- Kupa zebrała, patrzą, jako wilki.
- A tamci świecą, żeby dokrzal szpilki.
- Tak nam to spadło, jak ta z dachu cegła
- Na łby. Więc stoim, by te owce głupie.
- Kobietę jedną, która w nocy zległa,
- Zamrok ogarnął, oczy trzyma w słupie,
- A ta szarańcza, jak tylko tam wbiegła,
- Tak w krzyk: — Trup tu jest! Powietrze jest trupie!
- Niepochowany trup jest! — Bom zdaleka
- Rozumiał nieco, iak psiarnia, ta szczeka.
- Ale Szczęśniaka żona dni już parę
- Chorzała jakoś, i w swoim się kątku
- Taiła. Chciały jej tam baby stare
- Urok odczyniać węglami aa wrzątku,
- Nie dała. Jeno się w te chusty szare
- Odziawszy, sama przy swojem dzieciatku
- Legła, bledziuchna, że tylko jej w twarzy
- Ogień na ustach i w oczach się źarzy.
- Więc gdy tak trzęsą te nasze tapczany,
- Ta rzęsów tylko zmruży, i odwróci
- Głowę, z tym ciężkim warkoczem do ściany,
- I niemowlątku swojemu zanuci.
- ...Uśnij mi, uśnnij Jasieńku kochany!...
- Śpiewa. Wtem nagle siędzie, głową rzuci,
- Wyprostowana, plecami o ścianę
- Oparta, oczy miała, jak pijane.
- Śmiertelna w twarzy, usta, ty upiora
- Czerwone; wzrokiem tym szukaczy śledzi.
- Aż gdy ta do niej przybliży się sfora,
- Tak krzyknie: — Ludzie, ja chcę do spowiedzi,
- Do sakramentów chcę! Księdza! Ja chora!
- Wtem straznik! Co za kobieta tam siedzi?
- Tak Szczęśniak w łeb się skrobie! Mojać baba.
- — Co? Pomieszana? — I, nie. Tak ot słaba!
- Więc że ów ludzkość w sercu miał, tak rzecze;
- — Szkoda, bo ładna! — Wtem szypra odbije,
- Co sięgał ku niej. — Ty sam ją człowiecze
- Podnieś i sprowadź. Co ręce tam czyje
- Szarpać ją będą? Sam o nią miej pieczę...
- Ruszył się Szczęśniak, a ta w krzyk: — Zabiję,
- Jeno mnie dotkniesz! — Tak on: — Hanuś, co ty?...
- A ona! — Józef, puszczaj!... Józef złoty!..
- I ręce obie podniesie i składa
- Jak przed ołtarzem, jak przed monstrancyją.
- A łza jej po łzie z rzęsów by grad pada,
- Aż srebrne tony na twarz całą biją.
- W lnianej koszula broniąca się, blada,
- Z wzniesioną piersią i odkrytą szyją,
- W głosie modlitwa, i rozpacz, i trwoga -
- Tak mi została w oczach ta nieboga.
- Stropił się Szczęśniak; był miętkiej natury,
- Ale że ścisk się czynił, jak w kościele,
- Wiec krew mu buchła kipiątkiem do góry:
- — Wstawaj! — zakrzyknął. — Patrzta! Ceregiele
- Będzie robiła! Bierz się na pazury
- I wstawaj, bo ci tym kijem zaścielę!
- Szarpnął szmat, wrzasła... Za nią cała kupa
- W krzyk: Jaśka, dobył... Dziecko, dobył — trupa.
- Nie wiedział! Do dziś nie wiedział! Do ranka!
- Zaczął dygotać cały, twarz mu zbladła,
- I niemym głosem szeptał: — Hanka!... Hanka!... -
- Lecz nie słyszała. Jak martwa wznak padła,
- A tu już trupka chwyciła naganka
- Z wrzaskiem i klątwą: — Hal Morze okradła!
- Złodziejka! Morze okradła, niegodna!
- Brać ją! Niech patrzy, jak psiak pójdzie do dna!
- W jednej spódnicy, w chuściątku i boso
- Powlekli. Prawie ponieśli na ręku,
- Ale jak tylko obwiało ją rosą,
- Zaraz się wzmogła z onego zalęku.
- Stanęła, strząchła rozplecioną kosą,
- Bez krzyku, płacze, bez jednego jęku.
- — Ustoję — rzecze. A ci: — Niech chłop trzyma!
- Niech będzie kara! Niech ma przed oczyma!
- Złożyli tropka, ciagną sznur, sztuk belki,
- Też przed nią. Hanka i nie spojrzy na nie,
- Tylko w ten obzór zapatrzy się wielki
- W te niezmierzone huczące otchłanie.
- Aż rzeknie słodkim głosem rodzicielki, -
- Co dla pieszczocha szykuje poslanie!
- — Puść, Józef! Chuścię Jaśkowi podłożę... -
- Puścił chłop, a ta za dziecko, i w morze.
- A tak to nagle, tak błyskiem się stało,
- Że nikt nie zdążył krzyknąć, ruszyć krokiem,
- Tylko wiatr powiał tą szatką jej białą,
- Tylko, jak światłość, mignęła się mrokiem.
- Rzuci się Szczęśniak, lecz dwóch go trzymało...
- To teraz jeszcze tak mam ją przed okiem
- Całą rzuconą w śmiertelne te loty...
- I ognia czuję żar, i zimne poty.
- I patrz! Wnet wichry przeciwne ustały!
- Okręt się gładko, by po szkle pomyka,
- A owe glorje, co krwawo gorzały,
- Bóg zwijać każe i w niebie zamyka.
- To się czarami te rzeczy być zdały!
- Szkoda, żem nie miał ze sobą "Sennika
- Jozephowego", co został spisany
- W Egipcie, a zaś w Łukowie wydany.
- Tam stoją świata planety i dziwy,
- Co człeku pomódz mogą, albo szkodzić.
- Niejeden znak się pokazał prawdziwy,
- Kto go tłomaczyć umiał i dochodzić.
- Dwa są Senniki; lecz drugi fałszywy,
- Choć takoż chce się z Egiptu wywodzić,
- Tego "Pharao" piszą, albo "Nowy",
- A zaś od spodu przydają dwie krowy.
- Ale nieprawda jest, bo z Drohiczyna
- Żydek go jeden zmyślił i ułożył.
- A kiedy przyszła sprawa przed rabina,
- To boso stanął i Thorą się bożył
- Jako niesłuszna jest o fałsz przyczyn&r
- Bo on swe własne imię ta położył,
- Które w kahalnych księgach "Nowy" stoi,
- A to są krowy, co pachtem je doi.
- Ta jedna tłusta, jako dawniej były,
- Kiedy miał szlachcic dość paszy w folwarku.
- Ta druga chuda, — ot, gnaty a żyły,
- Tak dziś jest, gdy ma serwitut na karku.
- Faraonowi te krowy się śniły,
- Gdy podchmielony raz wracał z jarmarku.
- Sen ten się sprawdził aż tu w Drohiczynie.
- — Tak wygrał sprawę przy mądrym rabinie.
V [edytuj]
- Ale już słońce coraz silniej praży
- Łby chłopskie, zbite mieszczańskie czupryny,
- I pogolone głowy marynarzy.
- Jui nigdzie mokrej nie obaczysz liny.
- Już się na masztach żywica aż smarzy,
- I w skrawoztote ocieka bursztyny.
- Bieleje niebo, żar pomost rozpala,
- A morze, ciężko, jak war się przewala.
- Mówią, ze ziema, nakształt wielkiej dyni
- Brzuchem się tutaj wypęcza do słońca,
- A czuby wciąga. Przezornie to czyni,
- Boby ją na skroś strawiły gorąca.
- Więc tylko pasem żar idzie pustyni,
- A chłód lodowy zawiewa ją z końca.
- I tak się toczy, jak owoc dojrzały,
- Środkiem żółty, a po czubach biały.
- Zwie się to miejsce Równik; iż się właśnie
- Na równe tutaj świat dzieli połowy,
- Tak odmienione, ze słońce gdy gaśnie
- Z jednej, to z drugiej świt rusza się nowy.
- Toż kiedy u nas chłop chrapoic, a zaśnie,
- Sam w pole wtedy wychodzi karbowy,
- I do roboty parobków zagania,
- I słychać bydła ryk, i kurów piania.
- Więc miejsce ono, by zmyłki nie było,
- Pan Bóg gwiaździstym obreczem dał pobić.
- Przyczem się sporo gwiazd złotych skruszyło,
- Bo w niebie młotem nie wiedzą, jak robić.
- Zamachnie taki się anielska siłą,
- Zamiast gwóźdź zwolna klepać, a sposobić...
- Więc Bóg tym żużlem, by rzecz była wieczna,
- Dał sypać drogę, co zowie się — mleczna.
- Choć insi mówią, że Równik jest na tem
- Miejscu położon, gdzie stanąć ma prawo,
- Jako człek człeku porównym jest bratem,
- Nie — ten na ławie, a tamten pod ławą...
- Tako ma równość nad całym, być światem.
- Ani się nędzarz uwzdycha za strawą,
- Ani się bogacz w dukatach zakopa...
- Ni szlachty wtedy nie będzie, ni chłopa.
- Dobrzeć by było to! Lecz radbym wiedział,
- Kto będzie majstrem, a kto czeladnikiem,
- Kiedy i w kuźni ustanie ten przedział,
- A chłopak mi się zastawi równikiem?
- Człek się na prawie majsterskiem osiedział,
- Jest w cechu; tego nie zlizać językiem;
- Chorągiew bracką nosi, ma w Krakowie
- Brata, co ksiądz jest, Balcerski się zowie.
- Wtem Magier huknie, niby z butla piwo?
- — Co tu i gadać o jakiejś równości!
- Nie będzie szlachcic przyrównan, jak żywo,
- Ani łykowi, ni chamskiej tej kości! -
- A na to ÂŹdżarski spojrzawszy się krzywo:
- — Milcz Waść! Szlachectwo nie ścierka waszmości,
- Żebyś niem gebę raz po raz szorował.
- Klejnot jest. Krwawnik. Krwią ziemię farbował. -
- A Magier — Co mi tu, Wasze!... — I świsnął
- Jak nadeptany na ogon padalec.
- Lecz suchy szlachcic wyciągnał garść, ścisnął,
- I utkwił w niego kościsty swój palec.
- — Fałszerz! — rzekł głośno, i okiem zabłysnął.
- On skoczy, kija chwyciwszy kawalec,
- Jak ryś z gałęzi, gdy się zapamięta,
- Bełkocąc tylko: — Doku... Doku... menta!...
- Pokaż mi, Wasze, na to dokumenta,
- Bo o obelgę pozwę... infamiję!...
- Myślałem, szlag go trafi w te momenta,
- Gdyż kark miał byczy, a zbyt krótką szyję.
- Ale koścista ręka wyciągnięta
- Suchym weń palcem godzi, jak w cel bije.
- — Fałszerz! — powtórzył zimno. — Ja... do sądu!... -
- Wrzasł Magier — Świadki... — A ów; — Czekaj lądu,
- A toś ty? bratku, myślał że ja nagi
- Wyjdę z tej pastki, coś mi ją nastawił?
- Że wezmę na się dziadowskie biesiagi?...
- A bogdajże się tym pozwem zadławił!
- Salachta!... Magiery!... Zbójeckie watagi!...
- A ot mnie Chrystus przez morze przeprawił,
- Bym cię dosięnął, a pomstę wziął z ciebie.
- Tak mi dopomóż Bóg, i Trójca w niebie! -
- Lecz Magier trząsł się, jak w wielkiej chorobie,
- Zsiniał, dech tracił, i błędne źrenice
- Obracał kołem: — Ja ci... Ja tu tobie
- Pokażę! Ja ci pokażę... granice!
- Jeszcze twe próchno przewróci się w grobie,
- Jak ja sądową zapalę ci świecę...
- Jeślim ja — fałszerz, tyś krzywo przysięgał!
- — Co! — wrzasnął Żdżara — Ja? — I już go sięgał
- Kościstą ręką, gdy wtem, z pod pokładu
- Sypną się ludzie dziwną procesyją.
- Popierw niewiasty, dzieci, a pozadu
- Chłopy się długim, ciemnym sznurem wiją.
- Zawściągł się Żdżara z swojego napadu,
- Głowę pod kaptur schowawszy i z szyją,
- Lecz suchy palec upartym tkwił gestem...
- Poznałem... Nasi szli, z dzieciątka chrzestem.
- Horodziej trzymał je, krok stawiąc drżący,
- Za nim chłopięta berlicę mu niosą,
- U boku Zośka, jak bławat kwitnący,
- Szła z oplecioną do wstęg jasnych kosą.
- Spuszczone rzęsy, rumieniec wabiący,
- Tuż Stach, tuż dziatwa w płótniankach, a boso,
- Zaczem gromada cała: starzy, młodzi,
- Z odkrytą głową na pokład wychodzi.
- Nie było księdza naszego w okręcie,
- Coby dzieciątko owo przewiódł zgoła
- Z odwiecznych ciemnic, przez ziemskie poczęcie,
- Do świetlącego Chrystusem kościoła.
- Więc kmieć ów, gołąb biały, co żył święcie,
- Wodą i krzyżem naznaczył mu czoła.
- A zaś na chrzestnych dzieciątku obrano
- Stacha i Zośkę, jak wiśnia rumianą.
- Dziwią się obcy, patrzą, pchają głowy
- Pomiędzy drugich, którzy bliżej stali,
- Bowiem był widok ciekawy i nowy
- Dla nich, jakiego jeszcze nie zaznali.
- Słychać okrzyki, śmiech, wrzawę rozmowy,
- Palce wskazują to sznury korali,
- To krasne chusty, któremi niewiasty
- Czoła zawiły, to gorset kwiaciasty.
- Bo co kto miał tam z szmat lepszych, od święta,
- To przywdział teraz i pysznił się sobą...
- Jakowaś duma była rozpłynięta
- W twarzach, i radość na poły z żałobą.
- Ten pawie piórko zatknął, tam upięta
- Wstążczyna błyska, tak lud tą chudobą,
- Jak może, ową biedę swoją kryje.
- — Co będzie oko przetrząsać ją czyje?
- Kołem, a płotem ciekawi objęli
- Mazurów, Kurpiów, i ten lud nadbużny
- Lnom się tej naszej dziwując kądzieli,
- Postoły bacząc i obrządek różny.
- Zaczem bogatsi grosz rzucać zaczęli
- Dzieciątku temu w węzełek podróżny...
- Francuzy, Włochy, nawet Portugesy,
- Choć chytre, gęsto siegały do kiesy.
- Ale Horodziej w płótniankę odziany,
- Podniósł dzieciątko w błękitne przestworza,
- Gdzie gorzał słońca krąg, ogniem nalany,
- I rzekł: — Oto się narodził śród morza
- Człowiek; i chrzest mu z imieniem jest dany.
- A jeśli wola uźywi go boża,
- Krzyżtof zwan będzie od tego okręta,
- Co Krzyż jest. Niech swój początek pamięta.
- A ty go ręką swoją, Chryste Panie,
- Przeżegnaj! Bo jest tułacz nad tułacze...
- A pliszka w gnieździe ma lepsze posłanie,
- Niźli dzieciątko to, co się kołacze
- W korabiu, po tym świata oceanie!
- To między matki ozwały się płacze
- Ciche, i ojców odjękły im głosy...
- Horodziej milczał i patrzył w niebiosy,
- Aż rzecze drżącym głosem Symeona:
- — Krzyżem ty staniesz, na drodze tej, dziecię,
- Co będzie kośćmi naszemi znaczona,
- Po cudzych ziemiach gdy wiatr nas pomiecie...
- Bo się nierychlej nad nami dokona.
- To zmiłowanie, aż zorze nam trzecie
- Zabłyśnie, które te wnuki obawa
- Nasze, lecz nie my! — To wszyscy zapłaczą.
- Więc jak w kościele, kiedy monstrancyją
- Nad lodem wzniesie pleban od ołtarza,
- Takie z tej siwej głowy blaski biją,
- Taka z niej skrucha idzie i przeraża.
- A morze huczy swoją litaniją,
- W której się wielki jeden jęk powtarza,
- Jęk, co był słyszan od początku ziemi:
- ...Zmiłuj się, Panie, nad nami nędznemi!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Dzień ten był wesół i syty pospołu,
- Bo pod równikiem nikt postem nie suszy,
- Że ostatniego bić mieli dziś wołu,
- Więc się biedakom co nieco okruszy...
- Lód już upragnął świeżego żywiołu,
- Bo na ziemniakach przez pół wyzbył duszy.
- Wół w dobrem mięsie był, nie stary jeszcze,
- A znać czuł cości, bo skórą szły dreszcze.
- Z krótkim porykiem obracał za siebie
- Łeb płaski, jakby czego szukał okiem...
- Może skrzypiących pługów w ciężkiej glebie,
- Co sznurem ciągną po polu szerokiem,
- Może tych jarów, gdzie kwiat się kolebie,
- Nakryty srebrnych tumanów obłokiem,
- Może łąk, gdzie się odbiwszy od stada,
- W bród Jałowica do paszni zapada.
- Boć i to bydlę ma swoje tęsknoty
- I swoje wielkie, ciche zadumania.
- Postają wolce, a patrzą w świt złoty,
- Kiedy je oracz uwrotem zagania.
- Idź między trzody senne, pod namioty,
- W step, a usłyszysz głębokie wzdychania...
- W tej niemej twarzy — już duszy połowa
- Stworzona: jęk ma, brak tylko jej słowa.
- Więc gdy porykał tak, to mi tam prawie
- Pachły te błonia stojące pod tęczą
- Ros, kędy dropie brodzą a żórawie
- Na rdzawych piórach noszą się, a jęczą.
- A wtem go pachoł ugodzi w łeb krwawie,
- Uwiązanego żelazna obręczą...
- Ryk, srogi poszedł. Zaczem się zatoczy,
- I na kolana! Zwróciłem w bok oczy.
- Bo jest najgorzej przydawać żałości
- Do onych niemych zgonów i do męki.
- A wszak i ludzie rzekają to prości,
- Że twarde serce najlekszej jest ręki.
- Wysech by człowiek, by sztokfisz do kości,
- Gdyby urzewniał na wszystkie te jęki,
- Co biją w niebo z struchlałej tej sierci...
- W mig mu złupili skórę, i na ćwierci.
- Więc się tam zaraz, jakby na odpuście,
- Tumult uczynił i gesty tłok ludzi.
- Jeden ma porze skroś żeber czeluście,
- Drugi mu wątpia parujące studzi.
- Na palce sparty i w jaskrawej chuście
- Przez biodra, pachoł niczem się nie trudzi.
- Pogląda tylko po onej czeladzi,
- I nóż szeroki, płytki, ręką gładzi.
- Nie chce on rąbać cielska, co już leży,
- Gruchotać kości i wyrzynać mięso.
- Aż wtem mu twarda szczeć na łbie się zjeży,
- Szczęki kielcami ko sobie zatrzęsą,
- Podniesie pałki i ku jeszcze zmierzy
- W odciętą głowę co białą się rzęsą
- Ruszać zdawała... Ugodził ją wściekły...
- Spojrzałem, z martwych oczu łzy pociekły.
- Cały dzień przeszedł na głośnej ochocie
- I na swawoli szyprów, którzy różne
- Psoty czynili tej świeżej hołocie
- Co pierwsze myto płaciła podróżne.
- Pompa tam była do nocy w robocie...
- Lecą skorupy z misek, butle próbne,
- Kto frajer dalej lać go bez pamięci!
- Tak to się w onych krajach Równik święci.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Ranek się czynił perłowy, a siny
- Od mgły, co rąbkiem po morzu się kładła,
- Aż w nią uderzy z złocistej szczeliny
- Słońce, i modre rozkcryje zwierciadła.
- A to już po nich igrają Delfiny,
- Przyjazne ludziom i statkom dziwadła,
- Których ma wiele tysięcy ta woda:
- Znak to, że będzie bezpieczna pogoda.
- Jest ten zwierz krągły, jakoby wrzeciono,
- W łusce nie chadza, choć do ryb się liczy,
- Pławy ma bystre, i z głową wzniesioną,
- Chwostem skry krzesząc, ugania zdobyczy.
- A ten ma w sobie dziw, iż wodę słoną
- Nozdrzem wytryska, na kształt szklanych bieży,
- Wesoło grając po bokach korabia,
- Gdzie letki obłów kupami go zwabia.
- Cudnieć to było patrzeć na te świty
- Srężogą srebrną; drżące w on czas ranny,
- Gdy nad ocean parami nakryty,
- Skroś mgły zaczęły bić one fontanny!
- Słup w górę idzie, rozszczepia się w kity,
- Spada, i sypie perłowych ros manny...
- W stu miejscach naw wybija z mgły, tryska,
- W stu tęczach srebrem lśni i złotem błyska.
- A tem ci milsze były te widzenia,
- Iż z dnia nam na dzień bliżyły się brzegi.
- Już się ta błędna niezmienność odmienia,
- Już ptak zapada gęstszy na noclegi
- Pomiędzy żagle; już się rozpierściena
- Lżej fala, już wiatr inszemi się ściegi
- Pod niebem nosi; już z lądów przywiewa
- Dech kwiecia, trawy, i ziemi, i drzewa.
- Więc niespokoiność jakowaś się budzi,
- I serca ogień podpala nam żywy.
- W jedną się stronę gromada pcha ludzi
- Na pomost. Stoją, i wiatr ten życzliwy
- Nozdrzami ciągną, z zadusznej tej grudzi
- Wyległszy. Tak pszczeli rój, chciwy
- Wiosny, po wierzchu ul w marcu obsiada,
- Suszy się, brząka, i skrzydła, rozkłada.
- Teraz się widzieć dały te odmiany,
- Które ta droga zrobiła w narodzie.
- Stwardły na grzbietach siermięgi, sukmany,
- Solnemi pary przewzięte na wodzie.
- Z zapadłą piersią, z drżącemi kolany,
- Z twarzą zczerniałą na wietrze i w głodzie,
- Jako z jasyru i z miejsc zadżumionych,
- Tak z pod pomostów lud wychodził onych.
- I dziw! Niewiasty nawet się nie żalą,
- Tak każde serce nadzieją tam dyszy.
- Otwarte usta, źrenice się palą,
- Ten, ów, już sobie zmawia towarzyszy.
- A okręt sunie, za każdą się falą
- Bliżąc tym lądom, co wschodzą już w ciszy.
- Wtem — Ziemia! Ziemia! — zagrzmiały okrzyki..
- Więc rzępolista swej dobył muzyki.
- Zarzyna smykiem, to grubo, to cienko,
- Aż pies wyć zaczął w kajucie miczmana.
- Stary Prokurat przyszczypnąl wąs ręką
- Saperski, nucąc; — Jeszcze nie przegrana! -
- Wyrzucił czapkę Stach, i przed Zosieńką
- Chwycił, i krzyknął: He}, danaż ty dana!...
- Więc żydek krymkę źdjąwszy, obszedł wkoło:
- Kto miał grosz, rzucał w te chwilę wesołą.
- Ale nieszczęsny Szczęśniak szedł na stronę
- I rąk załamał, i oczy wbił w morze,
- Co ma zabrało i dziecko i żonę,
- Nigdy już dla nich nie wzejdą tu zorze,.,
- Patrzy, a wielkie łzy toczą się słone
- Na twarz znędzniała; i stoi nieboże,
- I głowa trzęsie, jak owego ranka,
- Niememi usty szepcąc: — Hanka... Hanka...
VI [edytuj]
- A już się wznosił brzeg skalny przed nami,
- Jakby nie dając przystępu do siebie.
- Czamemi góry wyrżnęły się kłami
- W modrem powietrzu i na jasnem niebie,
- Ku morzu schodząc wązkiemi smugami,
- Za które statki chronią się w potrzebie.
- Lecz nasz się okręt kierował na skały
- Najtęższe, co tam dwie z osobna stały.
- Port to był. Ziemi upragnionej wrota,
- Obudowane zamczysto, a ciasno.
- Lała się przez nie z góry struga złota
- Słońca, polewę czyniąc morzu jasną.
- Fala się o nie z srogim hukiem miota,
- Zda się, ze wody srebrnym je zatrzasną
- Wrzeciądzem. Ziemia bogata a dzika
- Oceanowym kluczem się zamyka.
- Każdy tu okręt pośpiesza przed nocą.
- Tak dostęp trudny jest, i taki zwarty.
- Nie zdały? — To go do rana szamocą
- U drzwi, te morskie celniki i warty,
- Które z okrutną wściekłością i mocą
- Trzaskają w srebrne swoje halabarty.
- I to się przyda, ze nim tutaj wpłynie,
- Niejeden statek da nura, i zginie.
- A już, też "Krejc" nasz, jak panna się stroi
- Do tańca. Lecą siużbiste gawiedzie.
- Od pacholików aż w oczach, się troi,
- Jeden przed drugim chce być dziś na przedzie.
- Kapitan, w jasnym mundurze. Jak w zbroi
- Wódz, na ostatni szaniec korab wiedzie...
- W lin zgrzycie czeladź po masztach szczebluje...
- Lecz Opacz cygar pali i w bok pluje:
- — Co mi ga okręt, co mi za załoga,
- Jak puszek niema, choćby ze dwadzieście!
- W odeskim porcie, tam każda piroga
- Wali, aż żydy gewałt krzyczą w mieście.
- Jest przykaż, ile dla Hospoda Boga
- Prochu suć w jaszcze na Jordanu chrzęście,
- Ile... Tu szyper pchnie go wedle brzucha...
- Zaczem chciał kończyć, lecz nikt go nie słucha.
- Wszystkie się oczy zwróciły w tę stronę,
- Gdzie na pokładzie przednim, z wierzcnu drzewa
- Śmigłego masztu, nad morze spienione
- Brazylska flaga, nad nami powiewa.
- Chorągiew zacna. Ma pole zielone,
- Jak bukszpan. Równe, esy z prawa, czy z leva,
- Zaś środkiem złota przedziela je deska,
- Na niej żeglarski znak: kula niebieska.
- Tak pod tą flagą, co wdzięcznie nas wiodła,
- Z szerokim pluskiem i w poświstach pary,
- W port my wchodzili, kędy oczy bodła
- Strzelistycn masztów mnogość nie do wiary.
- Każdy tam statek osobne miał godła,
- Każdy się z kształtu odmieniał i z miary.
- Każdy się pyszna we swoim kolorze,
- Żeś patrzał, Jako po zakwitłym borze.
- To, jak chałupy, stoją okręciska,
- A od nim wielki cień pada na wodę;
- Tutaj się mignie parowczyk nam zblizka,
- Co ma jaskółki chyżość i swobodę.
- Tu łódź się czarna szczeliną przeciska,
- Tu inszą z drogi odtrącim, jak kłodę,
- Port zawalony był, jakoby miasto,
- Rozbudowane tłumno, a wieżasto.
- Piękna to jednak rzecz, niech co chce będzie,
- Na własne oczy zobaczyć te dziwa!
- Zaś, gdy człek wróci, i na swojej grzędzie
- Roztrząśnie snopa z tych cudzych ziem żniwa,
- To choć w pomierzchu, za piecem usiędzie,
- Zostaną na nim te blaski, te szkliwa,
- I będą świecić, jak nici pajęcze,
- Kiedy w nich słońce zapali swe tęcze.
- A ledwiem sobie to pomyślał, — Boże!
- Ty wiesz, jaka mnie ogarnęła skrucha,
- I jakie w oczach stanęły mi zorze,
- I wiatr zaleciał, co i pól naszych dmucha!
- Więc czując, iż się we mnie serce porze,
- Wstrząsłem się w sobie, i podałem ucha
- Ku naszym, co tam w żywym ogniu stali
- Nie dbając na żar, i ziemi patrzali.
- Właśnie Pietr Bandys prawił: — Słyszta, kumie!
- Przecie tak w durniach ostać się nie możem,
- Przed tą królową! — A Łuka: — Jak umie,
- Tak niech ją wita naród słowem bożem.
- Je Katoliczka, to juści zrozumie! -
- Wtem Roch: — Co będę gadał?... Człek się morzem
- Dość umordował! Aż we łbie mi chrzęści...
- Od gęby — głupi chłop; mądry — od pięści,
- Lecz Bandys: — Dalej, radźta kto ma gadać!
- Jużci tam całej nie puszczą gromady...
- Majestat przecie! Byleco powiadać
- Nie idzie! — Ano, — Bugaj na to — rady
- Inszej ta niema, tylko się poskładać
- I niechaj Magier prawi! On tam zwady
- Prowadzi, wie jak co! — Nie chcemy szlachty!
- Krzyknie Czop Michał. — Ze szlachty — konszachty.
- Czop był braciszkiem z młodu przy konwencie
- W Miedznej, jak. dotąd o tem świadczy plecha,
- Którą przy każdem golić daje święcie
- Stąd w okolicy przezwali go: "klecha".
- I tak już został. Ten takie zacięcie
- Miał, że co powie, to jakby orzecha
- Do pary nalazł. Tak ma się te słowa
- Same składały. Tęga była głowa!
- Wtem Łuka: — Ano, niech gada Horodziej!
- Toć on je tutaj jak ociec nad nami...
- — Co taki stary wie! — zakrzykną młodzi.
- — Takiemu prawie pod kościół z torbami! -
- — Racja!... Horodziej, nie żaden dobrodziej! -
- Wrzaśnie Czop. — Jak tak, to gadajcie sami! -
- Odkrzyknie Łuka. Zaczem się zaniosła.
- Okrutna spierka? brać, czy nie brać posła,
- W jedną i w drugą stronę lecą głosy
- I w dwie gromada rozpadła się czernie.
- Aż wtem staruszka, która białe włosy,
- A twarz zeschnięta miała, jako ciernie,
- Podniosła octy srebrzące skrós rosy,
- W lnianą płachetkę odziana, mizernie,
- Wyciągnie ręce zczerniałe i drżące
- Do brzegu tego i w skrawe to słońce...
- ...Ja ją przewitam, tę zorzę zaranną...
- Ja do niej rzekę: ...O, jasna królowo!
- Szli my do ciebie, żyjący tą manną
- Łez, nędzą naszą... Te chatę lipową
- Rzucilim! Z ławą tą... Z Najświętszą Panną,
- Z jaskółczętami pod żytną posową...
- Lny niesprzędzione w komorach ostały
- Na tych przęślicach... Tak wichry nas gnały!
- ...Dzieciątka nasze pomarły z tej drogi...
- W głodach, w niespaniach i w serca ciężkości
- Szli my... Struchlały pod nami te nogi,
- Na cudzych ziemiach twardych i te kości...
- Palniki sąśmy liche... Lud ubogi...
- Goni nas światem strach, mrących z żałości...
- Przygarnij ty nas, a daj nam otuchę!..
- Jako do matki my!... — I ręce suche
- Przed sobą w modrem powietrza tem składa,
- I w słońca trzyma utopione oczy,
- A łza jej ciężka po łzie na twarz pada,
- I po tem lnianego płachciątku się toczy...
- Zamilkła. Głowy spuściła gromada.
- Aż nas, jak kiedy psów sfora obskoczy
- Zwierza, tak z pluskiem sto wioseł po wodzie,
- Setne ogarną czółna, barki, łodzie.
- A już na tyłach okrętu zepchnięty
- Łańcuch z kotwicą zatapia się w morze...
- Plusnęły fale, wzdrygnęły się męty,
- Kotwica grzęźnie w ton i bruzdę porze
- Ciemną. Tak lemiesz w grudź pulchną zatknięty,
- Skroś ziemie bierze i zgłębia ją orze...
- Chwyta się kotew, puszcza, znów się ona,
- Aż: — Halt! Halt! — krzykną. Zagrzęzła już. Trzyma.
- Zwolnił tchu okręt, wypuścił słup siny
- Pary, drźy, stęka, dygoce i staje.
- A już na pomost rzucają nam liny,
- Już jeden chwyta, drugiemu podaje,
- Zazgrzytną sznury, łańcuchy, drabiny,
- W mig nas obejmą przewoźne te zgraje,
- Ledwoś tłomoczek chwycił, już cię cisnął
- Pęd na dno łodzi, i wodyś zachłysnął.
- Gromada nasza, najpierw się przebrała.
- Płyniemy raźno szerokim taborem,
- Pilno patrzący tego Kardynała,
- Z krzyżem, i tej Królowy ze dworem...
- Cicho nas fala niosła, ziemia grała
- Złotoróżanym zachodu kolorem.
- Lud uniesiony. Już słyszy w zachwycie
- Chorągwi jasnych szum i dzwonów bicie.
- Ląd! Ląd! Brzeg! Ziemia! Tłum ciśnie się, tłoczy,
- Niepewny w nogach chwiejący, zemdlały,
- Wezbrane serca, zmącone w łzach oczy.
- Na ten świat nowy... ..."Wtem — bębny zagrały.
- — Kardynał! — krzykną. Aż znagła otoczy
- Nas zewsząd wojsko. Lud patrzy zdumiały,
- Dzieci w płacz. Baby wrzasły chórem: — Rety!
- Oficer krzyknął: — Marsz! — Błysły bagnety.
KSIĘGA II [edytuj]
- O szlachectwie. Pan Balcer Brazylję poznaje. Spotkanie. Dom emigrancki. Mazury się burzą. Filozofia Marcina Tatara. Oberek. Wyprawa Szalawy. Pan Balcer o żeniaczce zamyśla. Zwierzenia strażntka. Nowa partya. Febra. Śmierć i pochów Jelenki. Jak Prokurat umierał. Pinczuk po śmierci wraca. Bitwa bab. Filozofja Opacza. Burza. Przed Komisyą. Pożegnanie.
I [edytuj]
- Oj głupi naród, i ja też z nim głupi,
- Żeśmy swych w świecie szukali wolności!
- 0j żle ten przęda, i kiepsko ten kupi,
- Kto się na cudze zamieniać jął włości!
- Tam, chłopie, próchniej, gdzie Bóg cię wesłupi,
- Iżby w swym domu miał belkę z twej kości,
- A wiedz, ze choć się z Adamem powadził,
- Każdemu dawa raj, gdzie go obsadzili
- Jeszczeć pół biedy, gdy mocna w nim dusza,
- A głowa górą na życia głębinie.
- Taki nie tonie, choć fala nim rusza,
- Da nura, strząśnie się i znów wypłynie.
- Aleć to rzadka rzecz u chudeusza,
- Co w książkach nie żył, nie bywał w łacinie,
- I tyle tylko wie, że ma do woli:
- Lub zginąć marnie, lub nie dać się doli.
- Ano, nie dałem! Niech będzie w tem chwała
- Trójcy najświętszej, co światem mnie wiodła,
- I onej gwieździe, co ze mną bywała
- A która sobie obrałem dla godła.
- Onać jest gwiazdą, co królom roztlała,
- Gdy pilno jadąc z trokami u siodła,
- Do Betleemu śpieszyli z pokłonem
- A z których Balcer jest moim patronem.
- Tak więc i teraz, o gwiazdo ty złota,
- Obświeć mnie z góry, com twoim jest sługą,
- Abym raz jeszcze przed końcem żywota
- Odprawił w myślach tułaczkę tę długą,
- Zanim mnie wicher śmiertelny pomiotą,
- JaŁ łódź strzaskaną burzliwą żeglugą,
- Na brzeg ów wieczny, gdzie oddać mam ducha...
- I żeby na tem nie siadła noc głucha!
- Bowiem jest wiele do ludzkiej pamięci
- W tem wędrowaniu polnego narodu,
- Co od swych pługów i siana użęci
- Porwał się szukać ogromnych mórz brodu.
- Tak rój marcowy nad gruszą się kreci,
- Kwieciem mniemając o kiście te lodu,
- Któremi szron jej gałązki ubiera...
- Rój spada, chwilę brzęczy, i umiera.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Jak raz był właśnie sam dzień Trzejkrólowy,
- I pewno u nas dzwonili we Farze,
- (Choć tu o świecie nie było i mowy,
- I zgoła nie wiem, czy są kalendarze.)
- Kiedy w czai ranny, przed barak portowy,
- Gdzie wprost z okrętu zagnały nas straże,
- Zaszedł dziwaczny tabor z szczękiem, z brzękiem:
- Długi sznur osłów i murzyn z bebenkiem.
- Osły gęsiego ciągły. Rosłe, siwe,
- Z ciemniejszym pręgiem przez grzbiet, kłapouchy,
- Do łyka miały przyplecioną grzywę,
- Co wydawało chrzęst dźwięczny i suchy.
- Zwierzęta drożne widać i stróżliwe,
- Nieskąpo takoż wyłożone brzuchy,
- U karków dzwonki, trzesidła, a z boków
- Głębokie kosze przypięte do troków.
- Przy osłach murzyn. Ten stary był, chudy,
- Prawie że nagi, bo tyle co pasem
- Szmaty związany przez biodra i ody.
- Drumle miał w zębach i w beben bił czasem,
- Więc co zabrzęknie w te piszczki i dudy,
- Osły w ryk za nim z okrutnym hałasem.
- I tak szła w kolej muzyka ta chórem:
- Drumla, bębenek i ośli ryk wtórem.
- Nuż baby w okna dziwować się! Zaczem
- Rozhukło w szopie od gwaru i śmiechu,
- Bo to u niewiast śmiech razem i z płaczem
- W jednym, wiadomo, chowane są miechu.
- A wtem wszedł starszy, zagadał z tłumaczem,
- I — w drogę żywo! Z wielkiego pośpiechu
- Ledwo ze ludzie manatki związali
- Jak byle, aby prędzej! Aby dalej!
- Wiec już i wołać nie trzeba tam było,
- Bo we drzwi jeden przed drugim się śpieszył,
- Tak to narodem do świata rzuciło,
- I tak się każdy odmianie ucieszył.
- Niebo się rankiem coś niecoś omgliło,
- Lecz teraz nagle grot górny je przeszył,
- I zalał blaskiem świat dziwny i nowy,
- Na który wszystkie podniosły się głowy.
- Santos się zwało miasto. gdzie nas zrazu
- Doniósł ów korab, który morzem pławał.
- Teraz, w mgle złotej, na podób obrazu
- Stało przed nami daleki: het kawał...
- Chcieliśmy bliżej, nie było przykazu,
- Więc drab zastąpił i ruszyć nie dawał,
- Tylko nas w oczy z tych blasków ubodły
- Wieże iglaste i śmigle, jak jodły.
- Miasto się zdało na milę obwodu,
- Albo i wiecej, bo słońce ślepiło
- Odbite w morzu, co szybą się lodu
- Zaiskrzonego dla oka czyniło.
- Z pagórów miasto zbiegało do spodu,
- Mury i domy ściągając pochyło,
- Morze zaś przeciw szło, i pluło piany
- Na płaskie dachy, na tamy, na ściany.
- Wokół świat dziwny, ogromny i świeży.
- Jakby go Pan Bóg dopiero co stworzył,
- Że jeszcze na nim ten jasny szmelc leży,
- Który swą ręką najświętszą położył.
- Radeby oko, lecz co się zamierzy,
- Już mu się nowy transparent otworzył.
- Wiec tylko wierzchem, tu, owdzie się trąca,
- Jak czajka, z wiosny nad łąką bijąca.
- Staliśmy tedy, niepewne wędrówce,
- Jakie z nas dola uczyni igrzysko,
- Aż z mgły port wyszedł złotej, i parowce,
- Bo my na górce byli, a brzeg nizko.
- Zbiły się w kupkę niewiasty, jak owce,
- Patrząc na ono słoneczne zjawisko,
- Z pod chust ściągniętych na czoło, jak w żniwa,
- Tak wielka była gorącość i żywa.
- Tymczasem wkoło obeszły nas draby?
- (Iż tam bez straży nie zrobisz ni kroku,)
- I dalej w kosze pakować nam baby,
- Dzieci, tobołki i torby obroku.
- Patrzę, aż Opacz w kosz lezie, że słaby...
- Chłop, jak tur! Chcieli wyrzucić go z troku,
- Ale narobił wrzasku, ze zaniesie
- Skargę, że był na flocie w Odesie.
- Nie chciał się starszy zbyt długo z nim bawić,
- Wiec machnął ręką i ruszać dał w drogę.
- Opacz też zaraz, by czem się zastawić,
- Stęknął, i zdrową rozcierać jął nogę.
- Splunąłem na bok, bom nie mógł przetrawić
- Złości, patrząc na. jakąś niebogę,
- Która, iż miejsca w póikoszkach nie stało,
- Między nas, chłopy piechotne, szła śmiało.
- Ale już murzyn na drumli dał hasło,
- I w bęben puścił pałeczki siekańcem.
- Ryknęły osły, aż w uszach mi trzasło,
- Tak się wiedziały a tym czarnym pohańcem!
- Kosz o kosz szturgnał, a w koszach zawrzasło.
- Dzieci w płacz, nuż je spokoić szturchańcem...
- Wtem tłumacz, co nas jako owce z pola
- Rachował, krzyknie: Dwóch głów braknie! Hola! -
- Spojrzeli wszyscy po sobie, jak owo
- W tym wieczerniku woskowe figury,
- Co kiedy Chrystus o zdradzie rzekł słowo,
- Obrócą oczy i patrzą się — który?
- I każdy siedzi z kręcącą się głową,
- Sam w sobie trwożny swej ludzkiej natury,
- A tylko Judasz, co zwąchał się z biesy,
- Patrzy w twarz Panu, a dzierży się kiesy.
- Rzuciłem okiem raz, i jużem wiedział?
- Żdżarskiego brakło i brakło Magiery!
- Osiem dni jeden przy drugim przesiedział,
- Do oczu skacząc, trzaskając w papiery.
- Zzieleniał Żdżarski, a Magier oszedział,
- W coraz się sroższe wbijając cholery,
- Aż nocą, straży uszedłszy poglądu,
- Jeden i drugi dał nura, do sądu.
- Jako wiec jagnię, macierzy gdy zbędzie,
- Głosem się w pole raz po raz obwieści?
- Tak i ów chudziak ogląda się wszgdzie,
- I trzęsie w sobie od srogiej boleści.
- — Ha, myślę, słabość mający na względzie,
- Na moim mieszku dwóch z biedą się zmieści,
- — Jakże ci? — Jasiek. — To trzymaj się poły
- I nie becz! Głodnyś? — Nie. — To bądź wesoły!
- I tak my z miejsca przystali do siebie^
- Jako przystaje szczep do płonnej gruszy.
- Boć to wiadomo, że w równej potrzebie
- Chleb jest dla ciała, a litość dla duszy.
- Niech kto chce serce pod popiół zagrzebie,
- Nieprawda! Małość jakowaś je ruszy,
- Odmuchnie, słońcu podstawi, zarosi,
- I znów je żywe i świeże człek nosi.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Chybnął się tabor na lewo, na prawo,
- By łódż, gdy wiosło odepchnie ją z brzegu,
- A ona luźną kołycha się nawą,
- Oboje burty maczając w pian śniegu.
- Mienią się chusty na słońcu jaskrawo,
- Tu kamizela, tam rańtuch w szeregu,
- By mak skraśnieje, tu sprzączka, by złota,
- W trzpień jałowiczy zatknięta migota.
- Aż się zmieszały te różne kolory
- I zaszły blasków słonecznych mgła lita;...
- Jako więc u nas w wiosenne nieszpory,
- Gdy dziewki kwiecia naniosą obfito,
- A to dym buchnie sinemi bisiory,
- I ołtarz błyśnie monstrancją odkrytą,
- Cały się kościół mży złotym tumanem,
- Z księdzem, z narodem, z ławkami, z organem.
- A gdy tak. patrzy w tę jasną srężogę,
- W której pagóry spłynęły z poniżem,
- I z trudna okiem rozeznać co mogę
- W tem migotaniu świetlistem a chyzem
- Horodziej z blasków wyszedł i tę drogę
- Wielkim w powietrzu przeżegnał nam krzyżem,
- I zaczął śpiewać — (głos trząsł się staremu)
- ...Kto się w opiekę poda Panu swemu! -
- Buchnęło pieśnią, by ogniem po strzesze,
- Bo wszystkie głosy zaniosły się społem.
- I tak, śpiewając, ciągnęły te rzesze,
- Za onych jasnych nadziei aniołem,
- Każdy się w swojej fundując pociesze,
- Z dolą rad śmiałem potykać się czołem,
- Jakoby za nim tysiączna szła siła...
- Taka w tej pieśni moc i dufność była!
- Zagfały echa. Szedł naród wsłuchany
- W muzykę wietrzną, co głosy udaje.
- Zrazu się pędem trąciła o ściany
- Skał, zaś odbita o świata okraje
- Wróciła, wpadła w jar, Jako w organy,
- Grzmi, huczy, zaczem wzdychając — ustaje,
- I w cichość spływa pod niebem wysokiem...
- Więc chrząkną chłopy i ruszą się krokiem.
II [edytuj]
- Droga nam w góry poszła, Wązka szyja
- Pomiędzy skały kręciła się jarem.
- Trudno tam nogą próbować bez kija,
- Bo kamień lużny, obrosły wiszarem,
- Ledwo go chybniesz, z posady się zbija,
- I leci w przepaść, nakrytą oparem,
- Z którego syczą źródliska jak węże,
- A żaden dna tam, ai gruntu nie sięże.
- Więc ten podolny lud wielkie miał dziwo,
- Właśnie, jakoby świat poszedł na nice...
- U nas chłop sterczy na okół nad niwą,
- O czapę całą nad żyta, pszenice.
- O staje widać sukmanę tam siwą
- Skroś pól, skroś łęgów, po boru granice;
- A tu się ziemia wybija nad człeka:
- On w dół, a ona pod niebo ucieka.
- Tubym rad piórkiem złoconem malował
- One to farby i kształty dziwaczne...
- Te pnie obrosłe, leżące napował,
- Te piętra skalne, pod chmury aż znaczne.
- Alem ja prostak w miasteczkum się chował,
- Gdzie świat sam gada o sobie gdy zacznę
- 0d kuźni — aże do Rynku i Fary...
- A na te cuda brak w głowie jest miary.
- Rośnie gwar, tupot. Hej, imak się gada
- Na wolnem polu, ni jęli tam w szopie!
- Rzeźwo się w duszy poczuła gromada,
- Kiedy tak kupą chłop ruszył przy chłopie.
- Rolnym narodom zamknięcie nie nada.
- Tak było zaraz po świata potopie:
- Chłopy budować, a Pan Bóg swą mocą
- Gruch wieżę o ziem! — A ona wam poco? -
- To słyszę, do dziś kamieni tam kupa
- Leży, i godny szmat ziemi nakrywa:
- Ludzie nie biorą, bo z tego chałupa
- Nie trzyma pionu i zawsze jest krzywa.
- Gadają, jeden tam grunty wykupa.
- I role one z pod gruzu dobywa
- ÂŹydkom na wioski, i szlachta z nich nową
- Myśli fundować. Lecz podrwił ów głową.
- Szlachta dawnością stoi. Tak od śliny
- Nikt nie wytrząśnie z rękawa szlachcica.
- I złe, i dobre wybiły godziny,
- Różny szedł światem czas i nawałnica,
- Zanim to zeszło z praojców na syny.
- Scheda je mocna, mocnego dziedzica
- Potrzebujaca; a piąty, dziesiąty
- Nie strzymał, i dziś po nim puste kąty.
- Szlachectwo idzie od gniazda do gniazda,
- Jako płonąca wić w górach Karpatach.
- Alem ja prostak, w miasteczkum się chował,
- Gdzie świat sam gada o sobie, gdy zacznę
- Od kuźni — aże do Rynku i Fary...
- A na te cuda brak w głowie jest miary.
- Rośnie gwar, tupot. Hej, inak się gada
- Na wolnem polu, niżeli tam w szopie!
- Rzeźwo się w duszy poczuła gromada,
- Kiedy tak kupą chłop ruszył przy chłopie.
- Rolnym narodom zamknięcie nie nada.
- Tak było zaraz po świata potopie:
- Chłopy budować, a Pan Bóg swą mocą
- Gruch wieżę o ziem! — A ona wam poco? -
- To słyszę, do dziś kamieni tam kupa
- Leży, i godny szmat ziemi nakrywa:
- Ludzie nie biorą, bo z tego chałupa
- Nie trzyma pionu i zawsze jest krzywa.
- Gadają, jeden tam grunty wykupa.
- I role one z pod gruzu dobywa
- ÂŹydkom na wioski, i szlachta z nich nową
- Myśli fundować. Lecz podrwił ów głową.
- Szlachta dawnością stoi. Tak od śliny
- Nikt nie wytrząśnie z rękawa szlachcica.
- I złe, i dobre wybiły godziny,
- Różny szedł światem czas i nawałnica,
- Zanim to zeszło z praojców na syny.
- Scheda je mocna, mocnego dziedzica
- Potrzebująca; a piąty, dziesiąty
- Nie strzymał, i dziś po nim puste kąty.
- Szlachectwo idzie od gniazda do gniazda,
- Jako płonąca wić w górach Karpatach.
- Jeden z nią padnie, to drogi z niej gazda
- Ognia zachwyci i dalej po bratach!
- Leci buława wierchami jak gwiazda...
- A trafi w dziada, co w zeszłych jest latach,
- To pod dach własny dziad ognia poddawa,
- Ażeby na nim nie siadła buława.
- My to ta wszystko, podlasiaki znamy!
- Choć tam podrobiła szlachta, co zagonem
- We trzech się dzieli a orne ich błamy
- I pies — rzekają — nakryje ogonem...
- Przecie nieprawda!... Bo przestąp-no bramy,
- Zara cię inszym obleci zakonem,
- Zara duch inszy z szarzyzny wyświeci,
- Zara wiesz, ze to cości od waszeci!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem raźno i z dobrą otuchą
- Lud idzie. Dokąd? — Nie pyta, nie bada,
- Kontent, że z toni wypłynął na suchą:
- Jeden drugiemu to, owo powiada,
- Baby też sobie, ta w głos, ta na ucho,
- Jak to w gromadzie... Tu rada, tam zwada,
- A niemówlątek gruszenie i śmiechy,
- Nad wszystko sercu dodają pociechy.
- Horodziej poprzód ruszył. Kijem puka,
- Osłabłym oczom naddając i nodze.
- Nikt przed nim kroku pierwszego nie szoka,
- Bo każdej kupie potrzebne są wodze.
- Podejdzie który, to stary wnet fuka:
- A czego leziesz? A pilnuj się w drodze!
- A za starszymi, za krzyżem idź pańskim,
- Za lądem, nie za porządkiem cygańskim!
- Alem ja pilno przymykał się bokiem
- Ku tłumaczowi, co swego miał muła,
- I poświstując, to stępią, to krokiem
- Jechał, jak sotni naszej asawuła...
- Miałem ci świat ten odkryty przed okiem,
- Ale ciekawość po żebrach mnie pruła,
- Żeby śię zwiedzieć wnętrznego zwyczaju
- I przyrodzenia, co duszą jest kraju.
- Więc my tam z sobą w rozmowy się dali,
- Iż polityczny był człek, i bywały.
- Ściągnie ów uzdy i cygar zapali
- I puści w kółka dym gęsty i biały...
- Nuż ja, fajeczkę z zanadrza i dalej
- Pykać! A tytoń miałem doskonały,
- Kupiony w szopie (choć niema co chwalić),
- Od urzędnika, co strzegł, by nie palić.
- Jakby mi miodem po sercu kapało,
- Gdym cmoknął krótki cybuszek wiszniowy,
- Który na drogę matczysko mi dało
- Z kapciuchem. Kapciuch byt żółty, irchowy.
- Tuż przy mnie chłopię Żdżarskiego dreptało
- Z głową zadartą, słuchając rozmowy,
- Tak lekkim krokiem szliśmy, a cień mały
- I krótszy coraz opadł ze skały.
- — Brazylja — mówił tłumacz — od zórz słońca
- Kraj morski, a zaś rzeczny jest z zachodu.
- Tam Amazona, do morza ciekąca,
- Granicą broni suchego przechodu,
- Z gór, co samego sięgają miesiąca,
- Pędząc na oślep, bez mostu i brodu,
- Jak w działa, huczy w wielkie wodospady...
- Trzem takim Wisłom, jak nasza, da rady.
- Ta górą kraju ciecze. A w pomorze
- Dolne, iż ziemia tu środkiem garbata,
- Druga kraj woda na wiele mil porze
- I srebro pławi, a zwie się Laplata.
- Pług tutaj nizin zbyt mokrych nie orze,
- A tylko pastwa dla trzód jest bogata.
- Zaś bliżej w ocan, chwost kreci jak liszka,
- Ogromna rzeka świętego Franciszka.
- Gór znacznych, w kraju dość. Te "sery" zową,
- Różne ku temu przydając przezwiska.
- Co zda się słusznem. Bo ziemię surową
- Najpierw tam ciepłe ogrzeją bagniska,
- Potem się wody z nij} zcedzą, a ową
- Miazgę, jak twaróg, tak słońce wyciska,
- Aż ztęgnie, stwardnie, i czuby, jak szydła
- Postawi. Właśnie, jakby ser z tworzydła.
- Te, gdzie nam droga idzie, blizko morza,
- Zwą "Sery do mar", niby! Morskie sery.
- Głuche tam paszcze i ciężkie bezdroża,
- W których, zwierz różny ma swoje kwatery.
- Ale to ledwo, że pierwsze podnóża...
- Za niemi trzykroć, a nawet i cztery,
- Większe są góry; a Pan Bóg tam półki
- Pod niebem stawia na one gomółki.
- Lud czarny ziemi tej jest przyrodzony.
- Ten luzem żyje od rodu do śmierci,
- Różnym kolorem od siebie znaczony,
- Jak konie, maścią, lub nieme te sierci...
- Są w nim mulaty, terc, i kwarterony,
- Czarne, półczarnme, aż się i na ćwierci
- One mieszańce liczą. Właśnie prawie,
- Jak dworskie owce, gdy myją je w stawie.
- Brazylia z różnych mianuje się części,
- Które tu "stany" zowią. Tych jest siła.
- W jednych się Niemcom od dawnych lat szczęści,
- W drugie rząd teraz lud polski dosyła.
- Prawo jest; ale że głównie na pięści,
- Bo sąd daleko, a droga zawiła.
- Który porządek niezgorszy się zdaje
- Na te, niepewne tak, i świeże kraje.
- Więc świat tu górny, i leśny, i wodny,
- Wszelkiego dobra zadosyć ma w sobie,
- Że z lada ziarna już plon będzie godny,
- Choć ziemię ledwo patykiem poskrobie...
- Tyle, że pracy i rąk ludzkich głodny,
- W pustce swej leży, by w ciężkiej chorobie,
- Z której by powstać mógł, trzeba mu bicia,
- Młotów, kos szczęku, huku siekier, życia!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Wtem, gdy tak prawim, krzyk! Patrzę ja, co to,
- I ręką oczy zastawiam od słońca...
- A tu przeciw nam, ta ciężką żorotą,
- Kupa bab z dziećmi wędruje płacząca.
- Tobołki niosą, a idą piechotą,
- Omdlewające z pożaru gorąca,
- Nawpół oślepłe, z stopami krwawemi,
- Za ręce wlokąc dzieciątka po ziemi.
- Zaraz umie tknęło: Nasi! W końcu świata
- Poznałbym takie odzieże i lica...
- Odzież, co prawda, nie była bogata,
- Ledwo się grzbietów ta biała tkanica
- Trzyma i wisi — tu łata, tam szmata,
- Jak gdy z szaraka lenieje turzyca...
- Aż wtem i cała owa kompania
- Zakrzyknie: — Stójcie! Stój!... Jezus Marya!
- — Toć nasi! Ludzie! A czy was pioruny
- Niebieskie biły?... Czy siła nieczysta
- Pędzi was tutaj po deski do truny?...
- Toć piekło żywe jest!... Kraj antychrysta!
- Jeśli wam żywot miły i fortuny,
- Wracajcie do dom! Do dom się, jak glista,
- Choć ziemią, kopcie! To nie dla człowieka
- Kraj jest! Kto nie trup jeszcze, niecą ucieka! -
- Mówią i płaczą rażeni. Szloch i słowa
- Lecą, jak grad ów, który z deszczem leci,
- Gdy kaszą sypnie zadymka marcowa.
- Do płaczu matek przydają wrzask dzieci.
- Chciał murzyn minąć, lecz kupa go owa
- Ścisła. Tak krzyczym: — Stać! Stać! — Drugi, trzeci,
- Przed tabor rzuci się, do ostów skoczy,
- Osły w ryk, a ów — pięścią miedzy oczy!
- Stanęlim. Minąć nie było i rady,
- Bo droga ważka i w górę się pnąca.
- Tłumacz się jakoś nie śpieszył na zwiady,
- Muł wierzgał pod nim z srogiego gorąca
- I z much; wiec dalej ja do tej gromady I
- A iż rzecz każdą zaczynać trza z końca,
- Rzekę: — Pochwalon! A skąd-że wy teraz?...
- — Na wieki! — krzykną baby. — Z Minasgeras! -
- — Co za czort taki? — pytam. Na to baby:
- — Ziemia je, powiat, kopają tam rudy! -
- — Któż was tam wprawił? — A kto, jak nie szwaby!
- Kręcił się jeden, jak Judasz ten rudy,
- Aż wyprowadził het precz całe Graby. -
- — To wyście z Grabów? — Z Graińakiej my Budy.
- Jedność to zdawna była, ale że się
- Pożarli teraz o zbierkę po lesie. -
- — Więc cóż? — A cóżby?... Zaguba, i tyle! -
- To baby ciężkim zaniosą się płaczem.
- — Dołów za nami rachować na milę,
- Tak mogiłkami, bez krzyżów, ślad znaczem...
- Chcieliśmy z skargą... Nie w naszej to sile!
- Gdzie, kogo patrzeć o krzywdę, i na czem?...
- Ot, spłynąć łzami do morza, jak Wisłą...
- — A chłopy? — Chłopów w rudniku przycisło!
- — Diaboga! — krzykniem, i nagłym się ruchem
- Głowy zachwieją w przeciwne dwie strony.
- Aż za tym głosu wielkiego wybuchem
- Szmer lekszy idzie i barzej tłumiony,
- Wzdychań i szeptów niesiony podmuchem...
- Tak dzwonnik — szarpnie naraz, wszystkie dzwony:
- Hukną, — zaś sznurów targając lekuchno,
- Trąca je ciszej coraz, aż zagłuchną.
- Dopieroż pytać: Jak było? Gdzie? Kiedy?
- Tfu! Prędzej dostałby u gęsi wody,
- Niźli porządku u babiej czeredy!
- Wszystkie gadają naraz, na wyprzody,
- Każda z inszego końca, do swej biedy
- Rzecz ciągnie w stronę, i do swojej szkody,
- Wtem krzyk nad insze... Dreszcz każdego włoska
- Uczułem w krzyku tym: — O Matko Boska!...
- Jako więc z gniazda, gdzie drobiazg bezpióry
- Próżno się broni przed szponem sokoła,
- Piskliwa wrzawa bije, — a wtem, z góry,
- Szerokie, przez wiatr, skrzydłem pisząc koła,
- Macierz zakrzyknie, a krzyk pójdzie w chmury,
- I strach śmiertelny na okół obwoła,
- Tak się z tej wrzawy głos jeden niewieści
- Wybił, okrzkiem matczynej boleści.
- Spojrzę, i nagle z przed oczu mi kupa
- Cała znitnęła, a w oczach ta jedna...
- Szeroko, nakształt krzyźowego słupa.
- Otwarła ręce w niebieskie bezedna,
- Blada, że oczy zawrzeć, i za trupa...
- Z głowy chuścina opadła jej biedna,
- Ubiory na niej ni chłopskie, ni pańskie,
- Szlacheckie niby, a niby mieszczańskie.
- Stoi, a cała tak zdaje się drżąca,
- Jak ta osina, co w ciszę liść rucha...
- Wzrok wbity w oną słoneczność jarzącą,
- Jakby to była noc czarna i głucha.
- Włos siwy powstał, znać myśli się mącą.
- — Stasiek! — zakrzyknie... I urwie, i słucha...
- I znowu: — Stasiek!... — A głos był wnętrzności
- Rodzących, i szedł mrozem między kości.
- Jak w podniesienie, tak cichość powiała,
- A ona, sercem bijąca w tej ciszy
- Zaklaśnie w ręce, ku ziemi się cała
- Przychyli... — Słyszy!... — zaszepta. — On słyszy!
- Skroś ziemi słyszy matkę! Bogu chwalą!
- Oddycha. Jeszcze... żyw jest... jeszcze dyszy...
- Wtem się zaniesie: — Na Chrystusa, rany,
- Ratujcie!... Syn mój!... Żywcem pogrzebany!...
- Padła. Jak kiedy wiatr zmiesza obłoki,
- Bystremi pióry lecący po niebie,
- Tak mi się w oczach świat zmienił szeroki,
- I takem nie mógł odnaleźć sam siebie.
- W błyskach i w kirach, ciężkiemi tam kroki
- Odszedłem, matko nieszczęsna, od ciebie,
- A serce moje zczerniało w tej chmurze,
- I miałem w gardle krzyk przeciw naturze.
III [edytuj]
- Już góry, jakby nocy czyniąc przyjście,
- Odstały od nas w przeciwne dwie strony*
- Grunt upuszczając za sobą faliście,
- W głębokie jary i w górne wygony;
- Już zaszumiały ogromnych drzew liście,
- Któremi świat tu z naczęcia sadzony,
- I świeżość nagłym obdała nas chłodem.
- — Pinhero! — krzyknął tłumacz, skoczył przodem,
- I trzykroć na wiatr, wypalił z krucicy...
- Psy nic oszczekły gdzieś raz, drugi, trzeci.
- Lecz nic nie widać było w tej ciemnicy,
- Bo noc za słońcem bez zmierzchu tam leci.
- Hak tylko grzmotnął, i po okolicy
- Biegł, podrzucany, jak piłka przez dzieci...
- Zmieszał się tabor. Zgiełk, wrzawa, wołanie.
- Tak bocian w loty bije, nim ustanie.
- Ale najgłośniej krzyczał Opacz: — Djabli
- Z takim artielem! Z takim rządem w drodze!
- O głodzie pędzą... Gorzałkę zagrabli...
- Jak gąsior w kojcu siedzę, cierp mam w nodze.
- Stójcie, co zlezę... Hej, Pablo, czy Pabli!...
- Pastoj, psi synu, co nogę rozchodzę...
- Czort wasi... Ratujcie!... Na żyłę mi suchą
- Cierp trafił!... Stój psie, zakuty na głucho! -
- Lecz darmo wołał. Głos ginął w tupocie
- Nóg, kopyt, w wrzasku ryczącej kapeli.
- Gdy wtem skry buchną w tej gęstej ciemnocie
- I ogień słupem przed nami wystrzeli.
- Zajarzy łuna, a w łuny tej złocie
- Wyręb się znaczny przed nami rozbieli,
- Z którego bije czerwoność ogniska,
- A dym wybucha w iskrzate mietliska.
- Tuż na piekielnym onym transparencie
- Gmach dość potężny pokazał swe mury,
- Jakby z pod ziemi wyrósł na zaklęcie...
- Ten mi się wydał wątpliwej natury,
- Więc tylko patrzę, czy wszystko w momencie
- Nie zniknie, ognie te, i te struktury,
- Kiedy wtem, z piskiem, rój się nietoperzy
- Porwie i ślepym lotem w nas uderzy.
- Pojrzę... Tfu! Czyli pokusa mnie mami,
- Czy urok? Skacze u ognia szatany,
- I bodą kocieł długiemi widłami...
- (Piekła tak obraz bywa malowany.)
- Baby w krzyk: — Jezu! Zmiłuj się nad nami!
- Ścisną się chłopy w kupę, jak barany,
- Zmilkł nagle Opacz, i między toboły
- Wkopał się z głową, już martwy na poły.
- Tak w zastraszonym i zbitym my tłumie
- Podeszli pod te brony, pod te mury,
- Co stały nieme, jak gdyby po dżumie;
- Echo dał tykko okólnik ponury,
- Na znale, ze ludzi, cnoć cadzycc, rozumie.
- Skoczą brytany, zaostrzą pazury,
- Warkną przeciągle, wtem mały kaganek
- Błysnął, od skrzydła niesiony przez ganek.
- Razem zgrzytnęły zamki, a przed nami
- Stanęła postać dziwaczna i nowa:
- Kapelusz na łbie z wielkiemi kresami
- W górę, z pod niego wychyla się głowa
- Związana chustą, a długiemi końcami.
- Twarz w błyskach ognia sierdzista, surowa,
- Kożuch na, wywrót chwycony z prędkości,
- Nos sępi, reszta ginęła w ciemności.
- — Ki djabeł? — myślę. A ów głosem! — Na tu!
- Na tu, sobacza duszo!... A do nogi!... -
- Tak krzyknę: — Hej, hejl Po jakim to światu
- Wiatr ludzi nosi, i przez jakie drogi!...
- Więc ów: — A wiatr ci, wiater!... Daj go katu!...
- I splunie ślinę, i was zjeży srogi,
- I głową trzęsie patrząc w nas. Aż doda:
- — Oj kołewata!... 0j głupia wy trzoda!... -
- Wtem skoczy tłumacz! — Gdzie partia? — Wysłana.
- — Jak, gdzie wysłana? — A w puszczę. — I kiedy?
- — A dziś ich ze stu wywlekło się z rana. -
- — Stu?... Pięćset było! — Nie będzie tym biedy...
- Już im tu ziemia na amen nadana! -
- Podniósł brwi tłumacz, wzrok spuścił — No, tedy -
- Rzekł skubiąc bródkę — dać ludziom wieczerzę,
- I czekać aż ich komisja zabierze. -
- Zawrócił, pięty mułowi wbił w boki,
- Dłonią go klasnął rozgłośnie przez kłęby,
- Krzyknął nam: — Z Bogiem! — I z miejsca wpadł w mroki,
- Bo już noc szczera nakryła wyręby,
- Wtem strażnik: — Dalej! Odpinać tam troki!
- Czego stoicie, otwarłszy te gęby,
- Jak wrota? Tutaj nie pora na dziwy.
- Pilnuj się każdy sam, pókiś jest żywy!
- Nie wyszedł pacierz, a z kotła już jadło
- Dymi, klekoce, kłębuje, wypryska,
- Duch się rozchodzi, bo czujne w niem sadło.
- Skaczą murzyny poddając ogniska,
- Babie się koło po ziemi rozsiadło,
- Gwarzą, i tylko ubogie dzieciska
- Posuwy we łzach po długiem płakaniu.
- Matki je na mchów składają posłaniu.
- Mogliśmy w izby, lecz wszystkim się zdało
- Pod niebem raźniej, niżeli pod dachem.
- Z kotła też mile po sercu głaskało
- Wyczczony naród wieczerzy zapachem.
- Luda się wokół, jak wody rozlało,
- Hukają młodzi, i prędko ze strachem
- Obywszy duszę, wpadają do lasu,
- Krzyczą, pisk dziewek przydaje hałasu.
- A wtem mnie strażnik trąci, i tak rzecze:
- — A czy was tutaj choroba przywlekla?
- Widzę, żeś mędrszy w tej kupie, człowiecze.
- Więc ci powiadam: Grzęźnięcie do piekła!
- Cud boski, kto się z tej dziury wywlecze,
- Bo febra tu jest zjadliwa i wściekła,
- Co więcej naszych, niż tysiąc, wygniotła...
- Mówię ci, gniewu bożego jest miotła! -
- Tak chwycę ja się pytać, ale stary
- Już ruszył. Tabor obchodzi do koła,
- Po którym ognisk płonęły pożary,
- By zwierza straszyć i wszelki gad zgoła.
- Za nim brytany dwa ogromnej miary
- Węszą... Ów głosem raz poraz obwoła:
- — Dokładać chrustu, a zlecać się Bogu,,
- Bo na śmiertelnym stoicie tu progu! -
- Zaczem się czynić zaczęła noc głucha.
- Nakryło ziemię zniżone sklepienie,
- Zatrwożonego w głębinach swych ducha,
- Tu, to tam, słychać strzeliste westchnienie,
- Zatrzeszczą ognie, snop iskier wybucha,
- I znowu wielkie, szerokie milczenie.
- Tylko po drzewach wiatr górny gdzieś chodzi,
- Zarusza borem i jęk w nim rozwodzi.
IV [edytuj]
- Hejnał! Hej, nie ten, którym w Częstochowie
- Jutrzenkę z wieży witają zaranną,
- Gdy w bławatkowych gwiazd wieńcu na głowie
- Idzie, sypiąca z rąk blaskiem, jak manną,
- Trąba to raczej, którą aniołowie
- Dzień sądu straszną otrąbią hozanną,
- Na cztery świata wołając rozłogi:
- ...Żywi! Umarli!... Wstawajcie na nogi!...
- Zrywa się tabor. Widziałem raz w kramie
- Obraz*, i długo patrzyłem nań z proga:
- Żołnierstwo jakieś, przy miejskiej się bramie
- Kąpa na rzece. Wtem bębny i trwoga.
- Jakże się chwycą!... Tu pleco, tam ramię,
- Tu ud, tam ręka, tu głowa, tam noga,
- Za broń, za, szmaty, za tarcze, postoły,
- Ten oklep na koń skacze, choć je goły...
- A taka ci w tem sprawa, takie życie,
- Jakbyś krzyk słyszał, i szczęk, i wołanie,
- I onych pulsów i żył widział bicie,
- I tchów tych prędkość i koni parskanie...
- Toż i my tak się porwali o świcie,
- Patrząc, rychłoli u bramy los stanie
- I krzyknie "Straża!" A ty się do boju
- Czuj, wędrowniku, i nie śpij w spokoju!
- A świat był oczom cudny. One wrota.
- Puszczyńskie, w zorzach przed nami stojące,
- Jako więc brama czyniły się złota,
- Kiedy je przetwarł wiatr bystry na słońce.
- Już tam jak w skarbcu zaklętym migota,
- Już biją tęcze barwami grające,
- Już kwieci rajskich, woń, już wieją chmury
- Ptactwa, w Jutrzence maczanemi pióry.
- A wszystko nowe, dziwne, jak przyśnione
- W noc świętojańską gdy kwitną paprocie.
- Wiec już tam oczy byiy zachwycone,
- I już tonące w tych blaskach, w tem złocie.
- A naród cały tak rwało w te stronę,
- Jakby mu wnet tam miał liczyć kto krocie...
- Horodziej nawet w otwarte szedł dźwierze
- I na wschód patrzał, szeptając pacierze.
- Gromadą chłopy runęły na bory
- Szumiące w swojej porankowej, krasie,
- Kiedy to blaski mżące i kolory
- Migają sobą, jak w jedwabnym pasie.
- Świsty, prześwisty, tukania, klangory
- Biją ci z onych kniej, a w tym hałasie,
- Nagle gdzieś głucho, przeciągle zdaleka,
- Zwierz kędyś ryknie, zawyje, zaszczeka,
- Alem ja sobie pomału obchodził
- Gmach ów, zważając postawne te mury,
- Które, choć czas je conieco uszkodził,
- Choć tam i kroksztyn wyruszył niektóry,
- Przecie się jeszcze na pański dwór godził.
- Wtem strażnik: — Myszy tu dzisiaj i szczury.
- Niedługo resztki pozłoty się zedrą...
- A gmach cesarski! Stawiał go Dom Pedro!
- Na łowy zjeżdżał tu, że bory blizko.
- Mieszkiwał nawet czasem od przygody,
- Ale że było podziemne źródlisko
- I w fundamentach zaczęły bić wody,
- Więc febry dostał podeszłe panisko...
- Tak odtąd, już tu ni wina, ni miody
- Nie ciekną. Już się nie pieką jelony.
- Ba! Sam Dom Pedro zbył dawno korony!
- To gmach oddali na emigracyją.
- Dom emigrancki. Tak go tu przezwali.
- Przyjdziesz? Wikt dadzą, ściel; aż komisyją
- Rząd przyśle, która cię znów papchnie dalej...
- Mory po tobie, jak po bębnie biją,
- Ale parada jest! To w jednej sali
- Trzysta się chłopa zmieści, póki z bagna
- Śmierć nie wylezie i w rów ich nie zagna.
- Czekaj waść jeno! Sam doznasz na sobie.
- Tfu, na psa uroki — Splunął, nosem prycha...
- — Wnet ci gnić zaczną wątpia, wnet w wątrobie
- Kolki zaczniesz, czy inszego licha.
- Jałowcem ja tu kadzę, cierzniem skrobię,
- Żeby jak — na nic! Trup trupa wypycha...
- Zaraza toczy mory te, te belk...
- Ale cesarski pałac! Honor wielki!
- Krew mu w twarz buchła. — A żeby choroba
- Z takim honorem! Tfu! Siedzę, bo muszę,
- I nagłe: — Co Waść?... Tak mi się podoba,
- Więc siedzę! Ale niechno ja się ruszę,
- To i Dom Pedro, i ja, i my oba... -
- Ta zmącił mowę w jakiejś zawierusze
- Słów, której niktby nie rozebrał wątku,
- Bo ani końca w niej, ani początku.
- Taki już rozum miał. Dobry do chwili,
- Że o czem nie bądź chcesz, możesz się zgadać;
- Aż nagle w nim się ta szala, przechyli
- I w jakiś dziwny mat zacznie upadać.
- Już rwie te mowę, już błąka się, myli,
- Już nie wie, jak te myśle ma poskładać,
- A tak ponurej, złej czyni się twarzy,
- Jakby stał piekłu samemu na straży.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tak dnie mijały, a rząd działy zwlekał.
- Jako więc ulgnie wóz w ciężkie roztopy,
- Tak my ulgnęli tam. Darmo lud czekał,
- Żeby już orać na własne te kopy...
- Gorzko więc naród na zdradę wyrzekał,
- I już się burzyć zaczęły precz chłopy.
- Tak piwo, długo stawszy w ciepłej kadzi,
- Chmielem z niej buchnie i czopa wysadzi.
- Najpilniej było Mazurom. Tych rojem
- Wodził za sobą Szaława. Chłop tęgi,
- Ociętny w gębie, językiem, by krojem
- Szedł w rzecz i żadnej nie ścierpiał popręgi.
- Przy nim stał Zięba Wawrzon, razem z swojem
- Krewieństwem, obaj Dudkowie, Bak z Łęgi,
- Jan Koźbiał, Ćwiroń, Włodarczyki, Żmura,
- I insza luza mazurska niektóra.
- Młode to było, szerokie, żywot mniski,
- Wiadomo, takiej nie płuży komendzie.
- Więc to tam różne szły szepty a spiski,
- I miarkowałem zaraz, że coś będzie.
- Płotem szli, kupą siadali do miski,
- Gwizdając w zęby, jak w puste żołędzie,
- Kiedy porady jakowe szły w kole...
- Jak źrebce, tak to wszystko rżało w pole.
- Więc u ogniska, posiadłszy na ziemi
- Wzdychają chłopy i zwieszą w dół głowy,
- — Toćby już pora za wołmi siwemi,
- Za pługiem huknąć na gaje, dąbrowy...
- Na kamień nas ta głuchota oniemi...
- My tutaj siedzim. Jak w dziuplu te sowy,
- A tam ci ziemia aż pachmie zdaleka,
- Aż dusza do niej wylata z człowieka!
- — Małośmy czasu zmarnili w baraku?...
- A tu znów insze szykują fortele...
- Tej komisyi ni widu, ai znaku,
- Co miała grunty mierzyć. Jakieś trzmiele
- Wodzą lud, miodu puszczając dla smaku..,
- Przytułki, djabły, gospody, hotele...
- A co mnie hotel?... To dobre dla miasta,
- Dla panów... Ja chłop, gruntu chcę, i basta!
- — Potom tu przyszedł, potom świat zwędrował,
- Potom się rzucił. Jak ryba we wodę,
- Chatęm poprzedał, dobytek zmarnował,
- A oni mi tu przytułek! Gospodę!...
- Lud w sobie duszę aż do krwi zmordował,
- Wiek przejdzie, zanim zażywi tę szkodę...
- Z wiosek wypłynął do morza, jak rzeka...
- A oni mi tu gospodę!... Niech czeka! -
- Steknął Pietr Bandys, iż zdjął go żal srogi,
- Stęknęli insi, pojrzawszy po niebie...
- Lecz Maciek Tatar powstawał na nogi:
- Ten rzadko gadał, a zawsze w potrzebie.
- — Głupi — rzekł — leci, a patrzy, dość drogi
- W pozad ma. Mądry zaś patrzy przed siebie.
- Radby chłop światu, ino żeby jaszczem
- Jagły nosili za nim, abo z barszczem!
- Za szyszkę u mnie, i nawet nie za to,
- Kto się w pół drogi swej puszczać chce sprawy.
- Dwa razy traci, kto płacze za stratą,
- A kto wyciąga źdźbła, ten nie ma trawy.
- Czas cierpliwemu dokłada łopata,
- A zbytni pośpiech ma worek, dziurawy.
- Dobreć są ręce do pracy gdy skore?
- Lecz i słonina wadzi, jak nie w porę.
- Czekać, to czekać! A cóż ty, człowieku,
- Inszego robisz od rodu na świecie?
- Z małości — czekasz lat swoich i wieku,
- O którym nie wiesz, czy dojdzie ci w kwiecie.
- Zaś czekasz, ćwieka wbijając po ćwieku
- W ostatni dom twój, czy rychło cię zmiecie
- Śmierć pierwoiodna. A noc, i zaranie,
- I żywot cały — co?... Na grób czekanie!
- Mówił tak zwolna, i kijem w polano
- Uderzał, które wypadło z ogniska,
- I dusił iskry. Aż głownię obraną
- Ze złotych kwiatów, jakiemi żar pryska,
- Kopnął, wbił w popiół, i choć już strzaskaną
- I czarną, jeszcze ją butem przyciska,
- Tłoczy, aż ostrym oddala dech swędem...
- Wtedy siadł, i po chłopach pojrzał rzędem.
- Milczeli. Wreszcie zagadał Szaława:
- — Mądrze, bo mądrze gadacie, mój kumie!
- Jak z książki. Ale nie chłopska to sprawa!
- Co mi po całym tym kramie i szumie,
- Kiej ani słomy, ni ziarna nie dawa?
- Na jednej książce, chłop niech się rozumie:
- Na roli! I dość! Ja znam swoje pole.
- A rabin — dobry jest w żydowskiej szkole.
- — Rabin? — Zakrzyknie Łuka. — Ja z rabina
- Kpię, jak i z tego pachciarza Chaima...
- Kupił raz rzepak o mnie Chajm Drabina,
- Ja mierzę, a ten — halt! Że ćwierć nie trzyma...
- Nie trzyma? — rzekę. — Niech leży! — A glina
- Świeża w klepisku była. Idzie zima,
- Nic. Żyd po rzepak, a tu kożuch na nim...
- Tak do rabina... — Co z takiem gadaniem!
- Przerwie Hnat Józef. — Nie o tem tu rada,
- Ino, cobyśma na jedno się zdali!
- Chłop ci nie siła, a siła — gromada! -
- Wtem Ćwiroń: — Co go? Podwójcim obrali?
- Sołtysem? że tak od gromady gada? -
- Ujął się w boki: — Dość nam tych mądrali,
- Co mnie tu próżno siedzieć za niewola?...
- Od siebie rajcuj, a odemnie — hola!
- — Racja! — Mazury wrzasną, aż zachrzęści
- W uchu. — Co próżno będziewa czekali?
- Do miasta pójdźwa! Niech na nas te części
- Rozpiszą, co nam gdzie gruntu nadali!...
- Nuż dmuchać w wąsy, nuż zrywać się gęściej!
- — Drogą my przyszli, drogą pójdziem dalej!
- Niech czeka, komu się czekać lubuje...
- Nas dość! Wieś z chłopa jednego zbuduje!
- — I z baby! — krzyknie któryś z śmiechem. — A ci:
- — No, to i z baby! Nie będzie kłopotu!
- Jeszczeć na. grzędzie nie zbraknie tej naci!
- Nie posiej, i tak wyrośnie u płotu! -
- Wtem Bugaj powstał i rzecze! — Pal kaci!
- Za wiatrem plewa! — I jak u omłotu
- Schylił się, nabrał dechu pełne trzewy,
- I wzdąwszy gęby dmuchnął, niby w plewy.
- Szaława głową rzucił, aż magierka
- W tył mu uciekła. (Urodę miał czarną.)
- — Jeszczeć niewiada — huknął — kogo ścierka
- Wymiecie tutaj! Kto plewa, kto ziarno!
- Rzuć kości! Pokaż czyja lepsza bierka! -
- A już Mazury do niego się garną...
- Lecz Bugaj, palec kręcąc suchożyły,
- Jak śrubę, rzecze zwolna — Sza-ła-wi-ły!
- Zaczem powstała wrzawa. Setne głosy
- Biją w powietrze, mieszaią się, kłócą...
- To w jedną stronę szumiące. Jak kłosy
- Za wiatrem, to jak kiedy w trójkę młócą.
- Bije dwóch równo ziarniste pokosy,
- A trzeci wprzecz im, gdy cepy wyrzucą,
- Luzem uderza. Aż kłótnie rozmiotła.
- Wieczerza, którą dobywano z kotła.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem Bandys wyjął z torby flaszę
- Z gorzałką, która tam się "Kasza" zowie.
- Chrząknęły chłopy. — Do was! — W ręce wasze! -
- — Pijcie, a z Bogiem! — Daj Boże na zdrowie! -
- Aż mulnik, osty puściwszy na paszę,
- Obciągnął pasa po chudym tułowie,
- I jak legawiec, do kota gdy skumli,
- Patrząc we flaszę zapiszczał na drumli.
- Ale się chiopy okrzykły: — A ciszej!
- Tutaj niedźwiedzia nie wodzą w ulicy!
- Dość wiatru w uszach, że człek sam nie słyszy
- Siebie, a jeszcze ten piszczy na grdycy
- Gęstej! Dla szczurów dobre to! Dla myszy!
- Bartek! A rusz się! A dobądź skrzypicy!
- Co tam! Dał Pan Bóg łeb wielki kobyle,
- Niechaj się za nas kłopoce, i tyle! -
- Dobył skrzypicy Bartek, zwan Muzyka.
- Pociągnął, jakby pies zawył na głuszy...
- Przykręcił struny, otworzył kozika,
- Zastrugał wióra i naddał nim duszy,
- Sparł brodę, chrząknał. Aż nagle z pod smyka
- Taka siarczysta przygrywka się ruszy,
- Że i wesele w niej i znowu żałość,
- I ból, i dzika na niego niedbałość!
- Słucha lud grania. Hej!... Gdzie to te chwile,
- Kiedy im z karczmy buchała ta nuta,
- Lecąc przez błonia szeroko, na milę,
- Po sadach, kędy dziewkom kwitnie ruta.,.
- Gdzie, gdzie to dzisiaj?... Przepadło, i tyle!
- Wtem brzęknie raźno podkówka u buta...
- Luz sobie czyniąc łokciami po drodze,
- Sunie Zatrata, zjeżywszy wąs srodze.
- Chwycił się czapy, potrząsnął nad uchem
- I od Kujawów oberka przynucił.
- Zaczem zamachnął na odsieb kożuchem,
- W boki się ujął i w kółko obrócił.
- Jakże po inszych nie pójdzie to dachem!
- Wnet drugi, trzeci, czapczysko wyrzucił...
- Roch "klekanego" wywija aa przedzie,
- A baby klaszczą, by swachy po miedzie.
- W mig się to stało; a nimbyś powiedział
- Głupiemu — głupi! — już szły obertasy.
- Aż dziw, że naród, co tak już zaśniedział
- Co ścierpiał takie okrutne niewczasy,
- Rżnie, tak, jak gdyby o sobie nie wiedział,
- Jakby na smutkach porosły już lasy...
- Ten dziewka chwycił, a tamten się zgoła
- Sam kreci, aże mu pot kipi z czoła.
- Zatrata majster był. Jak odsieb runął,
- Tak kółka pisał precz przy kółkach nogą...
- To się kolanem na ziemię osunął,
- Jak gdyby klękał przed swoją niebogą,
- To na powietrzu iskrami aż lunął,
- Tak błyskawicę Z podkówek dał srogą,
- To spadł, to znowu drobiący po piasku,
- Prawie ze ćmił się z prędkości i z blasku.
- Przestał grać murzyn, i białem się szkliwem
- Oczu przyglądał tej naszej uciesze...
- Stanęły osły patrzając się z dziwem,
- Jak Roch Zatrata hołubce w lot krzesze...
- — Hu — ha! — Głos leci, jak gdyby po żywem
- Sercu cię trącał! Jak gdybyś w pielesze
- Własne, w oplotki powrócił się one,
- O których nie wiesz, czyć jeszcze sądzone...
- Ale Horodziej już stukał swą laską:
- — Dość! Dość mi tego błazeństwa! — zawoła.
- Cóż to? Na jarmark przyszłeś z masła faską?
- W karczmie ci grają?... Czy radość masz zgoła?
- To zamiast wzdychać, za bożą to łaską,
- Choć w sercu swojem, gdy niema kościoła,
- (A szła niedziela właśnie) — w ten dzień święty,
- Będziesz tu hukał i hopki bił w pięty?...
- Błazny wy! Wróble wykręcać w stodole,
- Ale nie żywot fundować wam nowy...
- Tfu! — Splunął. Chłopy przystają się w kole,
- Rychtają czapy kipiące w tył głowy,
- Ów wzdycha, tamten pot ściera po czole...
- A wtem Roch młyniec zakręci wichrowy,
- I obie ręce puściwszy, jak śmigi,
- Krąży, na, podób puszczonej w pęd cygi.
- Tak, coraz szybszem toczący się kołem,
- Byłs jakby pyłu tumanem nakryty...
- Podkówki tylko migały się dołem,
- Bokami poły latały od świty,
- Aż gdy go okiem nie ścignie już gołem,
- — Hu — ha! — zakrzyknie, i stanie jak wryty,
- I w niebo ciśnie, i chwyci nad głową
- Siwą magierkę z zaścieżką różową.
- . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Wtedy Szaława wstał, sprostował karku,
- Dorzucił na żar gasnący polana,
- I patrzał w ogień... A po tym przyparku,
- Jakim nas słońce prażyło od rana,
- Już na niebieskim się onym folwarku
- Chłodek jął czynić i chwila różana,
- Szła, niosąc zorzy dech cichy a złoty,
- Co z nas lekuchno odmuchał dnia poty.
- Lecz ów brwi w kozła postawił i powie
- Patrząc się w ogień posępno: — Tak basta!
- Tak wy tu sobie tańcujta na zdrowie,
- A ja — tu spojrzał na swoich — do miasta!
- Porwą się tedy owi mazurowie
- Bieżeć, gdy wtem Dudkowa niewiasta
- — Stachu! — zakrzyknie. — Ty co, niedowiarku?
- Samą mnie tutaj?... Z dzieckiem?... — Więc jak w garku,
- Tak między baby zakipi. Łap swego
- Każda, za połę, za nogę, za szyję...
- Chwyciła Baśka Koźbiała, i drze go...
- Marychna — Bąka warząchwią w łeb bije,
- Ciągnie UIina Ćwironia chudego
- Do kobiałczyny, I wrzeszczy: — To czyje?...
- Przycichły chłopy? jak myszy pod skrzynią...
- Tak nam Mazurki w mig spokój uczynią.
- Lecz Stach, choć ruszył, poglądał cichaczem
- Ku Zośce, która, jak ten kwieć jabłoni
- Pobladła, siłą mocując się z płaczem...
- Tylko tych rzęsów jedwabnych przykłoni,
- Ustka drgające ściśnie, i trwa. Zaczem
- Targnie ów sobą, obróci się do niej,
- Uderzy czapą, gdzie iść miał, o drogę,
- Rozpostrze ręce i huknie: — Nie mogę! -
- I zaraz przy niej siadł, i te kochane
- Oczy całował i brwie te sobole,
- I główkę na pierś tuląc, one lniane
- Włoski jej gładził, by dziecku, po czole.
- — Tak cichoj, cichoj! Już cichoj! Zostanę!...
- Aż ona z nagłem łkaniem: — Mój sokole!... -
- I tu jej jasne łzy polecą gradem,
- Po onem liczku struchlałem i bladem.
- Tak od Szaławy odstało z połowę
- Onego wojska, a plac spuściał czyście.
- I tylko luźne parobki się owe
- Brały iść, jako więc za wiatrem liście.
- Wtedy na zachód obrócił chłop głowę
- I twarz czarniawą, i szedł sążeniście
- W bór ciemny, właśnie jakby na przepadek,
- Nie dbając, czyli kto za nim w pośladek.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Szła północ. Miesiąc na niebie dojrzewał,
- I widny czynił świat onego czasu.
- Słyszę, od boru coś tętni na przewał...
- — Łoś, nie łoś — myślę — i milczkfem z szałasu...
- A jakom zawsze zwierza się spodziewał,
- Więc za krucicę! Czekam, aż z pod lasu
- Z wrzaskiem wypadnie kupa, Myślę: Dzicy!
- Palec na cyngiel, podniosłem krucicy...
- A już się ze snu porwał ten i owy.
- Tak ja: — Na oko przypuść, i w nich — hura!
- Kij ściskaj w garści, a pilnuj od głowy!
- A tu już na nas wprost leci ta chmura.
- Strzelę ja w górę na sygnał bojowy...
- — Reta! — ktoś wrzaśnie. Poznałem mazura
- Wpadł Zięba, drze się, jak bies, wniebogłosy,
- A na nim małpa wszczepiona we włosy.
- Tuż insi. Lecą za nimi od boru
- Gałęzie, piasek, kamienie i kije.
- Tak, do ludzkiego podobna nietworu
- Czereda, z puszczy wypadłszy, w nich bije.
- Zmykają Wojtki, nie patrząc honoru,
- A małpie wojsko grzmi, pluje i wyje.
- Pisk, trzask! — Pardonu nie daje nikomo,
- Aż ich przepędzi, i wróci do domu.
- Jedna została jeńcem w tym odwrocie,
- U mazurskiego kołtuna wszczepiona.
- Rzuca chłop sobą, w krwi cały i w pocie,
- Wrzeszczy, lecz głośniej jeszcze drze się ona.
- Bieży ów, — małpa na nim, jak na płocie.
- Tab na podjezdku siedzi, kracząc, wrona,
- I dziób rozdziawia po chłopskim ugorze,
- Gdy w gęsią szyje sznurki Maciek orze.
- Ciągną ją w pozad? Tem głębiej pazury
- Wczepia ze strachu. — Dlaboga! — chłop ryczy -
- Łeb mi urwiecie! — Bo więc się do skóry
- Żywej dobrawszy, nie puszcza dobyczy.
- A wtem Kubina: — A poskocz no który!
- A podaj sierpa z węzełków! — zakrzyczy.
- Podali. Baba splunęła za siebie,
- I trzykroć sierpem krzyż znaczy po niebie.
- — Pójdzi! — zawoła. — Stań za tym wykrotem!
- Głowę w tył, sztywno, i nie miej nic strachu. -
- Stanął. My insi wedle niego płotem...
- Tnie baba sierpem z wielkiego rozmachu,
- Złocista cała miesięcznem tem złotem...
- Spadł kołtun, małpa z nim. Jakoby z dachu.
- Nuż z pętlą do niej! Chwycilim niebogi,
- A Zięba babę podebrał pod nogi.
- Długo ta w oczach niewiasta mi stała,
- Z tym wyniesionym sierpem ponad głową,
- Od nocy onej księżycowej biała,
- Z lnianą zawijką na czole... Tak ową
- Judyth malują, kiedy w łunach cała,
- Nad szyją króla tę klingę stalową
- Wznosi, ogromnej pełna jakiejś mocy,
- W sprawie swej z Bogiem zszeptana tej nocy.
- Nic chciały gadać Mazury o paszczy,
- Ale ich drżączka łamała coś trzy dni.
- Więc onej ludzkiej uchodząc precz tłuszczy,
- W kątach siadali markotni i wstydni.
- Aż, jak kiedy się ograszka wyłuszczy,
- Tak im się lico pomału rozwidnia
- Gdy przyschła na nich ta małpia wyprawa,
- I jeden tylko nie wrócił Szaława.
- Długo nas jeszcze ona to przygoda
- Mazurska, w naszej cieszyła mitrędze,
- I śmiechem po nas pryskała, jak woda,
- Z niejednej piersi spłukując dnia nędze.
- Małpeczka owa też, iż była młoda,
- Prędko odwykła na swojej poprędze
- Od lasu, bawiąc nas swą szpetną gębą.
- Ta, wielką odtąd przyjaźń miała z Ziębą.
V [edytuj]
- A lud na duchu omdlał. Te krainy
- Wrzące, hart biorą od kęska do kęska.
- Człek nie z żelaza, lecz z mietkiej jest gliny,
- Ledwo się w którym ta moc najdzie męska;
- By w dobrej sile złe przetrwał godziny.
- A tak, dwuraźna tam biła w nas kleska:
- Bo czas ubiegał, i duch za nim w ślady,
- A na obojgo nie widział nikt rady.
- Jednych do żółci burzyło to prawie,
- I o tych najmniej nie miałem kłopotu.
- Insi szli chętnie ku łacnej tej strawie,
- Ku zleniałemu onemu żywotu.
- Lud mułem obślizł, jak pień legły w stawie.
- Żadnej w nim sprawy, żadnego nawrotu!
- Więc myślę, że jest lepszy głód i wojna,
- Mór nawet, niż ta bagnistość spokojna.
- Tylko niewiasty (dawno było trzeba
- Słówko mi przerzec choć o tym narodzie!)
- Obeszłe rosą łez, gdzieś w siność nieba
- Wpatrzone, trwały cierpliwie o głodzie,
- Kęskiem nadziei żywiace się chleba,
- Już wybiegają troskami poprzedzić
- Czasu, o chaty, dziecię już rzucone
- Na klęczki, szepcą: Pod twoją obronę.
- Prawda jest, że tam szumiało, jak w roju,
- Od swarów, plotek, i różnych małości.
- Baby — wiadomo — nie mogą w spokoju
- Dnia utrwać, bo im żółć zalewa kości.
- Więc sobie w onym tęskliwym postoju
- Folgę czyniły. Tak, zanim umości
- Gniazdo, jaskółka okrutny wrzask czyni
- I świegot. Ha, cóż? Przecie gospodyni!
- A potem głoski te dziewczęce, szklane,
- Te pieśnie nasze, z takiego daleka
- Tu przyniesione, odbite o ścianę
- Puszcz tych!... Już różnie próbował los człeka,
- Niejedną w piersiach wypalił mu ranę,
- A kiedy słucham, łza w wąsy ucieka...
- Taki szmat nieba naszego i pola
- W pieśniach tych, z nami przyniosła tu dola.
- Wiec to staruchę jaką, chciwe skazek,
- Jak maki kupką rosnące, obkolą,
- To gdzie aa drzewie przybiją obrazek,
- W wianki obwieszą jak u nas, pod Wolą,
- To w ostrokole uczynią przełazek,
- I o zachodzie z chłopcami swawolą...
- Drobiazg to. Ale na tym krańcu świata
- Dom z tego pachnął serca! Pachła chata!
- A tak to duszę brało, ze ja, stary,
- Com od młodości odstąpił już w lata,
- I myślał fajce mej dochować wiary,
- Znagła poczułem, jak serce kołata,
- I na śnie rolne stawały mi mary.
- — Ha, myślę, niechże mnie ta puszcza swata!
- I zaraz jąłem podobać głos cienki
- I czarne oczy Żukówny Jelenki.
- Żukówna z Kurpiów była. Rzecz wiadoma,
- Że jak na zone, to tylko Kurpianka!
- Bór to u siebie tak chowa, jak doma,
- Do marcowego podobne sasanka.
- Puch na tem szczery... A gdy się zasroma,
- Gdy śniade liczko skraśnieje z pod wianka
- Ciemnych warkoczy, toś przepadł od słowa,
- Tak ci zapachnie jagoda borowa!
- Zrazum się bronił. A jakom jest z rodu
- Rzemieślnik twardy, tak jąłem, jak młotem,
- W głowę się stukać... Nie brałeś za młodu,
- A to ci teraz, staremu, co po tem?
- To kurpiowskiego zachciało się miodu?...
- Kurpiowskie] pszczółki, z brzęczeniem tem złotem?
- Bacz, byś do barci nie wsadził gdzie łapy,
- Jak niedźwiedź, bo ci ją przychwycą capy!
- Ale czy urok jaki, czy przygoda,
- Jelenka sama tak lgnie mi, jak smoła.
- To kwiecia narwie i mile je poda,
- To jakoś tęskno popatrzy z pod czoła...
- — Ha, myślę. W dziewce widać krew nie woda,
- Gdy się tak winie ku mnie, by jemioła...
- Jakby rzec chciała: Mój panie Balcerze,
- Jeślim ci miła, to niech mnie Waść bierze.
- Więc by, broń Boże, nie było w tem grzechu,
- Ojcu i matce skłoniłem się o nią,
- Rzekąc: — Już Waszaiość, mój panie Wojciechu.
- Musisz się ze mną podzielić swa donią!
- Kręci ów głową; aż ona w uśmiechu
- Słonecznym cała, by jaskier nad błonią,
- — Tatuńciu, — szepnie, — Nie brońcie mi doli!
- Mnie jest pan Balcer po sercu... po woli...
- I zaraz oczy rzęsami nakryła,
- Jak gdy majowe słońce zajdzie chmurką,
- A jasna rosa u rzęsów zaszkliła...
- Lecz matka w ręce klaśniei — Co ty, córko!
- A gdzież o ciebie swat z wódką przysyła?
- Gdzie drużby idą z muzyką w podwórko?
- Gdzie oracyja? Gdzie chleb kipi z niecek?
- Gdzie to na wieniec ruta? Gdzie zapiecek?
- Skraśniała dziewka, łzą oko zachodzi,
- A Żuki — Powoli tam, matka, powoli!
- Tu nie Zielona! Tu morze świat grodzi!
- Swaty!... Hm! Swaty!... Tu nikt ze swawoli
- Swatem nie gardzi! Mogą u nas młodzi
- Muzyki patrzeć, kołacza, taj soli...
- I jaćbym nie chciał jak byle zdać dziecka -
- A cóż? Co robić?... Tu nie Myszyniecka!
- I kreci szyją w tej siwej kapocie
- Taśmami szytej, i patrzy w okienko,
- Aż mu źrenice stanęły w łez złocie...
- Więc tabakierki dobył, puknął w denko,
- Pociągnął rzemyk, zażył. — Tu sierocie
- Trzaby opieki... Tak cóż ty, Jelenko?...
- Tak padnij do nóg matce! Niecił bez żalu
- Cię dawa! — Padła w rumieńcach koralu.
- 0 moje skarby najmilsze, kochane!...
- Myślę ja sobie — a wąs mi aż wstaje.
- — Już ja twym sługą do śmierci ostanę,
- Czy tu, czy w insze los rzuci nas kraje...
- Drogę przed tobą w listeczki różane
- Usypie!... Tu serce tak we mnie roztaje,
- Że głos ściśnionem gardłem wyjść nie może,
- Więc tylko ryknę: — Tak mi Panie Boże!...
- I zaraz my tam pierścionki zmienili,
- Co je Horodziej poświęcił pacierzem,
- Już czekający w tęsknościach tej chwili,
- Gdy ksiądz się najdzie, a my się pobierzem.
- A choć puszcz była od mili, do mili,
- Tak mi się sromu nakryła puklerzem
- Dziewczyna moja, ze chociaż pijany
- Myślą, czekałem na ślubne organy.
- Więc mi nie małą pomocą w tej wojnie,
- Jakąm sam z sobą miał, był ów sierota,
- Com go przygarnął. Gdy wejrzy spokojnie,
- Już wolniej ukrop po żyłach się miota,
- Już w piersiach cicho, już w myślach dostojnie.
- Więcem tu doznał, jak się ta lichota,
- Którą uczyni człek inszym — obraca
- W moc, kiedy duszna zmorduje go praca.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A strażnik rzadko naglądał do gmachu.
- Rankiem na wieży obwołał hejnały,
- (A jak kot łaził po wyszkach, po dachu,)
- To znów przepadał gdzieści na dzień cały,
- To murzyńczukom napędził przestrachu
- Batem, co ognie u kotłów trzymały,
- A w coraz insze ubiory przybrany,
- Jak Włoch się nosił, Francuzy, Hiszpany.
- Aż gdy w cygańskie raz przybrał się hadry,
- Nie mogłtem ścierpieć, więc rzeknę: — Bez gniewu!
- Nie chcę ja żadnej z Waszmością mieć zadry,
- Lecz co za racja takiego odziewu?
- A ów z podełba: — Waść sięgasz w zanadry?
- Waść serdecznego zatargać chcesz trzewu?...
- Pokiwał głową, zaś wspiął się do góry
- I w ucho: — Żeby nie czuć własnej skóry!
- Własna mnie skóra mierzi, że się tuta -
- Polak, — najduję na cudzym śmietniku!
- To mi polskiego, uczciwego buta
- Żal jest, i chodzę w francuskim trzewiku.
- Kapoty polskiej też żal, bo za suta,
- Za dobra! Lżej mi w hiszpańskim mentliku.
- Gdy więc tu naród przeróżny umiera
- I łachy ciska, to człek się przebiera,
- Jak mu tam padnie... A zasię co z domu,
- Szczędzi. Do trumny przyda się na pochów.
- Waść mnie nie wydaj... To ja pokryjomu
- Co dnia na wieżę z niemi... To do lochów
- Niosę, przewietrzam... A nie mów Waść komu!
- Składam:. Do czysta chędożę to z prochów...
- Zawsze się coś tam zapyli, coś przetrze...
- Umilkł, i wielkim nosem brał powietrze.
- — Więc to sam wieszam aa haki, na grzędy,
- Albo do skrzyni kładę, i tak leży...
- Szkoda, ze nie mam choć witki lawendy,
- Lub rozmarynu, co dawa dech świeży...
- Aż jak. poczuję, że już, to w te pędy
- Zrzucam te łachy, i do swej odzieży,
- Do własnej! Czapkę mysz zjadła mi nową...
- Co mniejsza, bo tam na Sąd z gołą głową. -
- Umilkł. A na mnie zostały te mowy,
- Jak ćmy, gdy człeka z nagłości oblecą...
- Zaczem w gmach, szedłem. A tam już wiatr nowy
- Po łbach buszuje. Nie poznasz już gdzie co.
- Już wódka, już-ci pijanemi słowy
- Klnie jeden, drugi bełkocze co nieco,
- Już się tam różne najdują pociechy,
- Już gęby, które dymają, jak miechy.
- — Życie, bo życie, brat! Wola, bo wola!
- Rajcował Opacz, ująwszy się w boki,
- Iż go ta czarna rozparła fasola
- Z czującem sadłem. Chłop, tak był głęboki,
- Że nim wyłożył żywot, już mu z pola
- Umknęli insi, a on te obroki
- Ku sobie zgarniał, co w zęby popadło...
- Taki otchłaniec był z niego na jadło,
- — Tęgi łeb, kto tę zmyślił Brazyliją!
- Riumkę za jego, wot, wypiłbym zdrowie.
- Nifet mi z przykazem nie stoi nad szyją,
- Chcę śpię, chcę nie śpię i wszy biję w głowie,
- Psy mi te czarne warzą, miskę myją,
- Ja tabak kurzę, i co mi kto powie?
- Barak? — Wot, głupość, gdy sytno w baraku...
- Tak dawaj, brat mój, na riumkę haraku!
- Raz — nic. A drugi — utrafił im w sedno.
- Dalej mu rzucać na rękę trojaki...
- Wypatroszyli kaletkę niejedną,
- Krzyk, bijatyka, przekleństwa, siniaki...
- To nieraz gwiazdy na niebie już bledną,
- A ci wichrują i grają w kułaki.
- Nie wszyscyć. — Ale że była garść tęga,
- Których ta w błoto wnurzyła mitręga.
- Gdybyż wieść jaka! Jakowa nowina,
- Że się to nasze czekanie skończyło,
- Że już stąd idziem precz, że się naczyna
- Żądany żywot z siekierą a z piłą,
- Że pług już dla nas granice zarzyna...
- Nic! Tak przyciśli nas, jakby mogiłą.
- Strażnika pytać? — To tylko rozłoży
- Te ręce: — Nie wiem... Nikt nie wie... Gniew boży -
- Ale Sekura Paweł tak sumował:
- — Co za mamona na oczy mi padła,
- Żem ja, człek-oracz, w te światy wędrował,
- Pługa rzuciwszy i kosy, i radia!
- Sam Bóg mi zagon zadokumentował,
- Chata, by gołąb, pod strzechą mi siadła,
- A ja tu cudze pocieram dziś kąty,
- Bez duszy chodzę i w głowie mam mąty.
- Kamień mi dajcie! Uwiążcie pod brodą
- I na dno. Tak mi bądź miłościw, Boże!
- A zaś patrzajcie, jak będę szedł z wodą,
- Bo ja się głową do chaty położę...
- Czarty niech tutaj po górach się bodą!
- Ja chce na równię! Na pole! We zboże!
- Ziemia tam płacze za mną... Ziemia woła.
- Jezus Marya, rataj! — Tu nie zdoła
- Żalowi, ryknie, i łbem rżnie o ścianę.
- Dziw, że się w dwoić, jak bania, nie spuka.
- A taż się głosy zaniosą pijane;
- — Zalać robakal Najlepszać to sztuka! -
- Dość. Czy ja świadkiem naprzeciw ci stanę,
- Ludu ubogi, gdy dola cię fuka?...
- Czy skarżyć będę i szukać przyczyny
- Na ciebie, którym też nie jest bez winy?...
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A na toż właśnie, partja nowa wtedy
- W dom emigrancki przyszła. Same szwaby.
- Tylko, że na nich nie było znać biedy,
- I niejednemu aż trzęsły się schaby.
- Nie moglim przystać do onej czeredy,
- Ani my chłopy, ani do bab baby,
- Bo z tem nijakiej ni mowy, ni zgody,
- A chrzest nie z krzyżma bierą, tylko z wody.
- Zwyczajnie, lutry takie, czy kalwiny,
- Jak te, co u nas po Olendrach siedzą.
- Fajczysko w zębach, raz wraz plują śliny,
- A kawę z miski trzy razy dnia jedzą...
- I oni się też, od pierwszej godziny,
- Tak przegrodzili z nami, jakby miedzą.
- Rzekniesz: Pochwalon, a ten ci niecnota
- Zamiast — Na wieki — rzec, cości mamrota!
- Ci, kiedy przyszli, a wytchli z tej drogi,
- Każdy się zabrał do jakiejś fabryki.
- Ten dratwy ciągnie, szlifuje ów rogi -
- Pukają mlotki, zgrzytają pilniki,
- Trzeszczą szrubsztaki, a w hałas ten srogi
- Wpadają szwabek klapiące trzewiki.
- Te "lauby" swoim stawiają od spieki,
- Jakby tu siedzieć mniemały na wieki.
- Nic po nich nie znać tęskności, załoby,
- Pod ktorą polski chłop z sił schodzi, pada...
- Spokojnie czynią rzecz swoją, jakoby
- Tu się rodzili i żyli z pradziada.
- Skończą robotę, to w różne sposoby
- Spiewająa, jakby właśnie szpaków stada,
- Z wiatrówek biją, biegają do mety,
- Poczem fasoli pojedzą i — w bety.
- Z nami — ni tak, ni siak. Nie było zwady,
- Bo pilno w swej się trzymali porębie.
- Ale że z naszej niejeden gromady
- Kułak zaciskał i ślinę mełł w gębie.
- — Już my tu jakiej dożyjem się zdrady! -
- Mruczały chłopy. — Już my tu na zębie
- U tych odmieńców! Czuj duch tylko, kiedy
- Naniosą nam te pludry jakiej biedy! -
- A dookoła bagniska dyszały
- Tchem zaraźliwym z pożaru gorąca.
- Co rana obłok podnosił się biały
- Z ziemi, co stała mokra i dymiąca,
- Jak one stogi, gdzie trawy zaprzały,
- A rozpalony i wielki stos słońca
- Gorzał nad nami od świtu do nocy,
- Lud wyżymając z ostatniej już mocy.
- I tak śmierć weszła do naszego gmachu,
- I uglądała milczkiem, gdzie ugodzi.
- Zaczuł ją naród... Z nagłego się strachu
- Ów dreszczem wstrząśnie i rzecze: Ot, chodzi
- Po moim grobie ktości! — Ów z pod dachu
- Rwie się, jak błędny po bagnach gdzieś brodzi,
- Inszy zanudzi sobą i zabiada,
- Na tym pot zimny, jak. rosa, opada.
- Więc w tej duchocie martwej, zmora siadła
- Na piersiach ludziom, niby Babia góra.
- W kąty się kryją, odchodzą od jadła,
- Jak bursztyn, tak się na nich żółci skóra.
- Potem ciemnieje, jak słoma, co padła,
- I którą z deszczem roznosi wichura,
- W półkrwawych potem, pół złotych kolorach
- Mieni się, jako żywice po borach.
- Tak naznaczone były ludzkie głowy,
- Jak gdy w porębie topór znaczy drzewa.
- A choć nie widział nikt onej królowy,
- Wiatr wszyscy czuli, co ze żgła jej wiewa.
- Czekała. Pory czekała, jak owy
- Żeniec, gdy łan mu pod kosę dojrzewa,
- A ów pogląda, folgując do chwili...
- Nocami, w miesiąc patrzący, psi wyli.
- Aż się zamachła! Hej, nie w źrałe kłosy
- Trafiła ślepa żniwiarka! Nie w zboże!
- Ale w kwiatuszek, co biały od rosy,
- Słonka oglądał i czekał na zorze...
- W dziewkę trafiła moją! Więc mi włosy
- Na łbie stanęły, jak dęby te w borze,
- Kiedy ją strażnik pomacał pod żebra,
- W oczy jej spojrzał i rzekł: Śmierć jest! Febra.
- A żar tak suchy liczko jej podpalił,
- I piersi miała tak ogniem bijące,
- Że zaraz dla niej gromnicę osmalił,
- Rzekąc: — Ta zajdzie wpierw jeszcze, niż słońce. -
- A szło południe... Z nóg ojciec się zwalił,
- Jak kłoda; baby poklękły płaczące,
- Jam z wielkiej mocy o ziem czapą gruchnął
- Za włosy porwał się, i rykiem buchnął.
- Ratować?... Czem? Jak? Choć łbem bij w podłogi!
- Leżała cicho, lecz była snać w męce,
- Bo jej się w twarzy mieniły pożogi...
- Aż nagle siędzie, w krzyż złoży te ręce,
- — Upał mam w sobie! — zawoła. — Wiatr srogi
- Po żyłach chodzi mi! — I te jagnięce
- Piersi przyciśnie i szepnie: — Już biją
- Dzwony na dobrą noc... Jezu Maryjo!
- Takie więc było ostatnie jej słowo...
- Oczyma tylko po twarzach nam wodzi,
- Wie, czuje, słyszy, poruszy tą głową,
- Ale ja cichość śmiertelna już grodzi...
- Nagle się w czole zamarszczy surowo,
- Dwie łzy ukanie zimne, i tak schodzi
- W zadumie z świata, nieporatowana,
- W dziewczęctwie białem, mężowi nie dana.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Przeciw ty komu walczysz, Panie! Panie!
- Przeciw tej parze, co znika obłokiem?
- Przeciw listkowi, co padł, a nie wstanie?...
- ÂŹdźbło suche gonisz zapalczywem okiem?...
- Któż wiec nad nami ma mieć zmiłowanie,
- Kiedy ty, ociec, dociskasz wyrokiem!
- Jakoż więc mamy żyć, jak mamy dyszeć,
- Kiedy ty, ociec, nie będziesz chciał słyszeć!...
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Nie dałem dziewki grześć w te długie rowy,
- Które tam zaraz kopacze czynili, -
- Iż jak się zacznie czas taki morowy,
- To ludzi strzęsie, by maku z badyli, -
- Ale jej wianek zwinąwszy u głowy,
- Poniosłem het precz sam, nim się spatrzyli,
- I takem ziemi dał ją i pochował...
- Bom twardo oną niebogę miłował.
- Trzeciegom dnia się powrócił o mroku,
- Wyschły, jak gdyby po ciężkiej chorobie.
- Ni łzy, ni mowy jakiej, tylko w oku
- Srogość, co drugim nie dawa, ni sobie.
- Krzyk za zębami, pięść ścisła przy boku.
- Skóra zczerniała na mnie, jak na. Jobie,
- By ryś biegałem, co postrzał wziął kuli...
- Ludzie mi z drogi szli, bo bójkę czuli.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A mór bit po nas i składał w zagony,
- W porę, bez pory, nie dbając o źrałość.
- Ale ze dla mnie, te męki, te skony,
- Za wiatr już były po tamtym, za małość.
- Więc za najmilszą głową utęskniony,
- Nie czułem nawet, że inszym też żałość.
- Tak człeka stwardzi ból, i tak mu zwyknie,
- Że go po żywem mięsie kraj — nie krzyknie.
- Wnet po mej dziewce Prokurat szedł stary -
- A zasnął cicho, jak dziecko w kolebce.
- Śmierć, nim takiego powali za bary,
- I nim mu nogą na gardziel nadepce,
- Dawne, a lube przywodzi nań mary,
- I w ucho różnych cudności naszepce,
- A tak, lekuchao, w ostatnią go ciszę,
- Bajką, jak matka, do spania kołysze.
- Więc czego nigdy nie czynił za siły,
- Teraz jął śpiewać żołnierskie piosenki,
- A jasne łuny po licu mu biły,
- Od jakiejś dawno zagasłej jutrzenki.
- Już sztywniał, już w nim drętwiały te żyły,
- A jeszcze machał rękawem bez ręki,
- I salutował powietrzne gdzieś wodze,
- Na wielkiej, którą już odchodził, drodze.
- Aż targnie sobą, śledzie, zgarnie z czoła
- Snop białych włosów, co spadł mu na oczy,
- I krzyknie: — Cesarz! Sam cesarz mnie woła!...
- Wiw Napoleon!... — krzyknie, z łoża skoczy...
- I zanim strażnik przytrzymać go zdoła,
- Ostatnim marszem za progi gdzieś kroczy.
- — Raz, dwa... Raz... — liczy; wtem chwieje się, bladnie,
- I z suchym trzaskiem czaszki w tył upadnie.
- A kiedy poległ tak, i gdy tak leży
- Rozkrzyżowany pod nieba błękitem,
- A wąs mu mleczny, jak wiecha się jeży
- Na licu, kulą u szczęki przebitem,
- Nagle go słońce w pierś martwą uderzy,
- I promień kładzie na sercu odkryłem.
- I błyszczy, w one ostatnie momenty,
- Jak krzyż, po bitwie, przez wodza przypięty.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Ale nie wszyscy mieli śmierć tak cudną,
- Jako ten żołnierz. Dla inszych się w kata
- Z żeńca mieniła, co ręką swą brudną
- Wpierw cię zbezcześci, nim zgładzi ze świata.
- Więc się jak kłody staczali w rów żmudno,
- Nie jak ptak, który na wolność wylata;
- Bez onych zadrgnień jasnych i trzepotów
- Ducha, co w drogi wieczyste już gotów.
- I byłoby to wpadało, jak trzody
- Pomorkiem tknięte, w te skony bydlęce,
- Tylko że ich tam, czy stary, czy młody,
- Cieszyła w trudnych terminach i męce
- Staruszka owa z Nadbużnej zagrody.
- Temu w krzyż złoży stygnące już ręce,
- Temu szkaplerzem śmiertelny pot zetrze,
- Nad tym od pokus obżegna powietrze.
- A iż nic do niej przystępu nie miały
- Tchy zaraźliwe, co w siebie je brała,
- Chłopy ją "Świętą z nad Buga" przezwały,
- I ta się nazwa już przy niej została,
- Jak miesiąc, migał nocami jej biały
- Rańtuch, gdy w szeptach anielskich szła cała...
- A drugi oczy gasnące otwierał,
- Grzechy spowiadałf jej, i tak umierał.
- Zaczem kończyli różnie. Jeden runął,
- Jak gdyby w czoło trafiony kartaczem,
- A ów powoli do dołu się sunął,
- W ciężkich wzdychaniach, ze skargą i z płaczem.
- Tamten w pień zaklął i duszą wraz plunął,
- Inszy, nie mając obejrzeć się za czem,
- W cichości sztywniał i oczy zawierał.
- Ów, krzyk ogromny dawał, gdy umierał.
- Aż się powalił i Paweł Sekura.
- Ten jak dąb runął podcięty na boru...
- Oczy mu zółcią tak zaszły i skóra,
- Że człowieczego zbył prawie koloru,
- Do żywicznego, tlącego się wióra
- Podobny raczej. A tak do wieczora
- O dzień się zmienił chłop, że go bez mała
- Matka-by własna nie była poznała.
- Ale iż wielką ów siłę miał w sobie.
- Więc się tak z śmiercią, jak z zbójem potykał,
- I przez gwałt onej nie dawał chorobie,
- Choć stygnął, tracił dech, że prawie znikał.
- Jedną ten nogą, jak mówią, był w grobie,
- I już się nad nim dzień boży zamykał,
- Gdy nagle zgasłe źrenice otworzył,
- Porwał się, stanął na nogi i — ożył...
- Lecz jak się w źrebca wilk weżre borowy,
- Tak się i w chłopa głęboko śmierć wżarła
- I sięgła więcej niż życia połowy,
- Krzyk i głos ludzki wyrwawszy mu z garła.
- Jakby piorunem rażony, zbył mowy,
- I tak mu dusza na ustach przywarła,
- Ni w tył, ni naprzód nie mogąc do świata,
- Jak wróbel, gdy się po wniku kołata.
- Więc od tych, którzy z tej wyszli choroby,
- Choć śmierć już kręgi łamała im kołem,
- (Bandys w konaniu przeleżał trzy doby,
- I tuż nad samym zatrzymał się dołem),
- Jakby zdaleka cuchnęły już groby.
- Śniadzi chodzili, z pozółkłem tak czołem,
- Jak ów Piotrowin, wstający w połowie
- Z jamy, co wisi u Fary w Łukowie.
- Niechętne taki miał z ludźmi rozmowy,
- Jakby w języku skróciło mu szprychy.
- Po kątach patrzał, i nakształt się sowy
- Odąwszy, siedział zgarbiony i cichy.
- Więc nas tak wiater obleciał grobowy,
- Jakby śmierć wszystkich postrzygła już w mnichy,
- Co mi się zdało nieznośnem bez miary,
- Bo niźli cichość w kupie, — lepsze swary.
- Cichość dla kopy, jak mielnik ów bywa,
- Co młyńskie koło rozwiedzie na tryby.
- Kupa, rzecz w sobie osobna i żywa,
- Wrzawa jej głosem. Jak rzeka, tak ryby
- Nieme łoskotem fal swoich nakrywa.
- Ruch ma szeroki, a nie wie, co dyby.
- I choć nie sami przedniejsi w niej chłopi,
- Wszystkich w ognisty szmelc swym żarem topi.
- Więc gdy tak śmiercią dyszały te mury,
- Na wiecznym progu gdy wszyscy stoimy,
- Szwaby się od nas wyniosły na góry.
- Nuż ognie palić smolne, kurzyć dymy,
- Tak się rozwlokły nad nimi te chmury
- W słońcu, jak gdyby złote baldachimy,
- A uczyniwszy od nas tę przegrodę
- Po jadło tylko schodzili i wodę.
- Co bacząc, rzecze raz Przytuła: — Braty!
- A możeby my tak samo zrobili?
- Po nieboszczykach popalić te szmaty,
- I w gory! Choćby na jakie dwie mili...
- Choćby w szałasach... To może zatraty
- Ujdziem! U szwabów mór równo nie tyli!
- Lecz go zakrzyczą: — Ot, grzeszne gadanie!
- Co ma być — będzie; co się ma stać — stanie.
- Będę się śmierci umykał z pod kosy,
- Jak ta bylina z pod sierpa uwrotem,
- A ona i tak ułapi za włosy,
- Choćbym się grodził fortecą, nie płotem.
- A jak nam przyszło pociągnąć tu losy,
- Kto rekrut, rekrut. Uciekać!... Co potem?
- Śmierć raz sądzona. Więc niechaj się dzieje
- Co chce! Niech ta już wszystko zmarnieje!
- Lecz choć tam człowiek tak stwardniał na duszy,
- Jak zeschły rzemień, to precz mi się śniły
- Po nocach, wskroś tych wielkich borów głuszy,
- Nasze wioskowe, zielone mogiły,
- Te brzozy białe, co wiatr gdy je ruszy,
- Z szeptem liść trzęsą i wierzch gna pochyły,
- Tak sypiać rosa, jak łzami szczeremi
- Na kości, co tam w święconej śpią ziemi.
- I tak mi w oczach, jak mara niezbyta,
- Sunął mój pochów z światłami i z cechem...
- Tu furczy bracka chorągiew rozwita,
- Tu dzwon żałosnem oblata świat echem,
- Tu mi się kłania szumiący łan żyta,
- Tu mnie ksiądz kropi, bym nie szedł precz z grzechem,
- Tu organista, chrząknąwszy, zaczyna
- Statecznym basem piać: Salve Regina...
- Z wzdychaniem lecą krewniaków pacierze,
- Pod dom mi wieczny kopią fundamenty,
- A ja tu w trumnie nadobnie se leżę,
- Wąsa zjeżywszy na one lamenty.
- Tak idę w ziemię, w ojcowej tej wierze,
- A gdy nad głową i krzyż mam zatknięty,
- Do dnia sądnego spać mogę tak pięknie,
- Czekając, aż ten grób nademną pęknie.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- I dziw! Gdy tyle poległo tam siły
- Dobrej, i tyle jarego żywota,
- Horodziej przetrwał! Pień stary, pochyły,
- Co dawno czarne skrzypiały nań wrota.
- A kiedy młodym pomocne nie były
- Targi ze śmiercią żadne, ani wota,
- Ten ostro trzymał się, berlicą pukał,
- I na lud, iż dał górę złemu — fukał.
- — Baby wy! Cóż to, czy nic do roboty
- Lepszego nie masz, kpie jeden i drugi,
- Jak umieranie? By dukat dzień złoty!
- Bóg pracę rozdał, a gdzie do niej sługi?
- Wtem Łuć Ostańczuk! — Toć ja nie z ochoty!
- Toć jaby wolał pleść łapcie u strugi...
- Toć nie z rozpusty!... — To Pińczuk się zwinął
- Jak jeż i milczkiem ze świata wychynął.
- Więc po tym chłopie żal objął mnie srogi,
- Iż twardy kark miał, choć niby pochyły.
- A widząc, iż ma już oziębłe nogi,
- I że się po nim już cienie rzuciły,
- Pod szopę my go wyciągli, w pół drogi
- Do ostatecznej pospólnej mogiły.
- Gdyż nie osobno grzebiono tam w ziemię
- Trupa, lecz razem, gdy śmierć cisła brzemię.
- Aliści rankiem patrzę, co u licha?...
- Sen-li, czy jawa? Mój Pińczuk u progu
- W śmiertelnem stoi żgle i nosem czmycha.
- Patrzę, aż idzie do swego barłogu,
- Siadł, dobył fajki, machorką napycha,
- Cmoknął i westchnie: — Nu, tak sława Bogu!...
- — Wszelki duch! — krzyknę. — Czego żądasz bracie
- Umarły?... — A ów: — Krzesiwka nie macie?
- Porwę się, cmoka cybuszek swój krzywy,
- Jakby nic nigdy, i pluje w podłogę...
- A już się zgruchnął naród na te dziwy.
- Zdaleka stają, po oczach znać trwogę...
- Wtem tknie go baba i wrzaśnie: Toć źywy!!
- Więc dalej insze: za rękę, za nogę,
- Nuż o śmierć pytać! Lecz nie chciał powiadać,
- Tylko to jedno: — Nie moglim się zgadać! -
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tak my tam zbyli więcej niż połowy
- Ludu, z gromady naszej, w tym pomorze.
- Sam Bóg rachował tylko one głowy
- Chłopskie, co po śmierć ciągnęły za morze.
- W płytkie je rzędem składali my rowy,
- Pod wapno żywe. Po małej więc porze
- Klęsnęła ziemia pożarłszy te ciała,
- I znów głodnemi usty ku nam ziała.
- Tak poszedł Tatar Marcin, tęga głowa!
- Tak Czop, ów z Miedznej ucieszny braciszek.
- Poszedł Muzyka Bartek, co od słowa,
- Z baranich umiał głosu dobyć kiszek.
- Poszedł Sofoda, poszedł Kacper Sowa,
- Karbowiak Michał i Wójcik Franciszek.
- Wszyscy tam padli w najpierwszym tym boju,
- Niech spoczywają na wieki w spokoju!
- Ci, co zostali, trzymali się ściśle
- Razem, dla większej pewności i mocy.
- Tak tratwy, luzem płynące po Wiśle,
- Związuje retman na wicher i w nocy.
- Lud się sprostował, drzemiący obwisłe,
- Tak go naciągła śmierć, jak rzemień w procy.
- I duch wyświetniał z tej klęski i burzy,
- Jak błyskawica, pogodę co wróży.
- Lecz gdy tak setne do Boga szły dusze,
- Nieoszczędzone też były i dziatki.
- A śmierć się po nich, podobna pomusze,
- Chciwie rzucała, co czerw składa w kwiatki,
- Gdy maj ośnieży jabłonie a grusze.
- Więc ubijały się przed niebem matki
- O drobiazg ten swój, któremu co rana
- Góreczka była osobna sypana.
- To strach, co w ziemię poszło tej białości
- Liljowej ciałek, co ocząt błękitu!
- Tak śmierć chrustała ptaszęce te kości,
- Jak dla igraszki, bez trzasku i zgrzytu.
- Furty się rajskie dla jasnych tych gości
- Nie zamykały od świtu do świtu.
- A wieczorowe jutrzenki i zorze
- Od główek lnianych złotniały, jak zboże.
- Więc gdy raz matki za dziećmi aż wyją,
- Co je żerdziami wepchnęły w dół draby,
- Patrzą, aż idą całą kompaniją,
- W czapkach, z fajkami w zębach, gwiżdżąc, szwaby.
- Jakże nie wpadną w srogą rebeliją,
- Jakże na Niemców nie rzucą się baby!
- — Bij, kto katolik!... — Wrzask leci i głosy,
- Niemcy w tył, baby za nimi, jak osy.
- Tną, gdzie popadnie! Już misy i garki,
- Jak żądła rażą z furkotem, a rojno,
- Już baby z żalu, iż naród to szparki,
- Tem sroższa w sobie zajarza się wojna,
- Już w guzach szwabskie i głowy i karki.
- — W nich! — krzyczą. — Dalej! A kupą! A hojno!
- Wtem jedna gołą pięścią Niemca udrze:
- — A czapkę z głowy!... A szanuj śmierć, pludrze!
- Dopieroż w szwabach krew buchła. Hergoty!
- Wrzeszczą, machają fajkami nad głową
- I w pozad runą. Aż wsparci o płoty
- Nuż się oglądać za bronią jakową.
- Chwycił kół jeden. Nuż za nim w te loty
- Rwać koły insi... Oj, byliby zdrowo
- Przetrzepli baby! Wtem strażnik ze smyczy
- Puści brytany, i — huź go! — zakrzyczy.
- Rzucą się psiska, jak biesy zajadłe,
- Z warkiem, z skowytem, z pianami u pyska,
- Nła piersi skaczą,tarmoszą po sadle,
- Rwą łydki, Niemcom targają pludrzyska...
- Chwycą się baby gromadą, jak trznadle
- Uciekać, gdy je kot spłoszy z śmietniska,
- Ciskają miotły, skorupy i grabie...
- Tak się skończyły batalje te babie.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Opacz, tymczasem pod boki podparty,
- Jadł, pił za piąci, i cygar swój kurzył.
- Umarł kto? Dalej ów mazać dług z karty,
- Iż się to, było, każdemu zadłużył.
- Więc krzyż, i amen, i dość. A ie warty
- Przy chorych strażnik czyniący się znużył,
- Obrał się Opacz patronem nad kotłem,
- Gęsto murzynów sięgając pomiotłem.
- Dopieroż to się zaczęły reduty
- Na tem szafarstwie, i różna intrata!
- Zrzucił chłop trzosa, tak żywot miał suty,
- Kiep szlachcic przy nim, kiep przy nim brat łata!
- Już czuba sadłem smaruje, już buty,
- Już ledwochodem, by dynia brzuchata,
- Toczy się sapiąc, już pije, a owo
- Wszystko mu w porę i wszystko mu zdrowo.
- Więc kiedy słyszy przygany tam czyje,
- To tylko splunie: — Ej, głupi ty, chłopie!
- Chcesz, to się wieszaj! Wot tobie na szyje
- Powróz. Toż mówią: Dla durnia — konopie.
- Co robić?... Świata — mówią — nic przeżyje,
- A ziemi, brat mój, — mówią -— nie przekopie,
- I nie przerobi — też mówią — roboty...
- Tak cóż?... Żal co ty nie grał naszej floty!...
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem wiater pociągał od morza,
- Niby dalekie i ciche szeptanie.
- Zaczem głośniejszy zaruszał przestworza,
- Wypłynął, jakby piór łabędzich wianie.
- Rzucił śię, skręcił w bok, i przez rozdroża
- Niebieskie, pędził na słońca spotkanie,
- Jak okręt, wszystkie gdy rozwinie żagle,
- Aż dmuchnął słońca w twarz, i stanął nagle.
- Zczerniało słońce, wichr porwał się dziki,
- Zakręcił trawy i w trąbę je zwinął.
- Wnet w okół wielkie zagrały muzyki,
- I łomot głazów, jak gdyby świat ginął.
- Już lecą grzmoty wręcz, jak kopijniki,
- Łając się głucho; już błyskiem wódz skinął...
- Dymi się z nieba czerwonych krawędzi,
- Huk, tentent, wojsko przeciw wojsku pędzi.
- Bitwa! szeroko w półkolu rozgrzmiało.
- Z świstem dwa wichry trzasnęły o siebie.
- Na szaniec mroków wtoczone już działo...
- Lont błysnął, ogień przeleciał po niebie,
- Ryknął grom palbą! A słowo się stało...
- Wrzące się niebo, jak morze kolebie...
- Burza nabija, przytyka lont, pali!...
- Zawyła w mrokach ziemia... Świat się wali.
- Ale pod ogniem gromów, jak do mety
- Lecący hufiec, chmura bije w szaniec,
- Błyskawicowe wytknawszy bagnety...
- Zachwiał się na swych okopach pohaniec,
- Chmura naciera, im trąbią walety?
- W litaur wichrowy, już z harmat siekaniec
- Umilka... Chmura z chorągwią swą białą
- Wpada na szaniec burz, i gwoździ działo.
- Gdym się wychylił po tej trzaskawicy,
- Już odpływały owe ciemne roty,
- A huf obłoczny zwycięskiej konnicy
- Brał blaski w siebieił czynił się złoty.
- Pogrzmiewał jeszcze świat, i zapaśnicy
- Do swojej chcieli wrócić się roboty,
- Lecz błękit objął niebo i nie dawał,
- Het, odsądziwszy od siebie ich — kawał.
- Westchnęła ziemia, począwszy w swem łonie
- Nagłą i wielką świeżość. Bór się strząsa,
- Dreszcz gąszczem idzie i tęgie tchnie wonie,
- Pstry żmij wyprężył się, i ogon kąsa...
- Trysnęły roje muszeczek nad tonie,
- Jako stop iskier, gromada ich pląsa...
- Świegot, trzepoty ptactwa i gwizdanie,
- Jak w ono świata, najpierwsze zaranie,
VI [edytuj]
- W świat! Naprzód! Dalej! I nam też pociecha
- Ona zadniała, przez wszystkich żądana.
- I my tei w sobie poczuli już echa
- Klekocącego nadziei bociana!
- Już ściele nam się droga i uśmiecha,
- Wznoszą się głowy, prostują kolana,
- A serca biją radosnym trzepotem,
- Jak pszczoły, przed tym wiosennym oblotem.
- W świat! Dalej! Naprzód! Już kamień położym
- Na tej przestrachów i smutków pustyni,
- Gdzie pod piorunem i gniewem my bożym
- Stali! Już dla nas błękitna się czyni
- Droga, którą stąd pójdziem, a otworzym
- Ten żywot nowy, i niebo już sini
- Gwiazdą się modrą, co idąc poprzedzie,
- Te wędrowniki na wyraj powiedzie.
- Więc jak żurawie, gdy w pióra szumiące
- Uderzyć mają i w bujne te loty,
- Wiece wpierw głośne sprawują na łące,
- I w klucze wiążą powietrzne swe roty,
- Krzyk wypuszczając pod zorze grajace,
- Pod zacbód nieba rumiany, a złoty,
- Tak my tam onej zbierali się pory,
- Gwarne porady czyniąc i klangory.
- Od Komisyi, co siedzi gdzieś w Ryjo,
- Pisanie przyszło, by obierać Stany:
- Więc się z myślami różnie chłopy biją,
- Obsiadłszy ławy od ściany, do ściany.
- Za jaką radą iść, albo za czyją,
- Gdy świat ten wszystkim zarówno nieznany
- I każda droga zarówno ubiega
- W niepewność, która dusze nam zalega.
- Właśnie, jak gdyby obierał kto stryka
- W zamkniętych skrzyniach, albo wór pieniędzy:
- Pomknie do jednej, już prawie że tyka,
- Aliści ręki zawściaga czempredzej.
- I w palce stuka i znów ich pomyka...
- I na pajęczej wiszący tak przędzy,
- To chce, to nie chce, aż z onej roboty
- Troiste na twarz wybiją mu poty.
- Radzim... A tłomacz, co jeszcze z wieczora
- Przybył, na karty rozpisał nam Stany,
- Żeby na rozmysł przez dzień była pora,
- Gdzie lud chce grunty orać i być dosłany.
- Aż skrzypią ławy pod nami od wczora,
- I dużo szumu tam, i dużo piany,
- Ale że piwa godnego to mało
- W butlu się onym radzieckim ostało.
- — Co tu za rada, — krzyknie Błażej Dyla -
- Kiedy przedemną nie stoi półkwartek!
- Bo ja wiem gdzie co? Dziesięć mil, czy mila?
- Nawykfadali człowiekowi kartek
- Jak od spowiedzi, rób co chcesz, i tyla!
- Tu czapę o stół cisnął. A wtem Bartek:
- — Ja na los idę! — Wziął czapę, jak pulą
- Strząsnął, wyciągnął kartę: San Paulo.
- Ruszą się młodzi, obstąpią go wkoło:
- — A co? A mogę najlepiej tak właśnie! -
- — Pewno! — Roch krzyknie i pojrzy wesoło;
- — Na los, to na los! Niech piorun zatrzaśnie!
- Co będę madrzył?! — Tu wyszedł na czoło,
- Zanurzył rękę, przebiera, aż chlaśnie
- Trzy kartki na stół. Tal insi: — Nie sprawa!
- Po jednej tylko brać! Niech dwie oddawa!
- Wrzucił, wziął jednę. Czytam: — Parahyba.
- Ci w śmiech. — A to ci chłop w garści ma miarę!
- — To ci świat mądry! — krzyczą. — To ci ryba!
- Trzech brać nie dali, tak łap ów za parę...
- Ano, jak para, to z Baśką już chyba! -
- Tu na Dudkównę zerknęli Barbarę,
- Iż chłop lgnął do niej, i braciom miał swaty
- Słać, jak się tylko dorwie własnej chaty.
- Za Rochem, Bąk szedł. — Święta Katarzyna!
- — Dobra! — zakrzykną. A Bugaj: — Niczego.
- Zawszeć to w niebie pewniejsza przyczyna,
- Jakby na człeka wypadło co złego! -
- Tak znów strząsł Bartek czapę: Stach naczyna:
- — Pianhy! — Piach? — Na nic! Chcę gruntu pszennego!
- — Kampinas! — Wtem Kos: — Kampinowskie lasy...
- Znam... Pod Warszawą... Dawneć to już czasy.
- Westchnął. Lecz insi zakrzyknął — A co to?...
- Ziemię brać losem?... A nuż grunt jałowy?
- Na nic tu z taką radą i robotą!
- Tu mądrej trzeba i znającej głowy! -
- Wtem Kos: — Gadają, co po rzekach złoto...
- A niechby dali wody do połowy! -
- — Złoto? — Pietr krzyknie — Toż ono się kopa!...
- — Nieprawda! — woła Kos. Zgłuszyli chłopa.
- Wsgyscy gadają naraz, tumult rośnie,
- Każdy chce swoje przewieść do ostatka.
- Jak kaczor w kępach ten krzyczy rozgłośnie,
- Tamten jak derkacz krzyczy, ów się zrzadka
- Przebija basem, jak bąk; ten nieznośnie
- Jak krakwa drze się, a ten, jak kołatka
- Wielkoczwartkowa nad wszystkich grzechota,
- Właśnie, jak gdybyś na, pińskie wpadł błota,
- O wielkanocnej porze. Aż z tej wrzawy
- Huk gruchnął. Cichość zrobiła się kołem:
- Horodziej ciężko podnosił się z ławy,
- W milczeniu dotąd siedzący za stołem.
- Grzmotnąwszy pięścią w deski, jak, gdy w trawy
- Strzelec się puści tym rzecznym padołem,
- Przekręci lufy, podsypnie garść z sakwy,
- Huknie, — wnet cichną bąk, kaczor i krakwy.
- Patrzy Horodziej w chłopów; a oczyma
- Brał stary, jakby cęgami człowieka.
- A chłopy w niego też... I tak ich trzyma
- Na samym ostrzu rzęsów, i precz czeka...
- Aż krzyknie: — Hej tam! Sikawki tu niema?
- A wody na łby!... A skocz-no gdzie rzeka,
- Jasiek! A chlusnął choć konwią od stracha,
- Bo się pakuły zajęły na dachu! -
- Chłopy w śmiech, a on pilno patrzy w strony...
- Po nich, jakoby uglądał: gdzie gore...
- Wtem drzwi uskoczą i w tumult się ony
- Pcha ciżba ludu, co przyszła w tę porę
- Z gór. Tak zakrzykną razem: — Pochwalony! -
- — Na wieki! — głosy odrzekną im skore.
- — Wy skąd? — Od Warty! — My zasię od Wisły,
- A my od Bugu. — Ta ręce się ścisły.
- Kręcę ja głową. Obchodzę te chłopy,
- Bo mi zanadto coś patrzą z niemiecka
- Owe to kitle, lejbiki i jopy...
- Czapki też insze, niż ta mazowiecka.
- Ze wszystkiem idą psubratom tym w tropy.
- Tak myślę! Ciasto-ć nasze. Jeno niecka
- Cudza! A patrzciez, narody wy moje,
- Jak to się do tła odmieni, choć swoje! -
- W izbie szum. — Dawnoż z domu wy? — Od roku
- Chyba... Spojrzeli po sobie: — A będzie!
- Lecz naszym błysnął strach, jak iskra w oku.
- — I nie na swojem jeszcze? Nie na grzędzie?
- A ci: — Ej, łatwo na trok, ino z troku
- Nie! To my tutaj obeszli precz wszędzie
- Temi światami, przez góry, przez doły...
- Bab niema, to człek letki i wesoły. -
- — A Bóg-że was to! — zawoła Jan Bania,
- Podniósłszy ręce i oczy do nieba.
- — A toć my rady pragnący, jak kania
- Dżdża! Toć nikt nie wie, gdzie iść, co brać trzeba!
- A tamci: — Hale! My z tego latania
- Wszystko przeznali! I co? Wszędzie chleba
- Skąpo! Tak idziem dalej... Aż krainę
- Całą tę zejdziem... Pampas... Argentynę...
- — Laboga! — krzykniem. A ci — nuż powiadać
- Różności one i szum czynić w głowie...
- Nuż w wąsy dmuchać a z czubem dokładać.
- Chłopy, jak brona zębate w tej mowie! -
- Obrzasł świat, kołem jął mrok już przepadać,
- — Nim się pośpili ci wiatropędowie -
- W różane kwiecie i w srebrne lelije,
- Właśnie, jak kiedy panna wieniec wije.
VII [edytuj]
- Wszedł dzień świetlisty i modrej pogody.
- Po drzewach szeptał wiatr cichy i mały,
- A one, rade tej świeżej ochłody,
- Same szły, same listków podawały.
- Jako więc Boga rozleją się wody,
- Gdy nagle puszczą kry i śniegozwały,
- Tak się w polanie, nakrytej od słońca,
- Narodu powódź rozlała szumiąca.
- Stół dla urzędu w środku. Tam się roją
- Sprawce, agenty różne i tłumacze.
- Ludu nagnali świeżego, tak swoją
- Kupą się trzyma każdy; a te gracze,
- Co potężniejsze w gębie, poprzód stoją.
- Więc kiedy znagła to wszystko obaczę,
- Błoń mi się zdawa zakwitła rozmajem, -
- Tak farby się tam pstrzą i mącą wzajem.
- Stanęli nasi złamanym pierścieniem.
- Baby po flankach, do frontu zaś chłopy.
- Twarze śniadościa obwlokłe i cieniem,
- Zapadłe oczy, czupryny jak snopy...
- Zmizerowany zbyt długiem cierpieniem
- Naród, by arka owa nad potopy
- Świata spłynąwszy, brał listki i wiechy
- Zielone tego dnia na znak pociechy.
- Więc kiedym pojrzał po onym widoku,
- Jaki tam sobą te rzesze czyniły,
- Jak gaj, ten cały ordynek mi w oku
- Został, wiośnianą nadzieją odżyły...
- Tak ci, o Chryste, kiedyś staną w kroku
- Ci chłopi, z ciężkiej zbudzeni mogiły,
- I na sąd pójdą z gałęźmi zieleni,
- By — przez nadzieję swą — byli sądzeni!
- A ty, wejrzawszy na one sukmany,
- Na oczy, z których lecą srebrne płacze, -
- — Oto — przerzeczesz — mój lud ukochany,
- I ziemi mojej przesmutne tułacze! -
- Tak chłop ci do nóg... — O Panie nad Pany!
- Toćżem ja czekał, aż sąd twój obaczę!...
- A Ociec zasię wszechmocny: — Dość tego!
- Miwyć półwłóczek raju dla każdego! -
- Lecz tu nie poszło sprawą tak, od słowa.
- Ledwie stanęli, już dzelą się w dwoje,
- Już każda głowy dostaje połowa,
- Już nóg, już ramion, już ręce ma swoje,
- Już inszym głosem każda gada głowa...
- A kiedy jeszcze w pośrodku tak stoję,
- Nuż one znów się rozszczepiać na częście...
- Więc zaklnę, plunę w bok, i ścisnę pięście.
- Jak niedoschniętą chłop kopicę siana
- Widłami rankiem rozrzuci po łące,
- Tak się i nasza drużyna, zebrana
- Rozbiła, w kopki z osobna stojące.
- Już każda swego dostała hetmana!
- Już z każdej lecą te głosy szumiące,
- Już iść gotowa pod własną buławą,
- Już rozum własny ma, i własne prawo.
- Ale Horodziej oburącz oparty
- Na wielkiej berli, wyciętej z dębiny,
- W pielgrzymskiej guni swojej czynił warty,
- Nad głowy ludzkie patrzący w bór siny.
- Na górce sterczał, i nad niż otwarty
- Widny był, nakształt zatkniętej brożyny,
- Do której znów chłop, ująwszy grablice,
- Kopek nagarnie, i zrobi kopicę.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Od Niemców kolej poszła. Stoją ławą
- Z dziećmi, z betami, z Niemkami swojemi,
- Niezamąceni bynajmniej tą sprawą.
- Torby, toboły, przy nogach na ziemi,
- Szydła, pilniki, dratwy, garnczki z kawą,
- W kitlacn, w kaszkietach, z daszkami bialemi,
- W pantoflach, w trepach, stoją rozkraczeni,
- Ćmią fajki, ręce trzymają w kieszeni.
- Wtem ich komisarz spyta: Gdzie? — Jak w rocie,
- Ogień po cynglach z komendą wraz błyska,
- Tak drgnęło w onej niemieckiej hołocie.
- — Blumenau! — krzykną. Nie znałem nazwiska.
- Zaczem pobrały karty, i w nawrocie
- Drogi stanęły gotowo szwabiska.
- Bo taki idzie do leda poręby,
- Leda gdzie, byle fajkę miał u gęby.
- Wtem tłomacx krzyknie: — Hej, wy tam, gromada!
- Wy dokąd chcecie i gdzie się obrali?
- Chłopy nic. Patrzą, czy czasem nie zdrada...
- Tak ów: — Gadajcież! Co będziem tu stali! -
- Wystapił Łuka: — My tutaj brać lada
- Czego nie będziem. Nas tutaj dosłali
- Z porękci samej angielskiej królowy.
- Wszystko nas musi dojść! — To podniósł głowy,
- Po chłopach spojrzał. Tak chfopy: — A przecie! -
- Tak Łuka znowu: — Nas tutaj okrętem
- Z Bremenu wieźli po całym, het, świecie,
- Przez morze! Nas tu prawem nie zbyć krętem!
- My nie nadrachy tu żadne! Nie śmiecie!
- Wszystko na piśmie musi stać! I żeby
- Pieczęć też była! — A chłopy: — Jeszczeby! -
- Tu w wąsy dmachać zaczną. Jak w rzeszoto,
- Stawiać się, w boki spierać kułakami:
- Pomknęli przed stół, pchają sie, aż gniotą.
- (Po stole bębnił komisarz palcami.)
- Dlaboga! — krzyknie tłomacz. — Tu nie o to!...
- Gdzie chcecie, pytam, iść? Gadajcież sami!
- Tu urząd słucha, i ja tutaj stoję...
- A wtem Roch hardo: — Gdzie? — A toć na swoje!
- Tak tłomacz: — Dobrze. Na swoje, człowiecze!
- Ale gdzie? Dokąd? W jaki stan iść chcecie? -
- Drapie się w głowy... Wtem Dudek przerzecze:
- — A w gospodarze! Parobkiem, toć przecie
- Dość się nabyłem w Grannem! — Tak uciecze
- Ów, łba chwyciwszy oburącz. — Niechże cię
- Piorun! — zakrzyknie. — Co za ludzie tacy!
- To z jednym więcej, niż z tamtymi pracy.
- Rozłożył ręce, stęknął. Wtem do tego,
- Co pisał, Marcin przybliżył się Duda:
- — Prosiłbym też ja pana wielmożnego
- Dać mnie tam, gdzie się łebskie proso uda... -
- Lecz Świerszcz zakrzyknął: — Głupi! Widzicie go!..
- A toć pod proso ziem zawsze je chuda!
- Ja chcę pszenicę siać i koniczynę...
- Co z prosa? Ja na takich ziemiach zginę!
- Tu insi wpadną w rzecz. Buchnęła wrzawa
- Pomiędzy chłopy, jak słoma w kominie.
- Żaden drugiemu przed sobą nie dawa,
- Ten kseb, ten odsieb od razu zawinie.
- Krzyczy Roch, krzyczy tem głośniej Żurawa.
- Tuż Włodarczyki przy Kosie Marcinie,
- Tuż Koźbiał, Bandys, Przytuła, tuż Duda,
- Ten — co się uda gdzie, ten — co nie uda.
- Stuka komisarz po stole, — nie słyszą.
- Krzyczy, aż chrypnie tłomacz, — żaden nie wie.
- Tak kiedy wichry borem zakołyszą,
- I puszczą tęgie prześwisty po drzewie,
- Wszystko się insze zda głuszą i ciszą,
- Przy onym gwałcie źywiołu i gniewie.
- Darmo tam dzięcioł dziob psowa po lesie,
- I puhacz, darmo, na sęk siadłszy, drze się.
- Wtem tłomacz znalazł sposób. Szepnął w usty
- Komisarzowi. Wstali i odchodzą
- Pobrawszy księgi. Nuż chłopstwo się ruszy!
- Nuż w pokłon! Drogę czapkami im grodzą...
- Jakby więc miodem smarował po duszy,
- Już cicho, już się wszyscy z sobą godzą.
- Tak się ów rozśmiał i wrócił do stoła.
- — Gadajcież teraz, a prędko! — zawoła.
- Zhukną się głosy i razem poniosą:
- — Do Kurytyby chcema! — Do Parana! -
- — Do Igłaszowa!* — Ja do Matagroso!
- — Ja, gdzie sól ryją! — Ja zasię do Jana,
- Abo do Pawła! — Ja równo gdzie proso!
- — Do wszystkich świętych my! — A. my, gdzie siana
- W sampas. — My ta w Bahiją! — W Destero! -
- Tu się zatchnęli, urwą i tchu bierą.
- Słuchają burzy onej zadziwieni
- Komisarzowie i patrzą po sobie.
- Zaczem ten bródkę skubie, ów z kieszeni
- Nożyka wyjął, paznokcie se skrobie...
- Aż tłomacz: — Ludzie! Czyście nawiedzeni?
- Boże, co ja z tem stadem owiec zrobię?
- Za mapg chwycili — Toż wy sig rozsali
- Jak grochy patrzajciez! — po całej półkuli.
- Zamilkły chłopy stropione, i gęby
- Otworzą, bacząc, co ów zaś powiada?...
- Tak zaraz szeptać zaczęła przez zęby
- Z tłomaczem, owa komisarska Rada.
- Zmarszczy się tłomacz i krzyknie: W poręby
- Pójdą mocniejsi, gdzie grunty rząd nada,
- A słabsi — kawę plantować w facendzie!
- A więcej nikt się was pytać nie będzie. -
- Skończył i ręką uderzył w papiery.
- A chłopy cicho sza! Ni mruknął który.
- Nie już te młódki same, lecz kozery
- W mig pochowały rogi i pazury.
- Owe Parany, Bahije, Destery,
- Tak poszły, jakby wodą chlusnął z góry...
- A z owej buty wielkiej i z junactwa,
- Od razu uszy obwisły u bractwa.
- Ale nadbuźny naród nasz, unity,
- W śniadościach długiej męki miawszy twarze,
- Tą siwą wełną, jak owca nakryty,
- Długo stał niemy w okrutnym tym gwarze,
- W stół komisarski trzymając wzrok wbity.
- Aż wyszły z kupy dwa szczere Łazarze
- I rzeką: Dajcie nas, wielmożne Pany,
- Tam, gdzie ze Rzymu jest słychać organy,
- Jako nam było przyobiecowane.
- Duch ci w narodzie łaknący jest, chory...
- Szkaplerze chcemy nosić poświęcane,
- I pieśnie śpiewać, jak za dawnej pory.
- Dziatki mieć chcemy chrzcone i chowane
- Po polsku. Chcemy w kościoły, w klasztory...
- Suplikacyi chcemy, litanii
- Do pfzenajświętszej panienki Maryi!
- Od Narwi my są oporne... Od Buga,
- Od Międzyrzeca, Sokołowa, Biały...
- Jako tam ziemia szeroka i długa,
- Tak się krwie nasze daleko polały.
- Z pola, z warsztatu wyrwany, od pługa
- Lud, ta aż onej uchodzim nawały,
- Ratując duszy. Więc niech nas urzędy
- Nie gwałcą w cerkiew! A iść — pójdziem wszędy.
- Przemierzylimy orenburskie stepy,
- Powygniatali więzienne pościele,
- Bosonóz lodu deptali czerepy,
- Trupem przybużne zapchalim kołbiele.
- Pałki w nas biły i pletnie — jak cepy.
- A równo w swoim wytrwalim kościele.
- — Więc ziemia, jak tam padnie. Byle święta
- Msza ona! Byle one sakramenta!...
- Umilkli. Pruszą łzami niby rosą,
- Głośniej mówiący tą ciszą, niż słowy.
- A tuż się insi za nimi obniosą
- W jakiś jęk wielki, tłumiony, echowy.
- Wstrząsłem się w sobie, bom poczuł, że to są
- Święci wyznawcy, z światłością u głowy.
- Tylko że światłość pod czapą schowana,
- Boby się przy niej nie zdała sukmana.
- . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem, pory chwytając i chwili,
- Póki się w chłopach nie ocknie znów dusza,
- W dwie nas gromady pośpiesznie dzielili.
- Tak myślę: — Co ja mam, do paralasza,
- Iść w bory?... Kowal! Z rzemiosłem, świat — tyli!
- Do miasta pójdę! A chamstwo niech rusza
- Gdzie chce! Dosyć się nażyłem mitręgi.
- Człek nie jest prostak! Ma w ręku chleb tęgi!
- Lecz chociem sobie to wszystko tak prawił,
- Oczy tam moje bezwolnie leciały,
- Jakobym właśnie pół duszy zostawił,
- Gdzie Maćki owe, gdzie Dudy, Koźbiały...
- Zmarszczyłem czoła i wąsym nastawił,
- Zły sam na siebie, a żalem nabrzmiały.
- Więc zmrużę oczy, obrócą w bok głowy,
- Gwiżdżąc przez zęby kurancik jakowy.
- Wtem Szczęśniak, z twarzą wyzółkłą i chorą,
- Od której biła już śmiertelna zorza,
- Przed stołem czapki uniżył z pokorą,
- I stanął, jak ta w polu męka boża.
- Aż rzecze — Niech tam Panowie obiorą
- Zuchelek ziemi dla mnie w pobliż morza,
- Bo w morzu chłopca mam, i zaś kobita... -
- Tu załkał, oczy prędko otarł w świtę.
- Sucha go tłumacz i panom rozpowie,
- Westchnąwszy, o tym wielkim nieszczęśniku.
- Zimno to oni przyjęli panowie,
- W stołkach się przy swym gibając stoliku.
- Lecz mnie przez skórę zaczęło iść mrowie,
- A czując, że mam duszę pełną krzyku,
- Rzucę się temu sierocie na szyję
- I ryknę: — Z wami! Z wami póki zyję!...
- I tak mi letko stało się i miło,
- Jakbym piór dostał i lecieć miał światem...
- W garściach mnie tylko okrutnie swędziło,
- Że albo bić się z, kim, lub ściskać z bratem.
- Aż razem z onaąbłogością i siłą
- Jelenka białym zapachła mi kwiatem...
- Tak zatnę zęby i syknę: — Aj, że cię
- Też dziewko moja, już niema na świecie!
- Ostajże mi się, ty biała lelijo,
- W czarnościach boru, gdzie nikt ciebie nie wie.
- Niech ci tu wichry huczą litaniją,
- A ty cichuchno śpij przy onym śpiewie.
- A we mnie smutki, jak w żelazo biją,
- Podsypujące żałości zarzewie...
- I nie ja kowal, jakem mniemał o tem,
- Lecz Jola, z ciężkim i wzniesionym młotem!
- Zaczem za rękę ścisnę ono chłopię,
- Co mi w sukcesyi po Żtżarskim ostało,
- I włosów jego przygładza konopie
- I rzekę: — Jasiek, a trzymaj się śmiało!
- Do góry uszy, a pilnuj się w tropie,
- Bo drogę mamy przed sobą niemałą. -
- Aż widzę, ciągnie do oczu ów poły...
- Tak pytami — Głodnyś? — Nie! — To bądź wesoły!
- Tymczasem chłopi zgodzeni z swą dolą
- Szli jedni w prawo, a drudzy znów w lewo.
- Już im i to się wydaje być wolą,
- Że w planty mogą iść, lub w bór ciąć drzewo.
- Już Horodzieja, jak ojca okolą,
- Już cisi stoją pod słońca ulewą,
- Jakby ich, na to Najświętszy Bóg stworzył,
- By nieśli, co im kto na kark nałożył.
- Ale niejeden rozdartą miał duszę
- Na dwie przeciwne, bolące połowy.
- Za jedną ciągło — chce, za drugą — muszę.
- I szyje się tam targały i głowy.
- A co niedawno, w onej zawierusze,
- Każdy osobno chciał iść w ten świat nowy,
- Teraz, jak kiedy toporem w pień zatnie,
- Poczuli w sobie rdzeń i miazgę — bratnie.
- Wtem Opacz stanął na progu z cybuchem
- W zębach. Jak szlachcic w boki się podpiera.
- Do pełnej misy chłop przywrzał już duchem,
- Ordzewiał w sobie, jak stara siekiera,
- Pleśnią się nakryła by dzieża kożuchem.
- Tak krzyknął gdzie chce iść, i co obiera?
- A owi — Ej braty! O kiju do chleba
- Skuczno iść! Tak cóż? Ta zostać mnie trzeba.
- — Co gnaty będę obijał po lesie?
- Czy tam pieroga dadzą? Wódki flaszę?
- Świata nie przeżyć, mówili w Odesie,
- A co ta zjemy, mówili, to nasze.
- Tak idźcie braty wy. A mnie nie chce się!
- Orać? Siać hreczkę? Tak cóż! Ja tu kaszę
- Gotową z sadłem mam! Cóż mnie w te światy
- Chodzić? Taż czego szukać? Idźcie, braty!
- Puścił kłąb dymu, rozparł się i śliny
- Płot, patrząc w baty od tłuszczu błyszczące.
- A już ubiegły z południa godziny
- I mniejszym żarem, sypało już słońce.
- Bór szumiał ku nam ogromny i siny,
- Jakoby prędzej te dusze żywiące
- Brać w siebie żądał, i dawał już głosy,
- Że padła nasza kość i nasze losy.
- Więc zaraz my tam stawali do drogi,
- Nie chcący nawet posilać się niczem.
- Tylko się obie ścisnęły załogi:
- — Bóg prowadź! — Z Bogiem idźcie bracia! — krzyczem.
- Już się rozchodzim, a wtem się głos srogi
- Poniesie, jakby przez serca ciął biczem:
- Nie chcemy! Na nic tu z taką poradą!
- Głomadą przyszlim, odejdziem gromadą!
- Jako więc wody z dwóch stawów się spłyną.
- Kiedy młynarczyk podniesie upusty,
- Tak się czupryna uderzy z czupryna,
- Rańtuch z rantuchem, kapoty i chusty.
- Już się trzymają ściśniętą drożyną,
- Już trzęsącemi od żałości usty,
- I słowa przerzec nie mogą w tej chwili,
- Jakby do siebie z zaświata wrócili,
- Patrzy w nas z dziwem ta obca czereda,
- Ten w śmiech, a tamten ramieniem poruszy.
- Hej, nigdy cudzym, zrozumieć się nie da,
- Co jest bratniego, narodzie, w twej doszy!
- I to jest nasze dziedzictwo i scheda,
- Cboć resztę życie roztarga, rozpruszy,
- Że kiedy dola nad nami się zaćmi,
- Gromadą czujem się, czujem się braćmi!
- Wszakże zapóźno było. Już tam w księgi
- Wpisane głowy po dwóch stronach stały.
- Już dalszej onej uchodząc mitręgi
- Spieszno na muły urzędy siadały.
- Urwał się jeszcze do borów kęs tęgi
- Chłopa, lecz słabszych do kupy nagnały
- Dozorce, jakby właśnie owiec trzodę...
- Starzy tam głównie szli i dziewki młode.
- Ale Horodziej stał z głową zadartą
- W niebo, i ruszał zwiędłemi wargami,
- W niemym pacierzu o drogę otwartą
- Radząc się z Bogiem, co była przed nami.
- Aż spojrzy po nasi — Jakże? Toćby warto
- Ostają? — Baby runęły wśród jęku,
- Mało już która z dzieciątkiem na ręku.
- Więc jak na harfie, gdy struny niektóre
- Panna potrąca, a insze pomija,
- Ciszej to głośniej poniosło się w górę:
- ...A łaskiś pełna... A zdrowaś Maryja!...
- Cyy msza, czy nieszpor jest, czy wigilija,
- I z ampułkami naszałem już tacę.
- Huknę łaciną: — Requiescant in pace!
KSIĘGA III [edytuj]
- Powitanie puszczy. Inwokacja. Pan Balcer puszczę opisuje. Na działach. Horodziej wieś polską zaleca. Opór puszczy i złudne nadzieje. Przeczucia. Osada Pińczuka. Zwątpiałość. Dudek o powrocie namienia. Pan Balcer wróży ludowi mocnego pieśniarza. Posłuchy o polskiej osadzie. Narady. Mogiła Przytuły. Apostrofa pana Balcera do puszczy. Strzał Żuka. Wspomnienie łowieckie. Wicher w puszczy. Śmierć Jaśka. Pora deszczowa. Komisja. Pan Balcer od gromady przemawia. Napad babi. U ogniska. Hasło.
I [edytuj]
- W osierdziu puszczy dzień oświtł nam trzeci,
- Zemdlonym, ledwo już wlokącym nogi,
- Za nami tylko i przed nami świeci
- Przestrzał, siekierą wyrąbanej drogi.
- Ptak śwista jeszcze, i jeszcze tam leci
- Na pnie, aa koron zwalone porogi,
- Które się bronić przystępu zdawały
- W te knieje, niby forteczne zawały.
- Pierwszym szedł, pierwszym przestąpił je krokiem,
- A za mną walił lud z obojej strony.
- A taka gęstwa nakryła nas mrokiem,
- Jakby przez niebo zaciągnął zasłony.
- Drzemy się chaszczem w milczeniu głębokiem,
- Gdy wtem Horodziej krzyknie: — Pochwalony! -
- A huk się porwał, i rozgrzmiał daleki,
- Jakby nam puszcza odkrzykła: — Na wieki! -
- Więc my poczuli dom, i cości swego
- W onych niezmiernych dalekościach świata.
- Bo to i w puszczy, jak więc u każdego,
- Jest dusza, co się z tą człowieczż — brata.
- A choć jej głębie zatajone strzegą,
- Przemówisz do niej? — wnet odzew przylata,
- Właśnie, jakby się druhowie zgadali...
- I tak my weszli tam, i tak zostali.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Szumcieź mi jeszcze, wy ogromne bory,
- Sadzone tutaj od nacięcia świata!
- I wy, krzyczące ozwijcie się kory,
- Gdy po was, z jękiem, siekiera kołata!
- Huczcież mi grzmotem, mazurskie topory,
- Gdy skry z nich krzesze prawica żylata,
- Jako bywało w ten pierwszy czas stary,
- Kiedy się człowiek brał i ziemią za bary.
- Niechajże jeszcze na oczach mi stanie
- Ten nieprzebyty gąszcz i niestrzymany,
- I naród, w swojej siermiężnej sukmanie
- U proga puszczy tej rozkrzyżowany,
- Suplikujący do Ciebie, o Panie,
- Byś błogosławił ten dział mu nadany,
- I był tu z nami tak samo pospołem,
- Jak w wioskach, białym nakrytych kościołem.
- Niechajże jeszcze zobaczę te głowy
- Żarem spalone i wyschłe do kości,
- Jak się na wiew ten i pomierzch borowy
- Odkryły, i jak tam stały w nagości.
- Jak nagle ucichł gwar w ciżbie i mowy,
- A naród tak szedł, jakby do świętości,
- Do sakramentu... Niech jeszcze zobaczę
- Tę puszczę, chwilę tę, i te tułacze!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Bór był osiadły w bagnach przez połowę,
- A przez pół piął się po skalistym żlebie.
- Drzewa tam zbitą czyniły posowę,
- Utapiające wierzchoły swe w niebie.
- Światła się nagłe i mroki surowe
- Rzucają, gdy się ta puszcza kolebie,
- Par duszny, jak gdy w łaźni grzeją piece,
- A piżmo tęgie czuć, niby w aptece.
- Od spodu zaraz, z mokrej grzęzawiny
- Pędem się w górę prą okrutne chaszcze,
- Na rękę grubej, strzelistej w kiść trzciny,
- Po której chrząsty brzęczą i ptak klaszcze.
- Spojrzysz w gąszcz, — a tam wężowy kłąb siny..
- Modrzą się grzbiety i ziewaja paszcze.
- Nad bagnem kwiaty, w jaskrawym się pyle
- Chwieją i lecieć zdają, jak motyle.
- Te skrzypy, jako w organie fujary,
- Te jodły*, co jak szabaśne świeczniki,
- Gałęzie, od pnia, puszczają do pary.
- Ten gąszcz, bez nazwy, zmieszany i dziki,
- Te stolby, niby kościelne filary,
- Te kołyszące się, jak z masztów, wiechy,
- Te insze, krągłe i zbite, jak strzechy!
- Darmobyś tutaj dochodził rozumem?
- Jak mienić drzewa te, i te szuwary.
- Bo wszystko się tu pcha gwałtownym tłumem,
- Niehamowane i het wszelkiej miary,
- Każde swym kształtem jawiąc się i szumem.
- A kto nie widział, nie doda ten wiary,
- Bo bitwa prawie jest o dech do słońca,
- A ziemia w potach stoi, wciąż rodząca.
- Po drzewach pną się, jak po masztach, liny,
- Okrutne matnie czyniąc i zasiecze.
- Jedno tam w górę pełznie, jak gadziny,
- Drugie, jak woda z dachu, na łeb ciecze...
- Liść osobliwszy u każdej krzewiny,
- Te jako pióra, a tamte, jak miecze.
- Dławi się wszystko i dusi pospołu,
- Taka chuć życia u tego żywiołu,
- Więc kiedy słońce w te padnie komory,
- Przez zieleń sącząc się i szkliwa owe,
- Dziwnemi blaski grają one bory...
- Właśnie, jak kiedy upadną na głowę
- Anielskie, z okien kościelnych kolory,
- One widziadła lekuchne, tęczowe,
- W palmy, w gwiazdzice, w róże. Jak kiedyby
- W niebie zaprawił malowane szyby.
- Dopieroż nad ten wrzask, świsty, trzepoty...
- Ptak leci — nie wiesz, czy płomień, czy kwiaty,
- Bo jeden bywa ognisty i złoty,
- A drugi modry. Jak nasze bławaty.
- Inszy lśni, jak te we skarbcu klejnoty,
- W szafir odziany i w jasne szkarłaty,
- A wstrzęsie pióra, to w onym się ptaku
- Blaski migają, by w drogim kanaku.
- Więc kiedy cię tam to wszystko otoczy,
- Te światła, farby, jaskrawe te puchy,
- Gdy ci się tęczą rozbłysną przed oczy,
- W żywem maczane słońcu ogniomuchy,
- To ci tak we łbie zakrąży, zamroczy,
- Jakby skarb nagle otwarły ci duchy,
- Co go w Ojcowskih skałach skarbnik strzeże,
- Aż przecknie Łoktek król, a z nim Rycerze.
- Jakże więc naród w najpierwszej tej chwili
- Nie runie w puszcze, nie huknie rozgłośnie!
- Tu się Mazury za głowy chwycili?
- Że piachów niema i brzoza nie rośnie.
- Stają, wracają, próbują tych dyli,
- Patrzają w kwiaty, tak tkane, jak w krośnie,
- A choć tam w piersiach duch ledwo kołata,
- Rwą się tak, żeby dźwignęli pół świata.
- Lecz we mnie, gdym tak patrzał na te dziwy,
- Serce się nagle rzuciło, jak młotem...
- — O ubożuchne, podlaskie wy niwy,
- Toż wy zbożami też tkane, jak złotem!
- Toż tam lny nasze, jak szafir ten żywy!
- Toć gryki srebrnym świat grodzą nam płotem!
- Toć Pan Bóg u nas ma swoje spichlerze,
- Gdzie chleb, zaś tutaj szaty jeno bierze!
- Świadcz że nam teraz, ty ziemio daleka,
- Któraś nas sobie rodziła, nie komu,
- Czy my ci byli, jak syn, co ucieka
- Ze spokojnego macierzy swej domu?
- Świadcz nam, czy jedna choć sucha powieka
- Była, gdy my tak nieśli pokryjomu
- Dusze i głowy z onego stracenia,
- Gdzie człek wiecznego niepewny zbawienia...
- Świadcz/Ze nam, czy my dębie sf{ puścili Letkomyślącem sercem i 2 roepusty? Czy nie stawali od mili, do mili, Trzesącemi sig źcgnaiąc cig asty?... Czy zgtem śmiertelnem za siebie fzucilii Na te niepamięć wieczna? Czy twe chrosty, Twe pioty w serca nie wrosfy na wieki?... Świadcz nam, ty kraja mify, ty, daletnl... Prędko się z nami sprawiły orzedy, Pomiar cayoiace przez borów potacie, Gdzie szlił tam chaszcze f^balim w te pędy, Na koiacli pchając ich, w przewoźnej chacie, Aż śle zrobiły ku niebu wyg-Iedy, ZtoteJ podobne i świetlistej kracie W dzień, a srebfzacej do gwiazd i miesiąca... I tak. się stała ta puszcza — żyjąca. Skfzykneli zaraz murzynów z szarwarfau, Iz w tef są bystrzy i sprawni robocie, Coby na podób swojego folwarku, Chaty stawili i pletli zaplocie. Przyszli, Z brzemieniem tykw złotych na fe.a.rtu, 'Gibcy, w tej skóry spalonej nagocie, I nie fundując się w żadne warsztaty, Jak
- stali, tak nam szli budować chaty.
- Szałasy raczej zwaćby je, z przyczyny,
- li w nich ni krokwi nie było, ni belki.
- Wylamie taki na bagnach pek trzciny,
- Kołek przy ŁofLu zatknie w Ł-rąg— niewielki,
- Zaś ujmie garścią razem u czupryny,
- Zwiąże, i tak się sprawiwszy z ciesielki,
- Liściem to żywym poszywa do ziemi,
- Jak kalenice chłop snopy źytniemi.
- A iżby mu ta budowa nie klęsła,
- Obrzuci błotem, ubije ze środka,
- Pod wierzchem, na leż, z gałęzi da przęsła,
- Mchy nosząc na nie i ściel jaką spotka,
- Zaś patrzy, hardy ze swego rzemęsła,
- (Choć piły w ręku nie miał, ani młotka)
- Myśląc — że cudo! Alić, jak się uda,
- To tęższa u nas forteca — psia buda.
- Lecz ja, na górce wziąwszy ziemie działem,
- Gdzie widniej było w niebo i na okół,
- Ognisko sobie pod daszkiem stawiałem,
- Pobiwszy z drągów uczciwy ostrokół.
- Karczunkum nie chciał brać. Dość mi na małem,
- Byle człek życia kowalem już dokuł...
- Tak umyśliwszy trwać wolno i luźnie,
- Połowąm sobie, jak mógł, zrządza kuźnię.
- Przy kuźni, jako ten gołąb pod strzechą,
- Jasiek mi gruszył; a to, a znów owo...
- Bo wszystko chłopcu tam było uciechą,
- Każde piosenką stawało się słowo...
- Więc jak dąb zeschły umai się wiechą
- Jemioły, zieleń zwinąwszy nad głową,
- Sieroctwo moje maiło się wiosną
- Chłopięcej duszy, co piórka jej rosną
II [edytuj]
- Z okrutną w puszczę lud rzucił się mocą,
- Ciąć one bory stojące z prawieka.
- Tylko te ręce, te serca dygocą,
- Tylko ta dusza w siekierę ucieka!
- Huczą topory dniem, i huczą nocą...
- Nie patrzy słońca i świtu nie czeka
- Ta przesilona praca, co się zdało,
- W pień, do korzenia, puszcz zwali te całą-
- Życia przyrosło w piersiach. Na odpuście
- Nie kipią czapy tak, ni na jarmarku,
- Jak tu, gdy chłop szedł w borowe czeluście,
- Junacko głowę trzymajac na karku.
- Wnet po wykrotach, po jarach, po chruście,
- Wśród syku gadzin i papug poswarku,
- Latają pieśoie od Wisły, od Buga,
- Hulaszcza jedna, a rzewna ta druga.
- Wiec było patrzeć na te batalije,
- Na Wyrwidęby te i Waligóry!
- Prężą się karki, wzdymają się szyje,
- Żył widać bicie skroś spalonej skóry.
- Aż świśnie topór, huknie, jak grom bije...
- Kwietnych platańców pękają: wnet sznury,
- Małpy z gałęzi skaczą z dzikim wrzaskiem,
- Z gniazd ptactwo leci, siejące piór blaskiem.
- Nie gonion a kniei, od jak stało świata,
- Zwierz wstał, zawęszył, okiem toczy, prycha,
- Potrzykroć leż swą koliskiem oblata,
- Zadarłszy cbwosta, i ziemny wiatr wdycha.
- Drgnął, stanął; pędzi gdzie trzcin gęsta krata,
- Ogromnem cielskiem w moczary się wpycha.
- Trzeszczą łamane trzciny, bagno plucha,
- Zwierz chrapy podniósł rozwarte i słucha.
- Lecz topór huczy. Jak działo armatnie.
- — Bij! Pal! — Odwiecznej drżą fortecy mury...
- Co ostrze z jękiem ugodzi i zatnie,
- To chłop odjęknie i pojrzy do góry...
- Aż siły z siebie dobywszy ostatnie,
- Rąbnie! Jak granat pień pękł. Lecą wióry,
- Błyskają, rażą, by drzazgi z kartacza...
- Tak Mazur srogą bitwę z puszczą stacza.
- A był w tej wojnie pęd taki i siła,
- Co i za bębny stał, i za komendę.
- Bo tam z toporem razem dusza biła,
- Sama siekiera. grzmiała tam: Zdobędę!
- Bo nie wodzowi, co pułki posyła,
- Lecz sobie naród dobywał tam grzędę,
- Na której róść miał. Więc duch bił z tej mocy,
- Wyrębującej się na jutrznię — z nocy.
- Dziś jeszcze, jeszcze teraz ucho słyszy
- Muzykę siekier i toporów ową...
- I teraz jeszcze mam za towarzyszy
- Te echa, co mi grają pod posową
- Samotnej izby, gdy się w niej uciszy...
- I widzę, jak te bory chwieją głową
- Z wielkiego dziwu, i jak słońce trzęsie
- Blask w knieje, tęcze nizając na rzęsie.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Lecz puszcza stała twardo. Ściąłeś drzewo?
- Poledz nie miało kędy, przed inszemi,
- Ale podparte, na prawo, na lewo,
- Między stołbami wisło ściśnionemi,
- Sypiąc w dół kwiecia i liścia ulewą,
- Umiatające gałęźmi po ziemi...
- Tak zwartą rotę gdy kula przewierci,
- Nie pada żołnierz, lecz stoi — po śmierci.
- Co ostrze z jękiem ugodzi i zatnie,
- To chłop odjęknie i pojrzy do góry...
- Aż siły z siebie dobywszy ostatnie,
- Rąbnie! Jak granat pień pękł. -Lecą wióry,
- Błyskają rażą, by drzazgi z kartacza...
- Tak Mazur srogą bitwę z puszczą stacza.
- A był w tej wojnie pęd taki i siła,
- Co i za bębny stał, i za komendę.
- Bo tam z toporem razem dusza biła,
- Sama siekiera. grzmiała tam: Zdobędę!
- Bo nie wodzowie co pułki posyła,
- Lecz sobie naród dobywał tam grzędę,
- Na której róść miał. Więc duch bił z tej mocy
- Wyrębującej się na jutrznię — z nocy.
- Dziś jeszcze, jeszcze teraz ucho słyszy
- Muzykę siekier i toporów ową...
- I teraz jeszcze mam za towarzyszy
- Te echa, co mi grają pod posową
- Samotnej izby, gdy się w niej uciszy...
- I widzę, jak te bory chwieją głową
- Z wielkiego dziwu, i jak słońce trzęsie
- Blask w knieje, tęcze nizając na rzęsie.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Lecz puszcza stała twardo. Ściąłeś drzewo?
- Poledz nie miało kędy, przed inszemi,
- Ale podparte, na prawo, na lewo,
- Miedzy stołbami wisło ściśnionemi,
- Sypiąc w dół kwiecia i liścia ulewą,
- Umiatające gałęźmi po ziemi...
- Tak zwartą rotę gdy koła przewierci,
- Nic pada żołnierz, lecz stoi — po śmierci.
- Słyszałem ci ja o tej Bukowinie,
- Co tam podcięte stały w borach buki,
- Idzie chudzina, — jakoś się uchynie...
- Aż ci to szlachta wali i hajduki,
- A wszystko grube, po miedzie, po winie...
- Tak zabrzmi nagła śmierć, zakraczą kruki,
- Runie bór ścięty, trup pada na trupa,
- Pnie, ludzie, konie — razem! Jedna kupa!
- Wiec mi to nieraz na myśli stawało,
- Kiedy tak nasi w topory dzwonili.
- Huknie co tężej? — A słowo się stało!
- Już nasłuchuje od chwili, do chwili.
- Niespokojności zażyłem niemało...
- Nuż łba nie umknie który? Nuż pomyli?
- Ale że jakoś przypadku nie było.
- Znać cię, chudzino, nie wielce przybyło!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem baby wylegną przed chaty,
- Ogniska palą i bób warzą czarny,
- Albo naręczem dźwigają pataty,
- Co jak kartofel są, ale poczwarny.
- Wokoło duszne biją aromaty,
- Powietrze brzęczy, jak dzwonek ten farny,
- Od wielkich, złotych much, co je żar drażni,
- A parem dyszysz tak, jak kacap w łaźni.
- Postój, a pomilcz... Już gad syczy z trawy,
- Już zwierz z gęstwiny skoczy, patrzy w ciebie,
- Już ci nad głową ptak szumi bujawy,
- Szeroko skrzydła rozwiodłszy po niebie.
- W oczach ci z trzaskiem kwiat pęka jaskrawy,
- Rój pstropierzystych papug się kolebie,
- A słońce sączy przez liść krople blasku,
- Właśnie jak szmaragd topiony na piasku.
- Wiec choćbyś stał tak i patrzał do świata
- Dzień cały? jeszcze nie objąłbyś okiem
- Wszystkiego, co tam pełza, błyska, lata,
- Co z pod nóg rwie się, co wybucha tłokiem!
- Tak święty jeden, (od księdza wiem brata,)
- Cudnym jakowymś zachwycon widokiem.
- Na szczerej drodze lat przestał niemało,
- Pięćdziesiąt cości, — a dniem mu się zdało.
- Lecz pod noc padał strach. Te czarne knieje,
- Ludzkim się oczom nie jawią aż do dna.
- Słysz... Coś się czai... Stysz!... Cości się śmieje...
- Gdzieś gardziel ryknie, gdzieś paszcz ziewnie głodna.
- Słysz... Śmierć gdzieś z trzaskiem otwarła wierzeje...
- Paszcza, jak morze, bezkresna, bezbrodna,
- Ma dziwotwory swoje, a ich głosy,
- Ich szepty, szmery, — na łbie dębią włosy.
- Słuchasz i czujesz, że tam, w tej głębinie
- Mrocznej, świat jakiś nieznany się rusza,
- Że coś tam cierpi, mocuje się, ginie,
- Że jakaś ślepa wyrywa się dusza
- Z głębi cielsk, w oną zaginanych pustynie.
- I trwoga ci tu powraca pastusza
- Twego dzieciństwa, gdyś łyżką od kaszy
- Bór pokazowa! i mówił: — Tam straszy! -
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Ogromnym krokiem lud wracał z roboty,
- Z błyskawicami zawziątku w źrenicy.
- Choć nie schodziły mu z czół wielkie poty,
- Które nie z rosy były, lecz z krwawicy.
- A tu iskrzasty snop buchał już złoty
- Z ogniska mojej polowej kuźnicy
- Na górce, gdzie mi Jasiek dymał miecha.
- Wiec łoskot młota, wiec gwar i uciecha.
- — Hej! To my pany tera i bogacze! -
- Krzyknie Przytuła. — Że też to w Obrytem
- Nie wiedzą ludzie nic, co ja tu znaczę!
- To teraz gruntu tyla, to bór przytem!
- Oj będą tutaj na bezrok kołacze,
- Bo wpół pszenicą obsieją, wpół źytem! -
- A Roch: — Laboga! Już puszczam popręgi! -
- Inszy w śmiech: — Dobry! — klaszczą w ręce: — Tęgi! -
- Wtem Koźbiał westchnie! — Nim będzie co i tego,
- Niemało wody na Wiśle upłynie!
- Pola tu nigdzie nie widzę dobrego
- . W bór nas wegnali, jak zwierza w pustynię...
- Grunt ciężki; trzaby sprzężaju srogiego!
- A gdzież ja tutaj na owies przyczynię?
- Na groch, tatarkę, na wykę, na proso,
- Co w letkich szczyrkach nalepszy plon niosą?
- — Patrzta, — Świercz krzyknie — ślepego mazura,
- Jak mu to piasek zasypał te ślepie! -
- A Roch: — Co gadać? Już taka natura,
- Mazur zna gliny tyla, co w polepie...
- — Nieprawdal — krzyknie Kozbiał. — Jest niektóra
- Ziemia i u nas! — A Hnat: Hej, ty stepie -
- Zaciągnie nagle głosem — Ty rodzony!
- Hej ługu, młoda kaliną sadzony!...
- Zawtórzą insi, hukną. Każdy śpiewa
- Po swemu, sobie i swojej nadziei...
- Czego upragnie, czego się spodziewa,
- Dobywa z duszy w tej głosów rozwiei...
- A wtem wszedł księżyc i blasków ulewa
- Sączyć się jęła strugami do kniei,
- Co stała cicha i światłem srebrząca,
- Pod rorwidnioną źrenicą miesiąca.
- Ale Horodziej obchodził nas w koło.
- (Stary krok drobny miał, lecz jeszcze szparki.)
- Tylko te włosy dzielone przez czoło
- Od skroni mu się zwiewają na barki.
- Aż stanął, stuknął kijem: — A gdzież sioło
- Będzie? Bo jakieś osobne folwarki
- Szykować chcecie... Gdzież sioło tu będzie,
- I gdzie tu kmiecie usiedą na grzędzie?
- Podniósł berlicy, brwi ściągnął sobole:
- — I cóż patrzycie we mnie, jak w raroga?
- Pytam: gdzie będzie tu gromadzkie pole?
- Gdzie wygon? Kędy na pastwisko droga?
- Gdzie tu wysada: zaszumią topole?
- Gdzie w łąkach stogi świeżego muroga?
- Gdzie staną chaty rzędem? Sady? Kopy?
- Gdzie tutaj stanie wieś? Gdzie siędą chłopy?
- Bo jak miarkuję dotąd i jak baczę,
- Holendry chcecie fundować tu... Szwaby...
- Tfu! Płócienniki jakieś... Djabły... Tkacze...
- Co na osóbkę siedzą, tfu! jak żaby
- W błocie!... Ja ciągnął tu między oracze,
- Między rataje boże, boże raby...
- Ja tu fundować myślał w te wysiotki
- Wieś sprawiedliwą polską! — — Czy my kołki
- Kos krzyknie — żeby żerdzi się trzymali?
- Każdemu luźniej, jak pola rozeprze! -
- Lecz stary kiwał głową: — Oj obali
- Wiatr cię, obali, jak czajkę na Dnieprze,
- Ty samoluzie! — Lecz insi wzdychali,
- Dnie wspominając szczęśliwsze i lepsze.
- Każdemu stoi przed okiem, jak żywa,
- Ta wiejska droga miła, chociaż krzywa...
- Milczy. Zbyt pełno w sercu tam i w duszy,
- Żeby wymówić słowem... Ten zagrodę
- Rzuconą widzi... Ten szum słyszy gruszy
- Na własnej miedzy. Inszemu po wodę
- Żuraw u studni skrzypi... ów, pastuszy
- Flecik załawia uchem... Jakieś młode
- Wonie i rosy powiały skróś spieki,
- Jakiś pociągnął wiatr świeży... daleki...
- Więc nas obeszła cichość wielką falą...
- Westchnie Kos, Bugaj wąsa w dół zatarga.
- A choć nie mówi nikt, same się żalą
- Serca... Z serc samych leci niema skarga.
- Tak krzyknę: — Dawaj drew! Niechaj się palą,
- Bo nam się dusza w tych smutkach obszarga,
- Jak wrona w słotę! — Buchnęło ze stosu,
- I wnet nam ducha, przybyło i głosu.
- Lecz choć powrócił śmiech, wrzawa, ochota,
- Jedno poczuli wszyscy: — Jak raz dola
- Zatrzaśnie za kim czarne one wrota,
- Co od swojego odgrodzą go pola,
- Nie ufunduje dawnego żywota
- Nigdy i nigdzie! Aż krzyknie Roch: — Hola!
- Dosyć tej rady, gromado życzliwa!
- Trza z brzaskiem walić bór, pod siew, pod żniwa!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Lecz i do żniwa świat był i do siewu...
- Rąbie chłop z ranka do nocy dni cztery.
- A ledwo radę da srogiemu drzewu.
- Porozpalały się w garściach siekiery,
- Jak to żelazo w cęgach; bez odziewu
- O głodzie tnie chłop, a ledwo zadziery
- Uczyni w korach za dziesiątym razem,
- Bo drzewo takoż zdało się żelazem.
- Pół biedy jeszcze, gdzie stały na dziele
- Jedlice, które się tam pinha zową.
- Ta choć sierdzista, i twarde ma biele,
- Upadnie przecież przed siłą takową.
- Ale najgorzej było gdzie kanele!
- Te, jak chcesz rąbaj, abo w nie tłucz głową,
- Na nic! Strom zwięzły jak z krzemienia stoi,
- A ręki ludzkiej najmniej się nie boi.
- Więc wściekłość naród brała u tych karczy.
- Zdziczały chłopy tak, że choć na noże!
- A jam już widział, że sił tu nie starczy,
- Że nie my puszcze, lecz puszcza nas zmoże.
- Topór w powietrzu aż jęczy, aż warczy,
- A jak od stali odskoczy po korze...
- Klnie Roch: — Niech gromy siarczyste zatrzasną!
- Klnie Ziąba, duszą pocący się własną.
- Lecz Dudek, który tu przyciągnął z żoną
- Ze stron polistych, gdzie gaj jest jak słoma,
- Ciskał siekierą i z głową zwieszoną
- Siadał i płakał, podparty rękoma!
- — Chryste! Za każdą osinkę skręconą,
- Za każdą brzózkę wyciętą tam, doma,
- Ma dworskiem, Bóg mnie pokarał tym borem!
- Ani go ugryźć, ni uciąć toporem!
- Kto klął, kto płakał, lżej przecie mu było.
- Ale Sekura w swej straszny niemocie,
- Na głucho z oną się pasował siłą.
- W pianach, z krwią w oczach, trzęsący się w pocie,
- Jakoby właśnie złe w niego wstąpiło,
- Tak w drzewo rzucał się. Aż w tej robocie
- Zapamiętany, upadał na trawy,
- Garściami zielska rwąc, drapiąc murawy.
- Wszakże i ten się nie cieszyłt zamianie,
- Kto w góry poszedł i grunt tam miał dany.
- Bo choć chaszcz tylko porastał te granie,
- I ledwo rzadki dąb był tam rąbany,
- Spodem — głaz żywy za to. A na ścianie
- Skalnej tyle tam ziemi, co śmietany
- W garncu się babie pod wieczór ustoi,
- Gdy rankiem chudą krowinę wydoi.
- Orać? — A jakoż, gdy krój w głąb nie bierze,
- I tylko powierzeń dzioba, jak motyki?
- Siać? — A to wnet te skrzydlate drapieże
- Ogromny czarny sęp i gołąb dziki,
- Chmurą nakryją usiewy ci świeże.
- A choćbyś stępił i te gwałtowniki,
- Przylecą wichry i ziem tę lekuchną,
- Jak szmatę zwiną, poniosą i zdmuchną.
- Tak czy z tej ugryźć, czyli z inszej strony,
- Twardo, i zębów nałamać nam trzeba!
- Świat bo tu z wieków pod puszczę sprawiony,
- I darmo po nim chcieć pola i chleba.
- A choćbyś zwalił te górne korony,
- Które wzrokowi nie dają do nieba,
- Jakoż wyruszysz pnie, co pono swemi
- Korzeńmi, siedzą aż w jądrze gdzieś ziemi?
- Gdybyż choć siły poprzeć ile trzeba...
- Zkąd? Czy garść mąki my tam?... Krople mleka?
- O czarny bochnie razowego chleba,
- Jakżeś ty pachniał nam z tego daleka!
- O przeżegnany ręką bożą z nieba
- Od onych czasów naczątku człowieka,
- Dorobku pierwszy ojca Adamowy,
- Jak świętość, temi cię wspominam słowy!
- Nie przeto, iżem osłabiał tak z głodu,
- Żem młot rękami musiał dźwigać dwoma,
- Lecz, że już bardzo odcięty od rodu,
- Kogo nie dojdzie chleb co go jadł doma...
- Że przez tę rzekę nie będzie już brodu,
- Ani do swoich, przewoza, ni promu,
- Gdzie chleb poniecha człeka i opuści...
- Że mu tam ginąc, w śmiertelnej czeluści!
Księga III [edytuj]
III [edytuj]
- Hej ziemio, ziemio, że my się też ciebie
- Puścili! Miedz twych, i twojego płota!
- A toć po wodzie my tam i po chlebie
- Moc większą czuli i więcej żywota,
- Niż tu, gdzie wszystko na okół i w niebie
- Cudze, i gdzie jest dusza jak sierota,
- Obierająca się w dalekość siną,
- Za progiem chaty swej i za rodziną!
- Hej ziemio, ziemio, ty matko rodzona!
- Łanie ty wdzięczny i rolo zyczliwa!
- Toć ty tam sama podajesz zagona,
- I ziarnu tak się otwierasz, jak żywa!
- Lecz ta — macocha jest! A czy kto kona,
- Czy padnie, ani dba, ni się zadziwia...
- Nad trupem twoim znów wszystko w tych borach
- Będzie rość, szumieć, i błyskać w kolorach.
- Ani tu słońce nie takie jest ranie,
- Jak u nas, w tęczach palącej się rosy...
- Ani tych ptaków podobne śpiewanie,
- Jak naszych czyżów, ziąb, skowronków głosy...
- Ni gwiazdy niema tej, co gdy tam stanie
- Nad te użątki nasze, nad pokosy,
- To człek wyraźnie widzi, jak ta boska.
- Moc, o najlichszy ktoś w polu się troska.
- Tfu! Jeszcze teraz łza w oka mi świeci,
- Gdy wspomnę żałość tę i te ciężkości.
- A przeciem nie miał ni żony, ni dzieci,
- I równo było mi, gdzie złoże kości.
- Dola — ptak, mówią. Przyleci, odleci,
- I darmo gwałtem zapraszać ją w gości.
- Lecz nie o dolę mi szło! I przy doli
- Taka się rana nie goi, a boli.
- . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A chłopy trwały setnie, nic tej duszy
- Nie popuszczając głosu, ni lamentu.
- Chłop, jak się zawziął, to prędzej ukruszy
- Skałki, niż jego. Ma twardość djamenta.
- A jak podźwignie raz brzemię i ruszy,
- Do śmiertelnego już idzie momentu...
- I chyba tylko w tej drodze go strzyma,
- Krzywda, — a inszej zapory mu niema.
- Jeden Przytuła... Zczerniał, zsechł na wióra,
- Wilkiem pokładał, mrokiem krył się w boru.
- Tak ogorzały mu te bujne pióra,
- Tak bolącego był w sobie honoru.
- Drogi raz, w ziemię zasadził kosztura,
- Sparł się, zadumał, i trwał do wieczoru.
- Tylko się wstrząsnął czasem, rzucił głową,
- Jakby w grób spojrzał, i nic, żeby słowo...
- Raz, mglisty ranek był, i głuchem echem
- Biły topory w bór, a ów tak do mnie:
- — Słuchaj Waśćl... Gdybym kiedy z ciężkim grzechem,
- Z śmiertelnym, zeszedł z świata bezprzytomnie,
- Gdybym, wiesz, umarł... — Tu dobył z pośpiechem
- Mieszka: — To garść tu miedziaków... Nie pomnę
- Dość, ale na mszę starczy... To was proszę,
- Panie Balcerze, za duszę... te grosze... -
- Tak rzekę: Co ty? — Aż on się zaniesie
- Ogromnym płaczem: — Laboga! Laboga!
- Jaka ta żałość okrutna w tym lesie!
- Jaki ból! Jaka tu jest teskność sroga!
- ...A któż mą duszę, jak ptaka, poniesie
- Do dom, do gniazda?... A gdzież mi tu droga
- Do mego rodu?... — Ta zdusi ryk, wzdycha...
- — Tak pamiętajcie... Za duszę msza cicha! -
- Poszedł. A w puszczę padły wielkie cisze
- Tych dni. Bór w sobie stanął zadumany,
- Ledwo ze liść się który zakołysze,
- Ledwo zastępca na bagnach burzany,
- Zwierz w legowisko padł i ciężko dysze,
- Zacichły w trzcinach dzwoniące organy,
- A słońce niebem w srogich ogniach chodzi,
- I patrzy tylko z góry, gdzie ugodzi.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Lecz Łuć Ostańczuk, jak zaszył się w błocie,
- Tak ledwo słuch dał, by dzięcioł gdy puka.
- Czasem się tylko iskierka tam złota
- Migła, gdy fajkę nałożył z kapciuka.
- Tak w bagnach siedział, pogoda czy słota,
- Aż widzę — grobla! Patrzajciez Pińczuka!
- U grobli bajdak i chata w nim kurna.
- W gotową nie chciał iść. Powiadał: — Durna! -
- Tak więc te bobry, gdzie Biebrza jest rzeka.
- Koszary swoje stawiają na wodzie;
- Tak wydra, choć się uswoi do człeka,
- I płotkę z ręki bierze, gdy jest w głodzie,
- Pomiędzy śluzy u tamy ucieka,
- Aby tam żyła po swojej przyrodzie,
- Jako ten Pińczuk, co w błotach rad pluska.
- Dziw, że się po nim nie rzuci ta łuska!
- A jak to człowiek ze sobą rad niesie
- Wszędy coś swego, i świat swój udaje,
- Tak on tu sobie wydumał Polesie...
- Już sto żył wodnych ług mokry mu kraje,
- Już czapla, juże gdzieś rybitwa, drze się...
- Już smolne dymy kopcą ci o staje,
- Że tylko słuchasz, rychło się z oddali
- Surma obezwie, a pieśnią rozżali.
- Pióczuk szuwary wysiekł, dobył szybę
- Wodną, nad którą szła bąków muzyka.
- Tak ciszkiem sobie zrządziwszy sadybę,
- Okrakiem siedział na belce, drąc łyka,
- Płoty, a jazy zrządziwszy na rybę...
- — Tak cóż ty, — mówię, — Łuć? Na pustelnika?
- A ów; — Ta czegóż?... — Tu świsnął: z pod belki
- ÂŹółw wylazł, stanął, i podniósł łeb wielki.
- Tak Pińczuk: — Każy, Hryć, jak w sądzie stały
- My, Łohiszyńce? — A zwierz skurczył szyję,
- W skorupę wtulił łba, i tak się cały
- Uczynił martwy, ze bij go, — nie źyje!
- — A tutże każy, jak z sądu wracały? -
- Tu żółw z pod tarczy onej, co go kryje,
- Nagle wypuścił łapy i uciekał...
- Łuć śmiał się, łyka ciągnął i zewlekał.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Tymczasem u nas płacz babi się szerzy,
- I słychać coraz głośniejsze lamenty:
- Bo niechże która mietliskiem uderzy
- W próg, już się w budzie trzęsą fundamenty.
- Toż dach, co wodą spływał, póki świeży,
- Teraz się spaczył i skrecił — wyschnięty,
- A ów liść po nim skąsiłfo tak mrowie,
- Że deszcz skroś plaskał tam, jak przez sitowie.
- Dzieci zaczęły chorzeć. Już tam tego
- Garść ledwo zbyła, prawie na rozsadę,
- Niedoumarłych od moru onego,
- Co ich wykosił caluśką lewadę.
- Do chłopów baby, i każda na swego:
- — A coś za ociec taki! A daj radę!
- A broń! A ratuj! Nie czyjeć, a twoje! -
- Tu je obleją łzy, jak rzęsne zdroje.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Nie śmiał wymówić nikt, lecz znaczno było,
- Że lud ten gnębi niezbyta tęsknota.
- Że się tu serca poznały z tą siłą,
- Co droższym czyni swój zagon od złota.
- A choć się naród nieczułą zdał bryłą,
- Baczyłem wicher, co po nim się miota,
- I czerwia tego czułem, który głucho,
- Od wnętrza toczył lud, by wierzbę suchą.
- Więc coraz częściej siadała gromada
- U kowalskiego mojego ogniska.
- Ale nie była to już owa rada -
- W sto różnych głosów, co huczy i pryska.
- Milczą. Kos ledwo półgębkiem zagada,
- Roch zgrzyta, szarpie Żurawa wąsiska.
- Zwieszała głowy i czoła się chmurzą,
- A w piersiach duszno czegoś, jak przed burzą.
- Aż raz, gdy siedzim tak, Dudek się schyli,
- Obejmie swoją niewiastę ta szyję:
- — Maryś! A choćby my do dom wrócili?
- Do Wólki? — Tak ona tych rzęsów odwije,
- Pojrzy, to liczko zbiedzone przymili -
- — A czy Pan Jezus przez cię?... Próg obmyję
- Łzami... Kwiatuszków nasadzę... Wybielę
- Komin het... Krzyżem co święto, w kościele...
- Tu głos serdeczne, złamało jej łkanie.
- Trzęsą się usta urwanemi słowy...
- A po nas poszło, jak. wiatrua powianie,
- I jak za wiattem schyliły się głowy.
- Wstał Dudek: — Niechta! Niech się co chce stanie!...
- I nie przydając nic do onej mowy,
- Szeroko ręką machnął przez ćmę czarną.
- — Tak nam to pierwsse do serc padło ziarno,
- A dziwną sprawą stało się to bożą,
- Iż padło z piersi najcieńszej — prostaka,
- Z ust najcierpliwszych, co gdy się otworzą,
- To chyba piskiem duszonego ptaka.
- Tak najranniejszą Bóg obświetla, zorzą
- Te ubożuchne, nie tego łepaka...
- Pokorne dusze, i dusze pasterzy
- Wiedzą, gdzie przyszłość w żłobeczku swym leży.
Księga III [edytuj]
IV [edytuj]
- Nie wszystko ja tu powiadam z kolei,
- Ale to tylko, co sobie rozpomnę.
- Więc nie wiem, czyli chociaż cień tej kniei
- Z słów moich padnie na czasy potomne.
- — Tak gdy w wieczornych zórz złotej zawiei,
- Wojsko żórawi przepływa ogromne,
- Za wróble je ma wzniesiona powieka,
- Iż rzecz się mieni z wielkiego daleka.
- Jzć tylko oto przygrywam piosenkę,
- Za wyprzednika jestem i za posła...
- Zaś przyjdą, którzy mają lekszą rękę
- Niż moja, co }est twardego rzemiosła.
- Ci śpiewać będą pracę tę i mękę,
- I będzie światem ogromna pieśń rosła,
- Z której ten naród polny, te prostaki,
- Wylecą w słońce, jako krwawe ptaki.
- Tedy się echem rozlegnie po światu
- Huk siekier, gromem bijących w te knieje,
- I zdeptanemu podobne zaś kwiatu
- Zamysły duszne nasze i nadzieje...
- Ociec synowi, abo i brat bratu
- Powiadać będzie: — Słysz, co się to dzieje! -
- Tak nad swą niskość i nad chatnie dymy,
- Naród ten polny wyrośnie w olbrzymy!
- Tak stanie, na swej podniesieniu wiary,
- I mogił swoich, i swojej prostoty,
- A męka jego tak przyda mu miary,
- Tak go wyświetli w huf jasny i złoty,
- Że się zdumieje nad nim ten świat stary!
- Bo wielkiej wojny — o żywot — są roty,
- Które Bóg stawił na zgubnej pikiecie,
- Palcem im pisząc po czołach: — Zginiecie! -
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Chodziły słuchy, że są kędyś Stany.
- Gdzie lud się polski osiedlił i krząta,
- Że chłopy noszą krakowskie sukmany,
- Krakowskie bryki mają i chomonta.
- Że karczma tam jest, kościół i organy,
- Własny porządek od kąta do kąta,
- Kancelaryja, wójt, pisarz, ławniki,
- Wieś jak się patrzy, nie taki bór dziki!
- Więc my tam nieraz w cichości sluchali,
- Czy od nich do nas choć wiatr nie powionie...
- Czy tam parobek gdzie z bata nie wali...
- Wóz nie trajkocze... nie parskają konie...
- Ten, ów się w twarzy zmieni i rozpali:
- — Coś słychać jakby! — Coś jakby w tej stronie! -
- A drudzy oczy wytężą i uszy...
- Lecz tylko pustka podzwania w tej głuszy.
- Nad inszych gorzał w sobie Roch Zatrata.
- — Pójdę ja! Może oną wieś wytropię
- Bo mi wyraźnie dym skądciś zalata,
- Jak gdyby baby suszyły konopie...
- Wyraźnie słyszę! cierlica kołata...
- Chłop odsieb krzyka... cep wali po snopie...
- Rżą źrebce... trędzle dzwonią uwiązane...
- Jezu! Toć my tu od nich gdzieś o ścianę!...
- Z krzykiem się chwycił oburącz za głowę,
- I runął z kuźni precz, jak oszalały,
- Prosto przed siebie, w te gąszcze borowe,
- Tylko mu poły sukmanki wiewały.
- Ani sposobu mieć jaką z nim mowę,
- Bo zdał się we śnie być, choć dzień był biały.
- Tak się urwała w nim owa tęsknica,
- Jak chmura, kiedy lunie nawałnica.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Cierpiał lud, póki soch czekał i pługa,
- Jarzemnych wołów i siewnego ziarna.
- Już gospodyni to jedna, to druga,
- Dzieżę na chleby obmyśla i żarna.
- Gdy wtem wieść gruchła, że stąd, aż do juga,
- Kukurudz tylko i fasola czarna
- Sadzona być ma, i że do tej pracy
- Nie pługa, ale dostaniemy gracy.
- — Reta! — zawrzasną chłopy. — To my po to
- Ciągnęli tylim światem w te pustynie?
- Graca!... Co z gracy?... Toć z taką robotą
- Chłop, bez sprzężaju, jak ruda mysz zginie!
- Więc nie pszenicę usiejem tu złotą?
- Nie żyto nam się, jak ruta wywinie?
- Kukurudz?... Czy my grzywacze?... Laboga!...-
- Tu burza głosów zerwała się sroga.
- Dyszkantem baby, a chłopy zaś basem,
- Wszystko się naraz zaniosło okrutnie.
- Jak rój to brzęczy zmieszanym hałasem,
- Te pszczoły cieniej, a grubiej te trutnie.
- Nad brzęk pospólny zahuczy głos czasem
- Rocha, lub Maćka: (Tak właśnie trzmiel utnie)
- — Co nam kukurudz?... Co graca? Fasola?...
- Sprzężaju chcemy! Ziarna chcemy! Pola!
- Już mnie i słuchać bolało w wątrobie.
- Aż schrypły chłopy, a baby też nieco.
- Zaczem się jęło przyciszać to w sobie,
- Jak kiedy roje za łąki precz lecą...
- Wtem Ziąba: — Nic tu po takim sposobie,
- Tu rady trzeba szukać, choć ze świecą...
- Krzyk dobry, jak jest kto, co krzyku słucha,
- A tutże dokół co!... Toć puszcza głucha!
- Szeroko powiódł ręką. Jakoż stała
- Ogromna, cicha, obojętna, senna,
- Od spodu bagnisk swych oddechem biała,
- Nakryta żarem, a głębią — bezdenna,
- Więc na wyrębie garsteczka ta mała
- Naszych, o swoje krzycząca tu lenna,
- Tak marna zdała się i taka licha,
- Że zgroza włosy podniosła mi cicha.
- Markotnie chłopy przyjmują te mowy!
- Burczy gromada jeszcze i pogrzmiewa,
- Szarpią się barki, rzucają się głowy,
- Iż targło naród od jelit, od trzewa...
- Tak kiedy w dęby wiatr wpadnie borowy,
- A huknie, długo potem szumią drzewa...
- Gałąź gałęzi, liść liściom podawa
- Onego dreszczu, aż zwolna ustawa.
- Ucichli. Stoją. Patrzają się w ziemię
- Ponuro. Czasem niewiasta zabiada...
- Aż Ziąba w wykrot skoczywszy, jak w strzemię,
- Okraczył pniaka, i krzyknie: — Gromada!
- Toć z nas żadnego nie bito jest w ciemię.
- Od czegóż głowa na karku i rada?
- Żeby zaś radzić! — Nie?... — Tak chłopy: — Juści! -
- Poszedł głos echem w borowe czeluści.
- A ów: — Tu jedna rada. Wybrać głowy
- Co tęższe, ile starczy z naszej strony,
- I do angielskiej niech idą królowy,
- Że katolicki lud to jest krzywdzony!
- Że nas wpędzili tu, w ten gąszcz borowy,
- Jak stado wilków, bez pługa, bez brony,
- Bez konia wołu, bez chleba, kościoła,
- I że tu naród na pomoc ją woła! -
- — Racja! — zakrzykną chłopy. — A ów zasię:
- — Niechże uczyni rozsądek tu jaki:
- Albo, siednięte na letkim popasie,
- I do odlotu gotowe my ptaki,
- Aboli naród, co w ziemię tę ma się
- Wkorzenić tutaj i puścić tu znaki
- Potu krwawego, jak ten przygwałcony
- Jasion, co puszcza korzenia, z korony. -
- Odsapnął, czoła otarł i nuż oczy
- Obracać, ktoby się tu godził w posły?
- A już się koło w gromadzie zatoczy,
- Szepcą... Już z szeptów pogwary urosły,
- Kiedy wtem Jasiek z nagłości przyskoczyv Ku mnie, jakoby go pióra uniosły.
- — Majster! — zakrzyknie — A to na karczunku
- Przytuła wisi! — Tak wrzasnął -— Ratunku! -
- Jako więc buhaj łbem huknie we wrota
- Płonącej szopy, aż trzasną wierzeje,
- I w świat, — a za nim pożoga się złota,
- Żywego ognia, jak rzeka wyleje,
- Tak ja uderzę w ścisk, a cała rota
- Za mną, bez drogi, przez haszcze, do knieje...
- Poprzedzie chłopak, jak wiatr, i tak burzą
- Lecim, tylko nam te czuby się kurzą.
- Dopadlim... Chwytam, trzęsę — nic! Po czasie...
- Już tam nie było i pary w tem ciele...
- Sztywny już, wisiał nieszczęśnik na pasie,
- Swoim zielonym, co brał go w niedziele,
- W toż samo drzewo zatknięty był zasie
- Topór z rozmachu i wiórów niewiele,
- Pod nim, ot tyle, co w trumnę pod głowę...
- Jakże nie ryknę: — Rany Chrystusowe
- Otwarte! Tegożeś tu dożył końca,
- Bracie!... Takążeś śmiercią... sam... bez pory...
- Takżeś się umknął w cień wieczny z pod słońca!..
- Takiżeś wpisał toporem w te kory
- Testament!... — Stała gromada milcząca
- Odkrywszy głowy. Jako więc w nieszpory
- Jeruzalemskie, gdy dzień się przyniża,
- Podnieśli ciało my z pod męki krzyża,
- I zaraz mu tam ręce tych tułaczy
- Dół wymościły wiorzyskiem foremnie.
- Lecz choćbym sto lat... ej, co sto lat znaczy?...
- Choćbym więc oślepł, — zostanie się we mnie
- To wielkie, zimne spojrzenie rozpaczy,
- Co mówi niebu i ziemi: — Daremnie. -
- I tam, i tutaj, i gdzie pójdę, — wszędzie
- Tak patrzeć i tak mówić do mnie będzie.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Hej puszczo, puszczo niezgłębionych borów,
- Stanęłaś ty nam w drodze czarną ścianą,
- Na której kartę ognistych kolorów
- Widziałem, ręką Boga wypisaną!...
- Skroś ciemnej nocy, skroś mroku wieczorów
- Widzę cię, w gwiazdy i kwiaty utkaną...
- W cichości stoisz. Naraz z ciebie bucha
- Krzyku jęk, przekleństwo... I znów cisza głucha.
- Hej, puszczo, puszczo! Zeszli my się społem,
- Jak te dwa wichry z zachodu i wschodu.
- A ty się ostrym stawiłaś nam kołem,
- Przeciwna rzeszom onego narodu,
- Co spadł na ciebie lecącym sokołem,
- I piersi jego przebiłaś od spodu...
- I posypało się skrwawione pierze,
- Którego Bóg sam, choćby chciał, nie zbierze.
- Hej puszczo, puszczo! Połknęłaś ty rosy
- Krwawe, po których gdy ziemia zarodzi,
- Słyszane będą westchnienia i głosy,
- Jak kiedy z płaczem po lasach kto chodzi!
- Otrzęśli my się o ciebie, jak kłosy,
- Gdy je w sto cepów grad tęgi ugodzi...
- I padło ziarno pieniste a śweże,
- W ugory twoje i w twoje rubieże.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Chciałem krzyż... Stoją w milczeniu ponurem.
- A Kos: — Samobójl Toć u nas tam taki
- Nie na cmentarzu leży... gdzieś za murem...
- Kamień mu... Kupę chrusta, dla poznaki...
- A wtem Horodziej zastuka koszturem:
- — Ty co?... Adwokat? Ksiądz?... Patrzcie go, jaki
- Spowiednik! Będzie tu człeka spowiadał,
- Co się z nim Ojciec Niebieski już zgadał! -
- Dalej! Bierz duchem, kto topór, kto struga!
- Nie będzie tego mówiono, że leży
- Chłop z Obrytego, Podlasiak, z nad Buga,
- Jak zakopane bydlę, na rubieży! -
- Chwycą się. Przeszła godzina niedługa,
- Już na wzgóreczku krzyż żółci się świeży...
- Horodziej podszedł, przewiązał go pasem
- Onym, przeżegnał! — Śpij z Bogiem tymczasem! -
- Jeszcze my stali, gdy mrowia czerń sroga
- Ruszyła, niby piechotne kolumny,
- I sama sobą szła ta czarna droga,
- Na ono wzgórze, na ciało bez trumny...
- Pełznie... Już wpełzła. do połowy stoga...
- Już go nakryła... Już chrzęst słychać szumny...
- Już piach przewierca... Już się po nim toczy...
- Znikła... Piach rusza się... Zakryłem oczy.
- Dzień gasnął. Gwiazdy migały już w niebie,
- Jak kiedy złote ściegi kto przewleka,
- Milczkiem szły chłopy nie mówiąc do siebie,
- Tak w gardle żal im połknięty dopieka.
- A wtem zakraka sęp i zakolebie
- Czarne skrzydliska nad nami... Zaszczeka
- Szakal gdzieś od gór, zawyje, a z drzewa
- Żbik z wrzaskiem paszczę zgłodniałą rozziewa.
- Idziem tak, aż mnie nagle przejmie mrowie
- I wiater przykry od bagna zaleci.
- Spojrzę, na bagnie, przez trzciny, sitowie,
- Miga coś, coś się porusza, coś świeci...
- Tak myślę: — Czart jest, alboli zwierz, kto wie? -
- A już się we mnie strzelecka chuć nieci.
- Zaciągam wiatru i nadstawiam ucha...
- Chrzęstło... — Zwierz! — myślę, a w bagnie coś plucha.
- Więc Rocha, w pobok co szedł przy mnie, trącę
- I szepnę: — Coś ta siedzi w onem błocie...
- — Gdzie? — Mignę głową, a wtem, pałające
- Dwa ślepia, całe w krwawniku i w złocie,
- Błysną z ćmy, jakby z chmury dwa miesiące.
- Tak ścisnę pięście: — Hej, dałźebym krocie
- Za strzelbę! — kiedy nagle w te latarnie
- Ostrym ładunkiem ktoś z kupy wygarnie.
- Chlupnęło w bagnie, jakby cisnął saka,
- Zagasły ślepia zdmuchnięte od ręki.
- Po świście kulki poznałem Kurpiaka,
- Żuka z Zielonej rodzica Jelenki.
- Ten się swojego nie puszczał szturmaka,
- I w obrzydzeniu miał loft, i szrut cienki...
- Tak krzyknę: — Wiwat Kurpie! — A już kupa
- Naszych się wali i po trzcinach chlupa.
- Nuż hukać, ognie krzesać u wiszora,
- I przeć się w bagno zarosłe tą chaszczą.
- Tygrys był! Jeszcze drgał, tego ozora
- Skąsiwszy, własną ukrwawioną paszczą.
- Tak Żuk przymierzy lufy, gdzie komora...
- Huknie... Zwierz skoczył, padł. A już go taszczą
- Za łeb, za ogon, za uszy, za łapy,
- A ów posokę wylewa przez chrapy.
- Więc zaraz my tam palili ognisko
- U bagna, gdzie legł kawał gołoborza.
- Nuż dziw! Bo zwierz był, jakoby kocisko...
- A na nim w pręgi pisana ta koża.
- Pchają się, wszyscy chcą go widzieć blisko,
- Patrzą, macają, lecz Żuk dobył noża,
- I ściągnął skórę, napruwszy jej kęsa.
- Ścierw my cisnęli precz, bo cuch szedł z mięsa.
- Hej, że tez ciebie nie było tam, czarko
- Żytniówki naszej, poczciwej siwuchy!
- Człowiek nie bachus, a przepiłby miarką,
- U ognia siedząc pod noc miedzy druhy...
- Ale gawęda i tak poszła szparko:
- Ten łże, ten zgada, nastawia ów słuchy.
- Nad wszystkich Kurpie trzymają prym w mowie,
- Majstry na zwierza w wszelakim obłowie.
- Wnet, jakby żywe, stanęły nam lasy
- Nasze na oko, z tą mroźną ponową,
- Ten obrus śnieżny, jak białe atłasy,
- Ta okiść, srebrną wisząca posową...
- Już słyszym łomot chrustu... psów hałasy.
- Już jelon bieży, staje, kreci głową
- Koronną... Słychać gdzieś chrząkanie dzika...
- Wtem błysk! Huknęła strzelba kłusownika.
- Więc jak gach, w cudza wkradłszy się komorę,
- Cichuchno stąpa i tchem ledwo szepce,
- Tak ów się czai po zdobycz w tę porę,
- Bacząc, czy suszki trzeszczącej nie zdepce.
- Zaiczem przyciąga sanice tam spore,
- Pokurcia zgwizdnie, co w śniegu krew chłepce,
- Utroczy zwierza, gałęźmi nakryje,
- I w bór, nos na wiatr podając i szyję.
- Słuchają chłopy, śmieją się... Znać z twarzy,
- Iż im ta powieść znajoma i miła.
- A cóż? Toć borom sam Bóg gospodarzy,
- Zwierza w nim chowa i na strzał posyła.
- Z pradziada było tak! A mówią starzy,
- Że wszelka knieja pospólna wpierw była,
- Nim usypała szlachta one kopce,
- Co mówią: — Potąd twoje, a tam — obce. -
- Lecz Paweł Koźbiał trząsł ręką i brodą,
- — Co mi tam knieja! I co mi tam bory!
- Ja sobie siedzę nad rzeką, nad wodą,
- Gdzie w trzcinach krzyczą cyranki, kaczory.
- Człowiek aż głuchnie, jak do dnia zawiodą
- Wrzaskuny owe, lub w ciepłe wieczory.
- To z leda kija człek w szuwar wygarnie,
- I ma co w miasto nieść, abo w spiżarnie.
- Więc zaraz w dwoje rozhukną się głosy:
- Ci chwalą wodny łów, a ci borowy.
- Już Bartki, Maćki, Bugaje i Kosy
- Odrzucą w strony kapoty i głowy,
- Już brzęk, szum, jak gdy poruszy kto osy...
- Tedy ja, widząc zawziątek takowy,
- Nuż strzelbę chwalić. Żuk na to: A pstrzyka
- Niezgorzej! Z dziada mam ją, nieboszczyka.
- Ojciec mój takoż strzelał z niej. Już z rodu
- Kochamy się tak w łowiectwie, my Żuki.
- Com lisów natlukł, co wilków za młodu,
- Tą kozią nogą! — Myślałem, że wnuki...
- Nieprawda! Poszła z mojego ogrodu,
- Na bożą grzędę dziewka! Dziś my kruki
- Samotne z matką... — Tu ból uwiązany
- Targnął się we mnie, zawył, rozdarł rany.
- A wtem się podniósł wichr. Zrazu padołem
- Rotszeptał trawy, rozszumiał byliny,
- Zaś się zamachnął szeroko, a kołem
- Trzask i syk poszedł łamiącej się trzciny.
- Aż wzmógł się, zebrał w sobie, gruchnął czołem
- W odwieczne stołby borowej głębiny,
- Zatrząsł pnie, wzleciał, urwał się ze smyczy,
- I po wierzchołkach świsnął w tysiąc biczy.
- Zawyła puszcza. Huk poszedł po kniei,
- Jakby sto gromów trzasło. Już świst dziki
- Leci przez wzdęte struny tej zawiei,
- Jak przez syczące wężowe języki.
- Już zgrzyt, szum, łoskot, nie patrząc kolei,
- Buchnęły w jeden gwałt! Aż z tej muzyki
- Przeciągłe wyszły jęki i lamenty,
- Od ziemi, aż po nieba fundamenty.
- Bór ożył. Drzewa wyciągają ręce,
- Załamią z trzaskiem je i trzęsą niemi.
- Insze, w śmiertelaej skoczyły się męce,
- Wiją się, głową uderzą po ziemi,
- Te ryk rozpaczy mają: te — dziecięce
- Głosy rzewliwe, z skargami cichemi...
- Insze stanęły z wyciągniętą szyją
- I jak psi na mór, lub na wojnę — wyją.
- Czasem upadał wichr, jakby od gromu,
- A puszcza niema stawała i głucha,
- Tak matka, gdy jej trumnę syna z domu
- Niosą, na progu zmartwieje i słucha...
- Aż znów się zrywał jęk, świst, huk, trzask łomu,
- Znów trzęsła borem dzika zawierucha,
- Skroś której wyły tak okropne głosy,
- Jakby świat tarzał się i darł za włosy.
- Tak to wichr w onych ostępach powtarza
- Odwiecznem echem płacz stary cstowieka,
- Płacz najpierwszego boleści włodarza,
- Adama, kiedy z Ogrójca ucieka...
- Tak wtórzy jękom otchłańca Łazarza,
- Gdy na poczęcia noc swego wyrzeka...
- Tak grzmi przestrachu sądnego żałobą:
- — Góry! Pagóry! Przykryjcie nas sobą! -
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Siedzim tak milcząc, a serca nam głusza
- Ciężka obeszła, jak woda, jak morze.
- Wtem Roch: — Toć nie co, tylko tu się dusza
- Pokutująca po tym tłucze borze... -
- Więc wszyskich nas to niemile zaruszą,
- Iż żle wspominać rzecz taką w tej porze.
- A Kos:i — Ha któżby?... Nieborak Przytuła...
- Wichr dmie, bo ziemia wisielca zaczuła! -
- Lecz ku borowi głowę dzierżąc Żuk, — A
- Cicho! — zaszepta. — Ja tu coś miarkuję...
- Słyszcie-no, jak tam coś po drzewach puka...
- Nie dzięcioł! Dzięcioł nigdy tak nie kuje...
- O!... Teraz!... Znowu!... Teraz tam!... To sztuka
- Jakaś! To dwóch się po głosie zgaduje! -
- Spojrzę, gdzie chłopak? — Jasiek! — krzyknę, Jeszczem
- Nie wiedział czego, już wstrząsłem się dreszczem.
- Tak targnę wąsa, splunę: — Tfu! Do grzechu!
- Będę turbował się lada stukotem?
- Lecz jak nóż utknął strach we mnie, i dechu
- Nie puszczał z piersi. A chodził słuch o tem,
- Że dzicy... Chryste!... Jakże się w pośpiechu
- Nie porwę! Zimnym, jak nie spłynę potem!
- Chcę biedz — i nagle staję skamieniały:
- Światło! Wyraźniem usłyszał świst strzały!
- Wtem, jako piorun, co nim grzmi, wpierw błyska,
- Widzę, od bagien leci to nieboże...
- Bez tchu, bez głosu doleciał ogniska,
- Powietrza chwycił przemowić nie może...
- Ręką u piersi płótniankę zaciska...
- Chwycę go, Krzyknął. Krew... Całe krwi morze...
- Wyprężył mi się, rękoma uderzył,
- Zwisnął, zaszeptał, głową rzucił — nie żył.
- Zdarłem płótniankę z piersi. Drobna rana
- Czarna, jak gwiazda żywota zgaszona.
- A od niej siedmiu drogami wysłana,
- Śmierć jadowita szła, znacząc promiona.
- Modre, jak węże... Piórkami utkfana
- Strzała tam tkwiła... Tak z oczu mi słona.
- Łza spadła na to pacholęce ciało,
- Co zaświatowe kolory już brało.
- Runęły chłopy w bór. Tak krzyknę: — Wara!
- Kogo tu będziesz szlakował i gonił?
- W tej puszczy siedzi noc głucha, i stara,
- Której sam pan Bóg te oczy zasłonił
- Ślepe! W co bić chcesz?... Dość jedna ofiara!
- Już źle tu z nami, gdy Bóg jej nie bronił...
- Już nam się czarna, godzina tu mości... -
- Wtem ryknę, srogiej nie mogąc żałości.
- — Wiejcie więc teraz, wy wichry pustyni!
- Krzyczcie więc w niebo jęczące wy głosy!
- Niecił się tu koniec wszystkiemu uczyni,
- Niech — jako psi kość — tak zgryzą nas losy!
- Lecz ciebie, Chrystus o krew te obwini,
- Ziemio ty co ta takie pijesz rosy,
- Co milczkiem strzały wypuszczasz w pisklęta
- Bezpióre, w puchu jeszcze... Bądź przeklęta!
Księga III [edytuj]
V [edytuj]
- Szedł czas. O postach już mowy nie było.
- Ostańczuk smołę pędził w swym bajdaku.
- Serce się jakoś w narodzie ściszyło,
- I znów po dawnym robota, szła szlaku.
- Lecz powierzch tylko, bo z oną mogiłą
- Gardłowa sprawa zawisła na haku,
- Którą lud w wnętrznej rozsadzał cichości:
- Wracać, czy tutaj położyć mu kości? -
- Więc u pustego siedzący ogniska,
- Myślałem sobie, że sama nas dola
- Nagli, popycha, przygwałca, dociska,
- W powrotną drogę na własne te pola.
- I nieraz, kiedy cicha, gwiazda błyska
- Westchnę ja w duszy; — Ha! Bądźże twa wola!
- Wracać, to wracaćl — I zaraz w tej męce
- Folgę poczuję i wąsa pokręcę.
- A na świat padły deszcze. Iż tam czasy
- Takie przychodzą, że leje, jak z cebra.
- Więc stają wtedy puszczyńskie te lasy
- We mgle, jak gdyby nadmuchał w nie srebra.
- Tylko się po nich bieleją te rasy,
- Tylko się drzewom dym kurzy przed żebra,
- Tumanem sinym. Tak je tam ta stota
- Okadza, jakby popy carskie wrota.
- Wypełzły z borów gady, iż im płuźy
- Taka pogoda mokra na pomioty.
- Gdzie stąpisz, żmij się jako powróz dłuży,
- Czerniejąc, modrząc się, lub czyniąc złoty.
- Przejdziesz! — Twe szczęście! Lecz niechże unurzy
- W stopie żądlisko, — już nic do roboty
- Na świecie nie masz... Wszystkiemu waleta...
- Bo śmiertelnego jest pieczęć sygneta.
- Ochmurniał naród tą długą ulewą,
- Z której mu oschnąć nie dała i chata.
- Ale się zawziął już i precz ciął drzewo,
- Iż niemasz — jak sam człek jest sobie — kata.
- Biją topory we mgle, w prawo, w lewo,
- Na każdym dziale siekiera kołata...
- Alić, kto chłopa zna, a w huk się wsłucha,
- Czuje, że w ostrzu tem, już niema ducha!
- Tak kiedy bije na boru chłop w sosny,
- Na zręby chaty, na belki, na deski,
- Topór mu w garści furczy, jak ptak z wiosny,
- Głos dawa jasny, szeroki i rześki,
- A kiedy na dom ostatni, żałosny.
- Tarcice ciesze pod krzyż ten niebieski,
- Siekiera w rękach mdlejących ustawa,
- I — jak grudź ziemi o trumnę — głos dawa.
- Bogdajbym zełgał i tym był prorokiem,
- Co pod drzewiną w słoneczku se siedział,
- A tak się jednem smaczno zdrzemnął okiem,
- Że zmiłowania bożego nie wiedział, -
- Ale tak myślę, że wielkim się krokiem
- Bliżył ten doli sądzonej nam przedział,
- Gdzie wszystkie więdną i gasną nadzieje,
- A człowiek mówi: — Niech co chce się dzieje!...
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Jakoś w tym czasie przyciągło niemczysko
- W bory telegą, pykając fajeczkę.
- Zaciągnął budę, przed budą bób z miską,
- Piwa na, ligar wytoczył też beczkę,
- Kram gotów. Baby latają, że blisko.
- Ta mydło, ta nić targuje, ta świeczkę;
- Więc świeżych wieści, jak z pieców tam chleba
- Szło przez dzień, że i piekarni nie trzeba.
- W tydzień coś jaki czy we dwa — nowina!
- Leci Bartkowa Jaga z tej kramicy.
- Nie doleciała, już krzyczeć zaczyna!
- — Panszczyznę jadą pisać urzędnicy! -
- Jeszcze ta pierwsza nie zaschła jej ślina,
- Już od granicy bór wre do granicy...
- Cisną topory chłopy, i jak stali,
- Tak cała kupa do kuźni się wali.
- Kipi lud, jako więc ten ukrop w garku.
- A tutże jedzie wóz, drugi i trzeci...
- Urząd! Tak dalej z każdego folwarku, -
- (Folwarkiem zwali murzyńskie te kleci!)
- Trzy dni przez tydzień spisować szarwarku,
- Na chłopa, a dzień na baby i dzieci,
- Z faszyną. Stoi gromada, Jak niema...
- Aż huknie, niby z moździerza: — Nie chcema! -
- I zaraz noga od nogi, iż w kroku
- Chłop chce być pewny, gdy idzie na pięści...
- Już żywy ogień zajarzy się w oku,
- Już garście w kułak, już twarda, kość chrzęści.
- Zasiekli zęby, stoją, A zaś z boku
- Baby. Tak wojsko wódz dzieli na części:
- Pod pierwszy ogień front, a dla przygody
- Na skrzydle sobie szykuje odwody.
- Przed nami, niby taborem nogajce,
- Wozy od drogi stanęły w półkole.
- Wtem tłomacz zacznie dłubając po fajce!
- — Tu nie o chcenie idzie, nie o wolę...
- Lecz Roch w rzecz wpadnie: — A rajce! A zdrajce!
- To wy nas tutaj przedali w niewolę?....
- To my w pańszczyznę tu szli? Na odróbki?
- To tak?... — W garść plunął: — A dalej, parobki! -
- Świsnęło w kupie. Jak w puste żołędzie.
- W kłąb się zwinęli wrzący; prą się, pchają...
- Widzę, że o krew czynić się tu będzie,
- Tak huknę: — Hola! Posłów nie wieszają!
- Kto poczciw, w mojej stawaj tu komendzie.
- My nie cygany! Nie zbójców my zgrają
- Przyszli tu! My tu emigracja polska!
- Nie luza jakaś zbójecka, warcholska! -
- Tak chłopy: — Stać! Stać!... Pan Balcer niech gada.
- A tłomacz na wóz myk, jak do fortecy...
- (Komisarz na nim, pisarz, — wszystko wsiada).
- Aż gdy poczuje za sobą już plecy,
- — Co? — krzyknie. — Napaść?... Komisję napada
- Hałastra chłopska?... Bunt?... Ja się tej hecy
- Nie bojęl Ja tu z urzędu! My mamy
- Prawo za sobą! A wy tu co, chamy?... -
- Tak stąpię krokiem: — Z respektem tam! Hola!
- — Pokręcę wąsa i obrócę śliny -
- — Tu nie bunt! Tutaj jest gromadzka wola!
- Kolonja tutajl Nie chamy, murzyny...
- Zgoda, to zgoda! A nie, to do pola!
- (Tu machnę ręką ku drodze w bór siny.)
- — My pod pańszczyznę nie damy tu karku,
- I nie będziemy odrabiać szarwarku! -
- — Jużci! Nie będziem! — odhukną mi chórem
- Chłopy, i łbami wyrzucą, jak tryki.
- Tak stąpię krokiem znów, (ci za mną murem).
- — Co my tu mamy? — krzyknę. — Jak te dziki
- Siedlim w tej kniei! Łatwo skrobać piórem,
- Ale żyć trudno! — Tak za, mną znów krzyki:
- — Nijak, żyć! Dobrze pan Balcer powiada.
- Jak on, tak za nim i my też — gromada!
- Duch powiał po mnie żarem. Więc tak prawię:
- — Tu bez odrobków jest dosyć ciężkości!
- Przelecieliśmy, jako te żórawie
- Przez morze, swoich puścwszy się włości...
- Miał tu nas kraj ten potykać łaskawie,
- Obiecowali przeróżnych dobrości,
- Aż jak za nami zatrzasły się wniki,
- To my nie ludzie już? Nie katoliki? -
- — O chrzest napróżno dzieciątko się prosi,
- Bez ślubu idą dziewki w poniewierkę,
- Duszę obrudził człek, i tak ją nosi
- W sobie — tu splunę — tfu! jako tę ścierkę!
- Mór po nas, jakby po tej trawie kosi,
- Z ciał chrześcijanskich ma zwierz tu wyżerkę,
- Gdzie padniesz, tam ci cmentarz i mogiła,
- A rząd nas tutaj w szarwarki obsyła?
- — W pańszczyzny? W tłoki?... Z nas tłoki wybiera
- Głód, pożar słońca, robactwo i nędza...
- Strzęście nas, czy tu kto ma choć halera!
- Jak psi my w budach! Jak bydło bez księdza!
- Do garści prawie przyrosła siekiera...
- Niechaj więc nas tu w odrobki nie pędza
- Nikt! Bo nam nie lza, tylko paść i zginąć...
- A prawa swego nie damy tu minąć! -
- Zatknę się, bo mi dech w piersiach zaparła
- Okrutna pasja, i żałość zbyt sroga.
- A za mną chłopy, co który ma garła:
- — Nie damy! Nie chcem nad sobą batoga! -
- Nuż tamci z wozów w swą. I tak się darła
- Po drugiej stronie rozżarta załoga,
- Aż huknę: — Ciszej! Tu jeszcze tej mowy
- Nie koniec! — Zmilkli. Więc ja znów w te słowy:
- — Cierpielim. Chcielim dobyć z tej pustaci
- Ornego pola, pod zboża, pod sioła...
- Chcieliśmy tutaj za synów, za braci,
- Ziemi tej, ludziom być... Kipiały z czoła
- Śmiertelne poty przez borów połaci...
- Dość! Niech nikt na nas o więcej nie woła!
- Bo tu są wichry, co takie sekwestry
- Krwią wpisać mogą w tel puszczy regestry!
- — Kośćmi my swemi mościli te szlaki,
- Co do tej czarnej przywiodły nas bramy.
- Kto przyjdzie, już ta po nas najdzie znaki:
- Gościńce trupie, mogilne te jamy...
- Z piór my się tutaj otrzęśli, jak ptaki...
- — Toć jest nasz szarwark! Inszego — nie damy!
- A teraz — precz stąd, dopókiście cali,
- Bo ogień bochnie z nas i bór ten spali! -
- — Huu!... — Chłopy nagle zawyją, jak stado,
- I w niestrzymanym zaniosą się pędzie...
- Tak stanę, ręce przed oną gromadą
- Rozkrzyżowawszy: — Stój! Przez Boga — sędzię!
- Bezpieczni przyszli, bezpieczni odjadą.
- Włos jeden z głowy im tutaj nie zbędzie!
- Na sobie trzymam ich, i na swem słowie.
- — Ruszaj! — ku wozom krzyknę — Chcesz mieć zdrowie!
- Jako więc owcarz gna owce przed burzę
- Z góreczki, w kupę zbite i tętniące,
- A tu za niemi już pola się kurzą,
- Już wicher kręci trawami po łące,
- Już grzmot, już się te błyskawice mrużą,
- Oblatujące niebo w oba końce,
- Tak z nawałności tej i z rebelii,
- Pędziły wozy, na złamanie szyi.
- Ale jak stado stłoczone we wrota,
- Upali piorun i udrze mu runa,
- Tak wozy babska dopadła piechota,
- I gruchła o nie, na podób pioruna.
- Ciągną, drą worki... Już świeci z nich złota
- Kukurudz, niby błyskawiczna struna,
- Już jako chmura ulewa ciężarna,
- Z szumem fasola sypnęła, się czarna.
- Prażą ci z wozów kijami i biczem,
- Ciskają grace, co wieźli nam — w baby.
- Lecz się rozjadły, nie straszą się niczem.
- — Precz, krzywdziciele! — wrzeszczą — Precz, wy szwaby!
- Tak i rozpalonym od gniewu obliczem,
- Ta się rozwory chwyta, a ta draby,
- Kamieńmi, piachem walą, ciągną siano..
- Aż dech im zaprze i krzyku, więc ustaną.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- — Ha! — rzekę, gdyśmy o wieczornej chwili
- U ognia siedli, — to już i po kramie!
- To już my bierki po stole rzucili...
- To już i stoim w powrotnej tej bramie. -
- Wtem Kos: — To pójdziem od mili do mili!
- Możeć nas jeszcze ta bieda me złamie... -
- A insi: — Pójdziem! Jak do Częstochowy,
- Pójdziem! — Tu oczy podniosą i głowy.
- A gwiazdy gęsto po niebie rzęśniały,
- Jakby te żółte kwiatuszki po łące...
- Aż nagle, w rańtuch owinięta biały,
- Wstanie staruszka od ognia, i drżące
- Ręce rozwiedzie. — Powiały... Powiały
- Wichry... — zanuci — Poniosły tysiące,
- Przez wielkie morze... precz... od swego płota.
- — Jakoż was najdę, ja ziemia — sierota?...
- Ten jeden tysiąc — zatonął do morza...
- Ten drugi tysiąc — polegnął od moru...
- Ten trzeci tysiąc — zaprzepadł w bezdroża,
- Ten czwarty padnął kamieniem u boru.
- Na wielkiej drodze stoi męka boża... — Czekajże, ziemio — sieroto, wieczoru!...
- Czekała ziemia, aż przyszły te posły,
- Powiały wichry, garść prochów przyniosły!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Stoi tak, cała, rozchwiana w swym śpiewie,.
- Opadły z głowy podniesionej chusty...
- Już zcichła? jeszcze sama o tem nie wie,
- I bezdźwięcznemi niemo rusza usty...
- Tak westchnę, wstanę, ogarnę zarzewie,
- (Niemasz cię, Jaśku, coś nosił mi chrusty!)
- A jakom wziął tę komendę swą mocą
- Tak rzekę: — Jutro wyruszym przed nocą.
Księga IV [edytuj]
- Inwokacja. Skroś borów. Kolonja umarłych. Pozew Piotra Bugaja. Przemowa Horodzieja. Pan Balcer o stepie powiada. Chwytanie bawoła. Uczta. Sierota z Radzynia. Ciężkości drogi. Widzenia. Pan Balcer oświadcza się przeciw widowaczom. Góry. Zwątpienie. Rozpacz Zatraty. Marychna Dudkowa, O świcie. Śmierć Horodzieja. Nowe wrażenia. Pan Balcer o przyszłości rozmyśla. Pożar trzciny. Strzał Zagajnego. Na plantacyi. Niechęć do murzynów. Pan Balcer broni Marychny. Pojedynek Zatraty z Królikiem. Bitwa. W zapamiętaniu. Krzyż. Spowiedź księdza Błahoty.
- O utęsknienie! O duszny ty głodzie,
- Którego cudzym nie utłumić chilebem!
- Żaglu, co nosisz obłąkane łodzie,
- Oceanowych dróg pienistym żlebem!
- Wietrze, wiejący ku miłej zagrodzie
- Na każdą chwilę, i pod każdem niebem!
- O bystre skrzydło, na którem się ptaki
- Ku gwiazdom noszą śródniebnemi szlaki!
- Tyś to nam było gościńcem i drogą,
- Którą się nasza rzuciła, gromada
- W świat, niedeptany jeszcze ludzką nogą,
- Gdzie nic po swemu do człeka nie gada,
- Gdzie nijak, o nic, nie pytać nikogo...
- Tyś to nas, jak te zórawiane stada,
- W powrót poniosło pod zorzy obłękiem,
- Obwołujących, się żórawim jękiem!
- . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Dotąd ja widzę ordynek nasz cały:
- Młódź bystra poprzód, za nią Roch Zatrata,
- Toż Kuba, Ziąba Wawrzon, dwa Koźbiały,
- Pietr Bandys, Bugaj, Kacper zwan Harmata,
- Dalej, w starości swej zeszłej struchlały
- Horodziej, drepce, włos za nim polata
- Mleczny, jako więc łabędziowe pióra,
- Za Horodziejem Szczęśniak, Lis, Sekura.
- I ciebie widzę, Marychno Dudkowa,
- Dzieciątko swoje tuląca w chuścinie,
- Drżąca, czy Bóg je weźmie, czy zachowa...
- I ciebie, Dudku, i ciebie, Marcinie
- Srokaczu! Twoja ogolona głowa,
- Jak żywa, tak mi widna w tej godzinie...
- Tuż Zagajnego widzę, widzę Struga,
- I ciebie, święta staruszko z nad Buga!
- Stajała nasza kupa, jak śnieg taje,
- Kiedy go słońce marcowe obświeci.
- Huk ludu ciągało na one wyraje,
- A teraz ostał co drugi, co trzeci...
- I oto znowu na ścieżaj nam staje
- Droga, przez którą ptak z trudna przeleci,
- Niebo i ziemia... A my między niemi,
- Ani z pod nieba tego, ni z tej ziemi.
- O, ktoby mi dał, iżbym tę gromadę
- Mógł wymalować, ku ludzkiej pamięci!
- Idą. Dech świszczy. Wychudłe i blade
- Twarze. Pod węzełkami idą zgięci.
- Stopy ich broczą krwią... Tu więc ja kładę
- Rękę, w te ślady, w te krwawe pieczęci,
- Iżby nabrała koloru tej męki,
- Choć wiem, że nigdy nie zmyją już ręki.
- A zaś opowiem wszystko, i wypiszę
- Aż do ostatka tułackie te drogi.
- Bo mi się serce na wichrach kołysze,
- Jak sęp rybołów, nad morskie rozłogi.
- Ode dna, wielkie glosy biją w cisze,
- Narzekające, i widać tłum mnogi
- Mar, z których każda wspominania żąda,
- I śniadem licem skroś fali przegląda.
- A ja, na mary owe patrząc z góry,
- I jęku głosów tych nabrawszy w duszę,
- Rozciągam skrzydła, zakrzywiam pazury,
- I pierze rdzawe krwią, na piersiach puszę.
- Zaś spadam, błyskiem bijąc w mar tych chmury,
- Cały rozwiany w lotu zawierusze,
- A ile chwycić i unieść mam mocy,
- Tyle ich falom wyrywam i nocy.
- Lecz one, wisząc u piór moich końca,
- Ociekające deszczami srebrnemi,
- Wołają! — Ty nasz zbawca! Ty obrońca!
- Ty imię nasze zachowasz na ziemi,
- Iż wygładzone nie będzie z pod słońca!... -
- A wtem je smętność grobowa oniemi,
- Bowiem przypomną, że nie wrócą żywo,
- Lecz jak rozwiane echo, i słów szkliwo.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- Rzucili my się skroś borów. A było
- Tego, jak morza przed nami. Te drzewa,
- Te krze, to się to aże bałwaniło
- W sobie, jak fala gdy falę wlewa.
- Więc tego ludzką nie przebrodzić siłą,
- I wyjść stąd żywo niech się nie nadziewa
- Żaden, bo mu ta puszcza pierworodna.
- Nie pofolguje, i musi iść do dna.
- Ale że było rozruchu niemało,
- Zanim to sobie naród dał przełożyć.
- Bo się każdemu z przodku wydawało,
- Ze tylko iść, a iść, a kroku sparzyć,
- A łbem przebijać gąszcze one śmiało,
- To musi bór ten na świat się otworzyć.
- A nikt nie liczył — o czem iść? Choć letce,
- Co miał, na plecach uwiązał w płachetce.
- Wiedziałem, jako tu gdzieś bliższą drogę
- Przez step, do rzeki można, pod wschód słońca.
- Lecz za borami naród trzymał srogo,
- Jako ze owe pożary gorąca
- W leśnych nas kniejach tak łatwie nie zmogą.
- Więcem już swego nie przeparł do końca,
- Bo się niewiasty, dzieciątka co miały,
- Też bardzo pilno przy borach ozwały.
- Tak my się darli dzień, i drugi darli,
- Przez bór ten. Jak przez okrutne boisko,
- Gdzie społem żywi prą się i umarli,
- I gdzie od trupa pod nogą jest ślizko...
- Lecz my. Jak raz się w gęstwinę tę wparli,
- Tak szli, nie wiedząc — daleko czy blizko,
- I ślepo się w tej płatając obieźy,
- Gdzie i ten pień ci wróg, co gnijąc leży.
- Naprzód, a naprzód! Hej, są takie moce,
- O których, człowieka że je ma, nic nie wie.
- Aż gdy nim dola, jak pies zaszamoce,
- W kościach mu ono zajarzy zarzewie...
- Na gniazdo lecąc ptak z cicha świegoce,
- I wielkie morze przemija w tym śpiewie...
- Tak dusza w ludzie czyni się skrzydlata,
- Gdy wie, że miłej krainy dolata,
- Aż pod noc trzecią — stój! Golaźnia była
- Niegwałtem wielka, a na niej szałasy
- I krzyż. Pod krzyżem ziemia się czerniła
- Jak kopczyk chrustów wygasłych za czasy.
- Ruszym my bliżej, aż ona mogiła
- Jak się nie porwie, nie wrzaśnie na lasy!
- Jak nie zakrąży nad nami chmurzyskiem
- Z okrutnym skrzydeł łomotem i piskiem!
- Spojrzę ja, — żywe Chrystusowe rany!
- A toć tu na żer padła sępów kupa!
- Toć tutaj leży człek niepogrzebany,
- W płótniance, w kierpcach, nasz!... Więc się do trupa
- Rzucim. Baby w płacz, niby w organy,
- A ówże, nakształt krzyżowego słupa
- Rozkrzyżowany, śmiejący się niebu
- Nagiemi kośćmi szczęk, i bez pogrzebu...
- Bo śmiał się. Ten trup — śmiał się. Ta kość sucha,
- Śmiała się oną śmiertelną rozpaczą,
- Co z szczęk otwartych bez głosu wybucha,
- I z oczodołów pustych, co nie płaczą.
- Mróz poszedł po mnie... Ha, jeśli Bóg słucha
- Śmiechu tej kości, nad którą tu kraczą
- Sępy, to w niebie spać nijak nie może,
- Chociaż gwiazdami wysiane ma łoże!
- Na krzyżu napis: Polska Kolonija.
- Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery.
- A zaś poniżej: — Jezus i Marya! -
- Kozikiem, grubo wyrżnięte litery...
- Krzyż przez ramiona różaniec obwija,
- A pod różańcem nacięcia siekiery!
- ...Raz, dwa, trzy... dziesięć... dwadzieścia... Tak głowy
- Padłe tu, liczył ostatni karbowy.
- Wkoło mogiłki, a po nich się czerwie
- Mrowi, z szelestem suchym, naskroś piasku.
- Sęp to zapadnie, to znowu się zerwie,
- W potężnych szumach, i w czarnych, piór blasku.
- Nie znać, co świeżo sypane, co pierwie,
- Bo wszędy górki padają się, w trzasku
- Spękanej ziemi, i wszędy kość biała
- Sterczy, do naga obrana już z ciała.
- Na kościach widne siermięgi, kapoty
- Podlaskie, szyte taśmami czarnemi,
- Chusty, rańtuchy niewiast, i włos złoty
- Dzieciątek, z onej wygrzebany ziemi.
- Więc uderzyły na mnie zimne poty,
- A żadnej ślozy nie czułem za temi
- Oczyma, com je wbił w one mogiły,
- Twarde a zimne, jak lodu dwie bryły.
- Poklękły baby: — Wieczne spoczywanie!...
- Szepcą, wzdychają... A juź się ktew we mnie
- Rzuciła warem... Tak krzyknę ja na nie:
- — Ciszej tam!... Co tu gębę psuć daremnie!
- Tutaj nie cmentarz! Tu kruki i kanie
- Wyżar swój mają! Tu ziemia nikczemnie
- Zdradza swe trupy przed sępów oczyma,
- A spoczywania żadnego tu — niema!
- Więc płacz tem cięższy buchnął. — Ot ci dola!
- Ot, panowanie, bogactwa, wolności!
- Ogolonego z boru szmatek pola,
- I te psie budy, i nagie te kości!
- — A niechże tam już!... Niech boska już wola!...
- Niechże już świecim tym borom, w jasności
- Tych białych czaszek, co są, jak miesiące
- Zaryte w ziemi, a w niebo patrzące!...
- Chcieli iść ludzie w szałasy, — nie dałem.
- Kto wie, jakie tu po nich biły mory...
- Wiec tylko nad tem niegrzebanem ciałem
- Gorzeć my piasku usypali spory.
- Zaczem leżącą siekierę porwałem,
- I dawszy zacios ostatni przez kory
- Krzyża, by regestr głów dopełnić Bogu,
- Szedłem w gorzkości precz z onego stogu.
- . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
- A patrz! Tak wszystkie serca się ustały
- W tych łzach, jak kłosy obciążone rosą,
- Kiedy się po nich przechodzi wiatr mały,
- A one za nim lekuchno się niosą.
- Wiec gdym wstecz ruszył, i chłopy krok dały
- Za mną z nawrotem. Czuł naród, że to są
- Wrota, co tutaj zatrzasły się same,
- I że nam nie lża przez czarną tę bramę.
