Otello/Akt IV
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
< Otello
Scena pierwsza
Tamże. Wchodzą Otello i Jago.
- JAGO
- Sądziszli, panie, że to można?
- OTELLO
- Można?
- Co można?
- JAGO
- Możnaż ściskać się pokątnie?
- OTELLO
- Zakazane są takie uściśnienia.
- JAGO
- Albo być nago w łożnicy u gacha
- Przez parę godzin i więcej i myśleć,
- Że to nic złego?
- OTELLO
- Być w objęciach gacha
- I myśleć, że to nic złego? Jagonie,
- To by prawdziwą było hipokryzją
- Dla zamydlenia oczu szatanowi.
- Kto by uczciwym być chciał i tak czynił,
- Ten by ulegał pokusom szatana
- I sam by kusił sprawiedliwość niebios.
- JAGO
- Jeśliby jednak nie czynił nic więcej,
- Taki by usterk był do przebaczenia.
- Z tym wszystkim, gdybym mej żonie dał chustkę...
- OTELLO
- To cóż?
- JAGO
- To chustka ta byłaby, panie,
- Prawną własnością mej żony i ona
Miałaby jako właścicielka prawo Podarowania jej, komu by chciała.
- OTELLO
- Onać jest panią i swego honoru;
- Mogłażby i ten podarować?
- JAGO
- Honor
- Jest to istota, której się nie widzi.
- I bardzo często bywa tych udziałem,
- Co go nie mają, ale chustka, chustka...
- OTELLO
- Na Boga! rad bym był o tym zapomnieć.
- Mówiłeś - o, ta myśl krąży w mej duszy,
- Jak kruk nad domem dotkniętym zarazą,
- W złowieszczy sposób dla wszystkich - mówiłeś,
- Że on tę chustkę posiada.
- JAGO
- Cóż z tego?
- OTELLO
- Zaprawdę, nie jest to wcale pomyślne.
- JAGO
- A gdybym też był mówił, że widziałem,
- Jak on cię krzywdził, panie? że słyszałem,
- Są bowiem takie niecnoty na świecie,
- Co zniewoliwszy sobie lub posiadłszy
- Jaką kobietę, skutkiem swych zabiegów
- Lub jej łatwości do zbałamucenia,
- Żyć by nie mogli, gdyby tego zaraz
- Nie wypaplali.
- OTELLO
- To więc on co mówił?
- JAGO
- Mówił ci, panie; nic takiego jednak,
- Czego by nie mógł się wyprzeć.
- OTELLO
- Cóż mówił?
- JAGO
- Że z nią - ej, nie wiem co...
- OTELLO
- Co? Co? Mów zaraz.
- JAGO
- Był jak mąż z żoną.
- OTELLO
- On? z nią! jak mąż z żoną! Kto mówi, że z nią leżał - to ohydne! Ta chustka - te wyznania - ta chustka. Kto czyni wyznania, z tym na szubienicę! Nie, wprzód z nim na szubienicę, a potem niech wyznaje! Dreszcz mię przechodzi. Takie wrzenie w mózgu byłoby przeciw naturze, gdyby nie było wskazówką; Nie słowa to tak mię wstrząsają. Nosy, uszy, wargi! Fuj! fuj! Czy być może? Przyznał się! Gdzie chustka? O szatanie! Wpada w odrętwienie.
- JAGO
- Działaj, trucizno moja, działaj! Tak to
- Łowi się w matnię łatwowiernych głupców;
- Niejedna zacna, uczciwa kobieta
- Takim sposobem osławioną była
- Jak najniewinniej. Ejże, ejże, panie!
- Otello! wodzu mój! Wchodzi Kasjo.
- Czego chcesz, Kasjo?
- KASJO
- Co się tu stało?
- JAGO
- Wpadł w wielką chorobę;
- Już to od wczoraj drugi taki atak,
- KASJO
- Trzeba mu potrzeć skronie.
- JAGO
- Nie, daj pokój.
- Niemoc ta musi przejść swój bieg spokojnie,
- Inaczej, pianą usta by mu zaszły,
- Szaleć by zaczął. Patrz, już się porusza,
- Oddal się, oddal na chwilę; niebawem
- Odzyska zmysły. Jak go tu nie będzie,
- Chciałbym pomówić z tobą o czymś ważnym.
Kasjo wychodzi.
- Jakże ci, panie? Nie zraniłżeś głowy?
- OTELLO
- Drwisz ze mnie?
- JAGO
- Jaż bym miał z ciebie drwić, panie?
- Nie, Bóg mi świadkiem! Rad bym, abyś przyjął
- To dopuszczenie jak mąż.
- OTELLO
- Mąż z rogami!
- To istny potwór, bydlę; nic innego.
- JAGO
- Jest więc niemało bydląt w ludnych miastach.
- I znakomitych potworów niemało.
- OTELLO
- Więc on to wyznał?
- JAGO
- Bądź mężem, mój wodzu,
- Pomyśl, że każdy, co ma włos na brodzie,
- W małżeńskim jarzmie może los twój dzielić,
- Miliony takich się znajdą, co, leżąc
- W zbrukanym łożu, gotowi są przysiąc,
- Że ono czyste, z tobą tak źle nie jest.
- O, nie ma większej dla piekła uciechy,
- Jak gdy kto pieści chytrą rozkosznicę
- I dobrodusznie ma ją za cnotliwą.
- Nie, tu potrzeba mego przeświadczenia,
- Wiedząc, czym jestem, wiem, czym ona będzie,
- Czym dlań być wzajem.
- OTELLO
- O, słusznie; to pewna.
- JAGO
- Zejdź, panie, trochę na stronę i uwięź
- Swoje uczucia w szrankach cierpliwości.
- Gdy cię przed chwilą przygniotło cierpienie
- (W sposób niegodny takiego człowieka),
- Nadszedł tu Kasjo; zbyłem go, jak mogłem,
- I ubarwiwszy przed nim ów paroksyzm,
- Prosiłem, aby się później tu stawił
- Dla pomówienia ze mną, co i przyrzekł.
- Skryjże się, panie, gdziekolwiek opodal
- I zapisz sobie każdy pogardliwy,
- Przedrwiwający i szyderczy wyraz,
- Jaki na jego twarzy się ukaże;
- Bo on mi musi jeszcze raz wygadać,
- Gdzie, jak, jak często, jak długo i kiedy
- Miał z twoją żoną schadzkę i mieć będzie;
- Uważaj, panie, na grę jego twarzy,
- Powtarzam. Tylkoż uzbrój się w cierpliwość,
- Bo powiem, że masz żółć jedynie w sobie,
- A męstwa ani krzty.
- OTELLO
- Słuchaj, Jagonie,
- Będę cierpliwy, ale ta cierpliwość
- Krwawo się skończy; słyszysz?
- JAGO
- Tak też trzeba,
- Byleby w porę. Usuńże się, panie. Otello odchodzi na stronę.
- O Biankę go się wypytywać będę,
- O tę wytartą nimfę, co frymarcząc
- Swymi pieszczoty, kupuje chleb sobie
- I odzież; ona szaleje za Kasjem,
- Lecz kosa trafiła tym razem na kamień,
- Jak się to zwykle zdarza takim dziewkom:
- Ilekroć Kasjo słyszy o niej wzmiankę,
- Tylekroć parska śmiechem. - Otóż idzie. Wchodzi Kasjo.
- Im bardziej on się śmiać będzie, tym bardziej
- Wściekać się będzie Otello; a głupia
- Zazdrość Murzyna wytłumaczy sobie
- Uśmiechy, gesta i jowialne żarty
- Biednego Kasja zupełnie na opak.
- Jak się masz, namiestniku?
- KASJO
- Tym ci gorzej,
- Gdy mi nadajesz ten tytuł, którego
- Brak mię zabija!
- JAGO
- Zakołataj jeno
- Do Desdemony, a nie doznasz braku. ciszej
- Gdyby to tylko było w mocy Bianki,
- KASJO
- Biedna istotka!
- OTELLO do siebie
- O, jak się już śmieje!
- JAGO
- Dalipan, jeszczem nie widział kobiety
- Tak zakochanej jak ona.
- KASJO
- Biedactwo!
- W istocie, zdaje się do mnie mieć słabość.
- OTELLO do siebie
- Jak słabo przeczy, jak drwiąco się śmieje!
- JAGO
- Słuchaj no, Kasjo.
- OTELLO do siebie
- Teraz go wyciąga
- Na dobitniejsze słowo. Nuże! dalej!
- JAGO
- Ona się daje z tym słyszeć, że myślisz
- Wziąć ją za żonę, szczerze masz ten zamiar?
- KASJO
- Cha! cha! cha!
- OTELLO do siebie
- Triumfujesz, Rzymianinie?
- KASJO
- Ja wziąć za żonę fryjerkę? Proszę cię, miejże litość nad moim rozsądkiem; nie sądź go tak niezdrowym. Cha! cha! cha!
- OTELLO do siebie
- Tak, tak, tak: śmieje się, kto wygrywa.
- JAGO
- Doprawdy, wieści chodzą, że się z nią ożenisz.
- KASJO
- Powiedz prawdę.
- JAGO
- Szelma jestem, jeżeli nie.
- OTELLO do siebie
- Więceście się mnie już pozbyli? Dobrze.
- KASJO
- To własny wymysł tej błaźnicy; wbiła sobie w głowę, że się z nią ożenię, przeto że sobie tego życzy, nie że ja jej to przyrzekłem.
- OTELLO do siebie
- Jago daje mi znak, teraz się zacznie wywnętrzać.
- KASJO
- Tylko co tu była, ściga mnie, gdzie się ruszę. Niedawno stałem na wybrzeżu rozmawiając z kilku Wenecjanami, aż oto nadbiega ta lala i bez ceremonii rzuca mi się na szyję, ot tak.
- OTELLO do siebie
- I woła: O mój Kasjo! lub coś podobnego, z jego gestów można się tego domyślić.
- KASJO
- I wiesza się na mnie, i cmokta mnie, i kwili, i skubie mnie, i ciągnie. Cha! cha! cha!
- OTELLO do siebie
- Teraz powie, jak go wciągnęła do mego pokoju. O nędznik! widzę nos jego, ale nie widzę psa, któremu go rzucę.
- KASJO
- Na poczciwość! muszę z nią zerwać stosunki;
- JAGO
- Tam do licha! patrz, kto to idzie. Wchodzi Bianka.
- KASJO
- Biadaż mi z tym koczkodanem! Perfumowany koczkodan! Co się to znaczy, że się tak włóczysz za mną?
- BIANKA
- Niech się czort i jego ciotka włóczy za tobą! Co znaczy ta chustka, co mi ją dałeś przed chwilą? Byłam tak głupia, żem ją wzięła. Mam z niej haft zdejmować? Tak misterny wyrób znalazłeś w swojej kwaterze i niby nie wiesz, kto go tam zostawił? ! To prezent od jakiejś marmuzeli i ja mam z niej haft zdejmować! Daj ją jakiej hetce pętelce, a nie mnie: od kogokolwiek ją masz, nie myślę zdejmować z niej haftu.
- KASJO
- No, no, kochana Bianko! Zgoda, zgoda!
- OTELLO do siebie
- Nieba, byłażby to owa chustka ode mnie?
- BIANKA
- Jeżeli chcesz dziś przyjść na kolację, to dobrze: a nie, to przyjdź, kiedy ci przyjdzie ochota.
Wychodzi.
- JAGO
- Nuże za nią! Nuże za nią!
- KASJO
- Na honor! muszę pójść: inaczej zbeształaby mnie na ulicy.
- JAGO
- Będzieszże u niej na kolacji?
- KASJO
- Zapewne.
- JAGO
- No, to może się tam zobaczym, bo w istocie potrzebuję z tobą pomówić.
- KASJO
- Przyjdź, przyjdź; przyjdzieszże pewno?
- JAGO
- Przyjdę, przyjdę. Nie mów więcej.
Wychodzi Kasjo.
- OTELLO zbliżając się
- Jak go mam zamordować, Jagonie?
- JAGO
- Czy uważałeś, panie, jak się naśmiewał z własnego grzechu?
- OTELLO
- O Jagonie!
- JAGO
- I widziałeś ową chustkę?
- OTELLO
- Mojaż to była?
- JAGO
- Twoja, panie, jak żyw tu stoję. Miałeś dowód, jak on ceni tę szaloną kobietę, mówię o twojej żonie, ona mu ją dała, a on ją daje swojej utrzymance.
- OTELLO
- O, gdybym go mógł przez dziesięć lat mordować Piękna kobieta! Śliczna kobieta! Luba kobieta!
- JAGO
- Trzeba o tym teraz zapomnieć.
- OTELLO
- Niech zgnije, niech zmarnieje i do piekła pójdzie tej nocy! Bo że musi umrzeć, to pewna. Serce moje obróciło się w kamień, kaleczy mi rękę, gdy w nie uderzę. O, świat nie ma śliczniejszej istoty! mogłaby leżeć w łożnicy cesarza i mieć go niewolnikiem swych skinień.
- JAGO
- Nie w porę te rozpamiętywania.
- OTELLO
- Niech przepadnie! powiadam tylko, jaką jest. Tak zgrabna z igłą w ręku! Tak czarodziejsko muzykalna! Ach! Ona by swoim śpiewem zaklęła dzikość niedźwiedzia. Tak pełna wielkiego rozumu i pomysłowości.
- JAGO
- Tym ci godniejsza potępienia.
- OTELLO
- O, po tysiąc, po tysiąc razy! A przy tym tak słodka, tak uprzejma w obcowaniu!
- JAGO
- W istocie, za uprzejma.
- OTELLO
- To pewna. Co za szkoda jednak! O Jagonie! Co za szkoda!
- JAGO
- Jeżeli się, panie, nad jej niecnotą rozczulasz, to daj jej patent do grzeszenia, bo jeżeli to ciebie nie obchodzi, nikt pewnie inny nie weźmie tego do serca.
- OTELLO
- Rozsiekam ją na drobne kawałki. Mnie zdradzać tak haniebnie!
- JAGO
- To szkaradnie z jej strony.
- OTELLO
- Z moim podkomendnym!
- JAGO
- To jeszcze szkaradniej.
- OTELLO
- Postaraj mi się, Jagonie, o truciznę na tę noc. Nie będę się z nią wdawał w rozprawy, aby mnie jej postać i piękność nie rozbroiła. Na tę noc, Jagonie.
- JAGO
- Daj, panie, pokój truciźnie; uduś ją w łóżku, w tym samym łóżku, które zbezcześciła.
- OTELLO
- Dobrze, sprawiedliwość tego kroku podoba mi się, tak uczynię.
- JAGO
- A co do Kasja, tego ja biorę na siebie, o północy dowiesz się, panie, czegoś więcej. Słychać trąbienie.
- OTELLO
- Wybornie. Co ma znaczyć to trąbienie?
- JAGO
- Pewnie nadeszła jaka wieść z Wenecji.
- To Lodowiko, w poselstwie od doży,
- Zbliża się, a z nim twoja żona, panie. Wchodzą z orszakiem Lodowiko i Desdemona.
- LODOWIKO
- Witaj, cny generale!
- OTELLO
- Witaj, panie.
- LODOWIKO
- Doża i senat pozdrawiają ciebie. Oddaje mu list.
- OTELLO
- Całuję tego tłumacza ich woli. Otwiera list i czyta.
- DESDEMONA
- Cóż nam nowego przynosisz, kuzynie?
- JAGO
- Siniore, pozwól mi wyrazić radość
- Z ujrzenia ciebie.
- LODOWIKO
- Dziękuję waćpanu.
- Jakże się miewa Kasjo?
- JAGO
- Żyje, panie.
- DESDEMONA
- Smutne pomiędzy nim a moim mężem
- Zaszło w tych czasach rozdwojenie, ale
- Ty ich pojednasz.
- OTELLO
- Czy tak?
- DESDEMONA
- Co, mój mężu?
- OTELLO czytając
- "Nie zwlekaj tego uczynić, jak tylko.. . "
- LODOWIKO
- On nie do pani mówił, on jest cały
- Listem zajęty. To więc twój małżonek
- Jest poróżniony z Kasjem?
- DESDEMONA
- Na nieszczęście,
- Dałabym, nie wiem co, żeby znów byli
- Na dawnej stopie, bo sprzyjam Kasjowi.
- OTELLO
- Ognia i siarki!
- DESDEMONA
- Mężu!
- OTELLO
- Maszli rozum?
- DESDEMONA
- Gniewa się?
- LODOWIKO
- Pewnie go ten list tak wzburzył,
- Bo go podobno senat odwołuje
- I zarząd wyspy powierza Kasjowi.
- DESDEMONA
- Doprawdy, cieszę się z tego.
- OTELLO
- W istocie?
- DESDEMONA
- Co, panie?
- OTELLO
- Cieszę się, żeś oszalała,
- DESDEMONA
- Jak to? Kochany mężu?
- OTELLO
- Precz, diablico! Uderza ją.
- DESDEMONA
- Nie zasłużyłam na to.
- LODOWIKO
- Generale,
- Temu w Wenecji wiary by nie dano,
- Chociażbym przysiągł, że na to patrzałem.
- Taki postępek jest twardy nad miarę,
- Przeproś ją, płacze.
- OTELLO
- O diablico! gdyby
- Ziemię zapłodnić mogły łzy niewieście,
- Z każdej ich kropli powstałby krokodyl.
- Precz z moich oczu!
- DESDEMONA
- Nie chcę cię już drażnić. Odchodzi.
- LODOWIKO
- Co za uległość i pokora! Każ jej
- Powrócić nazad, panie generale.
- OTELLO
- Wróć się!
- DESDEMONA
- Co każesz?
- OTELLO
- Czego pan chcesz od niej?
- LODOWIKO
- Ja?
- OTELLO
- Chciałeś przecie, aby przyszła nazad,
- O, ona umie się, jak chcesz, obracać;
- Iść wstecz, a przecie naprzód, i znów wstecznie;
- I płakać umie, panie, umie płakać;
- I jest uległa, jak mówisz - uległa,
- Bardzo uległa nawet. Płaczże jeszcze.
- O, co do tego, jest to, panie, tylko
- Ból malowany. Mam więc Cypr opuścić.
- Odejdź stąd, przyślę niedługo po ciebie.
- Panie, posłuszny jestem rozkazowi
- I do Wenecji wracam. Precz mi zaraz!
Wychodzi Desdemona.
- Kasjo obejmie mój urząd. Bądź łaskaw
- Przyjąć dziś u mnie wieczerzę, siniore,
- Szanowny z pana gość. Kozły i małpy!
Wychodzi.
- LODOWIKO
- Toż to szlachetny ów Murzyn, którego
- Cały nasz senat ma za doskonałość?
- Toż to ów umysł szlachetny, którego
- Nigdy namiętność zachwiać nie zdołała?
- Którego cnoty stałej i hartownej
- Żaden traf, żadna przeciwność nie mogła
- Zgiąć ni wykrzywić?
- JAGO
- Bardzo się odmienił.
- LODOWIKO
- Powiedz mi, jestli on zdrów na umyśle?
- JAGO
- Jest, panie - tym, czym jest, sąd mój tu milczy. Dałby Bóg, aby był tym, czym by mógł być, Jeśli tym, czym by mógł być, nie jest teraz.
- LODOWIKO
- Żeby aż żonę uderzyć!
- JAGO
- Zaprawdę
- Nie był to wcale uprzejmy postępek;
- Rad bym jednakże, aby się skończyło
- Li na tym.
- LODOWIKO
- Czy to taki Jego zwyczaj?
- Dziękuję waćpanu.
- Jakże się miewa Kasjo?
- JAGO
- Żyje, panie.
- DESDEMONA
- Smutne pomiędzy nim a moim mężem
- Zaszło w tych czasach rozdwojenie, ale
- Ty ich pojednasz.
- OTELLO
- Czy tak?
- DESDEMONA
- Co, mój mężu?
- OTELLO czytając
- "Nie zwlekaj tego uczynić, jak tylko.. . "
- LODOWIKO
- On nie do pani mówił, on jest cały
- Listem zajęty. To więc twój małżonek
- Jest poróżniony z Kasjem?
- DESDEMONA
- Na nieszczęście,
- Dałabym, nie wiem co, żeby znów byli
- Na dawnej stopie, bo sprzyjam Kasjowi.
- OTELLO
- Ognia i siarki!
- DESDEMONA
- Mężu!
- OTELLO
- Maszli rozum?
- DESDEMONA
- Gniewa się?
- LODOWIKO
- Pewnie go ten list tak wzburzył,
- Bo go podobno senat odwołuje
- I zarząd wyspy powierza Kasjowi.
- DESDEMONA
- Doprawdy, cieszę się z tego.
- OTELLO
- W istocie?
- DESDEMONA
- Co, panie?
- OTELLO
- Cieszę się, żeś oszalała,
- DESDEMONA
- Jak to? Kochany mężu?
- OTELLO
- Precz, diablico! Uderza ją.
- DESDEMONA
- Nie zasłużyłam na to.
- LODOWIKO
- Generale,
- Temu w Wenecji wiary by nie dano,
- Chociażbym przysiągł, że na to patrzałem.
- Taki postępek jest twardy nad miarę,
- Przeproś ją, płacze.
- OTELLO
- O diablico! gdyby
- Ziemię zapłodnić mogły łzy niewieście,
- Z każdej ich kropli powstałby krokodyl.
- Precz z moich oczu!
- DESDEMONA
- Nie chcę cię już drażnić. Odchodzi.
- LODOWIKO
- Co za uległość i pokora! Każ jej
- Powrócić nazad, panie generale.
- OTELLO
- Wróć się!
- DESDEMONA
- Co każesz?
- OTELLO
- Czego pan chcesz od niej?
- LODOWIKO
- Ja?
- OTELLO
- Chciałeś przecie, aby przyszła nazad,
- O, ona umie się, jak chcesz, obracać;
- Iść wstecz, a przecie naprzód, i znów wstecznie;
- I płakać umie, panie, umie płakać;
- I jest uległa, jak mówisz - uległa,
- Bardzo uległa nawet. Płaczże jeszcze.
- O, co do tego, jest to, panie, tylko
- Ból malowany. Mam więc Cypr opuścić.
- Odejdź stąd, przyślę niedługo po ciebie.
- Panie, posłuszny jestem rozkazowi
- I do Wenecji wracam. Precz mi zaraz!
Wychodzi Desdemona.
- Kasjo obejmie mój urząd. Bądź łaskaw
- Przyjąć dziś u mnie wieczerzę, siniore,
- Szanowny z pana gość. Kozły i małpy!
Wychodzi.
- LODOWIKO
- Toż to szlachetny ów Murzyn, którego
- Cały nasz senat ma za doskonałość?
- Toż to ów umysł szlachetny, którego
- Nigdy namiętność zachwiać nie zdołała?
- Którego cnoty stałej i hartownej
- Żaden traf, żadna przeciwność nie mogła
- Zgiąć ni wykrzywić?
- JAGO
- Bardzo się odmienił.
- LODOWIKO
- Powiedz mi, jestli on zdrów na umyśle?
- JAGO
- Jest, panie - tym, czym jest, sąd mój tu milczy. Dałby Bóg, aby był tym, czym by mógł być, Jeśli tym, czym by mógł być, nie jest teraz.
- LODOWIKO
- Żeby aż żonę uderzyć!
- JAGO
- Zaprawdę
- Nie był to wcale uprzejmy postępek;
- Rad bym jednakże, aby się skończyło
- Li na tym.
- LODOWIKO
- Czy to taki Jego zwyczaj?
- Czyli też może ten list na krew jego
- Wywarł wpływ taki i do tej zdrożności
- Dziś po raz pierwszy go przywiódł?
- JAGO
- Niestety!
- Ladaco byłbym, gdybym mówił o tym,
- Com widział albo czegom się dowiedział.
- Miej go na oku, siniore, a własne
- Jego czynności zastąpią świadectwo
- Mego języka. Miej tylko nań oko
- Zwrócone, panie, gdy będziecie razem.
- LODOWIKO
- Przykro mi, że się na nim tak zawiodłem.
Wychodzą.
Scena druga
Pokój w zamku. Wchodzą Otello i Emilia.
- OTELLO
- Więc nie dostrzegłaś niczego?
- EMILIA
- Nie, panie,
- Anim słyszała, anim pomyślała
- Coś podobnego.
- OTELLO
- Widywałaś jednak
- Kasja z nią razem.
- EMILIA
- Ale nie widziałam
- Nic nagannego wtedy i słyszałam
- Każdą sylabę przez nich wymówioną.
- OTELLO
- Nigdyż do siebie nie szeptali?
- EMILIA
- Nigdy.
- OTELLO
- I nigdy cię nie wysyłali?
- EMILIA
- Nigdy.
- OTELLO
- Po wachlarz albo rękawiczki, po nic?
- EMILIA
- Po nic, a po nic, panie.
- OTELLO
- To rzecz dziwna.
- EMILIA
- Gotowam stawić duszę moją w zakład
- Za jej niewinność; jeżeli inaczej
- Myślisz, o panie, oddal tę myśl; ona
- Próżno zakłóca twój spokój. Jeżeli
- Jaki niecnota ci to poddał, niechaj
- Niebo go za to zetrze jako węża!
- Jeżeli bowiem ta kobieta nie jest
- Cnotliwą, czystą i wierną, to nie ma,
- Nie ma na świecie szczęśliwego męża
- I najzacniejsza żona tak jest niecną
- Jak potwarz.
- OTELLO
- Powiedz jej, żeby tu przyszła.
- Idź.
Wychodzi Emilia.
- Dość już chyba powiedziała, przecie
- Każda rajfurka tyle samo powie,
- Chyba że bardzo głupia. To rufianka
- Arcyprzebiegła, istny klucz i rygiel
- Do zamykania wszetecznych tajemnic.
- A przecież klęka, modli się, bywałem
- Sam nieraz świadkiem tych pobożnych praktyk.
Desdemona i Emilia wchodzą.
- DESDEMONA
- Co mi rozkażesz, panie?
- OTELLO
- Pójdź tu, rybko,
- DESDEMONA
- Czego ode mnie żądasz?
- OTELLO
- Pokaż oczy;
- Patrz mi w twarz.
- DESDEMONA
- Cóż to za kaprys okropny?
- OTELLO do Emilii
- A aśćka dalej do swych obowiązków!
- Zamknij drzwi, zostaw czułą parę samą;
- Kaszlaj, chrząkaj, jak się kto przybliży.
- Nuże, pełń swoje rzemiosło, no, spiesz się.
Wychodzi Emilia.
- DESDEMONA
- Błagam cię, panie, na kolanach, powiedz,
- Co znaczy twoja mowa, nie pojmuję
- Twych słów, pojmuję tylko jakąś wściekłość
- W tych słowach.
- OTELLO
- Powiedz mi, coś ty za jedna?
- DESDEMONA
- Twa żona, panie; wierna twoja żona.
- OTELLO
- Poprzysiąż na to, potęp sama siebie;
- Inaczej, widząc twą anielską postać,
- Pochwycić ciebie baliby się diabli,
- Bądź więc po dwakroć potępiona, przysiąż,
- Żeś jest uczciwa.
- DESDEMONA
- Niebu to wiadomo.
- OTELLO
- Niebo wie, żeś jest zdradziecka jak szatan.
- DESDEMONA
- Kogóż ja zdradzam, panie? w czym? dla kogo?
- OTELLO
- O Desdemono! precz! precz!
- DESDEMONA
- O mój Boże!
- Ty płaczesz? Jestżem ja tych łez przyczyną?
- Jeśli przypadkiem sądzisz, że mój ojciec
- Jest sprawcą twego odwołania, nie kładź
- Tej winy na mnie, jeżeliś ty stracił
- W nim przyjaciela, ja straciłam także.
- OTELLO
- Niechby mnie niebo jak bądź doświadczało
- Utrapieniami, niechby na mą głowę
- Zlało nawałem krzywdy i cierpienia,
- Niechby mnie całkiem pogrążyło w nędzy,
- W loch mnie rzuciło i pogrzebło wszelkie
- Moje nadzieje, jeszcze bym gdzieś w duszy
- Znalazł cierpliwość do zniesienia tego;
- Lecz czynić ze mnie cel naigrawania,
- Wieczysty przedmiot wzgardy czasów, który
- Sztywnym by swoim palcem wskazywały. . .
- I to bym jednak zniósł, znieść miałbym siłę;
- Ale tam, kędy serce me przyrosło,
- Kędy żyć muszę albo nie żyć wcale,
- Tam być wygnańcom; od zdroju, z którego
- Wypływa strumień mojego istnienia,
- A bez którego wysechłby koniecznie,
- Od tego zdroju zostać odepchniętym
- Albo go widzieć obróconym w bagno,
- W którym osiada skrzek - o! cierpliwości,
- Młody, różanousty cherubinie,
- Zmień twą naturę wobec takiej doli,
- I przybierz postać tak groźną jak piekło!
- DESDEMONA
- Tuszę przynajmniej, że mnie mój małżonek
- Ma za uczciwą.
- OTELLO
- O, za tak uczciwą
- Jak owe muchy w jatkach w czasie lata,
- Co się gżą wraz po lęgu. O ty chwaście,
- Tak wdzięcznie piękny, tak słodko pachnący,
- Że aż odurzasz; bogdajbyś był nigdy
- Na świat nie przyszedł!
- DESDEMONA
- Nieszczęsnaż ja! Jakiż
- Grzech popełniłam, o którym nic nie wiem?
- OTELLO
- Na toż ta piękna książka dzień ujrzała,
- Aby jej czyste karty bezwstyd kalał?
- "Com popełniła?!" O gminna sprośnico!
- W hutnicze piece zmieniłbym me lica,
- I srom mój w popiół obrócić bym musiał,
- Gdybym o twoich czynach wspomniał tylko.
- "Com popełniła?" Niebu ckliwo, księżyc
- Na widok tego chmurą się zasłania,
- A wiatr lubieżny, co zwykł w swym przelocie
- Wszystko całować, chowa się w głąb ziemi
- Na wzmiankę o tym. "Cóżem popełniła?!"
- O ty bezczelna wszetecznico!
- DESDEMONA
- Przebóg!
- Krzywdzisz mnie, panie.
- OTELLO
- Nie jestżeś wszeteczna?
- DESDEMONA
- Nie jestem, panie, jakem chrześcijanka!
- Jeśli zachować tę ziemską powłokę,
- Którą wyłącznie tobie poślubiłam,
- Wolną od zmazy obcego dotknięcia
- I być wszeteczną nie jest tymże samym,
- Tom nie jest taką.
- OTELLO
- Ty wolna od zmazy?
- DESDEMONA
- Jak być zbawiona pragnę!
- OTELLO
- Czy podobna?
- DESDEMONA
- O Boże, zmiłuj się!
- OTELLO
- Przebacz mi zatem:
- Wziąłem cię za wenecką nierządnicę,
- Co zaślubiła Otella. Wchodzi Emilia.
- Ty, nimfo,
- Co wręcz przeciwny świętemu Piotrowi
- Urząd sprawujesz, bo strzeżesz bram piekła.
- Ty, ty - jużeśmy interes skończyli.
- Masz tu za swoje trudy; zasuń rygiel
- I trzymaj szczelnie język za zębami.
Wychodzi.
- EMILIA
- Dlaboga! Co mu przychodzi do głowy?
- O pani, co ci to? Takaś zmieniona?
- DESDEMONA
- Jestem jak we śnie.
- EMILIA
- O kochana pani!
- Co się naszemu panu stało?
- DESDEMONA
- Komu?
- EMILIA
- Mojemu panu.
- DESDEMONA
- Kto jest twoim panem?
- EMILIA
- Ten, kto i twoim.
- DESDEMONA
- Ja już nie mam pana.
- Nie mów nic do mnie, Emilio, nie pytaj,
- Nie mogę płakać, odpowiedzią moją
- Byłyby tylko łzy. Okryj mi łóżko
- Na tę noc ślubną kołdrą, nie zapomnij:
- I męża swego tu przywołaj.
- EMILIA
- Dobrze;
- Natychmiast, pani. Jak się tu zmieniło!
Wychodzi.
- DESDEMONA
- Słusznie mnie los ten spotyka, o, słusznie!
- Cóż jednak było w mym postępowaniu,
- Żeby upatrzyć mógł najlżejszy pozór
- Podobnej winy? Wchodzi Emilia, a z nią Jago.
- JAGO
- Staję na twój rozkaz,
- Łaskawa pani; o cóż idzie?
- DESDEMONA
- Nie wiem,
- Jak to powiedzieć. Ci, co uczą dzieci,
- Czynią to w sposób łagodny, podają
- Łatwe zadania, należało jemu
- W taki sam sposób zgromić mnie, bo jestem
- Godnym zgromienia dzieckiem, w rzeczy samej.
- JAGO
- Co ci się stało, pani?
- EMILIA
- Ach, Jagonie!
- Generał nazwał ją wszeteczną, zelżył
- Tak hańbiącymi, ohydnymi słowy,
- Jakich nie mogą znieść uczciwe serca.
- DESDEMONA
- Jestżem ja taką? powiedz.
- JAGO
- Jaką, pani?
- DESDEMONA
- Taką, jak ona mówi, że mnie nazwał.
- EMILIA
- Jagonie, nazwał ją dziewką, wstyd mówić;
- Pijany prostak nawet by nie użył
- Takich terminów na ostatnią dziewkę.
- JAGO
- Jakiż on powód miał do tego?
- DESDEMONA
- Nie wiem,
- Ale to pewna, żem nie zasłużyła
- Na nic takiego.
- JAGO
- Nie płacz, droga pani,
- O, nie płacz, nie płacz! Biedaż się uwzięła!
- EMILIA
- Na toż się ona wyrzekła ojczyzny,
- Ojca, przyjaciół; na toż odrzuciła
- Tyle ponętnych, tyle świetnych związków,
- Aby otrzymać miano wszetecznicy?
- Jak tu nie płakać?
- DESDEMONA
- Taki mój los.
- JAGO
- Niech go
- Pomsta ogarnie! Skąd mu to przyjść mogło?
- DESDEMONA
- Bóg raczy wiedzieć.
- EMILIA
- Gardło w zakład daję,
- Że jakiś szczwany nędznik, jakiś chytry,
- Przymilający się łotr, jakiś lizus
- Bez czci i wiary wymyślił tę potwarz,
- By się dochrapać jakiegoś urzędu.
- Gardło dam za to.
- JAGO
- Fuj! To być nie może,
- Nie ma na świecie takiego człowieka.
- DESDEMONA
- A jeśli taki jest, niech mu złość jego
- Pan Bóg przebaczy.
- EMILIA
- Niech mu kat przebaczy
- I piekło wszystek szpik wysuszy w kościach!
- Ją zwać wszeteczną? Któż z nią ma stosunki?
- Gdzie, jak i kiedy? Skąd cień podobieństwa?
- Jakiś wierutny łotr Murzyna zdurzył,
- Jakiś nikczemny oszust, podły hultaj.
- Oby go nieba odkryć pozwoliły
- I bicz podały w każdą dłoń uczciwą
- Do przepędzenia tego szelmy nago
- Przez obszar świata, od wschodu na zachód!
- JAGO
- Czego tak wrzeszczysz?
- EMILIA
- O, wieczna kaźń jemu!
- Taki to ptaszek pomieszał był niegdyś
- Klepki i tobie i nabił ci głowę,
- Że ja mam jakieś konszachty z Murzynem.
- JAGO
- Cicho bądź, głupia.
- DESDEMONA
- Kochany Jagonie,
- Cóż mam uczynić, aby go przejednać?
- Idź za nim, pomów z nim, bo na to słońce,
- Ani wiem, w jaki sposób go straciłam.
- Oto na klęczkach klnę się, żem niewinna,
- Jeżeli chęci moje kiedykolwiek
- Przeciw miłości jego spiskowały,
- Czy to uczynkiem, czy to pożądaniem;
- Jeżeli wzrok mój, słuch lub jakikolwiek
- Zmysł mój lubował kiedy w kim bądź innym;
- Jeśli go teraz nie kocham wyłącznie
- I nie kochałam zawsze, i nie będę
- Zawsze kochała chociażby mnie nawet
- Skazał na rozwód z sobą jak żebraczkę,
- To niech nie zaznam pociechy w tym życiu!
- Wiele dokazać może złe obejście,
- On mnie nim może zabić, ale nigdy
- Zmniejszyć miłości mojej. Ja wszeteczna!
- Sam już ten wyraz zgrozą mnie przejmuje;
- Do zasłużenia czynem na to miano
- Żadna potęga próżności światowych
- Nie potrafiłaby mnie doprowadzić.
- JAGO
- O pani, nie bierz tego tak do serca;
- W złym był humorze tylko, list z Wenecji
- W niesmak mu poszedł i niechęć się jego
- Krupi na tobie.
- DESDEMONA
- Bogdajby tak było!
- JAGO
- Ręczę, że tak jest.
- Słychać trąbienie.
- Słyszysz, pani? Trąba
- Wzywa na ucztę; posłowie weneccy
- Radzi by zasiąść do stołu. Idź, pani,
- I przestań płakać; wszystko będzie dobrze.
Wychodzą Desdemona i Emilia. Wchodzi Rodrygo.
- Cóż tam, Rodrygo?
- RODRYGO
- Nie zdajesz mi się rzetelnie ze mną wychodzić.
- JAGO
- Z powodu?
- RODRYGO
- Co dzień mnie zbywasz jakimś wykrętem i zamiast mnie posuwać naprzód w mych nadziejach, usuwasz raczej, jak uważam, ode mnie wszelką pożądaną sposobność. Na honor! nie myślę tego dłużej cierpieć ani schować do kieszeni tego, com zniósł dotychczas.
- JAGO
- Posłuchaj mnie, Rodrygo.
- RODRYGO
- Jużem się dosyć nasłuchał i przekonał się aż nadto, że twoje słowa i czyny nie chodzą z sobą pod rękę.
- JAGO
- Obwiniasz mnie najniesłuszniej.
- RODRYGO
- Wysuwam tylko prawdziwe zarzuty. Wyszastałem się co do grosza. Klejnoty, com ci je dał dla Desdemony (połowa ich byłaby nawet mniszkę ujęła), powiedziałeś mi, że zostały przez nią przyjęte; i otworzyłeś mi pocieszające widoki rychłego pozyskania jej względów i przystępu do niej; tymczasem nic z tego nie widzę.
- JAGO
- Dobrze, dobrze, dalej!
- RODRYGO
- Dobrze, dalej! Dalej tak iść nie może, i wcale to niedobrze. Na tę dłoń! powiadam, że to niegodziwie, i zaczynam się domyślać, że ze mnie zakpiono.
- JAGO
- Dobrze.
- RODRYGO
- Powtarzam, że to niedobrze. Odkryję wszystko przed Desdemoną: jeżeli mi zechce zwrócić klejnoty, to zaniecham dalszych zabiegów i żałować będę mych nieprawych uroszczeń; jeżeli zaś mi ich nie zwróci, bądź pewien, że zażądana zadośćuczynienia od ciebie.
- JAGO
- Czyś już wszystko wypowiedział?
- RODRYGO
- Nie inaczej, i niewzruszone mam postanowienie postąpić nie inaczej, jak powiedziałem.
- JAGO
- Teraz widzę, że masz w sobie animusz, I od tej pory zaczynam mieć lepsze wyobrażenie o tobie niż kiedykolwiek. Daj mi rękę, Rodrygo, obarczyłeś mnie nader uzasadnionymi zarzutami, a przecież, klnę się na wszystko, żem działał jak najgorliwiej w twej sprawie.
- RODRYGO
- To się nie pokazało.
- JAGO
- Przyznaję, że się nie pokazało, i podejrzenie twoje nie jest bez trafności i rozsądku. Ależ, Rodrygo, jeżeli istotnie jest w twoim łonie to, o czym teraz wi ęcej niż kiedykolwiek mam powodów nie wątpić, to jest: wola, odwaga i męstwo, daj tego dowód tej nocy, a jeżeli następnej nie ujrzysz Desdemony w swoich objęciach, to zastaw sidła na me życie i sprzątnij mnie zdradziecko ze świata.
- RODRYGO
- No, no, o cóż to idzie? Jestli to w granicach możliwości i rozsądku?
- JAGO
- Trzeba ci wiedzieć, że nadszedł wyraźny rozkaz z Wenecji, ażeby Kasjo zajął miejsce Otella.
- RODRYGO
- Czy być może? Takim sposobem Otello i Desdemona powrócą nazad do Wenecji.
- JAGO
- O nie: on się uda do Maurytanii i zabierze tam z sobą piękną Desdemonę: chybaby tu był zatrzymany jakim wypadkiem, żaden zaś inny wypadek nie mógłby być bardziej stanowczy w tej mierze jak usunięcie Kasja.
- RODRYGO
- Co rozumiesz przez usunięcie go?
- JAGO
- Ba, nic innego jak uczynienie go niezdatnym do zajęcia miejsca Otella: ewakuowanie mu czaszki.
- RODRYGO
- I chcesz, abym ja to uczynił?
- JAGO
- Tak właśnie, jeżeli chcesz sięgnąć po korzyść, słusznie ci przynależną. On dziś przepędza wieczór u pewnej marmuzeli; tam się z nim zejdę. Nic jeszcze nie wie o swoim wyniesieniu. Jeżeli zechcesz czatować na niego, jak stamtąd będzie powracał (a moją rzeczą będzie tak urządzić ten powrót, aby wypadł między dwunastą a pierwszą), to będziesz mógł żgnąć go jak najwygodniej. Ja będę tuż, aby cię wesprzeć, i padnie pomiędzy nami. Pójdź, nie stój taki osłupiały; wykażę ci przez drogę tak dowodnie potrzebę jego śmierci, że poczytasz sobie za powinność o nią go przyprawić. Już najwyższy czas na kolację, wieczór ucieka. Idźmy!
- RODRYGO
- Musisz mi udzielić jeszcze więcej objaśnień.
- JAGO
- Będziesz ich miał, ile zechcesz.
Wychodzą.
Scena trzecia
Inny pokój w zamku. Wchodzą Otello, Lodowiko, Desdemona, Emilia i służba.
- LODOWIKO
- Nie trudź się, panie generale; proszę.
- OTELLO
- Wybacz, przechadzka dobrze mi posłuży.
- LODOWIKO
- Dobranoc, pani, przyjm dzięki.
- DESDEMONA
- My raczej
- Dziękujem tobie, siniore.
- OTELLO
- Idziemy?
- O! - Desdemono...
- DESDEMONA
- Co każesz, mój mężu?
- OTELLO
- Idź się położyć zaraz, wkrótce wrócę;
- Oddal Emilię, bacz, aby tak było.
- DESDEMONA
- Będzie tak, panie.
Wychodzą Otello i Lodowiko, za nimi służba.
- EMILIA
- No cóż? Jak tam teraz?
- Złagodniał jakoś.
- DESDEMONA
- Wkrótce wróci, mówił.
- Kazał mi pójść się położyć i ciebie
- Oddalić, moja droga.
- EMILIA
- Mnie oddalić?
- DESDEMONA
- Tak kazał; zatem, kochana Emilio,
- Daj mi mój nocny ubiór i bądź zdrowa.
- Nie trzeba nam się mu sprzeciwiać teraz.
- EMILIA
- Obyś go nigdy nie była ujrzała,
- Kochana pani!
- DESDEMONA
- Tego ja nie powiem.
- Serce me tak jest ku niemu zwrócone,
- Że nawet jego gniew, jego zniewagi
- I jego groźby - rozepnij mnie, proszę -
- Mają w mych oczach urok.
- EMILIA
- Położyłam
- Na łóżku pani tę kołdę, coś chciała.
- DESDEMONA
- Wszystko mi jedno. Biedneż nasze głowy!
- Jeżeli umrę wprzód niż ty, Emilio,
- Pamiętaj przykryć mnie tą kołdrą.
- EMILIA
- Ejże,
- Co pani prawisz!
- DESDEMONA
- U mej matki była
- Sługa, Barbara było jej na imię,
- Miała kochanka, a ten był okrutny,
- Bo ją porzucił. Śpiewywała sobie
- Piosnkę o wierzbie; była to pieśń stara,
- Ale stosowna do jej położenia,
- Umarła nucąc ją. Pieśń ta dziś w wieczór
- Wciąż mi brzmi w uszach i gwałt sobie czynię,
- Abym tak samo nie zwiesiła głowy
- I nie śpiewała jak biedna Barbara.
- Proszę cię, śpiesz się.
- EMILIA
- Mamże pani przynieść
- Nocne ubranie?
- DESDEMONA
- Nie, rozbierz mnie tylko.
- Ten Lodowiko jest wcale przystojny.
- EMILIA
- Piękny mężczyzna.
- DESDEMONA
- I miły w rozmowie.
- EMILIA
- Znam pewną damę w Wenecji, co chętnie
- Boso by poszła do Jerozolimy
- Za jedno tknienie jego wargi dolnej.
- DESDEMONA śpiewa
- Pod wierzbą płaczącą dziewczyna łzy roni
- I śpiewa: wierzbo! wierzbo!
- W dół główkę spuściła, skroń wsparła na dłoni
- I śpiewa: wierzbo! wierzbo!
- Zdrój, mrucząc opodal, przywtarza jej jękom:
- O wierzbo! wierzbo! wierzbo!
- Od łez jej gorących kamienie aż miękną;
- Złóż to na boku.
- O wierzbo! wierzbo! wierzbo!
- Proszę cię, śpiesz się, on wkrótce powróci.
- Z gałązek ja wierzby splotę sobie wianek.
- Nie gańcie mu tego, przyjmuję mój los.
- Nie, to przypada w innej strofce. Słyszysz,
- Ktoś zakołatał do drzwi.
- EMILIA
- To wiatr, pani.
- DESDEMONA
- Nazwałam go zmiennym, a on mi rzekł; ach!
- Płacz wierzbo! wierzbo! wierzbo!
- Niejeden ci przecie zastąpi mnie gach.
- Idź już, dobranoc. Coś mnie oczy swędzą,
- Nie zapowiadaż to łez?
- EMILIA
- Skądże znowu?
- DESDEMONA
- Tak mówią. O, ci mężczyźni, mężczyźni.
- Powiedz mi szczerze, Emilio, czy myślisz,
- Że są kobiety zdolne tak okropnie
- Zdradzać swych mężów?
- EMILIA
- Są takie, bez kwestii.
- DESDEMONA
- Czyżbyś za cały świat to uczyniła?
- EMILIA
- A ty, o pani?
- DESDEMONA
- Na światło dnia - nigdy!
- EMILIA
- W świetle dnia pewnie bym nie uczyniła,
- Lecz ciemność nocy zmienia postać rzeczy.
- DESDEMONA
- A za świat cały - odpowiedz, Emilio?
- EMILIA
- Hm! świat nie fraszka; z małej bagatelki
- Zysk byłby wielki.
- DESDEMONA
- O nie, pewna jestem,
- Że nigdy tego byś nie uczyniła.
- EMILIA
- Z całą pewnością bym to uczyniła,
- I odczyniłabym po uczynieniu.
- Ma się rozumieć, żebym takiej rzeczy
- Nie uczyniła za marny pierścionek
- Ani za parę batystowych szmatek,
- Ani za kornet, ani za mantolet,
- Ani za żaden rupieć tym podobny;
- Ale za cały świat! Któraż kobieta
- Nie zapragnęłaby swemu mężowi
- Przyprawić rogów i zrobić go przez to
- Monarchą świata? Za tak wielką korzyść
- Gotowa bym się narazić na czyściec.
- DESDEMONA
- Niebo mi świadkiem, żebym za świat cały
- Nie popełniła takiego bezprawia.
- EMILIA
- Bezprawie takie jest bezprawiem tylko
- W opinii świata; skorobyś zaś, pani,
- W nagrodę trudu cały świat posiadła,
- Własny by świat twój sądził to bezprawie,
- Łatwo byś przeto mogła je uprawnić.
- DESDEMONA
- Nie sądzę, aby istniała choć jedna
- Taka kobieta.
- EMILIA
- Tuzin ich się znajdzie,
- Nie tylko jedna, i w dodatku tyle,
- Ile by trzeba, żeby w krąg zapełnić
- Ten świat, o który by się ubiegały.
- Rozumiem jednak, że to wina mężów,
- Ilekroć żona się potknie. Jeżeli,
- Zapominając o swych obowiązkach,
- Na łonie innych skarby nasze trwonią;
- Jeśli kapryśną zwiedzeni zazdrością
- Ścieśniają naszą swobodę, a nawet,
- Co gorsza, biją nas; jeśli nam czynią
- Ujmę w tym, cośmy wprzódy posiadały,
- Toć nic dziwnego, że w nas żółć zakipi;
- Jesteśmy korne w duchu, ale przy tym
- I mściwe trochę. Niech wiedzą mężowie,
- Że żony mają zmysły tak jak oni,
- Ze mają oczy, węch i podniebienie
- Zdolne odróżnić słodycz od goryczy,
- Tak jak i oni. Czegóż oni pragną,
- Gdy nad nas inne przenoszą. Rozkoszy?
- Tak myślę. Wiedzież ich k `temu namiętność?
- Zapewne. Słabośćli temu jest winną?
- Jużci tak. A czyż my jesteśmy wolne
- Od namiętności, od żądzy rozkoszy
- I od słabości bardziej niż mężczyźni?
- Niech nas szanują, a potem nie mruczą,
- Żeśmy złe, gdy nas sami złego uczą.
- DESDEMONA
- Dobranoc, niebo krzyż ten na mnie zsyła,
- Bym trwała w dobrym, nie złym złe płaciła.
Wychodzą.