Otello/Akt I
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Scena pierwsza
Wenecja. Ulica, przy której położony jest dom Brabancja.
Wchodzą Rodrygo i Jago.
- RODRYGO
- Nie mów mi tego, Jagonie, nie mogę
- Słuchać tej mowy. Tyż to, coś mą kiesą
- Tak rozporządzał, jakby była twoja,
- Śmiesz mi powiadać, żeś tego był świadom?
- JAGO
- Do licha! słuchajże lepiej, co mówię;
- Jeżeli mi się o tym kiedy śniło,
- To mną pogardzaj.
- RODRYGO
-
-
-
-
-
- Czyżeś mi nie mówił,
-
-
-
-
- Że go nie cierpisz?
- JAGO
-
-
-
-
-
- Brzydź się mną, jeżelim
-
-
-
-
- Nie mówił prawdy. Trzech magnatów naszych
- Forytowało mię na namiestnika
- I osobiście czapkowało przed nim,
- Aby mi dał ten stopień; jakem żołnierz.
- Stopień ten słusznie mi się przynależał:
- Znam moją wartość; a on, zatopiony
- W swym widzimisię i w swej dumie, zbył ich
- Napuszonymi frazesami, srodze
- Nastrzępionymi w wojenne termina:
- „Wierzcie mi — prawił moim protektorom —
- Żem już mianował kogoś na to miejsce.”
- I któż to taki ten ktoś? Patrzcie jeno:
- Ot, zawołany jakiś arytmetyk,
- Jakiś tam Michał Kasjo, Florentyńczyk.
- Podwikarz, na wpół potępiony w związkach
- Z piękną kobietą, który, póki życia,
- Jednego hufca nie powiódł do boju
- I na sprawieniu wojska w polu zna się
- Tyle co prządka; bohater książkowy,
- Co o teorii umie pleść nie gorzej
- Niż jaki burmistrz; cała bowiem jego
- Sztuka wojenna w gębie, nie w praktyce.
- Ten to wybrany został, a ja, panie,
- Com w jego oczach pokazał, co umiem,
- W Rodos i w Cyprze, i po innych ziemiach
- Tak chrześcijańskich, jak pogańskich, pchniętym
- Pod wiatr i wodę przez tego plus minus,
- Przez tę chodzącą kredkę; on to został,
- Pożal się Boże! namiestnikiem jego
- Murzyńskiej mości, a ja, ja być muszę
- Jego chorążym.
- RODRYGO
-
-
-
-
-
- Ja bym wolał zostać
-
-
-
-
- Jego oprawcą!
- JAGO
-
-
-
-
-
- Nie ma na to środka;
-
-
-
-
- Taki to służby przeklęty porządek:
- Awans zależy od łask i protekcji,
- A nie od prawa starszeństwa, co każe,
- Aby po jednym odziedziczał miejsce
- Drugi z kolei. Osądźże sam teraz,
- Czy mam jaki bądź obowiązek kochać
- Tego Murzyna.
RODRYGO
-
-
-
-
-
- To bym go porzucił.
-
-
-
-
- JAGO
- O, pozwól: służę mu gwoli odwetu.
- Nie wszyscy, bracie, możem być panami,
- Ale nie wszyscy też panowie mogą
- Mieć wierne sługi. Znajdziesz niejednego
- W kabłąk zgiętego, potulnego ciurę,
- Co w niewolniczych kochając się więzach,
- Trzyma się miejsca jak osioł za lichą
- Garstkę obroku; a kiedy zepsieje,
- Na stare lata bywa odpędzony.
- W skórę takiego kornego cymbała!
- Są znowu inni, co pod wymuskaną
- Formą i strojną barwą uległości
- Chowają serce, siebie tylko pomne;
- Co dając tylko pozór wiernych usług
- Swym przełożonym, popierają przez to
- Własny interes, a porósłszy w pierze,
- Nie potrzebują już nikogo słuchać
- Prócz siebie samych. Ci mają krztę ducha
- I do tych rzędu ja się liczę. Jużci,
- Gdybym był w skórze Otella, nie chciałbym,
- Ma się rozumieć, być w skórze Jagona:
- Rzecz to tak pewna, jak żeś ty Rodrygo.
- Służąc mu, służęli samemu sobie:
- Nie z przywiązania ani z obowiązku,
- Niebo mi świadkiem! ale pod pokrywką
- Tego obojga — dla widoków własnych.
- Gdyby me czyny miały kiedykolwiek
- Wydać na zewnątrz wewnętrzny stan, zakrój
- Mojego serca, niedługo bym potem
- Musiał to serce nosić u rękawa
- Na żer dla kruków. Nie jestem, czym jestem.
- RODRYGO
- Jakież, u licha, szczęście niesłychane
- Ma ten grubodziób, że mógł tego dopiąć!
- JAGO
- Ostrzeż jej ojca, zbudź go ze snu, otwórz
- Staremu oczy, zatruj mu pociechę;
- Narób hałasu w mieście; podszczuj krewnych;
- Niechaj go muchy tną za twoją sprawą.
- Chociaż łagodny zamieszkuje klimat;
- Choćbyś mu szczęścia nie wydarł, przynajmniej
- Tak mu je zapraw piołunem udręczeń,
- Iżby cokolwiek zbladło.
- RODRYGO
-
-
-
-
-
-
-
- W tym tu domu
-
-
-
-
-
-
- Mieszka jej ojciec, zawołam na niego.
- JAGO
- Zrób to, i głosem tak alarmującym
- Jak ktoś, co w nocy zapuszczony ogień
- Dostrzeże nagle w ludnej części miasta.
- RODRYGO
- Hola! Brabancjo! hej! sinior Brabancjo!
- JAGO
- Wstawaj, Brabancjo! Złodzieje! Złodzieje!
- Strzeż się! Chroń swoją córkę! Chroń swe worki!
- Złodzieje! Gwałtu! Złodzieje!
Brabancjo ukazuje się w oknie.
- BRABANCJO
- Jakiż jest powód tego zgiełku? Co się
- Takiego stało?
- RODRYGO
-
-
-
-
-
- Wszyscyż twoi, panie,
-
-
-
-
- Są w domu?
- JAGO
-
-
-
-
- Sąli drzwi twojego domu
-
-
-
- Zamknięte, panie?
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
- Po co te pytania?
-
-
-
-
- JAGO
- Niech diabli wezmą! Okradli was: weźcie
- Prędzej opończę! Przeszyto wam serce;
- Utraciliście połowę swej duszy.
- W tej właśnie chwili czarny baran tryka
- Białą owieczkę waszą. Żywo! żywo!
- Bijcie w dzwon; zbudźcie chrapiących sąsiadów.
- Inaczej czart was wystrychnie na dziadka.
- Żywo! powiadam.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
- Czyście oszaleli?
-
-
-
-
- RODRYGO
- Poznajeszże mój głos, czcigodny panie?
- BRABANCJO
- Nie: któż waść jesteś?
- RODRYGO
-
-
-
-
-
-
- Imię me Rodrygo.
-
-
-
-
-
- BRABANCJO
- Imię to jeszcze bardziej cię potępia.
- Wzbroniłem ci się zbliżać do mych progów;
- Zapowiedziałem ci, że moja córka
- Nie jest dla ciebie; a ty, wiedzion szałem,
- Przebrawszy miarę napoju przy uczcie,
- Przychodzisz teraz zuchwale przerywać
- Mój wypoczynek.
- RODRYGO
-
-
-
-
-
- Siniore! siniore!
-
-
-
-
- BRABANCJO
- Ale wiedz o tym, że gniewowi memu
- I stanowisku nie zbywa na środkach
- Dania ci tego gorzko pożałować.
- RODRYGO
- Uspokój się, siniore.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
-
- Co mi prawisz
-
-
-
-
-
- O okradzeniu? To przecie Wenecja,
- A mój dom to nie lamus.
- RODRYGO
-
-
-
-
-
-
-
- Zacny panie,
-
-
-
-
-
-
W czystych, niewinnych chęciach tu przyszedłem.
- JAGO
- Niech kaci porwą! Jesteś, panie, jednym
- Z tych, co się nie chcą modlić, gdy ich szatan
- Do tego nagli. Masz nas za szubrawców,
- Dlatego że cię przychodzimy ostrzec?
- Chcesz sprząc swą córkę z berberyjskim koniem,
- Mieć rżące wnuki, bachmatów za krewnych
- I z dzianetami być w powinowactwie?
- BRABANCJO
- Coś ty za jeden, bluźnierczy szczekaczu?
- JAGO
- Ktoś, co ci przyszedł oznajmić, siniore,
- Że twoja córka w chwili, gdy tu stoim,
- Klei z Murzynem zwierza o dwu grzbietach,
- BRABANCJO
- Jesteś nędznikiem.
- JAGO
-
-
-
-
-
- A pan — senatorem.
-
-
-
-
- BRABANCJO
- Za ten żart ty mi odpowiesz, Rodrygo,
- Znam cię.
- RODRYGO
- Odpowiem za wszystko, siniore.
- Ależ, dlaboga! za wasząż to wiedzą
- I mądrą wolą dzieje się (a prawie
- Mógłbym tak sądzić), że o tej spóźnionej
- Nocnej godzinie piękna wasza córka,
- Pod najemnego gondoliera strażą,
- Zostaje w sprośnych objęciach Murzyna?
- Jeżeli o tym wiesz, panie, jeżeliś
- Na to pozwolił, toć zaiste ciężką,
- Grubą zniewagęśmy ci wyrządzili;
- Ale jeżeli nie wiesz o tym, moje
- Wyobrażenie o przyzwoitości
- Mówi mi, żeśmy niesłusznie zostali
- Znieważonymi przez was. Nie sądź, panie,
- Abym, wyzuty z wszelkich winnych względów,
- Takiego sobie z waszą dostojnością
- Żartu pozwalał. Jeżeliście, panie,
- Córki swej k’temu nie upoważnili,
- Powtarzam jeszcze raz, to popełniła
- Wielki występek, pomiótłszy w ten sposób
- Obowiązkami, pięknością, rozumem,
- Przyszłością swoją dla awanturnika,
- Dla wszędobylca, goniącego szczęście
- Po całym świecie. Sprawdź natychmiast, panie,
- Czy jest w sypialni, nawet gdzie bądź w domu;
- Jeśli ją znajdziesz, niechaj sprawiedliwość
- Ściga mię z całą surowością za to,
- Żem cię tak czelnie zdurzył.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
-
-
- Skrzeszcie ognia!
-
-
-
-
-
-
- Światła! hej! Zbudźcie wszystkich moich łudził
- Coś podobnego już mi się marzyło,
- To przypuszczenie samo mię przygniata.
- Światła! hej! Światła!
Znika z okna.
- JAGO
- Bądź zdrów; muszę odejść;
- Nie byłoby to stosowne i dla mnie
- Bezpieczne nawet, gdybym był stawiony
- Za świadka przeciw temu Murzynowi,
- A pozostając tu świadczyć bym musiał;
- Bo chociaż może skarci go, to jednak
- Rzeczpospolita nie będzie go mogła
- Potępić, bacząc na interes własny,
- Przy gotującej się cypryjskiej wojnie,
- Do prowadzenia której nie ma wodza
- Równego jemu kalibru. Dlatego
- Choć się nim brzydzę jak piekielną plagą,
- Ze względu jednak na doczesny żywot,
- Zmuszony jestem opuścić banderę
- I znak przyjaźni,
do siebie
-
-
-
-
- który rzeczywiście
-
-
-
- Jest tylko znakiem. Zawiedź pod „Łucznika”
- Tych, co go będą szukali; niechybnie
- Tam go znajdziecie, i ja też tam będę.
Wychodzi. Brabancjo wchodzi z domownikami swymi niosącymi pochodnie
- BRABANCJO
- Nie ma najmniejszej wątpliwości: zbiegła;
- I nic mi więcej po niej nie zostało
- U schyłku tego obmierzłego życia
- Jak sama gorycz. Powiedz mi, Rodrygo,
- Gdzie ją widziałeś? Niegodziwe dziecko!
- Z Murzynem, mówisz? Któż by chciał być ojcem!
- Skądże wiesz, waćpan, że to ona była?
- To nie do wiary, jak mnie oszukała!
- O hańbo! Cóż ci rzekła? – Więcej światła!
- Zwołajcie wszystkich mych krewnych! – Jak myślisz,
- Czy wzięli oni ślub?
- RODRYGO
-
-
-
-
-
-
- Sądzę, że wzięli.
-
-
-
-
-
- BRABANCJO
- O nieba! Jak wyjść mogła? O wyrodna!
- Ojcowie, nigdy już odtąd nie mierzcie
- Myśli swych córek wedle ich postępków;
- Chyba istnieją jakie czary, zdolne
- Podejść niewinność młodości, dziewictwa.
- Nie wyczytałżeś gdzie tego, Rodrygo?
- RODRYGO
- W istocie, panie, czytałem gdzieś o tym.
- BRABANCJO
- Wezwijcie mego brata. O, wolałbym,
- Żebyś ją waćpan był posiadł. Biegnijcie
- Jedni w tę, drudzy w tę stronę. Czy nie wiesz,
- Gdzie by ją można znaleźć z tym Murzynem?
- RODRYGO
- Rozumiem, że go wyśledzę, jeżeli
- Raczysz mi, panie, towarzyszyć, wziąwszy
- Dobrą straż z sobą.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
- Bądź nam przewodnikiem.
-
-
-
-
- Przed każdym domem wołać będę; w wielu
- Mam wpływ przeważny. Podajcie mi szpadę,
- Sprowadźcie mi tu policyjne sługi
- I siłę zbrojną. Poczciwy Rodrygo,
- Wskazuj mi drogę, zawdzięczę twe trudy.
Wychodzą.
Scena druga
Tamże. Inna ulica.
Wchodzą Otello i Jago z orszakiem.
- JAGO
- Na wojnie, panie, niejednegom zabił,
- Ale popełnić rozmyślne morderstwo,
- Jakoś to z moim sumieniem niezgodne.
- Braknie mi czasem złości, co by mogła
- W czymś mi dopomóc. Z jakie dziesięć razy
- Miałem myśl pchnąć go tu, pomiędzy żebra.
- OTELLO
- Lepiej jest tak, jak jest.
- JAGO
- Kiedyż bo prawił
- Takie szkarady i w tak obelżywy
- O waszej cześci wyrażał się sposób,
- Że gdyby nie ten kęs bogobojności,
- Jaką mam, byłby mi żywcem nie uszedł.
- Ale czy tylko twe małżeństwo, panie,
- Szczelnie zawarte? bo ten magnifikus
- Ma popleczników i gdy się uweźmie
- Co przeprowadzić, głos jego dorówna
- Głosowi doży. On was zechce rozwieść
- Albo wam tyle narobi trudności
- I tarapatów, o ile mu prawo
- Wszystkimi jego wpływami poparte
- Da k’temu kiersztak[1]
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
- Niech czyni, co zechce.
-
-
-
-
-
- Usługi, jakiem oddał senatowi,
- Zagłuszą jego skargę. Wiedz, Jagonie,
- I nie zaniedbam z tym jawnie wystąpić,
- Skoro się dowiem, że chwalba uzacnia;
- Wiedz, że wywodzę ród ze krwi królewskiej,
- Zasługi moje mogą i bez czapki
- Równać się z taką wysoką fortuną
- Jak ta, po którą sięgnąłem. O gdybym
- Nie kochał czule pięknej Desdemony,
- Pewnie bym nie był mej niezależności,
- Nie krępowanej żadnym stałym miejscem,
- Samochcąc ujął w granice i ścieśnił
- Za wszystkie skarby mórz. Co to za światła?
- JAGO
- To gniewny ojciec z swymi przyjaciółmi:
- Ustąpmy, panie.
- OTELLO
-
-
-
-
-
- Nie mnie to przystoi.
-
-
-
-
- Stawię im czoło: godność moja, stopień
- I nieskażona prawość mojej duszy
- Będą świadczyły za mną. Czyż to oni?
- JAGO
- Na twarz Janusa! podobno nie.
Wchodzi Kasjo z dwoma posłańcami Doży.
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
-
-
- Są to
-
-
-
-
-
-
-
- Przyboczni słudzy doży i mój Kasjo.
- Pomyślnej nocy, moi przyjaciele!
- Cóż tam nowego?
- KASJO
-
-
-
-
-
- Doża cię pozdrawia,
-
-
-
-
- Wodzu, i wzywa, abyś się niezwłocznie,
- Jak najniezwłoczniej stawił.
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
-
- W jakim celu?
-
-
-
-
-
-
- Nie wiesz?
- KASJO
-
-
-
- Jeżeli domysł mój prawdziwy,
-
-
- O Cypr to idzie: jakoś tam gorąco.
- Flota przysłała ze dwunastu gońców
- W ciągu tej nocy, jednego za drugim.
- Zbudzonych ze snu wielu panów Rady
- Już się zebrało u doży, wysłano
- Na gwałt po ciebie, panie, a gdy w domu
- Cię nie zastano, senat pchnął umyślnych
- W trzy różne strony, aby cię wyszukać.
- OTELLO
- Dobrze się stało, żeście mię znaleźli.
- Zostawię tylko parę słów w tym domu
- I pójdę z wami.
Wychodzi.
- KASJO
-
-
-
-
- Co on tu porabia,
-
-
-
- Jagonie?
- JAGO
-
-
-
- Hm! hm! co? Pojmał tej nocy
-
-
- Lądową szkutę: zdobycz to na wieki,
- Jeżeli tylko się okaże prawną.
- KASJO
- Nie zrozumiałem.
- JAGO
-
-
-
-
-
- Ożenił się.
-
-
-
-
- KASJO
-
-
-
-
-
-
-
-
- Z kim?
-
-
-
-
-
-
-
Otello powraca.
- JAGO
- Ba! z kim... Idziemy, panie?
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
-
- Jestem gotów,
-
-
-
-
-
-
- KASJO
- Oto nadchodzi drugi poczet, wodzu,
- Szukając ciebie.
- JAGO
-
-
-
-
-
- To Brabancjo, miej się
-
-
-
-
- Na ostrożności, wodzu, bo on nie ma
- Dobrych zamiarów.
Brabancjo, Rodrygo i urzędnicy policyjni wchodzą uzbrojeni i z pochodniami.
- OTELLO
-
-
-
-
-
- Hola! stójcie no tam!
-
-
-
-
RODRYGO do Brabancja
- Siniore, to ten Murzyn.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
-
- Ha! rabusiu!
-
-
-
-
-
Z obu stron dobywają mieczów.
- JAGO
- Rodrygo? Jestem na pańskie usługi.
- OTELLO
- Schowajcie miecze, bo się rdzą pokryją
- Od rosy nocnej. Wiek wasz, panie, więcej
- Dokazać może niżeli wasz oręż.
- BRABANCJO
- Nędzny rabusiu! gdzieś podział mą córkę?
- Oczarowałeś mi ją, potępieńcze;
- Bo powołuję się na wszystko w świecie,
- W czym jest choć trochę zdrowego rozsądku,
- Czy młoda dziewka, piękna i szczęśliwa,
- I tak stanowczą mająca odrazę
- Do małżeńskiego stanu, że wzgardziła
- Kwiatem najpierwszej tutejszej młodzieży,
- Bez popadnięcia w czarodziejskie wnyki,
- Byłaby kiedy na ogólny pośmiech
- Zbiegła z ojcowskich progów, by się rzucić
- Na powleczone sadzą łono takiej
- Jak ty istoty, wzbudzającej postrach,
- Nie pociąg? Niechaj cały świat osądzi,
- Czyli to nie jest tak jasne jak słońce,
- Żeś ją ty kunsztem piekielnym usidlił,
- Uwiódł jej młodość jakimiś kroplami
- Lub czymś podobnym, co o szał przyprawia;
- Śledztwo to musi wykryć: jest to bowiem
- Jawne dla myśli, prawie dotykalne.
- Aresztuję cię przeto i oskarżam
- Jako oszusta praktykującego
- W pokątny sposób zakazane sztuki.
- Bierzcie go: jeśli zaś będzie się ważył
- Stawić wam opór, użyjcie przemocy,
- Choćby miał życiem przypłacić.
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
-
-
- Odstąpcie,
-
-
-
-
-
-
-
- Wy, co trzymacie ze mną, i wy drudzy.
- Gdyby mi z roli wypadało walczyć,
- Byłbym był o tym wiedział bez suflera.
- Gdzież mam pójść, panie, aby odpowiedzieć
- Na uczyniony mi zarzut?
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
-
-
- Do turmy.
-
-
-
-
-
-
- Gdzie siedzieć będziesz, dopóki cię zwykły
- Bieg procedury przed sąd nie powoła.
- OTELLO
- Gdybym, przypuśćmy, był posłuszny temu,
- Ciekawy jestem, co by w takim razie
- Powiedział doża, którego posłańcy
- Przyszli mię w nagłym interesie państwa
- Wezwać do niego i oto tu stoją
- Czekając na mnie.
- POSŁANIEC
-
-
-
-
-
- Nie inaczej, panie;
-
-
-
-
- Doża jest w sali obrad i dostojna
- Osoba wasza była niewątpliwie
- Wezwana tamże.
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
- Doża w sali obrad?
-
-
-
-
- Teraz, wśród nocy? Wiedźcie go tam! Ważną
- I ja mam sprawę. Wspaniały nasz doża
- I każdy z moich współkolegów pewnie
- Uczuje moją krzywdę tak jak swoją;
- Bo gdyby taki czyn płazem uchodził,
- Lada poganin rej by u nas wodził.
Wychodzą.
Scena trzecia
Tamże. Sala obrad.
Doża i senatorowie siedzą wkoło stołu przy świecach.
Kilku urzędników stoi opodal, czekając na rozkazy.
- DOŻA
- Wieści w tych listach nie są zgodne z sobą:
- Trudno polegać na nich.
- PIERWSZY SENATOR
-
-
-
-
-
-
-
- W rzeczy samej,
-
-
-
-
-
-
- Sprzeczne są sobie: w moim wymieniono
- Sto siedem galer.
- DOŻA
-
-
-
-
-
- W moim sto czterdzieści.
-
-
-
-
- DRUGI SENATOR
- A w moim dwieście. Jakkolwiek się jednak
- Cyfry w nich różnią (co się musi zdarzać
- Tam, gdzie podobne dane są oparte
- Na przypuszczeniu), we wszystkich atoli
- Jedna jest wzmianka o tureckiej flocie
- Posuwającej się w kierunku Cypru.
- DOŻA
- Zważywszy dobrze, rzecz to jest możebna.
- Nie ubezpiecza mnie błąd w tych raportach,
- Raczej nabawia trwogi treść ich główna.
MAJTEK za sceną
- Wieści! hej! wieści!
Wchodzi Urzędnik, za nim Majtek.
- URZĘDNIK
- Nowy goniec.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
-
- Cóż tam?
-
-
-
-
-
-
-
- MAJTEK
- Turecka flota żegluje ku Rodos:
- Mam polecenie od sinior Angela
- Uprzedzić o tym senat.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
- Co myślicie
-
-
-
-
-
- O tej przemianie?
- PIERWSZY SENATOR
-
-
-
-
-
- To niepodobieństwo,
-
-
-
-
- Rozsądnie rzeczy biorąc: demonstracja
- Dla zamydlenia nam oczu. Gdy zważym,
- Jak wiele Turkom zależy na Cyprze,
- I pod wzgląd weźmiem, że jak z jednej strony
- Wyspa ta dla nich ważniejsza niż Rodos,
- Tak z drugiej, łatwiej zdobytą być może,
- Bo mniej jest silnie fortyfikowaną
- I do obrony sposobną niż Rodos:
- Gdy te uwagi obok siebie stawim,
- Nie przypiszemy wtedy bisurmanom
- Niedorzeczności takiej, iżby mieli
- Chować na później to, co przede wszystkim
- Im pożądane, i porzucać zamiar,
- Obiecujący im wygodną korzyść,
- Dla narażania się na bezowocne
- Niebezpieczeństwo.
- DOŻA
-
-
-
-
-
- Nie ma wątpliwości,
-
-
-
-
- Nie idzie im o Rodos.
- URZĘDNIK
- Znów posłaniec.
Wchodzi Goniec.
- GONIEC
- Najdostojniejsza Rado! Ottomanie,
- W prostym kierunku sterując ku Rodos,
- W pośrodku drogi złączyli się z drugą
- Częścią swej floty.
- PIERWSZY SENATOR
-
-
-
-
-
- Tegom się spodziewał.
-
-
-
-
- Ileż przybyło im żagli?
- GONIEC
-
-
-
-
-
-
- Około
-
-
-
-
-
- Trzydziestu, panie, i teraz się znowu
- W tył zawrócili, zamierzając, widno,
- Pokusić się o Cypr. Sinior Montano,
- Wasz zaufany i gorliwy sługa,
- Za obowiązek poczytuje sobie
- Donieść wam o tym, czcigodni panowie,
- Prosząc o danie mu wiary i pomoc.
- DOŻA
- Z pewnością zatem na Cypr godzą. Gdzie jest
- Marco Lucchese?
- PIERWSZY SENATOR
-
-
-
-
-
- We Florencji.
-
-
-
-
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
-
- Piszcie
-
-
-
-
-
-
-
- Zaraz do niego, niech wraca czym prędzej.
- PIERWSZY SENATOR
- Oto Brabancjo i dzielny nasz Murzyn.
Brabancjo, Otello, Jago, Rodrygo i urzędnicy policyjni wchodzą.
- DOŻA
- Mężny Otello, musimy niezwłocznie
- Użyć twej dłoni przeciw Ottomanom.
do Brabancja
- A, to wy! Witaj, cny siniore; właśnie
- Brakło nam waszej rady i pomocy.
- BRABANCJO
- Tak jak mnie waszej; miłościwy książę,
- Wybacz: nie służba ni żadna wiadomość,
- Żem tu potrzebny, podniosła mnie z łóżka
- Ani troskliwość o publiczne dobro
- Myśl mą zakłóca, bo własny mój smutek,
- Jest tak gwałtownej, nawalnej natury,
- Że wszelkie inne kłopoty pochłania,
- Siebie jedynie pomny.
- DOŻA
-
-
-
-
-
- Cóż się stało?
-
-
-
-
- BRABANCJO
- Ach! moja córka!
- DOŻA
-
-
-
-
-
- Umarła?
-
-
-
-
- BRABANCJO
- Tak, dla mnie,
- Wydarto mi ją, podle uwiedziono,
- Hańbą okryto za pomocą czarów
- I szarlatańskich środków; bo dziewczyna
- Przy zdrowych zmysłach, nie upośledzona
- Ani na wzroku, ani na umyśle,
- Nie mogła popaść w tak krzyczący obłęd,
- Bez czarodziejskiej w tym sprawy.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
-
- Ktokolwiek
-
-
-
-
-
-
-
- W tak niecny sposób o stratę czci waszą
- Córkę przyprawił, a was o jej stratę,
- Do tego sami w krwawej księdze ustaw
- Zastosujecie najsurowszą karę,
- Choćby nasz własny syn był tym przestępcą.
- BRABANCJO
- Kornie dziękuję waszej wysokości.
- Oto ten człowiek: ten to właśnie Murzyn,
- Coście go, panie, jak słyszałem, teraz
- W naglącej sprawie rzeczypospolitej
- Tu zawezwali.
- DOŻA I SENATOROWIE
-
-
-
-
- Bolejemy nad tym.
-
-
-
- DOŻA
- Otello, cóż ty na to?
- BRABANCJO
-
-
-
-
-
- Nic innego
-
-
-
-
- Zeznać nie może, jak że to jest prawda.
- OTELLO
- Potężni, światli, szanowni panowie,
- Wielce szlachetni i łaskawi moi
- Rozkazodawcy! Żem starcowi temu
- Wziął córkę, prawdą jest; prawdą jest niemniej,
- Żem ją zaślubił: popóty, nie dalej
- Sięga istota mego wykroczenia
- I jego zakres. Szorstka moja mowa,
- Obrana z krasnych wyrażeń właściwych
- Czasom pokoju. Zaledwie to ramię
- Uczuło w sobie siedmioletnie siły,
- Od tej już pory, aż dotąd, odjąwszy
- Dziewięć ostatnich miesięcy, jedynym
- Moim zajęciem, w polu i w obozie,
- Było wojenne rzemiosło; o sprawach
- Tego wielkiego świata mało więcej
- Powiedzieć mogę nad to, co dotyczy
- Bitw i szczegółów żołnierskiego życia;
- Toteż i mówiąc w własnej sprawie mało
- Barw mogę użyć. Za czym w zaufaniu
- Waszych łaskawych względów, bez ogródki,
- W prostych wyrazach po żołniersku skreślę
- Cały bieg mojej miłości; poznacie,
- Jakich to zaklęć, jakich eliksirów,
- Jakich użyłem uroków i czarów,
- Ażeby sobie ująć jego córkę,
- O to albowiem jestem posądzony
- I oskarżony.
- BRABANCJO
-
-
-
-
- Dziewczyna tak skromna,
-
-
-
- Cicha, spokojna i tak pełna wstydu,
- Że ją wzruszenie każde rumieniło,
- Byłażby zdolna, pytam, w kontr naturze,
- Wiekowi swemu, nie pomna ojczyzny,
- Rodu, imienia, wszystkiego na świecie,
- Rozmiłowywać się w czymś, co ją samym
- Widokiem swoim musiało przestraszać?
- Byłby to bardzo chory sąd, ze wszech miar
- Niedoskonały, przypuszczać na chwilę,
- Że doskonałość może się tak zbłąkać.
- Bez chytrych praktyk piekielnych, do których
- Musim koniecznie domagać się klucza,
- Stać się to nigdy nie mogło. Dlatego
- Jeszcze raz twierdzę, że on za pomocą
- Jakowychś mikstur na krew działających,
- Lub jakichś kropel, zaklętych w tym celu,
- Wywarł tak zgubny wpływ na nią.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
-
- Twierdzenie
-
-
-
-
-
-
-
- Nie jest dowodem: w braku jawnych świadectw
- To, co przeciwko niemu przytaczacie,
- Są to domysły tylko, przypuszczenia,
- W cienką pozoru szatę obleczone.
- PIERWSZY SENATOR
- Powiedz, Otello, azaliś istotnie
- Nadzwyczajnymi, niegodnymi środki
- Zatruł i podbił skłonność tej dziewicy
- Czy też dopiąłeś tego przez zaloty
- I dozwolone zabiegi, co serce
- Sercu jednają?
- OTELLO
-
-
-
-
- Raczcie po nią posłać
-
-
-
- Pod znak „Łucznika” i zażądać od niej
- Wobec jej ojca objaśnień w tej mierze.
- Jeśli jej usta przeciw mnie zaświadczą,
- Niechaj nie tylko wasze zaufanie
- I stopień, który mam od was, utracę,
- Ale i życie.
- DOŻA
-
-
-
- Przyprowadźcie ją tu.
-
-
Parę osób ze służby wychodzi.
- OTELLO
- Chorąży, prowadź ich, lepiej znasz miejsce.
Jago wychodzi.
- Nim zaś nadejdzie, z równą rzetelnością,
- Jak się z mych grzechów spowiadam przed niebem,
- Wyznam przed wami, poważni mężowie,
- Jakim sposobem pozyskałem miłość
- Tej pięknej, godnej kochania dziewicy
- I ona moją wzajem.
- DOŻA
-
-
-
-
-
- Mów, Otello.
-
-
-
-
- OTELLO
- Jej ojciec lubił mnie; często, bywało,
- W dom mnie zapraszał, badał mnie o dzieje
- Mojego życia w tych a w tych epokach,
- O bitwy, szturmy, przebyte koleje.
- Opowiadałem mu one, począwszy
- Od lat chłopięcych aż do owej chwili,
- W której mi one kazał opowiadać;
- Prawiłem mu o ciężkich moich przejściach,
- Strasznych przygodach na morzu i lądzie;
- Jakem to o włos ledwie się wydobył
- Z śmiercią ziejących bresz; jak mnie wróg pojmał
- I sprzedał w jasyr; jakem z tej niewoli
- Wyswobodzony tułał się po świecie;
- Przy czym zdarzało mi się wzmiankę czynić
- O dzikich stepach, szerokich jaskiniach,
- O rafach, skalach, niebotycznych górach,
- O ludożercach i o samojedach,
- Co się żrą wzajem, albo też o ludziach,
- Co mają głowy niżej ramion. Rada
- Słuchała tego piękna Desdemona;
- Jeśli ją jaki domowy interes
- Znaglił do wyjścia, jak mogła, najprędzej
- Wracała znowu i łakomym uchem
- Chwytała moje słowa. Co spostrzegłszy,
- Razu jednego, w stosowną godzinę,
- Doprowadziłem ją do wynurzenia
- Serdecznej prośby, abym jej opisał
- Cały ciąg mojej tułaczej pielgrzymki,
- Którą dotychczas słyszała częściowo
- I niedokładnie. Zgodziłem się na to
- I nieraz z oczu jej łzy wycisnąłem
- Mówiąc o różnych żałosnych wypadkach
- Mojej młodości. Gdym skończył mą powieść.
- Obdarzyła mnie hojnie westchnieniami
- I rzekła: — Dziwnie to brzmiało, w istocie,
- Nadzwyczaj dziwnie; lubo, dziwnie lubo —
- Że lepiej było jej tego nie słyszeć:
- A jednak, jednak chciałaby się była
- Urodzić takim mężczyzną, i czule
- Podziękowała mi, i oświadczyła,
- Że jeśli kiedy kto z moich przyjaciół
- Kochać ją będzie i pozyskać zechce,
- Niechby się tylko ode mnie nauczył
- Tego opisu, a cel go nie minie.
- Taką wskazówkę mając, przemówiłem.
- Ona mnie pokochała za przebyte
- Niebezpieczeństwa, a jam ją pokochał
- Za okazane nad nimi współczucie.
- Takich to zaklęć użyłem, nie innych.
- Otóż i ona, niech sama zaświadczy.
Desdemona i Jago wchodzą, za nimi służba.
- DOŻA
- W istocie, powieść taka mogła ująć
- I moją córkę. Kochany Brabancjo,
- Spójrz na tę sprawę z nieco lepszej strony.
- Spękanym mieczem lepiej przecie walczyć
- Niż gołą ręką.
- BRABANCJO
-
-
-
-
- Każ jej mówić, panie.
-
-
-
- Jeżeli wyzna, że pierwsza choć jeden
- Krok uczyniła ku niemu, przekleństwo
- Mojej siwiźnie, jeśli dłużej będę
- Jego obwiniał. Zbliż się, mościa panno;
- Kogo tu widzisz w tym szlachetnym gronie,
- Komu najpierwej winnaś posłuszeństwo?
- DESDEMONA
- Ojcze mój, widzę tu naprzeciw siebie
- Dwa obowiązki: tobie winnam życie
- I wychowanie, a jedno i drugie
- Każe mi ciebie czcić; ty jesteś panem
- Mych obowiązków, bom ja twoja córka;
- Ale tu stoi także mój małżonek,
- A takie same obowiązki, jakie
- Skłoniły były niegdyś moją matkę
- Ciebie nad ojca przenieść, takie same
- Każą mi teraz uznawać za pana
- Tego Murzyna.
- BRABANCJO
- Bóg z tobą! Skończyłem.
- Racz, panie, teraz przejść do spraw publicznych.
- Przysposobione mi było mieć raczej,
- Nie własne dziecko. Przystąp tu, Murzynie:
- Bezwarunkowo oddajęć to, czego
- Bezwarunkowo byłbym ci odmówił,
- Gdyby nie było już twoim. — Przez ciebie,
- Mój ty klejnocie, cieszę się, że nie mam
- Drugiego dziecka, bo dzięki twej sprawce,
- Byłbym dla niego tyranem i w dyby
- Okuć je kazał. Jużem skończył, panie.
- DOŻA
- Niechże ja jeszcze coś za ciebie powiem
- I niech te kilka uwag, jakie rzucę,
- Będą niejako szczeblem dla tej pary
- Do twoich względów.
- Gdzie środków braknie, tam z nikłą nadzieją
- Kończą się żale i skargi niemieją.
- Nad niecofnioną biedą utyskiwać
- Jest to chcieć nową biedę wywoływać.
- Utarczka z losem płonnym jest szermierstwem;
- Więcej z nim wskórasz spokojnym szyderstwem.
- Kto się uśmiecha będąc okradziony,
- Ten rabusiowi kradnie jego plony;
- Ale zaprawdę sam siebie okrada,
- Kto się tam trapi, gdzie daremna rada.
- BRABANCJO
- Trzeba więc Cypru obrony zaniechać;
- Nasz on, dopóki możem się uśmiechać.
- Dobre uwagi dla tych, co im błogo,
- Ale w cierpieniu nie krzepią nikogo;
- Raczej przeciwnie, bo zamiast ból koić,
- Zmuszają w nową cierpliwość się zbroić,
- Takie sentencje miewają dwa smaki:
- Cukru i żółci, wpływ też ich dwojaki.
- Lecz słowa wiatrem: nawet siła doży
- Plastrem przez ucho serca nie obłoży.
- Proszę waszej wysokości najpokorniej przystąpić do
- spraw państwa.
- DOŻA
- Turcy z ogromną potęgą posuwają się ku Cyprowi. Otello, tobie są najlepiej znane umocnienia tego miejsca, a chociaż mamy tam komendanta wysoko cenionej biegłości, przecież głos powszechny, ten wszechwładny regulator rzeczy ludzkich, przemawia z większym zaufaniem za tobą. Musisz się przeto poddać konieczności i przyćmić świeży blask swego szczęścia tą pochmurną i burzliwą wyprawą.
- OTELLO
- Moc przywyknienia, cni senatorowie,
- Czyni mi twardą kamienistą pościel
- Puchowym łożem. Mogę się pochlubić
- Wrodzoną, skorą do czynu rześkością
- W nagłej potrzebie: jakoż gotów jestem
- Do tej wyprawy przeciw Ottomanom.
- Kornie więc chyląc się przed waszym sterem,
- Żądam stosownej pieczy nad mą żoną;
- Przyzwoitego dla niej utrzymania
- I pomieszczenia: obsługi i wygód
- Jej urodzeniu odpowiednich.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
- Pójść do ojca może,
-
-
-
-
-
-
- Jeżeli wola.
- BRABANCJO
-
-
-
- Na to się nie zgadzam,
-
-
- OTELLO
- Ani ja.
- DESDEMONA
-
-
-
- Ani ja: będąc na oczach
-
-
- Mojemu ojcu, ciągle bym gniew jego
- Drażnić musiała. Racz, wspaniały dożo,
- Przychylne ucho skłonić do mych życzeń,
- I przywilejem łaskawego słowa
- Wesprzeć je.
- DOŻA
-
-
-
-
- Czego żądasz, Desdemono?
-
-
-
- DESDEMONA
- Że kocham tego Murzyna i żyję
- Dla niego tylko, niech o tym gwałtowna
- Przemiana losu mojego obwieści
- Całemu światu: serce me zarówno
- Jest przywiązane do jego osoby,
- Jak i do jego urzędu. Jam w duszy
- Mego Otella jego twarz ujrzała
- I jego sławie, jego bohaterstwu
- Duszę i przyszłość poświęciłla moją.
- Gdybym tu przeto pozostała, na kształt
- Wegetującej w pokoju monady,
- Gdy on na wojnę pójdzie, w takim razie
- Ogołocona bym została z tego,
- Co mi go głównie uczyniło drogim;
- I przez ten rozdział byłabym skazana
- Na tymczasowy byt nader dotkliwy,
- Pozwólcie mi więc udać się z nim razem.
- OTELLO
- Uczyńcie zadość jej chęciom, dostojni
- Senatorowie, zostawcie jej wolność.
- Niebo mi świadkiem, że nie proszę o to
- Dla dogodzenia podniebieniu żądzy
- Ni za podnietą krwi, która już we mnie
- Przestała kipieć z młodzieńczym zapałem;
- Ale jedynie tylko przez uprzejmą
- Powolność dla niej. I niech Bóg broni
- Mych miłościwych panów od myślenia,
- Że poruczonej mi tak ważnej sprawy
- Zaniedbam, skoro ona będzie ze mną.
- Nie: jeśli płoche igraszki Amora
- Gnuśną ciężkością owładną i stępią
- Władz mych działalność tak, że skutkiem tego
- Cel mej wyprawy narażony będzie
- Na szwank i szkodę, niech mi lada baba
- Rynkę na głowę wsadzi zamiast hełmu,
- I wszelkie szpetne znamiona niesławy
- Kałem okryją moje dobre imię.
- DOŻA
- Jak uradzicie sami, tak niech będzie;
- Wolno jej zostać lub jechać. Rzecz nagli;
- Równie też nagłym pośpiech być powinien.
- Musisz odpłynąć tej nocy.
- DESDEMONA
-
-
-
-
-
-
-
- Tej nocy,
-
-
-
-
-
-
- Mój panie?
- DOŻA
-
-
-
- Tak, tej nocy.
-
-
- OTELLO
-
-
-
-
-
-
-
- Całym sercem.
-
-
-
-
-
-
- DOŻA
- Dziesiąta rano zejdziem się tu znowu.
- Otello, zostaw kogo z podkomendnych,
- Co ci powiezie od nas nominację
- Oraz to, czego twój urząd i stopień
- Wymagać będzie.
- OTELLO
-
-
-
-
-
- Oto mój chorąży,
-
-
-
-
- Rzetelny, godzien zaufania człowiek;
- Jemu powierzę mą żonę, on także
- Zabierze z sobą to, co wasza mądrość
- Przesiać mi uzna za stosowne.
- DOŻA
-
-
-
-
-
-
-
- Dobrze.
-
-
-
-
-
-
- Dobranoc zatem każdemu z osobna.
do Brabancja
- No, no, siniore, przestań chmurzyć czoło.
- Słusznali szpetność przypisać niecnocie,
- Zięć wasz, choć czarny, jest pięknym w istocie.
- PIERWSZY SENATOR
- Bądź zdrów, Otello, a oszczędzaj żonę.
- BRABANCJO
- Pilnuj jej, odkąd jest na twoim chlebie;
- Bo zwiódłszy ojca, może zwieść i ciebie.
Doża, senatorowie i urzędnicy wychodzą.
- OTELLO
- Życie dam za jej wiarę. Tak więc, Jago,
- Tobie zostawiam moją Desdemonę.
- Proszę cię, poleć swojej żonie być przy niej
- I sprowadź mi ją. jak się da najprędzej;
- Pójdź, Desdemono; godzinę mam tylko
- Do poświęcenia miłości i innym
- Sprawom domowym. Musim ulec temu,
- Czego chwilowa wymaga konieczność.
Wychodzi z Desdemoną.
- RODRYGO
- Jagonie!
- JAGO
- Czego chcesz, zacna duszo?
- RODRYGO
- Cóż mi teraz czynić pozostaje, jak sądzisz?
- JAGO
- Co? pójść do łóżka i spać.
- RODRYGO
- Pójdę się natychmiast utopić.
- JAGO
- Jeżeli to uczynisz, przestanę być twoim przyjacielem na zawsze. Jakież ci głupstwo przyszło do głowy?
- RODRYGO
- Głupstwo żyć, kiedy życie jest męczarnią, a odjęcie go sobie jest receptą, kiedy śmierć ma być lekarstwem.
- JAGO
- O nikczemności! Patrzę na ten świat od siedmiu lat cztery razy wziętych i odkąd mogę odróżnić dobrodziejstwo od krzywdy, nie spotkałem jeszcze człowieka, który by umiał być przyjacielem samego siebie. Co do mnie, wolałbym się na człowieczeństwo pomie niać z pawianem, nimbym powiedział, że się chcę utopić z miłości ku pętarce.
- RODRYGO
- Cóż mam tedy czynić? Wyznaję, że mi wstyd być tak zakochanym, ale nie w mej mocy temu zaradzić.
- JAGO
- Nie w twej mocy! Psu na budę! Od nas samych zależy być takimi lub owymi. Nasze jestestwo jest ogrodem, a nasza wola ogrodnikiem: jeżeli chcemy w tym ogrodzie siać pokrzywy lub sałatę sadzić; rozpleniać hyzop, a wyrywać macierzankę; hodować jedno ziele albo pielęgnować różnego rodzaju rośliny; zapuszczać go niedbale lub skrzętnie uprawiać: możność ku temu i środki odpowiednie leżą w woli naszej. Gdyby waga władz naszych nie miała z jednej strony szali rozumu dla zrównoważenia szali zmysłowości z drugiej strony, wtedy krew i ułomność naszej natury doprowadziłaby nas do najhaniebniejszych ostateczności: ale mamy rozum na poskromienie w nas dzikich popędów, cielesnych bodźców i rozkiełzanych chuci; z czego wyprowadzam wniosek, że to, co ty nazywasz miłością, jest po prostu szczepem, ablegrem.
- RODRYGO
- To być nie może.
- JAGO
- Miłość jest jedynie krwi chucią i ustępstwem woli. Nuże! Bądź mężem! Utopić się? Top koty i ślepe szczenięta. Mienię się twoim przyjacielem i deklaruję się do ciebie być przywiązany liną nieprzełomnej wytrwałości: nigdym ci nie mógł bardziej pomóc jak teraz. Naładuj kiesę, udaj się za nią na tę wojnę; przebierz sobie twarz w fałszywą brodę; a kiesę naładuj, powiadam. Ani można przypuścić, żeby Desdemona miała długo kochać tego Murzyna — naładuj kiesę — a on ją nawzajem: był to gwałtowny przypływ i odpływ taki sam będzie, zobaczysz — naładuj tylko kiesę. Ci Murzyni nie są stali w swych sentymentach — miej kiesę dobrze podszytą — łakoć, która mu teraz smakuje przesłodko jak chleb świętojański, wyda mu się wkrótce gorzka jak ośli ogórek. Jej skłonność musi się zmienić, bo młoda; nasyciwszy się nim, pozna niestosowność swego wyboru. Ona musi zmiany zapragnąć, musi, ani wątpić; dlatego miej kiesę naładowaną. Jeżeli chcesz gwałtem pójść na potępienie, obierzże przyjemniejszą drogę ku temu jak utopienie. Weź pieniędzy, co tylko będziesz mógł. Jeżeli trwałość wiary i świętość ślubów afrykańskiego włóczęgi i kuto przebieglej Wenecjanki nie są rzeczą dla mego dowcipu i piekielnych potęg nieprzełomną, to ją posiadać będziesz. Dlatego zaopatrz się w pieniądze. Topić się? Co za myśl dzika! Nie tędy droga do celu: raczej ci zostać obwiesiem dopiąwszy swego niż topielcem nic nie wskórawszy.
- RODRYGO
- Zaręczyszże mi za skutek, jeżeli na tym oprę moją nadzieję?
- JAGO
- Możesz śmiało na mnie liczyć. Idź, postaraj się o pieniądze. Mawiałem ci często i powtarzam jeszcze raz, że nienawidzę tego Murzyna. Moja ansa z serca pochodzi i twoja nie z innego źródła; działajmy więc wspólnie w interesie zemsty. Jeżeli mu zdołasz przypiąć rogi, sprawisz sobie przez to uciechę, a mnie pociechę. Leży jeszcze coś więcej w łonie przyszłości, co się dopiero ma narodzić. Allons! marsz! Zaopatrz się w pieniądze. Jutro o tym obszerniej pogadamy. Bądź zdrów!
- RODRYGO
- Gdzież się zejdziemy z rana?
- JAGO
- W mojej kwaterze.
- RODRYGO
- Przybędę jak najwcześniej.
- JAGO
- Bądź zdrów! do zobaczyska! Ale, ale...
- RODRYGO
- Co takiego?
- JAGO
- Nie topże się już, słyszysz?
- RODRYGO
- Jużem tej myśli zaniechał. Spieniężę cały mój majątek.
- JAGO
- Bądź zdrów! do zobaczyska! Naładuj trzos, a dobrze.
Rodrygo wychodzi.
- Tak zawsze z głupców robię sobie łyko.
- Krzywdę bym czynił memu rozsądkowi,
- Gdybym czas marnie tracił z takim dudkiem
- I nie korzystał na tym. Nienawidzę
- Tego Murzyna: chodzą pogadanki,
- Że on przy mojej żonie mnie luzował;
- Może to bajka, nie mam pewnych danych,
- Że tak jest; samo jednak podejrzenie
- Tego rodzaju staje mi za pewność.
- Murzyn ma o mnie wysokie mniemanie,
- Tym ci skuteczniej mogę dopiąć celu.
- Kasjo przystojny: pomyślmy no trochę.
- Zabrać mu miejsce i nasycić zemstę
- Jednym zamachem; ale jak? pomyślmy.
- Gdybym po pewnym czasie otumanił
- Ucho Otella nieznacznym poszeptem,
- Że on i jego żona są na stopie
- Za poufałej? Kasjo miły człowiek,
- Kształtny, mogący wzbudzić podejrzenie;
- Na serc podbójcę stworzony; a Murzyn
- Jest charakteru łatwego, prawego,
- Wierzy w uczciwość, gdzie widzi jej pozór,
- I najdokładniej daje się jak osioł
- Za nos prowadzić. Plan mój już osnuty;
- Rzucone ziarno: piekło i noc czarna
- Wyda potworny owoc z tego ziarna.
Wychodzi.
Przypisy
- ↑ Tj. swobodę, luz. Kiersztak to nazwa wielkiej liny okrętowej (w oryg. „cable”).