O żołnierzu tułaczu (Żeromski)/I

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania

Skoro świt, a nim grube mroki pobladły w dolinie, stukano do drzwi mieszkania zajętego w gospodzie ,,zum Bar” na kwaterę dowódcy. Gudin zepchnął w tej chwili nogą pierzynę, wyskoczył z łóżka i rozebrany poszedł drzwi otworzyć. Stanęło w nich i z wolna weszło do izby kilku oficerów w kostiumach narzuconych niedbale oraz sierżant jednej z kompanii trzeciego batalionu. Generał wlazł na wysokie posłanie łóżka, usiadł w kucki i zwrócił się do sierżanta, który wyprężony jak struna, zginał kark, żeby nie uszkodzić pompona przy kapeluszu, zawadzającego o stragarz powały niskiego pokoju.

— No i jakże, byłeś? — zapytał wycierając oczy.

— Byłem, obywatelu generale, z sześcioma ludźmi. Gdzie się rzeka zakręca.

— Co rzeka! Widziałeś ich? — zawołał porywczo i z niepokojem.

— Z daleka...

— Któż to był? Szyldwachy?

— Widzieliśmy szyldwachów, ale także i regularnych.

— Gdzież oni byli?

— Kilkunastu żołnierzy paliło ogień przy jeziorach na dole, inni wspinali się ścieżką, a na samej górze przechadzało się kilku szyldwachów.

— Czy was spostrzegli?

— Tak, obywatelu generale... — szepnął sierżant nieśmiało.

— Widziałeś schronisko Grimsel-Hospiz?

— Nie, obywatelu...

— Więc gdzież ty byłeś, u licha, jeżeliś nawet tam nie doszedł?

— Schronisko musi być za wałem. Ten wał jest jakby groblą jezior, które tam leżą i któreśmy z daleka widzieli.

Generał zamilkł i usiłował odnaleźć te same punkta na mapie rozłożonej obok jego łóżka. Oficerowie, skupieni przy jednym z okien, rozsunęli perkalowe firanki, ale niewiele światła weszło do izby, gdyż brzask jeszcze nie tknął cieniów, schowanych w podwórzach i zaułkach między domostwami.

Ktoś skrzesał ognia i zatlił małą świeczkę łojową.

— Dziękuję... — rzekł Gudin półgębkiem, nie podnosząc głowy. Po chwili bystro wejrzał na sierżanta i głośno, z szyderstwem, zawołał:

— Czy to prawda, co powiadają naoczni świadkowie i znawcy, że te pozycje są nie do zdobycia? Czy prawdą jest, co powiadają, że nasze francuskie męstwo nic tu nie poradzi, że nasz francuski geniusz w kpa się tu zamieni, że białe Austriaki zarzucą nas z tych gór swymi pochyłymi bermycami ? — Powiedz, Râteau...

— To jest miejsce nie do zdobycia — rzekł sierżant posępnie.

W grupie oficerów przemknął się szept bardzo cichy. Generał z wolna podniósł głowę i zmierzył okiem pełnym nienawiści kapitana stojącego we framudze drugiego okna.

— Czy pozwolisz mi, obywatelu generale, zadać sierżantowi kilka pytań? — rzekł ten oficer ze spokojnym uśmiechem, w którym zamknięte było jadowite szyderstwo.

— Uprzejmie proszę... — rzekł Gudin.

— A więc to prawdą jest, co powiadają — zwrócił się kapitan do sierżanta — że stojąc na Grimsel nieprzyjaciel zasypałby nas nie bermycami, ale stosami kamieni? Że byłby w możności nędznie zatłuc nas wdzierających się pod górę, jak niegdyś chłopi ze Szwycu zgruchotali przodków tych białych Austriaków pod Näfels , z taką wszakże różnicą, że my szlibyśmy na górę pewni nie tylko śmierci, ale także i hańby naszego geniuszu... Râteau! — rzekł kapitan głośniej. — Ty wiesz, że ja się nie boję...

— Słyszałem, obywatelu Le Gras, że pragniesz zadać sierżantowi jakieś tam pytanie... — rzekł Gudin.

— Tak. Pragnę mu zadać kilka pytań. Jak długo szliście do miejsca, gdzie się dolina zwęża — do jezior?

— Szliśmy — rzekł sierżant — chyba ze trzy godziny.

— Jaka jest na tej przestrzeni szerokość doliny?

— Ze ścieżki, po której szliśmy, dorzucałem na najszerszych miejscach kamieniem do drugiej ściany wąwozu, a prawie wszędzie cały spód jego zajmuje rzeka.

— Wszak prawda, że w pewnych miejscach ścieżka idzie na wysokości kilkuset metrów?

— Nie inaczej, obywatelu kapitanie.

— Że na tej ścieżce może obok siebie postępować najwyżej dwóch ludzi?

— Tak jest, obywatelu.

— Że zanim w pięć batalionów zdołamy dotrzeć do jezior, już Austriacy, ukryci za skałami, mogą wystrzelać połowę naszej kolumny idącej dwójkami?

— Tak myślę...

— A czy przez szkła widziałeś ścieżkę, od jezior prowadzącą na Grimsel?

— Dostrzegłem ją, obywatelu.

— I dlatego mówisz nam, że miejsce jest niezdobyte?

— Tak jest.

Oficer skłonił się generałowi i rzekł do niego:

— O te jedynie szczegóły rozpytać się pragnąłem.

— Obywatele! — powiedział niedbale Gudin zwracając się do wszystkich — wyruszamy dziś, i to niezwłocznie, dla zdobycia szturmem przejść: Grimsel, Furka, Gotthard...

— I Monte Rosa... — szepnął kapitan Le Gras tak cicho i niewyraźnie, że te dwa słowa mogły bardzo dobrze uchodzić za kaszel.

— Plan operacji całej wydany został w kwaterze głównej. Podpisał go Massena. Uruchomiliśmy 27 termidora 30 tysięcy wojska. Bracia nasi walczą vv tej chwili na śmierć i życie. Idą w górę Reussu, uderzają na przejście „zum Stein”, aby spaść do doliny Meyen, biją się w dolinie Rodanu, a my śmieliżbyśmy leżeć bezczynnie tutaj, w Guttannen? Zwyciężymy czy zginiemy od kamieni, od kul, od bagnetów, ale pójdziemy zdobywać tę górę, chociażby z jej szczytu strzelano do nas piorunami! Z przyjemnością przedstawiłbym wam plan całej naszej wyprawy, ale brak mi czasu. Zanim się ubiorę, chciałbym wyłożyć ten plan w obecności, dajmy na to, kapitana Le Gras. Może zechce tu również zostać jeszcze podpułkownik Labruyère...

Oficerowie i sierżant gromadnie wyszli ze stancji. Gudin zerwał się z łóżka i wdziewając pośpiesznie swój uniform rozkładał mapy, wskazywał linie operacyjne pochodu, wyznaczone czerwoną barwą — i szybko wykładał:

— Wiadomo — mówił — że arcyksiążę Karol zajmuje swymi wojskami olbrzymi łańcuch pozycyj: od Simplonu i mieściny Brieg w dolinie Rodanu — aż do Zurychu. Ma on do rozporządzenia 78 batalionów piechoty, 85 szwadronów jazdy, czyli 64 613 żołnierza i 13 299 koni. Posiada wszystkie przejścia i wszystkie drogi środka Alp, więc: Grimsel i Furka, dolinę Urseren, Teufelsbrücke, całą dolinę Reussu aż do jeziora Czterech Kantonów wraz z dolinami na poprzek do niej idącymi — więc z Meyen i z Issi; dalej — rozdół Szwycu, płaskowzgórze Einsiedeln z przełęczą Etzel, dolinę Sihlu i Zurych. Uderzamy na nieprzyjaciela ze wszystkich stron, mamy wyprzeć go ze wszystkich stanowisk, porozcinać go na grupy, rozerwać ich łączność — i wygnać — zanim tamci nadciągną. Thurreau uderzy na brygadę Straucha w dolinie Valais, my wstąpimy na Grimsel, wyrzucimy nieprzyjaciela z pozycji u źródeł Rodanu i weźmiemy go we dwa ognie, ażeby zmuszony był uchodzić na włoską stronę, którędy mu się żywnie podoba. To uczyniwszy zajmiemy przejście Furka, dolinę Urseren, Urnerloch, Teufelsbrücke i dolinę Reussu...

Wiadomo — mówił, ożywiając się i gwałtownymi ruchy wskazując na mapę — że rozstaliśmy się w Innertkirchen z generałem Loison i że ten dzielny człowiek poprowadził swe dwa bataliony i trzy kompanie w dolinę Gadmen, skąd ma wstąpić nad Steinen, wysadzić nieprzyjaciela spomiędzy lodów i zejść przez Meyental do Wasen. Daumas idzie z Engelbergu, ażeby przez Surenen wejść do wąwozu Reussu. Z czoła, od Flüelen, uderzy na Austriaków sam Lecourb. Chciejcież zważyć, że los operacji od nas zależy! Jeżeli odbierzemy Grimsel, to zadajemy cios nieprzyjacielowi w samo serce, bo zdobywamy czworobok, który tu oznaczyłem czerwoną linią. Czworobok ten idzie: z Innertkirchen do Wasen, z Wasen do Teufelsbrücke, stamtąd do Furka i Grimsel, a z Grimsel do Innertkirchen. Dopóki nieprzyjaciel ma Grimsel i Urseren — niceśmy nie wygrali, może bowiem siedzieć w tych miejscach jak w fortecy i mieć połączenie z doliną Tessinu przez Gotthard, a z Chur przez dolinę Renu. Tymczasem obywatel Le Gras uważa wyprawę na zdobycie tej głównej pozycji za coś tak błahego, że śmiał wobec połowy oficerów kolumny, ba! wobec sierżanta — drwić ze słów moich. Gdyby nie to, że dziś idziemy, powinien bym cię, obywatelu, natychmiast skazać na śmierć...

— O!... — mruknął Le Gras przymykając swe piękne oczy.

— Tak! — zawołał Gudin — niesubordynacja dosięgła takiego stopnia, że oficerowie drwią z generałów, że prości żołnierze mruczą, gdy się wydaje rozkazy...

— Generale! — szepnął Le Gras — niesubordynacja idzie jeszcze dalej: żołnierze nie tylko wyrzekają, ale nawet nie jedzą po całych dniach.

— Ja im w tych górach obiadów nie stworzę!...

— Oni też nie liczą na sztukę stwarzania i w sposób idylliczny rabują szwajcarskie wsie i mieściny. Przyszli z jednej i niepodzielnej Rzeczypospolitej, mieli przynieść na ostrzu bagnetów braterstwo i inne przysmaki, tymczasem wnieśli tu przemoc i gwałt, a zostawiają jako ślad swego pochodu — ruiny i popioły. Cóż to uczyniliśmy z Meiringen, z Innertkirchen?

— Kogo śmiesz pytać, obywatelu? — wrzasnął Gudin.

— Generała, który ma prawo skazać mię na śmierć i rozstrzelać. Jestem nieznanym oficerem, jestem tak dalece pozbawionym koligacyj, że nie mam nawet stryja, który by mię protegował... Istotnie! jestem z motłochu. Widziano mię wśród sankiulotów za dni wrześniowych. Toteż kiedy generał brygady, Cezar Karol Stefan Gudin de la Sablonnière, zapytuje mię...

— Nie odpowiadam na podobne zaczepki! — rzekł dumnie generał bokiem odwracając się do hardego kapitana i wydymając usta. — Nie stryj mię proteguje, lecz ja sam siebie! Byłem na San Domingo, w armii Ardenów pod Ferrandem, byłem w armii północnej i w reńskiej, byłem w Niemczach pod

Moreau, krwią i ranami zdobyłem szlify w dolinie Kinzig...

— Kapitan Le Gras pragnie złożyć plan operacji, której celem jest zdobycie Grimsel — rzekł wolno i ozięble podpułkownik Labruyère, mężczyzna ogromnego wzrostu, z wielką wygoloną twarzą, obwisłą dolną wargą i posępnie mądrym wyrazem oczu. Milczał on dotąd, jak gdyby sprzeczkę toczono w języku, którego wcale nie rozumiał, i z wyrazem absolutnej obojętności badał swe paznokcie.

— Kapitan Le Gras? — rzekł generał, potężnym aktem woli tłumiąc w sobie rozszalałą pasję i usiłując zagasić blask nienawiści w spojrzeniu. — Słucham... co za plan?

— Wczoraj nad wieczorem — zaczął mówić Le Gras — wracając z rekonesansu, po zbadaniu całej wyższej części doliny Hasli, za zbliżeniem się do wodospadu Handegg spostrzegłem chłopa, który na zboczu góry kosił trawę. Dałem znak grenadierom i zbliżyłem się na ich czele do podnóża tak ostrożnie, że Szwajcar nas nie dostrzegł. Zakomenderowałem po cichu i czterech żołnierzy na cel go wzięło. Wówczas krzyknąłem rozkazując, żeby schodził do nas bez zwłoki. Chłop oniemiał z przerażenia. Wprędce zsunął się po stromej pochyłości i stanął przed nami wylękły. Zacząłem go badać, skąd jest i co tam robił. Jest to gospodarz stąd, z Guttannen, nazywa się Fahner. Dowiedziawszy się, że idziemy z Innertkirchen w górę Hasli, uciekł pospołu z innymi mieszkańcami tej wioski z bydłem i dobytkiem — w nagie góry. Na zapytanie, gdzie się obecnie ci mieszkańcy znajdują, wskazał mi ręką jakieś wertepy pod szczytami. W istocie — odgłos dzwonków, które pasterze tutejsi przywiązują do szyi krów i kóz, słyszałem niezmiernie wysoko. Począłem ściśle rozpytywać tego chłopa o ścieżki i drogi górskie, gdyż niepodobieństwem mi się wydawało zdobycie przełęczy od frontu — jak to już raz zresztą miałem honor wczoraj zaznaczyć w twojej, obywatelu generale, przytomności.

Po długiej indagacji udało mi się wydusić z niego oświadczenie, że stąd na Grimsel można przejść nie tylko dołem, nie tylko brzegiem Aaru, jak tego żąda czerwona linia, ale także i górą, po szczytach. Wziąwszy tę okoliczność pod uwagę — mówił Le Gros — przyszedłem do wniosku, że zamiast wdzierania się na przełęcz z dołu, po gładkich ścianach, w szacie, co prawda, geniuszu francuskiego, ale także wśród gradu kul i zepchniętych urwisk — może byłoby wygodniej przebyć łańcuch górą, stamtąd niby z obłoku zwalić się na nieprzyjaciela i wziąć szponami cały jego obóz, jak orlik bierze gniazdo trznadlów...

Gudin usiadł na krzesełku, przywalony niezmiernym ciężarem tej wiadomości. W gardle mu tak zaschło, ze nie był w stanie słowa przemówić. Cierpiał nieznośnie, dostrzegając bez wzniesienia powieki, że Le Gras patrzy na niego i że się od niechcenia z pobłażliwością uśmiecha.

— Gdzież jest ów chłop? — zapytał nareszcie dowódca.

— Trzymam go pod strażą w izbie przeznaczonej pod moją kwaterę. Rozmawialiśmy z nim w nocy. Właśnie podpułkownik...

— Czy istotnie zna ścieżkę, po której mogłoby przejść pięć batalionów wojska?

— Mówi, że góra w pewnym miejscu jest dostępną. Jest to, rzecz naturalna, przeprawa ogromnie trudna. Trzeba iść po lodowcu...

— Ach, więc tak... — rzekł Gudin, aby tylko coś powiedzieć.

— Stamtąd możemy od razu wstąpić na Furkę czy zejść wprost do Urseren. Chłop zgodził się przeprowadzić nas aż do Grimsel. Kiedy go pytałem, jakiej by za to żądał nagrody, wyraził życzenie. Pragnąłby otrzymać na własność łąkę leżącą z prawej strony Aaru, u wejścia do ciasnego Hasli. Nie wiem, czy postąpiłem roztropnie: przyrzekłem mu...

— Przewodnik zostanie sowicie wynagrodzony, jeżeli zasłuży To się zobaczy. Cokolwiek bądź i którędykolwiek — idziemy — rzekł generał przybierając minę tęgą. — W każdym razie pragnąłbym zobaczyć tego człowieka i sam z nim pomówić. Za chwilę będę panom służył. Chciejcie obwieścić pochód.

Obydwaj projektodawcy opuścili mieszkanie generała i wśród tłumu wojska przeszli do obszernej chaty stojącej w pobliżu protestanckiego kościółka. Tam właśnie pojmany Fahner siedział, strzeżony jak oko w głowie przez kilku żołnierzy. Dwaj oficerowie jęli zadawać mu nowe pytania, na co Fahner odpowiadał straszliwą francuszczyzną. Nim zdołali pojąć to wszystko, co im prawił, i zakreślić na mapie miejscowości, które nazywał, dały się słyszeć gromkie okrzyki, zwiastujące, że dowódca już wyszedł. Przerwano tedy rozprawę i Fahner w otoczeniu żołnierzy, na czele których szedł Le Gras, wyprowadzony został z izby. Przede drzwiami hotelu na wybrukowanym wzniesieniu stał Gudin. Pióra i szerokie galony na jego trójgraniastym kapeluszu, haft na wysokim odwiniętym kołnierzu i na szerokich klapach fraka — mimo półcienia — błyszczały tak uderzająco, że Fahner od razu poznał wodza i zdjął kapelusz. Zdumiewała go tylko młodość tego naczelnika. Gudin miał lat dwadzieścia dziewięć.

Długie włosy, czarne jak krucze pióra, spadały pierścieniami na jego ramiona. Piękne czarne oczy uśmiechały się szczerze do wiarusów pozdrawiających Francję. Oficerowie tworzyli szeregi, umieszczając na drodze kompanie już gotowe do marszu. Bataliony: drugi, czwarty i piąty stały jeszcze w łąkach. Część pierwszego myła się dopiero na brzegu Aaru. Żołnierze czesali swe długie, zakurzone i skudłane włosy, wiązali je w tyle głowy jedni drugim powrózkami w harcopfy, prali koszule i nie wysuszone kładli na się z pośpiechem, łatali trzewiki i czyścili karabiny.

Dwa szeregi grenadierów ubranych wyciągnęły się daleko w opłotki po jednej i po drugiej stronie miasteczka. Czerwone pompony i trójkolorowe kokardy na ogromnych czarnych kapeluszach utworzyły długi szlak barwny; białe skórzane pasy od ładownic i pałaszów, krzyżujące się na piersiach żołnierzy, odbijały wyraźnie od czarnych chustek i granatowych mundurów. Cała ta kolumna była obdarta i wynędzniała. Prawie wszyscy mieli chodaki dziurawe, kamasze bez guzików a wystrzępione jak mokasyny, spodnie rozmaitej barwy i pochodzenia. Spod fraków, wyciętych na piersiach półokrągło tuż prawie pod klapami, widniały zamiast kamizelek brudne koszule. Natomiast każdy miał guziki na żabotach i w tyle fraka, spinające zawinięte brzegi pół, wyczyszczone cegłą na czysto.

Gudin w towarzystwie kilku oficerów przeszedł wzdłuż szeregu, a później skierował się ku domostwu, w drzwiach którego stał Le Gras z Fahnerem.

— Oto jest przewodnik, generale — rzekł kapitan rozsuwając żołnierzy.

Dowódca zobaczył przed sobą mężczyznę wielkiego wzrostu, z rękoma i stopami kolosalnych rozmiarów. Rudawy zarost okrywał policzki tego chłopa aż prawie do samych powiek, dawno nie strzyżone włosy sterczały na jego wielkiej głowie jak pęki trzciny. Duże, łagodne, siwe oczy spoglądały na dowódcę ciekawie, oczy potomka Normanów, którzy, według legendy, przyszli ze Skandynawii, osiedli w Haslithal i zbudowali jej małe mieściny. Fahner miał na sobie podarty kusy spancerek, brudną koszulę i krótkie zgrzebne spodnie. Na nogach miał trepy wystrugane z drzewa, bez przyszwy, podbite szeregiem ćwieków z ogromnymi łbami a przywiązane do stopy sznurkami.

— Czy jest droga stąd na Grimsel, oprócz idącej w głębi doliny? — zapytał Gudin.

— Droga?... Nie, drogi nie ma.

— A wszakże mówiłeś, że przejść można?

— Przejść można — odpowiedział Fahner. — Tak, przejść można.

— Gdzie jest to przejście?

— Tam... — rzekł chłop, wysuwając się naprzód i wskazując najbliższy szczyt po lewej ręce od Guttannen. Ażeby zobaczyć tę drogę, wszyscy musieli zadrzeć głowy.

— Czy sądzisz, że tamtędy może przejść cała nasza kolumna?

— Czy może? Cała kolumna? Dlaczegóż by nie mogła przejść cała kolumna? Dobrze mówię: cała kolumna... Tam przejdzie każdy, kto zna drogę. Kto nie zna i kto jest słaby — ten idzie dołem, a później obok jezior. Komu pilno do Realp, do Hospenthal albo do Andermatt, taki idzie przez tą wysoką drogę. Kto zna miejsce; bo kto jest słaby w rękach albo w nogach...

— A ty znasz ją, obywatelu?

— Czy ja znam tę drogę? No tak, ja ją znam, tę drogę. Ja tam chodzę, jak każdy inny w Hasli. Teraz śniegi już zeszły, lawiny w tym miejscu się nie trafiają. Dlaczegóż? przejść można, kto zna drogę i kto jest silny... Od wodospadu pójdzie się na lewo do Gelmersee...

— Czy z Grimsel nie dostrzegą nas, gdybyśmy szli tamtędy?

— Z Grimsel? Czy dostrzegą? Jakże to można zobaczyć takiego, co idzie górami? Nie, nie dostrzegą z Grimsel...

Generał zamyślił się i nie spojrzawszy już na Fahnera odszedł do swej kwatery. Niebawem kazał sobie podać konia.

Wówczas już oddziały wojska tłoczyły się w opłotkach, zdążając na południe od Guttannen w górę Aaru. Dwa bataliony szły w nieładzie znad rzeki ku drodze wprost przez łąkę wbijając w ziemię wyhodowane trawy i maleńkie działki żyta, które dnia tego, 14 sierpnia, stało jeszcze niedojrzałe.

Na łąkach i na podcieniu górskim leżał mrok głęboki, ale już granatowy. Wyżej był rozkoszny, ciemny błękit, przez który przebijały się odprysłe promienie i padały na ukos od szczytów niezmiernych krzesanic Nägelisgrätli aż do północnego końca szerokiej doliny. Te drżące, półjasne smugi podobne były do strun jakiejś niezmiernej liry. Same czuby turni stały już w ogniu słonecznym. Lasy u podnóża gór, ledwo w mroku widzialne, siklawy jak białe nitki snujące się między skałami, dziwne barwy i szerokie powietrze zimnego poranku napełniały serca żołnierzy, oficerów i wodza szczytną fantazją.

Kompanie szły jak jeden człowiek, mocno, równo, sprężyście, zostawiając poza sobą spustoszoną wioseczkę o szarych dachach domostw i obór. Tuż za wsią kolumna weszła w las świerkowy. Z ciemnej jego gęstwiny powiał na idących chłód ostro przeciągający. Słychać też było huk donośny.

Wkrótce koń Gudina zatrzymał się na wzniesieniu, jak wysoki stopień, leżącym w dolinie. Widać było stamtąd piany wodospadu, fruwające między kosmatymi i czarnymi jak noc ścianami świerków. Młody generał tknął konia ostrogą i kłusem dojechał do brzegu rzeki. Stał na prost głównego koryta żółtawoburych wód Aaru, które tam zlatują nagle do jamy na siedemdziesiąt metrów głębokiej. Z boku do tej samej przepaści skacze z taką furią, jakby był strzałem wysadzony z ziemi, Aerlenbach, potok srebrzysty, ten, co „wody błękitnymi spada”, wylęgły w lodach i jeszcze nie zbrudzony mułem ziemi. Z rykiem chwytają się za bary te dwie rzeki w głębinie, zmagają tam, trzaskając łbami o granit. Z czeluści, która wiekuiście wzdycha, wypadają chmurki wodnego pyłu, ogromne banie mgły ledwie widocznej kołyszą się i błądzą nad dołem to tam, to sam, rozsiewając naokół deszcz drobny i spływając po głazach długimi smugami, jak łzy cienkimi. Niżej w kipiących pianach siepią się potworne kłęby, zupełnie jak nagie ciała zdychające w kurczach boleści.

Gudin mocno zdarł konia i patrzył w dziwną przepaść. Na widok boju tych pian wspaniałych myśli jego porzuciły rzeczywistość. Wydało mu się przez chwilę, że widzi tam, pośród pyłu wody, znienawidzoną aż do śmierci, chudą, bladą twarz, z długimi kudłami nieporządnej baby i oczami wilka, kościstą twarz Bonapartego ze sztychu Hudgesa czy portretu Guérina. Znowu poczuł w sobie ciosy zazdrości i zachwytu, nienawiści i uwielbienia. Sława czynów chudego Korsykanina nie dawała mu chwili spokoju. Każdy biuletyn wojny włoskiej zatruwał mu pokarm i napój niby kropla jadu. Kiedy Napoleon odpłynął do Egiptu, Gudin w skrytości ducha i ze drżeniem serca oczekiwał wieści, że zginął tam, że zarżnięty został ten tygrys, który poczynał już kłami i pazurami szarpać świat strupieszały. Ale oto w początkach sierpnia tego, 1799 roku, doszła Gudina wiadomość, że Korsykanin ma wracać. I zaraz ta pogłoska przeleciała nad armiami jak wrzask wojennej trąby...

Siwy, piękny koń Gudina, połechtany ostrogą, w podskokach wybiegł z lasu na obszerną łąkę, nisko rozłożoną u stóp łańcuchów górskich i zupełnie podobną do placu, na którym stoi Guttannen. Tutaj kończyła się szeroka dolina. W górę szedł stamtąd ciasny wąwóz między stromymi skałami, a na końcu jego widać było poprzeczne górskie siodło: Grimsel.

Bataliony wojska stały już uszykowane na tej łące i nieruchomo spoglądały na wylot szczeliny Hasli i na otaczające turnie. Z prawej strony widać było drożynę prowadzącą na przełęcz. Była to perć wybrukowana płaskimi głazami i dobrze ubita. Zbudowano ją w wieku XV, czasu krwawych walk między berneńczykami a chłopstwem z doliny Rodanu. jakie wynikały zazwyczaj z powodu ,,600 owiec i 20 koni”. Drożyna szła od razu w górę, wysoko nad Aarem, który wypadał spomiędzy skał na łąkę jak zziajane i śmiertelnie poranione zwierzę.

Fahner, podążający szybko za generałem, wskazywał ciągle ręką na lewo, gdzie ze szczytu góry zlatywał na samo dno doliny wodospad Gelmerbach. Kapitan Le Gras zbliżył się do Gudina i szpadą wskazał mu kierunek pochodu, mówiąc:

— Zaszedłszy poza łańcuch tych szczytów znikniemy dla Austriaków na całą dobę. Ujrzą nas aż wtedy, gdy wyjdziemy zza ostatniego, który tam oto widać...

Twarz jego wyrażała niepokój. Bał się, by generał na złość nie uparł się iść doliną Hasli.

— Dwie kompanie pierwszego batalionu — rzekł Gudin wyniośle — udadzą się natychmiast ścieżką w górę Hasli. Ukażą się demonstracyjnie nieprzyjacielowi, stoczą z nim utarczkę, jeżeli to będzie możebne...

W oczach kapitana błysnęła radość i głęboka wdzięczność. Młody dowódca wykonywał jego plan i rozwijał go trafnie.

— W pobliżu jezior jest na Aarze zerwany mostek kamienny... — szepnął jeszcze Le Gras nieśmiało.

— Właśnie... Dwie kompanie pierwszego batalionu zajmą się ostentacyjnie naprawianiem mostku... — rzekł znowu Gudin z taką powagą, jak gdyby bardzo dawno myślał o zerwanym moście, którego reparacja może służyć jako wyborny sposób bałamucenia Austriaków i maskowania czynu istotnego. Po chwili obwieścił zgromadzonym oficerom, że sam uda się w towarzystwie dwóch kompanii doliną Aaru. Wypocząwszy kolumna ma bez wielkiego pośpiechu wstępować na górę obok Gelmerbachu ścieżkami, które wskaże chłop-przewodnik. Nad jeziorem Gelmersee całe wojsko ma się zatrzymać i czekać.

— Będziecie tam wypoczywali — mówił — dopóki nie przybędę. Mam nadzieję, że zdołam powrócić, zanim wszyscy dojdziecie do owego jeziora.

Dwie kompanie uszykowały się i dwójkami poczęły wstępować na ścieżkę. Gudin ze swymi adiutantami wjechał między tłum żołnierzy i posuwał się z wolna. Wkrótce półbatalion znikł w lesie świerkowym, w ostatnim lesie, za którym dalej gdzieniegdzie czepiały się tylko karłowate olszyny i kosodrzewina.

Między szczytami Nägelisgrätli strzelały już promienie słońca na przeciwległe wyżyny. Wielkie, świetliste place blasku skoczyły na czarne pole granitów, na dzikie krzesanice, gdzie już tylko gdzieniegdzie żółty mech połyskuje. Z wolna to światło przybliżało się do rzeki, objęło las świerkowy, wynalazło w nim i zatliło wszystkie krople rosy, wypędziło barwy granatowe i rozpostarło inne, pełne odmian i cieniów.

Za lasem ukazała się w słońcu szybko maszerująca kolumna, podobna z oddalenia do wielkiej piły, która się wrzyna w bok góry. Pióra na kapeluszu Gudina połyskiwały i każdy ruch jego głowy widać było doskonale. Le Gras stojąc przed frontem swej kompanii tłumaczył żołnierzom, w jaki sposób wykonany będzie atak na Niemców. Starzy grenadierowie, którzy z niejednego już pieca chleb jedli pojęli go natychmiast i dopytywali się o drobne szczegóły. Młodzi zasięgali informacji od wyjadaczów i z osłupieniem szukali oczyma swej drogi na gładkich ścianach górskiego łańcucha. Byli to ludzie z rozmaitych stron Francji: spod Pirenejów i spod Ardenów, Bretończycy i Normandowie, górale i chłopi z równin.

— A wy tam pojmujecie, o co rzecz idzie? — zapytał Le Gras dwóch żołnierzy, nadzwyczaj ciekawie przysłuchujących się temu, co mówił.

Oui, je comprends... oui! — rzekł jeden z nich, wskazując ręką na góry. — L&quoteright;ennemi lànous là! Apràs nous l&quoteright;ennemi... z tyłu za łeb i kolanem go, ścierwę! Vous comprenez?

Cały szereg prędkich, gwałtownych i plastycznych ruchów ilustrował doskonale odpowiedź starego żołnierza i zrozumiany został wybornie przez wszystkich.

— To, to, tak właśnie! — mówił kapitan ze śmiechem.

— Ty rozumiesz, co gadał?... — zwrócił się ten stary żołnierz do młodszego kolegi, z którym przed chwilą rozmawiał.

— Coś miarkuję, ale jak toto ma być, tego nie mogę...

— Tak, widzisz, będzie. Twoje Szwaby siedzą na tamtej górze, co stoi na poprzek — prawda?

— No, juścić prawda.

— Jakby my do nich szli dołem, toby nas przecie kamieniami zafrygały. Tak gadał Legra — i sprawiedliwie. Tak, widzisz, bracie, ten stary Swicer z Gutanowa, co go Legra wczoraj zajął, ma pokazać drogę niby tędy, miarkujesz?

— A i gdzież tu tędy przejdzie, ogłupieliście? — zaperzył się młody. — To ta i wy rozumiecie, co gadają! Jakżeby to wlazł — na takie mury!

— To już nie moja głowa. Mówią, że wlezie. Jakeś stąd patrzał, to się widziało, że ż e n e r a l i te dwie kompanie, co z nim poszły, że, mówię, idą po gładkiej ścianie jak mucha po szybie, a ona tam przecie jest dróżka — i niezła. Wiesz tera?

— Oj, głupie, głupie ludzie, żeby w takich przecież górach siedzieć! słyszane rzeczy..

— Czekaj, bracie, jak cię jeszcze Szwab wytnie w zęby kulką na takim koniuszeczku góry, to se dopiero namachasz kozłów, zanim się roztrzepiesz po kamieniach. Ale co tam!... Rira bien, qui rira le dernier. Wiesz, co znaczy taka gadka?

— Ij — co mi ta przyjdzie z waszej gadki? Ckliwo mi oto patrzeć na takie...

— Weźże i chlipnij tego czerwonego wińska. Za gorzałkę ono nie obstoi, to jest prawda, ale zawsze człowieka co niebądź otrzeźwi...

Obadwaj pociągnęli z manierki i zakąsili skibką uschniętego chleba.

Starszy żołnierz należał do kategorii wytrawnych lisów. Widział świata niemało i w niejednej wojnie łba nadstawiał. Z Berlina, gdzie się znalazł po ukończeniu pierwszej z tych wojen w jego życiu, poszedł z kilkoma kamratami do Francji, zasłyszawszy, że się tam tęgo biją, i złudzony obietnicą, że tam więcej kamratów znajdzie. Towarzysze rozproszyli się po drodze, on zaś sam dowlókł się do granic francuskich i poszukując swoich zapisywał się do rozmaitych pułków z kolei. Tymczasem lata upływały na szukaniu daremnym. Języka się poduczył, nabrał przywiązania do kapitana Le Gras, do kapralów i sierżantów swego batalionu, którzy mu na biwakach różne różności opowiadali — został.

Ostatnimi czasy, po rozpoczęciu wojny z Austrią, zetknął się ze swojakiem. Był nim jeniec, młody piechur, wzięty w kupie innych Austriaków w potyczce pod Zurichem. Stary wiarus dołożył wszelkich starań, ażeby jeńca namówić do wstąpienia w szeregi francuskie, a władze do przyjęcia go na żołnierza. Gdy mu się to udało, rozpostarł nad przybłędą iście braterską opiekę. Uczył go języka, choć sam ledwo piąte przez dziesiąte mówił i rozumiał, czyścił mu karabin, łatał uniform, zaplatał włosy, wyręczał we wszystkim i oddawał mu najlepszą część jadła i napitku. Za to wszystko gadał do niego... I młody polubił wiarusa taką mocą przywiązania, jaka tylko na wojnie wyrasta. W ciągu sześciu miesięcy zrośli się ze sobą jak dwie połowy tej samej kości żyjącego ciała.

Ledwo żołnierze spożyli po kromce chleba, już kapitanowie wywoływali przed kompaniami rozkaz wstępowania na górę. Rozmowy nagle ucichły i kolumna wolno ruszyła z miejsca jak monstrualny wąż migając łuską bagnetów i ładownic. Przewodnik, który postępował na czele, wprowadził idący za nim pierwszy batalion na ścieżkę obok wodospadu Gelmerbach. Żołnierze mieli ciągle przed oczyma białą pręgę wody, zlatującą na dolinę z wysokości stu metrów z górą. Szyk wojskowy rozbił się wkrótce, gdy każdy grenadier musiał własnym przemysłem odszukiwać sposób wdzierania się na górę. Ścieżka ginęła wśród złomów strąconych kamieni i drzew, a tylko kiedy niekiedy spostrzec ją było można w postaci głębokich, śliskich i prostopadle zbiegających wyżłobień w glinie. Na tym zboczu łańcucha wciąż jeszcze leżały cienie. Kroplista rosa jak śnieg bieliła się na świerkach i trawach. Mokre kosówki wyciągały z gęstwiny swe długie gałęzie i zagradzały drogę żołnierzom.

Ludzie szli rześko, przejęci ciekawością, co też spostrzegą za krawędzią, z której zlatywał wodospad; z bezwiedną uciechą wciągali w płuca powietrze czyste i rzadkie i, jak ogromna kompania wesołych turystów, skracali sobie drogę przecinając ścieżkę zygzakowatą. Cały las u podnóża rozciągnięty wrzał od gwaru, który, wzmagając się ciągle, zagłuszył wkrótce jęk białej siklawy. Starsi i młodsi oficerowie nie powstrzymywali tego nieładu, sami uniesieni rozkoszą wdzierania się na stromą pochyłość o tak cudownym poranku.

Stanąwszy na wierzchołku pierwszej skały, postępujący na czele procesji ze zdumieniem ujrzeli przed sobą jezioro, staw, nie większy od Czarnego pod Kościelcem w Tatrach. Za tym jeziorem stała rozwarta dolina Diechterthal, pusta, raptownie dźwigająca się do góry, pozbawiona już drzew, a pełna smutnych wałów osypisk i brył kamiennych, wśród których kipiał dziki potok. Z prawej ł lewej strony śmigały stamtąd w górę brunatne, szare i czarne turnie o powierzchniach stromych i gładkich, wypolerowanych przez wody. Tu i ówdzie widać było na nich rysy, żłoby i faliste linie, tajemnicze hieroglify lodowców, które stamtąd przed wiekami odeszły. Nisko na zrębach tych skał wisiały kępy kosodrzewiny, podobne z oddalenia do mchu. Wyżej kołysały się w przestworze pogięte jej gałęzie, nie grubsze dla oka od ździebeł trawy.

W pewnym miejscu, wychylając się daleko spomiędzy dwóch krzesanic, wisiała nad otchłanią krawędź lodowca. Ten gzems, niezmiernie równo wykrajany i gładki, stał w płomieniach słońca i oślepiająco czysta farba lodu ciskała się w oczy nadchodzącego wojska, raziła je i zdawała się być podobna do niezmiernego miecza, który jakaś ręka podniesiony trzyma.

Kiedy całe wojsko odbywało ten pierwszy etap swej drogi, Gudin szybkim marszem dosięgnął końca Hasli i znalazł się przy zburzonym moście na Aarze. Nie tracąc ani chwili czasu skoczył na koniu w rzekę i przebył ją szczęśliwie. Kiedy jednak siwy arab wyskoczył na brzeg, koło uszu generała świsnęły kule, a zza wału zakrywającego dwa jeziora grimselskie, wysunął się oddział żołnierzy w białych mundurach. Dwie kompanie Gudina przebyły rzekę i nagłym marszem rzuciły się na Austriaków. Bermyce jeszcze raz dały ognia i cofnęły się w stronę gospody przy jeziorach stojącej.

Gudin nie poszedł za nimi. Odjechał jeszcze dalej na bok a w górę rzeki, tam się zatrzymał ze swymi oficerami i począł rozpatrywać miejscowość. Wówczas dopiero zrozumiał, co chciał uczynić zamyślając zdobywać tę przełęcz. Dolina Hasli tam się kończyła. Zamykała ją poprzeczna góra, na tysiąc stóp wzniesiona ponad jeziorami a łącząca dwa kolosalne łańcuchy górskie. Grobla ta miała kształt siodła, a boki jej, spadające raptownie, tworzyły amfiteatr, u stóp którego leżały dwa ciemnozielone jeziora. Była to granitowa pustynia, jama z kamieni, miejsce, którego widok przejmował dreszczem, jak myśl o śmierci. Skały tam były nagie, śliskie i tylko u dołu powleczone żółtaworudymi mchami. Wyżej bieliły się tu i ówdzie szare plamy. Były to miejsca puste po taflach, które się urwały. Naokół wyszczerzał swe zęby szereg Nägelisgrätli i piramidy Finsteraarhornu. Od stóp jego wydzierał się z lodów bury Aar.

Gudina począł zaraz nękać dziwny hałas tej rzeki. Wody jej monotonnie jęczały długą, wciąż powracającą gamą okrutnego szumu, zanosiły jakąś skargę, zawodziły jakąś pieśń, złożoną z potwornych melodii. Zdawało się, że z głębi tych zimnych pieczar głosi epos natura — o przedwiecznych pracach kropel, o wiekuistym zwycięstwie wód i umieraniu kamienia, o wielkich pochodach lodu, o nacisku, który cierpią skały, i o cieple rodzącym walki...

Kupa żołnierzy austriackich, odepchnięta od schroniska, dała widocznie znać o przybyciu Francuzów, bo szczyt przejścia Grimsel ożył niejako. Na starej dróżce ukazywały się tłumnie białe figurki z wielkimi czarnymi łbami, nie większe od koników polnych, i zajmowały sprawnie każde załamanie się perci, idącej po stromym zboczu nieregularnymi skrętami i zębami. Gudin wysłał swoje dwie kompanie pod samo schronisko i polecił im przez dzień cały ukazywać się, cofać, odbudowywać most, wspinać na skały i w ogóle sprawować jak awangarda napastniczej kolumny. Sam przeleciał na koniu galopem cały ów wąski zakręt, dotarł do podnóża góry, wszystkiemu się przyjrzał i co koń wyskoczy wrócił do brodu. Przebył rzekę i — w towarzystwie tylko dwóch subalternów oraz luzaka dozorującego konie — śpiesznie wrócił na miejsce, skąd całe wojsko poczęło iść na góry.

Czarne ślady na rosie, zdeptane trawy i ułamane krzewy wskazywały mu kierunek pochodu. Generał i dwaj oficerowie zsiedli z koni, zostawili je żołnierzowi, a sami od razu puścili się w drogę. Gudin biegł pod górę jak jeleń w swych węgierskich butach, za których ugalonowane krótkie cholewy nalało mu się pełno wody podczas przebywania rzeki. Z umęczenia i niepokoju wewnętrznego niebawem tchu mu zabrakło, więc odwiązał z bioder szarfę, z szyi chustkę, rozpiął frak, kamizelkę, koszulę i tak z odkrytą piersią sadził na przełaj. Osiemnaście kompanii grenadierskich wypoczywało siedząc półkolem na brzegu jeziorka Gelmer, kiedy na zrębie skały zjawił się młody generał zmordowany tak bardzo, że z każdego jego włosa pot kapał.

— Idziemy dalej w tę dolinę? — zagadnął od razu przewodnika ukazując na Diechterthal.

— O, nie! — rzekł Fahner. — Ta dolina nie zaprowadziłaby nas w stronę Grimsel. My pójdziemy wprost na szczyty.

— Którędy? — spytali oficerowie zdumieni tym oświadczeniem, gdyż naokół widać było tylko ściany pionowe.

— Pójdziemy poza tą skałą. Innej drogi nie ma — rzekł Szwajcar obojętnie.

Zaraz też ujął swą siekierę na długim toporzysku, z obuchem okrągłym niby jabłko, i szerokimi krokami poszedł brzegiem jeziora. Kompanie uszykowały się i okrążyły jezioro. Ślad drogi wlókł się do podnóża wydatnej skały, która czarnymi taflami schodziła wprost do wód jeziorka. Wyminąwszy tę skałę wojsko zobaczyło nareszcie swoją drogę. Dreszcz strachu i szept stłumiony przeleciał wskroś tłumu.

W tym miejscu masa granitu, tworząca łańcuch cały, rozpękła się i jakby rozsunęła w dwie strony. Między chropowatymi powierzchniami tych ścian wznosił się do góry wąski przesmyk niby komin, od samego jeziorka aż do białych stogów lodowych. Z górnego krańca owego przejścia wywalał się na dół lodowiec, sczerniały po wierzchu a jasnozielony w swych pęknięciach i pieczarach. Ta szczelina od jeziora Gelmer do szczytu Thierälplistock, wspinająca się na przestrzeni 2000 metrów, wydała się żołnierzom Gudina podobną do wielkiej trumny, wysłanej prześcieradłem śmiertelnym, której wieko, na ich przyjęcie odwalone, zatrzaśnie się, skoro tylko tam wstąpią. Słońce, wzbijając się coraz wyżej, sięgało już promieniami i do tej czeluści, ale oświetlony był dopiero jej wylot szczytowy. W tych punktach ogrzanych rodziły się seledynowe obłoczki, stały na miejscu, biorąc na się przeróżne postacie, a potem wolno pełzły w górę kominem ku jasnemu szafirowi nieba. Niżej lód szarzał w półzmroku, a z trupiej jego masy tchnął na ludzi strach wielkooki, strach, co łechce pod deką piersiową i ściska pięty żelaznymi kleszczami.

Przewodnik brnął z wolna po kostki w piasku rozmytym, zmiękłym i pociętym przez mnóstwo strumyków.

— Trzecia kompania! — zawołał Le Gras i ze szpadą w ręce poprowadził swoich ludzi.

— Naprzód! — komenderowali dowódcy innych oddziałów. Kolumna wcisnęła się między skały, przebyła mokry wysięk lodowca i wstąpiła na pochyłość zasłaną śniegiem lepkim i miękkim. Było tam tak szeroko, że kilkunastu piechurów rzędem iść mogło. Już przodującym szeregom nogi dobrze w śniegu więzły, kiedy zaś bez mała dwa tysiące ludzi przemiesiło go obcasami, to kompania idąca w tyle musiała już brnąć przez tę zaspę, zarabiając się powyżej kolan. Mimo to pod nieustanną komendą i zachętą oficerską szeregi szły tęgim krokiem. Nikt nie patrzał ani w górę, ani na dół. Każdy żołnierz miał wzrok skierowany na towarzysza idącego przed nim i widział tylko harcopf okręcony powrózkiem, zgięte plecy, na których nisko, pod łopatkami, leżał płaski tornister, i poły fraka tak długie, że się niemal wlokły po śniegu. Chrzęst pod nogami bryłek lodowatych, szelest marszu całego wojska, szczęk broni — zamknięte między dwiema ścianami i ciągle się o nie tłukące — podsycały energię ruchów. Wszyscy zapomnieli o tym, że idą po raptownie uciętym zboczu, i każdy całego siebie kładł w chód towarzyski, w konieczność dotrzymania kroku. Zwarta masa tych ludzi zgiętych podawała się naprzód stale i równo jak jedno ruchome ciało.

Wdarłszy się o jakie trzysta metrów wyżej, spostrzeżono, że śnieg twardnieje, staje się suchym, sypkim i że czuć pod nim warstwę nieruchomą I samo przejście zwężało się coraz bardziej. W pewnym miejscu była tam jakby platforma pochyła, na której mogła zgromadzić się i zmieścić cała kolumna. Pozwolono nieopatrznie żołnierzom przystanąć i spojrzeć poza siebie. Ujrzawszy tę spadzistość gwałtowną bez żadnego czarnego punktu, na którym oko mogłoby się wesprzeć, tę białą, gładką, śliską równinę, a u podnóża jej czarną szybę wody — żołnierze poczęli siadać na śniegu, czepiać się rozpaczliwie rękami za poły frakowe towarzyszów, odwracać się plecami i zamykać oczy. Tu i ówdzie słychać było krzyk bezmyślny, a w pewnym szeregu żołnierz blady jak trup płakał głośno, trzęsąc się na całym ciele i sięgając rękoma do tej właśnie przepaści. Ażeby ratować się z przykrej sytuacji, oficerowie jęli przynaglać strwożonych do wstępowania wyżej, ale te ich zamiary powstrzymał przewodnik.

— Tu musimy chwilę odpocząć — wołał ze swego wyższego miejsca — musimy zebrać siły, bo teraz wstępujemy na lody.

Skoro wyraz „lody” obił się o uszy żołnierzy, poczęli zbijać się w kupę, tulić do skały i pchać jedni drugich jak zgłupiałe owce. Grenadier płaczący łkał coraz głośniej, powtarzając nieustannie jakąś jedną sylabę i wydzierając się z rąk kolegów. W kupie starych weteranów, którzy już niezliczone razy śmierć napastowali, którzy dobrze wiedzieli, jaka ona jest i jak zabija — słychać było teraz pomruk zuchwały.

— Ten chłop jest zdrajcą! — mówili niby to jeden do drugiego, ale tak, żeby ich oficerowie słyszeli. — To jest wysłaniec pludrów! Tędy nikt nie przejdzie! Wolimy zginąć w bitwie z karabinem w garści, wolimy iść do bitwy! Nie chodźmy tędy! Nie pójdziemy!

Labruyère, Le Gras i inni oficerowie patrzyli spode łba na tych starych. Czuli oni, że kolumna tak zniechęcona nie przejdzie po białej smudze, zarzuconej nad ich głowami wprost, widziało się, na chmury. Gudin ze zwieszoną głową, nieruchomy siedział na występie skały i obserwował swoje roztrzepane buty. Nagle, gdy gwar w tłumie zamieniał się na hałaśliwe pogróżki skierowane do przewodnika, generał wstał powoli ze swego miejsca. Twarz jego była -prawie granatowa, okryta krwistymi plamami, po bokach jej wisiały pasma przepoconych włosów. Oczy jego patrzały z dzikim spokojem spod brwi zsuniętych.

— Żołnierze! żołnierze! — zawołał głosem niskim, a tak dziwnie donośnym, że ludzie umilkli jak jeden. Zdawało im się, że ten szczupły oficer nagle się w oczach ich rozrósł. Zlękli się jego twarzy i głosu. Gudin nie mógł wymówić ani słowa więcej. Wzniósł tylko szpadę ku górze potężnym gestem wodza.

Dziwna podnieta przeszyła wojsko. Żołnierze w ponurym milczeniu zwrócili się twarzami do lodowca i gdy przewodnik wstępować nań zaczął, ruszyli za śladem. Lód tam leżał niezmiernie grubą warstwą, wygięty ku skałom jak rynna. W pewnym miejscu spadzistość była już niemożliwą do przebycia. Wówczas przewodnik zaczął swą siekierą rąbać w lodzie otwory. Wybijał po trzy w rzędzie dla trzech żołnierzy. Bryły odcinał tak zgrabnie, że mógł je podawać do rąk żołnierzom, a ci rzucali je w szparę między skałą a pokładem lodu, aby zlatując nie zraniły kogo w ostatnich szeregach. Fahner stawał obiema nogami w stopai, a wtedy prawą nogą wstępował w dopiero co opuszczoną przez niego żołnierz tuż za nim idący.

Godziny długie jak stulecia, minęły, zanim cała kolumna na lód wpełzła. Gdy to się stało — w tym potrójnym rzędzie zapanowało śmiertelne milczenie. Każdy grenadier miał ręce wsparte na karabinie, którego kolbę umieszczał obok nogi towarzysza idącego przed nim. Każdy miał nos przy pięcie swego poprzednika. Wszyscy obserwowali, jak to śmiałym żołnierzom, a nawet buńczucznym oficerom drżą łydki, ile każdy ma łat na kamaszach i przyszczypków na trzewiku. Każdemu ciężył niewielki tornister i przejmował bolesną obawą, niby wielki tłumok, który może człowieka w tył przegiąć i zwalić z góry. Nikt nie wiedział, gdzie jest generał Gudin. Wodzem i panem wyprawy stał się chłop niezgrabny. Jego wielka siekiera dźwięczala w lodzie, jak gdyby cięła sztuki żelaza. Schyleni żołnierze słyszeli w głębinach lodu przedziwne odgłosy jej uderzeń, stukające to tu, to tam, to w górze, to nisko. Niekiedy wycięta bryła lodu odlatywała spod siekiery i piorunem sunęła po zboczu lodowca, wydając przeraźliwy szelest — csuuu... Wtedy zdawało się wszystkim, że lód wysoko trzaska i że cała jego masa leci. Prawie wszyscy rachowali stopnie, ale nikt nie mógł sobie zdać sprawy, jak długo już idą. Słońce wychyliło się zza czarnego szczytu i zalało przejście potopem gorąca. Zaraz też z góry sączyć się poczęły maleńkie kaskady, zalewając stopaje, i jak złe pijawki szczypały nogi przechodniów zimnem śmiertelnym. Uczucie kostnienia w stopach jeszcze bardziej potęgowało ból pod kolanami.

— Co czynić, jeśli kto ma mdłości? — nagle zapytano z szeregów. Okrzyk ten, powtórzony przez kilku kapralów, sierżantów i oficerów, doszedł do uszu przewodnika.

— Kogo nudzi, niechaj się zaraz kładzie piersiami na lodzie i niech wziewa zimno.

Zapytania umilkły, ale wnet dały się słyszeć jęki, przekleństwa i gwar niespokojny.

— Nie oglądać się, to nie będzie mdłości! — zawołał Fahner głosem ochrypłym, rąbiąc bez przerwy z nie słabnącą energią. Zbliżał się już do skały leżącej na środku tego przejścia. Był to głaz spiczasty. Czarna masa kamienia ściągała promienie słoneczne i odparzyła dokoła siebie głęboką kotlinę. Rozkruszone i na miał rozmyte części tej bryły dosyć grubą warstwą błota ściekały od jej stóp na dół po czystym lodzie, jak ropa żywej rany. Fahner dosięgnąwszy tego miejsca musiał zgarnąć błoto usuwające się pod nogi i naprzód ubijać grunt swymi trepami, zanim tam stanął odważnie. Ale w tym oparzelisku, pochylonym tak bardzo, strach było stawać na zmurszałych kamieniach, poszedł tedy na prawo, oparł się korpusem na granicie, a nogi wpuścił w szparę między macierzystą skałą i pokładem lodu. Każdy żołnierz musiał wykonać to samo. Zanurzali się jeden po drugim w szczelinę i nie dosięgając wcale jej dna nogami, łokciem prawej ręki na ścianie a ramieniem lewej na lodzie oparci posuwali się żabimi ruchami daleko za ową przeszkodę na środku drogi sterczącą. Gdy pierwsi w szeregu wydźwignęli się z jamy na powierzchnię lodowca — weszli znowu w stopaje.

Rozpacz szarpała ich serca. Wzniósłszy oczy do góry, znowu spostrzegali pasmo drogi tuż nad karkiem wiszące, a nie odwracając głowy, głębią mózgu widzieli obraz bezdennej przepaści roztwartej pod piętami. Wówczas była to już sroga bitwa z tą górą. Zdawało się, że wysokość nie ma końca, że z przebytych garbów, które się przedstawiały jako szczyty, jako kres drogi — wyrastają w oczach nowe kikuty i kłęby hydry straszliwej. Gdy nerwy dygotały w znużonych ciałach, gdy zdawało się, że człowieka spali ogniem własna jego skóra, należało cierpieć bez ruchu. Z dołu słychać było coraz głośniejsze westchnienia i jęki. Co chwila wołano, że ktoś omdlewa, i cucono go kłuciem bagnetu i wrzaskiem. Wśród popłochu i obłąkania, które od człowieka do człowieka przechodziły i trzęsły każdego w żelaznych swoich pazurach, nagle rozległ się dziki jak te góry śpiew Fahnera:

Alli Manne standet y! Die vor Emme, die vor Aare, Stark und frei i Not und G&quoteright;jare. Alli Manne standet y!

Ta pieśń jodlera, mocna, swobodna i odważna, miała w sobie coś z dźwięków siklawy spadającej w zlodowaciałe kłęby śniegu, miała coś z dalekiego echa i z przeraźliwych krzyków orła, które się rozlegają między skałami. Skargi żołnierskie ucichły. Chłop przestał rąbać, odwrócił się, wsparł znużone ręce na toporzysku, rozprostował swe wielkie ramiona i znowu zaśpiewał:

Mir wei freye Schwyzer sy!

Rüeft is&quoteright; Land zum Schutz a d&quoteright;Grenze.

Lue, wi d&quoteright;Auge all&quoteright;ne glänze.

Mir wei freye Schwyzer sy!

Po chwili śpiewał znowu:

Use Mutz isch gärn d&quoteright;rby,

Stellet ne an d&quoteright;Spitzi füre.

Sapperment, er stieret&quoteright;s düre...

Üse Mutz isch gärn d&quoteright;rby.[1]

Skończywszy piosenkę wyrzucił z piersi przeraźliwy krzyk, podobny do piania koguta, i znowu wściekle rąbać zaczął. Jeszcze kilkadziesiąt stopni — i przed oczyma pierwszego szeregu kolumny ukazało się pole śnieżne, bardzo pochyłe, ale już nie strome. Komin się urwał.

Oficerowie zakazali krzyków, toteż wojsko w milczeniu oddawało się radości. Żołnierze wychodzili na lodowce, ociekając wodą, unurzani w błocie spoceni i ogorzali od wiatru. Gudina ledwo można było poznać. Jego frak był poszarpany, kapelusz zgnieciony jak stary pantofel, ręce pokrwawione, piękne włosy jak wygrabek siana.

Gdy wszyscy dostali się na pochyłość, próbowano sformować bataliony, aby iść pod szczyt Thierälplistock, ale trudno było utrzymać porządek. Naokół roztaczał się widok tak dziwny, że najenergiczniejszym oficerom opadły ręce i wyrazy zamarły na ustach. Wszyscy próżno szukali oczyma — ziemi.

Jak daleko wzrok sięgał — leżały kształty z państwa snu czy maligny. Dusze tych ludzi z równin, z zielonych płaszczyzn, struchlały na widok oceanu przedziwnych gromad lodu i granitu. Odkryły się przed nimi tajemnicze pustynie Alp Berneńskich — alt fry Weissland ...

Po drugiej stronie doliny Hasli, która u stóp ich leżała, piętrzyły się góry: Schreckhorn, Wetterhorn, Eiger, Mönch, a dalej strzelały w górę dwa białe stogi Jungfrau, łącząc się z niezmiernymi polami Wielkiego Aletschu. Były tam jakieś cielska grzejące się na słońcu, strzaskane gmachy, potłuczone wieże, ogromne postacie, jak Mönch, albo tak dziwne, tak zagadkowe i przykuwające do siebie wyobraźnię człowieka, jak Finsteraarhorn. Stały tam jakieś zjawienia z tamtego świata, zarysy do niczego na ziemi niepodobne, jakieś strachy i poczwary, jakieś wizje w obłąkaniu poczęte. Trzy czyste barwy — niebieska, czarna i biała, jedynie tam widzialne, rzucały się do oczu i napełniały dusze niepokojem.

Zwracając oczy w dolinę Aaru, żołnierze widzieli jeszcze wioskę Guttannen, podobną do stadka kuropatw zbitych w kupkę na szarej miedzy. Aar, rzeka kipiąca łańcuchem wodospadów, wydawała im się jak smużka twardego śniegu. Ruch wody zginął dla oczu, ryk jej daleko został w przepaści. Las, ostatni las za Guttannen, czerniał jak kępa tarniny. Żołnierze z utęsknieniem spoglądali w stronę tego lasu, w ciemności wrażeń i przeczuć jedno pojmując, że to, co ich otacza, ten widok bezduszny, skostniały i obcy — to jakaś zła zapowiedź, to sprzymierzeńcy nieprzyjaciela.

Z wolna poszli w górę i przebyli zaklęsły, łagodnie nachylony Aelpligletscher. Kiedy wyminęli okrągły grzebień lego lodowca na wysokości 3 390 metrów, ukazały się im wschodnie łańcuchy alpejskie, a u stóp dolina Urseren. Schodząc niżej, znaleźli się na głównym placu lodowca Rodanu, w okolicy jego zwanej „im Sumpf”. To miejsce zamknięte było z jednej strony przez szczyt Schneestock. Rhônestock, Galenstock — z drugiej przez Gelmerhörner. Powierzchnia lodowca ociekała wodą i, zdawało się, drżała w oparach. Małe strumyki z szumem po niej leciały do pęknięć, do wąskich zielonych szczelin i z melodyjnym dzwonieniem spadały w przejścia ukryte. W miejscach zaklęsłych szkliły się różnobarwnie płytkie jeziorka. Po brzegach wystawały nad lodowcem kamienne szczyty próchniejące i zasypane naokół wałami zwietrzałych kamyków. Od skały do skały biegły przez całą szerokość wygięte, martwe fale niby krzywe zagony. Cała ta masa usiłowała wylać się przez każdy wyłom między szczytami, a wszystka, widziało się, płynęła niby szeroka i wzburzona rzeka z mnóstwem dopływów. Z największą jednak gwałtownością tłoczyła się w nizinę, między Furką i spiczastymi szeregami skał Nägelisgrätli. Tam, zwężając się i jakby dusząc w ciasnym gardle, lody piętrzyły się spękane na tafle, wyszczerzały swe kły i waliły na dół martwym wodospadem.

Żołnierze byli głodni jak stado wilków. W rzadkim powietrzu, po pracy wdzierania się na wyżynę — byliby gryźli własne chodaki. Dowódca i oficerowie, sami zgłodniali, naglili do marszu, żeby przed zapadnięciem nocy stanąć nad karkiem nieprzyjaciela. Gdy kolumna zbliżyła się do szczytów Nägelisgrätli, już dzień się kończył. Słońce dosyć jeszcze wysoko stało nad horyzontem, a na dolinę Rodanu, na zamknięty kąt jej pod Furką, który się wojsku ukazał, mrok spadł nagły, przez zmierzch nie poprzedzony, ciężki jak wieko. Całe góry, wielkie, białe góry, stały przed tarczą słoneczną oblane purpurą. Przestrzenie pól śnieżnych widać było jak na dłoni, a Finsteraarhorn, niby ogromna wrótnia zamykająca drogę do tamtego kraju, rzucał cień tak długi, jak całe pasmo górskie. Fioletowe chmury wolno wypływały z dolin berneńskich i cicho szły po niebie różowiejącym.

Fahner skręcił z lodowca na prawo i szedł w górę pod kamienne szczyty. Wojsko podążyło za nim i stanęło na morenie, podobnej do fortecznego wału. Nie rosła tu ani jedna trawka, ale było sucho. Gudin poszedł za przewodnikiem jeszcze wyżej, wdarł się na skałę i dosięgnął przedziału między dwoma cyplami. Podtrzymywany przez mocne łapy Szwajcara, wysunął głowę i spojrzał na drugą stronę. Zaraz cofnął się i chichocząc jak dziecko zaczął wołać na oficerów.

— Chodźcie tutaj! Żywo! Patrzcie!.

Wszyscy zbliżyli się i spoglądali kolejno. Tuż za tymi skalami było przejście Grimsel. Leżało o jakie pięćdziesiąt metrów niżej, a o pół kilometra było oddalone. Łańcuch Nägelisgrätli urywał się o kilkadziesiąt kroków dalej i łagodna pochyłość od stóp ostatniej skały zbiegała ku środkowi tego przejścia, gdzie w zagłębieniu stało posępne i złowieszcze jezioro — Totensee.

Ostatnie już, niemal poziome promienie słońca ślizgały się na grzbietach jego fal, rozchwianych przez łagodne podmuchy wieczorne.

W przepaści czerniały dwa spojone ze sobą Jeziora Grimselskie, które Gudin widział rano z oddali. Płonęły tam ogniska i złotymi słupami odbijały się w czarnej wodzie. Całe urwiste zbocze góry od strony Hasli zajęte było przez oddziały wojsk austriackich. Po drugiej stronie Aaru płonęły również ogniska na wysokości drogi do Guttannen, rozpalone przez dwie kompanie francuskie, które sumiennie tropiły nieprzyjaciela i udawały wielki oddział. Na szczycie Grimsel przy jeziorze Totensee była tylko mała gromadka żołnierzy i sporo starszyzny.

Gudin objąwszy wzrokiem całą tę pozycję począł mówić szeptem:

— Co czynić? Czy napadamy?

Wszyscy mimo woli zwrócili spojrzenia na Labruyère&quoteright;a i Le Grasa, właściwych kierowników wyprawy.

— Co do mnie — rzekł Labruyère ze zwykłą oziębłością — to sądzę, że nie należy dziś napadać, dla dwu powodów. Po pierwsze dlatego, że Austriacy znajdują się teraz na stronie Hasli, więc napadając zepchniemy ich do jezior Grimsel. To nas zmusi do ścigania po nocy w tym kierunku, dokąd wcale iść nie mamy, bp my przecież musimy brać Urseren i zapewne pomagać Thurreau w Valais, wypierając Austriaków stąd, z górnego końca doliny Rodanu. Po wtóre — nasz żołnierz upada, musi odpocząć i zjeść. Nic nie jedli...

— Tym lepiej! Pójdą ochotnie jeść do obozu pludrów. A my cóż im damy?

— Ośmielę się podzielać zdanie podpułkownika — szeptał siwiejący kapitan Mottet — jeszcze z tego względu, że wywołanie bitwy o tej porze zgubi nasze kompanie zostawione w dolinie. Nie wiedząc, o co chodzi, napadnięci przez całą masę Austriaków, będą stawiali opór zacięty i zginą albo, cofając się przed pędzącym tłumem, spadną po nocy w przepaść. A przecie my ich możemy uratować! Rano...

— Ach, rano! Rano będzie przecież ta sama historia! — rzucił się Gudin.

— Nie sądzę — rzekł Mottet. — Możemy ich zwabić wszystkich na przełęcz ukazując się w małej liczbie, jak byśmy przybywali od Furki, a gdy na spotkanie nasze wystąpią, wtedy rzucimy się na nich z całą siłą i popędzimy do Rodanu...

— Nie potrzebujesz, Mottet, zwabiać ich, bo sami na szczyt idą... — rzekł z uciechą Le Gras, który ciągle stał przy wyłomie i obserwował miejscowość. Wszyscy skoczyli ku niemu i popychając jedni drugich wyjrzeli na Grimsel.

Istotnie oddziały austriackie wstępowały na wyżynę i w porządku wzorowym zajmowały swe miejsca w obozie. Rozniecano tam zaraz przygasłe ogniska, waląc w nie suchy mech kępami. Na dole, u podnóża góry, nad jeziorami i nad Aarem zapalono ich jeszcze więcej. Został tam znacznie wzmocniony oddział dla obserwacji i jakaś jedna kompania, rozstawiona w załamaniach ścieżki na pochyłości góry. Reszta załogi w sile prawie 2000 ludzi powoli zgromadziła się dokoła Totensee. Białe mundury jak śnieg okryły zarówno płaskie wybrzeże jeziora od strony Hasli, jak i zwaliska kamienne, leżące na wyższym brzegu od Valais nad skałami Maienwand.

W stronę Furki jeziorko wyciągało swą płytką szyję, w zakończeniu której mieściły się szałasy oficerskie, paliły ognie i gotowała wykwintniejsza wieczerza. W tyle, od strony zachodniej, wznosiły się spiczaste wyżyny, ciskając na wodę trójkąty swych cieniów. Te cienie sunęły prędko, nakrywały kirem złote blaski i wkrótce rozpostarły się nad całą przełęczą. Gudin milczał przyznając tym sposobem słuszność swym doradcom. Żołnierze wydobywali z tornistrów kawałki chleba, wytrząsali z kieszeni okruchy pomieszane z tytuniem i posilali się stojąc, w oczekiwaniu dalszych rozkazów. Nie wiedzieli wcale, że nieprzyjaciel jest tak blisko, aczkolwiek patrząc na ruchy i słysząc narady oficerów domyślali się, że kres pochodu jest niedaleki. Nogi zmarznięte, poobwijane w przemokłe onuczki, drętwiały im w zimnie, co z nastaniem mroku jak dech przeszywający ziało na nich z lodowca. Strumyki i kałuże rozlane na jego powierzchni stanęły już były i zmarzły.

Szare mgły jak widma wynurzały się zewsząd i osiadały nad górami. W gęstym, a przecie widzialnym zmierzchu czepiały się wzroku tylko potrzaskane płyty, gnaty, żebra i szczerby lodów w wąskiej ich kaskadzie pod Furką. Stamtąd dolatywał czasami szum Rodanu.

— A więc nocujemy tutaj? — zapytał Gudin budząc się z zadumy.

— Jeżeli rozkazujesz, obywatelu... — rzekł ktoś spomiędzy oficerów.

— Każcież żołnierstwu siadać i grzać się, jak kto potrafi, bo ognia palić nie możemy.

— O, ani mowy o tym! — rzekł Labruyére. Wprowadzono kompanie na morenę i pozwolono im rozłożyć się obozem. Oświadczenie, że ognia palić nie można, powitano głuchym szemraniem. Ludzie siedli zaraz, przewinęli jako tako nogi suchymi szmatami i zbili się w zwartą kupę. Przytulili się jedni do drugich, zsuwali coraz szczelniej i ciaśniej. Oficerowie po raz pierwszy znajdowali głęboką satysfakcję w nocowaniu pospołu z gminem żołnierskim. Nie raziły ich ani cuchnące oddechy, ani sąsiedztwo ciał chłopskich. Gudin tylko pozostał na swoim miejscu, tuż przy szczelinie obserwacyjnej. Dreszcze zimna wstrząsały jego ciałem, więc szybko chodził na maleńkiej przestrzeni, co chwila urażając swe poobcierane, zranione i bose nogi o spiczaste kamyki i piachy skalne. Gdy wymijał szczelinę, rzucał mu się w oczy blask ognia i wtedy rwała się w nim namiętna żądza tych płomieni, tęsknota do nich tak wielka, że wyciskała bolesne łzy spod powiek. Rozpierzchłe myśli, plany ataku, paroksyzmy uradowania na każde wspomnienie, że bitwę wygra, zajadłe uczucia nienawiści do Le Grasa i Labruyère&quoteright;a — wszystko to latało mu przez głowę i popychało do nerwowego spaceru. W pewnej chwili zapytał kogoś w ciemności, gdzie jest przewodnik a gdy mu pokazano miejsce w tłumie żołnierzy, skąd słychać się dawało helweckie chrapanie, znowu począł przebiegać swoją platformę. Późno w nocy, na pół skostniały, morzony przez ciężką senność, oparł się piersiami na skale i patrzał w obóz nieprzyjacielski. Na górze ogniska ledwo tlały. Nad każdym z nich stał nieduży, ruchomy krąg blasku. Za to na dole u jezior wciąż drew przyrzucano. Generał widząc, jak w głębinie, która zdawała być podobną do ciasnego lochu, śród ciemności nieprzeniknionej, za wielkimi mgłami — ognie żywe pełgają, bezwiednym ruchem wyciągał ku nim swe zgrabiałe ręce. Od czasu do czasu zrywał się, kurczowo ściskał pięście i walił nimi w noc z taką wściekłością, jakby z niej chciał uderzeniami świt wykrzesać. Niekiedy wydawało mu się w gorączkowym marzeniu, że widać już brzask nad górami. Gdy złudzenie pierzchało i gdy znowu czuł na sobie nieskończoność ucisku tych mroków — chwytał za rękojeść szpady, ażeby ją wyrwać, budzić wojsko, skoczyć do ataku i wreszcie poczuć na ciele upragniony żar ognia. Czasami wydawało mu się, że słyszy stąpanie tłumu wrogów, i słuchał wtedy z bijącym sercem...

Kolumna francuska drzemała. Żołnierze budzili się z zimna, ale zapadali w sen ze znużenia. Drzemali tam skupieni jak stado ptaków, które przypadło na tej wyżynie, żeby odpocząć, nim świt nastąpi. Le Gras nie mógł usnąć. Siedział zgarbiony, dźwigając na plecach kadłub rozrosłego Prowansalczyka śpiącego mocno i mając nogi uwięzione pod jakimś innym ciałem.

Noc była ciemna. W niezbadanej przestrzeni doły, objęte za dnia jednym niedbałym spojrzeniem, wydawały się jeszcze głębszymi, lodowiec mający dziesięć kilometrów długości majaczył w mózgu jak morze twarde i martwe. Podmuchy nocne przynosiły szmery i łkania Rodanu. Bliżej w niejakich odstępach czasu słychać było, jak krople nieustannie spadają w głąb lodowca. Ten dźwięk, z niewysłowioną melancholią rachujący czas wśród głębokiego milczenia pustyni, w pewnych minutach zacichał, stłumiony przez szmery niespokojne a wyjątkowe. Słychać było mimo chrapania żołnierzy i odgłosu kroków Gudina niby podziemny, uduszony trzask, głuchy szczęk, jakby niezmiernie daleko ktoś bił kiedy niekiedy młotkiem w koniec sztabki żelaza. Le Gras rozmyślał o tych surowych szelestach, o tym schowanym życiu lodowca. Widział w marzeniu, jak tam, niezmiernie głęboko, kryształy lodu niby diamenty rżną twarde kamienie, jak niezmiernie pracowicie przez całe wieki szlifują granit, drążą otwory, żłobią rowy i jak cały ten lodowiec przez wieki idzie. Opór chropawych granitów i praca lodów — zdejmowały go dziwną litością. Wiekuiste prace istot i ciał nieznanych, żelazne prawa krwi i żelaza — układały się przed jego oczyma w dziwnie smutne orszaki i widowiska...

Z tych marzeń obudził go przejmujący głos Gudina:

— Mottet! Garcia-Piles! Lantennac! Le Gras! Kapitan wydobył się spomiędzy żołnierzy i podszedł do generała.

— Czy nie wiesz, kapitanie, która to godzina? — zapytał Gudin szczękając zębami i mamiąc wyrazy po dziecięcemu.

— Nie, nie wiem, ale wydaje mi się, że musi już być znacznie po północku.

— Czy spałeś, obywatelu?

— Nie.

— Wszak w tamtej stronie jest wschód.

— Wschód? Tak, sądzę, że jest w tej stronie — odpowiedział Le Gras wskazując na Urseren.

Z lodowca wiało zimno tak przeszywające, że kapitan serdecznie pożałował kadłubów żołnierskich. Stojąc na otwartym wzniesieniu, czuł zarazem, że jest wśród mgieł przeciągających z szybkością.

— Le Gras! — rzekł Gudin — czy spostrzegasz te góry tam daleko, czy je widzisz?

— Tak, widzę.

— Otóż... ja ich przedtem wcale nie dostrzegałem. To jest chyba... świt... — szepnął z uniesieniem, jakby wymawiał słowa modlitwy.

Istotnie, w mrocznej dali zarysowały się cyple Alp Glerneńskich. Nie było jeszcze ani pozoru światła w otaczającej ciemności, ale czarne postacie łańcuchów górskich wydzierały się już z kiru nocy. Pod wpływem zimna żołnierze budzili się i kasłali. Le Gras i dowódca skoczyli natychmiast i nakazywali ciszę, grożąc najcięższymi karami. Kaszlącym zatykano usta. Odrobinka czerwonego wina we flaszce krążyła wśród żołnierstwa jak czara nektaru. Wydzierano ją sobie przy użyciu pięści i pazurów. W szeregach ulokowanych niżej, obok lodowca żołnierze jęczeli z zimna. Szczęki im tak skostniały, że nie byli w stanie ust otwierać, mróz kłuł ich swymi szpilkami w płuca i sprawiał uczucie łamania w stawach.

Tymczasem szary brzask coraz bardziej wyróżnia? góry od nieba i pozwala? widzieć mgły. Zbudzonym ludziom w głowach się mąciło na widok burych, rozległych ruchomych jevjor zalewających wszystkie niziny, wypełniających po brzegi każdą przepaść niby płyn olbrzymie czary. Mgły burzyły się w dolinach, wzbijały na pewną wysokość i bądź opadały zaraz, bądź porwane przez ostre ciągi wiatru — pędziły nad górami.

Gudin wrócił do swego obserwatorium i spoglądał na obóz nieprzyjacielski. Ujrzał tam żołnierza, który rzucał suchy mech do ogniska i grzał sobie ręce w słupie iskier, spostrzegł szyldwacha jak czarne widmo przesuwającego się w kręgu światła, szczyt i jedną pochyłość namiotu, smugę wody jeziora, oświetloną przez iskry... W tym obozie, poza skałami zakrywającymi go od wschodu, była jeszcze noc zupełna. Gdyby Gudin mógł ogarnąć wzrokiem całą pozycję i gdyby mógł widzieć drogę, którą należało przebyć okrążając pierwszy szczyt łańcucha Nägelisgrätli, byłby uderzył natychmiast.

— Za chwilę się rozjaśni — mówili do niego oficerowie szczękając zębami z zimna i szpadami z niecierpliwości.

Nim się obejrzeli, biaława światłość rozlała się po niebie. Ujrzano daleki horyzont najeżony turniami. Cały obóz Gudina zerwał się na nogi, z niewymownym utęsknieniem wyglądając słońca. Ustawiono żołnierzy, o i!e to było możliwe, w szvku bojowym na osypisku — i jeszcze wyczekiwano.

Wojsko pragnęło bitwy z głodu, zimna i wściekłości. Kilku oficerów pobiegło za Fahnerem zbadać przejście.

Każda minuta ich nieobecności wydawała się Gudinowi i żołnierzom niezmiernie długą. Dreszcz wewnętrzny już nie zimnem, ale jakąś nieznaną boleścią przeszywał serca. Mgły rozhuśtane w rozdołach — lekkie, suche, powiewne, szły teraz na cztery strony świata. Zakrywały sobą wszystko, nawet góry okoliczne. Tylko w pobliżu czerniał coraz wyraźniej zmoczony przez nocne tumany ten ze spiczastych wierzchołków Nägelisgrätli, przy którym stał dowódca.

Gdy tak w mocnym skupieniu wszyscy czekali, nagle zza szczytów wznoszących się na końcu doliny Urseren wypadł promień słońca. Jak straszliwa śmiga jednym swoim obrotem uderzył w niewidzialne pod mgłą wąwozy, przeszył je do dna i wszystkie tumany naraz w górę wygarnął. Całą masą swoją z głębin wypadły, rozdarły się na dwie wielkie części i uciekając gnały wskróś powietrza. Już jednali po chwili znowu się złączyły w jedno ogromne, latające morze. Zdawało się, że w nawale tych mgieł słońce przygasa. Kolumna stała w grubych, pierzastych tumanach, które niby falo morskiego przypływu biegły do łańcucha Nägelisgrätli i z wolna się cofały. Powtórnie gdzieś wysoko mgły się rozdarły i słup płonącego blasku uderzył między góry.

Wpośród obłoków, fruwających w owej chwili z dolin wprost do góry, dał się słyszeć przyciszony, lecz dobitny głos oficerów wracających z pośpiechem:

— Marsz! Marsz!

Kompanie ruszyły naprzód strącając w pochodzie drobne kamyki i zsuwając się ze stromej pochyłości. Przebyto szybko niewielkie płaty lodu, samotnie tu i ówdzie leżące; zstępując ciągle na dół okrążono cypel łańcucha.

Pochyłość, raptownie idąca do Rodanu, łączyła się z przełęczą Grimsel. Rosła tam już niziutka trawka i mchy, tak miłe dla nóg strudzonych na martwych polach.

Skoro kolumna weszła na przełęcz, oficerowie pędzili oddziały, jakby im ogniem palono podeszwy. Gudin rozdzielił swe wojsko na dwie części i mniejszą w tej chwili wysiał na kraj przełęczy od strony Hasli. Dwa bataliony cwałem pobiegły śród rojących się mgieł nad brzegiem otchłani. Tak pędząc, z bronią nastawioną do ataku, pierwszy szereg tego oddziału zobaczył przed sobą szyldwacha. Przebito go kilkunastoma pchnięciami, zanim zdążył myśli zebrać i wystrzelić. O kilkadziesiąt kroków dalej spotkano drugiego. Ten był tyłem do biegnących zwrócony, a szedł wolno przed siebie. Zginął nie dostrzegłszy, skąd nań śmierć przyszła. Gdy te dwa bataliony francuskie dosięgły drugiego krańca przełęczy i oparły się o skaliste wyniosłości, łańcuchem idące w stronę Finsteraarhornu, oficerowie zaczęli rozsuwać kompanie, zajmować przestrzeń już zdobytą i tym porządkiem osaczać Austriaków półkolem, niby włokiem, którego matnię stanowił oddział Gudina. Promienie słońca coraz natarczywiej i głębiej wnikały między mgły pędzące nad przełęczą, więc skoro tylko Gudin zobaczył pierwszych żołnierzy cofającego się łańcucha, porwał za szpadę i na całej linii gruchnęły bębny.

Wrzask przeraźliwy przerwał ciszę i Francuzi jak lawina runęli w obóz austriacki. Zaledwie wpadli do kotliny jeziora Totensee, zobaczyli przed sobą tłum ludzi wylękłych, bezbronnych i na pół ubranych. Twarze Austriaków były bielsze od ich mundurów. Niektórzy podnosili się dopiero ze snu i, oparci na rękach, przyjmowali śmierć z ręki wroga spadającego na nich jak gdyby z obłoków. Bataliony uszykowane nieco dalej chwytały za karabiny i nie będąc w stanie przebić się zza tłumu bezbronnych, wstrzymywały jego ucieczkę, na rzeź go wydając. Francuzi rżnęli bez miłosierdzia. Zwaliwszy na ziemię pierwsze szeregi, stawali śród trupów i z okrutną wprawą kłuli ludzi zasłaniających się wrzaskiem i gołymi rękami. Niektórzy odwracali karabiny i chwyciwszy za bagnet i lufę walili w masę głów kolbą i kurkiem niby maczugą. Szerzyło to istotne spustoszenie. Krew bryzgała aż na piersi i ręce mordujących, którzy, bijąc bez przerwy, wrzeszczeli:

— Żarliście tu! Grzaliście się! Spaliście tu w cieple!

Tłum bezbronny, cofając się, naparł silnie na piechotę stojącą za nim i wpychał ją w jezioro. Całe kompanie austriackie stały już po pas w wodzie, a żadną miarą nie mogły szkodzić nieprzyjacielowi Słońce rozpędziło mgły i dowódcy ujrzeli swą zgubę. Droga do Hasli była zagrodzona, droga ku Furce również, a wojsko jak stado krów waliło się w jezioro. Skrzydło stojące na brzegu od strony Alp Berneńskich rzuciło się w bród i prawie po szyję zanurzywszy się w wodzie wyszło na brzeg przeciwległy w sile kilku setek ludzi. To samo chciał uczynić oficer kierujący tłumem od strony Nägelisgrätli. Zduszony w kupie żołnierzy na pół obłąkanych, stojąc po pas w wodzie, bił cofających się, ciął ich z wściekłością szpadą, chwytał ich za bary, chał na bok i bez ustanku krzyczał ochrypłym głosem:

— Na lewo! Na lewo!

Żołnierze Le Grasa, schodząc z pochyłości, strzelali do tej kupy ludzkiej posuwającej się ku środkowi jeziora. Zabici, padając, ciągnęli za sobą żywych, ranni chwytali ich za nogi. Ruchomy tłok ludzki przewracał się na upadających i żołnierze zdrowi tonęli na płytkiej wodzie. Inni puszczali się wpław aa poprzek jeziora, żeby zginąć od celnego strzału lub zatonąć na środku. Zrozpaczony oficer wydarł karabin jednemu ze swych żołnierzy i w furii jął przebijać struchlałych, wrzeszcząc nieludzkim głosem:

— Na lewo!

Zdawało się, że ludzie nie słyszą jego głosu, nie czują uderzeń. Przez chwilę stał na miejscu, a potem rzucił się sam w głębinę, stamtąd wyszedł na płytkie, otwarte miejsce i szybko iść zaczął śród pierzchającej wody wprost na oddział Le Grasa. Gdy już był niedaleko od brzegu, podniósł karabin, zmierzył w kupę ludzi i wystrzelił. Kula przeszyła młodego żołnierza, który z jeńca austriackiego stał się grenadierem francuskim. Wypadł on z szeregu, zwalił się jak kloc drzewa i trzepnął twarzą o ziemię. Stary jego towarzysz jęknął głucho i poczuł w sobie żal tak przeszywający i ból tak ogromny, jakby to jego samego kula w piersi trafiła. Tymczasem inne oddziały austriackie posuwały się brzegiem jeziora i otrząsając się z przerażenia zaczęły walczyć z Francuzami. Ucichły tam wystrzały i tylko suchy szczęk bagnetów słychać było w orgii jęków. Żołnierz Matus, pochłonięty przez walkę, opuścił towarzysza i biegł ciągle w szeregu, ścigając wrogów.

Na drugim brzegu jeziora, gdzie już poprzednio chroniła się część brygady austriackiej, grasowała panika. Żołnierze cisnęli na ziemię karabiny, nie poznawali dowódców i jak lunatycy wdzierali się na stromą skałę, ażeby wciąż zjeżdżać z wysokości. Całe kupy żołdactwa oszalałymi głosami wrzeszczały pardon! — pomimo że nieprzyjaciel wcale na nich nie nacierał. W pewnym zagłębieniu kotliny, pod urwistym występem góry, tuliła się gromada złożona z jakich trzystu tęgich chłopów i dygotała jak jeden chory człowiek. Wystawieni na zewnątrz tak pchali się w tłum, że przypartym do ściany oczy wychodziły z orbit i niemal pękały klatki piersiowe. Kto mógł wydobyć rękę ze ścisku ciał — walił pięścią i odpychał sąsiada. Stary major, któremu zdarzało się już widzieć podobne sceny, zwracał się do żołnierzy łagodnie i uprzejmie, głaskał ich pod brodę i rzewnym głosem przemawiał we wszystkich językach austriackich: w czeskim, z kiepska węgierskim, galicyjskim, lodomeryjskim ...

— Patrzcie no, moje dzieci, patrzcież sami! — mówił — możemy tędy po drugiej stronie wody ustąpić wygodnie z placu. Chodźcież, bo tu nas wybiją, zakłują jednego po drugim jak skopów. Chłopcy! patrzcież...

Perswazje te nie odnosiły żadnego skutku. Jeżeli ktoś z gromady krzyknął pardon! — wnet cały tłum poczynał wołać jednym głosem.

Gdy Francuzi zgnietli nad wodą stawiających opór, gdy złamali ich szeregi i puścili je w rozsypkę, a sami w pościgu ukazali się na płaszczyźnie, wtedy dopiero zrozumiano starego majora. Cała kupa zaczęła uciekać po brzegu wysokim. Ten brzeg, zawalony omszonymi głazami, jest szczytem skał Maienwand, które stromymi ścianami zstępują w dolinę Rodanu. Sączy się po nich biała nić strumienia, wypływającego z jeziora Totensee. Grenadierowie sadzili po bryłach jak spłoszone daniele. Przykład pierwszego oddziału pociągnął inne i z górą tysiąc ludzi wyrwało się tamtędy z matni, zanim Gudin, który nieoględnie opuścił wyjście drogi do Valais, nadbiegł z drugiego końca jeziora. Zajęty tam był tępieniem i braniem w niewolę rozproszonych kompanii. Nim ubiegła godzina czasu — na szczycie Grimsel bój ustał, gdyż wszyscy Francuzi rzucili się w pogoń za Austriakami, uciekającymi na łeb na szyję zygzakowatą starą drogą. Wrzawa krwawego boju dochodziła w owej chwili z obudwu spadzistych pochyłości.

Kiedy wybuchło było na szczycie przejścia natarcie, dwie kompanie francuskie, stojące u mostu na Aarze, rzuciły się na oddziałek austriacki pilnujący Jezior Grimselskich. Ten, przerażony niepojętymi dla niego strzałami na górze, napadnięty przy tym znienacka, tył podał i zaczął wstępować na Grimsel. Kilku żołnierzy wysłanych na górę wróciło z przerażającymi wieściami. Wtedy oficerowie, zaskoczeni nagłością wypadków, postanowili dostać się jeszcze wyżej i stamtąd rozpatrzeć położenie. W chwili kiedy ze szczytu obiedwie kolumny walczące zbiegły nad Rodan, oddziałek austriacki bił się na drugiej stronie góry z Francuzami idącymi na przełęcz. Cesarscy nabijali szybko i wprawnie karabiny i strącali z urwisk trójkątne kapelusze. W miejscach stromych czatowali z bulwami kamiennymi, podważali bagnetami płyty olbrzymie i spychali je na dół.

Tymczasem Matus Pulut szybko pełzał przez pobojowisko upatrując swego kamrata. W czasie bitwy udał rannego i leżał między trupami. Teraz wstał z ziemi i tuląc się do przekopy, która formuje wklęsłość jeziora podobną do misy, zmierzał do wiadomego mu punktu. Z łatwością wśród nieprzyjaciół zabitych odszukał rannego. Młody żołnierz miał lewy policzek zbroczony, całe lewe ramię we krwi, oczy otwarte i martwe. Matus przyłożył ucho do jego piersi i słuchał. Po chwili chwycił go pod pachy, zawlókł na brzeg jeziora i jął mu zlewać głowę wodą. Krew obficie występować zaczęła spod pasa na lewym ramieniu. Wtedy wiarus rozpiął ostrożnie mundur towarzysza, zdjął mu z szyi chustkę, rozerwał koszulę i znalazł ranę. Kula rozwaliła ramię i wkręciła między kości strzępy munduru i koszuli. Doświadczony wojak prędko, sposobem barbarzyńskim wyjął z rany ów flejtuch, ranę wodą przepłukał i zaczął oglądać się za szmatami. Wpadły mu w oczy namioty oficerskie. Skoczył tam co żywo i znalazł w pierwszym z brzegu tłumoczek z cienką bielizną. Zabrał cały, przy sposobności rozbił obcasem wykwintną szkatułkę, której nie mógł naprędce otworzyć, znajdujące się tam flakony, szczotki, srebrne grzebienie i kubki wpakował w zanadrze i wnet wrócił do rannego. Podarł przyniesione koszule na długie pasy, jeszcze raz wychlustał wodą krwawiący się otwór i mocno całe ramię obandażował. Wlał bezprzytomnemu w usta zawartość płaskiej flaszki wina, znalezionej również w oficerskim puzderku, wytarł mu twarz i zaczął potrząsać nim, szepcząc z rubaszną czułością:

— Felek, ty się patrzaj!... Musimy iść, bo tu pludry zara przylecą. Felek! dy my tu siedzieć nie będziemy. Otwieraj oczy — mówię!

Ranny istotnie zaczął głęboko wdychać powietrze, ale oczy jego wciąż jeszcze nic nie widziały. Matus oparł jego głowę na kamieniu i twarz mu nastawił pod słońce, a sam jeszcze raz obszedł namioty. Zabrał z nich wszystko, co było do jedzenia i picia, wrócił do towarzysza, usiadł przy nim i zaczął szybko jeść, a właściwie ćpać, co było pod ręką: chleb jak kość suchy, obgryzione kawałki pieczonej kury, duże skiby sera szwajcarskiego... Siedząc tak na ziemi i pożywiając się, prędkimi wejrzeniami obejmował pobojowisko.

Cały pas nagiego gruntu między górami i u brzegu jeziora jęczał i płakał. Tu i ówdzie wśród kamieni coś się poruszało. Dźwigały się plecy, wznosiły roztrzaskane głowy, szamotały ręce i usta nadaremnie wzywały pomocy. Krew strugami płynęła do jeziora i wielkie jej plamy owalne rdzawiły się u brzegów na granatowej wodzie Ciepłe, rzeźwe, wesołe wietrzyki, nasycone wonią ziół alpejskich, leciały zza Furki, zza Gotthardu, z dolin włoskich, spod ciepłych niebios i, jak zwykle, popychały drobne fale do zwilżania ździebeł karłowatych trawek na brzegach. Tu i owdzie wypływały na powierzchnię wody rozdęte trupy i zaraz znikały w ciemnej głębinie pośrodku jeziora. U płytkiego brzegu fale kołysząc się odsłaniały twarze, czoła, głowy, ręce trzymające się kamieni, nogi stulone w boleści, ramiona skurczone wśród grozy przedśmiertnej. Jeszcze bliżej ludzie zabici i utopieni leżeli kupami tak wielkimi, że fale przybijając do brzegu chlupały między nimi jak w karpach i lochach wysokiego brzegu.

Gdy Matus ukończył swój posiłek, od szczytów Nägelisgrätli wychyliło się kilku ludzi. Zbliżali się ostrożnie do krawędzi przełęczy i zaglądali w dół ku Jeziorom Grimselskim. Byli to felczerzy francuscy z chirurgiem pułkowym na czele. Jeden z nich wstąpił na wydatny kamień, przyklęknął na nim i spojrzał na wał najbliższy. Matus przypatrywał się właśnie tym ludziom, rachując, że mu pomogą w opatrzeniu towarzysza, kiedy nagle felczer, stojący na kamieniu, plackiem upadł na ziemię, zsunął się w zagłębienie i pędem zaczął umykać w stronę Furki. Wszyscy jego koledzy uczynili to samo. Tuż za kamiennym wałem słychać było gwar zbliżających się oddziałów austriackich, które pod naciskiem bojaźni opuszczały znakomitą pozycję i wciąż szły dalej.

Matus nie miał chwili czasu do stracenia. Wzywał felczerów znakami, ukazywał im rannego, ale tamci mignęli się tylko w przelocie i popędzili ku źródłom Rodanu. Wówczas Pulut umieścił Feliksa na bryle kamiennej, podsadził się pod niego i wziął chłopa na bary lekko jak worek żyta. Ręce zranionego bezwładnie wisiały, twarz, oblepiona długimi, zmoczonymi włosami, martwo upadając, wbijała staremu wiarusowi na oczy kapelusz i gniotła wysoką kitę. Na szmatach ściskających ranę wynikły i szerzyły się bladokrwiste plamy. Zsiniałe usta Feliksa od czasu do czasu szeptały jakieś słowo, a z piersi wydzierało się westchnienie. Matus opasał się jego nogami, mocno chwycił w kupę prawą dłonią ręce na piersiach, pod lewą pachę wetknął sobie karabin i szybko powędrował. Ścieżka wyłożona gładkimi płytami, dosyć szeroka i wygodna, zbiegała od razu na dół łamaną linią.

Krew biła Puluta jak obuchem w skronie, własna głowa ciężyła mu jak kowadło, krzyż zgięty tak bolał, jakby w nim trzaskały kręgi każdej chwili i za każdym krokiem. Słońce tam paliło w samo ciemię i gorący, duszny wiatr w gardle ściskał. Na dole widać było obadwa wojska. Cesarscy szli nagłym marszem w dobrym porządku i żałobna ich, czarno-biała linia łamała się w całej dolinie, z kształtu do litery S podobnej. Tylne szeregi wciąż się odstrzeliwały Francuzom, którzy napadali bagnetem, pragnąc do reszty zmiażdżyć całą kolumnę. Wyżej, u stóp lodowca, skąd wypływała rzeka, Matus ujrzał ze zdumieniem duży tłum białych mundurów, otoczony przez kilka kompanii francuskich.

— Hej! hej! — zawołał z uciechą — są pludry w kozie.

Pot mu zalewał czoło i przed oczyma tańcowały kręgi czerwone, złote i czarne. Zebrał siły, wytchnął przez chwilę, ujął sobie dogodniej rannego i szerokimi krokami puścił się dalej. Gdy był na połowie wysokości skał Maienwand i gdy już odróżniał gwar wojska i szum Rodanu, niespodziewanie usłyszał nad lewym uchem szept bolesny:

— Matus... Matus...

— Nie bój się nic! Idziewa se oba. Ino się tam trzymaj choć zębami za warkoczyk.

— Pić... — wyszeptał Felek.

— Zaraz będziemy pili, bracie, aby z tej oto góreczki zeskoczyć. Patrzaj se tymczasem na góry... Widzisz, jakie to z tela zdroje wytryskają...

Oddziały walczące skryły się powoli w zakręcie wąwozu. U stóp Grimsel i Furki, z prawej strony ruczaju stał obóz francuski, pilnujący wziętych do niewoli. Odebrano im karabiny i tornistry. Co było do skonfiskowania — zabrano, co do zjedzenia — połknięto. Żołnierze pozbawieni oręża siedzieli na ziemi niedaleko lodowca i z najzupełniejszą obojętnością dawali wiązać sobie ręce własnymi pasami, co kaprale i podoficerowie francuscy szybko i zręcznie uskuteczniali.

Gdy Matus się zbliżał, nagle w tym obozie wybuchła wrzawa. Ludzie, zwróceni twarzami do lodowca, wywijali karabinami i krzyczeli zapamiętale. Matus ostrożnie posadził Felka na ziemi i, zdjęty ciekawością, wzniósł oczy ku górze. Zobaczył na lodach Rodanu dwie kompanie austriackie, które na Grimsel weszły były z Hasli. Znalazłszy na przełęczy stosy trupów, dostrzegłszy z góry szybką ucieczkę całej kolumny, więźniów na dole i zamknięte drogi — oddział ten skorzystał z czasu, rzucił się w bok na lody. Kule Francuzów trzaskały w bryły, ale w niewielkim dystansie od podnóża, więc Austriacy szli śmiało i forsownym marszem przebyli w poprzek lodowiec, skacząc nad szczelinami z tafli na taflę. Z gleczeru weszli na górę Furka. Idąc pod samym jej szczytem, dosięgli bezpiecznie wąskiego przejścia, po którego jednym zboczu spływa cienką smużką dopływ Rodanu, a po drugim z płatka brudnego śniegu Reuss się sączy. Republikanie ścigali wrzaskiem te małe postacie, których długie nogi szybko migały się na zrębie skał wystających z ziemi. Więźniowie spoglądali ze smutkiem na szereg umykających współtowarzyszów i powierzali jedni drugim jakieś myśli.

Matus, dowlókłszy się do pierwszych szeregów, zaraz odszukał felczera i zmusił go gestami i wykrzykiwaniem najrozmaitszych słów francuskich do zajęcia się rannym. Żołnierze otoczyli Felka i ulitowali się nad nim. Ten rzucił mu na kolana czystą serwetkę płótna, inny jakiś krótki sznureczek, inny nadgryzioną skórkę sera, a jeszcze inny — mały pieniądz. Felczer rozwiązał bandaż Puluta, oczyścił ranę umiejętnie i zajął się nałożeniem rzetelnego opatrunku. Stary wiarus nie znalazł w kotlinie swej kompanii. Pokazywano mu, że odeszła na dół. Oficerowie pokrzykiwali na niego i dawali mu znać na migi, że ma w te tropy iść za swym oddziałem. Pulut westchnął, polecił chorego towarzysza opiece Felczerskiej, rozprostował kości, karabin zarzucił na ramię i poszedł brzegiem rzeki.

Przebywszy dwa zakręty wąwozu, stanął u podnóża wyniosłości w samym końcu doliny Valais. Rodan wymiótł tam z ciasnych przejść na płaską wonną łąkę wielkie staje okrągłych kamieni i porozrzucał je na znacznej odległości od swego łożyska. Naokół czerniały lasy świerkowe, pełne jeszcze wilgoci rannej. Niżej widać było miasteczko Oberwald, skupione obok wysmukłego kościoła, za nim niedaleko drugie — Obergestelen. Matus wyminął obydwa, puste i milczące jak mogiły. Zbliżając się do Urichen spostrzegł z najgłębszym podziwieniem szeregi francuskie wracające w stronę Furki.

Gdy się złączył z oddziałem Le Grasa, powziął wiadomość, że Austriacy, uciekając przed kolumną Gudina, zobaczyli na swej drodze wojsko francuskie, brygadę Thurreau, idącą od Viesch w górę Rodanu. Mając przed sobą okropną perspektywę znalezienia się między dwoma wojskami Francuzów, pośród skał niezbyt szerokiej doliny — generał Strauch rzucił się ze swą całą siłą w dolinę poprzeczną Eginental, która od Ulrichen prowadzi na włoską stronę, przez Nufenen-Pass wkracza do Val Bedretto i u stóp Gotthardu łączy się przy Airolo z doliną Tessinu. Poszli tamtędy bez przewodników, dróg i ścieżek, wprost przez wertepy.

Gudin, nie mając zamiaru dzielenia się palmą zwycięstwa z Thurreau, cofnął się forsownym marszem z Valais i znacznie przed południem stanął u stóp Furki. Po krótkotrwałym spoczynku przy lodowcu, po wysłaniu grabarzy oraz felczerów na Grimsel, uszykował swe wojsko, powiązanych więźniów wystawił na czele i ruszył na przełęcz. Wąską ścieżką po stromym zboczu kolumna wdarła się na szczyt około południa. Cały rozdół między widłami górskimi był zupełnie pusty. Nieprzyjaciel pomknął w ucieczce aż do Hospenthal.

Przed nadchodzącymi otwarła się dolina Urseren, idąca w dół, na zachód. Nisko w otchłani bielił się

Reuss. Po prawej ręce stała grupa Gotthardu, wielkie góry, okryte zgniłozielonymi mchami, które tym skałom nadają pozór starości i jakiejś szczególnej nędzy. Te miękkie, jednostajne szaty gór, tu i ówdzie tylko lśniące jaśniejszą zielonością, podarte są przez suche łożyska, niby przez szwy, które się dawno rozlazły. Sypią się tamtędy aż do stóp górskich, aż do niestrudzonej pracownicy-rzeki, warstwy szarego rumowia. Szczyty wietrzeją, łamią się, kruszą, rozpadają i w proch rozsypują, lecą do wody, która je pochłania i wiecznie wynosi aż do dalekich okolic.

Wojsko szło z furią bojową po perci odwiecznej, po szlaku, który niegdyś przebywały słonie Hannibala. Ten tłum obdartusów ważyłby się był uderzyć na całą armię, zgruchotałby bagnetem twierdzę, gdyby była na drodze a poddać się nie chciała, zwiódłby bitwę z samą śmiercią... Idący w szeregu nie mogli otrząsnąć się ze złudzenia, że tuż za ich plecami postępują towarzysze, którzy zginęli na Grimsel, że okrzyki ich słychać w czystym powietrzu, łoskot ich kroków słychać na głazach ścieżki.

Ranny Felek był przedmiotem czułości całego wojska. Niesiono go pieczołowicie, jak biedne, chore, obce dziecko, gdy z sił opadał, a podtrzymywano litościwie, gdy sam szedł z góry.

Drogę przecinały strumienie, białe, dzikie, piękne wody. Zza skał wychylały się tu i owdzie krawędzie lodowca Rodanu. Wprost z góry, idąc na łeb na szyję, zstąpiono do Realp, małego przysiołka u stóp Furki. Kamienne domki, przykryte dachami z płaskich głazów, stały tam w okrąg kościoła z czerwoną wieżą po obudwu stronach wybrukowanej uliczki. Nędza, kwicząca z głodu, wyglądała ze wszystkich kątów tego schronienia pasterzy. Domy i obory, tyłami swymi i kupami nawozu zwrócone do drogi, były pozamykane i puste. Na próżno walono kolbami w każde drzwi i wybijano szyby. Nie było tam żywego ducha. Żołnierze wyrywali szuflady, rozbijali drzwi szaf — i nie znajdowali nic zgoła. Nawet oficerowie rzucali oczyma po kątach, szukając jakiegokolwiek pożywienia — nadaremnie.

Wszystko to zresztą bardzo krótko trwało. Wyruszono z Realp w przewidywaniu potyczki. Droga szła po prawym brzegu Reussu, który tam płynie wolno, cicho i tak ospale, jak rzeczka na równinach. Już na połowie drogi z Realp do Hospenthalu zauważono, że piechota austriacka wali w górę na Gotthard. Ta ucieczka bez bitwy wywołała szaloną uciechę. Cała kolumna trzęsła się od śmiechu, wywijała pięściami, potrząsała karabinami i wrzeszczała na całe gardło.

Tymczasem zza garbu podnóża nagle jak błyskawica wypadł oddział huzarów i w pełnym galopie, co koń skoczy, rzucił się na kolumnę Gudina. Nim zdołano porwać się do strzału, już wzniesione szable spadły na karki. Huzarzy źgali konie ostrogami, zdzierali je uzdami i ciskali się w środek szeregów piechoty, tnąc z ramienia na prawo i lewo. Wrzask boleści, krzyk oficerów i głośny dźwięk broni stokrotnym echem latały między górami. Trwało to krótką chwilę. Gdy popłoch minął i gdy się opamiętano, że tej konnicy jest szwadron wszystkiego — uderzono weń bagnetem, zrzucono z siodeł kilkudziesięciu, a reszta pierzchła jak wicher. Po chwili widziano już ich na skrętach szerokiej, bitej drogi, którą właśnie przez Gotthard budowano w tym roku.

Gudin wszedł do Hospenthal, zajął je, pozostawił w tym miasteczku jedną kompanię, a sam rzucił się w pogoń za Austriakami. Generał Simbschen, dowodzący trzema batalionami i szwadronem jazdy, które uciekały, szedł ostro w rozległej, pustej i melancholijnej dolinie Gotthardu. Dowódca francuski ścigał go zajadle. Grenadierowie padali z utrudzenia, głodu i skwaru. Austriacy nie zatrzymali się zupełnie na przełęczy gotardzkiej i od razu poszli stamtąd na dół do Airolo.

Kolumna francuska stanęła przy Gotthard-Hospiz, między smutnymi, czarnymi jeziorami, których tam pełno. Trafiono w Hospiz na resztki zapasów austriackich i spożyto je z apetytem. Trzy bataliony pod komendą Labruyére&quoteright;a ruszyły jeszcze dalej, w dolinę Tremola, gdzie Tessin zlatuje pięknymi wodospadami. Zstąpiwszy ze stromych skał po załamaniach drogi na taras górski, skąd widać było w dole czerwone dachy Airolo, obserwowano przez szkła miejscowość. Labruyére ujrzał w Airolo dużo wojska. Grupy żołnierzy ciągnęły jeszcze z Val Bedretto. Byli to chorzy, ranni i utrudzeni z oddziału rozbitego na Grimsel. Kolumny Simbschena i Strauchena spotkały się w Airolo i zaraz wyruszyły na dół, ku Biasca. Maszerowały zaś krokiem tak zamaszystym, że nie oparły się, aż na trzeci dzień w Bellinzonie.

Gudin, sprawdziwszy wypadek oddalenia się wojsk austriackich, urósł na duchu. Wykonał, co był zamierzył. Wziął Grimsel, wygnał nieprzyjaciela z Valais, zajął Furkę i Gotthard. Miał zamiar powiedzieć o tym Le Grasowi, lecz czuł się znużonym... Wolał tedy leżeć na trawie, patrzeć na chmury, które leciały tuż niedaleko po trawie i z których wśród najcudniejszej pogody spadały krople dżdżu, ciężkie jak śruciny i dziwnie bezradne. Generałowi nogi popuchly, brudne palce wyłaziły z butów, język tak wysechł, że można by nim jak drzazgą podpalić w piecu. I ludzie za przykładem dowódcy leżeli na wznak oddając się bezgranicznemu lenistwu. Gdy się trzy kompanie z obserwacji cofnęły i wypoczęły, zabrano się do odwrotu ku Hospenthal. Żołnierze szli i teraz ochotnie, ale już, jak to mówią, podpierając się nosami... Każdemu zdawało się, że jego pięty ważą po kilka centnarów.

Gdy mijali garby, łagodnie zresztą pochylone, które przebyli niedawno bez wiedzy w pasji ścigania nieprzyjaciół, czuli istotną bojaźń, aby nie kazano wypadkiem drapać się znowu na wyżynę już przebytą. Każdy z piechurów chętnie zgodziłby się dostać ostre baty, a nawet jakieś lekkie pchnięcie — byleby już nie iść pod górę. Nad wieczorem ściągnęli się wszyscy do Hospenthalu. Gdy się tam znaleźli, towarzysze pozostawieni jako załoga tego miasteczka jęli rozpowiadać o ucieczce dwu batalionów austriackich, które wyszły ze szczeliny górskiej za Andermattem. Ujrzawszy w Hospenthalu ciemne mundury i kapelusze francuskie, od razu rzuciły się na lewo cd Andermattu w górę i znikły w dolinie Renu, uchodząc ku Chur. Gudin nie posiadał się z radości. Stanąwszy pośród szeregów, zaprosił swoich żołnierzy na wieczerzę do obozu przy Moście Diabelskim. Wojsko z okrzykiem posunęło się ku Andermattowi po pięknej, cichej łące doliny.

Zmierzch już zapadł, gdy cała kolumna bezładnym tłumem zbliżała się ku szczelinie, w którą spokojny Reuss nagle się fryga. Gdy tak w znużeniu leźli na miejsce spoczynku, spomiędzy skał wywinęła się jedna, druga, trzecia kompania i w szyku bojowym, z nastawionym bagnetem rzuciła się na szeregi Gudina. W głuchej ciszy wieczornej, przerywanej tylko szelestem kroków i dalekim szmerem wody, nagle jak grom uderzył o góry krzyk:

Vive la France!

Z następujących szeregów odpowiedziano tym samym okrzykiem. Wtedy z tamtej strony wystąpił ogromny i posępny generał Lecourb, szybko zbliżył się do młodego bohatera i objął go wobec dwu wojsk serdecznym i długim uściskiem. Po chwili zawołał mignąwszy szpadą:

— Niech żyje generał Gudin!

— Niech żyje generał Gudin! — wrzasnęły obadwa tłumy.

Noc zeszła na te wąwozy. Cała przestrzeń od Andermattu do Göschenen zamieniła się na obóz. Ognie błyskały, piekło się mięso krów i wołów sprowadzonych aż z Wasen. Więźniów, pojmanych przez Gudina na Grimsel, umieszczono w ciasnym przejściu za Urnerloch, tuż obok Diabelskiego Mostu. Siedzieli tam jak szczury w łapce. W pobliżu rozłożyła się obozem kompania Le Grasa.

Pulut umieścił przy swym ognisku rannego Felka, posłał mu łoże z mchu i trawy i gotował dla niego w jakiejś szczególnej skorupie nie mniej szczególny, a jakoby natychmiast uzdrawiający rosół zaczarowany. Chory drzemał. Kiedy niekiedy otwierał oczy i z głębokim podziwem patrzał na blaski ognia latające po niezmierzonych skałach, po urwiskach, które zachodziły swymi zębami tak szczelnie jedne za drugie, że przesmyk obok rzeki wydawał się podobnym do pieczary bez wyjścia. Kiedy niekiedy zaczynał wsłuchiwać się w szum obłąkanej wody rozbitej na puch i lecącej po oślizgłych schodach — i wtedy strach go ogarniał. W pewnej chwili usłyszał, że Matus z kimś rozmawia. Rad by był słuchać tego głosu, ale mu wnet wszystko zobojętniało...

Gdy znowu dźwignął swe ciężkie powieki, zobaczył przy ognisku Matusa i trzech więźniów. Stary mówił do nich szeptem. Twarz mu gorzała. Felek nie mógł pojąć, co w tym jest, że on rozumie, o czym tamci mówią, i nie mógł pojąć, czemu go tumani tak dziwna senność... Chciał się poruszyć, przysunąć do ogniska, mówić do nich i wypłakać łzy, które mu jak skała przygniatały serce. Tak mu było gorzko, tak smutno... Długo znowu nic nie widział, błąkał się między przedziwnymi widzeniami i cudami, długo dźwigał swoją lewą rękę i pragnął kiwnąć nią na Puluta, ażeby mu coś powiedzieć Ocknąwszy się, zobaczył go przy ognisku pykającego z fajczyny, obok jeńców austriackich, patrzących w niego jak w tęczę. Matus miał kapelusz zsunięty na same brwi, patrzył się w ogień i głośno gadał.

— Na prawo — mówił — były tam nieduże jałowczyki, na lewo pole dopiero zawleczone. My stali w tej roli, a tu kule rznęły, co zachowaj ta, Panie! Od tego dymu to — mówię wam — gęby ludziom poczerniały, pasy poczerniały. Tu huk taki, tu co moment który z naszych piach nosem orze, jakiesi pułki w dymie lecą... Zda nam się spojrzeć na bok, a tu ci on sam drze piechotą. Naczelnik. Kapelusza na nim nie masz, gęba usmolona. Wzion stanął przy nas w szeregu, pokazał pałaszem, coś zagadał... Ech! Jak my, ścierwa, poszli z nogi, to mówię wam, chłopcy, święta ziemia dygotała...

Felek pragnął słuchać tego opowiadania, ale znowu wielka niemoc i przykry sen zakryły mu oczy i ciemność wchłonęła go w siebie.

Przypisy

  1. [przyp. autora] My Jesteśmy wolni Szwajcarzy! Kraj wzywa nas do obrony granic! Hej, jak błyszczą oczy wszystkich! My Jesteśmy wolni Szwajcarzy! Nasz Jaśleń jest do tego chętny Staje na czele i wiedzie nas. Do kroćset, on spogląda twardo... Nasz Jaśleń jest do tego chętny.