Oświadczyny
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Wziął frak na siebie, rękawiczki nowe,
- Stanął przed lustrem przyjrzeć się krawatce,
- Z dumą nałożył kapelusz na głowę
- I rzekł: "Dziś trzeba oświadczyć się matce.
- Matka mój talent umie sobie cenić,
- Panna mi sprzyja... trzeba się ożenić!
- Nie mogę żywić najmniejszej obawy:
- Mile widziany byłem od początku,
- Mam przecież dużo, bardzo dużo sławy
- I wiele zalet... wprawdzie nic majątku,
- Lecz czyż ten kruszec ma stać na przeszkodzie
- Sercom, co biją w idealnej zgodzie?
- O pana nawet troszczyć się nie warto -
- Stracił biedaczek w domu władzę wszelką.
- Pani rzecz główna... a ta jest zażartą,
- Stałą talentu mego wielbicielką.
- Wszak rzekła prac mych dokończywszy tomu:
- «Jakie to szczęście miewać pana w domu!»"
- Skończył monolog i pobiegł ulicą,
- Pełen otuchy, nucąc jakąś śpiewkę,
- I już przed znaną stanął kamienicą,
- Gdy nagle dostrzegł rozdartą podszewkę...
- Lecz nie chciał czasu tracić, a więc tylko
- Rozdarte miejsce zręcznie zapiął szpilką.
- Zastał, jak pragnął: i córkę, i matkę,
- Siedzące obie w swoim saloniku;
- Panna robiła właśnie jakąś siatkę,
- Pani bębniła palcem po stoliku
- Tonąc w zadumie; lecz choć zadumana,
- Spostrzegłszy gościa rzekła: "Witam pana".
- Usiadł na krześle i zaczął rozmowę,
- Lecz się za jąkał zaraz na początku,
- I chociaż piękną przygotował mowę,
- Nie mógł odnaleźć swoich myśli wątku
- I coraz bardziej plątał się rumieniąc,
- Jakby przeczuwał, co to znaczy pieniądz.
- Pani na niego patrzała z zdziwieniem
- I coraz większą przybierała godność;
- Panna go także mierzyła spojrzeniem,
- A choć w jej wzroku mógł dojrzeć łagodność,
- Nic nie pomogło: matki dostojeństwo
- Ciążyło nad nim ciągle jak przekleństwo.
- Czuł, jak pod owym wzrokiem przenikliwym
- Całą swą wielkość traci poetyczną;
- Czuł, jak jest małym, nędznym, nieszczęśliwym,
- A ona wielką i majestatyczną;
- Więc opuściwszy wstępy i prologi,
- Na oślep matce rzucił się pod nogi.
- "Ja pannę Julię - szepnął - kocham dawno
- I chciałem właśnie prosić o jej rękę".
- Mówiąc to minę miał bardzo zabawną:
- Znać na nim było, jaką przeszedł mękę.
- Pani z litością odrzekła: "Ach! szkoda!
- Lecz moja Julcia jest jeszcze za młoda".
- Tu panna chustkę podniosła do nosa
- Na łzy czekając, co popłynąć miały;
- Lecz matka na nią spojrzała z ukosa
- Mówiąc: "Juleczko, gdzieś mi się zadziały
- Moje robótki... poszukaj w sypialni,
- Pewnie gdzie leżą w mojej gotowalni".
- Tak wyprawiwszy córkę, do poety
- Znów się odezwie: "Niechaj mi pan wierzy,
- Ze umiem pańskie ocenić zalety
- I że go zawsze szacuję na j szczerzej,
- Ale, Bóg widzi, pańskiej propozycji
- Odmówić muszę. Pan nie masz pozycji".
- "Jak to? - zawołał uniesień zapałem -
- Wszak moje imię w świecie dużo znaczy;
- Na stanowisko ciężko pracowałem,
- Lecz je mam wreszcie"... "Niech mi pan przebaczy -
- Przerwała matka - takie stanowisko
- Nasz świat dzisiejszy ceni bardzo nisko.
- Sam mi pan przyznasz, że ci literaci
- Jest to zazwyczaj najgorsza hałastra.
- Wszak z nimi ludzie nie żyją bogaci?"
- Poeta westchnął: "Sic itur ad astra"
- A pani, trochę łaciną zmieszana,
- Rzekła: "Ja tego nie mówię do pana.
- Pan Julcię kochasz... jak człowiek szlachetny,
- Musisz ofiarę zrobić z swej miłości.
- Mam właśnie dla niej mariaż bardzo świetny,
- Co jej zapewni cały los w przyszłości...
- Chociaż jesteśmy panu z mężem radzi,
- Przez wzgląd na Julkę chciej pan bywać rzadziej..."
- Wziął za kapelusz patetycznie, wzniosie;
- Skłonił się milcząc i wyszedł czym prędzej.
- Aż na ulicy zawołał: "O, ośle!
- Pisujesz wiersze i nie masz pieniędzy,
- I te śmiertelne nosząc grzechu plamy,
- Chciałeś otrzymać zezwolenie mamy?
- Dobrze ci teraz!... Szkoda tylko panny,
- Jeszcze mi w oczach stoi ten jej smutek
- I ten wzrok tęskny, łzawy, jakby szklanny;
- Byłaż to miłość czy kataru skutek?
- To wieczną dla mnie zostanie zagadką!
- Katar rzecz zwykła, a miłość jest rzadką.
- Gdybym był dawno serca nie roztrwonił,
- Musiałbym teraz z rozpaczy umierać;
- Ale tak... będę smutkowi się bronił...
- Trzeba się jeszcze w świecie poniewierać.
- Życie poety - to korona z cierni!"
- Westchnął - i poszedł na poncz do cukierni.