Moralność pani Dulskiej/Akt II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Akt I | Moralność pani Dulskiej Akt II Gabriela Zapolska |
Akt III→ | |
[edytuj] Scena pierwsza
Dulska, Dulski, Hesia.
DULSKA
- Felicjan! Felicjan!
Dulski budzi się i patrzy na nią.
- Chodź! Czemu nie chodzisz? Jeszcze nie ma dwóch kilometrów. Ja tam rachuję!
Dulski pokazuje jej zegarek.
- Co mi zawracasz głowę zegarkiem! Ja mam najlepszy zegar w głowie. Nie chodź! Nie chodź! Dobrze - powiem doktorowi. Umyślnie ci każę w pokoju chodzić na Wysoki Zamek, a nie po ulicy, żeby mieć nad tobą oko, czy nie szachrujesz, a ty... zresztą to twoja rzecz.
Chowa się za drzwi. Dulski zaczyna znów automatycznie chodzić.
Wpada Hesia, ubrana strojnie, jasnoniebiesko, pantofelki, błękitne pończoszki.
Całuje ojca w mankiet.
HESIA
- Ojciec idzie na Wysoki Zamek?
Dulski kiwa głową.
- A jeszcze ma ojciec daleko?
Dulski pokazuje pięć palców.
- Pięćset?
Dulski kiwa głową.
- To ojciec już koło Teatyńskiej?
Dulski mruczy. Hesia śmieje się.
- Ale tak! Ale tak! A niech ojciec prędko idzie, bo tunel rozbijają.
Dulski patrzy na nią surowo i wzrusza ramionami.
Hesia wskazuje na kanapę i przegląda się w lustrze, Dulski podchodzi do niej i ściąga ją z kanapy.
- Mama nie widzi! (biegnie do drzwi pokoju dziewcząt) Mela! Mela!
GŁOS DULSKIEJ
- Hesiu! Czy Mela ubrana?
HESIA
- Jeszcze się pichci.
Dulski staje, zgorszony, i mruczy coś.
- Ojciec nie rozumie? No... stroi się. Za ojca czasów tak nie mówiono? No to co? Teraz mówią.
DULSKA
wychyla się, ubrana odświętnie
- Felicjan, przestań chodzić, już jesteś na Wysokim Zamku. Jutro pójdziesz do Kaiserwaldu.
Znika.
HESIA
idzie do okna i chucha na szybę, śpiewa
- Pozamarzało jakby w jakim zlewie.
Dulski ogląda się i cicho idzie do pieca, włazi na krzesło i kradnie cygaro, tej samej chwili Hesia się odwraca i widzi to.
Dulski chrząka, idzie do przedpokoju, odziewa się, wraca, podchodzi do drzwi Dulskiej, stuka, ona wychyla się.
DULSKA
- Już cię niesie do kawiarni. No, masz, swoje dwadzieścia centów. Teraz będę co dzień dawać po dwadzieścia centów. Tygodniowo nie... na nic. Zaraz wszystko przetracasz z koleżkami! A wracaj na kolację!
Znika.
Dulski chwilę stroi się przed lustrem, wreszcie wychodzi.
Hesia biegnie natychmiast do pieca, włazi na krzesło i kradnie cygaro.
[edytuj] Scena druga
Wchodzi Mela, ubrana jak Hesia, jest blada i chora. Zatrzymuje się we drzwiach, po czym biegnie ku Hesi, która pokazuje jej język i ucieka ku kanapie.
MELA
- Hesiu! Pokaż, coś ty wzięła?
HESIA
- No, cygara... Wielka afera!
MELA
- Ukradłaś?
HESIA
- Och!... Przed chwilą ojciec kradł także. Jak taki kamienicznik może to robić, czemu ja nie mogę?
MELA
- Po co tobie cygara?
HESIA
- Po co? Wy-pa-lę.
MELA
- Och! Kiedy?
HESIA
- Jak będzie galówka. A potem pojadę!
MELA
- Gdzie?
HESIA
- Nad Bałtyk. Albo nie, dam cygaro kochankowi kucharki. Powiadam ci, widziałam go. Jest pucerem. No, rozumiesz, u lejtnanta... bardzo, bardzo...
MELA
- Jak ty możesz się przyglądać takim?
HESIA
- Czemu, czemu?... Cóżeś taka blada?
MELA
- Głowa mnie strasznie boli.
HESIA
- Może i ty buchnęłaś cygaro?
MELA
- Och, nie!... Ja ciągle jestem taka słaba, tylko bym spała.
HESIA
- Lepiej spróbuj ze mną chassés, moja złota, ja ciągle zapominam, z której nogi, moja droga, znów ten nauczyciel będzie mnie wstydził... Masz, rozwiązał mi się pantofel... Hanka! Hanka!
Wchodzi Hanka, blada, zmieniona.
[edytuj] Scena trzecia
Mela, Hesia, Hanka.
HESIA
- Zawiąż trzewik! Cóż znów, i ty jesteś chora? Patrz, Mela, jak ta wygląda.
HANKA
- Panience się tylko zdaje.
HESIA
- Ale - ledwo się włóczysz... A teraz możesz iść!
Hanka wychodzi. Hesia kręci głową.
MELA
- To nic dziwnego. Ja wiem, dlaczego ona taka zmieniona.
HESIA
- Wiesz? Powiedz!
MELA
- Nie, Hesiu! to tajemnica. Mnie nie wolno nic powiedzieć, przynajmniej do czasu.
HESIA
- Jak chcesz, taka tam ma tajemnice... No, no... daj łapę! Jak to chassés? Un, deux - un, deux...
Gwiżdże.
MELA
- Hesiu, nie gwiżdż!
HESIA
- Aha! Ziemia się trzęsie, co? No, a teraz walca, moja brylantowa.
Obejmuje ją, walcują.
MELA
- Dlaczego mnie tak ściskasz?
HESIA
- Bo ja jestem mężczyzną.
MELA
- Ale ja nie mogę oddychać.
HESIA
- Właśnie... a jak za kobietę, to tak, o! (przerzuca się na rękę Meli) Omdlewająco, omdlewająco, a potem w oczy... w oczy... Ja tak zawsze robię.
MELA
- Ty?
HESIA
- Ja! powiadam ci, studenty czerwienią się jak buraki.
MELA
- Puść mnie...
HESIA
- Co tobie?
MELA
- Nie wiem, ale...
HESIA
- No, to zagraj - cichutko, żeby mama nie przyszła. Ja nie mogę wpaść w tempo. (popycha Melę do fortepianu)
- Walca!
Mela gra cichutko. Hesia chce tańczyć, robi pas, śmieje się, wpada w cake-walka.
- Mela, cake-walka!
Mela gra cake-walka cichutko, Hesia skacze.
Wchodzi Zbyszko.
[edytuj] Scena czwarta
Też same, Zbyszko.
ZBYSZKO
- A to co?
HESIA
tańcząc
- Cake-walk! Cake-walk! Cake-walk! A co, źle? Prawda, że jest we mnie materiał na szansę?
ZBYSZKO
- Na dwie, nie na jedną.
HESIA
tryumfująco
- A co?
ZBYSZKO
- Skąd ty to umiesz?
HESIA
- Ignania mnie nauczyła. No wiesz, Ignania Olbrzycka. Jej brat ciągle w tinglach siedzi, więc ją nauczył, a ona mnie.
ZBYSZKO
ironicznie
- Myślałem, że cię twoja kucharka nauczyła.
HESIA
- Ona?
ZBYSZKO
- Przecież dopełnia twojej edukacji.
HESIA
- Co znowu? Jak Bozię kocham - nie!
ZBYSZKO
z pasją
- Jak to kłamie! Ech, tu wszyscy kłamią. Ale Boga to choć zostaw w spokoju, ty przynajmniej.
HESIA
- Znów się złościsz! A byłeś już jakiś lepszy. No, Mela, jeszcze trochę. Powiedz, Zbyszko, czy dobrze, mój królu! Tak?
Tańczy.
ZBYSZKO
- Ależ nie, przegnij się trochę jeszcze!
HESIA
- Jak? jak?... (tańczą oboje) Jak dobrze, jak miło, jakby po powietrzu się latało!
[edytuj] Scena piąta
Ciż sami, Dulska.
DULSKA
wpada
- Co się tu dzieje? Co to za balet?
ZBYSZKO
- Dopełniam edukacji mej siostry.
DULSKA
- Hesia! Jak możesz tak? Co to? (do Zbyszka) Z tobą to też jest krzyż pański. Albo chodzisz jak dzik, albo wyprawiasz wariacje i dziewczyny w to wciągasz.
ZBYSZKO
- Dobrze już, dobrze. Po co tyle słów! Gdzież to was niesie w takiej paradzie?
DULSKA
- Przede wszystkim nie niesie.
ZBYSZKO
- Nogi was nie niosą?
DULSKA
- To jest nieprzyzwoite i o tym się nie mówi.
ZBYSZKO
- A to przyzwoite ubrać dziewczęta jak baletniczki? O! Jakie ażury!
DULSKA
- To są dzieci, im wolno.
ZBYSZKO
- Ładne dzieci! Pannice, aż ha!
DULSKA
- Wszystkie panienki z dobrych domów tak na lekcje tańca chodzą.
ZBYSZKO
- Niech się zaprawiają, niech się zaprawiają...
HESIA
- Do czego? Do czego?
ZBYSZKO
- Jak dorośniesz, będziesz się dekoltować na bal od góry, a teraz, jako dziecię naiwne, od dołu.
DULSKA
- Zbyszko! Milcz! Jak śmiesz?! (do Meli) Cóżeś taka blada?
ZBYSZKO
- Cóż dziwnego - zmarzła!
Ściemnia się.
MELA
- Głowa mnie strasznie boli. Mamusiu, ja bym nie poszła...
DULSKA
- Pokaż język! Biały. Znów coś zjadłaś! (przykłada jej rękę do głowy) Rozpalona. No, z tobą... to też! Może cię kłuje, co?
MELA
- Tu mnie boli.
DULSKA
- W lewej łopatce? Połóż sobie regolo. Jest tam używane, takie, co ojciec przykładał. I rozbierz się!
ZBYSZKO
- Z czego? Ona już rozebrana. Niech się raczej ubierze.
DULSKA
- Hesia! Płaszczyk, rękawiczki!
ZBYSZKO
- Piechotą idziecie? Ona - tak? Jeszcze was zaaresztują.
DULSKA
- Rany boskie, nie wytrzymam! A lampy jeszcze nie zapalać (do Zbyszka) Wychodzisz?
ZBYSZKO
- Nie.
DULSKA
- To przypilnuj pieca. My wrócimy za godzinę. Mela, idź się przebrać!
Hesia i Dulska wychodzą. Mela do swego pokoju.
[edytuj] Scena szósta
Zbyszko sam, później Hanka.
Zbyszko chwilę stoi nieruchomy, potem wyciąga ręce leniwym, znużonym ruchem przed siebie, zwraca się do pieca, otwiera drzwiczki kopnięciem nogi, przysuwa sobie fotel, siada i siedzi tak spokojnie z papierosem przylgniętym do ust, z ręką opuszczoną na dół.
Światło czerwonawe go oświetliło. Jest znużony i smutny.
Drzwi się otwierają cicho, wsuwa się Hanka, widzi go, przybliża się, przyklęka i delikatnie, jakąś psią pokorą całuje go w rękę.
On głaszcze ją po głowie, czyni to machinalnie, nie patrząc na nią.
ZBYSZKO
- No, już dobrze... dobrze...
HANKA
- Proszę pana... ja...
ZBYSZKO
- Co? Czego?
HANKA
- Ja idę tam, gdzie pan kazał...
ZBYSZKO
- A... tak! Idź! idź! A nie bój się, tylko mów śmiało i wyraźnie, jak i co.
Hanka klęczy, nieruchoma, otulona w fałdy chustki.
- No, czemu nie idziesz?
HANKA
- A bo ja wiem, tak mi jakoś...
ZBYSZKO
- Ach, nie marudź... Idź, bo wrócą!
HANKA
wstając
- Pójdę...
Wychodzi powoli, słychać, jak zatrzaskuje za sobą ciężko drzwi.
[edytuj] Scena siódma
Zbyszko, Mela.
Mela w kaftaniczku, głowa związana.
Odchodzi cicho do Zbyszka i siada na małym stołeczku naprzeciw niego.
MELA
nieśmiało
- Zbyszko!
ZBYSZKO
- Nie położyłaś się?
MELA
- Nie mogę. Jeszcze mi gorzej. Czy ci nie przeszkadzam?
ZBYSZKO
- Nie. Ty jeszcze z całej familii jesteś najmożliwsza. Może dlatego, że jesteś chora, więc jest w tobie coś milszego, coś innego jak u tamtych.
MELA
- Coś innego? I czy myślisz, że dlatego, że jestem chora?
ZBYSZKO
- Tak. Nie masz dużo sił życiowych, więc nie idziesz rozbijając łokciami przez życie, ale się... skradasz. Rozumiesz, co?
MELA
- Tak. Mnie się także zdaje, że ja się wszystkim usuwam, że mnie lada chwila ktoś potrąci, że...
ZBYSZKO
- To źle. Panna Dulska powinna iść naprzód tak... rozumiesz? Ktoś potrąci, ty jego... To powinna być nasza zasada. Jak najwięcej miejsca. Für die obere zehn tausend milionen kołtunen!
MELA
patrzy na niego chwilę
- Zbyszko, dlaczego ty nas wszystkich tak nie lubisz?
ZBYSZKO
- Za mało: "nie lubisz"! Ja was wszystkich nienawidzę i siebie razem z wami.
MELA
- Siebie nienawidzisz także? A ja to znowu... Pozwól mi trochę z tobą porozmawiać. Dobrze? Jak szara godzina nadejdzie, to ja dałabym wszystko, żeby móc z kimś dobrze, cicho, spokojnie porozmawiać. Tylko że u nas to niepodobna. Jak w tartaku. Mama mówi, że się pracuje, ale przecież można i myślą popracować, prawda, Zbyszku?
Osuwa się przed nim tak, że światło z pieca oświetla grupę tych dwojga smutnych i zagnębionych.
ZBYSZKO
- Mów... mów...
MELA
- Ty siebie nienawidzisz, a ja to siebie żałuję. Strasznie. Nie dzieje mi się nic złego; mam ojca, mamcię, was, chodzę na pensję, jestem prosta, dbają o mnie, dają mi żelazo, nacierają wodą, uczę się wszystkiego... a przecież, przecież, Zbyszko, mnie się zdaje, że mi się dzieje jakaś krzywda, że mnie ktoś więzi, że mi ściśnięto gardło, że... Ja ci tego opowiedzieć nie mogę, ale...
ZBYSZKO
- To źle, Melo, że ty tak czujesz, źle! Najlepiej pozbądź się tych sensacji. Niedługo wyrośniesz, pójdziesz dobrze za mąż i będziesz świat rozbijać łokciami.
MELA
- Nie, pójdę do klasztoru.
ZBYSZKO
- Gadanie! Głębsza warstwa weźmie górę, będziesz taka jak mama.
MELA
- Ojciec przecież łokciami ludzi nie roztrąca.
ZBYSZKO
- Bo ojciec wybrał dogodniejszą drogę: mama za niego łokciami się przez świat przepycha, a on za nią.
MELA
po chwili
- To wszystko bardzo jakieś smutne.
ZBYSZKO
- Koń by zapłakał.
MELA
- Ty ze wszystkiego się śmiejesz.
ZBYSZKO
- Tak śmieją się wisielce.
Chwila milczenia
MELA
nieśmiało
- Zbyszko!
ZBYSZKO
- Co jeszcze?
MELA
- Chciałam ci coś powiedzieć, ale... nie będziesz krzyczał? To, widzisz, z najlepszego serca. Bo... wtedy... jak ja widziałam...
ZBYSZKO
- Co?
MELA
ciszej
- Ciebie i Hankę. Tak mnie skrzyczałeś strasznie, a ja właśnie...
ZBYSZKO
- Czego ty o tym mówisz?
MELA
- Bo mi żal i ciebie, i Hanki. Ja ciągle o was myślę. Ja się nawet za was modlę. Bo wy musicie być bardzo nieszczęśliwi.
ZBYSZKO
- My? Dlaczego?
MELA
- Jakże? Ona prosta sługa, ty urzędnik z prokuratorii skarbu... Jakże... i kochacie się... To bardzo smutne. Mamcia będzie się bardzo sprzeciwiać.
ZBYSZKO
- Sprzeciwiać?
MELA
- No, jak się będziecie pobierać.
ZBYSZKO
- Czyś ty oszalała? Ja z Hanką?
MELA
- Cóż z tego, że ona niby niżej. Przecież Zygmunt August i Barbara...
ZBYSZKO
- Ty jesteś jeszcze głupsza, jak myślałem.
MELA
- Proszę cię... Tylko mi nie wymyślaj. Ja będę po waszej stronie. Ja nauczę Hankę mówić po ludzku i jeść widelcem, i będę ją uczyć tego, co umiem, aż ona będzie taka jak my. Ja wam dopomogę.
ZBYSZKO
- Ty jesteś okaz!
MELA
- Tylko jest coś, co mnie bardzo martwi. Nie wiem, czy ci to powiedzieć...
ZBYSZKO
- No, wyduś!
MELA
- Tylko ty Hance tego nie mów! Daj słowo. Oto... Hanka ma na wsi... narzeczonego. Tak, tak. Ale się nie martw. Ona go nie kocha. To finanzwach. Ja znalazłam korespondentkę od niego do Hanki. Tam było ślicznie napisane: "Panno Haniu! Szanowna Pani! Gołębiem ślę tę kartę pod nóżki panny i pytam, czemu pisanie od niej takie rzadkie..." Tak było. O, "gołębiem..." - to ładnie. Choć na tej kartce nie było gołębia, tylko była różowa świnka i cztery prosięta, ale on zawsze tak z serca to napisał. I on ją musi kochać. Tylko że ona mu nie odpisuje, i to źle z jej strony, bo on tam pisze...
ZBYSZKO
- Proszę cię o jedno: nie wtrącaj ty się w te sprawy! Głowa cię boli. Idź, połóż się!
MELA
- Ja tylko tak z dobrego serca.
ZBYSZKO
- Ja wiem.
MELA
wstaje, nieśmiało
- I... nie gniewasz się?
ZBYSZKO
- Nie! Chodź, pocałuj mnie!
MELA
całuje go
- To... ty mnie nie nienawidzisz?
ZBYSZKO
głaszcze ją
- Nie. Teraz nie.
MELA
- Dziękuję ci. Tak miło, kiedy ktoś łagodnie mówi... Dziękuję ci, Zbyszko.
Wychodzi cichutko do swego pokoju.
Zbyszko wstaje, idzie do okna, skąd pada światło zapalonej latarni, opiera czoło o szyby i tak zostaje.
Wchodzi Hanka spłakana, otulona chustką, przystępuje do Zbyszka i mówi cicho.
[edytuj] Scena ósma
Zbyszko, Hanka.
HANKA
- Proszę pana...
ZBYSZKO
- I co? I co?
HANKA
- Tak jest, jak ja mówiłam.
Zanosi się cicho od płaczu.
ZBYSZKO
- Ładna historia! A to pech!
Zaczyna chodzić po pokoju.
Hanka pozostaje przy oknie w smudze światła, tragiczna w fałdach swej czarnej chustki.
HANKA
- Co ja teraz zrobię!
ZBYSZKO
- Jedź do domu.
HANKA
- Ale! Żeby mnie tatko skórę zdarli. Nie pojadę!
ZBYSZKO
- Zresztą nie becz. Jeszcze daleko, może się jeszcze co zmieni.
HANKA
- Ale!... Takim jak ja - to Cygany los wyklną. Mnie zawsze najgorsze: się trafi. Potrzebne mi to było! Boże! Boże! To chyba się utopić.
ZBYSZKO
- Dużo by ci pomogło!
HANKA
- Śmierć na wszystko pomoże.
ZBYSZKO
- Głupia jesteś!
HANKA
- Ale!...
Płacze
ZBYSZKO
- Cicho bądź! Nie płacz, bo mnie diabli wezmą...
HANKA
zakrywa się chustką i stara się stłumić łkanie. Długa chwila milczenia.
- Proszę pana, co ja teraz zrobię?
ZBYSZKO
patrzy na nią przez chwilę, potem wychodzi do swego pokoju
- A to pech! A to pech!
Hanka wybucha spazmatycznym płaczem tuląc się do ściany. Na palcach ze swego pokoju wysuwa się Mela.
[edytuj] Scena dziewiąta
Mela, Hanka.
MELA
podchodzi do Hanki i staje przed nią zafrasowana
- Hanka! Ja słyszałam, że się Zbyszko o coś na ciebie gniewał. Prawda?
HANKA
- Nie.
MELA
- Ale słyszałam. I boję się, że to przeze mnie. Pewnie o tego narzeczonego, co go masz na wsi. Ale dlaczego Hanka się z tym kryła? Tylko teraz to już trzeba przestać do niego pisać. Co się tak na mnie patrzysz. Ja wszystko wiem...
Hanka patrzy na nią przerażona.
- No, wszystko, co się ciebie i Zbyszka dotyczy, rozumiesz?
Hanka zakrywa twarz chustką.
- I nie trzeba się bać. Ja będę z wami. Ojca też na waszą stronę przekabacę. Wszystko się zmieni - i gdy już ślub się odbędzie...
HANKA
- Ta co panienka mówi! Któż by się ze mną teraz ożenił?
MELA
- Jak to kto?
HANKA
- Ano któż by cudze dziecko wziął?
MELA
zdziwiona
- Cudze dziecko? O czym ty mówisz, Hanka? A może ty już wdowa, że masz dziecko? I tego Zbyszkowi nie mówisz...
HANKA
po chwili
- Cóż panienka mówi, że wszystko wie!
MELA
- No... niby ty i Zbyszko. To będzie mezalians, ale trudno...
Hanka milczy, gryzie róg chustki i patrzy w ziemię.
- Dlaczego nic nie mówisz, Hanka? Dlaczego ciągle płaczesz? Przecież ja do ciebie z najlepszą intencją. Nie płacz, to się jakoś ułoży.
HANKA
rycząc
- Nic się nie ułoży... pomsta na mnie, nieszczęście... Och, czemu się ja rodziłam!
MELA
- Boże! Nie płacz, Hanka...
HANKA
- Ażebym nogi połamała, nimem tu nastała!
MELA
- Hanka, nie płacz, bo mnie serce pęknie.
Pochyla się nad nią
HANKA
- Niech mnie panienka puści!
[edytuj] Scena dziesiąta
Mela, Hanka, Juliasiewiczowa.
JULIASIEWICZOWA
- Jest tu kto? W kuchni drzwi otwarte... (spostrzega Melę i Hankę) Cóż wy tu robicie po ciemku?
Hanka ucieka.
- Co Mela ma za konszachty ze sługą?
MELA
podniecona
- To nie żadne konszachty, tylko to całkiem co innego. Hanka jest bardzo nieszczęśliwa, a ja ją pocieszam.
JULIASIEWICZOWA
- Najlepiej zapal lampę.
Mela zapala lampę.
- I dlaczegóż to Hanka taka nieszczęśliwa?
MELA
- Och! To straszna historia!
JULIASIEWICZOWA
- Niech mi ją Mela powie.
MELA
- Nie mogę, ciociu... nie mogę, ale to jest okropne - to może się strasznie skończyć!
JULIASIEWICZOWA
- Najlepiej mi powiedzieć, może ja znajdę jaką radę.
MELA
- To prawda. Ciocia taka mądra, to najlepiej potrafi z mamcią sobie poradzić.
Siadają przy stole pod lampą.
JULIASIEWICZOWA
- A cóż tu mama będzie mieć do czynienia?
MELA
- Jak to? Ona głównie! (po chwili) Ja cioci powiem wszystko jak na spowiedzi. Ale, ciociu, jak ciocia mnie zdradzi, że to ja... to... już nie wiem co. Ciociu, ciociu! Tu stało się nieszczęście. Zbyszko zakochał się w Hance.
JULIASIEWICZOWA
parska śmiechem
- Tylko tyle?
MELA
- Ciociu, niech się ciocia nie śmieje! To Bóg wie co z tego może być, bo mama nie pozwoli na to małżeństwo. Zobaczy ciocia!
JULIASIEWICZOWA
- Najprzód, skąd to wiesz?
MELA
- Ja... podpatrzyłam. Niechcący! Jak Bozię kocham. Ja zaraz potem oczy zamknęłam.
JULIASIEWICZOWA
- Lepiej było przedtem. Cóżeś widziała?
MELA
- Ciociu, oni się muszą pobrać! Oni się już całują!
JULIASIEWICZOWA
śmieje się
- No, skoro się już całują...
MELA
- Tak, tak. Ja, odkąd to zobaczyłam, to sypiać nie mogę już zupełnie. Co sobie przypomnę, to mną coś tak dziwnie zatarga. I płakać mi się chce, i smutno, i miło... Ale to ja - a mama to z pewnością Zbyszka przeklnie.
JULIASIEWICZOWA
- Nie bój się, cielątko. Mama Zbyszka za to nie przeklnie.
MELA
- Żeby to jeszcze tylko, ale jest jeszcze dziecko, dużo komplikacji. Jest jeszcze finanzwach tam na wsi - i potem to już nie wiem... jest jeszcze cudze dziecko.
JULIASIEWICZOWA
- Cudze dziecko?
MELA
- No, tak! Hanka mówiła.
JULIASIEWICZOWA
zainteresowana
- No... no... jak mówiła?
MELA
- Ja jej mówię, pójdziesz za mąż, niby za Zbyszka, ja ciągle myślałam. A ona nie płacze, ale ryczy, i woła: "A kto mnie teraz z cudzym dzieckiem weźmie!"
JULIASIEWICZOWA
- Tak powiedziała?
MELA
- Ciociu, ja nigdy nie kłamię. Tylko... ja tego wszystkiego, ani weź, pokombinować nie mogę. A ciocia co rozumie?
JULIASIEWICZOWA
- Rozumiem! Rozumiem!
MELA
opierając się o stół
- Niech mi ciocia wytłumaczy, moja najdroższa!
JULIASIEWICZOWA
- Nie, panienko. Ja ci tego nie wytłumaczę. Tylko niech Mela pamięta: trzymać języczek za zębami. Ani słowa o tym do nikogo! Ani słowa! I dalej nie podpatrywać! Jakby się co znów zobaczyło, oczy zamknąć.
MELA
- A ciocia się tym zajmie?
JULIASIEWICZOWA
- Może...
MELA
- Moja ciociu święta, oni się jeszcze wykradną albo zabiją! Tak było w Kijowie... Cicho... Zbyszko!
[edytuj] Scena jedenasta
Też same, Zbyszko.
Zbyszko ubrany jak do wyjścia.
JULIASIEWICZOWA
- Jak się masz? Wychodzisz?
ZBYSZKO
- Tak.
JULIASIEWICZOWA
- Znów się puszczasz?
ZBYSZKO
- Znów.
JULIASIEWICZOWA
- Siedziałeś przecież częściej już w domu.
ZBYSZKO
- Widocznie mam już dosyć.
JULIASIEWICZOWA
- Szkoda, lepiej wyglądasz. Utyłeś trochę.
MELA
- Zbyszko, zaraz wrócą wszyscy, będzie herbata.
ZBYSZKO
- Nie czekajcie na mnie.
MELA
- Mama będzie znów zła.
ZBYSZKO
- Dajcie mi spokój!
JULIASIEWICZOWA
- Mógłbyś być grzeczniejszy!
ZBYSZKO
- Po co?
JULIASIEWICZOWA
- Choćby ze mną... Tak się zachowujesz...
ZBYSZKO
- Moja droga, raz chcesz, aby ci uchybiać, i aż prosisz się o to, to znów, aby cię szanować. Wybierz już raz: matrona czy kokota.
JULIASIEWICZOWA
wściekła
- Najlepiej zrobię, jeśli z takim brutalem mówić nie będę.
ZBYSZKO
- Najlepiej. A przestań się malować, bo wyglądasz jak kamienica odnowiona na przyjazd cesarza. Bądź zdrowa!
JULIASIEWICZOWA
- Tak! Ej, żebyś nie pożałował twojej brutalności!
ZBYSZKO
- Ja nigdy niczego nie żałuję.
Wychodzi.
MELA
- On znów taki zły jak dawniej. I z Hanką się tak kłócili! Tak kłócili! O, mamcia idzie przez kuchnię.
[edytuj] Scena dwunasta
Dulska, Hesia, Juliasiewiczowa, Mela, później Dulski.
DULSKA
do Juliasiewiczowej
- Jak się masz! Cała jestem wzburzona.
JULIASIEWICZOWA
- O cóż chodzi?
DULSKA
- W tramwaju znów awantura. Jak Hesia siedzi, to przecież wygląda na dziecko, co nie ma metra wysokości. Mówię jej: Skurcz się...
HESIA
- E, proszę mamy!
DULSKA
- Ona na złość się wyciąga i zaraz potem z konduktorem secesja, wszyscy się patrzą...
JULIASIEWICZOWA
- Ach, bo o ten cent czy dwa...
DULSKA
- Kto nie szanuje grosza, ten niewart... Hanka, nakrywaj! My tu pijemy herbatę teraz, bo piec w jadalni coraz gorszy.
JULIASIEWICZOWA
- Czemu go ciocia nie poprawi?
DULSKA
- Albom ja głupia? I tak na przyszły rok nie będę tu mieszkać, tylko wynajmę. Wtedy mi lokator piec poprawi. Idę włożyć szlafrok. Hesia, przebrać się! Mela, zajmij się herbatą.
Wychodzi.
Hanka nakrywa.
Juliasiewiczowa obserwuje Hankę.
HESIA
- Dziś była marna lekcja - dobrze zrobiłaś, że cię nie było. Same sztubaki...
Wybiega.
JULIASIEWICZOWA
- Hanka! Cóżeś tak zmizerniała?
HANKA
- Zęby mnie bolą.
JULIASIEWICZOWA
- Zęby?
Wchodzi Dulska.
DULSKA
w szlafroku
- Żywo! Samowar, bułki... Wypijesz z nami herbatę?
JULIASIEWICZOWA
- Dobrze.
Wchodzi Mela, niesie książkę i koszyk z robotą, później Hesia z zeszytami i książkami; siadają przy stole.
Dulska i Juliasiewiczowa siadają także przy frontowej stronie stołu.
DULSKA
- Szczęśliwa jestem, że już jestem w domu. Dla kobiety nie ma jak dom. Ja to zawsze powtarzać będę. Zawołajcie Zbyszka!
MELA
- Zbyszko wyszedł.
DULSKA
- Wyszedł?
MELA
- Ale pewnie zaraz wróci.
JULIASIEWICZOWA
- A mówiła ciocia, że się poprawił.
DULSKA
- Bo też tak jest. Przekonał się, że nie ma jak dom i rodzina. Musiało mu coś wypaść.
JULIASIEWICZOWA
- Wcale nie. Mówił, że mu już zbrzydł ten dom i ta rodzina.
DULSKA
- Mówił?
JULIASIEWICZOWA
- Tak. Przed chwilą. Zresztą nie mówił tak wyraźnie. Co mu tam zbrzydło, nie wiem... Dość, że poszedł.
HESIA
- Będzie się znów lumpował.
DULSKA
- Patrz swego nosa! Z tym chłopcem już nie ma rady. Już mu tak dogadzam, żeby go tylko w domu przytrzymać.
JULIASIEWICZOWA
znacząco
- E, proszę cioci, może właśnie to dogadzanie osiąga przeciwny cel.
DULSKA
- Nie rozumiem. Przecież gdzie może być mu lepiej jak w rodzinnym kole?
JULIASIEWICZOWA
- Hm!
DULSKA
do Meli
- Co ty za miny do ciotki wyprawiasz?
JULIASIEWICZOWA
- Do mnie? Zdaje się cioci. A co do tego rodzinnego koła...
DULSKA
- Co ty wiedzieć możesz o tym. Wiecznie tylko gdzieś latasz. I przyznam ci się nawet, że zaczynają coś o tobie mówić.
JULIASIEWICZOWA
- O każdym mówią.
DULSKA
- O tobie mówią to, co sama chcesz, aby mówili.
JULIASIEWICZOWA
- Na przykład?
DULSKA
- Że jesteś kokietka.
JULIASIEWICZOWA
- E!
DULSKA
- Wywołujesz taką opinię. Dlaczego o mnie tego nikt nie powie!
JULIASIEWICZOWA
podrażniona
- Mogłaby ciocia przy dziewczynkach nauk mi nie dawać.
DULSKA
- To są dzieci, więc nie rozumieją. A potem, niech nawet słyszą, to będzie dla nich nauką na przyszłość, to ich nauczy, gdzie zaprowadzić może lekkomyślność i chęć przypodobania się.
Wchodzi Dulski, wita się z Juliasiewiczową skinieniem ręki, wyjmuje z kieszeni gazetę i siada koło stołu.
Zaczyna czytać.
JULIASIEWICZOWA
coraz więcej podrażniona
- Doprawdy, że ciocia dziwnie pojmuje gościnność...
DULSKA
- Moja droga. Ja przede wszystkim pojmuję moralność i tę mam na względzie, czy tu w domu, czy...
JULIASIEWICZOWA
- To znaczy, że moje życie jest niemoralne?
DULSKA
- Na zewnątrz! Ciągle cię widzą na ulicy.
JULIASIEWICZOWA
- Nie mogę chodzić po dachach.
DULSKA
- Ufarbowałaś włosy na rudo. Gdzie widziałaś uczciwą kobietę z rudymi włosami?
JULIASIEWICZOWA
- No, tego już nadto!
DULSKA
- Wczoraj na przykład Krężlowa mówiła...
JULIASIEWICZOWA
wstając
- E, już dosyć tego! Doprawdy, ciocia uwzięła się, aby mnie denerwować. Ja do cioci spraw nie zaglądam. A może także niejedno dałoby się powiedzieć.
DULSKA
- Proszę, proszę! Moje sumienie jest czyste i nie boję się dnia białego.
JULIASIEWICZOWA
- No... już lepiej tu w biały dzień nie zaglądać! Dopatrzyć by się tu można niejednego. A zresztą niech mnie ciocia nie wyzywa, bo doprawdy...
DULSKA
wyzywająco
- Proszę, proszę powiedzieć, proszę się nie krępować.
JULIASIEWICZOWA
- Mam wzgląd na dzieci.
DULSKA
- Hesia, Mela, proszę wyjść! Felicjan, i ty zabieraj się także...
Hesia, Mela wychodzą. Dulski bierze gazetę, idzie do sypialni.
- Proszę cię, jesteśmy same. Mów, co mi masz powiedzieć.
JULIASIEWICZOWA
- Doprawdy, że ciocia zasługuje na to, ażeby się dowiedziała. I to cioci powiem, że jeżeli ciocia do mego domu zagląda, to przede wszystkim ciocia powinna swój z brudów oczyścić.
DULSKA
- U mnie nic brudnego się nie dzieje. A przynajmniej po ulicach mój dom nie jest głośny.
JULIASIEWICZOWA
- Będzie, będzie... jak się porządnie rozkrzyczy w swoim czasie.
DULSKA
- Cóż to za iluzje?
JULIASIEWICZOWA
- Wytłumaczę, jak mnie ciocia na chrzciny poprosi.
DULSKA
- Moja pani, niesmaczne żarty! Ja i Felicjan dawno już głupstwa wybiliśmy sobie z głowy.
JULIASIEWICZOWA
- Ja też nie mówię, że ciocia będzie matką, ale babką!
DULSKA
- Co? Jak?
JULIASIEWICZOWA
- Zbyszko się o to postarał.
DULSKA
- Zbyszko? Zbyszko?
JULIASIEWICZOWA
- I... Hanka!
DULSKA
- Jezus, Maria! Co, jak? Kłamiesz! Kłamiesz! Chcesz mnie chyba zabić! Strach! Nie dość, że mnie delożowali stróża jeszcze takie coś wymyślają.
JULIASIEWICZOWA
- Ja kłamię? Najlepiej niech ciocia sama się Hanki zapyta.
DULSKA
- Skandal! Hanka! Hanka! chodź tu w tej chwili!
JULIASIEWICZOWA
- Ja wolę tego nie słyszeć. Idę do dziewcząt. A jak ciocia się przekona, że nie skłamałam, to mnie ciocia przeprosi.
DULSKA
- Jutro rano! ·Hanka! Hanka!
Juliasiewiczowa wychodzi szybko. Wpada Hanka z bielizną da magla.
[edytuj] Scena trzynasta
Dulska, Hanka
HANKA
- Wielmożna pani wołała? Ja do magla...
DULSKA
- Hanka! Odpowiadaj, ale tak jak przed księdzem, czy to prawda, że ty... że ty jesteś... że...
Hanka cofa się pod ścianę i stoi nieruchoma, z oczyma szeroko otwartymi.
Dulska naprzeciw niej, groźnie w nią wpatrzona.
- Odpowiadaj!
HANKA
z wysiłkiem
- Tak, proszę wielmożnej pani.
DULSKA
- Może kłamiesz? Może chcesz naciągnąć?
HANKA
- Nie kłamię!
DULSKA
- Jak Boga chcesz mieć przy skonaniu?
HANKA
- Jak Boga chcę mieć przy skonaniu!
Długa chwila milczenia. Hanka stoi nieruchoma, oparta plecami o ścianę. Po jej twarzy płyną duże, ciężkie łzy.
DULSKA
po chwili
- Oddam ci książeczkę, zapłacę do pierwszego i wynoś się.
HANKA
- Ja wolę pójść zaraz.
DULSKA
opamiętywuje się.
- Tak będzie lepiej. Pakuj się. Połóż bieliznę. Ja takich dziewczyn, co o swoją dobrą sławę nie dbają, nie mogę u siebie trzymać. Wyniesiesz się zaraz... Idę po książeczkę.
Wychodzi do sypialni.
Hanka stoi nieruchoma chwilę, wreszcie ociera twarz i kieruje się do kuchni.
Juliasiewiczowa wychodzi z pokoju dziewcząt.
[edytuj] Scena czternasta
Juliasiewiczowa, Hanka, później Mela, Zbyszko.
JULIASIEWICZOWA
- Hanka!
HANKA
- Co?
JULIASIEWICZOWA
- Co się stało?
HANKA
z wybuchem płaczu
- Wielmożna pani wyrzuca mnie.
JULIASIEWICZOWA
- Zobacz się z panem Zbyszkiem.
HANKA
- Ale... co mi tam! Niech ich za moją krzywdę!
Wypada do kuchni.
MELA
- Ciociu! Ciociu, i co, i co? Ja się tak boję!
JULIASIEWICZOWA
- Idź do siebie! Nie pokazuj się.
MELA
- Boże mój! Ciociu, niech ich ciocia nie opuszcza.
Juliasiewiczowa wpycha ją do pokoju dziewcząt. Wchodzi Zbyszko.
ZBYSZKO
do Juliasiewiczowej
- Ty tutaj? To dziwne... Tam twój oficer spaceruje przed bramą i czeka.
JULIASIEWICZOWA
- A tobie co do tego? Patrz lepiej, żebyś ty nie miał to, na coś zasłużył.
ZBYSZKO
- Cóż to za ton?
JULIASIEWICZOWA
- To ty zmień twój ton. Będziesz ty inaczej za chwilę śpiewał! Wydały się twoje sprawki z Hanką.
ZBYSZKO
- A... psiakrew!
JULIASIEWICZOWA
- Aha, klnij! Dużo ci pomoże! Matka Hankę teraz wypędza. Ciekawa jestem, co twój honor uwodziciela każe ci teraz zrobić dla twej... ofiary!
Śmieje się ironicznie
ZBYSZKO
chwyta za kapelusz
- Żmija!
JULIASIEWICZOWA
- Byłam pewna. Kapelusz w rękę i fiut! Najlepszy punkt wyjścia.
ZBYSZKO
- Milcz! Nie doprowadzaj mnie do pasji.
[edytuj] Scena piętnasta
Dulska, Juliasiewiczowa, Zbyszko.
DULSKA
w ręku książeczka
- Hanka! A, ty tu? Nie wychodź!... Mam z tobą porachunek.
ZBYSZKO
- Tak, tak. Wiem już, o co chodzi. I... pokazałaby mama wiele taktu, gdyby o tym nie mówiła.
DULSKA
- Taktu! Taktu! Ty śmiesz mówić o takcie? Ty, który taki skandal wywołałeś pod rodzicielskim dachem! Jak się to rozniesie po ulicy, to chyba dom sprzedać i wynieść się do Brzuchowic czy na Zamarstynów.
ZBYSZKO
- To moja rzecz.
DULSKA
- Bezwstydnik! Do tego doprowadzić, żeby mi potem byle kto oczy tym wykalał.
JULIASIEWICZOWA
- O, przepraszam! Tym “byle kto” to mam być ja? Tego już zanadto. I ciocia tak mówi? A czy wie ciocia, że ja potrzebuję tylko dwa słowa powiedzieć, aby ta śliczna historia inaczej wyglądała?
DULSKA
- Co powiesz, to będzie kłamstwo. Takiej jak ty nikt nie uwierzy.
JULIASIEWICZOWA
- Jaka ja jestem, to jestem, ale nigdy nie dopuściłabym się tego, czego się tu dopuszczono. (do Zbyszka) Wiedz o tym, że ciocia o Hance od początku wiedziała.
DULSKA
- Nieprawda!
JULIASIEWICZOWA
- Aha! Nieprawda! Przez palce się patrzyło, przez palce. Dopiero teraz, jak grozi głośny skandal, to na Zbyszka, na Hankę...
ZBYSZKO
- A to ładna historia! I w jakim celu?
JULIASIEWICZOWA
- Żebyś w domu siedział...
ZBYSZKO
- A... rozumiem!
DULSKA
- Ona kłamie!
ZBYSZKO
- Ona prawdę mówi. To bardzo na maminą moralność patrzy.
DULSKA
bije pięścią w stół
- Kłamie!
JULIASIEWICZOWA
tak samo
- Nie kłamię!
ZBYSZKO
tak samo
- Prawdę mówi! Ja to czuję, ja to wiem! To jest to, co tu pełza tak brudno, tak ohydnie - co to za ścianę byle nie wyszło. Ale kto wiatr sieje, ten burzę zbiera! Hanka!
Biegnie do kuchni.
Mela i Hesia ukazują się na progu.
DULSKA
- Zbyszek!
ZBYSZKO
- A chce mama wiedzieć, co zrobię? Chce mama wiedzieć? Ja się z Hanką ożenię!
DULSKA
- Jezus, Maria! Szlag mnie trafi!
MELA
- Mamo, przebacz im! Błogosław!
DULSKA
- Odczep się!
Zbyszko wciąga Hankę.
- Hanka, rzuć te łachy! Zostaniesz tutaj na zawsze.
HANKA
- Kiedy mi pani wypowiedziała.
ZBYSZKO
- Zostaniesz! Ja się z tobą ożenię.
HANKA
- Rany boskie!
DULSKA
- Ja nie pozwolę.
ZBYSZKO
- To się na nic nie zda.
JULIASIEWICZOWA
- Zbyszko, upamiętaj się!
DULSKA
do Dulskiego, który wszedł i patrzy zdumiony
- Felicjan, widzisz, jaką twój syn daje nam synową?..
Dulski zainteresowany podchodzi.
- No, ruszże się, ty ojciec... Przeklnij go czy co, może się upamięta.
ZBYSZKO
- To na nic. Tak będzie! Niech raz taka szpetota unurza się we własnym błocie.
DULSKA
- Rany boskie! Jak mi się kto spyta, jak moja synowa z domu...
ZBYSZKO
- To powie mama, że nie z domu, ale z chałupy. To będzie najgorsza kara. Hanka, padnij do nóg i proś o błogosławieństwo...
HANKA
- Proszę wielmożnej pani, ja przecież...
DULSKA
- Idź precz! Felicjan, odezwij się!
DULSKI
- A niech was wszyscy diabli!!!
Odchodzi do sypialni.
DULSKA
pada na kanapę
- Nie wytrzymam, daję słowo, nie wytrzymam...
ZBYSZKO
- Siadaj, Hanka, siadaj rzędem obok mamy! Teraz tu twoje miejsce.
Sadza gwałtem Hankę na kanapę.
JULIASIEWICZOWA
- Zbyszko!
Dzwonek, Hanka się zrywa i chce biegnąć otworzyć.
ZBYSZKO
- Siedź! Nie ruszaj się!
HANKA
- Ja chcę otworzyć...
HESIA
- Ktoś idzie.
ZBYSZKO
sadza gwałtem Hankę i stając na progu przedpokoju mówi
- Niech kucharka idzie otworzyć i powie, że obie panie Dulskie przyjmują!
Zasłona spada.