Moja pieśń wieczorna
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Jan Kasprowicz
- On był i myśmy byli przed początkiem –
- niech imię Jego będzie pochwalone!
- Razem z gwiazdami byliśmy i słońcem,
- zanim się gwiazdy i słońca
- jęły rozbijać w swych kołach,
- zanim się stało to, co cię pożera.
- O duszo, spragniona miłości,
- o duszo, spragniona spokoju!
- On był i ty w nim byłaś przed początkiem,
- nim jeszcze miłość i spokój
- stały się ogniem trawiącym,
- zanim się .stały zabójczą tęsknicą
- i tym kamiennym, ślepym przerażeniem...
- Dzień mój przygasa –
- za wielkim, niebotycznym przygasa mi szczytem,
- krwawą za sobą zostawiając zorzę,
- która się czepia ogniami
- tych oto smreczyn i ścian poszarpanych,
- zatartych śladów moich stóp.
- Dzień mój przygasa, ten złoty,
- ten lazurowy, ten słoneczny dzień,
- w błogosławieństwie swych drogich promieni
- więżący klątwę dla człeka,
- dla zbłąkanego pielgrzyma.
- Niech gaśnie! niech ginie!
- Niech upragniony nadejdzie już wieczór
- ze swoją ciszą wieczystą,
- która ci mgłami szepce miesięcznymi,
- że zanim miłość i spokój
- stały się ogniem trawiącym,
- zanim się stały zabójczą tęsknicą
- i tym kamiennym, ślepym przerażeniem,
- On był, i myśmy byli przed początkiem.
- Błogosławioną niech będzie ta chwila,
- kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!
- Kiedy od cichych pól,
- od rżysk i rzecznych pobrzeży,
- od przecznic i od ugorów,
- od wypaczonych chat
- i od tych stodół zwietrzałych
- chłopięca płacze piosenka:
- A grajże mi, piszczałeczko,
- a grajże mi, graj!
- Uliniłem cię z wierzbiny,
- gdzie ten potok srebrnosiny,
- gdzie ten szumny gaj!
- Pani pana tam zabiła,
- zieleni się, hej! mogiła,
- zieleni się, hej!
- A cierniste krzewię głogu
- świat swój sypie po rozłogu,
- s szept idzie z kniej!...
- A dusza słucha i słucha...
- A dzień jej przygasa,
- l ona śladem tęsknicy
- płynie rozlewną falą księżycową,
- rosami płynie, lśniącymi na łąkach,
- i wierzchołkami ukojonych drzew,
- i grzbietem białych gór
- ku onym dniom zapomnianym,
- gdy miłość i spokój
- nie były ogniem trawiącym
- ani kamiennym, ślepym przerażeniem.
- Przestwór się przed nią rozszerza
- I przepełniony wiekuistą nocą,
- topi w swych głębiach wszystko, co ją zmogło
- urągowiskiem i grzechem,
- i wypełnioną pokutą,
- wstydu i hańby pociemniałą twarzą,
- i podeptaniem świętych, bożych praw,
- i krwawą zemsty pochodnią,
- i bolu, bolu strasznego
- tak pożądanym, a tak żrącym widmem.
- Błogosławioną niech będzie ta chwila,
- kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!...
- Na senne kwiaty wystąpiła rosa,
- na łąk płaszczyzny, na ciemny łan zboża,
- a ona siadła na brzegu jeziora
- i rozmodlona patrzy w jego głębię –
- i oparami wznosi się nad wielką,
- nad uciszoną, rozmodloną wodą –
- i słucha, i patrzy, i szepce
- swoje wieczyste pacierze.
- Z zapadłych wiosek płyną rozhowory,
- w bagniskach dzikie obzywa się ptactwo,
- a gdzieś w pustkowiu, a gdzieś na rozstaju
- w samotnej chacie połyskuje światło,
- a tam! z daleka cicha idzie Śmierć.
- Od zórz zachodnich, w ziół zasypiających
- rozkosznej woni piosnka się kołysze,
- nad niemowlęcia kolebką wysnuta:
- O tej radości, o tym weselu,
- o tym cudownym, ukrytym zielu
- zza siódmej góry, zza siódmej rzeki,
- które na smutek słodkie ma leki.
- O tej godzinie, co szczęście niesie,
- pieśń się kołysze po krzach, po lesie,
- po falach żyta pieśń się kołysze
- w tę uroczystą, wieczorną ciszę,
- a w ślad za pieśnią cicha kroczy Śmierć.
- Wyszła z dziedziny, gdzie miłość i spokój
- nie są–ci ogniem trawiącym
- ani zabójczą tęsknicą,
- ani kamiennym, ślepym przerażeniem,
- i w świat podąża, ku onym rozstajom,
- k`temu pustkowiu, ku chacie samotnej,
- k`temu słabemu, czerwonemu światłu...
- Ścieżyną zdąża i traktem szerokim,
- po drodze zerwie jakiś kłos zielony
- albo też listek topoli
- i w zamyśleniu rzuci je pod nogi.
- Lekkimi stopy przygnie jakąś trawkę
- lub owad zdepce na miedzy,
- albo swą długą, białą, przeźroczystą
- zanurzy rękę w staw
- i jego srebrną powierzchnię
- powlecze rdzą opałową.
- Czasem w tym swoim pochodzie
- siądzie na chwilę pod krzyżem pochyłym
- na opuszczonej mogiłce
- i głowę ukrywszy w dłonie,
- głębokim jękiem zapłacze,
- rozlewającym się na okrąg świata,
- a potem wstaje i traktem rozległym
- albo miedzami idzie znów śród zbóż
- k`temu pustkowiu, gdzie w chacie samotnej
- czerwone, słabe połyskuje światło.
- A za nią snuje się smuga
- sinych oparów i mgieł,
- na których ciężkim, dalekim obrzeżu
- zachodnia krwawi się zorza...
- Czemu nie gaśniesz, ty zorzo?...
- On był i myśmy byli przed początkiem,
- zanim się stało to, co nas pożera!
- Czemu nie gaśniesz?!
- Ach! jak się w twoich płomieniach
- palą te grona jarzębin!
- Jak się rozżarza ten żwir –
- ten szary piasek na drodze pątniczej!
- Wybaw człowieka, o Panie,
- od żagwi gniewu Twojego!
- Dusza ci śpiewa psalm, jak niegdyś, niegdyś –
- śród koralowych jarzębin,
- przy rozszumiałych, wielkich polach zbóż,
- przy tajemniczych pogwarkach tych lip,
- rozkołysanych Twym świętym oddechem...
- Pokorna, cicha, nieskalana dusza
- stoi u wrótni kościółka
- i psalm Ci śpiewa, tak wieczny,
- jak wieczną ona i Ty!
- Na roztęczone mgławice kadzideł
- kładą się dźwięki organów,
- majestatyczne, cudotwórcze dźwięki,
- i podpływają ku cichej, pokornej,
- ku nieskalanej, ku skupionej duszy,
- klęczącej u progu świątyni.
- Grona jarzębin rumienią się w słońcu,
- prastare lipy szumią hymn pierwotny,
- przenikający głębinę jestestwa,
- łan się kołysze, rozłożysty, złoty,
- w oknach świergocą jaskółki,
- nad poszeptami pacierzy
- nieprzeliczonych pątników
- białe wzlatują gołębie,
- a w rozmodleniu milczącym,
- na skrzydłach psalmów tak wiecznych
- jak wieczna ona i Ty,
- wznosi się dusza ku Tobie.
- Bo gdzież jest większy Pan i król, i władca?
- Gdzież moc Ci równa i równa potęga?
- Sam z Siebieś powstał, majestat Twój płonie
- na tym z wieczności zbudowanym tronie.
- Z Siebie stworzyłeś ten przestwór bez końca
- i z Siebieś w niego rzucił żar na słońca.
- Istnienieś Swoje zamknął w prochu ziemi
- i wichr piersiami oddycha Twojemi,
- Duszę człowieka wywiodłeś ze Siebie
- wraz z duszą globów świecących na niebie.
- Tyś, Boże, ziarnem i kłosem, i listkiem,
- Wszystko jest z Ciebie i Ty jesteś Wszystkiem,
- i przez Cię Wszystko, nieśmiertelny Panie,
- ma nieśmiertelne w Tobie królowanie.
- Gdzież moc Ci równa? gdzież równa potęga?
- Gdzież jest ten płomień, co skry Twej dosięga?
- Gromem przemawiasz w łyskającej tuczy,
- głos Twój morzami i wulkanem huczy,
- trzęsieniem ziemi ogłasza Twe wieści
- lub słodko szumi, szemrze i szeleści.
- Straszliwym bywasz w Swym monarszym gniewie:
- rozkwitłe pola zatapiasz w ulewie,
- żagwią pożarów godzisz nam w zagrody,
- bijesz dobytek i zatruwasz wody.
- Lecz kto opiece Twej odda się szczerze,
- tego Twa łaska od złego ustrzeże.
- Bo czyjaż dobroć Twych bezmiarów sięga?
- Gdzież moc Ci równa i równa potęga?...
- Błogosławioną niech będzie ta chwila,
- kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy,
- tej nieskalanej, pokornej i cichej!...
- 0n był i myśmy byli przed początkiem –
- chwalmy i wielbmy Jego święte imię!
- Czemu nie gaśniesz, ty zorzo,
- nad oceanem tych ciężkich oparów,
- co pochłonęły me słońce?
- Księżyc się dźwignął ponad węża gór,
- osrebrza brzegi obłoków,
- lśni się na rysach śnieżystych;
- od wschodu pełza cicha noc,
- stoki swym wielkim przytłacza spokojem,
- a ty się palisz!
- Stamtąd – od nizin dalekich,
- usypiających poza stu wodami,
- poza tysiącem dróg,
- jakieś się echo przyczołguje w duszę –
- Cicho!
- To płacz tej dawnej, chłopięcej piosenki:
- A grajże mi, piszczałeczko,
- a grajże mi, graj!
- Uliniłem cię z wierzbiny,
- gdzie ten ruczaj srebrnosiny,
- gdzie ten szumny gaj!
- Ach!...
- Przeoratem łan o świcie –
- od pola do pola,
- kąkól wyrósł w moim życie,
- dolaż moja, dola!
- A grajże mi, piszczałeczko,
- a grajże mi, graj!...
- a grajże mi, graj !...
- Czemu się żagwisz?...
- Niech raz już wszystko zagaśnie!
- Jarzębina się rumieni,
- szepcą lipy stare,
- suchy piasek się podnosi – – –
- Czemu nie milkniesz, ty zorzo?
- Dlaczego krzykiem ognistym,
- wystrzelającym z tych przepastnych szczelin
- pomiędzy dwiema piekielnymi ściany,
- tak mnie oślepiasz i tak mnie ogłuszasz,
- że dojść nie mogę do kresu?
- Dzień mój już przygasł,
- a zorza jego się krwawi,
- jakby się krwawić miała w nieskończoność!...
- Wszystko pożera swymi płomieniami –
- duszę mi pali i świat cały pali!
- Z olbrzymich snopów ognia,
- jakby młóconych niewidzialnym cepem,
- sypią się ziarna skier
- w okrąg na niebo i ziemię!
- Księżyc się zajął
- i w mgnieniu oka wyrósłszy
- w ogromną kulę ognistą
- zaczyna rwać się w kawały
- i płomiennymi wali się bryłami
- na cielska płonących gór,
- na popiół smreków spalonych.
- Płoną jeziora, sto wód się pali
- i tysiąc dróg!
- Z rozszalałego wnętrza ziemi
- ogniem buchają wulkany,
- gwiazd miliony tną błyskawicami
- spieniony potop płomieni
- i z hukiem
- giną w czeluściach czerwonych...
- Boże!
- Czemu mnie karzesz?
- W tych rozżarzonych stanąłeś przestworzach,
- cały spłomienion, większy niż przestwory,
- z krzyżem ogromnym, płomienistym w dłoni
- i rozżagwiony rzucasz na mnie świat...
- Karz mnie!
- Bom–ci ja człowiek, który wyszedł z grzechu
- i prześladowan był przez grzech – do końca l
- Moja to wina!
- Bo oto moja nieprawość,
- mnoga jak iskry tych ogni,
- przeszła granice, Panie, Twych zamiarów!
- Ojcam się wyparł,
- a kiedy zamknął powieki,
- krzyża–m na jego grobie nie postawił,
- bom go nie prosił o garść tego błota,
- o nędzny żywot ten!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Matkę–m wypędził z domu, by nie jadła
- strawy, porwanej większym niż ja tchórzom –
- a wypędziłem ją w czas, gdy nad ziemią
- przebiegał tuman nawałnic,
- aby jej w drodze, w bezludnym pustkowiu,
- oczy wyżarły błyskawice,
- a dąb, walący się od gromu,
- aby ją przygniótł swą kłodą na wieczność!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Oślepłą siostrę spotkawszy żebrzącą
- u wrót wspaniałej katedry,
- nie czułem tyle odwagi,
- aby się dotknąć jej ręki wyschniętej
- i na jej krwawe wskazując orbity,
- głupim powiedzieć lwom i pustym lwicom:
- Idźcie l mnie łaski waszej nie potrzeba –
- to siostra moja! przy niej mi pozostać!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Psa, który zaszedł mi drogę
- i z głodu zęby wyszczerzył,
- i miłosierne wlepił we mnie ślepie,
- kopnąłem nogą,
- aż ze skowytem padł pod moim płotem!
- Robaka–m zdeptał –
- tysiące owadów
- miażdżyłem stopą, wlokąc się przydrożem,
- ażeby duszę znudzoną
- orzeźwić wschodem lub zachodem słońca.
- A pnąc się w górę, ku rzeźbionym grotom,
- ku tajemniczym snom stalaktytowym
- albo ku wirchom, skąd pycha
- wygraża światu pięściami z granitu,
- kazałem ścinać pachołkom
- gałęzie smreków młodziutkich,
- gdyż iglicami drażniły mi skronie...
- Zabiłem brata,
- bo mi się worał w miedzę
- i naręcz owsa mi wyżął
- dla swego konia –
- moja to wina, moja wielka wina!
- Chęć mi raz przyszła obłędna,
- ażeby kopać dla siebie mogiłę,
- bo mi się życie stało cmentarzyskiem,
- i w tę mogiłę wtrąciłem bliźniego,
- tak że oszalał między umarłymi!
- Moja to wina!
- Uwiodłem żonę przyjaciela –
- moja to wina!
- Pod próg sąsiada kazałem podrzucić
- dziecko zrodzone z mego rozbestwienia.
- A raz to grzech mi tak zaciemnił oczy,
- żem po omacku szedł w przepastną głębię
- strasznego lasu
- i jadowite wyszukawszy ziele,
- świat nim stłumiłem w poczęciu.
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Nie karz mnie, Boże, według moich zbrodni!
- W tej gniewu Twego straszliwej godzinie
- świat niech się kaja, lecz niechaj nie ginie!
- Wielka jest moc Twa i wielka potęga,
- lecz czyjaż dobroć Twej dobroci sięga?!
- Rozpalonymi namiętnością dłońmi
- umiałem skazić niewinną wstydliwość,
- nim się w słoneczne rozwinęła kwiecie.
- Podstępnie owoc zerwałem dziewiczy,
- słowem, któremu dała moc obłuda,
- wielbiąc zbawienie z miłości,
- a sobiem szeptał jak złodziej, co w każdym
- widzi złodzieja: rwij, nim przyjdzie inny!
- Za grosz kupionej rozpuście
- dałem się wlec po kałużach
- albo gdy przesyt wypił ze mnie krew,
- jak widmom stawał u bram lupanaru
- i źrenicami zmienionymi w szkło,
- przez które ognia przezierał ostatek,
- zazdrośniem śledził takich jak ja – trupów,
- by ich rozkoszą zwątloną
- podżegać w myśli mą rozkosz przymarłą.
- A nieraz podłość tak mi żarła duszę,
- że chcąc wypełnić jej pustkę,
- małom nie szeptał błądzącym przechodniom:
- Nie tymi drzwiami: tamte wam poradzę.
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Związan ślubami,
- które mi jarzmem się stały,
- a sił nie mając otwarcie
- zrzucić ze siebie tych błazeńskich dzwonków
- arcykapłana domowych ołtarzy
- i iść, gdzie w słońcu południa,
- śród woniejących ogrodów
- krwawo się złoci zakazane drzewo,
- dawałem w duszy przystęp takim szeptom:
- Niechajże Szatan się zjawi
- i niech uwikła w sieć swojej pokusy
- tę, co mi ongi była mocą szczęścia,
- a dziś mnie dusi swą cnotą!
- Wówczas jej krzyknę: podłaś! i już czysty
- w nędznym sumieniu pójdę spełnić zdradę!
- Moja to wina! moja wielka wina!
- Oto jest miłość! oto jest to źródło,
- z którego bije szlachetność!
- Moja to wina! moja wielka wina!
- Panie!
- Wszystkie ja grzechy wziąłem na swe barki,
- bom–ci ja człowiek, bom urodzon w bolu,
- bo żal i rozpacz, i przestrach,
- i wyczerpanie, i siła
- są przyczynami mojego istnienia...
- Spłonąłem chucią do mej własnej krwi,
- do matki mojej i do córki mej!
- A w noc tajemniczą,
- kiedy przed moim pałacem,
- wzniesionym z mgławych majaków,
- przedziwne kwiaty o zbielałych oczach
- rozrzechotanej Meduzy
- do jakichś strasznych rozmiarów
- w mżach wyrastały miesięcznych –
- kiedy się księżyc skradał do mych komnat
- i kładł na łoże mego wyczerpania,
- wonczas mnie ze snu budziła lubieżna,
- sprowadzająca warg bezwładne drgawki
- i źrenic błędną gorączkę,
- potworna żądza ku Twemu – zwierzęciu!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Oto jest miłość! Oto jest krynica,
- z której wypływa zwycięstwo nad piekłem!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Karz mnie!
- Karz mnie!
- W tym rozżagwionym przestworze
- masz krzyż z płomieni, większy niż ten przestwór,
- więc bezlitością swych płomiennych rąk
- wyciągnij członki moje do ogromu
- Twojego krzyża, na którymś zawisnął
- Ty sam, o Panie! ongi przed początkiem,
- kiedyś się zmuszał, by spokój i miłość
- przemienić w ogień trawiący
- i w skamieniałe, ślepe przerażenie!
- Kiedyś ze swego spokoju
- i swej miłości
- wydzielał słońca i gwiazdy,
- by rozbijały się w swoich elipsach,
- aby się stało to, co nas pożera!
- Karz mnie, człowieka, co krąży po świecie
- z brzemieniem winy na ugiętym grzbiecie.
- Wagę masz w ręku i miecz sprawiedliwy,
- z którego lecą skry na ludzkie niwy,
- a pomsty Twojej płomienna potęga
- od pokolenia w pokolenie sięga.
- Krew nam wysusza i pożera kości
- wieczysta wszechmoc Twej zapalczywości –
- żadna się przed nią groza nie ostała:
- Niechaj Ci za to będzie cześć i chwała
- na wieki wieków, Amen, Amen, Amen!
- Panie!
- Kłamałem!
- Zawiść i zazdrość tuliły się do mnie
- zżółkłymi tony i nagością swoją
- opanowawszy mą duszę,
- kazały zezem patrzeć mi na sławę
- i na bogactwo rodzonego brata.
- Kradłem –
- w kościele Twoim rozbiłem skarbonę!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- A raz w czarownym, wielkim, ludnym mieście,
- spiesząc ku śmierci, która czeka na mnie,
- chciwie wstrzymałem krok przed stosem złota
- i błyskawicą, która idzie z Ciebie –
- moja to wina, moja wielka wina!
- myśl mi przebiegła haniebna:
- tak! wymordować czcicieli Molocha
- i potem – zająć ich miejsce!
- Panie!
- Fałszywym byłem prorokiem
- i nie umiałem powstrzymać bluźnierstwa
- przeciwko Tobie, tak jak dzisiaj bluźnię!
- Krzywdy–m ja bratu nie przebaczył,
- choć sam krzywdziłem – jak oszust!
- Pogardę niosłem tłumowi,
- jego sczerniałym, spracowanym dłoniom,
- jego łachmanom przesyconym potem!
- Ornat na siebie kładłem i koronę
- i wziąwszy jabłko do ręki i berło,
- kazałem klękać przed swymi rozkazy,
- jakby nie było Twego majestatu!
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Okręty słałem na spienione morza,
- a w bitwach, w moim wszczynanych imieniu,
- tysiące kładły się we krwi swej własnej,
- a wszak Ty jeden masz prawo
- na życie człeka wydawać wyroki!...
- Moja to wina, moja wielka wina!
- Karz mnie!
- Bom–ci ja człowiek skazany na karę,
- bo dzień mój przygasa,
- a zorza jego się krwawi
- i świat się mój pali!
- Bo dawno już przeszedł czas –
- moja to wina, moja wielka wina –
- gdzie miłość i spokój
- nie były ogniem trawiącym
- ani zabójczą tęsknicą,
- ani kamiennym, ślepym przerażeniem...
- A grajże mi, graj!...
- Jarzębiny się rumienią –
- suchy piasek się podnosi –
- A grajże mi, graj!...
- On był i myśmy byli przed początkiem,
- zanim się stało to, co nas pożera...
- Błogosławioną niech będzie ta chwila,
- kiedy się rodzi wieczorny hymn duszy!
- kiedy na wieki – na wieki
- gaśnie jej dzień – – –