Maria Stuart/Akt IV
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Scena I
Pokoje królowy.
MARIA, BOTWEL
MARIA
- Dziś jestem spokojniejszą, czystych modlitw władza
- Usypia wszystkie troski i uśmierza bole;
- Czas, cierpliwość najsroższe rany ułagadza.
- Wszystko znieść można.
BOTWEL
- Wszystko?
MARIA
- Troski i niedolę...
BOTWEL
- I wzgardę?
MARIA
- Dosyć! dosyć zniosłam na kobietę!
- Jestem na tronie, ale z sercem zakrwawionem.
BOTWEL
- O Mario! ty się nadto łudzisz blaskiem, tronem,
- Ten tron, to proste deski szkarłatem przykryte;
- Już zeń zdjęto szkarłaty, zasłana całuny,
- Obejrzyj się, na tronie niedostaje truny.
- Widziałem w kraju Franków, gdy król wielki skona,
- Postać jemu podobną wnet z wosku utworzą,
- Przykryją szkarłatami, na mary położą;
- Dziwnie od martwej twarzy odbija korona;
- Przeraża ludzi wstrętem ta postać woskowa
- Ustrojona w klejnoty, przy trumny żałobie;
- Nie obrażaj się, Mario, lecz Szkotów królowa
- Podobna do tej maski leżącej na grobie.
MARIA
- Cóż uczynię?
BOTWEL
- Ha! módl się! przebaczaj!
MARIA
- Przebaczyć! Komu przebaczyć?
BOTWEL
- Wszystkim.
MARIA
- Chciej mi wytłumaczyć!
Botwel się żegna.
- Czego się żegnasz?
BOTWEL
- Pani! odmawiam pacierze,
- Słyszę dzwon po umarłym.
MARIA
- Co? dzwon, po kim dzwony?
BOTWEL
- Po śmierci Rizzia.
MARIA
- Boleść zaledwo uśmierzę
- I modlitwą zagłuszę jęk w piersiach tłumiony,
- Szatan budzi mię ze snu.
BOTWEL
patrząc przez okno
- Patrz, pani! tam z dala
- Snuje się tłum pogrzebu, idą czarne cugi,
- Płatna wymowa cnoty zmarłego wychwala;
- A za trumną przyjaciół orszak smutny, długi,
- Ale ten najwierniejszy, który w trumnie zaśnie.
- Każdy z domu wychodząc trzymał świecę jasną,
- Półowa już pogasła, inne teraz gasną,
- Patrz! jedna jeszcze miga — i ta wkrótce zgaśnie;
- Na chwilę mu ciemnego grobu nie oświecą
- I pamięć ich zagasa z tą gasnącą świecą.
- Śpij, Rizzio, wszyscy, wszyscy ciebie zapomnieli!
- Czyż nie dosyć? zmówili wieczne odpocznienie.
MARIA
- Słuchaj! słuchaj! kobieta na cóż się ośmieli?
- Patrz, Botwelu! ten obraz wiszący na ścienie,
- Jak w nim dobrze trafiona blada twarz Henryka
- Ściga za mną oczyma... Nie zniosę tej twarzy!
- Patrz! za mną się obraca, wzrokiem mię przenika.
- O! ten wzrok! nie jest dziełem ludzi i malarzy,
- Na obraz szatan przeniósł myśl moją, sumnienie,
- I serce moje dręczy boleścią okrutną.
BOTWEL
- Cha! cha! więc ci niemiłe Darnleja spojrzenie?
- Można obraz zasłonić?
MARIA
- Nie — rozedrzyj płótno!
- Rozedrzyj je sztyletem — na co te obrazy?
- Ja go mam w sercu.
BOTWEL
- Pani! spełnię twe rozkazy,
- Czy będziesz spokojniejszą?
MARIA
niecierpliwie
- Spełnisz moje chęci?
- Co wyrzekłeś?...
BOTWEL
- Tak, zniszczę ten obraz Darnleja.
MARIA
z przytłumionym westchnieniem
- Obraz!...
BOTWEL
- Tak chciałaś?
MARIA
- Prawda, wyszło mi z pamięci,
- Chciałam zgonu obrazu...
na stronie
- Zniknęła nadzieja!
- On mnie nie pojmie, ja się wyrzec nie ośmielę.
BOTWEL
- Pani! więc dziś się z tobą na wieki rozdzielę,
- Przyszedłem cię pożegnać.
MARIA
z rozpaczą
- Co mówisz? mój drogi!
- Dla nieszczęśliwej cios to nazbyt! nazbyt srogi!
- Nie wytrzymam!
BOTWEL
- O pani! mam zostać przy tobie?
- Każesz mi zostać? jesteś królową, masz władzę.
- Dziś więc grób mój przy Rizzia każę kopać grobie,
- Przeciw sztyletom słaba obrona w odwadze.
MARIA
- Ty mi serce rozdzierasz — piekło teraz we mnie!
- Zemścić się! zemścić! Cóż mi teraz pozostaje?
- Zemścij się!...
BOTWEL
- Nad Duglasem mścić się? — to daremnie,
- Duglas z Lindsajem oba uszli w obce kraje.
MARIA
- Idź! szukaj ich! nie, zostań! zostań tu! miej litość!
- Chciej mnie zrozumieć! błagam! Czyliż duszy skrytość
- Mam wyjawić słowami? — Choć wiem, że ta mowa
- Sumnienie mi obarczy, z echem nie upłynie,
- Powinien zginąć!
BOTWEL
- Kto?
MARIA
długo pasując się z sobą
- On!!
BOTWEL
- Kto?
MARIA
- Król!
BOTWEL
- Zginie!
MARIA
- O! ty jesteś jak echo, powtarzasz me słowa,
- Ja chciałabym, ażeby bez echa skonały.
- Lecz tak, już przeważyłam jedną stronę szali,
- Tak, już się pierwsze węzły skrytości przerwały,
- Dalej! dalej iść trzeba, idę dalej! dalej!
- Nie wiem, gdzie zajdę... Słuchaj! jesteś taki blady,
- Jakbyś mi chciał wyrzucać!
BOTWEL
- Królowo! ja zbladłem?
- To może dawnych cierpień pozostały ślady.
MARIA
- Botwelu! niech twe czoło nie będzie źwierciadłem,
- W którym czarność mych zbrodni czytam z przerażeniem.
- Mamże twe świetne myśli przykryć zbrodni cieniem?
- Zapomnij słów niebacznych! ja marzyłam we śnie;
- Zapomnij o snach moich! nie zwierz ich nikomu!
BOTWEL
- Królowo! on dziś zginie.
MARIA
z przerażeniem
- Dziś? to nadto wcześnie!
BOTWEL
- Gdzie Henryk?
MARIA
- Niedaleko, w małym wiejskim domu.
- Mówią, że chory.
BOTWEL
- Chory?... Chory umrzeć może.
- Nie lękaj się, dziś Henryk pod sztyletem skona,
- Oddalę podejrzenie, chorobą się złożę.
- Lecz dopomóc mi trzeba... Jako wierna żona
- Powinnaś go odwiedzić jeszcze dziś z wieczora,
- Dasz mu w lekarstwie napój, co go uśpi w nocy.
MARIA
- O, to, czego ty żądasz, nie jest w mojej mocy.
- Ja mam go widzieć dzisiaj? widziałam go wczora,
- Jutro mam widzieć trupem — widzieć dziś? nie mogę!
BOTWEL
- Odwiedź go — zniszczysz wszelkie podejrzenia, trwogę,
- Bez tego spać nie będzie, uchroni się zgonu.
MARIA
- Daj więc! daj mi ten napój — zejdę z mego tronu,
- I przez tę noc straszliwą żaden z mych poddanych
- Nie będzie równie podłym i występnym...
BOTWEL
wyjmuje truciznę, którą pokazywał u astrologa.
- Pani!
- Oto napój wyjęty z ziół mi dobrze znanych.
- Niech Henryk spełni do dna, choć może smak zgani,
- Sen dla chorego, w bolach wielką jest przysługą.
MARIA
- Więc Henryk gdy wypije?
BOTWEL
- Zaśnie...
MARIA
- Na jak długo?
BOTWEL
- Nie wiem...
odwracając się
- Skoro napoju użyje królowa,
- Mój sztylet niepotrzebny.
do Marii
- Królowo! bądź zdrowa!
Odchodzi.
MARIA
sama
- Uważałam go pilnie, przez rysy oblicza
- Chciałam czytać aż w sercu, odkryć by cień zdrady.
- Smutny był? twarz Botwela zawsze tajemnicza;
- Blady był? wszak on zawsze posępny i blady.
- Nie, to nie jest trucizna, i któż się nie wzruszy,
- Powierzając kochance narzędzie otrucia?
- Chybaby nie miał w sercu żadnej iskry czucia?
- Chybabym okiem duszy nie czytała w duszy?
Odchodzi.
[edytuj] Scena II
Teatr wystawia wnętrze wiejskiego domu, pomięszkanie Henryka.
HENRYK, NICK
HENRYK
- Błąkam się jak wyklęty, słuszna kara boża,
- Zbłąkana wyobraźnia blade widma roi,
- Zgryzoty przy węzgłowiach stoją mego łoża.
NICK
- O nie! przypatrz się, królu, tylko błazen stoi.
HENRYK
- Tak, błazen tylko, wszyscy już mię opuścili.
- Oświecam widma bladą umysłu pochodnią,
- Każdy kamień korony obciążyłem zbrodnią,
- Ich ciężar głowę moją do grobu nachyli;
- Przeważa mię korona.
NICK
- I ja równie błądzę.
- Oto czapka w królewskich pokojach wytarta,
- Dotąd na niej zdobyte wieszałem pieniądze;
- Wkrótce czapka od błazna będzie więcej warta
- I wkrótce mnie samego ciężarem przeważy.
- Nie trzeba nadto wielkich ciężarów na głowie,
- Dość rozumu i głupstwa.
HENRYK
- Paziu! w twojej mowie
- Więcej widać rozsądku niż śmiechu na twarzy.
- Ale gdy mnie widmami myśl drżąca otoczy,
- Jak ich nie widzieć? ich wzrok serce mi rozkruszy!
- Jak ich nie widzieć, Nicku?
NICK
- Panie! zamknij oczy...
HENRYK
- One nie przed oczyma — one w mojej duszy!
- Widzę je tak jak ciebie, jak me własne cienie
- Ścigają za mną.
NICK
- Panie! zagaś lampę w nocy,
- Mnie nie ujrzysz przed sobą... Zagaś twe sumnienie.
- Widm nie ujrzysz przed sobą...
HENRYK
- To nie w mojej mocy!
- Szalony jesteś! zgasić sumnienie jak świecę?
wpatrując się w głąb pokoju
- Patrz! tam stoi, w posępnej ubrany żałobie,
- Jak gdyby chciał wyjawić śmierci tajemnicę?
- Milczący — krwawy — blady — woła mnie ku sobie...
- Wszak mu sztylety ciało rozdarły na ćwierci?
- A on wstał z grobu, świeży, jak z kołyski dziecię.
NICK
- O panie! Rizzio błaznów lubił całe życie,
- Może więc przyszedł tutaj szukać ich po śmierci?
- Dziwię się, że nie ze mną, lecz z tobą rozmawia,
- Musisz być do mnie, królu, podobnym w tej chwili.
HENRYK
nie słuchając słów Nicka
- Precz! precz, Rizzio! twój widok serce mi zakrwawia.
- Wszystko bym oddał; byle życie ci wrócili!
- Nie obwiniaj mnie, odejdź, niech spokojny zasnę;
- Ty może chcesz snu mego? spać nie możesz w grobie;
- Więc i tam spać nie można?... Życie oddam tobie,
- Lecz wróć mi sen! Nie wracaj! Życie oddam własne.
- Twoje lica tak blade i ten wzrok rozwarty!
Śmieje się dziko z obłąkaniem.
- Cha! cha! cha! to mi zmysły do reszty pomiesza.
NICK
- Ten cień lepiej cię, królu, ode mnie rozśmiesza,
- Więc go przyjmij za błazna — nigdy moje żarty
- Z ust twoich nie wyrwały tak szczerego śmiechu.
HENRYK
- Czego chcesz, Rizzio? krwawe wskazujesz mi szaty?
- Może ciebie zabiłem skalanego w grzechu?
- Powiedz mi! jestem królem! ja — jestem bogaty!
- Dam na mszę! powiedz tylko, ile mszy potrzeba?
- Zakupię msze na tydzień, miesiąc, rok, wiek cały;
- Choćbyś był zbójcą, modły przebłagają nieba,
- Głos księży słyszeć będziesz w grobie już spróchniały.
- Ha! jeszcze słychać harfę!
NICK
- Uspokój się, panie!
- To przywidzenie strachu... Królowa tu zmierza...
HENRYK
- Królowa!... Jakież będzie nasze powitanie?
- Zabije wzgardą, wzgarda jak sztylet uderza.
[edytuj] Scena III
MARIA, HENRYK, NICK
MARIA
- Henryku! ja sądziłam, że cię tu zastanę
- Wśród zgrai twoich dworzan! Tyś samotny, blady,
- Powiedz, czyś ty nie chory? oczy obłąkane,
- Na twarzy widać jeszcze bezsenności ślady.
HENRYK
z rozpaczą
- O Mario!
MARIA
przerywając
- Uspokój się! tyś chory, mój luby!
- Połóż się, zaśnij, widać bezsenność ci szkodzi.
HENRYK
- O Mario! jestem winien! winien Rizzia zguby!
MARIA
z udaną obojętnością
- Ja nie wiedziałam o tym; cóż mię to obchodzi?
HENRYK
- Ty mi przebaczasz? powiedz!
MARIA
- I cóż mam przebaczyć?
HENRYK
- Śmierć jego.
MARIA
- Czyją?
HENRYK
z przymuszeniem
- Rizzia...
MARIA
- Jużem zapomniała.
HENRYK
- Chciałem się uniewinnić, czyn mój wytłumaczyć,
- Lecz ten Włoch niewart, abyś o nim pamiętała.
NICK
do Henryka
- Włoch niewart, abyś o nim pamiętał, Henryku.
- Powtórzę ci te słowa, twoje słowa własne,
- Gdy nie będziesz mógł zasnąć.
HENRYK
do Nicka
- Precz! precz, nędzny Nicku!
do Marii
- Przebaczyłaś mi, teraz już spokojny zasnę.
MARIA
- Trzeba sen sztuką zwabić, gdy od łoża stroni,
- Przyniosłam senny napój, poznasz jego siłę.
- Sen cię po nim skrzydłami lekkimi osłoni,
- Zaśniesz jak małe dziecko, będziesz miał sny miłe.
- Wmięszam go do lekarstwa:
HENRYK
do Marii, która wiewa napój w czarę, stojącą przy łoża.
- Dzięki ci, królowo!
NICK
- Zadrzała, przed mym okiem nic się nie ukryje.
do Marii cicho
- Pani, podziel się z królem napoju półową,
- Bo kto wie, gdy król twoje lekarstwa wypije,
- Może ci się podobny napój w nocy przyda.
MARIA
spojrzała na Nicka i odwróciła się ze wzgardą.
- O jakże trudna rola! lecz tak, kończyć trzeba!
- Każde spojrzenie zdradzi, każde słowo wyda,
- A myśl mnie już wydała przed obliczem nieba.
- Oby się prędzej! prędzej! wyrwać z tej komnaty.
HENRYK
- O Mario! czemu nosisz te żałobne szaty?
MARIA
- Tyś chory, chciałam przez to mój smutek wyrazić.
NICK
na stronie
- Więc na to szat potrzeba.
HENRYK
z czułością do Marii
- Ja cierpię tak mało,
- Zwiększono wielkość cierpień, chciano cię przerazić...
- Teraz z mojej słabości nic już nie zostało,
- Skoroś mi przebaczyła.
MARIA
- Bądź zdrów!
HENRYK
- Jeszcze wcześnie!
- Gdzie idziesz? zostań chwilę, jeszcze jedno słowo!
- Wyznam ci szczerze, nieraz dręczę się boleśnie,
- Nieraz cię obraziłem, przebacz mi, królowo!
Klęka przed nią.
- Przebiegnij wszystkie chwile, któreśmy przeżyli,
- Jeśli nas jaka w życiu czarna chwila dzieli,
- Błagam cię! utrać pamięć tej nieszczęsnej chwili!
MARIA
odwracając się z drzeniem
- Przeprasza, jakby leżał w śmiertelnej pościeli.
- Człowiek, co może jutra, jutra nie zobaczy,
- U stóp moich klęczący błaga przebaczenia;
- Gdy jemu nie przebaczę, czy mi Bóg przebaczy?
- Wstań, Henryku! o przebacz! przebacz mi wzajemnie.
HENRYK
- Ty błagasz przebaczenia? błagasz go ode mnie?
- Powiedz mi, jakie w tobie mam odpuścić winy?
- Ja ci nawzajem serce do głębi otworzę.
MARIA
- Bądź zdrów — prędko mi z tobą ubiegły godziny.
HENRYK
z czułością
- Kiedyż się zobaczemy?
MARIA
drzącym głosem.
- Nie wiem — jutro może?
HENRYK
- Ty mnie tak zimno żegnasz? Czyliż świeże śluby
- Przebaczenia, miłości znikły między nami?
MARIA
całuje go w czoło.
- Bądź zdrów!...
HENRYK
z przerażeniem
- Tak mnie zimnymi dotknęłaś ustami,
- Dreszcz mię przebiegł.
MARIA
z gorżkim uśmiechem
- Ty jesteś w gorączce, mój luby.
Odchodzi.
[edytuj] Scena IV
HENRYK, NICK
HENRYK
- O Mario! mój aniele! Boże, dzięki Tobie!
- Nawróciłeś jej serce, kocha mnie tak szczerze.
NICK
- Ty wierzysz temu, królu?
HENRYK
- Tak jest, wierzę! wierzę!
- Rizzio jeden nas dzielił — Rizzio teraz w grobie...
- Wszystko się odmieniło, już jestem szczęśliwy.
- Czy widziałeś jej uśmiech? uśmiech szczery, tkliwy;
- Z pogodnym czołem przy niej — zasiądę na tronie.
- Ciesz się! ciesz się, Duglasie! zyskam przebaczenie,
- Ja ciebie moim płaszczem królewskim osłonię.
- Ciesz się, mój wierny Nicku! zgasiłem sumnienie,
- Już nie o bladych widmach, lecz szczęściu marzę;
- Ciebie, Nicku, darami sowicie obdarzę,
- Czapkę złotem napełnię, sprawię ubiór nowy.
NICK
- Spraw mi żałobę.
HENRYK
- Po kim masce chodzić w żałobie?
NICK
- Spełń ten puchar, w nim znajdziesz lekarstwo królowy,
- A wtenczas błazen — wdzieje żałobę po tobie.
HENRYK
- Precz! precz! jesteś podobny do piekielnej jędzy!
- Podły i podejrzliwy, kąsasz, trujesz jadem.
- Precz! idź się błąkać, żebrać i umierać w nędzy!
- Lecz nie, śmierć twoja będzie dla innych przykładem;
- Obieraj rodzaj śmierci.
NICK
- Trudno mi obierać,
- Głupstwo jest wieczne, głupstwo nie może umierać,
- Od wieków z nieprzerwanej wypływa osnowy:
- Chciałbym skonać pod mieczem, ale kat zawoła:
- „Nicku! gdzie twoja głowa? — wszak ty nie masz głowy”.
- Cha! cha! nieprawdaż, królu, że to myśl wesoła,
- Nie mieć głowy. Więc węzeł założyć na szyję?
- Lecz ja jestem tak lekki! sam wiatr mię utrzyma;
- Nie, ja wisieć nie mogę, dla mnie śmierci nié ma...
- Chyba — to śmierć najleksza, ten puchar wypiję.
- Żądasz więc mojej śmierci?
HENRYK
- Precz, straszna poczwaro!
- Nędzny! takąż to wdzięczność niesiesz panu w darze?
- Sumnienie niech ci będzie zasłużoną karą.
- Wyganiam cię ze dworu.
NICK
- Ja sam się ukarzę.
- wypija prędko puchar nalany przez królowę.
HENRYK
- Co czynisz?
NICK
- Nic, wypiłem królowy napoje;
- Zasnę jak małe dziecko, będę miał sny miłe.
HENRYK
- Zadrzałem mimowolnie, lecz czegoż się boję?
- On tylko zaśnie.
NICK
- Zasnę,
- gdy znajdę mogiłę!
- I tej może odmówią.
Blednie, siada przy królu i głowę na dłoniach opiera.
- Przed daleką drogą
- Powrócę jeszcze myślą w rodziców mieszkanie.
- Widzę tam w końcu sioła tę chatę ubogą,
- Sczerniałe dymem ściany i obraz na ścianie,
- A przy obrazie lampa; pies wrót chaty strzeże,
- Nad chatą dąb spróchniałe podnosi kanary.
- O Boże! widzę — widzę — tam mój ojciec stary
- Na progu pług naprawia i mówi pacierze.
- Oto matka ze łzami usiadła do przędzy,
- Śpiewa pieśń, jak przy mojej kołysce śpiewała...
- O któż by! któż by sądził, że pod dachem nędzy
- Urodzi się istota, co się będzie śmiała.
HENRYK
- Pierwszy raz wpadasz, Nicku, w tak czarną tęsknotę;
- Ty byłeś tak wesoły?
NICK
- Tak, byłem tułaczem.
- Któż by przyjął do domu płaczącą sierotę?
- Panowie mogą smutek głosić jękiem, płaczem,
- Nędzarz śmiać się potrafi, potrzebuje chleba.
HENRYK
- Powiedz, co ci jest, Nicku! ten napój? o Boże!
- Może jaki ratunek?
NICK
- Już mi nic nie trzeba...
- Słuchaj, królu! Z dzieciństwa chowany na dworze,
- Służyłem za igraszkę — śmieli się dworzanie,
- A ja widziałem wzgardę w ich śmiechu... Na Boga!
- I ja też miałem serce! tak jak pies u proga,
- Jak twój pies się do ciebie przywiązałem, panie.
- Wiedząc, jako śmiech rzadko królom towarzyszy,
- Chciałem, ażeby zawsze towarzyszył tobie;
- Teraz król już mojego głosu nie usłyszy,
- Chyba się będzie jeszcze śmiał na moim grobie
- I dzwonki mu przypomną dzwony na pogrzebie.
HENRYK
- On umiera! Królowo, okropna to zdrada!
- Nicku! Nicku! i cóż mam uczynić dla ciebie?
- Oczy twoje ściemniały i twarz śmiercią blada.
NICK
- Królu! zawieś na czapce kilka sztuk pieniędzy,
- Odeszlij ją rodzicom... Złotem się pocieszą,
- Może pocieszą, może poratują w nędzy;
- A czapkę w niskiej chacie na ścianie zawieszą
- I będzie im niekiedy przypominać syna;
- Niech matka przędąc pod nią tę pieśń przypomina,
- Którą kiedyś w kołysce śpiewała nade mną.
- O Boże! jak mi słabo — jak mi w oczach ciemno.
HENRYK
- Nicku! ty mnie rozczulasz! patrz, łzy moje płyną.
NICK
- Królu! nigdy nie byłem łez twoich przyczyną;
- Czemuż wesołość moja z życiem obumiera?
HENRYK
- O nie śmiej się! Ten uśmiech smutny, wymuszony,
- Do głębi mię przenika, serce mi rozdziera...
- Umierasz za mnie, wierny, wzgardą nagrodzony.
NICK
wesoło
- Nagródź mi. Wybierz czterech najuczeńszych ludzi;
- Niech niosą trumnę błazna, niechaj głupstwo noszą;
- A gdy się każdy dobrze ciężarem utrudzi,
- Tylko ciężarem głupstwa — po kraju ogłoszą,
- Że Nick umarły więcej waży niż Nick żywy...
- Tyś się uśmiechnął, panie! o jakżem szczęśliwy!
- Chciałem cię jeszcze widzieć z uśmiechem na twarzy.
- Przebacz mi, panie, wszystko, zamykam powieki,
- Już cię widzieć nie będę — tak mi się coś marzy,
- Tak słabo.
HENRYK
- Nicku!
NICK
- Żegnam! żegnam cię na wieki!
HENRYK
- Przyjacielu mój! synu!
NICK
podnosząc głowę, z obłąkaniem
- Synu! któż mię woła?
- Czy to mój ojciec?: — Próżno! tak ciemno dokoła,
- Już was widzieć nie mogę — muszę was porzucić!
- Och! zostawcie mi miejsce, przyjdę tam do chaty,
- Odpocznę — ja — myślałem zawsze do was wrócić...
- O matko! matko moja! daj mi inne szaty,
- Matko! jak mi źle było na świecie. Oh!
- Pada u nóg króla i kona.
HENRYK
- Skonał! . . .
- To przyjaciel ostatni; żono tkliwa, czuła,
- Patrz! to twój senny napój tej zbrodni dokonał,
- Tyś go otruła... myślisz, żeś męża otruła?
- Nie, Henryk żyje, tylko został sam na ziemi,
- Sam został — wszystko jedno, jakby zasnął w grobie.
- Gdyś mnie pocałowała, piekło było w tobie,
- Dlatego całowałaś ustami zimnemi...
- Bierze lampę i oświeca nią twarz Nicka.
- Zobaczę go raz jeszcze... Jak twarz jego zbladła!
- Zsiniałe usta — twarde usłał sobie łoże...
- O nieba! iskra z lampy na twarz mu upadła,
- Szalony! ja ją gaszę — on jej czuć nie może,
- Nic już nie czuje... Skończył... Tu rozpacz daremna!
- Trzeba się gdzie uchronić przed zdradą kobiety...
- Ujść przed nią — gdzież uchodzić? wokoło noc ciemna;
- Może tu koło domu ukryte sztylety?
- Czegóż się nie dopuszczą — na co nie odważą?
- Nie ma większej poczwary na ziemskim przestworzu.
po chwili
- Zostanę tu! obaczę, z jaką jutro twarzą
- Przyjdzie szukać zmarłego męża na tym łożu.
- A twarz jej uda bladość — może ubielona?
- Może jęk jej usłyszę za drzwiami komnaty,
- Pewna jest mojej śmierci, wprzód nim się przekona,
- Czy ja umarłem! będzie płakać mojej straty...
- Wtenczas ją jednym! jednym spojrzeniem zabiję...
- Stawia lampę u głów Nicka.
- Więc Bóg czuwa nade mną — i — od śmierci strzeże...
- Postawię przy nim lampę, całunem nakryję.
- Będę nad zmarłym w nocy odmawiał pacierze...
- Tak samotny przy zmarłym i w noc taką ciemną
- Sam jeden... Boże! Boże! zmiłuj się nade mną!