Maria Stuart/Akt III
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Akt II | Maria Stuart Akt III Juliusz Słowacki |
Akt IV→ | |
|
|
[edytuj] Scena I
Ogród. — Noc. — Wśród drzew i kwiatów widać pałac Holy Rood i kaplicę Świętego Krzyża. Okna pałacu oświecone wewnątrz. Księżyc świeci.
BOTWEL
sam
- Zatrzymał mnie ten starzec nad przepaścią zgonu,
- On marzył — a jam płocho marzeniom zawierzył.
- Nie żyć — albo być królem — dotąd już bym nie żył!
- Czyliż się na krok jeden zbliżyłem do tronu?
- Jestem, czym byłem — marnym łudzę się pozorem.
- Może ja nadto prędko chcę stanąć u celu?
- Ranne przepowiedzenie chcę sprawdzić wieczorem,
- Dziś wcześnie — jutro będziesz na tronie, Botwelu.
- Gwiazdo, z tobą związane przeznaczenie moje,
- Lecz twój blask nadto słabo mej drodze przyświeca.
- Może krew na tej drodze — świeć — krwi się nie boję...
- Oto Świętego Krzyża posępna kaplica,
- I kiedyż się w niej będą modlić za mnie? może
- Wtenczas, gdy usnę w grobie lub kiedy na tronie
- W purpurę królów skryję zakrwawione dłonie,
- Wtenczas modlić się będą? Oto na tym dworze
- Tłum zalotników pełen nadziei, zapału,
- Ja — jak nędzarz u progu... okna oświecone,
- Cień się jakiś przesuwa po szybach kryształu,
- Tak — to ona — królowa! poznałem koronę...
- Bliżej! bliżej — o nieba! już mi sił nie stanie,
- W oczach się snują dziwne gorączki kolory.
- Gdyby mnie jaki człowiek obaczył w tym stanie,
- Rzekłby z gorżką litością: „Botwelu! tyś chory!
- Idź do szpitala! słuchaj! ty jesteś szalony!”
[edytuj] Scena II
BOTWEL, PAŹ
PAŹ
- Szukam ciebie, Botwelu — wszystkie zwiedzam strony,
- A ty w murach zamkowych, w królowy ogrodzie?
BOTWEL
- Chciałem się tu orzeźwić przy wieczornym chłodzie.
PAŹ
- O! prawda, jak tu miło? — W tym lesie topoli
- Kwiaty milszą tchną wonią — i wszystko rozkwita.
- Lecz najpiękniejsza róża w pałacu ukryta,
- Chcesz ją widzieć?
BOTWEL
- Co mówisz! królowa zezwoli?
PAŹ
- Zezwoliła!
BOTWEL
- Widzieć ją! kiedy?
PAŹ
- Za godzinę.
BOTWEL
- Sama ci to mówiła?
PAŹ
- Spełniam jej rozkazy.
BOTWEL
- O gwiazdo! świeć mi, gwiazdo! na morze wypłynę,
- Niech łódź moją strzaskają wodokryte głazy,
- Nie dbam o nic, zaczęły sprawdzać się wyroki.
PAŹ
- Panie! panie! rozpogódź ten smutek głęboki,
- Strwożyć możesz królowę tych nieszczęść widziadłem,
- A cień twojego czoła na jej czoło spadnie.
BOTWEL
z ironiją
- Co? rozpogodzić czoło, paziu? to tak snadnie,
- Idę, całą godzinę strawię przed zwierciadłem.
- To łatwo twarz ułożyć. Uśmiech gorżki twarzy
- Nie jest owocem cierpień? igraszka dziecinna!
- Twarz moja była niegdyś jak dziecka niewinna,
- Będę się śmiał jak dziecko, co o świecie marzy.
- O paziu! łatwo zatrzeć na czole te rysy?
- Tak jak na pargaminie zaloty pisane
- Można przemazać! zetrzeć, nowe kłaść napisy.
- Przemażę pismo czoła — zniknie przemazane.
- Bywaj zdrów!
Odchodzi.
PAŹ
- Jak gorżkimi przeraził mię słowy.
- Śpieszę teraz do Rizzia z rozkazem królowy.
Wybiega.
[edytuj] Scena III
HENRYK, MORTON, LINDSAJ wchodząc śpiesznie.
HENRYK
- Więc to prawda, Mortonie, Rizzio nam uchodzi?
MORTON
- Źle nam wróży ten odjazd, zbyt nastąpił nagle.
- Już służba jego sprzęty przenosi do łodzi
- I przeprawia na okręt pod francuskie żagle.
- Trzeba śpieszyć — nie wiemy, jakie ma zamiary.
- Pod lilijami Francji bezpiecznie odpłynie.
HENRYK
- Co, miałżeby uniknąć zasłużonej kary?
- Nim się na okręt schroni, niech na brzegu zginie.
LINDSAJ
- Spieszmy więc!
HENRYK
- Czekaj! czekaj! niech dobrze rozważę...
- Zanadto nas daleko zapędy uwiodły.
- Czyliż sam we krwi zbiega dłoń królewską zmażę?
- Na brzegu, gdzie tłum majtków, gdzie tłum ludu podły
- Będzie wskazywał palcem... Jaka myśl straszliwa!
- Będzie wskazywał, będzie urągał mej twarzy,
- Jeżeli twarz poblednie. Kto wie, co się zdarzy?
- Rizzio opuszcza brzegi — niech sobie odpływa!
- Jego trup zakopany — tu — blisko królowy,
- Więcej mi będzie szkodził niż sam Rizzio żywy,
- Skoro się stąd oddali.
LINDSAJ
- Panie! skończmy łowy!
- Już prawie wpół dognany ów jeleń pierżchliwy.
HENRYK
- Nie — nie, niechaj odjeżdża.
MORTON
- Tak, niech z Bogiem płynie,
- Niech po krajach rozszerza twoją sławę, panie.
- Jeszcześ nie był dość znany w francuskiej krainie?
- Harfiarz, na dobrowolne skazany wygnanie,
- Da cię poznać Francuzom. Na królewskim dworze
- Kadzić mu będą, prosić na królewskie sale,
- Błagać o jego przyjaźń — pomocną być może.
- On trzyma serce Marii, trzyma rządu szalę,
- A Henryk?
HENRYK
- Co chcesz mówić?
MORTON
- Że Henryk — w tym kraju
- Jest królem.
HENRYK
- Jestem królem! Czy słyszysz, Lindsaju,
- Co on śmie mówić?
MORTON
- Lindsaj tym słowom zawierza.
- Napiwszy się do woli płochych kadzidł dymu,
- Uda się może Rizzio do dworu papieża;
- Ujrzysz go wkrótce w kraju — przyjedzie tu z Rzymu
- I kapelusz czerwony przywiezie na głowie;
- Z twarzy bardzo podobny Rizzio do Wolseja.
- Padniemy przed nim na twarz, a sam Darnlej powie,
- Że już zemsty ostatnia zniknęła nadzieja.
HENRYK
- Przestań! już idę!...
Chcą wychodzić, w progu spotykają Duglasa.
[edytuj] Scena IV
HENRYK, MORTON, LINDSAJ, DUGLAS
DUGLAS
- Stójcie! już Rizzio odpłynął.
HENRYK
- Nieba! więc moja zemsta spełnić się nie może?
- Już bym się był nie wahał!... Pójdę ponad morze,
- Każę okręt zatrzymać.
DUGLAS
- Już żagle rozwinął.
- Jam winien! Teraz na mnie mścijcie się, rycerze,
- Oto piersi odkryte i miecz obnażony;
- Ta krew warta krwi Rizzia. Jestem tak spodlony,
- Że ludziom już nie wierzę i sobie nie wierzę.
- Sam chciałem przeciąć żywot tak podłej osnowy,
- Lecz kto wie? może marna zatrzyma mię trwoga.
- Bałem się zabić Rizzia w obliczu królowy,
- Będę się bał zabijać siebie w oczach Boga.
- Życie Włocha zostało na moim sumnieniu;
- Myślałem, że ten harfiarz, wierny przyrzeczeniu,
- Jutro jak rycerz bronią ze mną się rozprawi.
- Ufajcie teraz ludziom? znoszę brzemię sromu;
- Gdy szukam wyjść z tych nieszczęść ciężkiego ogromu,
- Od wstydu aż do grobu widzę mały przedział;
- Któż mię przed okiem wzgardy na świecie zasłoni?
- Przynajmniej uciekając gdyby był powiedział,
- Że nie waszych sztyletów, mojej zląkł się broni,
- Może bym żyć mógł jeszcze.
[edytuj] Scena V
HENRYK, MORTON, LINDSAJ, DUGLAS, PAŹ
DUGLAS
chwyta za piersi wbiegającego pazia.
- Paziu! Paź ten zginie!
- Ja go zabiję — pazia tak kocha królowa
- Jak Rizzia.
Postrzegając pismo w rękach pazia, wyrywa je.
- Cóż to znaczy? Na tym pargaminie
- Widzę jakieś skreślone niewyraźnie słowa...
- Czytajcie...
PAŹ
- List królowej oddać mi kazano,
- Nie czytajcie! Nie macie prawa!
LINDSAJ
biorąc z rąk Duglasa pismo
- Prawem siła.
Czyta.
- „Dzięki tobie, królowo, żeś mi pozwoliła
- Wieczór z tobą przepędzić dzisiaj” — podpisano:
- Rizzio.
DUGLAS
- Rizzio?
- Rizzio! Czyś dobrze wyczytał?
LINDSAJ
- W klasztorze
- Czytać mię nauczono, pojąłem nauki.
HENRYK
- Więc Rizzio dziś ma wieczór przepędzić na dworze?
- To pewno jaka zdrada, jakie włoskie sztuki?
- Lecz nie — musiał pozostać, zmyliły nas czaty.
- Lindsaju, zamknij pazia do mojej komnaty,
- Żeby nie zdradził, żeby nie mógł nam przeszkadzać.
PAŹ
- Żeby nie zdradził? — Od was nauczę się zdradzać.
- Duglasie! wstyd ci wyrył znamiona na czole,
- Daj mi miecz równej miary jak miecz przy twym boku,
- A czarną zdradę we krwi obmyję potoku.
LINDSAJ
- Paziu mój, jesteś dziecko! — O! młody sokole,
- Ty jeszcze pierwsze pióra utracasz na wiosnę.
- Pójdź ze mną.
PAŹ
- Pamiętajcie! ja kiedyś dorosnę.
Lindsaj wyprowadza pazia.
DUGLAS
- Więc Rizzio zginąć musi!
HENRYK
- Kiedy?
DUGLAS
- Dzisiaj zginie!
HENRYK
- Gdzie?
DUGLAS
- Ty się wahasz jeszcze? gdzie? W tronowej sali,
- U nóg królowy — niech go w szaty swe zawinie,
- I tam go znajdzie jeszcze ostrze mojej stali.
HENRYK
- Lecz w obliczu królowy spełnić czyn tak krwawy,
- To mnie od niej na wieki! na wieki oddzieli!
DUGLAS
- Ha! więc idź i znoś brzemię wzgardy i niesławy,
- Wzgarda nie ośmieliła, nic cię nie ośmieli.
- Idź pełzać przed królową w udanej pokorze,
- Lecz wiedz — kobieta kochać człowieka nie może,
- Skoro śmiała nim gardzić.
HENRYK
- Gardzić? Nigdy w świecie!
- Dziś będę śmiałym — dzisiaj męstwa dam dowody.
- Chodźmy więc po sztylety święcone w Lorecie,
- Potem potajemnymi wprowadzę was wschody.
Odchodzi z Duglasem.
MORTON
- Poszli — nie pójdę z nimi. Maria się nie dowie,
- Że z zabójcami Rizzia i Morton był w zmowie.
Odchodzi w stronę przeciwną
[edytuj] Scena VI
Pokój Marii, jak w scenie VI aktu drugiego.
MARIA
sama, siedzi nad krośnami.
- Sama jestem. Gdzież paź mój? dotąd nie powraca.
- Czymże czas sobie skrócę? tak pomału płynie!
- Najmilsza to godzina, gdy mię zajmie praca,
- Kiedy się kwiat na płótnie pod igłą rozwinie,
- Gdy jak wiejska dziewica siądę za krośnami.
- Lecz jak mało tych godzin, wiecznie! wiecznie w tłumie
- Podejrzliwych, nieczułych; ich łzy nie są łzami,
- Uśmiech nie jest uśmiechem, nikt mnie nie rozumie.
- Gdybym tak oświecona blaskami klejnotów
- zeszła do niskiej chaty, gdzie lud mój przebywa;
- I spytała wieśniaka, czy królowa Szkotów
- Jest szczęśliwa? odpowie: „Musi być szczęśliwa!
- Byłem niegdyś w stolicy, widziałem pałace,
- Widziałem oświecone okna jej komnaty;
- A ja nędzny, do grobu skazany na pracę,
- Mchem i zielem porasta strzecha mojej chaty,
- W pocie czoła uprawiam te skaliste góry;
- Widziałem groby królów, na grobach marmury,
- A prosty grób wieśniaka ciemny wrzos pokrywa:
- Tak, królowa szczęśliwa — musi być szczęśliwa”.
[edytuj] Scena VII
MARIA, RIZZIO
RIZZIO
- Jakież mam składać dzięki? Widzę cię, królowo!
- U stóp twoich przepędzę ostatnią godzinę,
- Każdą chwilę bym życia okupił półową.
- Mario! jakżem szczęśliwy! ja jutro odpłynę,
- Ale to jutro, jutro, to kres zbyt daleki.
- O pani! Mario moja! tak się szczęściem łudzę,
- Jak gdyby wieczór szczęścia miał trwać długie wieki.
- O! kiedyż z zachwycenia? ze snu się przebudzę?
MARIA
- Serce mi ogarnęła tęsknota nieznana,
- Wesołość nawet twoja smuci mię, przeraża.
RIZZIO
- Królowo! co ja powiem, niech cię nie obraża.
- Zawsze bym tu pozostał do jutra, do rana,
- Na jutro Duglasowi dałem przyrzeczenie,
- Że się z nim widzieć będę, dotrzymałbym słowa.
MARIA
- Rizzio — to być nie może!
RIZZIO
- Zamiaru nie zmienię.
- Ale to nadto smutna na dzisiaj rozmowa.
- Pani! aż do szaleństwa jestem dziś wesoły,
- O moim oddaleniu myślałem z uśmiechem.
- Słyszę! słyszę śpiew Tassa, powtarzany echem,
- Zda mi się, że już płynę na łonie gondoły
- Czarnym wybitej kirem, jak na łonie trumny;
- Okna pałaców długim świecą się szeregiem
- cieląc po wodzie jasne światłości kolumny;
- Łódź moja płynie szybko, płynie z fali biegiem;
- A nade mną daleko, na błękicie ciemnym,
- Posępnym światłem księżyc roztacza się złoty;
- I w duszy czuję dzikie uczucie tęsknoty,
- Dla serca trawionego ogniem niewzajemnym
- Potrzeba takich cierpień, niech się karmi łzami.
MARIA
- O! Rizzio, serce twoje niewesoło marzy,
- Póki jesteśmy młodzi, wszystko jest przed nami.
RIZZIO
- Za mną wszystko zostało. Uśmiech mojej twarzy,
- Jeśli kiedy rozkwitnie? prędko, prędko skona!
- Można za szkłami różę rozkwiecić w jesieni,
- Lecz jakże będzie smutna, blada, wysilona!
- Ale po co się smucę? wszystko się odmieni!
- Powrócę kiedyś! wrócę! Czemuż bym nie wrócił?
- Czemu?... Świat jest przepaścią, kto się w przepaść rzucił,
- Może nigdy nie wrócić... Nie, to niepodobna,
- Ja będę kiedyś w Szkocji, w tych samych komnatach,
- Sala ta, co się smutkiem wydaje żałobna,
- Zabrzmi znów wesołością, rozjaśnią się mury
- Tłumem zamaskowanych dworzan w jasnych szatach.
MARIA
- O Rizzio! patrzaj! patrzaj na ten dwór ponury,
- Tu niewinne zabawy lud grzechami zowie;
- Szemrać będą dworzanie.
RIZZIO
z wzrastającą wesołością
- Szmer zgłuszą oklaski,
- Półowa nawet dworzan może przyjść bez maski,
- Gdy który spyta: „Znasz mnie?”, każdy mu odpowie:
- „Nie znam cię, masko”, ani zbłądzi w odpowiedzi.
- Ten, kto się śmieje, zawsze płaczących zwycięża.
- Młodzież francuska tłumem ten zamek odwiedzi,
- Wtenczas szczęśliwy!...
Słychać szczęk broni.
MARIA
- Słyszysz! jakiś szczęk oręża?
RIZZIO
- O nie, to moja harfa wisząca na ścianie,
- Tknięta powiewem wiatru, smutnym jękła brzmieniem.
- Harfo! przyjmuję z czuciem twoje pożegnanie,
- Ty mnie jedna tak żegnasz, smutno i z westchnieniem.
MARIA
z niespokojnością
- Lecz gdzież się paź mój bawi?
RIZZO
- Pani, rozjaśń czoło!
- Niech ja zastąpię pazia. — Całe moje życie
- Nie byłem tak szczęśliwy, szczęśliwy jak dziecię.
Siada na małym stołku pazia, u stóp Marii.
- Siądę przy twoich stopach... Jak mi tu wesoło!
- Nie chciałbym teraz umrzeć.
MARIA
- O! co ci się marzy?
- Umrzeć tak młodo, z sercem tak pełnym nadziei.
RIZZIO
- Nadziei? chciałem na twej wyczytać ją twarzy,
- Czytałem wszystkie, wszystkie uczucia z kolei;
- Nadziei tam nie było... Pani! nie chmurz lica,
- Niech paź z twarzy królowy gniewu nie wyczyta,
Paź dziecko, z wody chciałby dostać twarz księżyca...
- Pani! piękny ci wieniec we włosach rozkwita,
- Daj mi róż kilka.
MARIA
- Rizzio! na co ci te kwiaty?
RIZZIO
- We Włoszech, na ołtarzów święconym marmurze
- Zawieszę ten dar drogi, nad złoto bogaty,
- Pokazywać je będą: Patrzcie! oto róże
- Maryji Stuart Szkockiej, anioła w koronie.
MARIA
dając mu kwiaty
- Nie odmówię twej prośbie, lecz zamiaru bronię,
- Weź te kwiaty — lecz kwiaty niegodne ołtarza.
Henryk wchodzi tajemnymi schodami i staje za krzesłem Marii niepostrzeżony
RIZZIO
- Pani! jestem twym paziem. — Paź ciebie zaklina,
- Daj mu ten wachlarz, powiew twojego wachlarza
- Ma jakąś woń czarowną, woń, co przypomina
- To gór szkockich powietrze; nieraz w kraj daleki
- Przyniesie zapach róży, co ciebie otacza,
- Wtenczas zamknę na chwilę złudzone powieki,
- Marzyć będę...
MARIA
z uśmiechem
- Królowa paziowi przebacza;
- Rizzio nie śmiałby do niej użyć takiej mowy.
- Paziu! czy mi nie zechcesz korony zdjąć z głowy?
- Dobrze, żeś nie zapragnął purpurowej szaty,
- Dobrze, żeś na wachlarzu przestał.
Daje mu wachlarz.
RIZZIO
- Dzięki tobie!
[edytuj] Scena VIII
MARIA, RIZZIO, HENRYK, stojący zawsze za krzesłem Marii.
DUGLAS, LINDSAJ
DUGLAS
uzbrojony sztyletem chwyta Rizzia za piersi
- Właśnie dziś rano trzymał i wachlarz, i kwiaty,
- Z kwiatami i z wachlarzem teraz legnie w grobie.
RIZZIO
- Królowo!...
MARIA
powstając
- Stój, Duglasie! skądże ta odwaga?
- Ty w komnacie królowy! Czy gardzisz królową?
- Stój! stój! Duglasie, odejdź! królowa cię błaga.
- Nie, mogę rozkazywać — precz! odpowiesz głową!
- Rizzio! chodź do mnie.
DUGLAS
- Próżno wołasz go do siebie,
- Duglas trzyma go w dłoni, nie uniknie zgonu.
do Rizzia
- Módl się! za chwilę będziesz lub w piekle, lub w niebie.
MARIA
- Duglasie! precz stąd! precz stąd! splamisz stopnie tronu.
- Pomyśl! próżno mnie będziesz błagał przy skonaniu,
- Kat ci zerwie ostrogi i twarz splami dłonią;
- W obliczu ludu zelży kat na rusztowaniu.
DUGLAS
- Próżno grozisz, królowo! wiesz, że władam bronią.
- Skoro Duglas na zamku kaganiec zapali,
- Zbiegną się zbrojne tłumy poddanych wasali.
- Mam się lękać kobiety? Po co wszczynać boje?
- Na tym samym okręcie, na którym miał płynąć,
- Odjadę w kraj Francuzów, wnet porzucam zbroję,
- Mogę się w ten płaszcz jego jedwabny zawinąć,
- Wezmę te strusie pióra, wezmę ten miecz złoty,
- Podłego Włocha dobrze wyuczę się roli;
- Wnet mię zgraja francuskich trefnisiów okoli,
- Na dworze królów zdradne rozpocznę zaloty;
- Będę pierwszym przy ucztą zastawionym stole,
- Wkradnę się w łaski możnych — harfiarzem zostanę...
- Chyba mnie zdradzi kropla krwi na moim czole
- Lub te szaty splamione, pióra połamane.
- Giń, Włochu!... Nie, sztyletem nie mogę uderzyć,
- Nigdy nie zabijałem sztyletem.
Odrzuca sztylet.
MARIA
- O Boże!
- Duglasie! ach, Duglasie! — nie, nie mogę wierzyć,
- Żebyś ty go śmiał zabić.
DUGLAS
- Przekonam cię może.
- Duglas słowy zelżony, mieczem spełnia groźby.
MARIA
- Duglasie! nieszczęśliwa, zniżę się do prośby...
- Nigdy krwi nie widziałam!... widok mi nie znany,
- Oddal — oddal ode mnie te krwawe obrazy.
DUGLAS
- Chciałbym, żeby tu były zwierciadlane ściany,
- Abyś śmierć jego mogła widzieć tysiąc razy!
- Chciałbym, żeby jęk Rizzia echem powtarzany
- Zabrzmiał, abyś go mogła słyszeć tysiąc razy!
- Niechaj krew jego wsięknie głęboko w te głazy,
- Niech zostawi na wieki zbrodni plamę ciemną!
Bierze od Henryka szpadę i przebija Rizzia.
RIZZIO
- Mario! oh! Mario!... Boże, zmiłuj się nade mną.
- Oh! oh! oh!
Kona.
MARIA
- Rizzio!... Boże, zmiłuj się nade mną.
- Stójcie! błagam was — jeszcze jęknął, jam słyszała.
- O! gdyby tu był Henryk!... Tak cicho jak w grobie,
- Gdzież Henryk? Henryk! mąż mój!
HENRYK
nachylając się, cicho
- Jestem tu, przy tobie.
MARIA
odwracając się z wolna
- Był przy mnie? Henryk! mąż mój? Boże mój!
Pada na poręcze krzesła.
HENRYK
- Omdlała.
- Wynieście jego zwłoki.
DUGLAS
ponuro
- Przyszedłem zabijać,
- Lecz nie wynosić zwłoki — wołajcie grabarzy.
Lindsaj wyciąga trupa z sali i wraca.
HENRYK
do Duglasa
- Duglasie! straszna teraz bladość twojej twarzy.
- Czyliż męstwo rycerza zwykło tak przemijać?
- Miałeś wdziać jego szaty?
DUGLAS
- Krwią czarną skalane.
HENRYK
- Ciebie dręczy zabójstwo?
DUGLAS
zbliżając się patrzy Henrykowi w oczy.
- Henryku! a ciebie?...
- Słuchaj! i twoje ręce krwią Rizzia zmazane,
- Ty zabiłeś człowieka! I wejdź teraz w siebie?...
- Czy miałeś jaki powód zemsty lub urazy?
- A jesteś tak spokojny! Patrz, jaka różnica,
- Ja pomściłem się czarnej na honorze skazy,
- A jestem tak wzburzony! Rozpogódź więc lica...
- My się bardzo różniemy — idź teraz do łoża,
- Będziesz miał noc spokojną — gdy się zbudzisz rano,
- Życzę, aby na niebie powstająca zorza
- Ujrzała twarz Darnleja jak dzisiaj rumianą.
- Królowo! przebacz! przebacz! idę w kraj daleki,
- Wygnaniec, zbójca podły, niosę piętno zbrodni.
Odchodzi.
LINDSAJ
- Ci rycerze imienia rycerzów niegodni.
HENRYK
- Słuchaj!... Królowa wkrótce otworzy powieki,
- Uciekajmy z tej sali.
LINDSAJ
- Chodź! jedźmy na łowy...
HENRYK
- Lindsaju, ty znasz może uczucia królowy?
- Będzie mnie nienawidzieć?
LINDSAJ
- Zbądź niewczesnej trwogi,
- Chodź! chodź, królu — chodź ze mną — słyszę czyjeś kroki!
Wyprowadza gwałtem ociągającego się króla.
[edytuj] Scena IX
MARIA omdlona, BOTWEL
BOTWEL
- Królowa — czy usnęła? Sen nadto głęboki.
- Skąd ta krew? Po raz pierwszy wstępuję w te progi,
- A już tu we krwi brodzę? Ktoś zbrodni dokonał,
- Spełnił czyn tajemniczy, zbrodnią bez nazwiska...
- Świateł przygasłych promień błękitnawy błyska,
- Sztylety na podłodze? sztylety! — któż skonał?
- Może król!...
MARIA
- Oh!...
BOTWEL
- Królowa budzi się...
MARIA
z pomięszaniem
- Duglasie!...
- Ach, miej litość!... gdzież jestem?... Boże, jak tu ciemno.
- Za późnom się zbudziła! tak jest! już po czasie...
- Jestem przy tobie... Boże, zmiłuj się nade mną!...
- On był przy mnie — mąż, Henryk, był przy mnie — zabijał.
BOTWEL
z zadziwieniem
- Henryk zabijał?...
MARIA
- Może krew plami te szaty?
- Widzę go — pod sztyletem w cierpieniach się zwijał...
- Precz! precz! o łzo natrętna... Mamże płakać straty?
- Mścić się potrzeba — drzyjcie! Czyż krew płacić łzami?
- Krew za krew — drzyjcie! zemsta straszliwa nad wami!
- Już śmierć weszła do zamku, będą zbrodnie nowe.
BOTWEL
- Jakaż to straszna boleść przenika królowę?
MARIA
z pomięszaniem
- Tyś Rizzia krwią zmazany?
BOTWEL
- O nie! chyba własną...
MARIA
- Tyżeś to w tej godzinie? słuchaj! w jakim celu?
- O! niech teraz te światła! te pochodnie zgasną!
- Żeby mój wstyd ukryły... Kocham cię, Botwelu!
- Nie jest to czas ukrywać i taić uczucia,
- Rzucam się na twe łono, już jestem zgubiona!
BOTWEL
- O Mario! śmierć cię chyba wydrze z tego łona.
- Czy żądasz zemsty? powiedz! zabójstwa? otrucia?
MARIA
- Nie, nic nie żądam — słuchaj! chodź przed ołtarz Pana,
- Połączę z tobą dłonie, gdym serce złączyła.
- Lecz nie, ta ręka z krwawą ręką powiązana,
- On żyje jeszcze!... Boże! cóżem wymówiła!
Wyrywa się z rąk Botwela i ucieka.
[edytuj] Scena X
BOTWEL
sam
- On żyje jeszcze?... W dobrą trafiłem godzinę.
- Wieki trzeba by czekać na takie wyznanie,
- A teraz ją zdradziły rozpacz, obłąkanie.
- Myśl zemsty w niej ukrytą jako kwiat rozwinę;
- Piękny kwiat, choć zatrute owoce wyradza.
- Teraz chyba szatana wyrwie mi ją władza!
- Serce się moje kobiet łzami nie rozczula...
- Chce, żebym myśl jej odgadł? Nie — ja nie rozumiem!
- Aż mi powie: „Botwelu! zabij! zabij króla!”
- Za mniejszą cenę nie chcę zabijać — nie umiem.