Maria Stuart/Akt II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Akt I | Maria Stuart Akt II Juliusz Słowacki |
Akt III→ | |
|
|
[edytuj] Scena I
Teatr wystawia mieszkanie astrologa. Wśród sali stół zarzucony księgami — teleskopy w oknach obrócone na niebo.
ASTROLOG
sam
- Nicość nauki — gorzki owoc doświadczenia!
- Myśleć — zgłębiać — i potem wszystkiemu nie wierzyć,
- Dręczyć się, żeby okrąg swych marzeń rozszerzyć,
- Czytać w gwiazdach! — sąż one księgą przeznaczenia? . . .
- Przeznaczenie!... szaleństwo walczyć z przeznaczeniem!
- Ty, coś ręce zakrwawił? podnieś czoło blade!
- Przeklinaj los, lecz przestań dręczyć się z sumnieniem,
- Gwiazdy winne, że knułeś cudzą śmierć lub zdradę,
- W kolebce byłeś takim jak dzisiaj zbrodniarzem,
- Z pokarmu matki ssałeś dni strute zgryzotą!
- Ty, co posiadłeś cnoty, umierasz nędzarzem,
- Przestań się dręczyć — cnota twoja nie jest cnotą.
- O! gdybyś w późnej chwili na śmiertelnym łożu
- Uznał ten błąd — tę nicość cnoty bez zasługi.
- Dręczyłeś się — i po co? Po świata bezdrożu
- Szedłeś samotny nędzarz... Jestże więc świat drugi?
[edytuj] Scena II
ASTROLOG, NICK
NICK
- Jak się masz, ojcze?...
ASTROLOG
- Ojcze! — Skąd te pokrewieństwo?
NICK
- Z głupstwa rosną nauki — a z nauk szaleństwo;
- Jestem więc twoim synem, a te wszystkie księgi
- Są mi rodzone siostry, bo z ciebie się rodzą.
ASTROLOG
- O nędzny! nie znasz nauk i badań potęgi,
- Myśli twoje okręgu ziemi nie przechodzą.
NICK
- Więc mi pokaż kres dalszy — ojcze! proszę ciebie.
- Patrzy przez teleskop na niebo obrócony.
- Cha! cha! cha!
ASTROLOG
- Cóż widziałeś?
NICK
śmiejąc się
- Niebo!
ASTROLOG
- A na niebie?
NICK
spokojnie
- Nic...
ASTROLOG
- Zasiane jest ono światy rozlicznemi.
NICK
patrzy drugim końcem teleskopu, zmniejszającym przedmioty.
- Widziałem!...
ASTROLOG
- Cóż widziałeś?
NICK
- Ziemię!
ASTROLOG
- A na ziemi?
NICK
- Nic...
ASTROLOG
- Mnie musiałeś widzieć?
NICK
- Byłeś oddalony...
- Byłeś mały jak proszek, mądry astronomie.
- Nie patrz na niebo, znikniesz w tych światów ogromie,
- Ale patrzaj na ziemię, patrzaj z tamtej strony,
- Jak małą ci się wyda! nauki! i sława! . . .
- Tym lepszy jest teleskop, im bardziej oddala.
- Ale cóś błazen króla na mędrca zakrawa,
- A mędrzec króla...
ASTROLOG
- Błaznom rozprawiać dozwala.
- Lecz z czymże tu przyszedłeś?
NICK
- Pyta mąż królowy,
- Jaki los czeka Rizzia?... Nie łam sobie głowy,
- Przy mojej się pomocy rzecz łatwo wysłowi,
- Powiadam ci, że zginie — ty powiesz królowi,
- Że zginie...
ASTROLOG
- Precz mi z oczu! nie żądam pomocy.
- Nieś to pismo królowi, w nim jest tajemnica;
- Los Rizzia w jasnych gwiazdach czytałem tej nocy,
- Wszystkie pobladły, srebrne zachmurzyły lica.
- Precz mi z oczu!
NICK
- Lecz powiedz jeszcze, co mnie czeka?
ASTROLOG Śmierć prędka...
NICK
- A po śmierci?
ASTROLOG
- Nie wiem...
NICK
- Do widzenia,
- Równośmy mądrzy...
Odchodzi.
ASTROLOG
- Podłe jestestwo człowieka,
- Kiedy głupstwem okrywa głębokie marzenia.
[edytuj] Scena III
ASTROLOG, PAŹ
PAŹ
- Już wyszedł trefniś — dobrze. — Na twoje wezwanie
- Stawię się, mądry mistrzu.
ASTROLOG
- Słuchaj, paziu młody!
- Czy ty kochasz królowę?
PAŹ
- Skądże to pytanie?
- Czy ja kocham królowę? Jakież dam dowody?
- Kocham ją jako matkę, siostrę, jak anioła.
- Taki jestem szczęśliwy! Dzień cały od rana
- Przepędzam przy jej stopach — nieraz na kolana
- Spadnie mi róża na pół uwiędła z jej czoła;
- Nieraz jej twarz ochładzam złocistym wachlarzem,
- Twarz spłonioną jasnymi rumieńca szkarłaty;
- Nieraz schylonej kornie przed boskim ołtarzem
- Trzymam książkę modlitwy lub niosę kraj szaty.
- Szczęśliwy jestem!
ASTROLOG
- Paziu! nim chwila przeminie,
- Masz stanąć u królowy i donieść jej skrycie,
- Że człowiek milszy dla niej nad tron i nad życie
- Zginie dzisiaj.
PAŹ
- Co mówisz? Botwel dzisiaj zginie?
ASTROLOG
z zadziwieniem
- Botwel? — Innego miałem w przestrodze na celu!
- Paziu! ja nie myślałem wcale o Botwelu.
PAŹ
z rozpaczą
- Więc zdradziłem ją! Boże, w jakąż przepaść wpadłem!
- Nie wierz mi! Ona tego sobie nie wyznała
- I mnie się nie zwierzyła, z rumieńca odgadłem...
- Jam zbłądził... Nie... Botwela nigdy nie kochała.
- Nie wierz mi — niech cię prośba, rozpacz moja wzruszy,
- Zatrzymaj wszystko w sobie, czcij honor królowy!
- Nie dziw się — całą duszą słuchałem twej mowy,
- Cóż dziwnego, że słowo wyrwało się z duszy?
- O nieszczęśliwy paziu! ... Z serca mi wyrwałeś
- Najskrytszą tajemnicę — zapomnij! zaklinam!
- Daje astrologowi brylantową sprzączkę od kapelusza.
- Weź tę sprzączkę. — Zapomnij!... — Czy już zapomniałeś?
- Ja nawet uraz moich prędko zapominam,
- A ty byś nie zapomniał?
ASTROLOG
- Chodź tu, moje dziécię.
- Czy myślisz, że nauki spodlić mogą starca?
- Królowa mnie łaskami obdarza obficie,
- Nie zasłużyłby na nie starzec i potwarca.
- Zatrzymaj te brylanty, przebaczam, żeś dawał,
- Nadtoś mię lekko sądził, za mało poznawał!
- Patrz na komnatę, oto są królowy dary,
- Oto księgi bez ceny — mam złoto, pałace;
- Kiedyś wdzięczność zachowam, z darów
- się wypłacę. Patrz na te czarnym płynem nalane puchary,
- W nich złoto rodzą mojej sztuki tajemnice;
- Takiego kruszcu z Peru Hiszpania dostaje,
- Ja przed królową większe otworzę skarbnice,
- Będzie w nich czerpać, będzie zakupywać kraje.
PAŹ
- Lecz któż ma zginąć?
ASTROLOG
- Rizzio! Rizzio, w jego serce
- Godzą mnogie sztylety — na Rizzia pogrzebie
- Jutro płakać będziecie, silni są morderce,
- Wiem to z ust ludzkich, w gwiazdach czytałem na niebie.
PAŹ
- Ojcze! więc spieszę.
Wybiega.
[edytuj] Scena IV
ASTROLOG
sam, bierze jeden z pucharów.
- Tutaj są moje nadzieje...
- Nie śmiem czar tych otworzyć — ha! kiedy otworzę?
- Może mi dzisiaj w oczach złoto zajaśnieje?
Patrzy w puchar.
- Nie, jeszcze nie ma — dzisiaj wcześnie — jutro może?
- A więc czekać do jutra. Lecz na cóż mi złoto?
- Spytaj się siebie, starcze, na co? na co sława?
- Pierwszeństwo wynalazku — wytrwałość jest cnotą,
- Wszak równych starań roli kosztuje uprawa?
- Całe życie marzyłem, miałżebym nad grobem
- Odkryć nicość marzenia? bezskuteczność sztuki?
- Nie przeżyłbym odkrycia — nie — dziwnym sposobem
- Wiążą się słowa pazia z pismem gwiazd nauki.
- Królowa! Botwel! skądże razem dwa imiona?
- Ona kocha Botwela? — Dziś nad jego głową
- Zbiegły się razem Marsa, Saturna znamiona,
- To znaczy... Otóż Botwel, zdziwi się gwiazd mową.
[edytuj] Scena V
ASTROLOG, BOTWEL
BOTWEL
zamyślony
- Czemuż wszedłem w te progi? Muszę być szalony!
- Obaczyć przyszłość? zajrzeć w dno prawdy kielicha.
- Przyszłości mi nie kryją nadziei zasłony,
- Lecz przed śmiercią zasłana mgły tajemna, cicha,
- Śmierć we mnie uśmiech budzi, zasłona odkryta
- Może zgasi ten uśmiech?... I czegoż żądałem?
- Tak, kto wie, co ten starzec z duszy mi wyczyta?
- Może mi to odkryje, czego sam nie śmiałem
- Dotąd odkryć przed sobą? przepaść mi odkryje;
- Nad brzegiem się obudzę i w otchłań się rzucę.
- Zgłębić przyszłość? niech tylko obecność przeżyję!
- I czegoż tu przyszedłem? — Tak — wrócę się — wrócę.
- Nie, już się stało, tak jest, stało się — zostanę.
- Starcze, czytasz w przyszłości?
ASTROLOG
- Gwiazdami pisane
- Zgłębiłem tajemnice.
BOTWEL
- Powiedz mi więc szczerze,
- Czy wierzysz w twe wyroki?
ASTROLOG
- Wierzę — jak w śmierć wierzę.
BOTWEL
- Nigdy nie mylą?
ASTROLOG
- Nigdy.
BOTWEL
- Marność nauk świata!
- Dziś rzeczywistość płonne zawiedzie rachuby.
- Czy długo ja żyć będę?
ASTROLOG
- Trzy lata.
BOTWEL
ze wzgardą
- Trzy lata?
- Kres nadto oddalany, błąd twój nadto gruby.
- Trzy dni dla mnie za wiele — trzy lata? daremnie.
- Widzisz mnie, astrologu, na wybladłej twarzy
- Gorzki uśmiech i wzgarda — nie patrz, co jest we mnie,
- Któż się we wnętrze grobu zaglądać odważy?
- Nie zniszczyły mię zbrodnie, jest to sytość życia;
- Gorące serce wrzało we mnie od powicia,
- Teraz jestem znużony — zimny — umrzeć muszę.
- Pokazuj e truciznę w kryształowym naczyniu.
- Patrz — oto jest trucizna, a przeszkody — żadne;
- Tylko stałość twych mądrych przepowiedzeń wzruszę?
- Cóż, jeśli ją wypiję i u nóg twych padnę?
- Od długich bolów krótkim uwolnię się bólem.
- Umieram...
ASTROLOG
bierze go za rękę i prowadzi do stoła , gdzie leżą horoskopy.
- Nie, żyć będziesz trzy lata, Botwelu.
- Patrz, co pisały gwiazdy — będziesz królem...
BOTWEL
- Królem?
- Co mówisz? — będę królem! — Do takiego celu
- Dążyć znad brzegu grobu? — miałem zasnąć w grobie.
- Będę królem... Kląć ciebie? czy dziękować tobie?
- Nie wiem... powiedz mi, starcze, powiedz, czy na tronie
- Spokojniej jest niż w grobie? ten wszystko pochłonie.
- Może późniejsze życie gorżki owoc wyda?
- I po cóż? po co ścigać tak znikomą marę?
- Wypiję tę truciznę... nie, rozbiję czarę
- Ale po co rozbijać — może mi się przyda?...
- W taką drogę iść trzeba z obfitym zapasem...
- Wszak nieraz we śnie złotą koronę widziałem...
- Wygrałeś, astrologu! żyć będę!...
ASTROLOG
- Wygrałem.
BOTWEL
- Idę do celu — nie chcę umierać przed czasem.
- Prowadź mnie, astrologu, w wysokie komnaty
- I pokaż mi władnące moim losem światy...
Wychodzą.
[edytuj] Scena VI
Pokój królowy, w głębi okres gotyckie.
MARIA, PAŹ
PAŹ
- Zaraz przybędzie Rizzio.
MARIA
- Czemuż nie przybywa?
- On mi jeden pozostał z przyjaciół tak wielu
- I wkrótce zginie.
PAŹ
- Pani — tyś niesprawiedliwa,
- Wspominając przyjaciół, wspomnij o Botwelu,
- Paź nie śmie się przypomnieć, może nie ma prawa.
MARIA
- Mój luby, ty dorastasz — rozdzielisz się ze mną,
- Wachlarz na miecz zamienisz, powoła cię sława.
- Któż mi wtenczas rozjaśni tę pustynię ciemną?
- Botwel? — lecz ja Botwela nie znam. O! mój drogi!
- Ty płaczesz? Paziu! paziu!
PAŹ
- Dziecinne łzy ronię,
- Daruj mi — ja myślałem, że w twojej obronie
- Na dworze pas pozyskam i złote ostrogi.
- Nigdy mię nie budziła ze snu myśl rozdziału,
- Teraz pierwszy raz czuję, że nastąpić może,
- Już mi pół rycerskiego odjęła zapału.
- Lecz wszak Botwel rycerzem? przecięż jest na dworze
- I mógłby jeszcze bliżej, bliżej być królowy.
MARIA
zamyślona, jak echo
- Botwel — tak — mógłby bliżej, bliżej być królowy.
PAŹ
- Był jednak blisko wczora, kiedy w dworzan kole
- Towarzyszył ci, pani, na królewskie łowy;
- Tajemniczy miał smutek wyryty na czole.
- Potem, gdy cały orszak siadł na strojne łodzie,
- Botwel stanął przy sterze, twarz jego pobladła,
- Patrzał w głębinie wody, jak gdyby w tej wodzie
- Widział jakie straszliwe, dręczące widziadła;
- I coraz się nachylał — drzałem — nigdy w świecie
- Takiej myśli w człowieka nie widziałem twarzy;
- I pojąć jej nie mogę — dotąd mi się marzy
- Jak sen jaki okropny.
MARIA
- O! niewinne dziecię!
- Ja łatwo ją pojmuję — dzika myśl szaleńca.
PAŹ
- Królowo! wiatr, co sprzyjał tej wodnej podróży,
- Silniej w żaglach zaszumiał i z twojego wieńca
- Rozkwitłe w jasnych włosach zerwał kwiecie róży.
- Kwiat padł na wodne fale i z falą upłynął,
- Zbudził się Botwel — zadrzał — i na sługi skinął,
- Łódź mu podano — usiadł samotny do łodzi
- I ścigał kwiat zerwany — śledziłem go długo,
- Aż zniknął we mgle.
MARIA
niecierpliwie
- Odejdź! odejdź, wierny sługo!
- Lecz daj mi wachlarz, niechaj czoło mi ochłodzi...
- Tak mi gorąco — odejdź! jest to czas pacierzy.
[edytuj] Scena VII
MARIA
sama
- Przenikliwe ma oczy ten paź — i nie wierzy,
- Że miłość jest występkiem, w błędną wiedzie drogę.
- Długo ją usypiałam, już uspić nie mogę,
- Będę widzieć Botwela — oddalę ze dworu.
- Czyste zwierciadło skazić może lekkie tchnienie...
- Co?... Ja jestem niewinna, lękam się pozoru?
- Wszak z dawna mnie obarcza czarne podejrzenie,
- Myślą, że kocham Rizzia... O bojaźń dziecinna!
- Któż ma prawo mnie sądzić? Ja osądzę siebie,
- Ludzie są u stóp moich, nade mną Bóg w niebie.
- Wczoraj tak było... Dzisiaj nie jestem niewinna!
- Kocham Botwela! kocham! Bóg mnie sądzić może.
- Ciężko mi w tej koronie — francuska korona
- Z lekszego była kruszcu — na chwilę ją złożę...
Zdejmuje koronę.
- Więc teraz z wszystkich więzów jestem uwolniona.
- Ciężyłaś mi na czole, a twój połysk zgubny
- Wielu, wielu przerażał i odstręczał wielu.
- Teraz wolna... Nie — jeszcze cięży pierścień ślubny.
Zdejmuje pierścień.
- O! teraz przybądź do mnie! przybądź tu, Botwelu!
- Przybądź! nie mam korony i nie mam pierścienia.
- Przybądź! już się nie lękam Boga i potwarzy.
- Jak mię zachwyca urok twej posępnej twarzy
- I ten uśmiech goryczy, ten mrok zamyślenia.
- Precz ta myśl śmierci spiąca głęboko na czole,
- Niech tę chmurę rozproszy uśmiech szczery, tkliwy;
- Długo w posępnych myśli obłąkany kole,
- Będziesz jeszcze piękniejszy, gdy będziesz szczęśliwy.
[edytuj] Scena VIII
MARIA, RIZZIO
RIZZIO
- Wezwałaś mię, królowo?
MARIA
- Bojaźnią dręczona,
- Przyzwałam ciebie, Rizzio, w te skryte komnaty.
- Jesteś w niebezpieczeństwie, bo rzucone kwiaty
- W roli Duglasa śmierci wydały nasiona.
- Posłuchaj więc cierpliwie, mój błędny rycerzu,
- Już nie możesz tu zostać. Przeciw mieczom wroga
- Łatwo znaleźć obronę w mieczu i w pancerzu.
- Lecz grożą ci sztylety, śmierć zdradziecka, sroga.
- Wierzaj ani, źle, kto wrogom ukrytym zawierza,
- Musisz uniknąć ciosu, dziś rzucić te strony.
- Dam ci ważne zlecenie do dworu papieża,
- Okręt gotowy — żaglów rozpięte zasłony.
- Bądź zdrów!
RIZZIO
- Królowo moja! powtórz te rozkazy!
- O! nie! nie! nie powtarzaj — nad brzegiem otchłani
- Nie posłucham — choć ściągnę twój gniew, twe urazy,
- Wszak śmierć cię nie urazi? nie zasmuci? Pani!
- Mario! o! ja zostanę — przysięgam, zostanę!
- Postanowienia żadna nie naruszy siła!
- Śmierć sroższą mi wyrzekły twe usta różane,
- Żeby choć głos był zadrzał, gdyś ją wymówiła...
- Mario! posłuchaj...
MARIA
- Rizzio, chciej mówić z królową
- Rozmawiałeś z kim innym.
RIZZIO
- I gdzież twa korona?
- Nie widzę jej na czole — kwiatem uwieńczona
- Jesteś mi równa — śmielszą przemówiłem mową.
- Daruj mi! ja myślałem! — myślałem, szalony!
- Że ją umyślnie zdjęłaś dla mnie...
MARIA
- Źleś osądził.
- Wszak wiesz, że ja się zwykłam modlić bez korony,
- I teraz się modliłam.
RIZZIO
- Przebacz mi, jam zbłądził.
- Lecz nie kładź jej na czoło — czoło twe utrudzi
- I myśl jakąś posępną przykrywa żałobą.
MARIA
- Bez korony nie zwykłam przemawiać do ludzi.
- Rozmawiam tylko z Bogiem — z Bogiem, albo —
ciszej, kładąc koronę
- z sobą.
RIZZIO
- Śmiałość mi odebrała — więc dobrze — odjadę.
- Staje w gotyckim oknie i z udaną obojętnością mówi.
- Dziś dzień taki pogodny — dobry do podróży,
- Niebo czyste, błękitne, chmury lekkie, blade
- Pokazują mi drogę, lecz nie wróżą burzy.
- Obacz, proszę, królowo, jak cicho na dworze,
- Kwiaty w twoim ogrodzie odświeżone kwitną,
- Tam góry Szkocji barwą owiane błękitną,
- Odległe jak marzenia — jak tam szumi morze!
- Białą mgłą osłonione chwieją się okręty...
MARIA
- Rizzio! czemu tak zbladłeś?...
RIZZIO
odwraca twarz od okna i zakrywa ją dłonią.
- Tam żagiel rozpięty,
- Patrzeć nie mogę...
MARIA
- Rizzio! tyś jak dziecko słaby!
RIZZIO
- O pani! pani! ty mi chcesz zachować życie?
- A życie wszelkie dla mnie straciło powaby.
- Wkrótce ten zamek w mgły się roztopi błękicie,
- Będę stał na pokładzie — a morze pode mną.
- Ha! kto wie, gdzie zapłynę? w tłum świata się rzucę,
- Zapomnienie już szatą okrywa mnie ciemną,
- Coraz! coraz ciemniejszą! wszak nigdy nie wrócę?
- Już mnie boleść głęboka strawiła i zmogła.
- Po cóż mam wracać? po co? łzy, westchnienia tłumić?
- Jedna tu była dusza, zrozumieć mnie mogła!
- I ta nie zrozumiała — nie chciała zrozumieć!...
- Odjadę więc samotny — niech będzie szczęśliwa!
MARIA
wzruszona
- Rizzio!
RIZZIO
- Powtórz tym głosem! powtórz moje imię!
- Z dźwiękiem mowy głos duszy twojej się wyrywa.
MARIA
zimno
- Rizzio, chciałam cię prosić, kiedy będziesz w Rzymie,
- Proś ode mnie papieża, niech zamknięty w złoto
- Przyszle mi chleb ze stołu Pańskiego.
RIZZIO
z oburzeniem
- Pobożna!
- Gardzić, poniżać serce, zabijać jest cnotą,
- Potem można się modlić? wszystko zgładzić można.
- Żegnam cię...
MARIA
- Wszyscy losem jesteśmy miotani!
- Bądź zdrów! Maria ci wiecznie pamięci dochowa.
RIZZIO
- Mamże odjechać?
MARIA
- Cóż to znaczy?
RIZZIO
- Przebacz, pani!
- Ale twój głos był tkliwszym — smutniejszym niż słowa,
- Pozwól mi dziś pozostać — jutro się oddalę.
MARIA
z ironią
- Zostań! zostań! dziś możesz pozostać bez grzechu,
- Dziś bal na dworze, maski napełnią te sale,
- Ja sama się ubiorę jak królowa śmiechu;
- Przyjdź więc — tam nowe z nami będzie pożegnanie,
- Przyjmiesz je, choć ze śmiechem, z ust śmiechu królowy.
RIZZIO
- Pani! żegnam na wieki!
Odchodzi.
MARIA
- Raniłam go słowy,
- Lęka się mego śmiechu, dłużej nie zostanie.
- Jedno słowo od pewnej śmierci go wybawia,
- Zawsze gorżkie lekarstwo dobre skutki sprawia.