Makbet/Akt II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Akt I | Makbet Akt II William Shakespeare |
Akt III→ | |
|
|
[edytuj] Scena pierwsza
- Inverness. Dziedziniec zamkowy.
- Wchodzą Banko i Fleance, przed nimi sługa z pochodnią.
BANKO
- Jak późno już w noc, chłopcze?
FLEANCE
- Księżyc zaszedł;
- Bicia zegaru nie słyszałem.
BANKO
- Księżyc
- Zachodzi teraz około dwunastej.
FLEANCE
- Musi już później być, mój ojcze.
BANKO
- Weź no
- Mój miecz. Tam w niebie spać się widać kładą
- Po gospodarsku; zgaszono już światła.
- Sen mi się ciśnie do oczu, a przecież
- Zasnąć bym nie chciał. Dobroczynne moce!
- Umórzcie we mnie te okropne myśli,
- Które się budzą, gdy ciało spoczywa!
- Daj mi miecz!
- Makbet wchodzi, przed nim sługa z pochodnią.
- Kto tam?
MAKBET
- Przyjaciel.
BANKO
- Co widzę?
- Ty, panie, jeszcze na nogach? Król śpi już.
- W niepospolicie dobrym był humorze
- I szczodre dary posłał twoim ludziom;
- Małżonce twojej w dank za jej uprzejmość
- Kazał mi pierścień ten doręczyć; słowem,
- Zadowolony był zupełnie.
MAKBET
- Dobra
- Chęć nasza była niewolnicą braku
- Przygotowania; gdyby była mogła
- Swobodnie działać, byłoby inaczej.
BANKO
- O, i tak wszystko było jak najlepiej.
- Myślałem tego wieczora o owych
- Trzech widmach: wróżba ich już się po części
- Sprawdziła.
MAKBET
- Ani pomyślałem o nich,
- Warto by jednak w wolnej chwili znowu
- O tym pomówić. Oznacz czas, kochany
- Banko.
BANKO
- Zostawiam ci go do wyboru.
MAKBET
- Jeżeli zechcesz wybór mój potwierdzić,
- Wypadek jego będzie ku tym większej
- Czci twojej.
BANKO
- Żebym jej tylko nie stracił,
- Chcąc ją powiększyć, a zachować zdołał
- Czyste sumienie i wiarę niezłomną,
- Służyć ci będę.
MAKBET
- Dobranoc, tymczasem.
BANKO
- Dziękuję; życzę ci nawzajem dobrej.
- Wychodzi Banko i Fleance.
MAKBET
- Idź powiedz pani, żeby zadzwoniła,
- Skoro ów napój dla mnie będzie gotów.
- Możesz się potem położyć.
- Wychodzi sługa.
- Jestli to sztylet, co przed sobą widzę,
- Z zwróconą ku mej dłoni rękojeścią?
- Pójdź, niech cię ujmę! Nie mam cię, a jednak
- Ciągle cię widzę. Fatalne widziadło!
- Nie jestżeś ty dla zmysłu dotykania,
- Tylko dla zmysłu widzenia dostępny?
- Jestżeś sztyletem tylko wyobraźni?
- Rozpalonego tylko mózgu tworem?
- Widzę cię jednak tak samo wyraźnie
- Jako ten, który właśnie wydobywam.
- Ty mi wskazujesz jak przewodnik drogę,
- Którą iść miałem; takiego też miałem
- Użyć narzędzia. Albo mój wzrok błaznem
- Jest w porównaniu z resztą moich zmysłów,
- Albo jest więcej wart niż wszystkie razem.
- Ciągle cię widzę, a na twojej klindze
- I rękojeści znamiona krwi, których
- Pierwej nie było. Nie ma ich w istocie:
- Moja to krwawa myśl jawi je oczom.
- Na całym teraz półobszarze świata
- Natura zdaje się martwa i straszne
- Marzenia szarpią snu cichą zasłonę.
- Teraz to władza czarodziejska święci
- Ofiary bladej Hekacie i dziki
- Mord, podniesiony z legowiska wyciem
- Czujnego swego czatownika, wilka,
- Którego odgłos jest dlań ekscytarzem,
- Chyłkiem, jak złodziej lub duch, mknie do celu,
- O ty spokojna, niewzruszona w swoich
- Posadach ziemio, nie słysz moich kroków,
- Aby kamienie nie wypowiedziały,
- Gdzie idę, i nie zdradziły alarmem
- Tej zgrozy, co ma nastąpić.
- Ja się odgrażam, a on jeszcze żyje;
- Żar czynu ziębią słów jałowe chryje.
- Słyszeć się daje odgłos dzwonka.
- Dalej! czas nagli; już dzwonka wezwanie
- Daje mi sygnał. Nie słysz go, Dunkanie,
- Bo tego dzwonka melodia straszliwa
- Do nieba ciebie lub do piekła wzywa.
- Wychodzi.
[edytuj] Scena druga
- Tamże.
- Wchodzi Lady Makbet.
LADY MAKBET
- Co ich uśpiło, to mnie ocuciło,
- Co ich zniemogło, we mnie wzmogło siły.
- Cóż to jest? Cicho! To puszczyk zahuczał,
- Złowrogi ten stróż nocny, który groźnie
- Woła dobranoc. On tam jest; podwoje
- Na wpół otwarte; pijane pachołki
- Szydzą chrapaniem z swego obowiązku.
- Taki im napój dałam, że natura
- I śmierć spór teraz wiodą o ich życie.
MAKBET
za sceną
- Kto tu? hej!
LADY MAKBET
- Biada! pewnie się ocknęli
- I wszystko na nic. Zamach to, nie zbrodnia,
- Zgubi nas. Cicho! Pokładłam sztylety
- Tuż przecie przy nich; nie mógł ich nie znaleźć.
- Gdyby był we śnie nie tyle podobny
- Do mego ojca, byłabym się była
- Niechybnie sama na to odważyła.
- Ha! I cóż?
- Wchodzi Makbet.
MAKBET
- Stało się. Słyszałaś hałas?
LADY MAKBET
- Słyszałam sowy krzyk i poświerk świerszcza.
- Cóżeś to mówił, mężu?
MAKBET
- Kiedy?
LADY MAKBET
- Teraz.
MAKBET
- Kiedym tu wchodził?
LADY MAKBET
- Tak.
MAKBET
- Cicho! Czy słyszysz?
- Kto tam śpi w tamtym pokoju?
LADY MAKBET
- Donalbein.
MAKBET
przypatrując się swoim rękom
- Żałosnyż to jest widok!
LADY MAKBET
- Wstydź się mówić:
- Żałosny widok; niemężny tak mówi.
MAKBET
- Jeden się zaśmiał przez sen, drugi krzyknął:
- "Ratunku! ", aż się przebudzili wzajem;
- Jam stał i słuchał, ale oni cicho
- Zmawiali pacierz i znów się spokojnie
- Do snu pokładli.
LADY MAKBET
- Tam ich dwóch jest.
MAKBET
- Jeden
- Zawołał: "Boże, zmiłuj się nad nami! ",
- A drugi: "Amen ", jakby mię widzieli
- Z tymi rękami kata stojącego
- I śledzącego ich trwogę. Jam nie mógł
- Powiedzieć amen, wtenczas kiedy oni
- Mówili: "Boże, zmiłuj się nad nami! "
LADY MAKBET
- Nie zastanawiaj się nad tym tak pilnie.
MAKBET
- Dlaczegoż tego nie mogłem powiedzieć?
- Potrzebowałem bardzo zmiłowania,
- A jednak amen zamarło mi w ustach.
LADY MAKBET
- Nie trzeba sobie takich rzeczy w takim
- Świetle wystawiać; inaczej by przyszło
- Oszaleć.
MAKBET
- Zdało mi się, że słyszałem
- Głos wołający: "Nie zaśniesz już więcej! "
- Makbet zabija sen, niewinny sen,
- Który zwikłane węzły trosk rozplata,
- Grzebie codzienne nędze; sen, tę kąpiel
- Znużonej pracy, cierpiących serc balsam.
- Odżywiciela natury, głównego
- Posiłkodawcę na uczcie żywota.
LADY MAKBET
- Co wygadujesz!
MAKBET
- Ciągle mi brzmiał w uszach
- Ten glos: "Nie zaśniesz, nie zaśniesz już więcej! "
- Glamis sen zabił, dlatego też Kawdor
- Nie zaśnie; Makbet nigdy już nie zaśnie.
LADY MAKBET
- Któż to tak wołał? O szlachetny tanie,
- Rozmiękczasz w sobie tęgość ducha marząc
- Tak chorobliwie. Idź, weź trochę wody
- I obmyj rękę z tych plugawych znamion.
- Po coś tu z sobą przyniósł te sztylety?
- Tam jest ich miejsce. Idź, odnieś je, pomaż
- Krwią tamtych ludzi.
MAKBET
- Już tam moja noga
- Nie wnijdzie. Wzdrygam się, kiedy pomyślę
- O tym, com zrobił; widok tego byłby
- Nad moje siły.
LADY MAKBET
- Kaleka na duchu!
- Daj te sztylety. Śpiący i umarli
- Są obrazkami tylko; nikt prócz dzieci
- Malowanego nie lęka się diabła.
- Sama ubarwię krwią ręce i szaty
- Tych dwóch pachołków, bo oni się muszą
- Wydać sprawcami zbrodni.
- Wychodzi.
- Słychać z zewnątrz kołatanie.
MAKBET
- Skąd ten odgłos?
- Cóż się to ze mną stało, kiedy lada
- Szmer, lada szelest przejmuje mię dreszczem?
- Co to za ręce? Ha! wzrok mi pożera
- Ich widok. Mógłżeby cały ocean
- Te krwawe ślady spłukać z mojej ręki?
- Nie, nigdy! raczej by ta moja ręka
- Zdołała wszystkich mórz wody zrumienić
- I ich zieloność w purpurę zamienić.
- Lady Makbet wraca.
LADY MAKBET
- Ręce mam twoim podobne, lecz wstyd by
- Spalił mi lica, gdybym miała serce
- Białe jak twoje.
- Kołatanie.
- Słychać kołatanie.
- U południowej bramy; przejdźmy żywo
- Do naszych komnat. Kilka kropel wody
- Oczyści nas wnet z plamy tego czynu.
- Jakże on wtedy będzie lekkim! Męstwo
- Całkiem cię, widzę, opuściło.
- Kołatanie.
- Słyszysz,
- Znów kołatają. Przywdziej nocny ubiór,
- Ażeby skoro wyjść potrzeba będzie,
- Nie pokazało się, żeśmy czuwali.
- Przestańże gubić się tak nędznie w myślach.
MAKBET
- Obok uczucia takiej okropności.
- Lepiej byłoby utracić poczucie
- Samego siebie.
Kołatanie.
- Zbudź tym kołataniem
- Dunkana! Obyś mógł tego dokazać!
- Kołatanie.
[edytuj] Scena trzecia
- Tamże.
- Wchodzi Odźwierny. Ciągłe kołatanie do bramy.
ODWIERNY
- To dopiero wybijanie!
- Gdyby przy bramie piekła był odźwierny,
- wiecznie by tylko musiał klucz obracać.
- kołatanie
- Stuk! stuk! stuk! kto tam?
- W imię Belzebuba!
- To jakiś dzierżawca, co się obwiesił z rozpaczy,
- że się zboże zanadto sypało.
- W porę waść przychodzisz.
- A czy masz przy sobie zapas chustek?
- bo się tu siarczyście napocisz.
- kołatanie
- Stuk! stuk! stuk! kto tam?
- W imię innego diabła!
- To jakiś krętacz, co umiał na dwóch stołkach siadać
- i na każdym odprzysięgał się drugiego;
- co w imię Boże popełnił szkarad bez liku,
- a jednak nie mógł się wkręcić do nieba.
- Pójdź, pójdź, mości krętaczu.
- kołatanie
- Stuk! stuk! stuk! kto tam?
- Do wszystkich diabłów!
- To angielski krawiec,
- co spekulował na odkrawkach z francuskich spodni.
- Pójdź tu, krawcze.
- A czy przynosisz z sobą żelazko do prasowania?
- bo tu będziesz mógł wybornie rozgrzać duszę.
- kołatanie
- Stuk! stuk! stuk!
- Rychłoż się to skończy?
- Co ty za jeden?
- Ale tu za chłodno na piekło
- i nie chce mi się być dłużej odźwiernym u Lucypera,
- a chciałem wpuścić po jednym z każdego cechu,
- z takich co to wesołą,
- wiośnianą drogą zdążają do wieczystych sobótek.
- kołatanie
- Zaraz! zaraz!
- A proszę, nie zapomnijcie też o odźwiernym!
- Otwiera bramę.
- Wchodzą Makduf i Lennox.
MAKDUF
- Czyś się tak późno spać położył, mój przyjacielu, że tak późno wstajesz?
ODWIERNY
- W rzeczy samej, do usług waszej wielmożności,
- piło się trochę tej nocy! już drugi kur piał,
- kiedyśmy się spać pokładli,
- a picie, z przeproszeniem waszej wielmożności,
- jest ojcem trzech rzeczy.
MAKDUF
- Cóż to za trzy rzeczy, które piciu swój byt winny?
ODWIERNY
- Czerwony nos, panie, śpiączka i uryna.
- Co się tyczy miłości, jest ono po części jej ojcem,
- a po części nie jest, bo pobudza żądzę,
- a wstrzymuje wykonanie;
- dlatego wielkie picie można nazwać przeniewiercą względem miłości,
- bo ją rodzi i uśmierca; podżega ją i ostudza;
- pociąga ją i odpycha; daje jej egzystencję,
- ale bez konsystencji; kołysze ją do snu
- i kłamiąc jej rzeczywistością, upośledza ją w rzeczywistości.
MAKDUF
- Musiało ci ono dużo tej nocy nakłamać.
ODWIERNY
- Nie inaczej, panie,
- miałem jego kłamstw aż po dziurki,
- ale mu się nie dałem
- i chociaż mię kilka razy z nóg ścięło,
- przecież w końcu udało mi się je zrzucić.
MAKDUF
- Czy twój pan wstał już? Nasze kołatanie
- Przebudziło go pewnie. Oto idzie.
- Makbet wchodzi.
LENNOX
- Dzień dobry, wodzu.
MAKBET
- Dzień dobry wam wzajem.
- Mili panowie.
MAKDUF
- Czy król wstał?
MAKBET
- Nie jeszcze.
MAKDUF
- Kazał mi wcześnie się zbudzić, i tak już
- Spóźniliśmy się o godzinę.
MAKBET
- Chcecież,
- Bym was do niego zaprowadził?
MAKDUF
- Wiem ja,
- Szlachetny tanie, że podejmowane
- W podobnych razach trudy są radosne
- Waszemu sercu, trudami jednakże
- Być nie przestają.
MAKBET
- Ochoczość usługi
- Rzeźwi fatygę. Oto drzwi do króla.
MAKDUF
- Będę tak śmiały wejść, bo mam po temu
- Wyraźny rozkaz.
- Wychodzi.
LENNOX
- Czy król dziś odjeżdża?
MAKBET
- Tak postanowił.
LENNOX
- Noc ta nadzwyczajnie
- Była burzliwa; gdzieśmy spali, wicher
- Zerwał kominy i w powietrzu słychać
- Było, jak mówią, żałosne jęczenia,
- Dziwne rzężenia jakby konających
- I głośnym głosem zwiastowane wieszczby
- Straszliwych pożóg i różnych wypadków
- Znamionujących opłakane czasy.
- Ptak nocny kwilił i ziemia podobno
- Trzęsła się cała jak w febrze.
MAKBET
- W istocie,
- Straszna to była noc.
LENNOX
- Młoda ma pamięć
- Nie może sobie przypomnieć podobnej,
- Makduf wraca.
MAKDUF
- O zgrozo, zgrozo nad wszelkie pojęcie,
- Nad wszelki ludzki wyraz!
MAKBET I LENNOX
razem
- Co się stało?
MAKDUF
- Odmęt dokonał swego arcydzieła.
- Mord świętokradzki zgwałcił namaszczoną
- Świątynię Pana i wydarł z niej życie!
MAKBET
- Co mówisz? życie?
LENNOX
- Czyje życie?
MAKDUF
- Idźcie
- Tam i osłupcie kamieniem na widok
- Nowej Gorgony. Nie każcie mi mówić.
- Idźcie, zajrzyjcie tam i sami mówcie.
- Makbet i Lennox wychodzą.
- Hola! Wstawajcie! Przybywajcie! Bijcie
- W dzwony na alarm. Mord! piekielna zdrada!
- Banko! Donalbein, Malkolm! Przybywajcie!
- Otrząście z siebie sen, tę maskę śmierci,
- By śmierć prawdziwą ujrzeć. Przybywajcie
- Co tchu! i patrzcie na ostatecznego
- Sądu przedobraz! Hej! Malkolmie! Banko!
- Jak duchy z grobów wywołane śpieszcie
- Przypatrzyć się tej zgrozie!
- Dzwon bije na gwałt.
- Lady Makbet wchodzi.
LADY MAKBET
- Co się stało,
- Że tak złowrogiej trąby odgłos wszystkich
- W domu rozbudza? Dlaboga, Makdufie,
- Mów, co się stało?
MAKDUF
- O szlachetna pani,
- Nie wam to słyszeć, co bym mógł powiedzieć:
- Wiadomość tego rodzaju, trafiwszy
- Niewieście ucho, zabiłaby.
- Banko wchodzi.
- Banko!
- O Banko! Król, nasz pan, zamordowany!
LADY MAKBET
- Niestety! w naszym domu!
BANKO
- W czyimkolwiek,
- Zbyt to okropne! O kochany Dufie,
- Bądź z sobą samym w sprzeczności i powiedz,
- Że to fałsz.
- Makbet i Lennox wchodzą.
MAKBET
- Gdybym był umarł godzinę
- Przed tym wypadkiem, zamknąłbym był piękny
- Okres żywota. Nie ma od tej pory
- Nic szanownego na tym świecie; wszystko
- Jest tylko blichtrem; wielkość, świętość znikły,
- Scedzone wino życia, same tylko
- Męty zostały w tym lochu marności.
- Malkolm i Donalbein wchodzą.
DONALBEIN
- Co za nieszczęście tu się stało? kogo
- Dotknęło?
MAKBET
- Naprzód was i wy ostatni
- Dowiadujecie się o tym: cne źródło,
- Z którego wasza krew początek wzięła,
- Zatamowane na wieki.
MAKDUF
- Wasz rodzic
- Zamordowany został.
MALKOLM
- O, przez kogo?
LENNOX
- Sprawcami zbrodni byli, jak się zdaje,
- Dwaj pokojowcy: ręce ich i twarze
- Nosiły ślady krwi, toż ich sztylety,
- Któreśmy na ich posłaniu znaleźli.
- Wzrok mieli błędny, jakby obłąkany,
- Kiedyśmy weszli. Pod strażą tych ludzi
- Niczyje życie nie było bezpieczne.
MAKBET
- Żałuję teraz, żem ich w uniesieniu
- Wściekłości zabił.
MAKDUF
- A to na co? na co?
MAKBET
- Któż jednocześnie może być roztropnym
- I przerażonym, łagodnym i gniewnym,
- Wiernym i obojętnym? Nikt zaiste.
- Żarliwa moja przychylność stłumiła
- Zimną rozwagę. Tu Dunkan leżący,
- Z srebrnym, krwią złotą powleczonym włosem,
- Okryty rany wyglądającymi
- Jako wyłomy w naturze, przez które
- Szerokie przejście otwarto zniszczeniu -
- A tu mordercy, naznaczeni barwą
- Swego postępku, z świeżo zbroczonymi
- Puginałami: któż żywiący w sercu
- Miłość, a obok miłości odwagę,
- Byłby inaczej tej miłości dowiódł?
LADY MAKBET
- Pomóżcie mi wyjść, ach!
MAKDUF
- Lady zasłabła!
- Wezwijcie ludzi na pomoc.
MALKOLM
na stronie do brata
- Dlaczegóż
- Stoimy niemi, my, których najbliżej
- Ten cios dotyka?
DONALBEIN
- Cóż się nam odzywać
- Tu, gdzie ukryty wróg nasz niewidzialnie
- Może gdzieś czyha, by nagle nas dosiąc.
- Precz stąd! Łzy nasze jeszcze niedojrzałe.
MALKOLM
- I ciężka boleść nasza nie jest jeszcze
- Na czynnej stopie.
BANKO
do sług nadchodzących
- Odprowadźcie panią.
- Lady Makbet wychodzi wsparta na sługach.
- My zaś okrywszy na wpół nagie ciała,
- Które na chłody wystawione marzną,
- Zbierzmy się celem jak najściślejszego
- Zbadania tego strasznego wypadku.
- Każdym z nas miota niepewność; co do mnie,
- Oświadczam wobec majestatu Boga,
- Ze walczyć będę przeciw skrytym planom
- Tej niecnej złości.
MAKBET
- I ja.
WSZYSCY
- I my wszyscy.
MAKBET
- Idźmyż się przybrać, jak przystoi mężom.
- W głównej się sali zgromadzimy.
WSZYSCY
- Zgoda.
- Wszyscy wychodzą prócz Malkolma i Donalbeina.
MALKOLM
- Cóż ty zamyślasz? Nie łączmy się z nimi,
- Udawać żałość jest to rola łatwa
- Dla dusz nasiąkłych fałszem. Ja natychmiast
- Jadę do Anglii.
DONALBEIN
- A ja do Irlandii.
- Odosobnieni bezpieczniejsi będziem!
- Tu każdy uśmiech jest nożem.
- Im kto krwią bliższy, tym bliższy krwotoku.
MALKOLM
- Jeszcze ten pocisk ukrytego strzelca
- Nie padł na ziemię: najbezpieczniej będzie
- Zejść z celu. Na koń więc! nie traćmy czasu
- Na pożegnalne formy, ale chyżo
- Wynośmy się z tych miejsc. Gdzie grozi zdrada,
- Godziwie kradnie, kto sam się wykrada.
- Wychodzą.
[edytuj] Scena czwarta
Za obrębem zamku.
Wchodzą Rosse i Starzec.
STARZEC
- Kopę lat z górą pamiętam, widziałem
- Wiele widowisk, wiele okropności,
- Ale dzisiejsza noc wszystko dawniejsze
- W śmiech obróciła.
ROSSE
- Patrz, poczciwy starcze,
- Jak samo niebo w gniewie na złość ludzką
- Zdaje się grozić jej krwawej widowni;
- Podług zegara to dzień, a jednakże
- Gruby mrok tłumi wschodzącą pochodnię.
- Jestli to przemoc nocy czyli wstyd dnia,
- Że ciemność kryje tak oblicze ziemi,
- Kiedy ją miało ucałować słońce
- Ożywcze?
STARZEC
- Jest to tak nienaturalne,
- Jak ów czyn świeżo teraz dokonany,
- Przyszłego wtorku widziałem sokoła
- Majestatycznie się unoszącego;
- Wtem nędzna sowa napadła go z boku
- I zadziobała.
ROSSE
- A konie Dunkana
- (Rzecz nie do wiary, a jednak istotna),
- Owe rumaki tak piękne i rącze,
- Prawdziwe w swoim rodzaju pieścidła,
- Zdziczały nagle, stargały uwięzie
- I z bram stajennych wypadły, jak gdyby
- Chciały wojować z ludźmi.
STARZEC
- Powiadają,
- Że się pożarły.
ROSSE
- W istocie tak było, .
- Ku osłupieniu moich oczu, które
- Na to patrzały. Oto zacny Makduf.
- Makduf wchodzi.
- Cóż tam na świecie słychać?
MAKDUF
- Czyliż nie wiesz?
ROSSE
- Wiadomoż, kto był sprawcą tego czynu,
- Przechodzącego wszelką nazwę zbrodni?
MAKDUF
- Ci, których Makbet zabił.
ROSSE
- O nieszczęśni!
- Cóż ich do tego skłoniło?
MAKDUF
- Namowa.
- Synowie króla, Malkolm i Donalbein,
- Uszli: to rzuca na nich podejrzenie.
ROSSE
- Oni! Natura nie ma już rękojmi!
- O marnotrawna wyniosłości, sama
- Niweczysz własne środki życia! Tak więc,
- Według wszelkiego prawdopodobieństwa
- Władza królewska na Makbeta spadnie.
MAKDUF
- Już go obrano, i ruszył do Skony
- Na koronację.
ROSSE
- Gdzież złożono zwłoki
- Dunkana?
MAKDUF
- W Kolmes- hill, w świętych podziemiach,
- Gdzie spoczywają kości jego przodków.
ROSSE
- Udajeszli się do Skony?
MAKDUF
- Nie, bracie:
- Do Fajfu.
ROSSE
- A ja do Skony.
MAKDUF
- Bodajbyś
- Wszystko tam znalazł po myśli, inaczej
- Byłoby prawdą, że się w starej szacie
- Wygodniej chodzi niż w nowym szkarłacie.
ROSSE
- Bądź zdrów, mnie zwodny pozór nie omami.
- Bywaj zdrów, starcze.
STARZEC
- Niech Bóg będzie z wami
- I z każdym,który w imię Zbawiciela
- Złe zmieni w dobre,wroga w przyjaciela!
- Wychodzą.