Maciejowi Sieczce Przewodnikowi w Zakopanem
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Mój przewodniku! tyś mnie wiódł przez góry,
- Dając mi poznać ich poezję świeżą,
- Nagą, dziewiczą piękność tej natury,
- Nie zeszpeconą mdłych legend odzieżą,
- Nie rozdrobnioną na powszednie rysy,
- Zdawkowe słowa, zdawkowe opisy.
- Tyś ją pojmował swoim sercem prostem
- Wiernie, jak staje wyciosana z głazów;
- Nie pociągałeś fałszywym pokostem,
- Co kryje nicość bezmyślnych obrazów,
- Ale umiałeś jędrne znaleźć słowo,
- Aby jej wielkość wyrazić surową.
- Tyś mnie nauczył czuć ją silniej, lepiej,
- Bez wykrzykników i przenośni bladej,
- I w dzikich formach, które ona sklepi,
- Nie szukać natchnień niemieckiej ballady,
- Lecz na nią okiem spoglądać górala,
- Co wszystkie wierchy rozpoznaje z dala.
- Tyś mnie nauczył, drapiąc się na turnie,
- Nie brać przyborów romantycznej muzy
- I na klasycznym nie stąpać koturnie
- Przez naszych żlebów kamieniste gruzy,
- Ale wesoło, bez zawrotu głowy
- Mijać głęboko wycięte parowy.
- Pamiętam, nieraz siedząc na upłazku,
- Rzeźbiłeś słowem Tatr skalisty wątek,
- Każdy szczyt w wiernym schwytałeś obrazku,
- Każdej doliny koniec i początek,
- I piętr górzystych oznaczałeś biegle
- Trawiaste kopy i lesiste regle;
- Umiałeś kształty każdego olbrzyma
- Z gór zębatego grzebienia wydostać,
- Wskazać, jak drugich ramieniem się trzyma,
- Jaką przybiera z każdej strony postać,
- I na swych palcach przedstawiałeś żywo
- Każde odrębne łańcucha ogniwo;
- Ukazywałeś ciemne wód lusterka
- W wgłębieniach, w śniegu błyszczące oprawie,
- Siklawy w przepaść skaczące z pięterka,
- Wnętrza wąwozów splątanych ciekawie,
- Kierunek dolin i strumieni koryt,
- Wszystkim właściwy nadając koloryt.
- Wszystko, coś mówił - miało więcej wdzięku,
- Niż romantyczna daje opisowość,
- Bo mówiąc, miałeś pierś natury w ręku -
- A każde słowo dziwną miało nowość,
- Świeżą poezję górskiego powietrza,
- Dla której rymów i porównań nie trza.
- I nie prawiłeś mi spłowiałej bajki
- O dziwożonach lub zaklętych skarbach,
- Lecz dym puszczając z swej króciutkiej fajki,
- Juhasów w żywych malowałeś farbach,
- Życie w szałasach i życie na hali,
- Dolę-niedolę pasterskich górali.
- Ich ciemne twarze i kożuszki smolne,
- Zgrzebne koszule, ciupagi i pałki
- Więcej mi serce rozgrzać były zdolne
- Niż wszystkie gnomy, ondyny, rusałki,
- Co w Tatr poważnych wyniosłym łańcuchu
- Tak wyglądają - jak kwiat przy kożuchu.
- Żadne się bowiem widmo nie przyswoi
- Tej wyniesionej pod niebo pustelni,
- Gdzie tylko jeden duch na straży stoi,
- Bez kształtów, w które chcą go wprząc śmiertelni:
- Duch wszechświatowy, duch wód i kamieni,
- Co się w milczącej unosi przestrzeni.
- Przy nim już nie ma dla fantazji tworów
- Odpowiedniego miejsca wśród tych wyżyn -
- Wielka symfonia turni, hal i borów
- Nie znosi ludzkich trefień i postrzyżyn,
- Nie znosi skrzydeł przyprawnych z tektury,
- Gdy sama cała wzlatuje do góry.
- Ty czułeś dobrze, że wielkość przyrody
- Nie potrzebuje bielidła i różu,
- Że miło patrzeć na schodzące trzody,
- Gdy z gór pędzone w szarym skaczą kurzu,
- I że tatrzańskiej polany nie szpeci
- Wkoło szałasu chwast na stosach śmieci.
- Tyś czuł, że prawda piękna - chociaż naga,
- Gdy jest odczutą silnie a głęboko;
- Że tracić musi dzika gór powaga,
- Gdy fantastyczną okryć ją powłoką,
- I że nie trzeba robić z skał posągów
- Ani wytwarzać różnych dziwolągów.
- Tyś czuł, że każda z okolic mieć musi
- Swój wdzięk właściwy i wyraz odrębny -
- Że Tatrom trzeba bydła, a nie strusi,
- Że zapatrzone w niebo wiejskie bębny
- Piękne są - tworząc harmonię pastuszą,
- Do której trzeba dostroić się duszą.
- Twa estetyka prosta, domorosła,
- Znała jednakże widnokręgi szersze,
- I choć nie byłeś poetą z rzemiosła,
- Co mierzy swoje uczucia na wiersze,
- Choć nie goniłeś w laur zmienionej Dafne,
- Poczucie piękna zawsze miałeś trafne.
- I realizmu powszedniego mistrze
- Nie mogą ciebie w swej zamieścić szkole...
- Boś kochał wszystko jaśniejsze i czystsze
- I nie lubiłeś pozostawać w dole,
- Lecz rozumiałeś, że ludziom potrzeba
- Piąć się - by wyjrzeć oczami do nieba.
- Dobrze więc było mnie pod twoją wodzą
- W królestwie głazów dni pogodne przeżyć,
- Chwytać wrażenia, jak same przychodzą,
- Piersi nieznanym uczuciem odświeżyć
- I w samym źródle piękności i czarów
- Ożywczą rosę z śnieżnych pić wiszarów.
- Dobrze mi było, idąc za twym śladem,
- Zdobywać z trudem mało znane szczyty
- I z rączych kozic spotykać się stadem,
- Przeskakującym granitowe płyty,
- I na najwyższym ostrej turni zębie
- Ogarniać wzrokiem nieprzejrzane głębie.
- A chociaż czasem deszcz lał jakby z cebra
- I trzeba było zmoczonym do nitki
- Umykać na dół z skalistego żebra,
- By gdzie w szczelinie czas przeczekać brzydki,
- Tyś miał w zapasie zawsze myśl wesołą,
- Co rozchmurzała zasępione czoło.
- I słodko było gwarzyć z tobą potem,
- Po całodziennym spoczywając znoju
- Pod rozpostartym błękitów namiotem,
- Ponad brzegami jeziorka lub zdroju,
- Gdzieśmy budzili krzykiem echa dolin
- I chleb chwytali - głodni jak Ugolin.
- A gdy ostatnie gasły zórz kolory,
- Wtedy i nasze przycichły gawędki...
- Bośmy słuchali, co szumiały bory,
- Co na kamieniach szemrał potok prędki,
- Myśmy milczeli... a gwarzyły skały...
- I tak wśród marzeń dzień nadchodził biały.
- To wszystko jeszcze w mych myślach się kręci,
- I wszystkie twoje starania i prace
- We wdzięcznej u mnie zostały pamięci -
- Więc dług wdzięczności wspomnieniami płacę,
- Które, jakkolwiek spełzły na papierze,
- Jednak gór tchnienie przechowują świeże.