Lilla Weneda/Akt II
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
[edytuj] Scena I
- Pobojowisko, noc.
- ROZA WENEDA w głębi pali koście rycerzy i śpiewa.
- ŚLAZ wchodzi.
ŚLAZ
- Dalibóg! trupów tu jak maku: głupcy!
- Gdyby się spytał kto tych wszystkich durniów,
- Dlaczego teraz się nie mogą ruszyć?
- Jeden odpowie: "Brak mi kawałeczek
- Serca" — a. drugi: "Mam strzałkę maleńką
- W mym pacierzowym ogonie"; i każdy
- Miałby wymówkę — ze mną tak nie będzie.
- Nie, ja do śmierci chcę żyć, a po śmierci
- Będzie, jak Bóg chce i jak chce pan Gwalbert. —
- Cóż to za wiedźma przed stosem z płomieni
- Trupich piszczeli ogniem oświecona?
ROZA WENEDA
- Czar się nie robi — tu jest człowiek żywy.
ŚLAZ
- Jezu Maryja! gotowa mnie zabić.
ROZA WENEDA
- Wężu, kto jesteś?
ŚLAZ
- Umarły ze strachu.
ROZA WENEDA
- Gdzie idziesz?
ŚLAZ
- Wszędzie, gdzie każesz waćpani.
ROZA WENEDA
- Ja wiem, czym jesteś... ty będziesz zabójcą.
- Mam tutaj sztylet.
ŚLAZ
- Jakaś waryjatka!
ROZA WENEDA
- Przed tobą płynie krwi bolesnej rzeka,
- Z tych trupów cieknie i płynie.
- Za tą wodą dom człowieka,
- Ten człowiek zginie;
- Życie jest jego dla mnie jak psa życie.
- Ty go zabić powinien.
ŚLAZ
- Ja?
ROZA WENEDA
- O świcie
- Go zabijesz, idziesz po to.
- Słuchaj! — jesteś złodziejem...
ŚLAZ
- Ja?
ROZA WENEDA
- I złotą
- Harfę ukradniesz mego ojca.
ŚLAZ
- Pięknie!
ROZA WENEDA
- I słuchaj, jeśli z bolu harfa jęknie,
- Jeżeli jęknie ojcu mojemu kradziona:
- Ty ją utulisz w płaczu jak dziecko — i skona
- Ojciec mój — ale harfa zwycięży narody!
- Pamiętaj!
ŚLAZ
- Dobrze.
ROZA WENEDA
- Lub z głazem do wody
- Rzuć się i toń — bo serce ci wydrę i oczy.
- Oddala się w głąb do płomieni.
ŚLAZ
- Rozumiem, ukraść harfę i zabić człowieka.
- A to mi wcale piękna awantura!
- Wylazła z trupów i z płomieni mara
- I mówi do mnie: "Ślazie, jesteś zbójcą". —
- Dziękuję pani, że tak dobrze trzymasz
- O mojej cnocie. — A do mnie ta znowu:
- "Mój mości Ślazie, waść jesteś złodziejem" —
- Chciałem ją za to w pysk, a ona w ogień
- Jak salamandra; szukajże z nią ładu!
- Gdyby przynajmniej była powiedziała,
- Czy mnie powieszą, jak będę złodziejem?
- Co teraz robić?... Widzę tam na górze
- W złocistej zbroi nieboszczyka — pójdę,
- Obedrę zbroję i na siebie włożę,
- Może cokolwiek znajdę w niej odwagi.
- Wychodzi.
ROZA WENEDA
- śpiewa
- Trzaska w płomieniach kość,
- W czaszkach się warzy mózg,
- Tu kwiatów będzie dość
- I lilijowych rózg
- Z kwiatami, o! z białymi kwiatami...
- O! o! — o! o! —
- Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!
- Ja palę trupy wciąż.
- Tu mój kochanek był,
- Do czaszki przylazł wąż
- I krew mu z oczu pił,
- I do czaszki wlazł krwawymi ustami.
- O! o! — o! o! —
- Trupy moje! Trupy moje! Bóg z wami!
- Oddala się — płomienie gasną.
ŚLAZ
- wchodzi w zbroi — sam.
- Otóż ubrany jestem jak na święto.
- Ta wiedźma wrzeszczy tu na całe gardło,
- A tu są ludzie, co chcą spać: na przykład
- Ten obywatel, co mi dał tę zbroję,
- Chciał spać, musiałem dobić nieboraka.
- Ergo ta wiedźma powiedziała prawdę;
- Bo jeśli dobić żyć nie mogącego
- Znaczy to samo, co odebrać życie:
- Więc ja zabiłem — nie — tylko dobiłem.
- Gdzież w przykazaniach boskich: "Nie dobijaj" —
- A gdyby nawet było w przykazaniach,
- To ja nie wierzę w boskie przykazania...
- I tak... a jeszcze na moją obronę
- Mógłbym przytoczyć, że mię ten nieboszczyk
- Prosił, abym go zrobił nieboszczykiem...
- Tymi wyrazy: "Widzisz tu Salmona
- Z połamanymi kościami — więc dobij!"
- Więc ja dobiłem go i rzecz skończona. —
- A teraz pójdę w tej zbroi do Lecha;
- I będę, jakbym przywędrował z Lechem,
- Służyć u Lecha i zwać się ślachcicem.
- Wychodzi.
[edytuj] Scena II
- Sala w zamku LECHA. LECH i SYGOŃ.
LECH
- Więc ty widziałeś, jak mój Salmon zginął?
- Opowiedz jego śmierć.
SYGOŃ
- Kiedy się, Lechu,
- Za ostatnimi Wenedy puściłeś
- Na czarnym koniu, Salmon twój kochany,
- Ujrzawszy wzgórze, na którym dwunastu
- Stało Derwidów z harfami złotymi,
- Tak, że z tych starców i z harf pagórkowi
- Była korona, rzucił się z dobytym
- Mieczem na owe wzgórze Salmon młody
- I nie znajdując żadnego oporu,
- Króla Derwida wziął za siwą brodę
- I ciągnął z tronu kamiennego gwałtem.
- Gdy oto nagle — harf złotych dwanaście,
- Jako dwanaście siekier podniesionych,
- Na hełm Salmona spadło... a jam słyszał
- Jęk tego hełmu i jęk harf dwunastu...
- Przybiegłem — wzgórze całe było puste,
- A na nim leżał cichy trup Salmona.
LECH
- Na Boga! każda z tych harf mi odpowie
- Życiem za życie mojego rycerza.
SYGOŃ
- Już się królowa zemściła na królu.
LECH
- I cóż?
SYGOŃ
- Kazała mu wyłupić oczy.
LECH
- Na Boga! mała kara, mała kara!
- Psy! psy! psy! — zabić harfami rycerza!
- Chciałbym ten kielich cały krwią napełnić...
- Rycerz rozbity jak garnek, nie bronią,
- Ale harfami! — pfu! — zgroza. Sygonie,
- Gdyby mi kiedy taka śmierć groziła,
- Utnij mi głowę, zrąb mi głowę z karku.
- Wchodzi LILLA WENEDA.
- Cóż to za biała jakaś Wenedzianka?
SYGOŃ
- Córka starego króla.
LECH
- Tego starca,
- Który mi zabił Salmona?
SYGOŃ
- Tak, panie.
LECH
- Czegoż ode mnie ona chce?
LILLA WENEDA
- Litości.
LECH
- Właśnie mi teraz z litości wystygło
- Serce; twój ojciec jest mi jak wąż sprośny.
- Młodocianego mi zabił rycerza.
LILLA WENEDA
- Więc nie litośny bądź, lecz sprawiedliwy.
- Ty ojcu memu zabiłeś tysiące
- Młodych rycerzy i przyjaciół starych;
- A żona twoja mu nie zostawiła
- Oczu, by płakał nad swoją niedolą.
- Wyście mu wszystko wydarli! ach, wszystko!
- Nawet pociechę, którą ma płaczący,
- Przez ołzawione oczy widzieć niebo
- Lub twarz człowieka, który nad nim płacze,
- Lub lice córki, co chce być wesołą
- I twarz umila nadziei promieniem.
- O! panie, wszystkoście mu już wydarli!
- Wszystko, prócz serca córki nieszczęśliwej.
- Idź, Lechu — obacz go — a będziesz płakał!
- Idź, Lechu! — on tam na twoim dziedzińcu,
- Za siwe, święte włosy przywiązany —
- Głodny mój ojciec! cierpiący mój ojciec!
- Idź, Lechu! obacz, co oni zrobili
- Z moim nieszczęsnym ojcem — ty masz oczy:
- Więc idź i obacz... a jeśli ty, Lechu,
- Na taki widok nie będziesz litośnym,
- To chyba jesteś, Lechu, nie człowiekiem.
LECH
- Sygonie, moja Gwinona się biesi,
- Ona tu miarę przebrała.
LILLA WENEDA
- O! panie,
- Ona tam teraz przed wiszącym starcem
- Do okrucieństwa zaprawia twe dzieci,
- Ojca mojego im nazywa królem,
- A to maleństwo za matką świegoce:
- "Król, król" i w mego ojca oczy puste
- Niegodziwymi rzuca kamyczkami.
- O! idź ty, Lechu, i obacz tę zgrozę!
- O! idź ty, Lechu, i skarz tę kobietę!
- Ona ci psuje, Lechu, twoje dziatki;
- Z tych dziatek będą potem królobójce,
- Ty będziesz się bał, gdy cię nazwą królem,
- Tak jak zwą dzisiaj mego ojca królem:
- "Król, król", jak kawki świegocą. O, Lechu!
- Idź sam i obacz...
LECH
- Wszak nie ma w tym grzechu,
- Sygonie, mojej miłej podciąć skrzydeł...
- Wychodzą.
LILLA WENEDA
- On mi uwolni ojca z rąk straszydeł...
- Wychodzi.
[edytuj] Scena III
- Dziedziniec zamkowy.
Na jednej z bocznych ścian widać cień przywiązanego DERWIDA do gałęzi dębu...
Na przedzie sceny GWINONA, KRAK i ARFON.
KRAK
- Mamo, ja nie chcę więcej tego starca
- Bić kamykami. On się już nie rusza.
GWINONA
- Krak, jak wyrośniesz, będzie z ciebie baba.
KRAK
- Nie, mój braciszek Arfon będzie babą,
- A ja rycerzem sławnym jak mój papa.
GWINONA
- Chcesz być rycerzem? a kiedym kazała
- Wziąść łuk i trafić w serce tego starca,
- To skowytałeś jak psiątko: — "Nie, mamo,
- Nie, ja żałuję dobrego staruszka". —
- Wstydź się, czyżykiem jesteś, nie chłopakiem.
KRAK
- Cóż ten staruszek zrobił tobie, Gwina?
GWINONA
- Co? nie pamiętasz już, Kraku, Salmona?
- Salmona, co cię nieraz na rumaku
- Sadzał i uczył harcować... ten stary
- Zabił Salmona, Salmon już nie wróci.
KRAK
- Ten stary zabił Salmona?
GWINONA
- A widzisz?
- Już rączki ściskasz w kułak, jużeś gniewny. —
- Arfonie, daj łuk braciszkowi — daj mu.
- On lepiej strzela niż ty.
ARFON
- Ja sam trafię.
GWINONA
- Idź, baw się z harfą, daj łuk braciszkowi.
- dając KRAKOWI łuk
- Na, i mierz w serce, w serce — wiesz, gdzie serce?
KRAK
- Wiem, mamo, bo mi teraz głośno puka.
- Mierzy z łuku w stronę, gdzie się znajduje męczony Derwid...
- Wchodzi LECH, SYGOŃ i LILLA WENEDA.
LILLA WENEDA
- O! widzisz, panie, chcą mi zabić ojca.
LECH
- Gwinona, każ mu spuścić łuk, na Boga!
- Bo go tu zetnę szablą jak makówkę.
- Cóż to?... czy ojciec jest tu u was niczym?
- Spuść łuk! bo łebek ci ukręcę — spuść łuk!
GWINONA
- Spuść łuk, mój Kraku, papa tobie każe. —
- Cóż to tak gniewny, mój człowieku? cóż to?
LECH
- Mam się nie gniewać? ja mam się nie gniewać,
- Kiedy tu widzę moje własne dzieci
- Urągające z niedoli królewskiej,
- Jedzące mięso jak orlątka młode.
- Cóż to? czy moje dzieci są chowane
- Jak psy rzeźnika? — precz mi stąd, szczeniaki!
- Dzieci odchodzą.
- Gwinona, dosyć już tych okropności.
- Każ tego starca odwiązać.
GWINONA
- Ty panem,
- Każ go odwiązać.
LECH
- Cóż to? jużeś gniewna?
GWINONA
- O! dzień przeklęty, kiedym ja się dała
- Uwieść przez ciebie z islandzkiego brzegu,
- Abym tu była teraz niewolnicą
- Twojego gniewu i niestałej żądzy.
- Lepiej mi było morze rozhukane
- Poślubić albo wulkan płomienisty,
- Lub zostać Niksów albo Farfadetów
- Małżonką; lepiej, o! lepiej sto razy,
- Niż teraz za mym ubogim rycerzem
- Przez świat wędrować i znosić obelgi,
- I nie być pewną dnia, że mąż mię kocha.
- Bo jakże kocha mnie ten lew ryczący?
- Serce mi ciągle gryząc albo głaszcząc
- Dłonią żelazną — jakże mi pochlebia?
- Z rana pochlebia, a wieczorem karci.
- Jakże mi wierną miłość wynagradza?
- Co mi da z rana, odbierze wieczorem;
- Tak, że ja nie wiem, żoną ja czy sługą
- Jestem u niego? miłą mu czy gorżką?
- Szlachetną w jego myśli? albo podłą? —
- O! jeśli tak ma być zawsze, o Lechu!
- To mię odegnaj i pójdę ja bosa
- W te ciemne lasy wilkom i niedźwiedziom
- Pochlebiać, łasić się, prosić o litość. —
- Wstydzisz się; nic mi już nie odpowiadasz?
- Bo ty szlachetny i wiesz, że mam słuszność.
- Dzisiaj mi dałeś w moc tego Derwida;
- Pierwszy raz rzekłam: "On mi przecie ufa";
- A teraz muszę znów wyjść z omamienia.
- Chodźcie tu wszyscy! patrzcie, jak Lech rycerz
- Żonie danego dotrzymuje słowa.
- Ja w słowie jego zaufana święcie
- Na jego słowo dałam moje słowo:
- Teraz on swoje święte słowo łamie;
- A ja się muszę oszkalować sama
- I zaprzysiężeń moich nie dotrzymać...
- Chodź tu, dziewczyno, wyzwałaś mnie dzisiaj
- Na zakład, że trzy razy ojca twego
- Wyrwiesz od śmierci — a ja ci przyrzekłam,
- Że twego ojca oddam ci, jeżeli
- Trzy razy śmierci go wyrwiesz okropnej.
- O! łatwo zakład ci wygrać z królową,
- O której honor nie dba mąż i rycerz.
- Ciesz się więc. — A ty, Lechu, tej dzieweczki
- Zdrowie pić będziesz moją krwią — ty znasz mnie!
- Islandzką jestem królewną, pamiętaj!
- Do obelg takich nie przyzwyczajona.
- Chce odchodzić.
LECH
- Stój.
GWINONA
- Idę z wieży się rzucić.
LECH
- Kobieto!
GWINONA
- Jak mię nie będzie, każesz z moich włosów
- Porobić struny do twej harfy złotej
- I starzec ci ten będzie o mej śmierci
- Grał — albo wicher islandzki przyleci
- Z ojczystej mojej ziemi i na strunach
- Położy usta przekleństwem wyjące.
LECH
- Zanadto jesteś teraz rozżalona,
- Mówić nie można z tobą.
- Chce odchodzić.
LILLA WENEDA
- zatrzymując go
- O, mój panie!
LECH
- Czego ode mnie chce ta wiedźma? wszyscy
- Przeciwko mnie są.
LILLA WENEDA
- Więc mój ojciec skona?
LECH
- Twój ojciec na śmierć zasłużył sto razy.
- Niechaj rycerze go dokończą — i niech
- Więcej nie słyszę o nim.
LILLA WENEDA
- Ach! okrutny!
- Słuchajże teraz mnie, straszny człowieku!
- Słuchajże teraz mnie, ty pani krwawa!
- Ja tu wynajdę, aby wam nakarmić
- Zemsty łaknące serca, taki sposób,
- Taką wam straszną rzecz wynajdę myślą,
- Taką rzecz powiem, że wy struchlejecie
- Na samą pierwszą myśl tej okropności.
- Słuchajcie tylko! słuchajcie! Ten starzec
- Ma dzieci — dzieci te u was w niewoli,
- Dwóch macie synów tego starca w rękach:
- Otóż wybierzcie z nich którego losem,
- Dajcie mu w ręce topór wyostrzony,
- Niech o sto kroków stanie i toporem
- Rzuci na ojca — co? czy pozwalacie?
GWINONA
- Przywieść tu jeńców.
LILLA WENEDA
- Lecz, królu! lecz, królu!
- Jeżeli brat mój, rzuciwszy toporem,
- Starcowi tylko włos ustrzyże siwy —
- O! patrzaj — ten włos, co tak przezroczysty,
- Jak blady gwiazdy błękitnej ogonek
- Pomiędzy drzewem a starego głową.
- Jeżeli ten włos tylko mu ustrzyże,
- To więźnie będą wolni — czy przyrzekasz?
LECH
- Ów, co rzecz taką zrobi, będzie wolnym.
LILLA WENEDA
- Oba?
LECH
- Tak, oba...
LILLA WENEDA
- I mój ojciec?
GWINONA
- Ojciec
- Do mnie należy — zbaw go tak trzy razy,
- A będzie wolnym.
LILLA WENEDA
- Ach, czyliż nie dosyć
- Raz tylko ojca tak zbawić, królowo?
- Wchodzi LELUM i POLELUM. Oba łańcuchem złączeni tak, że prawa pierwszego ręka do lewej ręki POLELUM przykuta.
GWINONA
- Otóż są więźnie, mów, czy się podejmą?
- Ty, siostra, srogi targ zrobiłaś za nich.
LILLA WENEDA
- O! mówcie do nich wy — ja cała drżąca.
LECH
- Jest wieść, że celnie rzucacie toporem.
- Jeśli z was który o sto kroków rzuci
- Topór na ojca i tak weń wymierzy,
- Że wiszącemu na drzewie za włosy
- Starcowi tylko włos ustrzyże siwy:
- To będzie wolny razem ze swym bratem.
LILLA WENEDA
- Nie zechcą! oni nie zechcą! — Polelum,
- Jedyny to jest dla ojca ratunek,
- Ojciec, na drzewie powieszony, skona,
- Jeść mu nie dano ani pić — on skona!
- On was nie widzi — wydarto mu oczy.
- Jeżeli topór mu roztrzaska głowę,
- Nie będzie widział, że to syn tak rzucił.
- On śmierci swojej przed śmiercią nie ujrzy.
- Jeżeli umrze... o śmierć nielitośną
- Swego własnego syna nie posądzi...
- Polelum... topór weź. Ojciec nie widzi.
- Weź, tylko śmiało...
POLELUM
- Daj.
LILLA WENEDA
- Ale go nie rań.
POLELUM
- I cóż mam robić?
LECH
- Psie! ty godzisz we mnie.
POLELUM
- Mówisz, że trzeba godzić w mego ojca?
LECH
- Zgnijesz w kajdanach, jeśli nie posłuchasz.
- POLELUM rzuca topór na ziemię.
LELUM
- Bracie, na próżno targasz się w łańcuchu,
- Niewolnikami jesteśmy, Polelum.
- Pomyśl — ty dobrze władasz tym żelazem.
- Gdyby nie serce w tobie, to byś trafił;
- Więc zatruj serce na chwilę i pomyśl,
- Że to nie w ojca włos uderzyć trzeba,
- Lecz w łona ludzi tych, co będą czuli
- Hańbę ze swego zwycięstwa nad nami...
- Polelum! podnieś ten topór okropny!
- Przykuty do mnie za twą lewą rękę,
- Tyś niewolnikiem mojej ręki prawej.
- Ty cały jesteś moją ręką prawą:
- Ty będziesz rzucał, a ja będę cierpiał. —
- Mamyż na wieki i my, i nasz ojciec
- Już pokonani być dolą, i nigdy,
- Nigdy tym krwawym ludziom nie pokazać,
- Co wreszcie może rozpacz niewolnika?
- Polelum! zemsty! — Ja skonam w więzieniu...
- Mnie trzeba słońca... tobie zemsty trzeba.
- Ach, bądź odważny.
POLELUM
- O! bogi piekielne!
- Z jednej mi strony brat cierpiący kona —
- Tam ojciec nędzny — tu mi dają topór —
- Co robić?
LILLA WENEDA
- O! mój Polelum! o bracie!
- Zbawisz nas wszystkich.
POLELUM
- Daj topór. O! Boże! —
- Odwróćcie oczy, abym ja nie widział
- Na waszych bladych twarzach przerażenia. —
- Więc trzeba włosy te odciąć — te włosy —
- Te siwe włosy? — Nie patrzcie wy na mnie,
- Bo mi się oczy łzami ćmią. Okropnie!
- Czy wy jesteście pewni, że mię ojciec
- Nie widzi? — tylko czy jesteście pewni?
LILLA WENEDA
- On ma wydarte oczy.
POLELUM
- Przez błyśnięcie
- Mego topora utraciłby oczy,
- Gdyby mu ludzie oczu nie wydarli.
- Ach, dosyć było taką rzecz wymyśleć,
- A starzec by sam sobie wydarł oczy,
- Aby nie patrzał na zabójcę syna.
- O! do czegoż ty przyprowadzasz, Boże,
- Człeka, co stracił ojczyznę! — O! patrzcie,
- Ażeby teraz wyratować brata,
- Muszę być ojca mego męczennikiem.
- Siostra mnie własna o zabójstwo prosi,
- Ludzie z boleści mojej urągają.
- O! przyjdź, godzino zemsty albo śmierci!
GWINONA
- Cóż to, więc nie masz odwagi?
POLELUM
- Bezczelna!
- Ja się odwagi mojej własnej boję. —
- Prowadźcie mnie tam, skąd mam rzucać topór.
- O tym ciśnięciu straszliwym Weneda
- Będzie wam śnić się...
- Prowadzą okutych razem braci na metę rzutu — zasłona spada.
CHÓR DWUNASTU HARFIARZY
- Niestety! Niestety!
- Gdzie sprawiedliwość boska? gdzie pioruny?
- Syn na własnego ojca topór rzuca,
- Niebo się całe ćmi krwawymi łuny,
- Błyskawicowych chmur rzygnęły płuca
- Piorunów deszcz okropny — świat się wzdryga!
- Cóż będzie, jeśli topór w czaszce jęknie?
- Topór, co w drżącej ręce syna miga.
- O! synu! serce twe z boleści pęknie,
- O, córko! ojca twego krew cię splami!
- O! biada wam! o! biada, niewolnicy!
- Mięsza się wasza krew z waszymi łzami,
- Serca daj[e]cie krew pod dziób orlicy,
- Ona wyścieła gniazdo waszymi włosami.
- O! niewolnicy!
- Zemsta! zemsta! dopóki serce bije, zemsta!
- KONIEC AKTU DRUGIEGO