Iliada (Dmochowski)/Pieśń XIV
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
| ←Pieśń XIII | Iliada Pieśń XIV Oszukanie Zeusa Homer |
Pieśń XV→ | |
| Tłumaczenie: Franciszek Ksawery Dmochowski. |
Nestor jeszcze w namiocie pragnienie uśmierza,
Gdy go w uszy straszliwy krzyk mężów uderza.
»Ach! Machaonie - rzecze - jakież nasze losy?
Coraz większe się w polu rozlegają głosy.
Ty pij tymczasem wino, póki Hekameda
Na obmycie twej rany łaźni ciepłej nie da,
Ja wybiegnę, bym widział i stan wojowników,
I co jest za przyczyna tych strasznych okrzyków«.
Rzekł i zaraz się starzec uzbrajać poczyna:
Świecący bierze puklerz Trazymeda, syna,
Który z ojcowską tarczą w polu się potyka;
W rękach Nestora błyszczy nieprzełomna pika.
Wychodzi. Jak mu widok smutny w oczach stanie!
Tych zbili, drugich pędzą zażarci Trojanie;
Nawet już przełamany widzi mur warowny.
Jako, gdy wkrótce powstać ma wicher gwałtowny,
Czujący falę wody Ocean zamroczy,
Ale dopóty czarnych bałwanów nie toczy:
Póki silny wiatr w pewną stronę nie zawieje,
Tak się w swych myślach starzec zawieszony chwieje,
Czy ma się rzucić wpośród pierzchającej rzeszy,
Czy też raczej do króla narodów pośpieszy?
Przemogła myśl ostatnia. Idzie, a tymczasem
Rozpoczęta trwa walka z niezmiernym hałasem:
Szczęk mieczów, broni trwożą przeraźliwe błyski.
Tłukąc się wzajem jęczą miedziane pociski.
Atryd, Odys, Diomed, ranne w polu wodze,
Wyszły z naw i z Nestorem schodzą się na drodze.
Z dala od bojowiska ich okręty stały,
Często bite od morza pienistymi wały,
Te, co wprzód doszły lądu, wyciągniono z wody
I murem zasłoniono od wszelkiej przygody,
Lecz wszystkim największego miejsca jeszcze mało.
Aby się więc gdzie wojsko rozpościerać miało,
Na kształt szczeblów oparte są jedne o drugie
I brzegi wśród przylądków napełniają długie.
Wyszli, żeby się rzeczy przypatrzyli z bliska,
Idą wsparci na dzidach, smutek serca ściska;
Widok Nestora bardziej jeszcze ich zatrwożył.
»Ty, w którym naród Greków nadzieję położył! -
Król Myken rzekł - Ty chwało i podporo ludu!
Po co idziesz, męskiego zaniechawszy trudu?
Lękam się, by nas Hektor zajadły nie zgubił,
Jak na radzie trojańskiej dumnie z tym się chlubił.
Że nie wprzódy do pysznych wróci Troi grodów,
Aż po zniszczeniu floty i greckich narodów.
Tak groził: nie jesteśmy od zguby dalecy... «
»Nieszczęście - Nestor mówi - ściska nas dokoła,
Zeus z piorunem w ręku wybawić nie zdoła.
Warowni i okrętów, i greckiej młodzieży,
Z tak wielką dźwignion pracą mur zwalony leży.
Zajadły nieprzyjaciel bój przy nawach toczy,
Najbystrzejsze rozeznać nie potrafią oczy,
Z której strony achajskie walczą wojowniki,
W takim zamęcie rzeź, w takim pomieszaniu krzyki.
Naradźmy się atoli, co czynić wypada,
Może nam jeszcze natchnie jaki sposób rada.
Was nie wzywam do boju; rzecz byłaby próżna:
Bo jak jesteście, w stanie tym walczyć nie można«.
A król: »Gdy przy namiotach już wrze bój gwałtowny,
Ani nas rów zasłonił, ani mur warowny,
Dzieło, nad którym tyle potu- śmy wyleli,
Żebyśmy w nim zasłonę wojska i naw mieli,
Trudno wątpić, że taka Zeusa jest wola,
By Grecy sprośnie trupem te zalegli pola.
Był czas, gdy triumfami wieńczył nasze boje -
Dzisiaj do nieprzyjaciół przeniósł względy swoje:
Ku nim zwycięstwo, szczęście, chwała obrócona,
Nasze ostudza serca, krępuje ramiona.
Słuchajcie! Ja wam powiem, co czynić w tej porze:
Okręty bliskie brzegów ściągnijmy na morze
I tam je obwarujmy, rzuciwszy kotwice;
A skoro noc ponure rozciągnie ciemnice,
Resztę floty przed smutną ocalimy dolą:
Przecież nam wtenczas wytchnąć Trojanie pozwolą... «
A Odyseusz na niego spojrzawszy surowo:
»O rado bezrozumna! O haniebna mowo!
Podły królu, bodajbyś podłym ludem władał!
Za co cię wielki Kronid nam za wodza nadał,
Których z młodych lat w bojach doświadczone męstwo
Ma za niezmienne hasło: śmierć albo zwycięstwo!
Więc to miasto opuścisz, z którego przyczyny
Tyle łez i krwi greckie już wylały syny? . . .
Co? Gdy jeszcze w największym walka trwa zapale,
My wtenczas będziem spuszczać na morze okręty?
Tegoć żąda Trojanin swym szczęściem nadęty;
Śmiałość jego zostanie dwakroć powiększona
I zguby naszej wtedy tym łatwiej dokona.
Gdy wojsko ujrzy nawy ciągnione na morze,
Dotąd trwałe, ostygnie w rycerskim uporze,
Straci męstwo i z pola uciecze szkaradnie.
Królu! Ten zgubny skutek z twej rady wypadnie«.
Atryd na to: »Odysie! Ta nagana żywa
Ostrym ciosem me serce strapione przeszywa.
Jeśli Grecy tchną jeszcze szlachetnym zapałem,
O wstydliwej ucieczce wcale nie myślałem.
Niechaj kto zbawienniejsze da zdanie w tę chwilę,
Czy jest młody czy stary, ja się wraz przychylę«.
»Nie braknie wam na zdaniu - Diomed zawoła -
Niedaleki jest człowiek, co wam radzić zdoła,
Jeśli to w piersiach waszych gniewu nie rozżarzy,
Że młody tam śmie mówić, gdzie zamilkli starzy.
Lecz temu, co z krwi zacnej Tydeja pochodzi,
Mniemam, że się otwarcie wszystko wyrzec godzi...
Mimo stanu naszego, w tak ciężkiej potrzebie
Pójdźmy na nieprzyjaciół, dajmy przykład z siebie!
Nie chcę ja, byśmy, ranni, szli na nowe rany,
Lecz zagrzejmy lud bojem długim zmordowany.
Przytomność nasza męstwo w tych nawet zapali,
Którzy się teraz podłej gnuśności poddali«.
Przyjęli z uwielbieniem, co Diomed radził.
Idą w pole królowie, Atryd ich prowadził.
Posejdon nie przeoczył żadnego ich kroku:
Stanął przy bohatera mykeńskiego boku,
W zmarszczonej twarzy starca, siwym kryty włosem,
Wziął ręką rękę króla i rzekł takim głosem:
»Jak teraz dmie Achilles! Dopiął, czego żąda,
Pomieszanie, ucieczkę, rzeź Greków ogląda.
Nie ma żadnego czucia. Niechże gnuśnie żyje,
Niechaj go niebo wieczną sromotą okryje!
Lecz na ciebie nie wszystkie zagniewane bogi.
Wnet ujrzysz, jak wodzowie Trojan pełni trwogi,
Piaskiem zaćmią powietrze, gdy chroniąc się zgonu,
Pędzić będą rumaki w mury Ilijonu«.
Rzekł; wraz rzuci się w pole i straszliwie krzyknie.
Jakim dziesięć tysięcy ludzi głosem ryknie,
Gdy ich pchnie w srogą walkę Ares boju chciwy:
Tak z piersi Posejdona wyszedł ryk straszliwy.
Nagle wszystkich napełnił serce zapał nowy,
Każdy do ostatniego walczyć jest gotowy.
Wtedy na złotym tronie siedząca wysoko
Z wierzchu Olimpu Hera, rzuca na świat oko;
Poznaje brata swego wśród achajskich rzeszy,
Na ten widok jej serce niezmiernie się cieszy.
Ale Kronid, co z Idy Trojan szczęściem darzył,
Gdy go postrzegł, straszną w sercu złość rozżarzył.
Zaraz jakby go podejść, w myśli układ czyni.
Ten sposób za najlepszy uznała bogini,
Żeby poszła na Idę, pięknie wystrojona:
Gdy męża swymi wdzięki przyciągnie do łona,
Wtedy go, niebacznego, słodkim snem zamroczy,
Uśpi jego myśl boską i przenikłe oczy. . .
Miała bogini pokój, dzieło wiekopomne
Hefajsta, który wzmocnił zamkiem drzwi niezłomne:
Żadnego by ich boga ręka nie otwarła,
Tam wszedłszy Hera świetne podwoje zawarła.
W ambrozyjskim likworze skąpawszy się cała,
Na śnieżne ciało boskie balsamy rozlała:
Tych woń gdy się rozejdzie po Zeusowym gmachu,
Pełno ich w niebie, pełno na ziemi zapachu.
Tak namaszczona, włosy zbiera na grzebienie,
Prześliczne z nich na głowie układa pierścienie,
Pyszny ich okrąg lekko na ramiona spada:
Wzięła ozdobną szatę: w niej mądra Pallada
Wydała, co dowcipna umie jej robota,
Na okrągłym ją łonie haftka spina złota.
Cudowną taśmą ciało przedziela dostojne,
Na uszach diamenty zawiesza potrójne,
Daleko strzelające jasnością rzęsistą:
Zaś na głowę zasłonę kładzie przezroczystą,
Której śnieżnej świetności słońce nie jest równe:
Wreszcie wzuwa na nogi obuwie kosztowne.
A gdy już nic bogini nie brakło do stroju,
Wspaniałym wyszła krokiem ze swego pokoju.
Cyprydę piękną zaraz na ustronie bierze:
»Czy zechcesz, córko luba, być pomocną Herze?
Czy do wzajemnych względów ta przeszkoda stoi,
Że ja wspieram Achajów, a ty sprzyjasz Troi? «
»Wielka córo Kronosa - Afrodyta skromnie
Rzecze - powiedz mi, proszę, czego żądasz po mnie:
Rozkaż, co zdolność może, wszystkiego chcę użyć,
Aby ci podług żądań najlepiej usłużyć«.
»Daj mi ponętę, rzecze bogini fortelna,
Daj mi ten słodki powab, którego moc dzielna
Poddaje ci i ziemi, i nieba mieszkańce.
Idę, gdzie ostateczne lądu dzierżą krańce
Tetys matka i bogów ojciec siwobrody.
Gdy Zeus zepchnął Kronosa pod ziemię i wody,
Oni mnie z łona Rei wzięli na swe ręce
I wypielęgnowali me dni niemowlęce.
Pragnę umorzyć przykry spór, który ich dzieli:
Już od dawna słodkiego momentu nie mieli,
Długi czas, jak ich wspólne nie połącza łoże.
Jeśli namowa moja pogodzić ich może,
Jeżeli ich powrócę do pierwszych uścisków,
Jakichże w ich wdzięczności nie będę mieć zysków! «
Afrodyta z uśmiechem tę odpowiedź czyni:
»Cóż tobie można, wielka odmówić bogini,
Która pieścisz na łonie twym Kronosa syna? «
To rzekłszy pas czarowny z piersi swych odpina,
W nim zamknięte powaby wszystkie, wszystkie wdzięki,
Miłość, żądza, kochanków rozmowy i jęki,
Słodkie głosy, wyrazy skrycie ujmujące
Serca, tkliwej się nawet czułości strzegące:
»Weź, rzecze, ten pas drogi, w nim wszystko się mieści,
I co umysł zachwyca, i co serce pieści.
On niezwyciężonymi dokaże to czary,
Że pewnym skutkiem twoje uwieńczysz zamiary«.
Uśmiechnęła się Hera, gdy ten pas posiadła,
Uśmiechnęła się jeszcze, gdy go na pierś kładła.
Afrodyta w Zeusowym pałacu zostaje;
Olimpu śpiesznie Hera porzuciła kraje,
Ematię i Pieros mija szybkim biegiem,
I konnych Traków góry, wiecznym kryte śniegiem,
A nigdzie lekką stopą ziemi nie zamiata;
Wnet na morze z Atosu wyniosłego zlata.
Przyszła do Lemnu, cnego Toasa siedliska,
Szuka Snu, brata Śmierci, za ręce go ściska
I słodkim go wyrazem głaszcze niebios pani:
»Śnie! Któremu bogowie i ludzie poddani,
Jużeś mi raz w mych prośbach dał pomoc skuteczną,
Daj ją teraz, a wdzięczność mam dla ciebie wieczną.
Kiedy Zeus w słodkim znoju napieści się ze mną,
Ty spuść mu ociężałość na oczy przyjemną;
Uśpij go; masz w nagrodę krzesło wiecznie trwałe,
Hefajsta, syna mego, dzieło doskonałe;
W nim on okaże wszystkie cuda swej roboty,
I jeszcze, dla podparcia, podnóżek da złoty«.
Na to Sen: «O! Bogini, pierwsza w bogiń rzędzie,
Wszystkich mnie uśpić bogów rzecz nietrudna będzie,
I sam Ocean, groźne miotający wały,
Od którego pochodzi ród niebianów cały.
Jednakże uśpić Zeusa, jeśli sam nie każe,
A nawet się do niego zbliżyć nie odważę.
Pamiętam, żem przez ciebie już ledwie nie zginął.
- Herakles zburzył Troję i do domu płynął -
Oko Zeusa ja mymi ująłem ponęty.
Tyś wtedy gniew na syna wywarła zawzięty,
Wysłałaś wiatry, które srogie burze wzniosły,
Ledwie rycerz słabymi do Kos przybył wiosły,
Oddalon od przyjaciół i ojczystych progów.
Jakże ciężko się za to Zeus gniewał na bogów!
Strasznym rozżarty gniewem wszystkich niebian gonił,
A mnie szukał najbardziej; gdybym się nie schronił,
Gdyby mnie nie ukryła w cieniach Noc przychylna,
Jaki by mi cios dała jego ręka silna!
Zostałbym z nieba strącon, gdyby mnie był złapał;
Przecież na widok Nocy swój uśmierzył zapał.
Chcesz- li mnie na przypadek narażać tak srogi? «
A Hera: »Porzuć - rzecze - porzuć próżne trwogi.
Możnaż mniemać, żeby Zeus losy Trojanina
Kładł na tej samej szali, co Herakla, syna?
Skłoń się, a ja cię drogą zawdzięczę nagrodą,
Jedną z trzech Hor ci oddam, Pazyteę młodą;
Ona cię słodkim nazwie małżonka imieniem,
Wszak dawno do niej lubym gorejesz płomieniem«.
Sen ucieszony: »Pani! Żądań twych nie zwlekę,
Ale przez niezgwałconą Styksu przysiąż rzekę:
Jedną się ręką morza, drugą dotknij ziemi,
Niech Kronos będzie świadkiem z bogi piekielnymi;
Za tę uczynność drogą zawdzięczysz nagrodą,
Jedną z trzech Hor mi oddasz, Pazyteę młodą,
Która mię słodkim nazwie małżonka imieniem;
Dawnoż ja lubym do niej goreję płomieniem! «
Łatwo się Hera skłania do jego życzenia,
Zaraz bogów piekielnych, Tytanów wymienia,
Świadcząc się, że dotrzyma obietnicy święcie.
A gdy tak uroczyste zrobiła zaklęcie,
Imbros i Lemnos spiesznym opuścili krokiem;
Idą, oboje ciemnym odziani obłokiem.
Wkrótce stają pod Idą, matką zwierza płodną,
Tamże, pod Lektem, drogę porzucają wodną,
Jeszcze chwilę na lądzie sobie towarzyszą,
A za każdym ich krokiem drzewa się kołyszą.
Lecz Sen, aby go Zeusa oczy nie ujrzały,
Siadł na wysokiej jodle; tej wzrost okazały
Wszystkie przewyższa drzewa, które Ida rodzi,
I wspaniałym wierzchołkiem do nieba dochodzi.
Tam Sen został, w ukryciu jodły gałęzistym,
W kształcie ptaka zwanego imieniem dwoistym,
Chalcydą bogi, lud go Cymindą nazywa.
Na szczyt Gargaru Hera wstępuje skwapliwa.
Zeus ją zaraz zobaczył, cały się rozpali,
Jako gdy się raz pierwszy z siostrą pokochali
I bez wiedzy rodziców sobie potajemnie,
W spełnieniu rozkosz, miłość stwierdzili wzajemnie.
»Jaki cię cel - rzekł słodko - jaka cię potrzeba,
Bez wozu i bez koni wyruszyła z nieba? «
A Hera: »Do ostatnich ziemi krańców idę,
Chcę ocean odwiedzić i matkę Tetydę,
Chcę zawdzięczyć ich dobroć, że mię na swe ręce
Przyjąwszy hodowali me dni niemowlęce.
Pragnę umorzyć przykry spór, który ich dzieli,
Już od dawna słodkiego momentu nie mieli.
Bystre moje rumaki pod górą zostały,
Na nich przebiegam lądy, na nich morskie wały.
Dlatego zaś przed tobą tu stawię się, panie,
Bym o moim zamiarze poznała twe zdanie:
Mógłbyś mnie winić słusznie, gdybym po kryjomu
Do niezgłębnego poszła Oceanu domu«.
»Cóż ci później wykonać te myśli przeszkadza -
Rzekł Zeus - dzisiaj miłości niech panuje władza.
Nigdy mnie, jak dziś, piękność nie ujęła żadna,
Nie rozgrzała bogini ni ziemianka ładna:
Ani wdzięki prześlicznej Iksyjona żony,
Z której Pirytoj, bogom równy mąż zrodzony;
Ani też dla Danai tak silnie gorzałem,
Z której Perseusza, męża walecznego miałem;
Ni tak córka Fojniksa rozpaliła gładka,
Sławnego Radamanta i Minosa matka;
Ni dwie wabne Tebanki, Alkmena, Semele,
Z tej Herakles, z tej Dioniz, Olimpu wesele;
Ni Demeter, żółtymi włosy upiękniona,
Ni wspaniałą kibicią poważna Latona;
Iz tobą przeszłe chwile równałbym daremnie,
Nigdyś ognia takiego nie wzbudziła we mnie«.
Chytra Hera: »O! Synu Kronosa natrętny!
Czy tak daleko jesteś w żądzach niepamiętny,
Abyś to czynił jawnie, co się czyni skrycie?
Wszyscy nas widzieć mogą na Gargaru szczycie;
Cóż by o nas mówiono, gdyby z bogów który
Ujrzał nas w tej zabawie na wierzchołku góry
I w niebie to rozgłosił? Wstydem zlana cała
Nigdy bym do Olimpu wrócić się nie śmiała.
Jeśli twój umysł żądzy oprzeć się nie może,
Jest w niebie pokój skryty, jest małżeńskie łoże,
Tam przystojnie twa miłość będzie nasycona,
Kiedy tyle powabów ma dla ciebie żona«.
»Za co się myśl próżnymi bojaźniami trudzi -
Rzecze Zeus - nikt nas z bogów, nikt nie ujrzy z ludzi,
Każę, a złota zaraz chmura nas otoczy,
Najbystrzejszejej przejrzeć nie potrafią oczy,
Nawet słońce, przed którym nic się nie ukryje,
Zasłony tej promieńmi swymi nie przebije«.
Skończył i wraz boginię chwycił w ręce... leżą,
Ziemia pod nimi trawę podesłała świeżą,
Szafran, hiacynt, narzanek, zajętych rozkoszą
Na miękkich głowach lekko nad ziemią unoszą.
Na tym ich łożu wkoło złoty obłok ściska,
Z niego rosa srebrnymi kroplami wytryska.
Tak uległ na Gargarze, na łonie swej żony,
Zeus razem i miłością, i snem zwyciężony.
Sen, gdy pod jego władzą władca gromów legnie,
Do Posejdona z miłą wieścią szybko biegnie
I rzecze, donosząc mu o tym, co się stało:
»Teraz twoje Achaje możesz wspierać śmiało;
Śpi Kronid. Niech z tej pory korzystają Greki:
Hera zwiodła miłością, jam zamknął powieki«.
Te chytre panu morza, gdy odkrył zamiary,
Sen poszedł sypać swoje na ród ludzki dary.
Posejdon się w zapędzie utrzymać nie zdołał,
Zaraz naprzód wyskoczył i głośno zawołał:
»Ścierpicież, Grecy, aby syn Pryjama śmiały
Spalił flotę i wiecznej stąd dostąpił chwały?
Ta nadzieja pochlebna jemu serce łechce,
Że Pelid siedzi w nawie i wojować nie chce.
Lecz nie poczujem, że on wyrzekł się oręża,
Niech tylko rota rotę, mąż zapala męża!
Zróbcie tak, jak ja powiem: nąjpierwsi rycerze
I najsilniejsi, weźmy największe puklerze;
Na głowy nasze włóżmy najtęższe przyłbice,
A najdłuższymi dzidy uzbrójmy prawice.
Pójdźmy! Ja wam przodkuję. Choć się tak nadyma,
Wiem, że naszego Hektor natarcia nie wstrzyma! ... «
Tak rzekł; w momencie rozkaz jego wykonany.
Atryd, Itak, Diomed mimo ciężkiej rany
Obiegają zastępy, ustawiają w szyki. . .
Posejdon ich prowadzi, a w strasznej prawicy
Ogromnym wstrząsa mieczem na kształt błyskawicy.
Nikt się nie waży śmiałym mierzyć z nim zamachem,
Wszystkich Trojan przejęte serca zimnym strachem,
Hektor ich stawia, bojaźń z umysłów oddala.
Natenczas się straszliwy w polu bój zapala,
Gdy Posejdon i Hektor od trwogi daleki
Prowadzą - ten Trojany, ten waleczne Greki.
Wzdęte morze namioty tłucze i okręty,
Trwa walka uporczywa, wrzask niezmierny wszczęty.
Nie tak straszliwie ryczy ocean zhukany,
Gdy o skaliste brzegi rozbija bałwany;
Nie taki szum na górach ogień rozpościera,
Kiedy lasy paszczęką niesytą pożera;
Nie z takim hukiem, wyszły z Boreasza gęby,
Gwałtowny wicher wali niebotyczne dęby:
Jak straszne napełniło powietrze wołanie,
Kiedy się starli z sobą Grecy i Trojanie.
Hektor pierwszy Ajasa obalić się silił.
Biegłej rycerza ręki pocisk nie omylił,
Lecz pas, jeden od tarczy, a drugi od miecza,
Krzyżując się na piersiach, męża zabezpiecza;
W to miejsce ugodziwszy, został raz odparty.
Bardzo takim trafunkiem Hektor był rozżarty,
A widząc, że Ajasa próżnym ciosem gonił,
Sam, unikając śmierci, między swych się chronił.
Ajas nie tracił czasu, i w oddaniu skory,
Jeden z głazów służących nawom za podpory
(A mnóstwo ich tam było przy stopach rycerzy)
Silną pochwyca ręką i w Hektora mierzy:
Trafił kamień pod szyję, od tarczy odskoczył
I niemały czas jeszcze po piasku się toczył.
Jak ognistym Zeusa uderzony grotem
Z ogromnym dąb na ziemię wali się łoskotem,
Pełne powietrze siarki przykrego zapachu,
A bliski widz srogiego Zeusa zamachu
Ogłuszony zostaje od ognia i trzasku:
Tak nagle wielki Hektor upada na piasku...
Zostać panami łupu tak wielkiego chciwi,
Zewsząd na niego z krzykiem napadli Achiwi.
Lecz gdy w niebezpieczeństwie Hektora postrzegli
Polidam, Glauk, Ajnejasz, Sarpedon przybiegli,
I Agenor; ci roty wstrzymują grożące,
A za nimi się Trojan cisnęły tysiące.
W ich puklerzach bezpieczna dla niego zasłona.
Tymczasem go ziomkowie wzięli na ramiona
I w tył wojska unieśli, gdzie wóz jego stoi,
Prowadzą jęczącego rycerza ku Troi.
A skoro tam przybyli, gdzie Ksantu kryształy
Krętymi nurty żyzne pola przerzynały,
Wspaniały wóz i bystre zatrzymali konie,
Zsadzili go na ziemię, wodą zlali skronie.
Odzyskał dech bohater, na nogi się dźwignął,
Otworzył oczy, z piersi krew czarną wyrzygnął,
Lecz upadł znowu, znowu zawarły się oczy:
Tak go ciężko Ajasa cios ogromny tłoczy.
Najlepsza dla Achajów zajaśniała pora,
Gdy z placu schodzącego postrzegli Hektora;
Natarli zatem, nowym zapałem zagrzani.
Ajas, syn Oileja, Satnijosa rani...
Zwalił go Ajas dzidą, rycerz padł na plecy,
Przy nim wszczęli bój krwawy Trojanie i Grecy.
Polidam zgonu ziomka zemścić się pośpieszył,
Oszczepem prawe ramię Protenora przeszył.
Chwytając piasek ręką padł syn Arejlika,
A chlubny tym zwycięstwem Trojanin wykrzyka:
»Mogę sobie pochlebić, że syn Panta mężny
Wprawną ręką niepróżno cisnął grot potężnyl
Ktoś z Achajów odebrał cios hartownej miedzi
I wnet czarne siedliska Hadesa odwiedzi«.
Sarknęli Grecy, Ajas bardzo się zapalił,
Obok niego Polidam Protenora zwalił;
Więc na uchodzącego szybkim rzucił grotem:
Polidam śmierci zręcznym uchronił się zwrotem,
Lecz za to Archelocha cios dosięgnął srogi,
Dla niego zgubę mściwe przeznaczyły bogi.
W kark go utrafia dzida Telamona syna,
Okrutnym razem żyły obiedwie podcina.
Padł i ziemi, waląc się pod śmiertelnym ciosem,
Wprzód niż kolanem dotknął czołem, twarzą, nosem.
Ajas do Polidama chlubnie rzekł w tę porę:
»Ciebie ja, Polidamie, za sędziego biorę:
Nie nagradzaż nam straty mąż, co teraz pada?
Niepodły z niego rycerz i ród w nim nie lada.
Że złączon z Antenorem, prawie jestem pewny,
Syn to albo brat jego, a przynajmniej krewny«.
Rzekł, znając dobrze, kogo obalił żelazem.
Zasmucili się dumnym Trojanie wyrazem,
Akamas broni trupa i Promacha zmiata
Wtenczas, kiedy za nogi ciągnął jego brata.
Wraz wykrzyknął: »Na nasze wystawieni sztychy,
Kiedyż, junacy, próżnej przestaniecie pychy?
Nie nam tylko w podziale dostały się smutki,
Równie na was padają zgubne wojny skutki.
Patrzcie, jak poległ Promach, gdy po zdobycz bieżał!
Niedługo brat mój drogi bez zemszczenia leżał.
Jak pełne tego losy pomyślności, komu
Łaskawe dały nieba mieć mściciela w domu! «
Głos tak chełpliwy wszystkich Achajów rozżalił,
Lecz najbardziej się mężny Penelej zapalił;
Leci na Akamasa, ale ten się chroni:
Zgubny raz Ilijonej dostał z jego dłoni.
Ojciec, Forbas, największe stada tam posiadał,
Hermejas go pokochał, bogactwami nadał,
A tego tylko żona powiła mu syna.
Zgasła twa, biedny starcze, pociecha jedyna!
Trafił w oko, źrzenicę ruszył grot stalony,
Przeszedł na wylot głowę. Rycerz, krwią zbroczony,
Wyciąga obie ręce i na ziemi siada;
Wtedy z mieczem dobytym Penelej przypada,
Tnie w szyję: głowa z włócznią, którą jest przebita,
I z przyłbicą upada. Zwycięzca ją chwyta,
A podniósłszy utkwioną na żeleźcu głowę,
Wielkim głosem do Trojan tak obraca mowę:
»Niechaj Ilijoneja i ojciec, i matka
Lubego syna płaczą aż do dni ostatka!
Lecz i żonie Promacha ten dzień smutny będzie,
Gdy z powróconej floty mąż jej nie wysiędzie«.
Rzekł, a wszystkich Trojanów strach ogarnął blady,
Myślą, jakby ostatniej uniknąć zagłady...