Ijola

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych

Izba romańska, sklepiona, — ale już ze śladami budzącego się wczesnego gotyku. W tylnej ścianie — w głębokim wnęku duże okno, zamknięte w ołów ujętymi witrażami. Gdy się ie otworzy, widno naprzeciw — na tle nieba — szczyt dachu kościelnego i dzwonnicę. We wnęku, na wzniesieniu, na lewo ława drewniana, na prawo rzeźbione karło z poręczami i Wysokiem oparciem. Na prawo pod ścianą łoże, obok, przed dużym czarnym krzyżem — klęcznik, nieco na środek wysunięty. — W ścianie z prawej, trochę ku przodowi, niewielkie i nizkie drzwi; między drzwiami a łożem ciężka skrzynia rzeźbiona. — W ścianie lewej w pośrodku kominek; między kominkiem a wnękiem okna warsztat snycerski, obok zasłonięta duża figura Matki Bożej. W kącie skład narzędzi, materjału i t. p. Od kominka ku przodowi półka na ścianie z rożnem cynowem naczyniem; nieopodal na środek wysunięty stół na krzyżakach, przed nim ława i dwa krzesła drewniane. Na stole ręcznik, na nim napoczęty bochen chleba i nóż. Obok dzban gliniany, w który włożono pęk świeżych polnych kwiatów. — Oliwny kaganek na okapie kominka.

ARNO siedzi obok okna w karle, z głową wspartą na dłoni. Może mieć lat trzydzieści parę, — twarz blada, asketyczna, rozpłomieniona dużemi oczyma — włosy długie i broda. Strój średniowieczny, skromny i surowy, na ramionach czarny płaszcz, krojem do habitu podobny. Zachodzące słońce oświetla go barwnie, padając przez witraże...

WALA
w stroju wędrownego pisarza, stoi tyłem o stół oparty, z cynowym dzbanem w ręku i śpiewa,

Pod zieloną wiechą
jest tam dziewczę hoże!
miód nalewa w izbie,
całuje w komorze!
hu-ha!

ARNO
poruszył się niecierpliwie, jakby mu chciał przerwać.

WALA
wznosi dzban.

Do ciebie, bracie! — Zagląda. — Jeszcze w dzbanie dla nas obu zostało! — potem pójdziemy pod Zieloną Wiechę! Nawet o pocałunki pięknej szynkareczki nie będę zazdrosny! — Pije. — Uf! dobre było! — Podaje dzban Arnie. — Na, masz! — pij do dna!

ARNO
odsuwa dzban dłonią.

Nie będę pił...

WALA

Znowu to samo! Ha, cóż robić, to ja już i skończyć muszę... — Pije do dna, odrzuca próżny dzban i zbliża się ku oknu. — Ale słuchaj-no, chłopie, co się z tobą stało? Jak mnich wyglądasz, a i to źle mówię, bo mnichy przecież winem nie gardzą! — Poznać cię nie mogę! Ucieszyłem się tak, gdy mi powiedziano, że tutaj jesteś, — pędzę dniem i nocą, aby cię zobaczyć, a ty... Tfy, do licha! Wyrwać się powinieneś z tej nory —!

ARNO

Dobrze mi tu jest...

WALA

To samo mógłby szczur powiedzieć w próżnej skrzyni zamknięty. — Arno! Arno! — czyś ty już zapomniał o naszych wędrówkach po jasnym, szerokim świecie?

ARNO

Dawno już temu...

WALA

Nie bluźnij, chłopie, i nie gadaj głupstw! Nie dawno, bośmy obaj młodzi jeszcze! Przynajmniej co do mnie: jestem młody i młody będę zawsze, dopóki mnie djabeł za moje grzechy do piekła nie porwie, — co nie daj Panie Boże, amen! — Widzisz, to odmładza, gdy się tak włóczy po świecie — żółtemi drogami, przez łąki i lasy, od miasta do miasta, od sioła do sioła, — z pustym nieraz brzuchem ale z swobodną myślą i z pieśnią wesołą! — Czasem się zdarzy kupcowi bogatemu list napisać, czasem pana przejezdnego żartem zabawisz — i złoty grosz wpadnie do kalety... Przepijesz go wtedy w przydrożnej gospodzie i gonisz znów dalej...

ARNO
podpowiada mimowolnie:

— za szczęściem...?

WALA
spoważniał na chwilę.

Hej! — szczęście... Ten ptak pozostał gdzieś daleko za mną, w lesie zielonym i śpiewa sobie na gałęzi, na której się kiedyś obwieszę! — Głupstwo! — Słońce znalazłem złote na niebie — i na dnie dzbana złoty śmiech! — To mi wystarcza.

ARNO

To ci wystarcza...

WALA

Musi. Bo zresztą — szczęście... Znasz je? co?

ARNO

Znam. Przyszło tu do mnie.

WALA
przygląda mu się.

No, jeśli to tak wygląda człowiek szczęśliwy... Wiesz ty, co ja ci radzę? Pluń ty na to swoje szczęście t pójdź raczej ze mną — w świat!...

ARNO

Nie mogę! — nie mogę...

WALA

A to czemu? — Marniejesz tutaj, — nie przecz — ja to przecież widzę... —

ARNO
wymijająco:

Księża mi dali robotę, — rzeźbię figurę, do wielkiego ołtarza w kościele...

WALA

I to ciebie trzyma?
Daj temu pokój! — do pracy jest zima, lato — do pędu, do życia, do śmiechu! Pójdź jeno ze mną! Tu ci brak oddechu, tu brak powietrza!

Podskakuje ku oknu i otwiera je szeroko. Słońce, skryte za kościołem, już zachodzi, — niebo płonie czerwoną zorzą wieczorną.

Patrz w te złotą zorze, patrz! Tam jest słońce za kościelną wieżą, a pod niem łany niezmierzone leżą, lasy i sioła, — dalej sine morze! Pójdź ze mną — w słońce! Będziemy błądzili znowu, jak niegdyś: od miasta do miasta, przez góry, rzeki i lasy i łany, gasząc pragnienie w przydrożnej krynicy, śpiąc pod szerokim klonem lub jaworem, słońcu i wiatrom śmiejąc się i życiu! Kęs chleba wszędzie dobrzy ludzie dadzą, a w braku ludzi — jabłoń nas nakarmi! A jeśli miodu dzban się gdzie nadarzy, to snadnie, bracie, starczy dla nas obu! a jeśli ładną spotkamy dziewczynę, to się nie będziem o jej usta kłócić! Pójdź jeno ze mną! Świat jest tak szeroki, są lasy, łąki, strumienie, obłoki — zginiemy na nim! A gdy nam się znudzi samotność, dobrych poszukamy ludzi, siądziemy spocząć u wiejskiego proga i będziem w ciszy chwalić Pana Boga... A gdy się życie znów sprzykrzy spokojne, to cóż nas trzyma? pójdziemy na wojnę, albo z kupcami popłyniem za morze! Potem — wróciwszy — siędziem zaś w klasztorze; ty będziesz rzeźbił, póki ci ochoty starczy do pracy, ja — rękopis złoty na pergaminie przepisywać będę, dopóki żywić zechcą mnie, przybłędę, ptaka bożego, który znów odleci, kiedy mu słońce wiosenne zaświeci! Arno pójdź ze mną! —

ARNO
po chwili wahania:

Ja już w tym klasztorze życia dokonam...

WALA

Co cię opętało? mnichem chcesz zostać?

ARNO
schyla głowę.

Nie wiem. Może, może... Nic nie wiem teraz.

WALA
po chwili:

Hej! coś mi się zdało, że to nie klasztor cię trzyma, lecz zamek! ten złoty dworzec malowany, który bokiem się wspiera o klasztorne mury! Dość się ten dziewek pańskich czepia klamek; przyznaj się, pewno cię która urzekła? Rzuć ją do licha! — dość tego po świecie! A zresztą djabeł jest w każdej kobiecie; jdy się jej trzymasz, zajdziesz z nią do piekła.

ARNO
drgnął.

Dajże mi pokój...

WALA
patrzy nań.

A może to pani? sama grafini? Słyszałem coś o tem, tam pod Zieloną Wiechą, kędy piłem z dworską czeladzią, że mieszka w tym zamku cudna właścicha... — Pieknaż jest naprawdę?

ARNO
mówi obojętnie:

Nie widziałem jej nigdy. Od czasu, jak pan wyjechał na wojnę, — a przed mojem przybyciem to było, dwa lata już temu, — nie opuszcza podobno swojej komnaty, chyba idąc do kościoła, krytym gankiem w murze i z zasłoną na twarzy... Tak mi mówiono; ja nie widziałem jej jeszcze nigdy.

WALA
po chwili — poważnie:

Dziwne tu rzeczy o niej powiadają. Podobno oczy ma jakieś uroczne i kto ją zobaczy, wnet rozum traci dla niej?

ARNO

Nie wiem.

WALA

Bywają takie oczy, bywają... Ja to wiem... Pono i kasztelan przez nią oszalał? Przywiózł ją skądś zdała, nieznaną nikomu i pojął za żonę... Jak jej to? Maruna?

ARNO

Tak pono. Co mnie to obchodzi!

WALA
do siebie:

Boże nas chroń od zarazy i sideł niewieścich!

ARNO

Co mówisz?

WALA

Nic. Myślałem tylko, że kobiety dobre są, póki się człowiek niemi bawi. Ale życie w to kłaść...

ARNO
żywo:

Nie mów!... — Urywa.

WALA
po chwili:

Arno, kto ona? ta twoja?

ARNO

Nie wiem, o co się pytasz...

WALA
patrząc nań badawczo:

Z tobą doprawdy coś niedobrego się dzieje! Żyjesz jak we śnie... chciałbym cię zbudzić...

ARNO

Daj pokój! — nie budź! — ostaw mnie w pokoju!

WALA

Kto ona? powiedz!

ARNO Mara! sen mój, zjawa... Tutaj nie idzie zgoła o kobietę...

WALA
ogląda się, spostrzega kwiaty.

A wiec dla kogo te kwiaty?...

ARNO
żywo:

Nie tykaj!

WALA

Tyś nie pod krzyżem położył je, zatem są dla kobiety przeznaczone! — Wyznaj!

ARNO
gorąco:

Gdybym je rzucił do stóp Marji Panny, te rozkwitnione dzwonki i dziewanny, — gdybym uwieńczył niemi jasne skronie, które tu płoną w cierniowej koronie, jeszcze by świętszej nie spełniły służby!...

WALA

Arno! nie bluźnij! — kto ona?

ARNO

Ja nie wiem.

WALA
po krótkiej chwili:

A zresztą — co mnie to obchodzi! Słuchaj, pani czy dziewka — rzucaj ją do czarta! Twojego życia żadna nie jest warta, — ty się zabijasz! — przecież ja to widzę!...

ARNO
jakby mimowolnie:

Nie! — ja dopiero teraz żyć zacząłem!

WALA
natarczywie:

Ty mi powiedzieć musisz, co to znaczy! — tu są szatańskie sprawy, mnie się widzi. To urok jakiś na ciebie rzucony!

ARNO
wznosi głowę.

Wiec tak! rzucony na mnie urok boży, który mi droższy jest niżeli życie, niźli krew moja! —
Przybyłeś zdała — po dziesięciu latach — i w świat mnie kusisz, — lecz jam dziś inny, niż wtenczas, przed laty!...
Przez dzień żyję jak we śnie, przez mgłę się na świat patrzę i na ludzi, a sen dopiero przynosi mi jawę; we śnie natchnienie białe ku mnie spływa, i ja je przyjmuję kwiatami...

WALA

Jak to — ?

ARNO

W drżących promieniach miesiąca przychodzi — i staje blizko, ucieleśnione, widome i jasne; tak w twarz mu patrzę, jako tobie, bracie, natchnieniu memu i złotemu szczęściu, którego tknąć się boję dłonią, aby nie pierzchło ode mnie!

WALA
żegna się.

W Imię Ojca, Syna...

ARNO
mówi dalej:

A gdy przeminie błogosławiona, święta noc zachwytu, a gdy widzenie jasne się wymyka i z promieniami księżyca uchodzi kędyś w toń nieba, ginąc w porannych dzwonów srebrnym płaczu: ja je zaklinam — z modlitwą na ustach, w linjach i kształtach wieżę je, zmuszając to drzewo, aby moim snem się stało! I oto sen mój przyjął kształt i ciało, i dzisiaj — wskazuje dłonią na zakryty posąg — patrz! to jest całe moje ukochanie, to mej tęsknoty wieczystej wcielenie i czarnoksięstwo mojego żywota! — ta Wniebowziętej postać wyrzezana w drzewie lipowem... posąg duszy mojej...

WALA

Nic nie rozumiem, ale strach mi czegoś... Niech go zobaczę...

Wznosi rękę, aby płótno odsłonić.

ARNO

Nikt go jeszcze dotąd nie widział... Wala!

WALA

Tu są jakieś dziwy...
Pokaż! —

Szybkim ruchem zdziera płótno.

ARNO
chcąc mu przeszkodzić:

Co robisz! —

WALA
spojrzawszy, rzuca się w tył z przerażeniem.

Święte moce nieba! gdzieś ją ty spotkał?

ARNO

Kogo?

WALA

Te dziewczynę! — Arno! ty znasz ją?

ARNO
zdumiony.

Ja sen mój wcieliłem, widzenie, które Pan Bóg zesłał na mnie...

WALA
po chwili wybucha śmiechem.

Ha, ha! — sen tylko! to tylko widzenie, które po nocach nawiedza rzeźbiarza... A mnie się zdało... Głupi jestem, głupi! jeszcze pamiętam...

Cofa się, nie spuszczając oczów z posągu.

ARNO
zmieszany jego słowami:

Lecz co to, na Boga?

WALA

Zasłoń ten posąg! — Nie! tego widzenia Bóg ci nie zesłał!...

ARNO
podejmuje płótno i zasłania posąg.

Uspokój się bracie, co ci się stało?

WALA
siada i oddycha ciężko.

Nic, — złudzenie jeno... Nic już...! — to tylko, żem darmo po świecie gonił, chcąc uciec przed swojem Wspomnieniem! Ha, ha! wspomnienie włóczęgę dognało tutaj... Za mało pił włóczęga, mało! i zląkł się — trzeźwy — jakieś głupiej zjawy...

Po chwili — znacznie spokojniej:

Ten posąg dziwne przypomniał mi sprawy... Widzisz, dziś trudno mi na miejscu siedzieć, ciągną mnie lasy szumiące i pola — a przecież — gdyby nie dziewczyna, Boże! byłbym ukończył Teologję świętą i zamiast błądzić, jak goljard ubogi, rzeź góry, miasta, zapylone drogi, byłbym dziś księdzem i mieszkał w klasztorze... Djabli nasłali mi dziewkę przeklętą! dzisiaj...

Uderza pięścią w stół.

ARNO

Wala!

WALA
zrywa się i otrząsa.

A może to lepiej, że jestem dzisiaj, jako ptak ten — wolny! Zdechnę pod płotem? — tak mi się podoba, i nic nikomu do tego! — Pluń, bracie, na wszystkie dziewki! — Gdzież ten dzban u licha? Próżny — do kroćset...! A wiesz, piękna była i złotowłosa... Ani kropli wina? — Taka podobna... Pójdź ze mną pod Wiechę! grosz mam — ostatni! — Prawie dziecko jeszcze, a tak wabiła... Czart ją wziął już pewno! Jagna... hej! Jagna...! Pić mam dziś ochotę, aby zapomnieć... A te włosy złote... Z niej tam już pewno djabeł ma pociechę... Licho mnie zwiodło do tego klasztoru, gdzie straszą widma... — Lepiej w głuchym boru... Głupstwo! pójdź ze mną — pod Wiechę! pod a potem na świat —! Wiechę.

'Zwraca się ku wyjściu.

ARNO
wstrzymuje go, zmieszany.

Stój! stój jeszcze chwilę...

WALA

Czy chcesz iść ze mną?

ARNO
pogląda z wahaniem na niego, potem na posąg.

Nie, — to niemożliwe, ale...

WALA

Wiec czego? Puszczaj mnie do licha! Tutaj się lekiem i smętkiem oddycha! Ja — by żyć — musze mieć słońce nad głową, lasy i wichry... — A ty gnij tu sobie, kiedy ci dobrze! Ciesz, się widzeniami, któremi szatan twoje oczy mami!

Wybiega.

ARNO
po wyjściu jego stoi przez pewien czas, jakby niepewny, co począć — w głębokiej zadumie. Nagle wznosi głowę, jakby myśl go jakaś uderzyła — i powtarza z przerażeniem:

Szatan...?

Po chwili wstrząsa głową i uśmiecha się. — Wolnym krokiem podchodzi ku oknu, siada na brzegu ławy, i — naprzód pochylony — wyciągnąwszy rękę, odsłania nieco płótna, okrywającego figurę i wpatruje się w nią długo — tonąc zupełnie w tym widoku.
Dzwony klasztorne zaczynają z wolna bić na „Anioł Pański”...

ARNO
prawie mimowiednie osuwa się na kolana i przyciszonym, z jękiem dzwonów zlewającym się głosem, rozpoczyna modlitwę.

Anielska przyszła do Panny nowina,
że z Ducha pocznie i porodzi Syna;
błogosławiona ta święta godzina!
Bądź pozdrowiona, Panienka Maryja,
Ty najśliczniejsza, przeczysta lilija;
wąż się zdeptany u nóg Twoich zwija...
Bądź pochwalona Matka i Dziewica!
stopy Twe wsparte na rogach księżyca;
jak księżyc błyszczą jasne Twoje lica...

Pochyla się jeszcze więcej; już tylko szept słychać niewyraźny... Po chwili i dzwony milkną: jest głęboka cisza na Świecie. Zorza wieczorna dopala się na niebie.
W progu staje

O. HILGIER
opat klasztoru, stary, wysoki zakonnik, o dobrotliwej ale poważnej twarzy. — Patrzy przez chwilę na pochylonego rzeźbiarza, a wreszcie mówi, nie ruszając się z miejsca:

Pokój z tobą, mój synu...

ARNO
zrywa się żywo: teraz dopiero spostrzegł przybyłego.

Co to?... co to?

O. HILGIER
postępuje parę kroków ku środkowi izby.

Powracając z pacierzy, zaszedłem, aby ci przypomnieć, że jutro jest dzień Wniebowzięcia Najświętszej Panny Marji...

ARNO

drgnął, — patrzy na księdza niemal z przerażeniem.

Jutro... już —? Dzień Wniebowzięcia...

O. HILGIER

Tak. Mamy po raz pierwszy odsłonić wielki ołtarz w naszym kościele, którego przyozdobienie za bożem snadź zrządzeniem tobieśmy powierzyli.

ARNO
przesuwa dłoń po czole.

Tak... tak... jutro...

O. HILGIER

Wszystko jest już gotowe, — jeno brakuje nam jeszcze, głównej, środkowej postaci: Królowej Anielskiej w niebo się unoszącej... Dałeś przyrzeczenie, że dzisiaj bedziem ją mieli.

ARNO
pospiesznie:

Ach... nie skończyłem, ojcze. Nie skończyłem, doprawdy!

O. HILGIER

Synu, zawód nam sprawiasz i boleść dotkliwą. Ufaliśmy słowu twojemu... Wczoraj czy onegdaj mówiłeś —

ARNO
zmieszany:

Tak, zdawało mi się, sądziłem... Będzie wkrótce gotowa. Kilka dotknięć dłótna jeszcze...

Składa ręce błagalnie.

Pozwólcie, ojcze! Kilka dotknięć tylko!

O. HILGIER

Przygarnęliśmy cię tutaj, dali przytułek, jak syna opieką tkliwą otoczyli — ty się nam teraz takim zawodem przykrym wypłacasz, wstyd nam robisz wobec wszystkich zamków okolicznych, gdzieśmy wieść rozgłosili radosną, że nowy posąg Maryi...

ARNO
z nagłem postanowieniem odrzuca zasłonę z wizerunku świętego.

Więc niechaj będzie! Oto, jest. Zabierzcie.

O. HILGIER

Bogu niech będą dzięki najwyższemu! —

Pochyla się i osłania dłonią oczy, aby lepiej widzieć.

Czegóż ty chciałeś jeszcze od siebie, sztukmistrzu?
Stare oczy moje w zmierzchu nie dobrze już widzą; spostrzegam jednakże dłonie wzniesione — i twarz, zwróconą ku niebu... Anieli ci ją chyba we śnie ukazali, te przecudną, świętą twarz Maryi.

ARNO
głucho:

Tak jest, anieli mi ją ukazali...

O. HILGIER

Jest taka piękna, że aż znajomą mi się być wydaje. Nie mogła Najświętsza Dziewica wyglądać inaczej! Boże cię błogosław, mój synu. Godnie dzieła dokonałeś — na chwałę Jego i świętej Matki Chrystusa!

Bierze w dłonie głowę Arny i ściska.

ARNO
przyklęknąwszy u stóp księdza, z wybuchem:

Ojcze! mój ojcze! —

O. HILGIER

Co to jest? ból jakiś drga w twoim głosie, który dzisiaj snadź radością jeno rozbrzmiewać by winien?

ARNO
powstaje i w milczeniu opiera się o framugę okna.

O. HILGIER
podchodzi ku oknu i siada w karle.

Nie mówię tego, aby cię w dumę wzbijać! owszem, ukorzyć się powinieneś przed Panem i skromnem sercem Mu dziękować, że dając ci zdolność przedziwną, pozwolił służyć sobie w tak piękny i wzniosły zaiste sposób — Ale to nie grzech, jeśli się rozraduje wdzięczne serce w tobie, żeś obraz doskonały Najświętszej Panienki na bożą chwałę uczynił! — A pomyśl tylko, jakie szczęście Bóg dać ci raczył! — Jutro tą postać, dłońmi twemi wyrzezana, święconą wodą obmyta i do dostojeństwa świętego wizerunku podniesiona — w jarzących świec otoczy, w kadzideł obłokach oczom ludu się ukaże i oczy ludu i ludu serca ku górze, ku górze podniesie! Jutro...

ARNO
z mimowolnym krzykiem:

Nie zabierajcie wy mi jej! nie zabierajcie...

O. HILGIER
ze zdumieniem:

Co to jest? co to znaczy? Nie pilnoż ci onej chwili doczekać —?

ARNO
po chwili walki wewnętrznej:

Byłem taki szczęśliwy, rzeźbiąc te postać Najświętszej Dziewicy, — szczęśliwy, jak nigdy, nigdy! Pokochałem ją, — życie moje całe, całe umiłowanie jest tutaj... — Urywa.

O. HILGIER

To dobrze, żeś Marji oddał swoje serce...

ARNO

Tej jasnej, tej cudnej oddałem je postaci... teraz lęk mnie ogarnia na myśl, że mi ją zabiorą, te Wniebowziętą, — że jutro — wszystkiemu ludowi — Tak mi się zdaje, że razem z nią odejdzie coś ode mnie, szczęście jakieś...

O. HILGIER
wznosi głowę i osłaniając znowu oczy dłonią, w zapadającym zmierzchu przygląda się figurze.

ARNO
po chwili milczenia — nieśmiało:

Ojcze... czy niemożnaby... dni jeszcze kilka...?

O. HILGIER
prawie surowo:

Nie. Jutro wielki ołtarz musi być odsłonięty, płaszcza że dzień to podwójnie uroczysty... Gościa dostojnego witać będziemy. Szlachetny rycerz Kuno, zamku tego pan, znać dawał przez posły, powraca jutro do domu — po wojnach skończoch, na święto pokoju...

ARNO

Na święto pokoju...

O. HILGIER

Tak, — boży pokój ogłoszono po świecie... Treuga Dei... Benedictum sit nomen Domini Dei nostri — in saecula... saecula... Pokój tym, co polegli — i dla tych pokój, co przy życiu zostali...

ARNO
jakby do siebie:

A dla mnie? dla mnie?... Czemuż ja go znaleść nie mogę —?

O. HILGIER
po chwili milczenia:

Synu mój! — jednać jest tylko do prawdziwego pokoju droga!

ARNO
półgłosem:

Jedna jest droga...

O. HILGIER

Tak. Skarżyłeś się przed chwilą, że ci ukochany posąg Maryi zabiorą. Nie chcę dociekać teraz, co w tej myśli było grzesznego, a co z miłości bożej płynęło, — ale, synu! wszakże ty całe życie u stóp Wniebowziętej możesz przepędzić! — Nie zabiorąć Jej, nie zabiorą, syneczku, jeśli zechcesz tylko. I pokój boży będzie z tobą i sercem twojem — na wieki!

ARNO
patrzy nań pytająco.

O. HILGIER

Czyś już zapomniał? Przed paru miesiącami w jasny wiosenny dzień, kiedyś do tej oto pracy miał się zabierać, mówiłeś tu do mnie: Jeżeli Bóg pozwoli dzieła godnie dokonać, nie chce już więcej niczego! Jeżeli da mi natchnienie, w zamian resztę życia Najświętszej Rodzicielce Jego poświecę! — Synu mój, za bożą wolą dzieło twoje godnie skończone!

ARNO
pochyla głowę.

O. HILGIER
powstaje i mówi poważnie:

Jutro — w dzień Wniebowzięcia, do powitalnej uroczystości, do radosnej chwili odsłonięcia ołtarza i trzecie święto dołączymy: święto twoich narodzin dla Boga. Czy nie chcesz, jutro, dopełniając ślubu, oblec sukienki zakonnej?

ARNO
z przerażeniem:

Ojcze...! nie, nie! — jeszcze, dni bodaj kilka...

O. HILGIER
zwraca się ku niemu.

Znowu słyszę to samo! Kilka dni... Czyż byś się wahał ślubu dopełnić i pokój uzyskać prawdziwy?

ARNO

Nie, ojcze, — ja chce, ja pragnę... ale jeszcze nie teraz, nie dziś, nie jutro...! Ojcze nie wiem, czy godny już jestem. Nie wszystko jeszcze we mnie...

O. HILGIER

Dziwne i poplątane to jest, co mówisz. To jedno wyrozumieć tylko mogę, że myśli i uczucia ważą się w tobie, jak ptaki, jak ptaki! co gniazda pod wieczór znaleść nie umieją! Bóg niech cię ma w swojej opiece! — Patrz na to niebo czyste i niezamącone! Wsłuchaj się w tę wielką ciszę wieczorną na ziemi! Leci ponad światem, — szerokie ma skrzydła, — jak cały widnokrąg szerokie... ta boża cisza błogosławiona. Z daleka idzie — za słońcem goniąc upalnem — z za borów gdzieś, z za miast, z nad mórz, których nie znamy, z krajów, o których myśmy może nie słyszeli. Bóg nam ją zsyła — na pocieszenie, na ukojenie, na uciszenie serca naszego! Niech się tak stanie! — Przyjąć ją tylko trzeba, przyjąć — tę ciszę bożą! — Niech się tak stanie! — Dobrze-ć z nią jest i błogo. Wiem, że jest dobrze... Z wielkiego ja rodu jestem — burzyła się we mnie duma pańska krew, i niepokoje mnie gnały po świecie... I ja niegdyś — za młodu — na koniu, w jasnej zbroicy... Grzmiały surmy, szczękało żelazo... Dawny to czas. Wszystko przeszło jak sen. Panu Bogu na ofiarę, dostatki i życie, zaszczyty... Mnich jestem pokorny. Nalazłem przystań spokojną, ciszę niezmąconą, której i tobie życzę, mój synu, — sercu twojemu, sercu młodemu, które się lęka jeszcze i pragnie i niepokoi...

Kładzie mu dłonie na schylonej głowie.

ARNO

O! gdyby chciała, — o! gdyby mogła ta cisza zamieszkać w mem sercu...

O. HILGIER
siada znowu.

Bóg twoje serce uciszy, gdy mu je oddasz całe. — Ale tobie snadź świata żal jeszcze!

ARNO

Nie, nie, nie! po stokroć nie! Nie świata...

O. HILGIER

Więc o cóż ci chodzi?

ARNO
po chwili milczenia:

Ojcze... zapytać się chciałem...

O. HILGIER

Słucham.

ARNO

Znacie świat, w księgach jesteście uczeni i u Boga służbie, — powiedzcież mnie, prostemu rzemieślnikowi, zali od Bogi Wszelkie natchnienie pochodzi, tylko od Boga? — On jeden zsyła na człowieka to wszystko, co piękne, święte i anielskie? — Ojcze mój! wszak prawda?

O. HILGIER

Tak. Jeśli godzien jest człowiek.

ARNO

Powiedz mi, ojcze, — Bóg widzenia daje? Bóg ucieleśnia te wielką tęsknotę za tem, co jasne i czyste i złote? On we snach ludziom pokazuje raje i szczęście zsyła na ten padół łzawy, snom dając pozór świętej, żywej jawy?

O. HILGIER

Ja tak wierzę, synu.

ARNO

I Bóg to sprawić może, iż zjawisko, sen, czy widzenie — krwią zatętni żywą i jako złote i świetlane dziwo stanie przed okiem człowieczem — tak blisko, że szczęście swoje ma się w dłoni prawie, i snem się żyje, jakoby na jawie?

O. HILGIER

Święci miewali różne objawienia...

ARNO
znowu na kolanach.

Ojcze, mój ojcze! ale ja świętym nie jestem...
W bożej otom ręce, bożym płomieniem me serce się pali i boży na mnie spada sen —, a jednak nie znam bożego pokoju!

O. HILGIER
zaniepokojony:

Wyznaj mi wszystko, coć na sercu leży...

ARNO
z wybuchem:

Ja drżę, że razem z posągiem Maryi, który mi mają zabrać do kościoła, znikną widzenia, zniknie to wielkie moje szczęście senne, w ten dzień mi dane, — mnie niegodnemu, kiedym przed pracą modlił się do Boga o iskrę świętą, — w cichą i wiosenną noc księżycową!
Że już odleci duch, zapewne anioł, którego Bóg mi raczy pokazywać na wzór dla dłoni mojej nieudolnej, rzeźbiącej lico Panienki Maryi!

O. HILGIER
po chwili milczenia:

Synu! o cóż ci idzie? Jeżeli Bóg taką wielką i niepojętą łaskę zesłał na ciebie, jeżeli dać ci raczył widzenia, ażeby słabej dłoni twojej dopomóc, to dziękować Mu tylko winieneś, niczego nad wolę Jego świętą nie żądając! — Dzieło twoje skończone już — i słuszna, że duch, którego ci Bóg we śnie pokazywał, opuści cię teraz powracając do niebieskiego domostwa swojego.

ARNO

Ja nie chcę, ojcze! raczej wszystko inne! raczej niech dusza moja wyjdzie ze mnie! bo to jest życie moje, to więcej dla mnie jest, niż życic!
Ojcze! do grzechu przyznam się przed tobą, do winy, która niepokojem napełnia duszę moją: ja kocham moje widzenie, zda mi się, więcej, aniżeli Stwórcę, który mi je zesłał, więcej, niżeli one Wniebowziętą, którą rzezałem nie dla Pańskiej chwały, ale dla serca swojego!
I w tej postaci Najświętszej Dziewicy, w dziele rąk moich widzę — strach wyznać! — nic niebios Królowę, ale tę zjawę jedynie miesięcznych nocy, która mi życiem się stała!

O. HILGIER

Nieszczęsny, nieszczęsny człowiecze!

ARNO
coraz namiętniej:

Gdy się chcę modlić do Panny Maryi i przed figurą ona skłonię głowę, to ja się modlę do mego natchnienia, do duszy mojej, do miesięcznego srebrnych nocy cienia i takie słowa szepcę, które — zda się — grzechem są prawie, chociaż to wszystko jest mi takie święte i takie czyste!

O. HILGIER
surowo:

Szatan to kusi głupie serce twoje, szatan, co czyha wieczyście z niepojętej łaski bożych darów ciznę gotuje dla człeka, gdy mu się podda!

ARNO

Ojcze litości! Dziś drugi raz słyszę szatańskie imię, a przecież widzenie Pan Bóg mi zesłał!

O. HILGIER

Tak! — ale widno za szatańską sprawą ty dary boże obracasz na marne, bo w dumie swojej rąk swych nędznych dzieło stawiasz nad Piękno niebieskie prawdziwe! Czas już, by Pan Bóg odjął ci na zawsze łaskę tę, której tyś uczcić nie umiał!

ARNO

Ojcze mój, ojcze!

O. HILGIER

Tak! boś ty zaprawdę skalał anielskie widzenie grzeszną, miłością — i posąg owy Przeczystej Dziewicy, z którego modły nasze pokorne muszą zdjąć zmazę dopiero!

ARNO

Jeślim ja zgrzeszył, ojcze! ty mnie ratuj! powiedz, co czynić mam! wspomóż me siły, bo nie mam mocy sam zawładnąć sobą!

O. HILGIER

Ku Bogu serce wznieś! tylko ku Bogu! Odepchnij niecne szatańskie podszepty, które twą dusze nierozumną kuszą i czyń pokutę!

ARNO

Gotowy-ć ja jestem, ojcze! gotowy...

O. HILGIER

Złóż na ofiarę Bogu szczęście swoje, boś ty je tylko miał dla chwały bożej! i miasto bluźnić, poddaj się w pokorze woli niebieskiej, która odtąd, mówię, nie będzie widzeń zsyłała na ciebie! Dziś noc ostatnia, którą tu przepędzisz w tej swojej celi!
Widzę tam kwiaty, rzuć je pod Chrystusa stopy i światło zapal i tu krzyżem legnij na twardych kamieniach posadzki! Tak noc przepędzisz, — a jutro, o świcie, bracia zakonni wezmą tę figurę i na ołtarzu postawią, gdzie woda święcona w święty ją obraz przemieni! A ty, ubrany w zgrzebną nowicjusza suknię, noc każdą będziesz odtąd krzyżem leżał w kościele przed świętym obrazem, któryś wyrzezał — i prosił Maryję o wstawiennictwo, dopóki ci serca Bóg nie oczyści, iż stanie się jasne, jako przejrzysty kryształ.
Wtenczas dopiero pokój na cię zejdzie i wtenczas przyjdziesz do mnie, do klasztoru, przyjąć zakonne święcenia.
Tak będzie.

ARNO

Słucham...

O. HILGIER

Bóg niech cię ma w swojej opiece...

Patrzy jeszcze przez chwilę na schylonego Arnę, poczem z wolna wychodzi z izby. — Mrok zapadł; jest już prawie zupełnie ciemno.

ARNO wznosi się po jakimś czasie i mimowolnie idzie wypełnić rozkaz księdza. Zbliża się do kominka, bierze z okapu kaganek zapala, — następnie bierze kwiaty ze stołu i idzie pod krzyż. Przy klęczniku staje — duma. — Wschodzący księżyc pada w tej chwili przez okno i oświeca jego twarz. Arno wznosi głowę; z dłoni wypada mu kaganek i gaśnie. Jak senny postępuje parę kroków ku rozświetlonemu księżycem oknu. Przed samem oknem kwiaty wysuwają mu się z ręki, — on sam osuwa się na kolana, opadając twarzą i rękoma na ławę. — Długa cisza. Światło księżyca lśni coraz jaśniej.

Po pewnym czasie — w zupełnej ciszy — na przymurzu okna ukazuje się biała postać niewieścia, idąca z prawej strony — w jasnej smudze światła księżycowego. Ręce ma wyciągnięte, twarz wzniesioną ku górze, oczy zamknięte, usta rozchylone nieco. Rozpleciony złoty włos spływa jej falą po barkach. Stąpa jak we śnie — bez szelestu, zdaje się raczej być niesioną nieziemskim jakimś powiewem.

ARNO wznosi głowę, jakby ze snu się budząc, i nie ruszając się z miejsca, woła półgłosem, prawie sennie, bez zdumienia, jeno z bezbrzeżną jakąś miłością:

Ijola!

IJOLA na dźwięk wzywającego ją głosu drgnęła, dłonią chwyta za uszak okna, rozwiera oczy. — Ciche, głębokie westchnienie, — pogląda na rzeźbiarza u swych stóp, — na ustach błyska uśmiech błogosławiony.

Ja jestem...

ARNO
wznosi się na kolona.

Przybywasz znowu, znowu mi się jawisz, — na gwiazdach widzę cię znowu, w promieniach jasnych księżyca — o, moja!
Czy ty przychodzisz mnie żegnać?

IJOLA
zsuwa się z okna z wolna ku niemu i mówi cicho, sennie:

Tu kwiaty... pachną...

ARNO

Tyś najwonniejsza, tyś jest z nich najbielsza, kwiecie mój dziwny, gdzieś w czarodziejskim wyrosły ogrodzie, gdzieś na błękitnym łanie firmamentu, co złotym gradem gwiazd okwita w sennych godzinach szczęścia! — Deptaj po kwiatach! niechaj mrą z rozkoszy, że się twa stopa ich dotknąć raczyła! — i pójdź! pójdź! ja tęsknie...

IJOLA

Słyszałam kędyś w cieniach nocy głos twej tęsknoty, kwiaty mi one białe zapachniały, które mi oto pod stopy się ścielą — i oto jestem przy tobie! —

ARNO

Długo czekałem...

IJOLA

Długo?
Czyż to nie przed chwilą sen mnie ogarnął — przy tobie — i oczy mgłą mi omroczył, gęstym, cichym cieniem, z którego przy tobie wykwitam znowu — szczęśliwa?
Tyś czekał?

ARNO

Dzień cały! — Noc już późna — i już myślałem, że nie zstąpisz ku mnie, tak jako zwykle, śnie mój szczęśliwy! :Popatrz! gwiazdy złociste Wozu już się chylą na nieboskłonie i świt wnet wzejdzie, świt, który mi bierze ciebie odgłosem dzwonów i szarym pobrzaskiem dnia wschodzącego! O! jeśliś dzisiaj zeszła raz ostatni, jeśli mnie żegnać przychodzisz, ty biała! ty złotowłosa! — zabierz i życie moje razem z sobą, zabierz, o, jasna! —

IJOLA

Smutek mnie całą ogarnął, gdyś mówił.
Lękam się, — powiedz, czemuś mnie przestraszył? Jestem przy tobie...

ARNO

Jesteś... Niech chwila ta wiecznością będzie, niech ta godzina nigdy się nie kończy! Jesteś, wieczorna, święta gwiazdo moja, — jesteś...!
Jakże ja tęsknię za tobą! — Od rana żyję myślą o wieczorze, o cichej nocy, gdy zejdziesz ku mnie, jasna, ty — sen mój złoty, złote widzenie boże! Kwiaty całuję, które twoja stopa biała trąciła, na ścianie szukam twego cienia, który malował mi księżyc, patrząc na szczęście moje niezmierzone — ty moja!
Przymykam oczy, by cię widzieć duszą tęsknoty mojej wielkiej! Wołam cię, wołam tem złotem imieniem, któreś przyniosła mi tutaj ze sobą, a którem snadź cię nazwała dziecina jakaś niewinna, gdyś jej się we śnie biała ukazała, lub kwiat na łące, co płakał rosą, widząc, że spływasz w promieniu księżyca i lecisz dalej! —
Wołam: Ijola! —
Ijola...!
Dusza cię moja całuje tem słowem, bo usta nie śmią — ni oczy!...
Ijola! — słowem, co jest tak podobne do ciebie samej, jak woń do lilji onej z pod twej stopy!

IJOLA
podejmuje kwiat.

Do lilji onej...

ARNO

Ijola! — słyszysz? czy słyszysz głos mojej tęsknoty, głos miłości, który cię wzywa po dniach całych, złota! moja! Ijola! — słyszysz?

IJOLA

Tak, — słyszę...
Zda się w noc jakąś spowita i cisze, w życiu, którego nie znam zgoła, trwam przez dzień cały, póki się księżyc nie rozkwieci biały i póki głos twój nie zawoła, bym przyszła do ciebie... I wtedy przychodzę... po gwiezdnej drodze, po tęczy miesiąca, co błyszczy na niebie, przychodzę do ciebie — tęskniąca!

Upuszcza lilję.

ARNO

Kwiat ci z rąk wypadł...

IJOLA

Pono był nie dla mnie...
Kwiat taki biały...

ARNO

To utęsknienia mojego są kwiaty —!

IJOLA

Czyż ja nie jestem — twoja tęsknota? ja sama? czyż mnie wołanie twoje nie tworzy?
Nie wiem nic o sobie.
W jakiejś nicości spoczywam, jak w grobie, ciemnością spowita szczerą — póki nie wezwiesz... Dopiero ty mi rozpalasz gwiazdy na błękicie i twoja miłość snadź mi daje — życie!
Ktom ja jest? powiedz...

ARNO

Nie wiem, kto jesteś, ani wiedzieć nie chce, — dość mi, że spływasz ze srebrzystym blaskiem do izby mojej, aby wnieść do niej szczęście i natchnienie! że imię twoje w kraju duchów znaczy: Życie, Pokój i Światło! — dość, że w anielskość twoją świętą wierze, — ty moja! ty jasna!

IJOLA

Czuje, że miano jakie mi nadajesz, chociażby w myśli, stwarza to we mnie, co znaczy! Jestem tem wszystkiem, czem ty mnie nazywasz, i tylko tem jestem! Nadaj mi piękne imiona, bo chce być szczęściem twojem!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.