Historyja literatury angielskiej

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Historyja literatury angielskiej • Część I • Hippolyte Adolphe Taine
Historyja literatury angielskiej
Część I
Hippolyte Adolphe Taine
Tłumaczenie: Eliza Orzeszkowa.

Spis treści

[edytuj] WSTĘP

"Historyk mógłby zstępować na dno duszy ludzkiej, w przeciągu pewnego czasu, pewnej seryi stuleci, wśród pewnego ludu. Mógłby badać, opisywać, opowiadać wszystkie wypadki, wszystkie przekształcenia, wszystkie odmiany, zachodzące we wnętrzu człowieka: a robota jego, raz ukończona, byłaby historyą ludu, albo czasu, które były jej przedmiotem. "

(Guizot "Histoire de la civil. en Europe, str. 25).

Od stu lat w Niemczech, od sześćdziesięciu we Francyi, historya uległa przekształceniu, a stało się to w czasach badań nad piśmiennictwami. Powstało przekonanie, że dzieło literackie nie jest wynikiem prostej gry wyobraźni, ani odosobnionego wyskoku zapalonej głowy swego twórcy, lecz, — odbiciem obyczajów otaczających i pewnego stanu umysłowości powszechnej. — Odkrycie to doprowadziło do wniosku, że, kierując się wskazówkami znajdującemi się w dziełach literackich, można odnaleźć sposób myślenia i czucia ludzi, którzy istnieli przed wielu wiekami. Doprowadziło też ono do prób w tym kierunku, uwieńczonych powodzeniem.

Zastanawianie się nad sposobami czucia i myślenia ludzkiego wykazało, że są one faktami wagi pierwszorzędnej, ściśle połączonemi z wielkiemi wypadkami, które wyjaśniają i przez które nawzajem są, wyjaśniane; że należy poczytywać je za rzeczy ważne, może nawet najważniejsze w nauce historyi. Tak się stało, i odtąd w nauce tej zmianie uległo wszystko: przedmiot, metoda, narzędzia, pojmowanie praw i przyczyn. Tę-to zmianę, już dokonaną, i która dalej jeszcze dokonywać się musi, starać się będę tu przedstawić.

[edytuj] I.

[edytuj] DOKUMENTY HISTORYCZNE SĄ TYLKO WSKAZÓWKAMI, Z KTÓRYCH POMOCĄ TRZEBA ODTWARZAĆ JEDNOSTKĘ WIDZIALNĄ.

Gdy przewracamy sztywne karty wielkiego foliału, zżółkłe stronice rękopisu, słowem, gdy spoglądamy na poemat, kodeks, wyznanie wiary, jaką jest pierwsza myśl nasza? Ta, że dzieło to nie przyszło na świat samo przez się. Jest ono, na podobieństwo konchy kopalnej, formą urobioną przez jakieś kształty, żłobieniem, podobnem do tych, które pozostawiają w kamieniu zwierzątka, zrazu żyjące, potem znikające. W skorupie konchy istniało zwierzątko; w dokumencie literackim istniał człowiek. Dlaczego badamy konchę? Aby odtworzyć przed wyobraźnią kształty zwierzątka. Tak samo badania nasze nad dokumentem mają za cel poznanie człowieka; koncha i dokument są nieżyjącemi szczątkami, posiadającemi tylko wartość wskazówek, udzielanych o istocie całej i żyjącej. Do tej-to istoty należy dążyć, usiłując ją odtworzyć. Badanie dokumentu takie, jakby on był czemś sam przez się, jest błędem, jest obrabianiem przedmiotu w sposób tylko erudycyjny i popadaniem w zdziczenie bibliotekarskie. W gruncie rzeczy niema wcale mitologii, ani języków: są tylko ludzie, którzy układają słowa i obrazy według potrzeb swoich organizmów i według pierwotnych kształtów swego umysłu. Dogmat sam przez się jest niczem: przypatrujmy się ludziom, którzy go wytworzyli, jakiemuś, naprzykład, portretowi z szesnastego stulecia, przedstawiającemu sztywną i energiczną postać dostojnika kościelnego, lub męczennika za wiarę. Cokolwiek się staje, staje się przez jednostkę, którą też badać i poznać należy. Ustanowienie sposobu kolejnego wywiązywania się dogmatów, uklassyfikowanie dzieł poetycznych, odkrycie postępów w prawodawstwach i przekształceń w językach, nie jest niczem więcej nad oczyszczenie gruntu dla prawdziwej historyi, która powstaje wtedy dopiero, gdy dziejopis zaczyna poprzez rozłogi czasu spostrzegać człowieka żyjącego, działającego, posiadającego dźwięk głosu i fizyonomię, gesty i odzież, — człowieka tak wyróżniającego się z pomiędzy innych i tak całkowitego jak ów, z którym przed chwilą rozstaliśmy się na ulicy. Usiłujmy tedy, o ile podobna, usunąć rozłóg czasu, przeszkadzający nam przyglądać się człowiekowi własnemi oczyma, oczyma własnego naszego mózgu. Zapytajmy siebie: co znajduje się pomiędzy ładnemi, lśniącemi kartkami poematu nowożytnego? Znajduje się pomiędzy niemi poeta nowożytny: Afr. de Musset, Hugo, Lamartine, Heine, człowiek, który uczęszczał do szkół, podróżował, nosił czarny surdut i rękawiczki, był ulubieńcem pań na wieczorach światowych, oddawał dziesiątki ukłonów i wymyślał dziesiątki dowcipów, co ranka czytywał gazety, mieszkał zazwyczaj na drugiem piętrze, a nie był bardzo wesołym dlatego, że w dławiącej atmosferze demokratyzmu ówczesnego lekceważenie dla dostojeństw urzędowych wzbiło go w dumę i rozdęło jego znaczenie, i jeszcze dlatego, że subtelność wrodzonych uczuć sprawiała mu trochę pokusy poczytywania się za Boga. Oto kogo spostrzegamy na dnie nowoczesnych "medytacyi" i "sonetów". Tak samo na dnie tragedyi z XVII stulecia istnieje poeta, taki poeta jak, naprzykład, Racine, wytworny, wymowny, umiarkowany, dworski, we wspaniałej peruce i w trzewikach z kokardami, monarchista i chrześcijanin szczery, "posiadający tę łaskę boską, że w żadnem towarzystwie nie wstydził się przywiązania swego do monarchy i Ewangelii"; zręczny w zabawianiu króla i w przekładaniu mu na piękną francuszczyznę galijszczyzny Amyota, pełen uszanowania względem wielkich tego świata i umiejący zawsze w ich obecności "być na swojem miejscu", ugrzeczniony i wstrzemięźliwy zarówno w Marły jak w Wersalu, wśród prawidłowych wdzięków przyrody wygładzonej i dekoracyjnej, wśród ukłonów, zalotów, intryg i zręczności panów okrytych haftami, wstających o wczesnym poranku, dlatego, aby zasługiwać na dożywocia, i ślicznych pań, które uczą się genealogii jak pacierzy, dlatego, aby posiąść prawo zasiadania na taburetach. O tym przedmiocie zasięgnijmy wskazówek w pismach Saint Simona i w sztychach Perelle'a, tak jak przedtem zasięgaliśmy ich u Balzaka i akwarelli Eugeniusza Lamiego.

Również tak samo, ilekroć czytamy tragedyę grecką, pierwszem usiłowaniem naszem powinno być przedstawienie sobie Greków, to jest łudzi ukazujących się wpół nago na placach publicznych lub w gimnazyach, pod świetnem niebem, wśród najdelikatniej i najszlachetniej zarysowanych krajobrazów, — ludzi zajętych nadawaniem ciału zręczności i siły, prowadzeniem rozmów i rozpraw, głosowaniem, dokonywaniem patryotycznych rozbójnictw, a zresztą próżnujących i mających potrzeby tak umiarkowane, że dla umeblowania domu wystarczały im trzy dzbanki, a dla zapełnienia spiżarni dwa karczochy w misie oliwy. — ludzi, nakoniec, którym praca niewolników pozostawiała dość czasu na ćwiczenie ciał i wprawianie umysłów, którzy niczego nie pragnęli i o nic się nie troszczyli, oprócz posiadania najpiękniejszego w świecie miasta, najpiękniejszych procesyi, najpiękniejszych idei i najpiękniejszych osobników ludzkich. O tem wszystkiem taki posąg jak Meleagra lub Tezeusza z Partenonu, albo widok tego Śródziemnego morza, które lśni i błękitnieje jak tunika jedwabna, a z którego wyspy wyrastają jak marmurowe ciała, w dodatku jeszcze ze dwadzieścia okresów z pism Platona i Arystofanesa, nauczyć mogą daleko więcej niż mnóstwo rozpraw i wyjaśnień.

I jeszcze tak samo, aby zrozumieć jaką Puranę indyjską, wyobraźmy sobie przedewszystkiem ojca rodziny, który, "ujrzawszy syna siedzącego na kolanach swego syna", odchodzi, stosownie do zakonu, na pustynię, z siekierą i z dzbanem, pod bananowe drzewo, rosnące nad strumieniem, przestaje mówić, pomnaża dni postów, umieszcza się nagi pośród czterech płonących ognisk, mając nad sobą piąte jeszcze, czyli straszne słońce, będące pożeraczem i odnawiaczem wszech rzeczy żyjących. Wyobraźmy sobie tego człowieka, który z kolei, przez całe tygodnie, przykuwa wyobraźnię swoją do stopy Brahmy, potem do jego kolana, potem do uda, potem do pępa, i tak dalej, nieustannie; aż wśród wysilenia tej naprężonej medytacyi zjawiać się zaczynają hallucynacye, aż wszystkie kształty istnienia, splątane i przelewające się jedne w drugie, rozkołyszą się w tej głowie przez zawrót porwanej, aż człowiek znieruchomiały, z oddechem powstrzymanym, z oczyma osłupiałemi, ujrzy wszechświat rozwiewający się jako dym nad Istnością powszechną i pustą, w której i sam też pragnie się pogrążyć. W tym kierunku podróż do Indyi jest bodajby najlepszem źródłem wiedzy, a w razie jej niepodobieństwa zastąpić ją mogą opowiadania podróżników, książki o geografii, botanice i etnologii tamtejszej. W obu razach cel poszukiwań winien być jednostajnym. Język, prawodawstwo, katechizm, są zawsze abstrakcyami tylko, a jedyna rzecz całkowita to człowiek żywy, cielesny i widzialny, jedzący, chodzący, walczący, pracujący. Pozostawiajmy więc na stronie teorye o konstytucyach i ich mechanizmach, o religiach i ich systemach, a usiłujmy widzieć ludzi w warstatach, w biurach, na polach, ludzi wraz z ich niebem i ziemią, domami i odzieżą, z różnorodną ich uprawą i codziennym posiłkiem, usiłujmy przypatrywać się im tak, jak, wstępując na wybrzeże Anglii lub Włoch, przypatrujemy się twarzom i gestom ludzkim, chodnikom i publicznym gospodom, przechadzającym się mieszkańcom miasta i pijącym robotnikom. Największem staraniem naszem powinno być zastąpienie, o ile podobna, przez wiedzę i wyobraźnię, spostrzegania naocznego, osobistego i bezpośredniego, które nie jest już nam dostępnem; bo tylko takie spostrzeganie jest drogą, na której możemy poznać człowieka. Ażeby wydać sąd o rzeczy, trzeba, aby ona była obecną; niepodobna czynić doświadczeń nad przedmiotami nieobecnemi: usiłujmy więc uobecniać sobie przeszłość. Zapewne, odbudowanie takie ani doskonałem być, ani sądów doskonałych dostarczać nie może; ale z tem trzeba się już pogodzić, w przekonaniu, że lepszą jest wiedza niezupełna niż żadna lub błędna, i że niepodobna zbadać mniej więcej czynów dawnych, nie widząc mniej więcej dawnych łudzi.

Takim jest pierwszy krok w nauce historyi. Europa dokonała go w porze odrodzenia wyobraźni, u końca zeszłego stulecia, przez - Lessinga i Walter-Scotta; nieco później dokonali go we Francyi Chateaubriand, Augustyn Thierry, Michelet i wielu innych. Teraz, przypatrzmy się krokowi następnemu.

[edytuj] II.

[edytuj] CZŁOWIEK CIELESNY I WIDZIALNY JEST TYLKO WSKAZÓWKĄ, Z KTÓREJ POMOCĄ POWINNIŚMY BADAĆ CZŁOWIEKA WEWNĘTRZNEGO I NIEWIDZIALNEGO.

Gdy własnemi oczyma czynimy spostrzeżenia nad człowiekiem widzialnym, czego w nim poszukujemy? Człowieka niewidzialnego. Słowa dochodzące waszego słuchu, gesty, poruszenia głowy, ubranie, czynności i dzieła różnorodne są tylko wyrażeniem czegoś niewidzialnego. I cóż to się przez nie wyraża? Dusza. W człowieku zewnętrznym ukrywa się człowiek wewnętrzny; pierwszy spełnia tylko czynność objawiania drugiego. Jeżeli przypatrujemy się domowi, sprzętom, ubraniu człowieka, to tylko dlatego, aby w nich znaleźć objawy jego przyzwyczajeń i upodobań, stopień wytworności lub prostactwa, rozrzutność lub oszczędność, głupotę lub dowcip. Jeżeli, przysłuchując się jego rozmowie, staramy się zapamiętać brzmienia głosu i zmiany postawy, to tylko dlatego, aby wydać sąd o jego zapale, szczerości i wesołości, albo energii i oschłości. Jeżeli zastanawiamy się nad jego pismami, albo dziełami krytycznemi, to tylko w tym celu, aby zmierzyć doniosłość i granice jego umysłu, pomysłowości i rozwagi, aby odkryć do jakiego rzędu i rodzaju należą, do jakiej potęgi wzbić się mogą jego wyobrażenia i w jaki mianowicie sposób on myśli i postanawia. Wszystkie te zewnętrzne objawy są tylko ścieżkami, zbiegającemi się na jednym punkcie środkowym; wchodzimy na ścieżki tylko dla dojścia do tego punktu; na tym punkcie środkowym znajduje się człowiek istotny, czyli węzeł zdolności i uczuć, z którego wynika wszystko inne. Oto świat nowy, świat bezgraniczny, bo każdy czyn widzialny posiada za sobą nieskończony szereg rozumowań, wzruszeń, poczuć doznanych niegdyś i przed chwila, które wszystkie, zbiorowo, wydobyły czyn z dna na powierzchnię, które, jak długi szereg skał głęboko tkwiących w gruncie, w tym czynie dosięgają zetknięcia się swych wierzchołków. Tento świat, niejako podziemny, stanowi drugi przedmiot, właściwy przedmiot badań dla dziejopisarza. Jeżeli tylko dziejopis posiada dostateczne wykształcenie krytyczne, nie pozostaną mu tajnemi pobudki szczególne, z których wynika każda ozdoba architektoniczna, każda linia w obrazie, każdy peryod w dziele pisarskiem; stanie się on widzem dramatów zaszłych w duszach artystów i pisarzy; wskazówkami mu będą: wybór słów, krótkość lub długość okresów, rytm wiersza, sposób rozumowania; gdy wzrok jego przesuwa się po tekście, rozum i dusza ścigają nieustanny a zmienny rozwój wzruszeń i pomysłów, z których tekst ten powstał, czyli, dokonywują jego psychologii. Jeżeli chcemy zapoznać się z taką czynnością umysłową, przypatrzmy się Goethemu, który jest inicyatorem i wzorem dla wszystkiego, co wielkie w kulturze współczesnej. Zanim rozpoczął pisanie "Ifigenii" spędzał całe dnie na rysowaniu jaknajdoskonalszych posągów, aż nakoniec, z oczyma pełnemi szlachetnych kształtów starożytnego krajobrazu, z umysłem przeniknionym harmonijną pięknością starożytnego życia, dosięgnął takiej doskonałości w odtwarzaniu przyzwyczajeń i skłonności wyobraźni greckiej, że jakby bliźniaczą siostrą obdarzył boginie Fidyasza i Sofoklesową Antygonę. To ścisłe i pewne odgadywanie uczuć przeminionych powtarza się w dzisiejszem dziejopisarstwie; a prawie wcale nie było jeszcze znanem przeszłemu stuleciu, które ludzi najróżniejszych ras i czasów pojmowało w sposób prawie zupełnie jednostajny, wyobrażając sobie Greka, barbarzyńcę, Hinda, człowieka z epoki Odrodzenia i z wieku XVIII-go jakby odlanych z jednego kruszcu i według jednej modły, według modły, w dodatku, pojętej abstrakcyjnie i raz na zawsze ustanowionej dla całego Rodu Ludzkiego. Wówczas człowiek był znanym, ale ludzie pozostawali nieznanymi; dusza nie była zbadaną, ani niezmierna rozmaitość i cudowna złożoność dusz spostrzeżoną, ani wiadomą prawda, że budowa moralna pewnego ludu albo wieku tak wyróżnia się z pomiędzy innych, jak w botanice budowa fizyczna pewnej rodziny roślinnej, albo w zoologii pewnego gatunku zwierzęcego. Dziś historya, tak jak i zoologia, posiadła swoję anatomię i nad jakąkolwiek gałęzią nauk historycznych zamierzalibyśmy pracować, czy jest nią filologia, lingwistyka lub mitologia, praca nasza na tej tylko drodze przynieść może świeże owoce. Proszę czytelnika, aby z pośród tych pisarzy, którzy od Herdera, Ottfrieda Mullera i Goethego sprowadzali i uzupełniali ten wielki postęp, przypatrzył się tylko dwom historykom i dwom dziełom, któremi są: komentarz nad Cromwellem Carlyle'a i Port-Royal Sainte-Beuve'a. Dzieła te przedstawiają dowód, jak trafnie, pewnie i głęboko przeniknąć można duszę poprzez jej czyny i roboty; jak odgadnąć można w starym wodzu, zamiast pospolitego hypokryty i pyszałka, istotę nurtowaną przez mętne marzenia melancholijnej wyobraźni, jednak, zarazem, praktyczną z instynktu i zdolności, do gruntu angielską, dziwną i niezrozumiałą dla każdego, kto nie zapoznał się z jej rodzimym klimatem i z jej rasą. Tu czytelnik ujrzy, jak z pomocą setki rozrzuconych listów i kilku dziesiątków okaleczonych mów można towarzyszyć temu staremu wodzowi do folwarku, który orał, do namiotu jeneralskiego i tronu, na którym zasiadł jako protektor Anglii, — towarzyszyć mu wśród jego przemian i rozwoju, niepokojów sumienia i postanowień politycznych, a czynić to w taki sposób, że cały mechanizm jego myśli i działań staje się widocznym i że wewnętrzna tragedya, nieustannie odnawiająca się i zmieniająca, która przeorywała tę wielką posępną duszę, na podobieństwo tragedyi szekspirowskich, udziela się duszom widzów. Drugie z dzieł wymienionych ukaże czytelnikowi możność odkrycia rozległego obszaru psychologii ludzkiej w kłótniach klasztornych i w oporze mniszek, — możność ukazania pod monotonną okrywką skromnego opowiadania pięćdziesięciu charakterów z niezliczonemi ich różnicami i właściwym każdemu z nich dowcipem, — możność dostrzeżenia i dosłyszenia w rozprawach teologicznych i w nudnych kazaniach uderzeń serc żyjących, zapałów i omdleń ducha religijności, zmiennego chaosu natury, niespodzianie do serc powracającej, wnikanie do tych serc świata zewnętrznego, peryodycznych zwycięztw nadprzyrodzoności, — możność dosłyszenia i dostrzeżenia tego wszystkiego z tak wielkiem bogactwem odcieni, że najobfitsza opisowość i styl najgiętszy zaledwie mogą zebrać to niewyczerpane żniwo, które krytyka zasiała na zaniedbanem niegdyś polu. To samo gdzieindziej. Niemcy, ze swym geniuszem tak giętkim, tak szerokim, tak skłonnym do przemian i zdolnym do odtwarzania najodleglejszych w czasie i najdziwaczniejszych stanów ludzkiego umysłu; Anglia, ze swym rozumem tak ścisłym, tak usposobionym do dokładnego badania zagadnień duchowych, za pomocą cyfr, wagi, miar, geografii, statystyki, mnóstwa tekstów i zdrowego rozsądku; Francya, nakoniec, ze swą paryzką cywilizacyą, towarzyskiemi przyzwyczajeniami, ze skłonnością do nieustannego rozbioru charakterów i czynów, ze swoją ironią, tak bystro spostrzegającą wszelką słabość, i subtelnością, wyćwiczoną w dostrzeganiu wszelkich odcieni — wszystkie te ludy oddały się uprawianiu tego gruntu, aż zrozumiano prawdę: że niema w dziejach Ludzkości takiej strefy, w którejby nie potrzeba było wzruszać pługami tej spodniej warstwy, jeżeli na zagonach wzejść mają pożyteczne żniwa.

Takim jest krok drugi, blizki już zupełnego dokonania, a będący dziełem krytyki współczesnej. Nikt tu nie zrobił więcej i lepiej od Sainte-Beuve'a, i pod tym względem jesteśmy wszyscy jego uczniami. Jego-to metoda nadaje nowe kształty w książkach i nawet w dziennikach, wszelkiej krytyce literackiej, filozoficznej i religijnej; jest też ona punktem wyjścia dla noworozpoczynającej sic ewolucyi. Nieraz już próbowałem wskazywać na czem zależy ta ewolucya; zdaniem mojem, otwiera ona przed historyą nowe drogi; postaram się też opisać ją tu szczegółowo.

[edytuj] III.

[edytuj] STANY I DZIAŁANIA CZŁOWIEKA WEWNĘTRZNEGO I NIEWIDZIALNEGO POSIADAJĄ SWOJE PRZYCZYNY W PEWNYCH SPOSOBACH POWSZECHNEGO MYŚLENIA I CZUCIA.

Jeżeliśmy spostrzegli i zapamiętali w człowieku jedno, dwa, trzy, następnie mnóstwo uczuć, czy to wystarcza, abyśmy poznanie tego człowieka poczytywali za zupełne? Czy zbiór spostrzeżeń stanowi psychologię? Nie; w tym wypadku, jak we wszystkich innych, po zgromadzeniu faktów następować musi poszukiwanie przyczyn. Niezależnie od tego, czy fakty należą do dziedziny fizycznej czy dachowej, muszą istnieć przyczyny, które je wytworzyły. Ambicya, odwaga, prawdomówność posiadają swoje przyczyny tak samo, jak trawienie, ruch mięśniowy i ciepło zwierzęce. Występek i cnota są produktami zarówno jak witryol i cukier; każde zjawisko złożone powstaje ze spotkania się innych zjawisk prostszych, które je od siebie uzależniają. Puśćmy się na poszukiwania zjawisk prostych w dziedzinie duchowej, tak jak zazwyczaj czyni się to w dziedzinie fizycznej, a rozpocznijmy od pierwszego lepszego faktu, naprzykład, od muzyki religijnej w kościele protestanckim. Istnieje przyczyna duchowa, która zwróciła umysły wiernych ku melodyom poważnym i monotonnym, przyczyna rozleglejsza od swego skutku, a będąca ogólnem pojęciem o sposobie, w jaki człowiek powinien oddawać cześć Bogu. Pojęcie to ukształtowało architekturę świątyni, zniosło posągi, usunęło malowane obrazy, zniszczyło upiększenia, skróciło nabożeństwa, zamknęło modlących się w wysokich ławkach, które zasłaniają przed nimi wszystko, co ich otacza, zarządziło tysiącem szczegółów w ozdobach, postawach i całej zewnętrznej stronie kultu. Ale, będąc samo przyczyną, pojęcie to pochodziło także z przyczyny szerszej, z pojęcia o całem postępowaniu wewnętrznem i zewnętrznem, złożonem z modlitw, uczynków i usposobień wszechstronnych, do jakiego człowiek obowiązanym jest względem Boga; ono-to, to drugie pojęcie, wytworzyło doktrynę o łasce, zmniejszyło liczbę duchowieństwa, przekształciło sakramenty, usunęło wiele kościelnych obrządków i zastąpiło w religii karność przez duchowość. I znowu, z kolei, drugie to pojęcie wynikło z trzeciego, jeszcze szerszego: z pojęcia takiej doskonałości moralnej, jaka znajduje się tylko w Bogu doskonałym, będącym sędzią nieomylnym i pilnym stróżem dusz, przed którego obliczem wszelka dusza jest grzeszną, zasługującą na męki, niezdolną do cnoty i zbawienia się inaczej, jak przez burze sumienia, które On wznieca i odnowienie serca, które On sprawia. I oto jest właśnie pojęcie najwyższe, sprawiające, że obowiązek staje się absolutnym władzcą ludzkiego życia i że wszystkie wzorce umysłowe rzucone są pod stopy wzorcom moralnym. Tu znajdujemy się już na samym dnie istoty ludzkiej, bo ażeby zrozumieć powstanie tego najszerszego pojęcia, musimy przypatrzyć się rasie, w której powstało, więc Germaninowi i w ogóle człowiekowi północnemu, budowie jego charakteru i umysłu, najpowszechniejszym sposobom jego myślenia i uczuwania, powolności i chłodowi poczuć, które nie pozwalają mu gwałtownie i z łatwością ulegać rozkoszom fizycznym, prostactwu jego upodobań, nieprawidłowości i poskokom myśli, przeszkadzającym powstawaniu podporządkować pięknych i form harmonijnych; musimy przypatrzyć się tej wzgardzie dla pozorów, tej potrzebie samej prawdy, tym wiązadłom, łączącym go z abstrakcyjnemi i nagiemi pojęciami, które rozwijają w nim sumienie z ujmą dla wszystkich władz innych. I tu kończą się już poszukiwania naszę, bo natrafiliśmy na jakieś usposobienie pierwotne, na jakiś rys odznaczający wszystkie poczucia, na jakieś pomysły właściwe całemu stuleciu i całej rasie, na jakąś właściwość nierozłączną z całym pochodem umysłowym i rozwojem sercowym tego stulecia i tej rasy. Tu znajdują się przyczyny wielkie, bo powszechne i nieustanne, obecne w każdej chwili i w każdym wypadku, działające wszędzie i zawsze, niezniszczalne i nieodzownie zapanowujące, bo trafy, które się z niemi krzyżują, będąc cząstkowemi i ograniczonemi, ustępować muszą przed ich głębszą i nieustanną pracą; tak, że ogólna budowa rzeczy i główne zarysy wypadków są ich dziełem, a religie, filozofie, poezyę, przemysł, formy towarzyskie i rodzinne, — niczem innem, jak znakami, które ich pieczęć wytłacza.

[edytuj] IV.

[edytuj] GŁÓWNE FORMY MYŚLENIA I UCZUWANIA. — WYNIKI ICH DLA HISTORYI.

Więc rozwój uczuć i pojęć ludzkich odbywa się według systematu, w którym pierwszą siłą w ruch wprawiającą są pewne rysy ogólne, pewne cechy umysłów i charakterów, wspólne wszystkim ludziom pewnej rasy, pewnego czasu i pewnego kraju. Jak w mineralogii najrozmaitsze kryształy pochodzą od kilku prostych form materyalnych, tak w historyi najrozmaitsze cywilizacyę mają swe źródło w kilku prostych formach duchowych. Wyjaśnieniem dla pierwszych jest początkowy pierwiastek geometryczny, dla drugich — początkowy pierwiastek psychologiczny. Aby objąć całość gatunków mineralogicznych, należy przedewszystkiem przyjrzeć się prawidłowemu ciału stałemu w ogóle, jego powierzchniom i jego kątom, aby w tem skróceniu dostrzedz niezliczone przekształcenia, którym to ciało stale uledz może.

Podobnież, pragnąc objąć całość przemian historycznych, należy przedewszystkiem przyjrzeć się duszy ludzkiej wogóle, jej dwom lub trzem władzom zasadniczym i w tem skróceniu dostrzedz główne kształty, które dusza ludzka przybrać może. Zresztą, ten idealny obraz, w geometryi zarówno jak w psychologii, niejest bardzo złożonym, i dość prędko spostrzegamy kresy, które ograniczają cywilizacyę, zarówno jak kryształy. Bo u samego punktu początkowego co znajduje się w człowieku? Obrazy, czyli wyobrażenia przedmiotów, właściwie to, co po chwili spoglądania na drzewo, zwierzę, jakąkolwiek rzecz dostępną zmysłom, wewnętrznie unosi się przed człowiekiem, trwa czas jakiś, znika, powraca. Jest to pierwszy materyał, który następnie rozwija się dwojako: w sposób spekulatywny, albo w sposób praktyczny, zależnie od tego czy wyobrażenia prowadzą ku pojęciu ogólnemu, czy ku postanowieniu czynnemu. W tem zawiera się cały człowiek w skróceniu; na tej ciasnej przestrzeni, bądź w łonie materyału pierwotnego, bądź na dwojakiej drodze pierwotnego rozwoju tego materyału, skupiają się różnice zachodzące pomiędzy ludźmi. Drobne w swoich pierwiastkach, czynniki te są ogromnemi w swojej massie i najlżejsze zaburzenie pośród nich zaszłe sprowadza zaburzenie olbrzymie pośród wytworów. Wszystkie czynności i cały bieg maszyny ludzkiej kształtują się i przekształcają według tego, czy wewnętrzne wyobrażenia przedmiotów zewnętrznych są jasne i jakby wykrojone z jednej sztuki, czy też mętne i źle odgraniczone; czy zawierają w sobie szczupłą czy też znaczną ilość cech przedmiotowi każdemu właściwych; czy są gwałtowne i połączone z uniesieniami, czy też spokojne i otoczone ciszą. Podobnież cały rozwój rzeczy ludzkich staje się rozmaitym, według rozmaitych odmian zachodzących w rozwoju wyobrażeń. Jeżeli pojęcie ogólne, do którego doprowadzają wyobrażenia, jest tylko suchą zapiską, jak się to dzieje u Chińczyków, wtedy język staje się rodzajem algebry, religia i poezya karłowacieją, filozofia sprowadza się do moralnego i praktycznego rozsądku, nauka do zbioru przepisów, klassyfikacyi, utylitarnej mnemotechniki, cała umysłowość przybiera kierunek pozytywistyczny. Jeżeli, przeciwnie, pojęcie ogólne, do którego doprowadzają wyobrażenia, jest tworem poetycznym i plastycznym, symbolem pełnym życia, jak to widzimy u plemion aryjskich, język staje się rodzajem epopei barwnej i wycieniowacej, w której każdy wyraz posiada swoją osobowość, poezya i religia przybierają rozmiary wspaniałe i niewyczerpane, metafizyka rozwija się szeroko i subtelnie; bez troski o zastosowanie praktyczne, cała umysłowość, pomimo nieuchronnych zboczeń i omdleń, przenika się miłością piękna i wzniosłości, rodzi wzory idealne, które przez swoją szlachetność i harmonijność zgromadzają dokoła siebie wszystkie tkliwości i zapały Rodu Ludzkiego. Jeżeli, następnie, pojęcie ogólne, do którego doprowadzają wyobrażenia, jest poetycznem, ale nieumiarkowanem,. a człowiek osiąga je, nie stopniowo, lecz przez nagłą intuicyą; jeżeli pierwotna czynność umysłowa nie jest prawidłowym rozwojem, lecz gwałtownym wybuchem — natenczas, tak jak u ras senackich, widzimy brak metafizyki, niemożność wytworzenia się nauki, religię niezdolną do przedstawienia Boga inaczej niż pod postacią samotnego" i wszystko pożerającego władzcy, — umysłowość zbyt sztywną i w sobie zamkniętą, aby mogła odtwarzać wytworne harmonie przyrody, — poezyę, zdobywającą się tylko na szeregi wykrzyków gwałtownych i wspaniałych, język niezdolny do wyrażania powikłań, panujących w rozumowaniu i krasomówstwie, — człowieka, który jest cały entuzyazmem lirycznym, namiętnością niepohamowaną, czynem ciasnym i fanatycznym. Na tej to przestrzeni, dzielącej wyobrażenie osobnicze od pojęcia ogólnego, znajdują się zarody wszystkich największych różnic w Ludzkości. Pewne plemiona, jak, naprzykład, ludy starożytne, przebywają tę przestrzeń po drabinie, której szczeblami są pojęcia prawidłowo ustawione i coraz ogólniejsze; inne, naprzykład germańskie, dokonywają tego przejścią w podskokach, krokiem niejednostajnym, z długiem i wahającem się próbowaniem gruntu. Inne jeszcze, jak Rzymianie i Anglicy, zatrzymują się na pierwszych szczeblach, inne nakoniec, jak Hindowie i Niemcy, wstępują aż na ostatnie.

Teraz, jeżeli zechcemy, poznawszy już przejście od wyobrażenia do pojęcia, zapoznać się z przejściem od wyobrażenia do postanowienia, ujrzymy w niem różnice pierwiastków takiej samej jak tam wagi i tego samego rzędu, — różnice zależne od tego, czy wrażliwość jest żywą, jak w klimatach południowych, czy tępą, jak w północnych, — wyrażającą się czynem w pierwszym zaraz momencie, jak u barbarzyńców, albo znacznie później, jak u ludów cywilizowanych, zdolną albo niezdolną do wzrastania, chwiejności, zakorzeniania się, trwałości. Z tych różnie wynika cały system namiętności ludzkich, wynikają wszystkie prawdopodobieństwa spokoju publicznego, wszystkie źródła pracy i czynów.

Tak samo rzecz się ma z innemi różnicami pierwiastkowemi; następstwa ich ogarniają całą cywilizacyę i można je porównać do tych formuł algebraicznych, zawierających z góry w szczupłym swym zakresie całą "krzywą", dla której są prawem. Ztąd jeszcze nie wypływa, aby to prawo musiało zawsze wypełnić się aż do końca, bo niekiedy spotyka się z przeszkodami; wypadki takie jednak są dowodem, nie fałszywość! prawa, lecz tego, że działało ono nie samo jedno. Spostrzegamy tu przybycie nowych pierwiastków i zmieszanie się ich z dawnemi, przybycie wielkich sił obcych i stanięcie ich na drodze sił pierwotnych. Czasem rasa emigruje, jak uczynił starożytny ród aryjski, a zmiana klimatu zamącą jej ekonomię umysłową i organizacyę towarzyską. Czasem lud bywa podbitym, jak się to stało z Saksonami, a nowe stosunki polityczne narzucają mu zwyczaje, zdolności i skłonności, przedtem nieznane. Czasem jeszcze naród osiada wśród innego, zwyciężonego, narodu, gnębi go i żyje pod groźbą jego zemsty, jak było ze starożytnymi Spartanami; wówczas konieczność prowadzenia życia obozowego skręca gwałtownie w jeden wyłączny kierunek cały ustrój duchowy i społeczny. Ale w każdym razie mechanizm dziejów ludzkich jest zawsze jednakim. Zawsze znajdujemy w nim, jako sprężynę pierwotną, jakieś usposobienie umysłu i duszy bardzo ogólne, bądź wrodzone i z natury przez plemię posiadane, bądź nabyte, wytworzone przez jakąś okoliczność, która plemię to dotknęła. Te potężne sprężyny, gdy ras istnieją, wytwarzają powoli skutki, to jest po pewnej ilości upłynionych stuleci wprawiają naród w nowy stan religijny, literacki, społeczny i ekonomiczny, który, łącząc się z dalszą tych sprężyn pracą, sprowadza nowe zmiany, niekiedy dobre, niekiedy złe, niekiedy powolne, niekiedy szybkie, i tak dalej, ciągle. W ten-to sposób zapatrywać się powinniśmy na całkowity ruch każdej cywilizacyi odrębnej jako na skutek siły nieustannie działającej, siły, która, w każdej chwili, zmieniając okoliczności działania, wprowadza do samego dzieła swego coraz nowe zmiany.

[edytuj] V.

[edytuj] TRZY SIŁY PIERWIASTKOWE.

Ów pierwotny stan duchowy wypływa z trzech źródeł, któremi są: plemienność, środowisko i czas. Przez wyraz "plemienność" rozumiemy te usposobienia wrodzone i odziedziczone, które człowiek przynosi na świat i które zazwyczaj zostają w związku z wybitnemi odrębnościami temperamentu i budowy ciała. Wszystko to bywa różnem u różnych ludów. Istnieją w przyrodzie odmiany ludzkie, zarówno jak bycze i końskie, a z pomiędzy nich jedne odznaczają się odwagą i rozumem, inne trwożliwością i ograniczonością, jedne posiadają zdolność do wyższej twórczości i wyższych pojęć, inne mogą zdobywać się tylko na nieokrzesane pomysły i wynalazki, niektóre zaś objawiają szczególne uzdolnienia do pewnych robót i zasoby pewnych instynktów, na podobieństwo gatunków psich, usposobionych najbardziej do szybkiego biegu, albo do walki, albo do myśliwstwa, albo do stróżowania nad domami lub trzodami. Stanowi to siłę odrębną, tak odrębną, że ta siła po przebyciu ogromnych zboczeń, do których ją zmusiły dwie inne siły, jest jeszcze wyraźną; że rasa, jak, naprzykład, aryjska, rozproszona od Gangesu do wysp Hebrydzkich, osiadła w klimatach najrozmaitszych, znajdująca się na najrozmaitszych szczeblach drabiny cywilizacyjnej, ulegająca przekształceniom przez ciąg trzydziestu stuleci, objawia przecież w językach, literaturach, religiach i filozofiach tę wspólność krwi i ducha, która dziś jeszcze tworzy spójnię dla wszystkich jej odrośli. I jakkolwiek różnemi są już dziś te odrośla, łączące je pokrewieństwo nie znikło; jakiemikolwiek były oddziaływania wywierane na nie przez dzikość, cywilizacyę i obce szczepy, przez różnice temperatury i gleby, przez pomyślne lub nieszczęsne trafy, wielkie zarysy przyrodzonego kształtu przetrwały, i pod drugorzędnemi wyrzeźbieniami, które są dziełem czasu, można jeszcze odkryć dwie lub trzy główne linie rzeźby pierwotnej. Ta zadziwiająca trwałość nie jest w naturze rzeczą nadzwyczajną. Chociaż olbrzymie w czasie oddalenie pozwala nam tylko mętnie i słabo dostrzegać, w jaki sposób rozwijały się i jeden od drugiego pochodziły[1] gatunki zwierzęce, to jednak światło, rzucane przez fakty historyczne na te, które poprzedziły historyę, wystarcza do wytłómaczenia prawie niewzruszonej trwałości pierwiastkowych cech tych gatunków. W chwili, gdy na piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści wieków przed erą naszą po raz pierwszy spotykamy te pierwiastkowe cechy u Aryów, Egipcyan, Chińczyków, są już one dziełem znacznie większej niż tamta liczby stuleci, a może i całych dziesiątków tysięcy stuleci. Bo zwierzę, skoro tylko jest żyjącem, musi przystosować się do swego środowiska; oddycha, porusza się, odżywia inaczej, gdy tylko powietrze, pokarmy, temperatura stają się innemi. Różnice zaszłe w klimacie i otoczeniu wytwarzają w niem inne potrzeby, z których wynika cały układ innych czynności, mający za następstwo zmiany w układzie obyczajowym, a które nakoniec prowadzą za sobą odmienne ułożenie się instynktów i zdolności. Człowiek, zniewolony układać się do równowagi z otaczającemi okolicznościami, nabywa odpowiedniego do nich temperamentu i charakteru, a ten charakter i temperament są nabytkami tem starszemi, im wielokrotniej okoliczności zewnętrzne wyciskały na człowieku swoje piętno i im dłużej, prawem dziedziczności, przekazywał on to piętno swemu potomstwu. W ten sposób charakter każdego pojedynczego ludu przedstawia w każdej chwili zbiornik wszystkich jego poprzedzających poczuć i czynności; przedstawia niejako ciężar, który nie jest nieograniczony[2], bo wszystko w naturze musi posiadać granice, ale który jest nieproporcyonalnie większy nad wszystko inne i do podjęcia prawie niepodobny. Tak, prawie niepodobna podnieść tego ciężaru: bo każda minuta przeszłości, niemal nieograniczonej, pracowała nad uczynieniem go coraz cięższym; bo, ażeby sprowadzić podniesienie się szali, na której spoczywa, trzebaby położyć na drugiej znaczniejszą jeszcze ilość poczuć i czynności. Takiem jest pierwsze i najobfitsze źródło tych zdolności władczych, od których pochodzą wypadki historyczne, i nie trudno spostrzedz, że potęga tego źródła w tem spoczywa, iż właściwie nie jest ono źródłem, lecz rodzajem jeziora, czemś nakształt głębokiego zbiornika, do którego, przez mnóstwo wieków przybywają inne źródła i gromadzą w nim swe wody.

Po zbadaniu wewnętrznego ustroju plemienia przypatrzmy się środowisku, w którem rozwija się jego życie. Bo człowiek nie jest na świecie samotnym: ogarnia go przyroda i otaczają inni ludzie; na odznaczających go piętnach pierwotnych i dokonywających się nieustannie, powstają piętna drugorzędne i przypadkowe, a czynniki fizyczne lub społeczne nadwerężają lub uzupełniają podlegającą im naturę. Niekiedy sprawia to klimat. Jakkolwiek wiadomości nasze o historyi ludów aryjskich, od opuszczenia przez nie ojczyzny pierwotnej do osiedlenia się w ojczyznach późniejszych, są mgliste i mroczne, to przecież możemy twierdzić napewno, że głębokie różnice zachodzące pomiędzy plemionami germańskiemi, z jednej strony, a plemieniem helleńskiem i łacińskiem, z drugiej, wynikają w znacznej części z różnicy krajów, w których osiadły. Jedne z tych plemion, zająwszy kraje zimne i wilgotne, okryte błotnistemi lasami, albo położone nad brzegiem dzikiego oceanu, znalazły się w kręgu wrażeń melancholijnych lub gwałtownych, usposabiających do pijaństwa lub obżarstwa, do sposobu życia łupieżniczego i wojowniczego; inne, przeciwnie, wśród najpiękniejszych krajobrazów, nad morzem wesołem i świetnem, nabyły skłonności do żeglugi i handlu, a wolne od grubych wymagań żołądkowych rychło podążyły ku uspołecznieniu, ku organizowaniu się politycznemu, ku uczuciom i czynnościom sprzyjającym rozwojowi krasomówstwa, umiejętnego używania życia, wynalazków naukowych, literatury i sztuk pięknych.

Innym razem nad wytworzeniem różnic takich pracują okoliczności polityczne, czego przykład przedstawiają dwie cywilizacye włoskie. Pierwsza, wskutek początkowego znaczenia swego, jako schroniska, czy asylum, czy jeszcze pogranicznego emporium, wskutek następnie arystokracyi zbrojnej, która, podporządkowując sobie cudzoziemców i zwyciężonych, wytwarzała dwie stojące naprzeciw siebie i wrogie sobie klassy ludzi, a dla zawikłań przez to stwarzanych i dla własnych instynktów łupieżczych nie znajdowała innego środka oprócz systematycznej i nieustannej wojny, — pierwsza tedy z dwu tych cywilizacyi, wskutek powyżej wymienionych okoliczności politycznych zwróciła się całkowicie ku życiu czynnemu, ku podbojowi, rządowi i prawodawstwu. Druga, której forma rządów municypalnych odebrała jedność ojczyzny i wielkie dążenia polityczne uczyniła niemożliwemi, wobec kosmopolitycznego położenia papieża i nieustannego zbrojnego wdawania się w jej sprawy państw ościennych, uległa całkowicie głównej skłonności swego wspaniałego i harmonijnego ducha, oddając się kultowi piękna i rozkoszy.

Niekiedy jeszcze piętna takie wytłaczane bywają przez warunki społeczne. Zdarzyło się to przed dwudziestu pięciu wiekami w ludostanie, przed ośmnastu nad brzegami Morza Śródziemnego, gdy tu i tam, podbój i organizacya ludów przez rasę aryjską spowodowały ucisk nieznośny, zdeptanie osobowości człowieka, rozpacz ostateczną, złorzeczenie światu, połączone ze wzrostem metafizyki i marzycielstwa; gdy człowiek, w tej otchłani nędz, uczuł w sobie serce zroszone łzami i począł w duchu miłosierdzie, poświęcenie, pokorę, słodycz, miłość tkliwą, braterstwo ludzkie, a począł to wszystko — tam, w Indostanie, pod postacią buddyzmu i pojęcia nicości powszechnej, tu, nad morzem Śródziemnem, pod postacią chrześcijaństwa i ojcowskich rządów Boga.

Jeżeli, obejrzawszy się dokoła, rzucimy okiem na zakorzenione w plemieniu instynkty i zdolności, na kierunek duchowy, wedle którego rozwijają się jego myśli i działania, ujrzymy najczęściej, że są to dzieła jakiegoś długotrwałego położenia, jakichś warunków otaczających, jakichś ciśnień potężnych i nieprzerwanych, które, po kolei lub wspólnie, z pokolenia w pokolenie, pracowały nad wyginaniem i kształtowaniem tej gromady ludzkiej. Takiemi warunkami i ciśnieniami były dla Hiszpanii wojny krzyżowe przeciw Muzułmanom, trwające przez osiem stuleci i potem jeszcze prowadzone aż do zupełnego osłabienia narodu przez wygnanie Maurów, przez zdzierstwa, dokonywane na Żydach, przez ustanowienie inkwizycyi i przez wojny o katolicyzm. Względom Anglii czynność tę spełniły ośmiuwiekowe urządzenia polityczne, które, nie uginając ku ziemi głów ludzkich, budzą w nich jednak uszanowanie — czyniąc człowieka niepodległym, skłaniają go do posłuszeństwa i wprawiają w zbiorowe walki o prawa, toczone pod osłoną i na mocy prawa. We Francyi był to znowu łaciński ustrój społeczny, który, zrazu narzucony z zewnątrz pokornym barbarzyńcom, rozpadł się w momencie ruin powszechnych, a potem, przez tajemną robotę narodowych instynktów odtworzony, rozwinął się pod panowaniem królów dziedzicznych, aż nakoniec, pod dynastyami budzącemi skłonności rewolucyjne, przekształcił się na rzeczpospolitą scentralizowaną, napojoną duchem równości i pochłoniętą przez prace administracyjne. Takiemi są, z pomiędzy dostrzegalnych, przyczyny najskuteczniej oddziaływające na człowieka pierwotnego; są one dla narodów tem, czem jest dla jednostek wychowanie, urodzenie, rodzaj zajęcia, miejsce zamieszkania; zdają się wszystko w sobie zawierać, bo zawierają wszystkie potęgi zewnętrzne, które kształtują materyał Ludzkości i przez które świat zewnętrzny oddziaływa na ludzkie wnętrze.

A jednak, istnieje jeszcze trzeci szereg przyczyn; bo wspólnie z pracą sił zewnętrznych i wewnętrznych odbywa się praca tego dzieła, którego one już dokonały i które samo przyczynia się do dokonania rzeczy następnych — bo oprócz środowiska i rozpędu stałego jest jeszcze szybkość nabyta. Polem oddziaływań dla charakteru narodowego i okoliczności zewnętrznych nie jest tablica pusta, lecz tablica przedtem już pokryta znakami. W każdym. momencie czasu znaki te są innemi, i to wystarcza dla uczynienia innemi skutków sił oddziaływających. Przypatrzmy się, naprzykład, dwóm momentom w życiu literatury i sztuki: tragedyi francuzkiej za czasów Corneille'a i Voltaire'a, teatrowi greckiemu za Eschylosa i za Eurypidesa, poezyi łacińskiej za Lukrecyusza i Klaudyana, malarstwu włoskiemu za Vinci'ego i Guido Reniego. Zapewne, na każdym z tych przeciwległych punktów znajduje się to samo pojęcie ogólne, ten sam typ ludzki, mający być przedstawionym przez poetę lub malarza; forma wiersza, budowa dramatu, gatunek materyału pozostały również takiemi samemi; lecz z pośród wielu różnic zachodzi tu ta, że jeden ze sztukmistrzów był poprzednikiem, a drugi następcą; że pierwszy nie posiadał wzoru, a drugi go posiadał; że pierwszy patrzał na rzeczy oko w oko, a drugi widział je przez pośrednictwo pierwszego; że gdy niektóre składowe części sztuki zostały udoskonalone, zmniejszyła się prostota i potęga otrzymywanego od rzeczy wrażenia, a wzrosły wdzięki i wykwinty formy: co wszystko streszcza się w fakcie, że dzieło pierwsze spełniło względem następnego czynność przyczyny determinującej. Dzieje się tu z narodem to samo, co z rośliną: te same soki, w tej samej glebie i temperaturze wytwarzają na różnych stopniach swoich czynności organa rozmaite, pąki, kwiaty, owoce, nasiona, a staje się to zawsze w ten sposób, że ustrój następny jest uwarunkowanym przez poprzedzający i powstaje z jego śmierci. Jeżeli teraz zechcemy spojrzeć, już nie na krótki moment czasu, ale na jedną z tych jego szerokich przestrzeni, które mieszczą cale stulecie, lub wiele stuleci, widok ten doprowadzi nas do tego samego wniosku. Na tej szerokiej przestrzeni czasu panowało pewne pojęcie władcze; w ciągu dwustu, pięciuset lat ludzie przedstawiali sobie pewien idealny wzór człowieka, którym w Średnich Wiekach był rycerz i mnich, w czasach Neoklasycyzmu dworak i krasomówca. — To pojęcie powszechne i twórcze objawiło się na wszystkich polach myślenia i działania, okryło świat działami nieświadomie ułożonemi w system, potem osłabło, potem jeszcze skonało: i oto, po jego skonie, zjawiło się pojęcie nowe, mające posiąść równą tamtemu władczość i wyzwać na świat równą liczbę tworów. Tu, zapamiętajmy, że pojęcie następne zależy w części od poprzedzającego i że pojęcie poprzedzające jest właśnie tem, co łącząc wpływ swój z wpływami ducha narodowego i warunków otaczających, nadaje nowopowstającym rzeczom kształt i kierunek. Według tego - to prawa tworzą się wielkie prądy historyczne, to jest, długie panowania pewnych sposobów myślenia i pewnych pojęć władczych, czego przykładem może być okres twórczości samorzutnej, noszący nazwę Odrodzenia, albo okres krasomówstwa, zwany wiekiem Nowego klasycyzmu, albo ten długi szereg syntez mistycznych, który nazywa się Epoką Aleksandryjską i Chrześcijańską, albo ten inny jeszcze szereg pomysłów mitologicznych, które rozkwitły u początków Indyi, Grecyi i Germanii.

W tem, jak wszędzie, mieści się tylko zagadnienie mechaniczne: skutek całkowity jest summą określoną całkowicie przez wielkość i kierunek sił, które ją wytworzyły. Jedyną różnicę, zachodzącą pomiędzy takiemi zagadnieniami duchowemi a fizycznemi, stanowi to, że w pierwszych niepodobna, tak jak w drugich, ściśle oznaczyć i zmierzyć wielkości i kierunków. Chociaż potrzeba lub zdolność będzie ilością mogącą posiadać stopnie, tak jak ciśnienie albo ważkość, to przecież ilość ta nie da się zmierzyć tak, jak ilość ciśnienia albo ważkości, nie możemy jej zamknąć w formule ścisłej, ani też przybliżenie ścisłej: możemy tylko otrzymywać i oddawać przez nią wrażenia umysłowe; musimy ograniczać się zaznaczaniem i wypowiadaniem najwydatniejszych faktów, w których się ona objawia, i które, w przybliżeniu, w zarysach grubych, wskazują, na jakim stopniu wysokości ilość tę umieszczać winniśmy. Lecz jakkolwiek sposoby zaznaczania faktów są wcale inne w naukach społecznych, niż w fizycznych, to jednak, ponieważ w tych jak w tamtych znajduje się taki sam materyał, składający się tu i tam z sił, kierunków i wielkości, utrzymywać można, że w obu grupach nauk do ostatecznego wyniku prowadzi jedno i to samo prawidło. Wielkość lub małość wyniku zależy od wielkości lub małości sił zasadniczych, od mniej lub więcej ścisłej zgodności ich kierunku, od tego, czy odrębne skutki plemienności, środowiska i czasu w połączeniu swem wspomagają lub też osłabiają się wzajemnie. Te wewnętrzne zgodności i niezgodności wyjaśniają długie osłabienia i świetne wzrosty w potęgę, które nieprawidłowo i bez żadnych przyczyn widocznych zjawiają się w życiu narodów; mają one za przyczynę zgodności i przeciwstawności wewnętrzne. Podobne zgodności istniały w wieku XVII-m, gdy charakter towarzyski i talent konwersacyjny spotkały się. we Francyi ze zwyczajami salonowemi i oratorską subtelnością, a w wieku XlX-m, gdy giętki i głęboki duch niemiecki trafił na moment syntez filozoficznych i kosmopolitycznej krytyki. I znowu podobne niezgodności zaszły w wieku XVII-m, kiedy szorstkie i samotnicze usposobienia Anglików dokonywały niezgrabnych prób przyswojenia sobie nowożytnej ogłady, i w wieku XVI-m, kiedy trzeźwy i prozaiczny umysł Francuzów nadaremnie usiłował spłodzić żywą poezyę. Tajemna zgodność sił twórczych wydała w czasach Ludwika XIV go i Bossueta ogładę doskonałą i w szlachetne prawidła ujęte piśmiennictwo, a za czasów Hegla i Goethego metafizykę wspaniałą i szerokie spółczucie krytyczne. Z tajemnej niezgodności sił twórczych wyniknęły: literatura kaleka i teatr skandaliczny i poroniony Drydena i Wycherley'a, złe naśladowanie Greków, szukanie po omacku, fabrykaty, liche pięknostki szczególikowe Ronsarda i tak zwanej Plejady.

Możemy twierdzić na pewno, że twory nieznane, ku którym zmierza bieg stuleci, będą całkowicie wywołane i rządzone przez trzy siły pierwiastkowe; że gdyby te siły mogły być ujęte w miarę i cyfrę, moglibyśmy z nich, jak z formuły, wyprowadzić wszystkie właściwości cywilizacyi przyszłej; że gdybyśmy chcieli, pomimo widocznej zaczątkowości naszych zaznaczeń i gruntownej niedokładności miar, wytworzyć sobie jakieś pojęcie o przyszłem, ogólnem przeznaczeniu Ludzkości, moglibyśmy przewidywania nasze tylko na zbadaniu tych sił opierać. Bo gdy przebiegniemy całkowite koło potęg działających i wszystkie wymienimy, gdy rozważymy plemienność, środowisko, czas, czyli sprężynę wewnętrzną, ciśnienie z zewnątrz i pęd już nabyty, znajdziemy się u kresu nietylko rzeczywistych, ale nawet możliwych przyczyn ruchu.

[edytuj] VI.

[edytuj] JAKIM JEST ROZDZIAŁ SKUTKÓW, SPROWADZANYCH PRZEZ KAŻDĄ Z PRZYCZYN PIERWIASTKOWYCH. — WSPÓLNOŚĆ PIERWIASTKÓW. — UKŁAD GRUP. — PRAWO ZALEŻNOŚCI WZAJEMNYCH. — PRAWO PROPORCYALNOŚCI WPŁYWÓW.

Zbadajmy jeszcze sposób, w jaki rozdzielają się skutki tych przyczyn pośród narodu, albo stulecia, podlegającego ich oddziaływaniu. Jak źródło, które, wytrysnąwszy z wyniosłego szczytu, zwierciadła wód swych opuszcza na rozmaite wysokości, umieszcza na rozmaitych niby piętrach, tak usposobienia duchowe, zaszczepione w narodzie przez plemienność, czas i środowisko, w ilościach rozmaitych i prawidłowo zstępując coraz niżej, przenikają rozmaite rzędy faktów, składających cywilizacyę narodu[3]. Na mapie jakiegoś kraju z łatwością widzieć możemy, jak biegi wód poniżej wspólnego punktu wyjścia rozdzielają się ca pięć, albo sześć głównych koryt, z których każde rozdziela się znowu na koryta drugorzędne, i tak dalej, aż gałęzie tej sieci obejmą kraj cały, wraz z tysiącznemi przypadłościami jego powierzchni. Podobnież, gdybyśmy sporządzili sobie psychologiczną mapę uczuć i wypadków, zaszłych w jakiejś cywilizacyi ludzkiej, zobaczylibyśmy naprzód pięć, albo sześć dobrze odgraniczonych dzielnic, któremi są: religia, sztuka, filozofia, państwo, rodzina, przemysł; potem ujrzelibyśmy, jak te dzielnice główne rozdzielają się na drugorzędne, a te znowu na jeszcze szczuplejsze, i tak dalej, aż do tych niezliczonych szczegółów, które codziennie spostrzegamy w sobie i dokoła siebie. Jeżeli teraz zbadamy te rozmaite grupy faktów i porównamy je z sobą, przekonamy się, że wszystkie one są złożone z części i że pewna ilość tych części jest im wszystkim wspólną. Weźmy zrazu trzy główne wytwory umysłowości ludzkiej: religię, sztukę i filozofię. Czemże jest filozofia, jeżeli nie pojęciem przyrody i zawartych w niej przyczyn pierwiastkowych, ujętem w formę abstrakcyi i formuł? Co znajduje się na dnie religii i sztuki, jeżeli nie pojęcie tej samej przyrody i tych samych przyczyn pierwiastkowych, ujęte w formę symbolów, mniej lub więcej ustalonych i uosobień mniej lub więcej dokładnych, tem tylko różniących się od siebie, że w religii towarzyszy im wiara, a w sztuce — niewiara w ich rzeczywiste istnienie? Ktokolwiek przypatrzy się pewnej liczbie wielkich wytworów umysłowości indyjskiej, skandynawskiej, perskiej, rzymskiej, greckiej, dojrzy z pewnością, że sztuka jest wszędzie rodzajem uzmysłowionej filozofii, religia — rodzajem poematu, obudzającego wiarę w swoją prawdziwość, filozofia — rodzajem uwiędłej i sprowadzonej do stanu czystych pojęć sztuki i religii. W głębi więc każdej z tych trzech grup istnieje pierwiastek wspólny, którym jest pojęcie o świecie i jego pierwszych zasadach, a jeżeli jednak grupy te różnią się pomiędzy sobą, to dlatego, że wraz z pierwiastkiem wspólnym mieszczą w sobie pierwiastki odrębne, któremi są: tu — możność wydobywania abstrakcyi, ówdzie — zdolność do uosabiania i wiary w uosobienia, gdzieindziej jeszcze — talent tworzenia uosobień, bez wierzenia w ich prawdziwość.

Teraz, z kolei, weźmy dwa główne wytwory stowarzyszania się ludzkiego: rodzinę i państwo. Czem jest to, co wytwarza państwo, ieżeli nie uczuciem posłuszeństwa, sprawiającem, że mnóstwo ludzi jednoczy się pod władzą wodza? I czemże jest to, co wytwarza rodzinę, jeżeli nie tem samem uczuciem posłuszeństwa, sprawiającem, że żona i dzieci poddają się kierunkowi nadawanemu przez męża i ojca? Rodzina jest państwem naturalnem, pierwotnem i ciasnem, a państwo — rodziną sztuczną, późniejszą i rozległą. Wśród różnic, sprowadzonych przez liczbę, pochodzenie i położenie członków rodziny i państwa, w niniejszem z pomiędzy dwu stowarzyszeń, zarówno jak w większem, dostrzedz można to samo zasadnicze usposobienie dachowe, które tych członków zbliża i jednoczy. Jeżeli ten pierwiastek wspólny, czyli to zasadnicze usposobienie duchowe, nabierze od środowiska, czasu i plemienności cech odrębnych i sobie tylko właściwych, jasnem jest, że wszystkie grupy, do których składu wchodzi, ulegną zmianom w mierze ustosunkowanej do miary zmian, które w nim zaszły. Tam, gdzie uczucie posłuszeństwa pochodzi tylko z trwogi[4], ujrzymy, jak u większości państw wschodnich, despotyzm zwierzęcy, obfitość mąk karnych, wyzysk poddanych, służalczość obyczajów, niepewność własności, zubożenie produkcyi, niewolnictwo kobiet i przyzwyczajenia haremowe. Ilekroć uczucie posłuszeństwa wyprowadzić będziemy mogli z instynktu karności, z usposobień towarzyskich i z pojęcia honoru, oczom naszym przedstawi się, tak jak we Francyi, doskonaka organizacya wojskowa, rozległa hierarchia administracyjna, zajmowanie się sprawami publicznemi, małe, lecz niewyłączające wybuchów patryotycznych, łatwa uległość i zarazem rewolucyjna niecierpliwość, giętkość dworaków i oporność ludzi z honorem nieskazitelnym, subtelny wdzięk rozmowy światowej i nieprzyjemności rodzinnego życia, równość obojga małżonków i nędze małżeństwa, istniejącego tylko pod przymusem praw obowiązujących. I nakoniec, gdziekolwiek uczucie posłuszeństwa wypływa z instynktu podwładności i z pojęcia obowiązku, istnieją, jak pośród narodów germańskich, małżeństwa spokojne i szczęśliwe, życie domowe oparte na mocnych podstawach, życie towarzyskie rozwijające się powoli i niedoskonale, wrodzone uszanowanie dla uznanych dostojeństw, przesądne zapatrywanie się na przeszłość, trwałość nierówności społecznych, samoistny i zwyczajowy szacunek dla praw ustanowionych. Tak samo od znajdujących się w plemionach różnych uzdolnień do pojęć ogólnych zależą różnice w religiach, sztukach i filozofiach. Tam, gdzie człowiek jest z natury zdolnym do najrozleglejszych pojęć wszechświatowych, a zarazem, przez subtelną nerwowość swej pobudliwej organizacyi uspasabianym do bezładnego ich wikłania, ukaże się, jak to widzimy w Indyach, zdumiewające bogactwo wytworów religijnych, olśniewający rozkwit bezmiernych i bezcielesnych epopei, dziwaczna plątanina filozofii subtelnych i pełnych fantazyi: a wszystko to będzie tak dobrze złączone i przeniknięte wspólnemi sokami, że z rozległości i zabarwienia tych tworów, zarówno jak z panującego w nich bezładu, natychmiast odgadniemy, że są one płodami jednego klimatu i jednego ducha. Ilekroć, przeciwnie, Człowiek, z natury zdrowy i zrównoważony, chętnie ogranicza rozległość swych pojęć, aby natomiast zamykać je w formie ściślejszej i wyraźniejszej, ujrzymy, jak w Grecyi, teologię wytworzoną przez artystów i bajarzy, bogów odrębnych, rychło oddzielonych od rzeczy i prawie odrazu przekształconych na osobowości ustalone, — niemal zupełne zaniknięcie uczucia jedności powszechnej, trochę tylko przetrwałego w mętnem pojęciu przeznaczenia, filozofię raczej dowcipną i zwięzłą, niż wspaniałą i usystematyzowaną[5], lecz w loice, sofistyce i moralności przewyższającą wszystkie inne — poezyę i sztukę, które jasnością, naturalnością, miarą, prawdą i pięknością przerastają wszystko, co kiedykolwek w tych dziedzinach powstawało i istniało. I nakoniec, gdziekolwiek Człowiek, ograniczony do pojęć ciasnych i pozbawiony wszelkiej pomysłowości spekulatywnej, zarazem pochłonięty był i wyziębiony przez zachody praktyczne, zjawiają się, jak w Rzymie, bogowie nieokrzesani, przedstawiający puste nazwy, użyteczni do zaznaczania najdrobniejszych szczegółów rolnictwa, gospodarstwa i rozpłodu, będący prawdziwemi szyldami ślubnemi i folwarcznemi, z czego wszystkiego wynika nicość lub zapożyczoność mitologii, filozofii i poezyi. W tem, jak we wszystkiem, widzimy stwierdzenie prawa zależności wzajemnej[6]. Cywilizacya jest ciałem, którego części zależą wzajem od siebie, jak części ciała zorganizowanego. W zwierzęciu instynkty, zęby, członki, skielet, układ mięśniowy są tak z sobą połączone, że zmiana, zaszła w jednym z tych szczegółów, sprowadza w innych zmiany odpowiednie, — że biegły przyrodnik może z kilku ułamków odtworzyć w rozumowaniu całkowite ciało. Tak samo w cywilizacyi religia, filozofia, forma rodziny, piśmiennictwo, sztuki, składają system, w którym każda zmiana miejscowa pociąga za sobą zmianę ogólną, tak dalece, że biegły dziejopis, badając kilka szczupłych cząstek cywilizacyi, spostrzega z góry i nawpół przepowiedzieć może, jakiemi się okażą wszystkie inne jej części. W zależności tej niema nic nieokreślonego. Prawidłem, które rządzi nią w ciele żyjącem, jest naprzód dążenie tego ciała do ujawnienia pewnego typu pierwiastkowego, następnie, konieczność istniejąca dla ciała, aby posiadało takie narządy, które mogą czynić zadość jego potrzebom i współdziałać z niem samem, w celu zachowania życia. Prawidłem, które rządzi tą zależnością w cywilizacyi, jest obecność w każdym wielkim wytworze ludzkim tegoż pierwiastku twórczego, który znajduje się we wszystkich innych wytworach otaczających; czyli, że każda zdolność, skłonność, usposobienie czynne i ważne które posiada właściwą sobie cechę, wprowadza tę cechę do wszystkich czynności, w których bierze udział, i poddaje wszystkie roboty, do których się przyczynia, zmianom odpowiednim tym, które zachodzą w niej samej.

[edytuj] VII.

[edytuj] PRAWO POWSTAWANIA GRUP. — PRZYKŁADY I WSKAZÓWKI.

Teraz możemy już dostrzedz główne zarysy przekształcań się ludzkich i rozpocząć poszukiwanie tych praw ogólnych, które rządzą nietylko wypadkami pojedyńczemi, ale całemi działami wypadków, — nietylko tą lub ową religią, czy literaturą, lecz całemi grupami literatur i religii. Ustanówmy zrazu szereg przypuszczeń, spostrzeżeń i uwag. Przypuśćmy, że religia jest metafizycznym poematem, obudzającym uczucie wiary; zauważmy, że w pewnych plemionach, środowiskach i czasach, uczucie wiary, zdolność poetycka i zdolność do metafizyki rozwijają się zgodnie i z potęgą nadzwyczajną; zauważmy następnie, że chrześcijaństwo i buddyzm powstały w epokach wspaniałych syntez i zarazem nędz i ucisków, wzniecających egzaltacyę religijną (Opętańcy w Cewennach); z drugiej strony, uczyńmy spostrzeżenie, że religie pierwotne przychodzą na świat w chwili pierwszego budzenia się umysłowości ludzkiej, a zatem w chwili jej najświeższej naiwności i łatwowierności; że mahometanizm powstał jednocześnie z prozą poetyczną i pojęciem jedności plemiennej, u narodu nie posiadającego nauki, w momencie nagłego rozwinięcia się jego ducha. Jakiż wniosek wyprowadzimy z tych przypuszczeń, spostrzeżeń i uwag? Oto ten, że powstawanie, podupadanie, przekształcanie się i przetwarzanie religii zależą od okoliczności, które z mniejszą lub większą trafnością i potęgą jednoczą i wzmagają trzy instynkty, dokonywające jej zapładniania. Wniosek ten doprowadzi nas do zrozumienia: dlaczego w Indyach, w głębi mózgów skłonnych do filozofii, egzaltowanych i w których przeważa fantazya, powstała religia właściwa temu krajowi; dlaczego w Wiekach Średnich, pośród społecznych ucisków, zarówno jak pośród nowych języków i piśmiennictw, dosięgła ona tak wielkiego i dziwacznego rozrostu; dlaczego w wieku XVI m, w chwili odrodzenia powszechnego i rozbudzenia się duchowości w plemionach germańskich, nabyła cech nowych i bohaterskiego zapału; dlaczego płodzi roje dziwacznych sekt wśród grubej demokracyi amerykańskiej i pod biurokratycznein jednowładztwem państwa rossyjskiego; dlaczego, nakoniec, rozdziela się dziś w Europie na tyle rozmaitych postaci i nabywa tylu rozmaitych właściwości, ile Europa zawiera rozmaitych plemion i cywilizacyi. To samo stosuje się zupełnie do wytworów ludzkich wszelkich rodzajów: do literatury, muzyki, rysunku, filozofii, nauki, państwa, przemysłu, i tam dalej. Bezpośrednią przyczyną każdego z tych zjawisk jest usposobienie duchowe; skoro tylko przyczyna ta istnieje, wytwór się zjawia; gdy ona ginie, on niknie; a słabość albo potęga przyczyny stanowi o mierze słabości, albo potęgi wytworu. Przyczyna ta jest tu związana z wytworem tak, jak zjawisko fizyczne z warunkami swego powstawania, jak rosa z oziębieniem się temperatury, a rozszerzalność ciał ze stopniem ciepła. W świecie duchowym istnieją, zarówno jak w świecie fizycznym, pary mocno z sobą spojone i gęsto wszędzie rozsiane. Cokolwiek w tych parach wytwarza, zamąca, albo usuwa ich połowę pierwszą, to przez odbicie wytwarza także, zamąca i usuwa połowę drugą. Cokolwiek oziębia temperaturę, tworzy rosę. Cokolwiek rozwija łatwowierność i zarazem poetyczne poglądy na całość świata, płodzi religię. Takiem było dotychczas stawanie się rzeczy i takiem będzie nadal. Poznanie warunków wystarczających a niezbędnych dla tych wielkich zjawisk uprzystępnia nietylko przeszłość, ale także przyszłość, pozwala twierdzić do pewnego punktu, wśród jakich okoliczności zjawiska te będą musiały odrodzić się znowu, pozwala przewidywać bez zuchwalstwa niektóre części ich przyszłych dziejów i szkicować oględnie niektóre rysy ich przyszłego rozwoju.

[edytuj] VIII.

[edytuj] ZAGADNIENIE OGÓLNE I PRZYSZŁOŚĆ HISTORYI.

Na tym to punkcie, a raczej bardzo blizko tego punktu, bo u jego obrzeża, znajduje się dziś historya. Zagadnienie przedstawia się obecnie w sposób następujący: gdy pewna literatura, filozofia, społeczeństwo, sztuka, dział sztuki, już istnieją, jakim jest stan duchowy, który je wytworzył? I jeszcze: jakiemi są warunki plemienności, czasu i środowiska, najodpowiedniejsze do wytworzenia owego stanu duchowego? Dla każdego z tych wytworów i dla każdej gałęzi każdego z nich istnieć musi odrębny stan duchowy; musi on być innym dla sztuki wogóle i innym dla każdego z jej rodzajów, jako to: architektury malarstwa, rzeźby, muzyki i poezyi. Wszystkie one osobno kiełkują na rozległem polu psychologii ludzkiej; wszystkie są rządzone przez osobne prawa, i wskutek tej to osobności praw wschodzą niekiedy przypadkowo napozór, samotnie wśród poronionych towarzyszek, jak, naprzykład, w wieku XVII-m malarstwo flamandzkie i holenderskie, w XVI-m poezya angielska, w XVIII-m muzyka niemiecka. W tych momentach i krajach znalazła się pełnia warunków pożytecznych jednej sztuce, zabrakło jej innym; jedna też gałąź, wśród jałowości powszechnej, zakwitła. Tych-to prawideł posługujących roślinności ludzkiej poszukiwać, tę specyalną psychologię każdego specyalnego wytworu badać, nad ułożeniem zupełnego obrazu tych warunków pracować — jest obecnie zadaniem historyi. Nic nie może być subtelniejszem i trudniejszem nad to zadanie. Rozpoczął je Monteskiusz; ale za czasów jego historya była nauką zbyt nową, aby usiłowania, które podjął, mogły być uwieńczone powodzeniem. Wówczas nie domyślano się nawet istnienia tej drogi, którą postępować należy, a którą i dziś jeszcze zaledwie dostrzegać zaczynamy. Jak astronomia przedstawia w gruncie rzeczy zagadnienie mechaniczne, a fizyologia — chemiczne, tak historya jest w gruncie rzeczy zagadnieniem psychologicznem. Istnieje pewien szczególny system wrażeń i wewnętrznych procesów, który czyni człowieka artystą, wyznawcą, muzykiem, malarzem, koczownikiem, światowcem; dla każdej z tych odmian ludzkich powiązanie, naprężenie, wzajemna zależność pojęć i wzruszeń muszą być inne; każda też z nich posiada swoje dzieje duchowe i sobie właściwy ustrój, nad którym panuje jakieś usposobienie i jakieś piętno władcze. Każdą z tych odmian należałoby poddać osobno ścisłemu rozbiorowi, co przedstawia pracę dziś zaledwie zlekka naszkicowaną. I jeden tylko był dotąd człowiek, który ją przedsięwziął, mianowicie: Stendhal. Lecz talent i idee Stendhala, wywołane wyjątkowym ustrojem jego umysłu i szczególnością wychowania, okazały się przedwczesnemi. Jego cudowny dar przenikania rzeczy, głębokie słowa rzucane w przelocie, zdumiewająca trafność spostrzeżeń i logiki, nie spotkały się ze zrozumieniem współczesnych, którzy też nie spostrzegli, że ten niby gawędziarz i światowiec znajdował wytłómaczenie dla najbardziej złożonych mechanizmów wewnętrznych, kładł palec na sprężynach najważniejszych, wprowadzał do dziejów serca metody naukowe, sztukę uogólniania, rozkładania i wyprowadzania wniosków; że on to pierwszy zauważył przyczyny zasadnicze, to jest, wpływy plemienne, klimatyczne i temperamentowe — że, słowem, on-to postępował z uczniami tak, jak postępować z nimi należy, to jest, w sposób właściwy przyrodnikom i fizykom, przez dokonywanie klassyfikacyi i ważenie sił. I te-to właśnie cechy były przyczyną, że poczytano go za pisarza dziwacznego i oschłego, że pozostał on odosobnionym i że, tworząc powieści, podróże, zapiski, pragnął dla nich i zdobywałd — wudziestu czytelników. A jednak, w jego-to książkach znajdują się próby, mogące dziś jeszcze najwięcej dopomódz do utorowania drogi, którą powyżej starałem się opisać. Bo nikt lepiej od niego nie nauczał otwierania oczu i patrzania, patrzania naprzód na otaczających ludzi i życie współczesne, a potem na stare i wiarogodne dokumenty; nikt też lepiej od niego nie czytał pomiędzy wierszami, nie dostrzegał pod starym drukiem, albo pod niekształtnem pismem, tego istotnego uczucia, tych poruszeń myśli, tego sianu duchowego, pośród których powstały ten druk i to pismo. Jego-to dzieła, jakotóż dzieła Sainte-Beuve'a i krytyków niemieckich, wykazują, jak dalece wyzyskać można dokument pozostawiony przez piśmiennictwo minione. Jeżeli dokument bogaty, to poszukiwacz umiejętny znaleźć w nim zdoła psychologię duszy nietylko pojedynczego człowieka, ale często całego stulecia, a czasem całego plemienia. Pod tym względem wielki poemat, piękna powieść, wyznania człowieka wyższego, są bardziej nauczające nad stosy tomów, zapisanych przez historyków o historyi; co do mnie, oddałbym pięćdziesiąt tomów artykułów prawnych i sto tomów aktów dyplomatycznych za Pamiętniki Cellini'ego, za Listy świętego Pawła, za Rozmowy u stołu Lutra, za komedye Arystofanesa. A ta wartość dzieł piśmienniczych zależy na tem mianowicie, że są nauczającemi, ponieważ są piękne mi, że użyteczność ich wzrasta w miarę ich doskonałości, że przedstawiają zbiorniki dokumentów, gdyż same są pomnikami. Im więcej książka uwyraźnia uczucia, tem większą posiada wartość literacką; bo właściwą czynnością piśmiennictw jest wskazywanie uczuć. Im więcej ważnych uczuć książka wskazuje, tem wyższy szczebel zajmuje w literaturze, bo sympatye całych narodów i całych stuleci dostają się w udziale tym tylko pisarzom, którzy kreślą całkowite ich wizerunki. I oto dlaczego, z pośród dokumentów, świadczących o uczuciach pokoleń minionych, piśmiennictwo, zwłaszcza wielkie jakieś piśmiennictwo, jest stanowczo dokumentem najważniejszym. Przypomina ono te cudowne, zadziwiająco czułe narzędzia, z pomocą których fizycy rozpoznają i mierzą najsubtelniejsze i najwewnętrzniejsze zmiany zachodzące w ciałach materyalnych. Dokumentów piśmienniczych nie można nawet porównywać z kodeksami i religiami. Kodeksy i katechizmy przedstawiają ducha ludzkiego zawsze z gruba i bez wycieniowań, a jeżeli istnieją dokumenty, chwytające politykę i dogmat na gorącym uczynku, są nićmi tylko krasomówcze utwory kazalnicy i trybuny, pamiętniki, poufne wyznania. Ale to wszystko należy już do literatury, tak, że oprócz swych własnych, mieści ona w sobie najpiękniejsze klejnoty innych dziedzin.

Badanie przeto piśmiennictw stanowi główny środek do wytwarzania duchowej historyi Ludzkości i poznawania praw psychologicznych, rządzących wypadkami. Przedsiębiorę tu nakreślenie historyi pewnego piśmiennictwa, w tej zaś historyi zbadanie psychologii pewnego narodu, a ten właśnie naród, nie jakikolwiek inny, wybrałem nie bez przyczyny. Trzeba mi było narodu posiadającego literaturę całkowitą, a takich jest niewiele; niewiele jest narodów, któreby przez cały ciąg swego istnienia myślały i pisały, w prawdziwem słów tych znaczeniu. Wśród starożytnych literatura łacińska, zrazu nieistniejąca, stała się potem zapożyczoną, naśladowczą. Wśród nowożytnych literatura niemiecka była przez dwieście lat prawie zupełnie wyjałowioną[7], włoska i hiszpańska skończyły się w połowie XVII-go wieku. Tylko starożytna Grecya, Francya i Anglia przedstawiają całkowity szereg pomników wielkich i wymownych. Wybrałem Anglię, bo, będąc żyjącą jeszcze i dostępną dla bezpośredniego spostrzegania, może być skuteczniej badaną, niż cywilizacya zaginiona i znana nam tylko ze szczątków, a będąc od francuzkiej różną, może oczom Francuza jaśniej niż Francya ukazać swoje cechy odrębne. Zresztą, w cywilizacyi angielskiej zachodzi jeszcze ta szczególność, że przedstawia ona pewne zboczenie przymusowe, sprawione przez ostatni i najbogatszy w skutki podbój, jakiemu uległa, — że trzy przyczyny, z których powstała: plemienność, klimat i podbój, dokonany przez Normandów, badane być mogą ze ścisłością doskonałą w jej pomnikach literackich. W tej-to cywilizacyi badacz dostrzega oba najpotężniejsze czynniki przekształcań się ludzkich: naturę i przymus, a zgłębiać je może w szeregu pomników niewątpliwych i zupełnych, bez przerw i niepewności. Usiłowałem w pracy swojej oznaczyć te pierwotne sprężyny, wyjaśnić sposoby, jakiemi wywołały one na świat wielkie dzieła polityczne, religijne, piśmiennicze, rozwinąć, nakoniec, przed oczyma czytelnika ten mechanizm wewnętrzny, przez którego działanie dziki Sakson stał się Anglikiem takim, jakim go dzisiaj widzimy.

[edytuj] Księga I.

[edytuj] Początki,

[edytuj] ROZDZIAŁ I.

[edytuj] SAKSONOWIE.

[edytuj] I.

[edytuj] STARODAWNA OJCZYZNA. — ZIEMIA, NIEBO, MORZE, KLIMAT. — NOWA OJCZYZNA. — KRAJ MOKRY, GRUNT NIEURODZAJNY. — WPŁYW KLIMATU NA CHARAKTER.

Ktokolwiek brzegiem morza opływa kraj znajdujący się pomiędzy Skaldą a Jutlandyą, spostrzedz musi przedewszystkiem, że najwybitniejszem jego znamieniem jest brak pochyłości. Bagniska, jałowizny, i niziny. Rzeki, nabrzmiałe i leniwe, wloką szlaki długich, czarniawych fal, a wody przepełniające ich koryta, prześwidrowują brzegi i w niejakiem od nich oddaleniu występują na powierzchnię w postaci stojących kałuż. W Holandyi grunt nie jest czem innem jak topniejącem błotem, nad które tu i ówdzie dobywa się cienka i krucha skorupa gliny, wyrzuconej przez rzekę i którą rzeka co chwila, zda się, ma zastąpić. W górze unoszą się chmury ciężkie, nasycone przez wieczne wyziewy, zwolna obracają swe sine cielska, czarnieje i nagle roztapiają się w ulewne deszcze. Oprócz tego, mgła, podobna do dymów buchającego z kotłów, nieustannie czołga się po widnokręgi a w taki sposób polewane rośliny bujają tłumnie. U zbiega Jutlandyi z lądem grunt gliniasty, tłusty, okryty jest zielonością tak świeżą jak w Anglii[8]. Lasy niezmiernie zarastały kraj ten dłużej niż do końca XI-go wieku. I w tem-to wszystkiem mieszczą się soki tego wilgotnego kraju, prostacze i potężne, które, przenikając człowieka zarówno jak rośliny, za pośrednictwem oddychania, pożywienia, poczuć i przyzwyczajeń wytwarzają jego zdolności duchowe i jego ciało.

W ten sposób utworzona przez przyrodę, ziemia ta posiada wroga, którym jest morze. Holandya istnieje tylko dzięki tamom. W 1654. m roku przerwały się tamy jutlandzkie i piętnaście tysięcy ludzi stało się pastwą wody. Trzeba widzieć przypływ północny, gdy zły i trupio-blady[9] bełkoce na równym poziomie z gruntem. Ogromne, żółtawe morze pędzi na wązki pas płaskiego wybrzeża, które, zdaje się, że nawet przez chwilę jedną tego natarcia wytrzymać nie będzie mogło. Wiatr wyje i ryczy, mewy wrzeszczą, drobne statki z pochylonemi w dół żaglami, prawie przewrócone, zmykają, usiłując schronić się w ujściu rzeki, prawie tak samo wrogiem jak morze. Smutne to jest i niepewne istnienie, pod czyhającem okiem drapieżnego zwierza. W starodawnem prawodawstwie Fryzów znajduje się już wzmianka o przymierzu, które pomiędzy sobą zawarli "przeciw dzikiemu Oceanowi. " Nawet w stanie spokoju morze to nie przestaje być surowem. "Przed oczyma rozpościera się wielka pustynia wodna; w górze żeglują chmury, te bezkształtne i szare córy powietrza, które mglistemi wiadrami czerpią z morza wodę, niosą ją z wielkim trudem i napowrót wlewają do morza, pełniąc tę czynność smutnie, bezpożytecznie, nudnie[10]. Rozciągnięty nad ziemią, potworny wiatr północny, jak gderliwy starzec gada, jękliwym głosem i tajemniczo prawi o jakichś szalonych dziejach". Deszcz, wicher i bałwany wodne, a pośród nich myśli tylko ponure lub melancholijne. W samej nawet grze fal jest coś niepokojącego, srogiego. Sznur wysepek zatopionych[11] pomiędzy Holandyą a Jutlandyą, świadczy o sprawiawianych przez nie spustoszeniach. Przynoszone przez fale piaski ruchome najeżają zawadami wybrzeża i ujścia rzek[12]. Pierwsza flota rzymska, która tu przybyła, złożona z tysiąca okrętów, wśród tych piaszczystych ławic zginęła. Dziś jeszcze okręty po miesiącu i dłużej zatrzymują się przed portami, miotane przez wielkie bałwany białe, nie śmiąc wpłynąć pomiędzy te łańcuszki wzgórz, kręte, zmienne, słynące klęskami. W zimie lód opancerza obie rzeki, morze popycha kry, które płyną, stłaczają się na mieliznach i tam kołyszą się, trzeszcząc, a niekiedy chwytając okręty jak w szczypce, tak, że pękają na dwoje w ich uścisku.

Jeżeli teraz, w tem powietrzu mglistem, wśród tych burz i chłodów, bagnisk i lasów, wyobrazimy sobie ludzi dzikich, wpół-nagich, rodzaj drapieżnych zwierząt, trudniących się rybołówstwem i polowaniem, najbardziej polowaniem na ludzi, ujrzymy tych właśnie Saksonów, Anglów, Jutów, Fryzów[13], a potem i Duńczyków, którzy w piątym i w dziewiątym wieku mieczami i wielkiemi toporami podbili i posiedli wyspę noszącą imię Brytanii.

Był to kraj do ich rodzinnego kraju podobny, surowy i mglisty, różniący się od tamtego tylko głębokością morza i dogodnością brzegów, która miała kiedyś wywołać istnienie prawdziwych flot i wielkich okrętów. "Zielona Anglia" — określenie to poprzedza w myśli wszystkie inne i wypowiada wszystko: zbytnią obfitość wilgoci, mgły, które wzbijają się nawet w lecie, nawet w dnie pogodne przybywają od morskiej opaski, albo od bezbrzeżnej, wiecznie przepojonej łąki, która, wraz z przerzynającemi ją płotami, faluje po nizinach i wyżynach, aż do skraju widnokręgu. Tu i ówdzie smuga słonecznego światła spada z gwałtownym blaskiem na wysokie trawy, których zieloność nabiera od niej świetności olśniewającej, lecz prostaczej. Dobywająca się na powierzchnię woda prostuje łodygi miękkawe, rojne, kruche i napełnione sokami, które odnawiają się nieustannie, bo na tle mgieł nieruchomych przeciągają szarawe chmury, a skraj nieba przerzynają tu i ówdzie mętne pasy spadających deszczów: "Dziś jeszcze, jak w czasach podboju, istnieją w Anglii grunta wspólne (commons) zaniedbane[14], dzikie, porosłe łozą i kolczastemi ziołami, z samotnie tu i ówdzie pasącemi się końmi. Smętne widoki, nędzne grunta[15]! Jakiejże pracy nie wymagało przystosowanie ich do potrzeb człowieka! Jakież wrażenie wywrzeć musiały na ludzi południowych, na cezarowych Rzymian! Oglądając je, przenosiłem się myślą ku tym dawnym Saksonom, włóczęgom z Zachodu i z Północy, którzy założyli swe obozowisko w tym kraju bagnistym i mglistym, na obrzeżynach starych lasów, nad brzegami wielkich rzek mulistych, toczących męty na spotkanie falom. Tu, tak jak w dawnej ojczyźnie, musieli oni prowadzić życie myśliwskie i pastusze, stawać się atletami dzikimi i ponurymi. Dziś jeszcze, gdyby krajowi temu odjęto cywilizacyę, mieszkańcom jego pozostałoby tylko myśliwstwo, wojna, obżeranie się i opilstwo. Miłość radosna, słodkie rojenia poetyczne, sztuki piękne, myśli dowcipne i bystre — to właściwość szczęsnych wybrzeży Morza Śródziemnego. Tu zaś jakiemi być mogą marzenia barbarzyńcy, gdy w nieszczelnie zamkniętej, wilgotnej chacie spogląda na otaczające błotniska, na spłowiałe niebo, a całemi dniami wsłuchuje się w deszcze, szemrzące wśród gałęzi dębów?"

[edytuj] II.

[edytuj] STRONA CIELESNA. — POŻYWIENIE. — OBYCZAJE. — GRUBOŚĆ INSTYNKTÓW W GERMANII, W ANGLII.

Wielkie, białe, powoli poruszające się ciała, oczy z wyrazem srogości patrzące, włosy płowe, z odcieniem czerwonawym; następnie żołądki żarłoczne, nasycane mięsem i serem, rozgrzewane mocnemi napojami, temperament zimny, późno uczuwający popędy miłosne[16], zamiłowanie ogniska domowego, skłonność do grubego opilstwa: oto są cechy, które dziejopisowie rzymscy spostrzegli w dawnej ojczyźnie tego plemienia, a które dziedziczność i klimat utrwaliły aż do dni dzisiejszych. W kraju tym bez obfitego i ciężkiego pożywienia żyć niepodobna. Niepogody, zamykające ludzi w ścianach domowych, wzniecają potrzebę rozgrzewania się mocnemi napojami. Zmysły są ta przytępione, mięśnie oporne: wola jest potężną. W każdym kraju cielesny ustrój człowieka pochodzeniem swojem głęboko tkwi w przyrodzie, tera głębiej, im mniej sam człowiek jest wykształconym i od przyrody uniezależnionym.

Mieszkańcy dawnej Germanii wśród burz i niepokojów życia morskiego, na nędznych czółnach skórzanych, więcej niż którekolwiek inne plemię zaprawiali się do oporności i przedsiębierczości, do wytrzymałości na ból i gardzenia niebezpieczeństwami. Pierwszem ich zajęciem było rozbójnictwo morskie: z pomiędzy wszelkich rodzajów myśliwstwa polowanie na człowieka poczytywali za najbardziej korzystne i szlachetne. Starania około trzód i uprawę roli zdawali na kobiety i niewolników, a jedynemi pracami godnemi człowieka wolnego były dla nich: żegluga, wojna i rabunek[17]. W dwużaglowych swych łodziach puszczali się na morze, przybijali do lądów, zabijali ludność, zarzynali w ofierze bogom dziesiątą część jeńców i odpływali dalej, w czerwonym blasku wznieconych przez siebie pożarów. W jednej ze starodawnych modlitw znajduje się wołanie: "Boże, wybaw nas od wściekłości Jutów. " "Ze wszystkich barbarzyńców, — prawi stara kronika[18], — ci są najstraszniejsi, najsilniejsi i najtwardsi". Dodajmy: najdziksi i najokrutniejsi. Morderstwo pojęte jako rzemiosło staje się wkrótce rozkoszą. Około ósmego stulecia, gdy olbrzymi trup rzymski, nadaremnie dźwigany do życia przez Karola Wielkiego, ulegał ostatecznemu rozkładowi, ludy owe zleciały się na tę zgniliznę jak sępy na ścierwo. Niektóre, mianowicie Duńczycy, z braćmi swymi Norwegami, poganie fantastyczni i zapalczywie nienawidzący chrześcian, rzucili się na wszystkie wybrzeża. Ich królowie morscy[19], którzy "ani jednej nocy nie przespali pod odymionemi belkami dachu i ani jednej czary piwa nie wychylili u domowego ogniska", za nic mieli burze i wichry i przy ich wtórze właśnie śpiewali: "Podmuch burzy dopomaga naszym wioślarzom; grzmoty i pioruny wcale nam nie szkodą; uragan jest sługą naszym i rzuca nas tam, gdzie sami podążać pragniemy". Pieśń, którą podobno utworzył Ragnar Lodbrog, zawiera ustęp taki: "Gdyśmy uderzyli w miecze, sprawiło mi to rozkosz taką, jakgdybym w ramionach trzymał piękną dziewczynę! Kto nigdy ran nie odnosi, pędzi życie nudne". Jeden z nich własną ręką zabija w klasztorze w Peterborough wszystkich, którzy się tam znajdowali, czyli osiemdziesięciu czterech mnichów. Inni, ująwszy w niewolę króla Ellę, wyrzynają mu żebra aż do bioder i wyrywają płuca w ten sposób, aby rana przedstawiła kształt orła. Harold "Zajęcza Noga", pochwyciwszy nieprzyjaciela swego, Alfreda, wraz z sześciuset ludźmi, kazał im wszystkim wyłupić oczy i poobrzynać łydki, albo oskalpować czaszki, albo jeszcze wypruć z nich wnętrzności. Męki i rzezie, żądza niebezpieczeństw, wściekłość niszczycielska, uparte i bezmyślne zuchwalstwo temperamentów wybujałych, swawola krwiożerczych instynktów: oto są rysy, które na wszystkich swych kartach ukazują starożytne Sagi. Córka duńczyka Jarla, widząc, że Egill chce obok niej usiąść, odpycha go ze wzgardliwym wyrzutem, że: "rzadko dostarcza wilkom strawy cieplej i przez całą jesień nie widział kruka krążącego nad polem mordu". Ale Egill chwyta ją w objęcia i gniew jej uspakaja śpiewem: "Szedłem z zakrwawionym mieczem, a kruk za mną leciał. Walczyliśmy wściekle, ogień Szybował nad siedliskami ludzi, aż usnęliśmy pogrążeni we krwi tych, którzy czuwali u bram miasta". Podobne upodobania dziewic i rozmowy u stołów biesiadnych świadczą, jakiem musiało być całe to istnienie (1).

Teraz spójrzmy na ludzi tych, już osiedlonych w Anglii. Stali się tu bogatszymi i silniej przywiązanymi do swych siedlisk; ale czy o wiele innymi niż byli? Może, lecz jeżeli zaszły w nich zmiany, to chyba na gorsze, jak, naprzykład, u Franków, i zresztą n wszystkich barbarzyńców, którzy zamieniają w życiu czyn na rozkosz. U tych, o których mówimy, wzrosło łakomstwo. Rozbierają wieprze i obżerają się mięsiwem, pochłaniają jedno po drugiem: miód do picia, piwo, wino z soku roślin, wszystkie, słowem, trunki, na jakie zdobyć się mogą, — i rozgrzewają się, rozweselają. Z temi przyjemnościami łączy się przyjemność znajdowana w bijatykach. Czy takie instynkty mogą szybko prowadzić ku cywilizacyi? Nie; wrodzoną i łatwo rozwijającą się może być ona tylko pośród wstrzemięźliwych i pełnych życia ludności krain południowych. Tu, na północy, temperament powolny i ociężały (2) długo tkwić musi w naturze zwierzęcej, a nam, synom plemienia łacińskiego, ludzie ci, na pierwsze przynajmniej spojrzenie, wydają się jak zwierzęta wielkie, ciężkie, niezgrabne i śmieszne, jeżeli jeszcze nie wściekłe i niebezpieczne. Stary historyk opowiada, że aż do szesnastego wieku naród ten składał się głównie z pastuchów, czyli ze stróżów trzód mięso i wełnodajnych; że aż do


(1) [20]

(2) [21]

osiemnastego wieku pijaństwo stanowiło źródło rozkoszy dla jego klas wyższych, i dziś jeszcze klassy niższe czerpią ją z tego samego źródła, a wszystkie wymysły i wytworności cywilizacyjne nie zdołały w nim obalić obyczajowego używania rózgi i pięści. Jeżeli z za prawideł towarzyskich, z za łagodności naszego współczesnego ugrzecznienia, wyjrzy jeszcze niekiedy krwiożerczy, opiły, skory do walki, zaprawiony do znoszenia trudów barbarzyniec, wyobraźmyż sobie jakim być musiał wówczas, gdy z towarzyszów zgrają wyładowywał na pustem lub spustoszonem wybrzeżu i, po raz pierwszy zapragnąwszy stałego osiedlenia się, spostrzegał na widnokręgu wspólne pastwiska Marchii, lub wielkie dziewicze lasy, mogące dostarczać żołędzi jego wieprzom a jeleni jego myśliwskim zapałom! "Posiadali oni chucie wielkie i grube (1)," — prawią o barbarzyńcach tych stare historye. Jeszcze w czasach podboju (2) "upijanie się było u nich nałogiem klassy wyższej, której członkowie dnie i noce bez przerwy spędzali na pijatykach". Henryk z Huntingtonu, uskarżając się w wieku dwunastym na zniknięcie starodawnej gościnności, opowiada, że królowie normandzcy dają jeść swoim dworzanom tylko raz na dzień, a królowie saksońscy dawali cztery razy. Pewnego dnia, kiedy Athelstan ze swoją szlachtą przybył w odwiedziny do krewnej swej, Ethelfledy, zgromadzenie piło tak wiele, że cały zapas miodu został odrazu wyczerpanym, ale Ś-ty Dunstan, uwzględniając ogromne rozmiary żołądka królewskiego, zaopatrzył dom na nowo i tak obficie, że "podczaszowie mogli, stosownie do zwyczaju panującego na królewskim dworze, przez cały dzień napełniać rogi i inne naczynia". A gdy biesiadnicy głód i pragnienie już zaspokoili, zaczynali z rąk do rąk podawać sobie harfę i surowa harmonia ich basowych głosów wzbijała się pod sklepienia. Nawet klasztory, za czasów króla Edgarda, rozbrzmiewały od gier, śpiewów i tańców. Krzyczeć, pić, miotać się, żyły rozgrzewać i przepełniać winem, słyszeć i widzieć dokoła zgiełk i ścisk orgii — takiemi były najpierwsze potrzeby barbarzyńców (3).

Ociężałe zwierzę człowiecze chuć swą ukoić może dopiero wrzawą i wrażeniami gwałtownemi.

Ale dla chuci takich istnieje żer jeszcze pożądańszy, mianowicie: bijatyki i bitwy. Daremnie Saksonowie, osiedliwszy się na podbitym gruncie, podzieleni na odrębne grupy, zajęli się jego uprawą w miejscowościach rozmaitych; daremnie z krewnymi i towarzyszami za-


(1) [22]

(2) [23]

(3) [24]

mknięci (1) w swoich Marchiach, oddzielali się od reszty narodu granicami świętemi, dębami odwiecznymi, na których wyrzynali postacie ptaków i zwierząt, tykami wkopywanemi w bagniska, których zniszczenie pociągało za sobą karę mąk straszliwych. Daremnie wszystkie te Marchie i Opola (Gau) zlewają się w państewka i nakoniec przybierają kształt społeczeństwa nawpół porządnego, zaopatrzonego w zgromadzenia, rządzonego przez prawo, kierowanego przez jedynego króla: z samej budowy tego społeczeństwa odgadnąć można potrzeby, którym ono czynić ma zadość. Jeżeli zgromadzają się, to w celu utrwalenia pokoju, jeżeli zawierają w parlamencie jakie umowy, to są niemi traktaty pokoju; jeżeli uchwalają przygotowywanie zapasów, to na czas pokoju. Bo wojna toczy się tam zawsze i wszędzie; każdemu idzie

O to, aby nie był zabitym, okaleczonym, zrabowanym, powieszonym, obarczonym potrzebą okupienia życia, a kobiecie jeszcze i o to, w dodatku, aby nie była zgwałconą (2). Każdy człowiek musi być uzbrojonym i, wraz ze swojem miastem czy miasteczkiem, gotowym do odparcia napadu rabusiów, chodzących zgrajami, a w nich bywa jednocześnie po 35, albo i więcej. Zwierzę człowiecze jest jeszcze bardzo potężnem, ognistem i nieobuzdanem, rzuca się na łup swój nietylko z gniewu, ale i z ehciwości. Historya Siedmiu Królestw (3), taka, jaką posiadamy, podobna jest do historyi "kruków i sokołów. " "Pozabijali albo podbili Brytańczyków, walczą z pozostałymi Gallijczykami, Irlandczykami i Piktami, mordując się nawzajem pomiędzy sobą, a sami znowu są zabijani i rozsiekiwani w kawały przez Duńczyków. W przeciągu stu lat na czternastu królów Northumbryjskich siedmiu było zabitych, sześciu złożonych z tronu. Penda z Mercyi zabił pięciu królów, a dlatego, aby wziąć miasto Bamborough, zniszczył wszystkie wsie sąsiednie, szczątki ich zebrał w jeden stos, tak wielki, że mógłby spalić na nim wszystkich tych wsi mieszkańców; postanowił też zgładzić ze świata całą ludność Northumbryi i sam zginął od miecza, mając lat osiemdziesiąt. Wielu z pomiędzy nich ginie z ręki swoich thanów; niejeden tłum bywa spalony żywcem; bracia


(1) [25]

(2) [26]

(3) [27]

mordują braci, wprowadzonych w zasadzki. U nas, ludzi nowożytnych, cywilizacya przedzieliła żądzę od czynu, podwójną łagodzącą tkaniną z rozwagi i rachuby; tam sprężyna odskakiwała natychmiast, wyrzucając na świat w mgnieniu oka mordy i wszelkie postępki krańcowe. Król Edwy (1), ożeniwszy się z Elgitą, krewną swoją w stopnia wzbraniającym małżeństwa, w dniu koronacyi opuścił salę biesiadną i udał się do małżonki. Szlachta uczuła się obrażoną, i ksiądz Dunstan poszedł zaraz sam po młodzieńca. "Znalazł nieprawą żonę, jej matkę i króla na łożu rozpusty, — opowiada mnich Osbern, — gwałtownie porwał króla i włożywszy mu koronę na głowę, przyprowadził go z powrotem pomiędzy thanów'". Wtedy Elgitą posłała do księdza ludzi, mających rozkaz wyłupienia mu oczu; poczem, zląkłszy się buntu, wraz z królem uciekła i "tułała się po drogach, " aż ludzie z północy pojmawszy ją, "poprzerzynali jej muskuły w łydkach i następnie uśmiercili ją w sposób taki, na jaki zasłużyła". Prawdziwy tu nawał barbarzyństw. "W Brystolu, za czasów podboju (2), panował zwyczaj kupowania mężczyzn i kobiet w rozmaitych okolicach Anglii i wywożenia ich do Irlandyi, w celu korzystnej sprzedaży. Nabywcy czynili zazwyczaj młode kobiety brzemiennemi dlatego, że w takim stanie płacono za nie drożej. Smutnym był widok długich szeregów najpiękniejszej młodzieży obu płci, skrępowanej sznurami i codziennie wystawianej na sprzedaż... Ciż sami handlarze sprzedawali jako niewolników najbliższych swoich krewnych i nawet własne dzieci... " Poczem kronikarz dodaje: "porzuciwszy zwyczaj ten, Brystolczycy dali przykład porzucenia go całej Anglii. " Rzecz ciekawa: jakiemi były obyczaje klas najwyższych, rodzin królewskich? (3) Harold usługiwał przy stole królowi Edwardowi Wyznawcy, gdy nagle brat jego, Tosti, zdjęty zazdrością o łaskę królewską, porwał go za włosy. Hozdzielono ich; ale Tosti udał się do Herefordu, gdzie Harold przygotowywał był dla króla wielką ucztę; wymordował służących Harolda i kazał poodcinać im od tułowiów głowy, ręce i nogi, które włożył w naczynia napełnione piwem, winem, miodem i cydrem; poczem wysłał do króla posła ze słowami: "Jeżeli udasz się do dóbr swoich, znajdziesz tam mnóstwo zamarynowanego mięsa, ale uczyniłbyś roztropnie, gdybyś, puszczając się w drogę, zaopatrzył się w inne zapasy żywności. " Inny brat Harolda, Sweyn, zgwałcił ksienie Edgiwę,


(1) [28]

(2) [29]

(3) [30]

zamordował thana Beorna i, skazany na wygnanie z kraju, został rozbójnikiem morskim. Te ich zbrodnie, dzikości, rozkosze ludożercze zdają się wskazywać, jak niewiele im brakowało do stania się znowu królami morza, blizkimi krewnymi tych sekciarzy w religii Odyna, którzy żywili się surowem mięsem, w ofierze bogom wieszali ludzi na poświęconych drzewach Upsalu i nakoniec zabijali się sami, dla osiągnięcia, po życiu skąpanem we krwi, śmierci krwawej. Po wiele razy stary instynkt dzikości przebija kruchą łupinę chrześcijaństwa. W wieku jedenastym "Sigeward, (1) wielki książe Northumberlandu, dotknięty chorobą żołądkową i czując zbliżającą się śmierć, powiada: "Jakże mi wstyd, że nie znalazłem śmierci na tylu polach bitwy i muszę umierać jak krowa! Przynajmniej ubierzcie mię w kolczugę, do boku przypaszcie miecz, hełm włóżcie na głowę, tarczę moją dajcie mi w rękę lewą, a drugą tarczę moją, tę złotą, w prawą, aby tak wielki wojownik, jakim ja byłem, zmarł też jak wojownik!" Rozkaz został spełnionym: Sigeward umarł zaszczytnie, okryty cały swoją zbroją. Plemię to rozstało się z barbarzyństwem, lecz oddaliło się odeń zaledwie o krok jeden.

III.

SZLACHETNE INSTYNKTY W GERMANII. — OSOBNIK. — RODZINA. — PAŃSTWO. — RELIGIA — EDDA. — TRAGICZNE I BOHATERSKIE POJMOWANIE ŚWIATA I CZŁOWIEKA.

Pod powłoką tego wrodzonego barbarzyństwa pałały przecier instynkty szlachetne, nieznane światu rzymskiemu i które na jego gruzach wznieść miały świat lepszy. Przedewszystkiem była to "pewna powaga, która ich oddalała od uczuć płochych, a prowadziła ku wzniosłym. " (2) Już w Germanii, u samych swych początków, ukazują się surowymi w obyczajach, pełnymi męzkiej dumy i skłonności do rzeczy poważnych. Prowadzą tam życie samotnicze, u dobrowolnie obranych strumieni lub obrzeżyn leśnych. (3) Nawet po wsiach sposób budowania chat w pewnem od innych oddaleniu, objawia potrzebę niezależności i swobody. Rozkosze zmysłowe nie mają dla nich powabu; instynkt miłosny odzywa się w nich późno;


(1) [31]

(2) [32]

(3) [33]

wychowanie ich jest surowem, pożywienie prostem, a najmilszą rozrywką — polowanie na żubra i skakanie śród obnażonych mieczów. Skłonnymi są do szukania, nie przyjemności łagodnych, ale wzruszeń silnych; dlatego słabościami ich są: pijaństwo zawzięte i zakłady niebezpieczne. I szorstkość, i męzkość instynktów, i zresztą wszystkie ich cechy, czynią każdego z nich przedewszystkiem osobnikiem. Każdy w siedlisku swojem, na swojej ziemi, w swojej chacie jest panem samego siebie, dumnym i śmiałym, opierającym się wszelkiemu naciskowi, niepozwalającym na wyrządzenie sobie jakiejkolwiek ujmy. Jeżeli czegokolwiek zrzeka się na rzecz wspólnego dobra, to tylko z woli własnej. Zbroją okryty, bierze udział we wszystkich postanowieniach wspólnych i w sądach gromadzkich; na własną rękę zawiera przymierza i wytacza wojny, opuszcza kraj, działa jak mu się podoba i zawsze ma odwagę uczynić to, co mu się podoba. (1) W tym Saksonie tkwi już cały nowożytny Anglik. Sakson, jeżeli kiedy ugnie się, to tylko dlatego, że czynić to raczy: a jednak ta niepodległość nie wyłącza w nim zdolności wyrzekania się samego siebie. Ludzie ci dokonywali poświęceń licznych, niewiele cenili własną krew i życie. U Homera wojownicy często słabną w boju i nikt nie potępia ich za ucieczkę z pola walki. W Sagach, w Eddzie, męztwo jest obowiązkiem, a tchórza spotyka kara utopienia w błocie, zaściełającem głębie leśne. Z poza uniesień pierwotnej zwierzęcości przegląda tu, mętna jeszcze, lecz wielka, idea obowiązku, będącego niczem innem jak przymusem zadawanym sobie przez samego siebie na korzyść szlachetnego celu. U Saksonów małżeństwo było moralnem, czystość obyczajowa dobrowolną, cudzołóztwo karanem śmiercią, dopuszczająca się go kobieta zmuszaną do powieszenia się, lub skazywaną na przebicie nożami przez rówieśnice. Kobiety Cymbryjskie, nie mogąc uprosić u Maryusza zaręczenia, że czystość ich będzie uszanowaną, zabijały się tłumnie własnemi rękami. Plemiona te mniemały, że w kobiecie "jest coś świętego"; mężczyźni ich zaślubiali jedną tylko niewiastę, której dochowywali wiary. I to pojęcie o małżeństwie nie zmieniło się w nich w ciągu piętnastu wieków. (2) Małżonka, wchodząc pod dach mężowski, dziś jeszcze myśli, że oddaje się mężowi w zupełności (3), "że stanowić z nim będzie jedno ciało i życie swe w jedną całość zleje z jego życiem; że poza tem istnieć dla niej nie mogą


(1) [34]

(2) [35]

(3) [36]

żadne już dążenia i żadne pragnienia; że stanie się towarzyszką jego trudów i niebezpieczeństw, znoszącą wszystko i ważącą się na wszystko, co znosić i na co ważyć się będzie mąż jej, w czasach wojny i w czasach pokoju. " Nie mniej jak ona jemu, on umie oddać się wybranemu wodzowi, dla którego zapomina o samym sobie, któremu przypisuje chwałę przez siebie zdobytą, za którego daje się zabijać. "Zhańbionym na całe życie jest ten, kto z pola bitwy powraca bez swego wodza. " (1) To dobrowolne oddawanie siew zależność wytworzyło potem podstawy dla spółeczeństwa feudalnego. W tem plemieniu człowiek jest zdolny dobrowolnie poddać się zwierzchnikowi, szanować go i poświęcić się za niego. Inne ludy odkrywały piękno zmysłowe; ten, skłaniany przez surowość i smętek swej przyrody do skupienia się w samym sobie, dokonał odkrycia piękna duchowego. To niby zwierzę, które po dniach całych leży wyciągnięte u ogniska, nagie, leniwe, brudne, zajęte tylko jedzeniem i spaniem (2), niezdolne zardzewiałem! myślami dostrzedz czystych i delikatnych form poetycznych, w mętnych marzeniach swoich spostrzega jednak wzniosłość. Nie upostaciowuje jej, aleją czuje; religia jego jest już wewnętrzną, taką, jaką będzie w wieku szesnastym, gdy odrzuci przyniesiony z Rzymu, działający na zmysły obrządek, a natomiast uświęci wiarę serdeczną. Bogów swych nie opasuje murami, bałwanów nie posiada wcale. Imiona bóstw nadaje temu czemuś, co, niewidzialne a wielkie, krąży w przyrodzie i przegląda zpoza jej zasłony, (3) tej tajemniczej nieskończoności, której nie dosięgają zmysły, lecz którą "objawia uczucie czci. " A kiedy później legendy udokładnią i zarazem zniweczą to mętne odgadywanie potęg rządzących przyrodą, z całego chaosu jego rojeń olbrzymich pozostanie niewzruszonem jedno pojęcie: że życie jest walką, a bohaterstwo — dobrem najwyższem.

U początku wszystkiego — prawią te stare legendy, spisane w Islandyi, (4) — istniały dwa światy: zamarzły i gorejący. Pierwszy nazywał się Nilflheim, drugi Mnspill. Z kropli topniejącego śniegu powstał olbrzymi Imer. "Gdy Imer powstał, rozpoczęły się wieki. " — Nie było podówczas piasków, ani mórz, ani fal ochładzających. —


(1) [37]

(1) [38]

(3) [39]

(4) [40]

Lądy ani niebiosa wysokie nie istniały. Istniała tylko otchłań rozwarta, — ale trawy nie było nigdzie. " Był tylko Imer, przerażający Ocean zamarzły, ze swemi dziećmi, powstałemi z jego nóg i kłęba, jakoteż z potwornem potomstwem tych dzieci, którem były: Postrachy otchłani, Góry jałowe, Uragany północne i wszystkie inne istoty złoczynne, wrogie słońcu i życia. Wówczas krowa Andhumbla, urodzona także z topniejącego śniegu, zlizując szron ze skały, odsłoniła ukrytego pod szronem człowieka, któremu było na imię Bur, a którego wnukowie zabili Imera". Zabiwszy, z ciała olbrzyma utworzyli ziemię, z krwi soki ziemne i rzeki, z kości góry, z głowy niebo, a z mózgu obłoki. i w ten-to sposób rozpoczęła się walka pomiędzy potworami zimy a promiennymi, zapładniającymi bogami: Odynem, założycielem, Balderem, słodkim i dobroczynnym, Thoretu, grzmotem letnim, oczyszczającym powietrze i deszczami żywiącym ziemię.

Długą była wojna pomiędzy temi bogami a "Jotami lodowatymi" i czarnemi potęgami zwierzęcemi, jako to: z wilkiem Fenrysetu, którego bogowie trzymają na łańcuchu, z Wężem wielkim, którego pogrążają w morze, z chytrym Lokim, nad którym, przykuwszy go do skały, zawieszają żmiję, mającą nieustannie tryskać mu w twarz jadem. Długo jeszcze dzielni szermierze, którzy dzięki krwawej' swej śmierci zasłużyli na "zamieszkanie w zagrodzie Odyna i staczanie tam codziennie po jednej bitwie, " dopomagać mają bogom w tej wielkiej wojnie. Przyjdzie jednak dzień, w którym bogowie i ludzie będą zwyciężonymi. "Wtedy drżeć zaczyna wielki jesion Iggdrasill. — Drży stare drzewo. — Jot Loki zerwał swe więzy. — Cienie drżą na drogach wiodących do Piekła, — aż póki ogień Surtr — nie pożre drzewa. — Przewoźnik Hrymi zbliża się od Wschodu, tarczą okryty. — Izrmungandr rzuca się — ze wściekłością olbrzyma. — Wąż wzdyma fale, — orzeł uderza w skrzydła. — Ptak blado-zielony rozdziera trupy. — Okręt Naglfar puszczony jest na wody — Snrtr przybywa z południa, niosąc miecze niszczycielskie. — Słońce odbija się z blaskiem w mieczach bohaterskich bogów. — Chwieją się skaliste góry, — Olbrzymki drżą, — Cienie wydeptują drogi do piekła, — niebo się rozwiera. — Słońce staje się czarnem, — ziemia zapada w morze. — Znikają z niebios gwiazdy świecące. — Dym kłębi się dokoła ognia, który świat niszczy. — Płomię olbrzymie drażni się — z samem nawet niebem. " Bogowie, pożarci przez potwory, giną jeden po drugim, a w całej tej niebieskiej legendzie, ponurej i wspaniałej jak dzieje Ludzkości, ujawniają się serca szermierzy i bohaterów.

Ani obawy bolu, ani troski o zachowanie życia: pod wpływem swojej przewodniej myśli obawę i troskę puszczają na wiatr, jak

słomkę. Drżenia nerwowe, wstręty zwierzęcego instynktu, cofającego się przed widokiem ran i śmierci, znikają wobec ich niezłomnej woli. Zobaczmy, jak w ich epopei (1) wzniosłość wyrasta z pośród okropności, na podobieństwo świetnie-purpurowego kwiatu, wzbijającego się z pośrodka kałuży krwi. Sygurd pogrążył miecz w serce smoka Fafnira i "w tejże chwili obaj spojrzeli sobie w oczy, " a Fafnir, konając, śpiewać zaczął:

— "Młodzieńcze, młodzieńcze! — Jaki młodzieniec jest ojcem twoim? — Z jakiego plemienia ludzkiego pochodzisz? — Bo zanurzyłeś i zarumieniłeś w Fafnirze miecz swój, — ten miecz roziskrzony. — Miecz twój zatrzymał się w mojem sercu. "

Sygurd odpowiada:

"Moje-to serce popchnęło mię naprzód. — Moje-to ręce dokonały dzieła, — ręce moje i miecz mój ostry. — Rzadko nabiera odwagi — i oswaja się z ranami — ten, kto drży — na widok niebezpieczeństwa. "

Na ten krzyk tryumfującego orła, przybywa Regin, brat Fafnira, wydziera Fafnirowi serce, wypija jego krew i usypia. Sygurd zaś, który zaczął był piec serce, pomimowoli dotyka ust swych zakrwawionym palcem i natychmiast zaczyna rozumieć mowę ptaków, szczebiocących mu nad głową, w zieleni drzew. Ptaki te ostrzegają go, aby nie ufał Reginowi: to też Sygurd odcina mu głowę, zjada serce Fafnira i wypija krew obu braci. I oto, w jakiej "rosie morderstw" wyrastają tu: odwaga i poezya. Sygurd, zdobył Brynhildę, dzięki przejściu przez płomię i rozcięciu jej pancerza, zdobył dziewicę niezwalczoną i spał z nią trzy noce, lecz z mieczem położonym pomiędzy nią a sobą, bez uściśnienia pięknej, młodej, kwitnącej dziewczyny, bez pocałunku, a wszystko to dlatego, że wedle zaprzysiężonej wiary musiał ją oddać przyjacielowi swemu, Gunnarowi. Ona, zakochana w nim, "siedziała sama jedna — u schyłku dnia — i otwarcie — powiedziała sobie: — Posiądę Sygurda, — albo umrę; — Sygurda, człowieka kwitnącego młodością — mieć będę w swojem objęciu. " Lecz, zobaczywszy, że jest żonatym, rozkazała go zabić. "Wtedy zaśmiała się Brynhilda, — córka Budli'ego — zaśmiała się ten raz jedyny — z całego serca — gdy w łóżku swem — usłyszała — straszny krzyk wdowy. " I sama wtedy, przywdziawszy pancerz, przeszyła się mieczem, zanosząc ostatnią prośbę, aby złożono ją na jednym stosie z Sygurdem. Przedzielono ich mieczem, tak, jak było


(1) [41]

czasie owych trzech nocy i aby spalono ich wspólnie, wraz z tarczami, niewolnikami przybranymi w złoto, z dwoma sokołami, pięciu służebniknikami óśmiu służebnikami, z mamka jej i przybranym ojcem. Tymczasem wdowa po Sygurdzie, Gudrun, siedziała nieruchomo przy zwłokach męża, nie mogąc płakać. Żony wodzów przychodziły do niej i w cela pocieszenia opowiadały o własnych niedolach, składających się na obraz wielkich klęsk i spustoszeń, które wypełniały dawne życie barbarzyńców., Gjaflogd, siostra Gjuki'ego, mówić zaczęła: — "Wiem, że z pomiędzy wszystkich na ziemi — jestem najsrożej odartą ze szczęścia. — Bolałam nad stratą — pięciu mężów, — dwóch córek, — trzech sióstr, — óśmiu braci; a jednak, przeżyłam wszystko i żyję — samotna. Wówczas odezwała się Herborgd, królowa ziemi buńskiej: — "Ja opowiedzieć mogę — żałość okrutniejszą. — Siedmiu synów moich — i mój mąż ósmy — w stronie Wschodu — polegli na wojnie. — Ojciec mój i matka — czterej bracia moi - stali się igraszką wiatru morskiego. — uderzyły — o podłogę ich okrętu. — Sama musiałam podnosić ich zwłoki, — sama musiałam troszczyć się o ich pogrzebanie, — sama musiałam sprawiać im pogrzeby. — Wszystko to przecierpiałam — w ciągu jednego roku, — a przez czas ten — nikt z łudzi — nie niósł mi pociechy. — A gdy sześć miesięcy tego roku przeminęło, — stałam się branką wojenną — okutą w łańcuchy. — Musiałam ubierać — żonę jednego z wodzów — i wkładać na stopy jej obuwie — każdego poranku. Łajała mię, — bo była zazdrosną i zadawała mi ciężkie razy. " Wszystkie te opowiadania są jednak nadaremnemi, nie przywołują łez do suchych oczu Gudruny, która wybucha płaczem wtedy dopiero, gdy otaczający składają krwawe zwłoki na jej kolanach. — Wybucha płaczem, pada na ziemię, a łabędzie na podwórzu krzykami swemi wtórują jej krzykom. Na zwłokach jedynego ukochania swego umarłaby Gudrun, jak się to niegdyś stało z Sigruną, gdyby nie postradała pamięci od czarodziejskiego płynu, którym ją napojono. W ten sposób utraciwszy pamięć przeszłości, puszcza się w podróż dla zaślubienia Atli'ego, króla Hunnów; niemniej czyni to niechętnie i z ponuremi przepowiedniami. Bo morderstwo płodzi morderstwo; a bracia jej, mordercy Sygurda, zwabieni na dwór Atlego, wpadną w sidła podobne tym, które nastawiali sami. Gunnar, skrępowany i zapytany o miejsce, w którem skarb się znajduje, z dziwnym śmiechem barbarzyńców, odpowiada: "Żądam, aby mi położono na dłoni serce brata mego Hogniego, — serce krwawiące się, — wydarte z piersi potężnego jeźdźca, — syna królewskiego — tępym sztyletem. " Oprawcy wydarli serce z niewolnika Hjalliego — całe we krwi położyli na półmisku — i przynieśli Gunnarowi... Wówczas przemówił Gunnar, wódz wielu ludzi: "To jest serce Hjalliego — tchó-

rza. — Niepodobne do serca Högniego — bohatera. — Drży ono bardzo — teraz, na półmisku. — Drżało daleko więcej — gdy znajdowało się w piersi. " — "Högni śmiał się — gdy rozcinano mu piersi aż do serca, — aż do żywego serca wojownika, który nmiał zrywać z hełmów pióropusze, — nie myślał wcale płakać. — Krwawe jego serce złożono na półmisku — i zaniesiono Gunnarowi. — Gunnar, dzielny Niflung, z pogodną twarzą tak przemówił: — "Oto jest serce Högniego bohatera! — Niepodobne wcale do serca — Hjallego-tchórza. — Trochę tylko drży — teraz, na półmisku, — drżało daleko mniej jeszcze, gdy znajdowało się w piersi. — Czemuż, — o, Atli, — nie jesteś tak dalekim od oczu moich, — jak pozostaniesz na zawsze dalekim — od naszych naszyjników — od naszego skarbu. — Bo teraz mnie jednemu jest powierzonym — skarb ukryty — całe mienie Niflungów, — gdy brat mój, Hogni, przestał istnieć pośród żyjących. — Nie byłem zupełnie spokojnym — dopókiśmy żyli obaj, — ale teraz uspokoiłem się zupełnie — gdy ja jeden tylko żyję. " Nie jestże to najwyższa obelga, rzucona przez człowieka pewnego siebie, który, zmierzając do celu, nie dba o życie własne, ani cudze! Rzucony pomiędzy węże, Gunnar umiera, uderzeniami stopy wywołując dźwięki ze swej harfy. Lecz nieugaszone płomienie zemsty z jego serca przeszły do serca jego siostry: trupy padają tu na trupy; tknięci rodzajem bezgranicznej wściekłości, ludzie ci lecą z otwartemi oczyma w otchłań śmierci. Gudrun zamordowuje dzieci, które miała z Atlim, jemu samemu daje do zjedzenia ich serca przyrządzone w miodzie, a kiedy dnia pewnego Atli wraca z krwawego boju, z obojętnym uśmiechem opowiada mu, jaką nakarmiła go żywnością. Hunnowie zaczynają ryczeć; na ławach, pod namiotami, rozlega się płacz; ale Gudrun nie płacze; nie zapłakała ani razu od śmierci Sygurda, ani nad braćmi swymi "o sercach niedźwiedzich, " ani nad maleńkiemi dziećmi swemi, które jej ufały. " Z nadejściem nocy, zamordowuje w łożu Atlego, podpala pałac i z nim razem czyni ofiarami ognia wszystkie sługi i wszystkie kobiety-wojownice. — Z tego nagromadzedzenia spustoszeń i mordów wnieść można o stopniu naprężenia, do jakiego dochodziła wola tych ludzi. Byli pośród nich niejacy Berserkirowie, (1) którzy w czasie bitew, zjęci rodzajem szaleństwa, nabywali nagle siły nadludzkiej i przestawali uczuwać bóle sprawiane przez rany. I oto jakiem jest pojęcie bohaterstwa, spłodzone przez to plemię, w zaraniu jego życia. Czyliż pokładanie szczęścia w bitwie wojennej, a piękna w śmierci, nie budzi zdumienia? Czy istniał


(1) [42]

kiedy naród, z podobnie tragicznem zapatrywaniem się na życie? Takiego pogląda nie wytworzyli sobie ani Hindowie, ani Persowie, ani Grecy, ani Gallowie. Żaden też inny naród nie napełniał swego dziecięcego umysłu podobnie grobowemi rojeniami i żaden ze swych rojeń nie wygnał tak całkowicie wszystkich słodyczy, roztkliwień i rozkoszy życia. Najmilszym dla nich stanem był wysiłek, wysiłek uparty, bolesny, a w wysiłku — najwyższe rozbudzenie się ciała i ducha. Słusznie powiedział Carlyle, że w posępnej wytrwałości pracownika angielskiego żyje jeszcze niema zaciekłość, którą pałał niegdyś wojownik skandynawski. Walczyć dla walk samych — to ich rozkosz. Jakie smutki, zapały i zniweczenia taka natura plemienna rozlewać może po świecie — zobaczymy to u Byrona i Szekspira; a jakie usługi oddaje ideom moralnym, jakie wytwarza dla nich podścielisko i jak sama z niemi się spaja — udowodnią Purytanie.

IV.

SZLACHETNE INSTYNKTY W ANGLII. — STOSUNEK WOJOWNIKA DO WODZA. — STOSUNEK ŻONY DO MĘŻA. — POEMAT O BEOWULFIE. — SPOŁECZEŃSTWO BARBARZYŃSKIE I BARBARZYŃSKI BOHATER.

Przybywszy do Anglii, związali się w społeczeństwo, jakkolwiek bezładne, przecież, tak jak w Germanii, oparte na podstawach uczuć podniosłych. Wojna tam chodziła po wszystkich drogach, to prawda, ale tuż za nią postępowały cnoty wojskowe: odwaga naprzód, a potem wierność. W zwierzęciu żył człowiek wolny i odważny. Każdy z nich był zdolny na własną rękę (1) zawierać przymierze, bić się poza granicami kraju, puszczać się na śmiałe przedsięwzięcia. Każdy związek ludzi wolnych nieustannie odnawia w swym Witanagemocie przymierza ze związkami innemi. Każdy ród tworzy w swojej marchii ligę, której członkowie, "bracia mieczowi, " bronią się wzajemnie i wzajemnie upominają się kosztem krwi własnej o cenę przelanej krwi któregoś z pośród nich. Każdy wódz wie, że ludzie pijący piwo w jego sali biesiadnej nie są najemnikami, lecz wiernymi towarzyszami, którym on na znak szacunku i zaufania, rozdał naramienniki i którzy nawzajem staną w dniu walki pomiędzy nim a mieczami niosącemi rany. (2) Niepodległość i śmiałość kipią w tym młodym świecie zbyt gwałtownie i wywołują nadużycia; lecz same w sobie są.


(1) [43]

(2) [44]

szlachetne, zarówno jak uczucia, które nauczają je karności, a któremi są: zdolne do ofiar przywiązanie i wierność danemu słowu. Uczucia te objawiają się w prawach, wybuchają w poezyi. Materyału dla wyobraźni dostarczają tu wielkie serca; postacie poetyczne nie są samolubnem i i chytremi jak te, które stworzył Homer. Mają one, te postacie, serca mężne, silne, proste (1) "wśród gry mieczów wiernie stające przy swoich krewnych i panach, stałe i głębokie w przyjaźni i w nieprzyjaźni, " hojne w odważne czyny i w ofiary. "Jakkolwiek stary jestem, — powiada jeden z bohaterów ich poezyi, — nie ruszę się ztąd ani krokiem. Umrę u boku mojego pana, u boku tego człowieka, którego tak kochałem"... "Dotrzymał słowa wodzowi i rozdawcy bogactw, słowa danego wtedy, gdy przyrzekł mu, że obaj wrócą cali i zdrowi do domów, albo obaj padną wśród szeregu, na polu krwawej bitwy, i skonają z ran poniesionych. Legł też obok swego pana, jak przystało wiernemu słudze. " Dla przedstawienia tych męzkich przyjaźni starzy poeci ich, chociaż niezręczni w wypowiadaniu myśli, znajdują przecież słowa wzruszające. Któż nie uczuje się wzruszonym, słuchając opowiadania o starym królu, "który uścisnął najlepszego ze swych thanów, zarzucił mu ręce na szyję, a łzy płynęły po twarzy siwowłosego wodza. Ten dzielny towarzysz był mu tak drogim! Nie mógł powściągnąć fali uczuć, która mu pierś wzdymała. W sercu swem, tam, gdzie istnieje najgłębszy zawiązek myśli, wzdychał po tym człowieku!" Nieliczne pieśni, z czasów owych pozostałe, ciągle wracają do tego przedmiota. Wygnaniec śni o swoim panu (2). "Zdaje mu się, że całuje go i ściska, że na kolanach jego opiera głowę i ręce, jak bywało niegdyś, w dniach dawnych, gdy doświadczał jego hojności. Aż obudził się śmiertelnik ogołocony z przyjaciół. Ujrzał przed sobą drogi bezludne, ptaki kąpiące się w morzu i roztaczające skrzydła, szrony i śniegi spadające, zmieszane z gradem. I stały się boleśniejszemi rany jego serca. " Inny opowiada: "Często umawialiśmy się, że nic nas nie rozłączy, oprócz śmierci. Dziś zmieniło się wszystko: z przyjaźnią naszą jest tak, jakby jej nigdy nie było. Zmuszony jestem żyć tu, zdala od przyjaciela mego najmilszego, i znosić nieprzyjaźń ludzką. Zmuszony jestem żyć w cieniach leśnych pod dębem, w jaskini podziemnej. Zimny jest ten dom we wnętrzu ziemi, uprzykrzył mi się bardzo. Ciemnemi są doliny, wysokiemi wzgórza, smętnym wieniec wierzb, najeżony cierniami, smutnem siedlisko moje... Przyjaciele moi w mogiłach; nad tymi, których kochałem,


(1) [45]

(2) [46]

straż trzymają groby. A ja tu, przed świtem, sam jeden przechadzam się pod dębem, pośród nor podziemnych... Jakże ciężko, z jak ciężkim smutkiem myślę o odejściu mego pana!" Pośród obyczajów mnożących niebezpieczeństwa, pośród wiecznego chwytania za broń, przyjaźń jest tu uczuciem najwyższem, a wierność najskuteczniej działającą cnotą.

Każda forma społecznego życia, czy jest nią państwo czy rodzina, gdy wspiera się na tak potężnych uczuciach przywiązania i wierności zaprzysiężonej wierze, musi być zdrową. Wśród tych plemion widzimy kobietę, wspólnie z mężczyznami do uczt zasiadającą, poważną i poważaną (1). Mowa jej znajduje uważnych słuchaczy, dla powściągania jej i strzeżenia przed bezcześcią, nie trzeba zamknięć ani niewoli. Nie jest ona rzeczą: jest osobą. Prawo wymaga zgodzenia się jej na zawierane małżeństwo, troszczy się o jej dobro, otacza ją spieką, Wolno jej dziedziczyć, posiadać, sporządzać testamenty, otawać przed sądami, brać udział w zgromadzeniach obywateli hrabstwa i w najwyższem zgromadzeniu starszych.

Z imieniem królowej i z imionami wielu dam innych często spotkać się można na kartach postanowień, zapadłych na Witanagemocie. Prawo i obyczaje strzegą jej siły i dumy, zarówno jak czynią to względem mężczyzny i na równi z mężczyzną. Zarówno też jak u mężczyzny i na równi z mężczyzną o każdym jej związku rozstrzyga tylko jej serce. W dziełach Alfreda (2) znajduje się wizerunek małżonki, który pod względem czystości i wzniosłości zadowolnić może wszystkie w tym kierunku wymysły nowożytne: "Żona twoja żyje teraz dla ciebie, dla ciebie jednego, i jest to przyczyną, która sprawia, że nie kocha też nic, oprócz ciebie. Posiada ona w tem życiu wiele dóbr rozmaitych, lecz gardzi niemi, bo ty jesteś jej jedynem dobrem. Obojętną stała się na wszystko, serce jej opuściło wszystko, co nie jest tobą. Ponieważ ty jesteś nieobecnym, zdaje się jej, że dokoła niej nic nie istnieje. W taki-to sposób pożeraną jest przez miłość ku tobie i ledwie już żywą od łez i zgryzoty. " Już w legendach Eddy Sigrun rzuca się na mogiłę Helgego "z taką radością, jakiej doświadczają żarłoczne jastrzębie Odyna, czując z pola bitwy dolatujący zapach ciepłego żeru. " Pragnie ona jeszcze raz usnąć w objęciach zmarłego, a potem umrzeć na jego grobie. Miłość nie jest tu wcale podobną do tej, którą przedstawia pierwotna poezya francuska, prowansalska, hiszpańska, grecka; poza małżeństwem przyobleka się


(1) [47]

(2) [48]

tu ona w jedną tylko postać: dzikiej żądzy i zwierzęcego instynkta, wesołości i wdzięku niema w niej ani śladu. Stara ta poezya nie po. siada ani jednej piosnki miłosnej; bo dla tych, którzy ją tworzyli, miłość była, nie igraszką, ani rozkoszą, lecz obowiązkiem i poświęceniem. Jak w ustroju państwowym i rodzinnym, tak i w poezyi tej panuje powaga i posępność. Jak przedtem w Germanii, wśród zasmuceń, melancholii i surowości barbarzyństwa, tak teraz, na nowem siedlisku, rozwijają się i działają tylko najtragiczniejsze władze istoty ludzkiej: głęboka potęga ukochania i wielka potęga woli.

Dlatego też tu, zarówno jak w Germanii, bohaterowie poezyi są. prawdziwie bohaterskimi. Pomówmy jeszcze o nich. Pozostał nam do rozpatrzenia jeden z poematów, prawie w całości przechowany, mianowicie: poemat o Beowulfie. Posłuchajmy tych opowiadań, którym niegdyś przysłuchywali się thanowie, gdy, w świetle pochodni siedząc na stołkach, pili piwo przed obliczem swego pana; ukażą nam one obyczaje i uczucia tego ludu, jak Iliada i Odysseja ukazują obyczaje i uczucia Greków. Ten Beowulf to bohater i rycerz wyprzedzający zjawienie się rycerstwa, jak zwierzchnicy band germańskich byli wodzami feudalnymi, wyprzedzającymi zjawienie się feudalizmu. (1) "Z obnażonym mieczem w dłoni żeglował on po morzu, wśród dzikich bałwanów, burz lodowatych, zimy wściekle szalejącej nad wzdętą falami otchłanią morza; pstre i wrogie potwory morskie pociągały go na dno, a czasem już ściskały we wstrętnych szponach; lecz zawsze dosięgało nędznych tych istot ostrze oręża jego, bojowego jego topora. Wojenny szturm przypuścił do wielkiej bestyi Oceanu: i dziewięć Nikorów zginęło z jego ręki. " (2) A oto teraz płynie z powrotem, na pomoc staremu królowi Hrotgarowi, który "w wielkiej sali do pijania miodu, wysokiej i sklepionej", siedzi pośród swych thanów, zasmucony, bo "potworny przybysz, szatan zamieszkujący bagniska, imieniem Grendel, wszedł nocą do sali, porwał trzydziestu śpiących szlachetnych mężów i z ich trupami umknął na swoje bagna. Od lat dwunastu, ten "ludożerca jaskiniowi, " ta bestya żarłoczna, spokrewniona z Orkwami i Jotami, pożera ludzi i "opustosza najlepsze domy. " Beowulf, wielki wojownik, oświadcza, że będzie walczył z Grendelem sam jeden, na śmierć lub życie, bez niczyjej pomocy, bez miecza i pancerza, bo skóry przeklętego potwora


(1) [49]

(2) [50]

żadna broń przebić nie może. Ofierze tej Beowulfa towarzyszy jedna tylko prośba, — aby, jeżeli zginie, pogrzebano jego krwawe zwłoki, aby nad "wilgotnem ich mieszkaniem" znak umieszczono i aby najlepszą z kolczug, które posiadał, odesłano wodzowi jego, Hygelakowi.

"Ufny i dumny w swej sile, " położył się w sali do snu, a gdy mroki nocne zstąpiły na ziemię, ujrzał Grendela, który, rękoma wyrwawszy drzwi, pochwycił jednego z wojowników, "rozdarł go gwałtownie, wgryzł się w jego ciało, łykał je kawał po kawale, a z żył krew wysysał. " Wtedy z kolei Beowulf, "podnosząc się na łokciu" pochwycił napastnika. "Sala królewska napełniła się grzmotem. — Piwo polało się z naczyń. Byli to dwaj szaleńcy, — srodzy i mocni szermierze. — Cały dom napełnił się odgłosami walki. — I cudem to było — że sala do picia — zdołała oprzeć się dwom bykom wojennym, — że nie runął w gruzy — piękny pałac. — Raz jeszcze wzdął się hałas. — Dla Duńczyków Północy — był to strach przeraźliwy — i dla wszystkich tych, który zza ściany — usłyszeli to wycie, — usłyszeli jak wróg boży — rozpoczął swój śpiew ponury, — śpiew klęski — lament nad poniesioną raną. — Przeklęty nędznik otrzymał ranę śmiertelną. — W ramieniu jego była rana widoczna. — Mięśnie były wydarte — stawy kostne pękły z chrzęstem. — Beowulf zwyciężył. — Grendel, ugodzony śmiertelnie — uciekać musiał, — do błotnistego swego schroniska, — do ponurego mieszkania swego. — Wiedział dobrze, że koniec jego życia nadszedł — że wypełniła się miara dni jego. " Bo w pałacu, w którym walczył, pozostały na podłodze jego ręka, ramię i łopatka, a gdy zanurzył się w jeziorze Nikorskiem, fale, wzdęte krwią, zakipiały, nieczyste ich źródło zmąciło się i rozgrzało od trucizny, barwa wody dostała plam śmiertelnych, na jej powierzchni skrzepy krwi płynęły obok pęcherzy piany. Lecz istniał jeszcze potwór żeński, matka Grendela, "która, tak jak on, mieszkała w zimnych prądach i postrachach wodnych, " a przyszedłszy wśród nocy porwała z pomiędzy obnażonych mieczy i pożarła jeszcze jednego męża, Oeschera, najlepszego z przyjaciół królewskich. Żałosne krzyki napełniły pałac, a Beowulf znowu zaofiarował się z pomocą i udał się na bagniska; udał się w miejsca bezludne, pomiędzy schroniska wilków, tam gdzie wiatr gwizdem napełnia przylądek, "gdzie potok górski, rzucając się w cienie pagórków, tworzy podziemny przypływ. " "Lasy, splecione z sobą korzeniami, rzucały cień na wodę. Noc była, a wśród niej rzecz cudowna: ogień rozrzucony po falach. " Jeleń przez psy goniony "umarłby raczej u brzegu, " niżby w te fale zanurzył głowę. Pływały po niej dziwne węże i smoki, a niekiedy "róg odzywał się pieśnią, straszną pieśnią śmierci. " Beowulf rzucił się na fale, płynął wśród potworów, które ocierały się o jego kolczugę, ku ludożerczym, ku

nienawistnej morderczyni ludzi, " a ona porwała go w szpony i uniosła do swej jaskini. Tam, przy świetle bladego promyka, Beowulf ujrzał oko w oko oblicze "wilczycy otchłani", potężnej kobiety morskiej, — przypuścił do niej szturm wojenny — ze swem żeleźcem szermierskiem — i nie powściągał żeleźca, — tak, że nad głową jego miecz brzmiał donośną i srogą pieśnią wojenną. Ale widząc, że ani ostrzem, ani zaostrzonym końcem broni ciała jej uszkodzić nie może, porwał ją w ramiona i obalił na ziemię wtedy właśnie, gdy ona "szerokim nożem swym o brunatnem ostrzu" usiłowała przebić chroniącą go kolczugę. Tarzali się po ziemi, aż do chwili, w której Beowulf spostrzegł tuż przy sobie, wśród różnych oręży "żeleźco obfitujące w zwycięztwa, — stary miecz wielkości olbrzymiej, — dzieło też olbrzymów, — z ostrzem niezawodzącem, — wyborne i gotowe do użytku. — Miecz ten pochwycił za rękojeść — wojownik Skildingów — i rozpłomieniony, straszny, wywinął nim w powietrzu. — Wątpił czy zdoła uratować życie — więc wściekłe uderzył — ciężko ugodził potwora w okolicach szyi, — złamał ogniwa grzbietu, — żeleźco nawskroś przebiło przeklęte ciało. — Matka Grendela padła nieżywa, — miecz krwią ociekł. — Mąż radował się dziełem swojem. — Stało się jasno, — do sali wniknęło światło takie, — jak gdy pod sklepieniem nieba — błyszczy łagodnie — lampa niebieska. " Wówczas Beowulf ujrzał w kącie sali trupa Grendela, a czterej towarzysze jego, z trudem podniósłszy za włosy głowę potworną, zanieśli ją do królewskiego domu.

Był to pierwszy czyn dokonany przez Beowulfa, lecz na dokonywaniu podobnych zeszło mu już potem całe życie. Gdy przeminęło pięćdziesiąt lat panowania jego nad dziedzicznym krajem, smok, któremu skarb ukradziono, wyłonił się z pagórka i zaczął rozlewać po wyspie fale ognia, w których płonęły domy i ludzie. Wtedy "zbawca hrabiów" rozkazał, aby zrobiono mu puklerz różnobarwny — cały z żelaza, bo wiedział, że z lipowego drzewa wykonany nie ostałby się przeciw płomieniom. "Był zbyt dumny, — aby iść naprzeciw wielkiej bestyi skrzydlatej — z wojskiem — z wielą ludzi. — Nie lękał się walki tej dla siebie — nie dbał o nieprzyjaźń płaza, — ani o jego niestrudzoność i waleczność. A jednak czuł się smutnym i niechętnie szedł do boju "bo blizkim był już koniec jego. " Ujrzał jaskinię, "zapadliznę ziemską, — tuż przy falach Oceanu — tuż przy pluskaniu wody, — której głębia była pełną wypukłych klejnotów i obrączek. — Usiadł na przylądku, — król zahartowany w wojennych walkach — i żegnał przyjaciół swojego ogniska, — bo, chociaż stary, — chciał jeszcze poświęcać swe życie za nich i być stróżem swojego ludu. " Wydał okrzyk, i smok nadleciał, wyrzucając z siebie ogień; miecz Beowulfa daremnie obijał się o jego ciało, aż płomienie ogarnęły króla.

Towarzysze jego zemknęli do lasu, oprócz jednego, któremu było na imię Wiglaf i który przez kłęby dymu przedarł się ku królowi, "wiedząc dobrze, iż nie było to poczciwym starym zwyczajem opuszczać w trwodze swego krewnego i wodza, pozwalać na to, aby samotnie umierał na polu walki. " "Płaz wpadł we wściekłość, — niegodziwy, chytry przybysz, — cały pstry od płomiennych języków. — Gorejący i dziki — objął całą szyję królewską — swemi zatrutemi szpony... jednak sam także oblał się krwią — krwią, z którą wyciekło życie — krew potwora szumiała jak fale. " Wówczas, Beowulf i Wiglaf mieczami swemi przerąbali go na dwoje, lecz rana królewska zaogniła się i opuchła; król uczuł, że ma w sobie truciznę i usiadł pod ścianą, na kamieniu, "przypatrując się odwiecznej jaskini — będącej dziełem olbrzymów — zdobnej w kamienne arkady — z wnętrzem silnie opartem na słupach. " Potem mówić zaczął: "Trzymałem straż nad ludem moim — przez lat pięćdziesiąt. — Żaden sąsiedni król nie śmiał z wojskami swemi występować przeciwko mnie, — ani obsyłać mię groźbami. — Dobrze rządziłem ziemią moją. — Nie zastawiałem nigdy sideł zdradzieckich, — nie składałem fałszywych przysiąg — i są to przyczyny — dla których radować się mogę, — chociaż jestem śmiertelnie ranny... — Teraz, drogi Wiglafie, — idź zaraz i zobacz skarb ukryty pod szarym kamieniem. — Ja-to, stary, jak jestem — ten stos bogactw — nabyłem kosztem swego życia. — Ludowi memu przyda się w potrzebie. — Cieszę się, że przed śmiercią mogłem zdobyć skarb taki — dla mego ludu. — A teraz nie potrzebuję już dłużej zostawać na ziemi. "

Oto gdzie się znajduje wspaniałomyślność doskonała i prawdziwa, nie zaś sztuczna i przesadna, jaką ujrzymy później w romansowej wyobraźni gadatliwych pisarków, układaczy dziwnych przygód. Zmyślenie nie jest tu zbyt oddalonem od rzeczywistości; w bohaterze żyje człowiek, człowiek pomimo pierwotności opiewającej go poezyi wielki, a wielki przez swoją prostotę i przez swe czyny. Wodzowi, a potem ludowi swemu, pozostał wiernym; biegł do obcych krajów, aby dla wyswobodzenia ludzi narażać swe życie; w chwili śmierci zapomniał o samym sobie, myśląc, że umiera dla dobra innych.,. Każdy z nas, — mówi Beowulf, — musi wcześniej lub później zakończyć ten żywot śmiertelny. Niechże też każdy, nim umrze, o ile podobna, czyni sprawiedliwość. " Spójrzmy na te potwory, które Beowulf zgładza ze świata, a które są ostatniemi wspomnieniami starodawnych wojen przeciw rasom niższym oraz pierwotnej wiary religijnej; przypatrzmy się temu życiu pełnemu niebezpieczeństw, nocom przebytym pośród bałwanów morskich, wszystkim wysileniom człowieka, mocują go się z dziką naturą; popatrzmy na tę pierś niezwyciężoną, o którą roztrzaskują się piersi strasznych bestyi, na te mięśnie niesłychanie

potężne, które, gdy się wyprężą, kawałami ciało wydzierają z potworów: a wszystko to pozwoli nam dostrzedz w mgle legendy i w świetle poezyi tych dzielnych ludzi, którzy wśród szałów wojennych i gwałtów temperamentu własnego, — zaczynali wytwarzać naród i państwo.

V.

POEMATY POGAŃSKIE. — RODZAJ I SIŁA UCZUĆ. — KSZTAŁT UMYSŁOWOŚCI I JĘZYKA. — GWAŁTOWNOŚĆ WRAŻEŃ I CHROPOWATOŚĆ WYRAŻENIA.

Jeden poemat prawie zupełny i dwa lub trzy ułamki kilku innych: oto wszystko co ze starej, świeckiej poezyi angielskiej pozostawiły nam dwa wypadki dziejowe: wkroczenie chrześcijaństwa do Anglii i podbój jej przez Normandów francuzkich. Zresztą fakty te powstrzymały, lub własną twórczością zdławiły, cały rozwój twórczości pogańskiej, germańskiej i barbarzyńskiej. Lecz to, co przetrwało, aż nadto dostatecznie wykazuje oryginalność i potęgę geniuszu poetyckiego, który wrodzony jest temu plemieniu i pozwala odgadnąć kwiat, co miał w przyszłości rozwinąć się z tego pąka.

Plemię to posiadało głębokość i powagę uczucia poetyckiego, w stopniu najwyższym. Poeci jego nie przemawiają inaczej, jak pieśnią i krzykiem. Krzykiem lub groźnym pomrukiem jest każdy z najkrótszych ich wierszyków. Potężną ich piersią wstrząsa zawsze gniew, albo zapał, a słowa śmiałe, czasem niejasne, przychodzą na usta same przez się, nagle, bez wysiłku i sztuczności. Nie mają talentu, ani umiejętności do kolejnego i porządnego opisywania różnych części jakiegoś przedmiotu lub wypadku. Pięćdziesiąt promieni świetlanych do umysłów umiarkowanych i prawidłowo ukształconych przychodzi od każdego przedmiotu, z kolei, i do tych umysłów wpadają razem, jeden po drugim, jedną massą płomienną i splątaną, która przez swoje poskoki i przypływy powoduje głębokie wstrząśnienia. Trzeba tylko zapoznać się z ich wojennemi, prawdziwie wojennemi, pieśniami, pełnemi dźwięków twardych i gwałtownych, odpowiednich tym glosom potężnym i strasznym, aby dziś jeszcze, poprzez rozdzielającą nas od nich przestrzeń dziesięciu wieków, zarówno jak zmienionych obyczajów i języków, wyraźnie je usłyszeć. "Wojsko występuje (1). — Ptaki śpiewają. — Stal dzwoni. — Belka wojenna (2)


(1) [51]

(2) [52]

grzmi. — Księżyc świeci — błądzący pośród chmur. — Powstają dzieła zemsty — których dopełnić ma — gniew ludu. — Wówczas usłyszano na wałach — morderczy zgiełk walki. — Puklerz, osłaniacz kości, — w ręku walecznych — pęknąć musiał. — Ściany twierdzy rozlegały się hukiem, — aż póki Garulf nie padł śród bitwy, — Garulf, syn Guthlafa, — pierwszy z pomiędzy ludzi — zamieszkujących ziemię. — Dokoła niego wielu walecznych — leżało, umierając. — Kruk nad nimi krążył — czarny i ponury. — Była taka płomienistość mieczów, — jakby cały Finsburg — stanął w ogniu. — Nigdy nie słyszałem opowiadania — o piękniejszej bitwie wojennej".

"Tu król Athelstan, (1) — zwierzchnik hrabiów, — który naramienniki rozdaje szlachetnym, — i brat jego także, — Edmund z Etbeling, — zdobyli chwalę dośmiertną, — ostrzami mieczów swych, — tu, w Brunanburhu. — Przebili ścianę puklerzy, — zrąbali wyniosłe sztandary, — uderzeniami swych młotów, — oni, synowie Edwarda! — Wrogowie padli, — wojownicy z narodu Szkotów, ludzie z okrętów, — padli ugodzeni śmiertelnie, — a równina użyźniła się krwią ludzką. — Tymczasem słońce wysokie, — wielka gwiazda, — błyszczące światło Boga, — Boga i pana wiekuistego, — od porannej godziny — przesuwało się nad ziemią, aż nakoniec wspaniały twór ten — zapadł ku zachodowi. — Tam kupami całemi leżeli wojownicy, — powaleni przez pociski, — padający na puklerz, — omdlali, zmęczeni walką. — A także i Szkoci, wyczerpani czerwoną bitwą. — Athelstan za sobą pozostawił — ucztę z trupów, — krukowi czarnemu o rogowym dziobie, — orłowi rudemu, bladopióremu zjadaczowi mięsa, — jastrzębiowi, chciwemu walk wojennych — i tej szarej bestyi, wilkowi leśnemu".

Niema tu nic okrom obrazów. Wypadki nie przedstawiają się tym namiętnym mózgom nago i z suchą etykietką ścisłego nazwania, lecz wnikają w nie z całym orszakiem barw, kształtów i dźwięków. Ztąd powstają wizye, wizye prawie doskonale, budzące wszystkie właściwe sobie wzruszenia, a także uczucia, które przedłużają trwanie wizyi, a któremi są: radość, wściekłość, zapał. W mowie tych ludzi strzały nazywają się "wężami Heli, wyrzucanemi z rogowego łuku"; okręty —" wielkiemi końmi morskiemi"; morze jest "czarą pełną fal", hełm — "zamkiem na głowie". Gwałtowność, z jaką otrzymują wrażenia, tak dalece wymaga niezwykłego sposobu wyrażania się, że kiedy później w Islandyi ten rodzaj poezyi rozwija się do ostatecznego krańca, pierwotne natchnienie słabnie, naturalność pierzcha przed sztucznością, język Skaldów nabiera pretensyonalności i niejasności, które przeistaczają go w rodzaj gwary. Lecz tu, czy w Islan-


(1) [53]

dyi, jeden tylko obraz, jakimkolwiek byłby, poetom nie wystarcza;; odmalowanie wrażenia doznanego za pomocą jednego słowa zadowolnić ich nie może. Po wiele razy wracają do jednego obraza, i wciąż go odnawiają: "Słońce wysokie! Wielka gwiazda! Błyszczące światło Boga! Wspaniały twór"! Cztery razy słońce powraca przed ich wyobraźnię, w postaci coraz-to nowej; a raczej zjawiło się ono przed ich wyobraźnią we wszelkich odrazu postaciach swoich i każde o niem słowo wymawiają też jakby w przystępie połowicznej hallucynacyi, która nimi zawładnęła. Łatwo zgadnąć, że przy takim nastroju prawidłowy ład w myślach i słowach musi być co chwila niweczonym. Człowiek doświadczający wizyi wcale inaczej szereguje myśli, niż ten, który spokojnie oddaje się rozumowaniu. Ku spokojnemu barwy i dźwięki przybywają kolejno, jedne po drugich, a wyobraźnię jego porównać można do galeryi obrazów, ustawionych w szeregi i mających treść coraz odmienną. Tamten zaś, — wizyoner, — wykrzykuje słowo, które naprzód zjawia się w jego głowie, i w tej samej chwili, gdy się zjawia, od jednej myśli czyni przeskok do innej, często dalekiej, tak, że w mowie jego okres ulega dziwnym skrętom i przewraca się dołem do góry. Im silniejsze jest uniesienie duszy, tem szybciej przebywa ona wielkie przestrzenie. Jednym rzutem w silnem uniesieniu dusza okrąża cały swój widnokrąg i w jednej chwili dotyka przedmiotów, które całe światy zdają się rozdzielać. Wówczas myśli plączą się bezładnie; tknięty nagłem przypomnieniem, poeta wprowadza do myśli, którą wypowiada, tę, którą przed chwilą był porzucił. Niepodobna często przełożyć na język nowożytny tych form stylowych, powykrzywianych, poprzewracanych górą na dół, sprzecznych z całą ekonomiką naszego nowoczesnego stylu. Często nawet zrozumieć ich nie można (1), bo pewnych części mowy, rozmaitych sposobów wyjaśniania myśli, wiązania słów, układania wyrazów w prawidłową całość, wszelkich nakoniec umiejętnych środków, któremi posługują się rozum i logika, niema tu ani śladu (2). Jest to ryk namiętności, podobny do tych, które wydają dzikie zwierzęta — i nic innego. Rycząc, namiętność wybucha tu i podskakuje drobnemi, chropowatemi wierszykami. Z pomiędzy wszystkich barbarzyńców świata twórcy tej poezyi byli największy-


(1) [54]

(2) [55]

mi barbarzyńcami. Błogosławiona poezya Homera obficie płynie szerokiemi opowiadaniami, obrazami bogatemi i rozciągłemi. Dla udoskonalenia malowideł swych Homer zgromadza szczegóły coraz nowe; przygląda się przedmiotom, długo zatrzymuje się nad niemi, kocha się w ich piękności, stroi je we wspaniałe nazwy. Można go porównać do dziewcząt greckich, które mniemały, że byłyby szpetnemi gdyby nie rozsypały po swych ramionach i szyjach połysków wszystkiego złota i wszystkich klejnotów, jakie tylko posiadać mogły. Szerokie, rytmiczne wierszowanie Homera faluje i rozwija się jak purpurowa szata w promieniach jońskiego słońca. Tu zaś, u Anglo-Saksonów, twarde ręce stłaczają i ugniatają myśli w ciasną rytmikę; jeżeli zachowują jakąkolwiek miarę, to tylko bardzo niedokładnie; całą swą sztukę zdobniczą ograniczają wybraniem trzech wyrazów, rozpoczynających się od tej samej litery. Wszystkie wysilenia ich zmierzają do skracania zdań, do ściskania ich w urwanych wykrzyknikach (1). Siła wewnętrznych wzruszeń, nieumiejętnie wylewana nazewnątrz, skupiająca się w samej sobie, i przez to właśnie skupienie dosięgająca zdwojonej potęgi; chropowatość wyrażeń, które, niewolniczo podlegając potędze wzruszeń i zachodzącym w nich wstrząśnieniom, usiłują, kosztem wszelkiej prawidłowości i piękności uzewnętrznić je w słowach nagich i skąpych: oto są znamienne cechy ówczesnej, a także i późniejszej poezyi tego ludu.

VI.

POEMATY CHRZEŚCIJAŃSKIE. — CO PRZYSPOSABIAŁO SAKSONÓW DO CHRZEŚCIJAŃSTWA. — W JAKI SPOSÓB NAWRACALI SIĘ NA CHRZEŚCIJAŃSTWO. — HYMNY COEDMONA. — HYMN POGRZEBOWY. — POEMAT O JUDYCIE. — PARAFRAZA BIBLII.

Wrodzony smętek, wstręt do życia powierzchownego i zmysłowego, pociąg ku rzeczom poważnym i wzniosłym, silnie przysposabiają to plemię do przyjęcia chrześcijaństwa. Gdy tylko stałe osiedlenie się udzieliło ich duszom możności długich odpoczynków, a złagodziło zapalczywość uczuć, która podtrzymywała krwawą ich religię, wnet sami przez się skłaniać się zaczęli ku nowej wierze. Oddawna, w mgłach dalekiej przeszłości, zniknęła już była niejasna cześć, którą oddawali wielkim potęgom przyrody, walczącym z sobą w celu wzajemnego niszczenia się i odradzającym się znowu w celu wzajemnej


(1) [56]

walki. Uspołecznienie zaraz u swych początków przywodziło za sobą pojęcie pokoju i pragnienie sprawiedliwości; bogowie pełni wojennego ducha, bledli w wyobraźni ludzkiej jednocześnie ze słabnięciem namiętności, których byli wytworami. W półtora stulecia od podboju (1) procesya misyonarzy rzymskich, z krzyżem srebrnym i z obrazem przedstawiającym Chrystusa, śpiewając nabożne litanie, wstąpiła do tego kraju, a wkrótce potem zaraz wielki kapłan Northumbryjski oświadczył w przytomności szlachty, że dawni bogowie są pozbawieni wszelkiej nad ludźmi władzy. Wyznał on "że przedtem nie rozumiał wcale tego, czemu cześć oddawał" i pierwszy, z lancą w ręku, rozpoczął obalanie pogańskiej świątyni. Z kolei jeden z dowódzców wojskowych powstał śród zgromadzenia i tak przemówił:

— "Przypominasz może sobie, o, królu, rzecz pewną, przytrafiającą się niekiedy w dnie zimowe, w chwili gdy wraz z hrabiami i thanami swymi zasiadasz u stołu. W sali dobrze ogrzanej pali się ogień, a na podwórzu deszcz albo śnieg pada, albo też buczy burza. Wówczas mały wróbel z szybkością strzały przelatuje przez salę. Jednemi drzwiami wleciał, drugiemi wyleciał; jednak chwila, w której się ta znajdował, była mu słodką, bo dała mu zapomnienie o zimowym deszczu i burzy. Ale chwila ta jest krótką, ptaszę w mgnieniu oka znika i, od zimy przybyłe, do zimy powraca. Podobnem do niej wydaje mi się życie człowieka na ziemi, umieszczone pośród nieznanej pogody, która panuje po obu jego stronach. Życie to trwa krótko, a jaką jest pogoda, która je poprzedza, i ta, która następuje po niem? Nie wiemy. Jeżeli więc ta nowa wiara może nam udzielić jakiejś większej o tych rzeczach pewności, warto, abyśmy ją przyjęli".

W podobnych niepokojach, w tem poczuciu bezgranicznych ciemności ziemskich, w takiem zresztą krasomówstwie, poważnem i melancholijnem, spoczywają zadatki duchowego życia (2). Usposobienia takiego niema pośród ludów południowych, z natury pogańskich i pochłanianych przez chwilę obecną. Dzięki oddziaływaniu samego tylko temperamentu i klimatu ludzie ci, chociaż barbarzyńcy, wnikają odrazu w rdzeń chrześcijaństwa. Nic to, że są oni ociężali, objuczeni najdziecinniejszemi przesądami, zdolni, jak np. król Kanut, do płacenia stu talentów złota za kość z ramienia Ś-go Augustyna, — nic to nie znaczy i nie przeszkadza, bo jednocześnie z tem wszystkiem istnieje w nich pojęcie Boga. Wielki Bóg biblijny, wszechmogący i jedyny,


(1) [57]

(2) [58]

który w Średnich Wiekach (1) prawie całkowicie znika za przydanym mu dworem i rodziną, trwa pośród nich na przekór głupim lub śmiesznym legendom. Tego Boga nie zmniejszają oni na korzyść świętych przez nabożne powieści, ani na korzyść Dzieciątka Jezus i Niedokalanej Dziewicy przez niewieścią czułostkowość. Wrodzona surowość i wzniosłość uczuć umieszczają ich na jednym poziomie z pojęciem tego Boga, i nie czują oni pociągu, tak jak ludy gadatliwe i artystycznie usposobione, do zastępowania religii przyjemną lub piękną bajeczką. Przez prostotę i siłę swego sposobu pojmowania świata spokrewnieni są ze starym duchem hebrajskim więcej, niż którekolwiek inne z plemion europejskich. Ponieważ zapał jest ich stanem wrodzonym, przejmują się cali czcią dla nowego Boga, tak samo jak dawne bogi przejmowały ich całych gniewną zapalczywością. Tworzą hymny, prawdziwe ody, będące zbiorem samych wykrzyków. Żadnego rozwijania myśli i uczuć, zupełna niezdolność do powściągania lub wyjaśniania namiętności, która umie tylko wybuchać; same tylko uniesienia, obudzane przez widok wszechmogącego Boga. Serce, wielkie serce barbarzyńcy, przemawia tu samo jedno. Dawny ich poeta Coedmon (2), opowiada Beda, był człowiekiem mniej jeszcze oświeconym od innych i tak dalece nierozumiejącym się na poezyi, że gdy w sali biesiadnej podawano mu harfę, opuszczał salę, bo nie mógł w śpiewaniu sprostać swym współtowarzyszom. Raz, nocną straż nad oborą sprawując, usnął; we śnie ujrzał człowieka nieznanego, który prosił go o zaśpiewanie czegokolwiek, i do głowy mu przyszły słowa następujące: "Teraz, chwalić będziemy — stróża królestwa niebieskiego, — rady jego ducha, — pełnego chwały ojca ludzi! — Jak cudem, — wiekuisty Pan! — ustanowił początek. — Uczynił naprzód — dla dzieci człowieczych — niebo jako dach — Święty Stwórca! — Potem stróż rodu ludzkiego! — Pan wiekuisty! — potem uczynił — strefę środkową — Jest to ziemia, przeznaczona dla ludzi, — Panie wszechmogący". Zapamiętawszy, po obudzeniu się, pieśń tę, Coedmon poszedł do miasta, gdzie zaprowadzony został przed oblicze ludzi uczonych, przed ksienię Hildę także, którzy, usłyszawszy śpiew jego, uznali w nim człowieka ubłogosławionego darem bożym i uczynili go w klasztorze mnichem. Tam spędzał życie na słuchaniu ustępów z Pisma Ś go, które tłómaczono mu na język saksoński, a on je "na podobieństwo niewinnego zwierzęcia przeżuwał, układając je w bardzo przyjemne wiersze". — Oto jakim sposobem powstaje prawdziwa poezya. Twórcy jej modlą się i cześć oddają na


(1) [59]

(2) [60]

klęczkach, ze wzruszeniem, właściwem duszom świeżym, które, im mniej wiedzą, tem więcej czują. Ktoś powiedział, że pierwszym i najszczerszym z hymnów był krótki wykrzyknik: o! Poeci anglosaksońscy z czasów owych nie wiele więcej nad ten wykrzyknik wydawali z siebie, gdy raz po. raz, z uniesieniem wciąż jednostajnem, powtarzali jedno głębokie i namiętnie odczute słowo: "Tyś jest w niebie, — pomocy i ucieczko nasza, — promieniejący szczęśliwością! — Wszelka rzecz pochyla się przed tobą — przed chwałą twojego ducha! — Wszelka rzecz wzywa Chrystusa, — wola: święty jesteś, święty, — królu aniołów niebieskich, — Panie nasz, — i wyroki twoje — sprawiedliwe są i rozległe, — panują wiecznie i wszędzie — pośród mnóstwa dzieł twoich". Łatwo po tych pieśniach rozpoznać dawne sługi Odyna, teraz tylko przyodziane w szaty mnisie i z tonsurami na głowach. Poezya ich pozostała taką, jaką była; myślą o Bogu w ten sam sposób, w jaki myśleli o Odynie: szeregiem obrazów krótkich, stłoczonych, namiętnych, podobnych do łańcucha błyskawic. Ich hymny chrześcijańskie są dalszym ciągiem hymnów pogańskich. Jeden z poetów tych, Adlhem, w celu nauczania współczesnych, zasiada na moście miejskim i dla pociągnięcia ku sobie ludzi śpiewa ody świeckie i wojenne, zarówno jak pieśni religijne, a oba te rodzaje poezyi są tak do siebie podobne, że wyśpiewywać je może na jedną nutę. Istnieje pewna pieśń pogrzebowa, w której przemawia śmierć; jedna to z ostatnich pieśni utworzonych w języku saksońskim, krańcowo chrześcijańska, a która jednak zdaje się pochodzić z najczarniejszych głębin Eddy. Krótka stopa wiersza tętni tu szybko, pośpiesznie, jak uderzenia dzwonu; zda się, że głuche odpowiedzi mszalne rozbrzmiewają po kościele, a jednocześnie deszcz chłoszcze mętne szyby okien; porozdzierane chmury ponuro wloką się pod niebem; wzrok, utkwiony w bladą twarz umarłego, uczuwa cala okropność jamy, do której wnet wrzucą go żyjący (1).

"Dla ciebie zbudowanym był dom — zanim się urodziłeś. — Dla ciebie była wydrążoną forma — zanim wyszedłeś z łona matki; wysokość domu niejest oznaczona, — ani głębokość odmierzona, — i zamknięty on nie będzie, — dopóki trwać będą czasy. — Wkrótce poniosę cię — tam, kędy zostaniesz; — wkrótce odmierzę cię — i wraz z tobą te garście ziemi. - Dom twój nie posiada wysokich ścian, — nie będzie on wysokim, będzie nizkim — gdy się w nim znajdziesz. — Ściana u nóg jest nizka — ściany boczne są niewysokie. — Dach znajduje się — nad samą twoją piersią. — Takiem będzie twoje mieszkanie — w ziemi chłodnej, — mrocznej i czarnej, — gnijącej wraz z tobą. —


(1) [61]

Bez drzwi jest dom ten — i wnętrze jego ciemne. — W nim przytrzymany jesteś mocno — klucz od niego trzyma śmierć. — Obrzydły jest ten dom ziemny, — straszno w nim mieszkać. — W nim mieszkać będziesz — i robaki zjadać cię będą. — W nim złożony jesteś — i wzywasz ku sobie przyjaciół. — Nie masz takiego przyjaciela, — któryby chciał pójść tam za tobą. — Któż kiedy zapyta — jak dom ten podoba się tobie? — Któż kiedy otworzy drzwi twoje — i szukać cię będzie! — Bo wkrótce staniesz się ohydnym — i wstrętnym dla oczu". Sam Jeremiasz Taylor nie zdobył się nigdy na bardziej ponure malowidło. Dwie poezyę religijne: chrześcijańska i pogańska, tak zblizka graniczą tu z sobą, że obrazy, legendy i odrębne właściwości obu zlewają się w jedną całość. W historyi Beowulfa Bóg chrześcijański to drugi Odyn, potężniejszy tylko i spokojniejszy niż tamten, różniący się od tamtego o tyle, o ile osiadły Bretwalda różni się od zuchwałego i szukającego przygód wodza zbójców. Skandynawskie potwory, Jotowie, nieprzyjaciele Azów, nie zniknęli, tylko nabrali pochodzenia od Kaina i olbrzymów pochłoniętych przez potop (1); nowo poznane piekło jest prawie takiem samem, jak starodawny Nastrond: "pełen śmiertelnych lodów, krwawych orłów i bladych węży", a straszliwy dzień sądu ostatecznego, w którym wszystko rozsypie się w proch i ustąpi miejsca światu lepszemu, przypomina zawartą w Eddzie przepowiednię ostatecznej zagłady, tego "zmierzchu bogów", po którym nastąpi zwycięzkie odrodzenie i radość wieczna "pod słońcem piękniejszem".

To wrodzone pokrewieństwo z pierwiastkami nowej wiary obdarzyło ich zdolnością do tworzenia poematów religijnych, będących prawdziwemi już poematami; bo umysłowa twórczość człowieka wtedy ylko może być potężną, gdy panujące w nim uczucie jest szczerem, własnem i oryginalnem. Byli oni zdolni do odtwarzania tragedyi biblijnych dlatego, że posiadali sami duszę tragiczną i nawpół biblijną. Jak starzy prorocy izraelscy, zaprawiają i oni swe wiersze dziką zapamiętałością, krwawą nienawiścią, fanatyzmem, i wkładają w nie wszystkie drgnienia i uniesienia pochodzące z ciała i z krwi. Jeden z nich, którego poemat znamy tylko z ułamków, za przedmiot opowiadania obrał historyę Judyty. Zobaczymy zaraz jaki rodzaj natchnienia panuje w jego utworze. Tylko barbarzyniec może z taką siłą przedstawiać orgię, zgiełk, mord, bój i zemstę.

"Wtedy Holofernes — rozgrzany był winem. — W salach gościnnych, — wybuchał śmiechem i krzykami — wył i ryczał — tak, że dzieci człowiecze — mogły słyszeć z oddali — jaki hałas, jaką burzę


(1) [62]

krzyku — wydawał z siebie wódz straszny — podniecony i rozpłomieniony przez wino. — Głębokie czary — często były roznoszone — dokoła ław, — tak, że człowiek przewrotny — dziki rozdawca bogactw, — on i jego słudzy — przez dzień cały, — upajali się winem, — aż dopóki nie padli — leżący i pijani — wszyscy jego szlachetni — jak nieżywi".

Z nadejściem nocy Holofernes rozkazuje, aby przyprowadzono mu do namiotu "dziewicę znakomitą, młodą dziewczynę, która jaśnieje jako wieszczka"; a gdy Znajduje się już przy niej, pijany pada na loże. Wówczas nastał moment stanowczy "dla córy Stwórcy, dla świętej niewiasty".

"Porwała poganina — silnie za włosy — pociągnęła go za członki — ku sobie, w sposób ohydny. I człowiek złoczynny, — wstrętny, — oddany został na jej wolę. — Kobieta ze splecionemi włosami — uderza w nienawistnego wroga — mieczem czerwonym, aż rozcięła mu szyję do połowy, — tak, że zostawał leżący — omdlały, śmiertelnie raniony. — Nie był jeszcze umarły, ani zupełnie bez życia. — Wówczas uderzyła gwałtownie, — niewiasta chwalebna w swej sile! — po raz drugi — psa pogańskiego — aż głowa jego stoczyła się na ziemię. — Podły mózg leżał bez życia; — dusza jego wpadła w otchłań — i tam została pogrążoną na dno, — zatopioną w siarkę, — wiecznie gryziona przez robaki. — Skuty, w męczarniach, — srogo więziony, — płonie w piekle. — Gdy minęło życie jego — pochłonięty przez ciemności — nie może już mieć nadziei — wymknięcia się z tego robaczliwego domu. — Ale zostanie tam — w tej jaskini, — na zawsze i na zawsze — odtąd, bez końca — próżen radości i nadziei".

Czy nuta zadowolonej zemsty może mieć brzmienie sroższe? Chlodwig, wysłuchawszy opowiadania o męce pańskiej, zawołał: "Dlaczegóż nie było tam mnie i moich Franków"! Podobnie tutaj stary instynkt wojenny zapala się przez zetknięcie z wojnami hebrajskiemi. Gdy tylko Judyta wróciła do miasta, mężowie w cieniu hełmów — występują ze świętych murów — o wschodzie jutrzenki; — z grzmotem uderzają w puklerze, — ryczą rozgłośnie. — Krzyk ten raduje — w lesie wilka chudego — i kruka wynędzniałego, — chciwego mordu. — Obaj śpieszą z zachodu, — bo syny człowiecze — zatroszczyli się o przygotowanie dla nich — obfitej uczty z trupów. — A na ich spotkanie lecą swemi drogami: — bystry pożeracz, orzeł — o piórach szarych; — sokół z zakrzywionym dziobem — śpiewający pieśń o Hildzie. — Szlachetni wojownicy wystąpili, — mężowie w stalowych koszulach wystąpili do boju,. — zbrojni w puklerze, — z chorągwiami wydętemi... — Szybko wypuścili w powietrze deszcze strzał, — wężów Hildy, — ze swych łuków rogowych. — Na równinie wrzała — burza

mieczów. — Wściekle miotali się — niszczyciele bojowi. — Wysyłali swe pociski — pomiędzy tłum wodzów. — Oni, którzy przedtem znosili pośmiewisko cudzoziemców, — obelgi od pogan, — odpłacili w tej grze mieczów — za wszystkie swe cierpienia".

Pośród tych poetów z imionami nieznanemi (1) jest jeden, o którym wiemy, że nazywał się Coedmon. Był to może ów Coedmon, wynalazca pierwszego hymnu, a w każdym razie człowiek bardzo da tamtego podobny. Z barbarzyńską mocą i egzaltacyą, po raz drugi układając Biblię, objawił on całą potęgę i zaciekłość, do jakiej sięgnąć mogło religijne uczucie ludzi ówczesnych. On także, mówiąc, śpiewa. Kiedy chce wymienić Arkę Noego, czyni to za pomocą mnóstwa nazw poetycznych, takich, jak: dom pływający, największa z pływających komnat, twierdza drewniana, dach ruchomy, pieczara, wielka skrzynia morska, i wielu podobnych. Za każdym razem, gdy myśli o Arce, doznaje jej wewnętrznego widzenia, które, jak objawienie szybkie i jasne, wskazuje mu ją w coraz- to innej postaci: to kołyszącą się na zamulonych falach, pomiędzy dwiema wstęgami piany, to wydłużającą na wodzie swój cień ogromny, czarny, podobny do tego, który pada od wysokiego zamku, to zawierającą w swem "pieczarowem" wnętrzu nieskończone mrowisko natłoczonych zwierząt. Jak inni w bojach wojennych u boku wodzów, tak on całem sercem stoi po stronie Boga; zniszczenia i zwycięztwa napełniają go uczuciem tryumfu. Opowiadając śmierć faraonową, wpada w gniew i z mętnym wzrokiem zaledwie bełkotać może, bo krew zalewa mu oczy. "Trwoga ogarnęła lud, — straszny żywioł szedł na niego, — wiatr drżący — wył pogrzebowo... — Morze żygało krwią — narzekania rozchodziły się po powierzchni wód,.. Powstawała ciemność otchłani. — Egipcyanie obejrzeli się. — Uciekali strachem zjęci. — Uczuli strach aż w głębinach serc. — Wojsko pragnęłoby wrócić do kraju. — Pycha ich była unicestwioną. — Po raz drugi pochwycił ich straszny pęd żywiołu. — Ani jeden z nich powrócić nie mógł, — ani jeden z tych wojaków nie powrócił do domu swego. Przeznaczenie, gdy biegli — z tyłu ich pochwyciło. — Tam, gdzie przed chwilą była otwarta droga, — pieniło się wściekłe morze. — Wojsko zostało pochłonięte. — Fale nabrzmiewały. — Burza wzdymała się — wysoko, aż pod niebo. — Wojsko wyrzekało. — Wołali: o, boleści! — do chmur brzemiennych ciemnością — głosem omdlewającym. — Z okropnem drżeniem — miotał się wściekły ocean, — zbudzony ze snu. — Postrachy wstawały, — trupy toczyły się po wodach".


(1) [63]

Czyliż księga Exoda zawiera w sobie cóś bardziej nad to srogiego i gwałtownego? Ale ludzie ci, językiem biblijnym mówiący o zniszczeniu, umieją też, tak jak Biblia, mówić i o stwarzaniu. Potrzebują tylko zstąpić na najskrytsze dno istoty własnej, aby znaleźć wzruszenie dość potężne, coby mogło podnieść ich dusze do równego poziomu z Wszechmogącym. Takie wzruszenie przenikało już nieraz ich legendy pogańskie i dla opowiedzenia początku rzeczy Coedmon musiał tylko odnaleźć w sobie stare rojenia, zawarte w proroctwach Eddy.

"Nic jeszcze nie istniało — coby istniało, — oprócz ciemności, — jakby jaskiniowej; — lecz ogromna otchłań — otwierała się głęboka i ciemna, — nieznająca swego Pana, — bez kształtu jeszcze i bez użytku. — Ku niej król surowy — zwrócił wzrok — i spoglądał na smutną przepaść. — Ujrzał czarne chmury — śpieszące bez odpocznienia, — czarne pod niebem — ciemnem i pustem. — I uczynił najpierw, — Pan wiekuisty! — Ojciec wszech stworzenia! — ziemię i firmament, — i tę szeroką przestrzeń ziemi On ustanowił — swą ogromą mocą, — Wszechmocny Król!... Ziemia nie była jeszcze — zieloną od murawy; — ale Ocean, — czarny od ciemności wiekuistej, — wzdłuż i wpoprzek — okrywał drogi puste" (1).

W taki sam sposób przemawiać będzie potem Milton, ten spadkobierca jasnowidzących Hebrajczyków i ostatni z jasnowidzących Skandynawów, tylko że całe bogactwo wychowania i cywilizacyi łacińskiej zaopatrzy go w środki do innego całkiem rozwijania myśli. Ale pierwotnego uczucia Milton niczem już nie wzbogaci, bo zmysłu religijnego nabyć niepodobna, lecz tylko wraz z krwią po przodkach odziedziczyć go można. To samo zresztą stosuje się i do innych instynktów, szczególniej do dumy, do niezłomnej a samodzielnej energii, które wzniecają w człowieku bunt przeciw wszelkiemu despotyzmowi i czynią go wytrzymałym na wszelki ból. Jak szerokie malowidło ze szkicu, tak z szatana, którego przedstawił Coedmon, wyziera jaż szatan miltonowski, a dzieje się tak dlatego, że obaj poeci związani są wspólnością plemienną, — że gdy Coedmon wzory do poemata swego czerpał z pomiędzy wojowników północnych, Milton znajdował je wśród Purytanów.

"I pocóżbym miał błagać go — o łaskę — lub oddawać mu pokłon — pełen uległości? — Tak jak on — mogę być Bogiem. — W górę wraz ze mną — silni towarzysze moi — którzy w tej walce nie sprawicie mi zawodu! — Szermierze o sercu śmiałem — którzyście mnie obra-


(1) [64]

li — za wodza! — Żołnierze znakomici! — Z takimi jak wy bojownikami, zaprawdę! — można ważyć się na postanowienie, — z takimi szermierzami można zdobyć placówkę! — Są to żarliwi przyjaciele moi, — wytrwali w serdecznem oddaniu. — Mogę, jako ich wódz, — rządzić tem królestwem — nie potrzebuję schlebiać nikomu, — przestaję odtąd być jego poddanym".

Pokonany, czy ugnie się przed zwycięzcą? Rzucony "w krainę wygnania, w siedlisko jęków i nieubłaganych nienawiści, w ciemność nocy wieczystej, obrzydłej, pełnej czerwonych płomieni i dymu", czy uczuje skruchę? Nie; oprócz zdumienia, ogarnia go zrazu rozpacz, ale taka, jaką uczuwać mogą tylko bohaterzy.

"Jestże to ta ciasna przestrzeń (1), — w której pan mój mię uwięził? — Zupełnie niepodobna istotnie do tych — któreśmy znali — tam, w królestwie niebieskiemi — O, gdybym miał — siłę mych rąk swobodną, — gdybym mógł na czas jakiś, — choćby na jedną zimę — wyjść ztąd, razem z mem wojskiem! — Lecz otaczają mię — żelazne więzy, — sploty łańcuchów trzymają mię w nieruchomości. — Oto jestem bez królestwa! — Piekielne hamulce ściskają mie tak mocno, — obejmują tak twardo! — A płomienie szerokie tu są — u góry i u dołu; — nigdy nie widziałem krainy tak obmierzłej! — Ogień ten nie umniejsza się nigdy, — gorąco jego wznosi się aż powyżej piekła. — Obręcze, które mię obejmują, — łańcuchy, które ranią ciało rąk moich, — przeszkadzają mi iść naprzód, — zagradzają mi drogę; — nogi moje są związane — ręce skrępowane. — Oto w jakiem więzieniu zamknął mię Bóg!"

A ponieważ przeciw Bogu nic już nie może, więc bierze w obroty nowy twór Jego, człowieka. Pokonanemu zostaje tylko na pociechę zemsta; gdy jej doścignie, uczuje się szczęśliwym, "słodko spocznie, choćby w okowach".

VII.

DLACZEGO CYWILIZACYA ŁACIŃSKA NIE MIAŁA PRZYSTĘPU DO SAKSONÓW? — PRZYCZYNY, POCHODZĄCE Z PODBOJU, DOKONANEGO PRZEZ SAKSONÓW. — BEDA, ALKUIN, ALFRED. — PRZEKŁADY. — KRONIKI. — KOMPILACYE. — NIEMOC ŁACINNIKÓW. — PRZYCZYNY POCHODZĄCE Z CHARAKTERU SAKSONÓW. — ADLHEM. — ALKUIN. — WIERSZE ŁACIŃSKIE. — DYALOGI POLITYCZNE. — ZŁY SMAK ŁACINNIKÓW.

W tej dziedzinie twórczości religijnej zawarł się wszystek wpływ cywilizacyi obcej, gdyż oprócz chrześcijaństwa nie mogła ona zaszczepić na tym pniu barbarzyńskim żadnej gałązki żywej i płodnej. Nie


(1) [65]

było ta tych warunków, które gdzieindziej łagodziły pierwotną dzikość. Gdy Saksonowie przybyli do Brytanii, była już ona opuszczoną przez Rzymian; zabrakło więc im wpływów cywilizacyi wyższej, którym na stałym lądzie podlegali ich współbracia; z miejscowymi zaś mieszkańcami nie zmieszali się nigdy, lecz, owszem, poczytując ich za wrogów lub niewolników, tych, którzy uciekli przed nimi w zachodnie góry kraju, ścigali jak wilków, a tych, których posiedli wraz z gruntem, zmuszali do pracy jak robocze woły. Gdy Germanowie gallijscy, włoscy, hiszpańscy stawali się Rzymianami, Saksonowie, przechowując swój język, swoje obyczaje i swego plemiennego ducha, wytwarzali poza granicami Germanii osobną Germanię. W sto pięćdziesiąt lat po dokonanym podboju, na gruncie nowo przyjętego chrześcijaństwa i wznoszących się wśród coraz bardziej pokojowego usposobienia podstaw społecznych, zakiełkował pewien rodzaj piśmiennictwa, którego przedstawicielem był naprzód Beda, zwany Czcigodnym, potem Alkuin, Jan Erygena i kilku innych komentatorów, tłómaczy, rozmaitych, słowem, nauczycieli barbarzyńców, którzy jednak wszyscy nie próbowali nawet tworzyć, lecz tylko dokonywali kompilacyi i wyciągów, wyjaśniali z wielkiej wiedzy powszechnej Greków i Rzymian to wszystko, co, według ich zdania, mogło być pożytecznem dla współczesnych. Ale tę drobną roślinkę, która zresztą zginęłaby sama przez się, zdławiły wojny duńskie (1) Alfred Oswobodziciel opowiada (2), że w czasie gdy został królem "z tej strony rzeki Humber niewielu było duchownych angielskich, którzyby rozumieli odmawiane przez się modlitwy łacińskie lub mogli przetłómaczyć cokolwiek napisanego po łacinie na język angielski; po drugiej zaś stronie rzeki Humber, zdaje się, że rozumiejących nie było wcale, wogóle zaś liczba duchownych, którzyby odpowiadali powyższym warunkom, była tak małą, że gdy brałem w zarząd królestwo, nie pamiętam, abym na południu od Tamizy znał choćby jednego". Jak Karol Wielki, Alfred usiłował oświecić poddanych swoich i w tym celu przełożył na język saksoński wiele książek, pomiędzy któremi znajdowały się Pocieszania Boecyusza; ale sam ten przekład świadczy o barbarzyństwie tych, dla których był przeznaczonym. Alfred przerabia cały tekst oryginalny, aby przystosować go do stanu umysłowego słuchaczy. Ładne wiersze Boecynsza, opracowane, wytworne, trochę prze-


(1) [66]

(2) [67]

sadne, pełne klassycznych przypomnień, pisane jędrnym, wyszukanym, godnym Seneki stylem, zmieniają się pod jego ręką w prozę naiwną, rozwlekłą, rozlazłą, a jednak posiekaną i chropowatą. Podobnem to iest do bajki o wieszczkach, opowiadanej przez mamkę małemu dziecku: tyle tu znajduje się wyjaśnień, powracania do początku, zdań urwanych, wielokrotnego obracania się około każdego szczegółu. Lecz, pragnąc znaleźć się na jednym poziomie z tą umysłowością młodą, nieumiejącą jeszcze myśleć i nieposiadającą żadnej wiedzy, trzeba było zstępować aż tak nizko.

"Pewnego razu był człowiek grający na harfie, w kraju nazywającym się Tracyą, który należał do liczby krajów greckich. Ten człowiek grający na harfie był nadzwyczajnie dobrym. Nazywał się Orfeusz. Miał żonę bardzo dobrą, która nazywała się Eurydyka. Wtedy ludzie zaczęli opowiadać o tyra człowieku grającym na harfie, że tak dobrze gra na harfie, iż przy dźwiękach jego muzyki lasy tańczą, a dzikie zwierzęta przybiegają do niego, jakby były oswojone, i stają się tak łagodnemi, że nawet przy spotkaniu z ludźmi lub psami nie uciekają wcale. Opowiadają również, że żona człowieka grającego na harfie umarła, a dusza jej została wprowadzoną do piekieł. Wtedy człowiek grający na harfie stał się tak smutnym, że nie mógł już przestawać z innymi ludźmi; ale szedł w lasy i siadał na szczytach gór, gdzie dniem i nocą płakał i grał na harfie. Wtedy lasy zaczynały poruszać się, a rzeki zatrzymywały się w biegu, a jelenie przed lwami, ani zające przed psami nie uciekały i żadne zwierzę nie czuło względem innego zwierzęcia bojaźni, ani nienawiści: tak słodkiemi były dźwięki tej muzyki. Wtedy człowiek grający na harfie uczuł, że nic już na świecie miłem mu nie jest. Wtedy przyszło mu na myśl pójść do bogów piekielnych, zmiękczyć ich muzyką i poprosić, aby oddali mu żonę".

Oto jakim językiem przemawia ten, kto chce wprowadzić cokolwiek do głów ludzkich, których myśl zaledwie bełkotać umie. Czytelnikami Boecyusza byli senatorowie, mężowie wykształceni, tak dobrze jak my dziś zdolni zrozumieć każdą alluzyę do legend mitologicznych; Alfred zaś musi te alluzye podnosić i rozwijać, jakby był ojcem lub nauczycielem, wyliczającym dziecku, siedzącemu na jego kolanach, wszystkie imiona, przymioty, zbrodnie i kary, o których autor łaciński zaledwie napomyka. Lecz powszechna ciemnota jes tak wielką, że mądrość samego nauczyciela nie jest wcale dostateczna. Nie rozróżnia on Park od Furyi i na równi z Cerberem trzema głowami obdarza Charona. Nakoniec, Orfeusz staje przed Plutonem. "Kiedy już długo, bardzo długo grał na harfie, wtedy przemówił król mieszkańców piekielnych. I wyrzekł: oddajmy człowiekowi temu żonę jego, bo zdobył ją swoją muzyką. Rozkazał mu wtedy bardzo

uważać na to, aby się nie obejrzał odchodząc, i powiedział, że jeżeli się obejrzy, utraci znowu żonę. Ale ludzie, chociaż i mogą to czynić, zazwyczaj z wielkim trudem powściągają się w miłości. Ano, dobrze. Orfeusz uprowadzał z sobą żonę aż do granicy, na której ciemność stykała się z jasnością. Żona szła za nim. Przybywszy do samej już jasności, obejrzał się na żonę. Wtedy, natychmiast, utracił ją napowrót".

Ozdobności i dowcipu, których pełen jest oryginał, w opowiadaniu tem niema wcale; jedynem pragnieniem Alfreda jest to, aby był zrozumianym. A w cóż się u niego obróci sens moralny bajki, pojęty w duchu platońskim, będący zręcznem naśladowaniem Jamblichosa i Porfiryusza? Oto staje się on ciężkim, niezgrabnym, bo Alfred jest zmuszony do nazywania rzeczy po imieniu, do wpychania w oczy ludzkie pojęć prostych, doskonale wyrażonych. A i tak jeszcze pojęcia te zdają się przenosić umysłową skalę jego czytelników:

"Bajka ta naucza wszystkich ludzi, pragnących uniknąć ciemności piekielnych, a posiąść jasność prawdziwego dobra, aby nie oglądali się na swoje występki, z chęcią popełniania ich znowu tak jak dawniej. Bo ktokolwiek dobrowolnie zwraca duszę swą ku opuszczonym błędom i na nowo je popełnia, nabywa rozmiłowania w nich zupełnego i utracą wszelkie nabyte dobro, aż dopóki znowu się nie upamięta".

Kazanie to jest dobrze zastosowane do audytoryum, składającego się z tłumów. Duńczykom, których Alfred mieczem nawrócił na chrześcijaństwo, potrzebną była moralistyka bardzo jasna. Gdyby zakończenie boecynszowej bajki wiernie przetłómaczone było, słuchając go, naprzód od zdziwienia szeroko otworzyliby oczy, a potem zamknęliby je do snu.

Bo cała siła uzdolnień duszy niewykształconej spoczywa w szczerości i mocy jej własnych wzruszeń, poza których granicami czuje się ona bezsilną. Dla dusz takich sztuka myślenia i rozumowania jest niedościgłą; tracą one dar twórczy jednocześnie z tem, jak przygasa żar ich gorączki. Gdy odstąpi je gorączka, umieją tylko układać kroniki suche, ciężkie, bełkotliwe i niezgrabne, będące czemś nakształt historycznych kalendarzy. Kronikarze ich przypominają chłopów, którzy tylko-co pług opuściwszy, zapisują kredą na okopconym stole daty nieurodzajów i śmierci, ceny zbóż, zmiany pogody (1). Jest w tem podobieństwo do Biblii, w której obok oschłych kronik wytryskują natchnione psalmy i gorączkowe proroctwa. Jeden i ten sam poeta liryczny może być tu z kolei grubem zwierzęciem i genial-


(1) [68]

nym twórcą, bo geniusz jego, na podobieństwo choroby, to ogarnia go, to odstępuje, bo nie panuje on nad swoim geniuszem, ale mu podlega.

"Rok Pański 611-ty. W tym roku Cynegills objął królestwo Wessexu i rządził niem przez trzydzieści i jedną zimę. Cynegills był synem Ceola, Ceol — Kuty (Cutha), a Kuta — Cyuryka.

614. — W tym roku Cynegills i Cwichelin walczyli pod Bampton i zabili dwa tysiące czterdziestu sześciu Gallijczyków.

678. — W tym roku, w sierpniu, na niebie ukazała się kometa i przez trzy miesiące świeciła co rano jak promień słońca. — Bisknp Wilfrid wypędzony z biskupstwa swego przez króla Ewertha, poczem wyświęcono na jego następców aż dwóch biskupów.

901. — W tym roku umarł Alfred, syn Ethelwolfa, a stało się to na sześć dni przed mszą wszystkich świętych. Był on królem narodu angielskiego, z wyjątkiem tej jego części, która zostawała pod panowaniem Duńczyków. Rządził o półtora roku mniej niż przez trzydzieści zim. A wtedy Edward, syn jego, odziedziczył po nim rządy.

902. — W tym roku była wielka bitwa w Holm, pomiędzy ludźmi z Kentu a Duńczykami.

1077. — W tym roku król Franków i Wilhelm, król angielski, zawarli zgodę, która jednak trwała krótko. W tym roku, w nocy poprzedzającej Wniebowzięcie Najświętszej Maryi, Londyn uległ tak strasznemu pożarowi, jakiego nie było od czasu jego zbudowania".

W taki-to sposób monotonny i suchy przemawiają biedni mnisi, następcy Alfreda, zajęci kompilowaniem już spisanych, a zapisywaniem świeżych, najgrubiej rzucających się w oczy, wypadków. Kiedy niekiedy wpada w nie krótki błysk namiętności — i nic już niema tam więcej. W wieku dziesiątym król Edgar ofiarowywał zamek w nagrodę takiemu biskupowi, któryby potrafił przełożyć na język saksoński regułę klasztorną, napisaną po łacinie przez Ś-go Benedykta. Sam Alfred, który pomiędzy nimi był prawie ostatnim człowiekiem wykształconym, zdobył wykształcenie, na podobieństwo Karola Wielkiego, tylko dzięki wysileniom woli i cierpliwości. I nadaremnie wielkie umysły współczesne czepiają się po ruinach pięknej cywilizacyi starożytnej, aby tym sposobem wznieść się nad zabagnioną i gminną ciemnotę powszechną: samotnemi pozostają, a po ich śmierci ogół ludzi znowu zanurza się w błotnisku. Jest to pora panowania zwierzęcia człowieczego; dla ducha niema miejsca wśród buntów i chuci mięśni, krwi i brzucha. Nawet w małym zakresie, który nieodzownie jest własnością ducha, praca jego owoców nie przynosi, bo wzór, który przed sobą postawił, przytłacza go wielkością, a naśladownictwo więzi i kurczy. Jedynym teraz celem dążeń.

jest wierne oddawanie tego, co ma przed sobą, zbieranina setek wierszy, obdarzanych mianem poezyi łacińskiej, odgrzebywanie wierszowanych zwrotów poetów wzorowych, wypracowywanie łaciny nadętej, zepsutej, rażącej niezgodnością szczegółów. Pod względem pojęć najgłębsi z tych pisarzy poprzestają na powtarzaniu umarłych doktryn które wygłosili byli pisarze umarli. Ich podręczniki historyczne i teologiczne wzorowane są na ojcach Kościoła; najmędrszy z nich, Erygena, doszedł do tego, że usiłował wskrzeszać stare i zawikłane marzenia metafizyki aleksandryjskiej. A przecież jak oddalonemi były te nawet pomysły i powtarzania od barbarzyńskiego tłumu, który wył i miotał się na nizinach, jak niezmiernie przerastały go jeszcze, — żadnem słowem dostatecznie wyrazić tego niepodobna. — Był w siódmym wieku taki król Kentu, który nie umiał pisać. Wyobraźmy sobie doktora teologii, który przemawia do zgromadzenia złożonego z woźniców, nie z paryzkich, w dodatku, woźniców, ale takich, jakich spotkać jeszcze można w Owernii albo w Wogezach. Wśród kleru, którego członkowie, na sposób pilnych uczniów, powtarzają pacierz za najdroższemi powagami, a ze światem rozdzieleni są podwójnie: jako szkolarze i jako klasztornicy, jeden tylko Alfred, człowiek świecki, z umysłem praktycznym, dostępny jest dla spółczesnej publiczności, zarówno w przekładach swoich na język saksoński, jak w saksońskich wierszach. A jednak usiłowania jego, jak i wysiłki Karola Wielkiego, okazały się bezowocnemi. Pomiędzy uczoną literaturą starożytną a barbarzyństwem współczesnem istniała przegroda do przebycia niepodobna. Z kształtami niestosownemi dla formy starej, ludzie ci, wtłaczając się w tę formę, wypaczali ją i psuli. Nie umiejąc odtwarzać myśli autorów, odtwarzali miarę ich wiersza. Usiłowali olśnić swych współtowarzyszy w pracy wierszowania wybrednością faktury i urokiem przezwyciężonych trudności. Coś podobnego zdarza się widzieć w szkołach, gdzie zdolni uczniowie wolą naśladować uczony rytm i symetryczną średniówkę Klaudyana, aniżeli dodatnią i urozmaiconą zasobność Wirgiliusza. Wkładali sobie pierwej kajdany na nogi, i potem dopiero dawali dowody swej siły, biegając w kajdanach. Poczytywali sobie za obowiązek stosować się do prawideł nowożytnego rymowania i zarazem do tych, które rządziły starożytnem skandowaniem, a w dodatku nie rozpoczynać nigdy wiersza inaczej jak od tej samej litery, która rozpoczynała wiersz poprzedzający. Niektórzy z nich, jak naprzykład Adlhem, tworzyli akrostychy kwadratowe, których pierwszy wiersz powtórzony u końca, powtarzał się jeszcze w pierwszych literach wszystkich wierszy po stronie lewej i w ostatnich po prawej, tak, że czyniły się z tego ramki, w których cały utwór wyglądał jak wyszyta na kanwie poduszka. Były to szczególniejsze w piśmiennictwie sztuki łamane, które przerabiały poetów na rze-

mieślników, świadcząc zarazem o sprzeciwieństwie zachodzącem pomiędzy ówczesną kulturą i ówczesną naturą, sprzeciwieństwie szkodliwem zarówno dla łacińskiej formy jak i dla saksońskiego ducha.

Oprócz tej przegrody, która w sposób nieprzezwyciężony rozdziela cywilizacyę od barbarzyństwa, istniała tu jeszcze inna, niemniej trudna do przełamania, pochodząca z różnicy łańcińskiej i saksońskiej duchowości. Potężna wyobraźnia germańska, do której nagle, obficie i w nierównych poskokach napływają widzenia jaskrawe i ponure, stworzyła sprzeciwieństwo z umysłem łacińskim, który nadewszystko rozumuje, a rozumując, rozwija i ustawia pojęcia w szeregi prawidłowe. Z tego wynikało, że barbarzyniec, usiłując być klassycznym, a jednocześnie zachowując pewną przynajmniej część swych pierwotnych właściwości, mógł tworzyć tylko dzieła szpetne i dziwaczne. Jeden z nich, ów Adlhem, krewny króla Iny, który-to na miejskim moście śpiewał w jednym zapędzie i ballady świeckie i hymny nabożne, zbyt przeniknięty poezyą narodową, aby mógł tylko i po prostu naśladować wzory starożytne, przystrajał prozę i wiersze łacińskie w całą "pompatyczność angielską. " (1) Utwory jego nasuwają wyobraźni barbarzyńcę, któryby na dworze Augusta wyrwał flet z rąk biegłego muzyka i dął weń pełną piersią, jak w rykliwą trąbę, zwołującą myśliwych na żubra. Jędrny styl rzymskich mówców i urzędników nabiera pod jego ręką obrazowości przesadnej i bezładnej, z takiem nagromadzeniem malowideł, że wynika z nich chaos nadzwyczajny, do zrozumienia niepodobny, właściwy twórczości ostatnich Skaldów. Bo też właściwie Adlheim jest skaldem, który, wdał się w łacinę, i do tego nowego dlań języka wnosi zdobnictwo poezyi skandynawskiej, nie zapomina i o powtarzaniu jednej i tej samej litery, czyni to zaś tak sumiennie, że w jednym z epistolarnych swych utworów od jednej litery zaczyna aż piętnaście z rzędu wyrazów, a ponieważ jednego z piętnastu zabrakło mu w łacinie, więc zastępuje go greckim, pomiędzy łacińskiemi umieszczonym. (2) U innych także, zwłaszcza u twórców legend, łacina, wskutek dopływu zbyt bujnej wyobraźni, spotworniona jest w ten sam sposób. Ta bujna wyobraźnia uwidocznia się nawet w ich pedagogice i innych naukach. Alkuin w dyalogach ułożonych dla syna Karola Wielkiego używa zdań krótkich, śmiałych, poetycznych, takich właśnie, jakie znajdują


(1) [69]

(2) [70]

się rojami w jego poezyi narodowej. "Co to jest zima? Wygnanie wiosny. — Co to jest wiosna? Malarz ziemi. — Co to jest rok? Kwadryga świata. — Co to jest słońce? Blask wszechświata, piękność nieba, wdzięk natury, chwała dnia, dzielca godzin. — Co to jest morze? Gościniec dla zuchwałych, granica dla ziemi, gospoda dla rzek, źródło dla deszczów. " Co więcej, nauczania swe Alkuin kończy zagadkami w rodzaju tych, które układali Skaldowie i które dziś jeszcze znaleźć można w niektórych starych rękopisach, pomiędzy pieśniami z czasów barbarzyńskich. Rys to jest znamienny tego narodowego ducha, że, pracując nad zrozumieniem rzeczy, usuwa na stronę suche, jasne, dobrze skojarzone wywody, a natomiast posługuje się obrazowością dziką, tłumną, zostającą z przedmiotem w związku dalekim; że oprócz tego jeszcze analizę zastępuje intuicyą, czyli rozbiór rzeczy — ich odgadywaniem.

VIII.

ODTRĄCANIE SIĘ WZAJEMNE PLEMION GERMAŃSKICH I PLEMION ŁACIŃSKICH. — CHARAKTER PLEMIENIA SAKSOŃSKIEGO. — PRZETRWAŁOŚĆ TEGO CHARAKTERU POD PANOWANIEM PODBOJU

NORMANDZKIEGO.

Takiem jest to plemię, które, najpóźniej do Europy przybywszy, śmiało wobec upadku plemion bratnich: greckiego i łacińskiego, obdarzyć świat cywilizacją nową, zawierającą w sobie nowe znamiona i nowego ducha. W lasach, bagnach i śniegach, pod niebem smutnem i nielitościwem, w długie lata barbarzyństwa, zapanowały nad tem plemieniem instynkty grube, a obcą mu pozostała wesołość pełna wdzięku, łatwość wylewania się na zewnątrz i odczuwania harmonijnych piękności natury. Wielkie, ociężale ciało Germanina stało się sztywnem i ponurem, żarłocznem i prostaczem; a umysł nieuprawny zachował skłonność ku dzikości i przeciwcywilizacyjną oporność. Pojęcia jego, ciężkie i ostudzone, nie są zdolne do rozwijania się łatwego i obfitego, do postępowania w pewnym naturalnym szeregu i z pewną pomimowolną prawidłowością. Ale zarazem umysłowość ta, wyłączona z dziedziny piękna, tem zdolniejszą się stała do ogarniania uczuciem dziedziny prawdy. Głębokość i siła wrażeń, otrzymywanych przez Germanina od zetknięcia się ze światem zewnętrznym i których on nie umie jeszcze wyrażać inaczej jak krzykiem, ochronią go z czasem przed retoryką łacińską i kosztem słów zwrócą ku samym rzeczom. Co więcej, smętki klimatu i samotności, przywyknienie do wysileń i oporów, umieszczają przed nim wzór idealny na innym punkcie niż przed innymi. Z pomiędzy wszystkich instynktów

ludzkich nad Germaninem zapanowują najsilniej instynkty męzkie i moralne, a z pomiędzy tych jeszcze górującą jest potrzeba niepodległości, miłość obyczajów czystych i poważnych, zdolność do poświęceń i do oddawania czci, cześć dla bohaterstwa. Wszystko to stanowi grunt i części składowe cywilizacyi powolnej, lecz zdrowej, mniej od innych ładnej i wytwornej, lecz za to silniej osadzonej na podstawach prawdy i sprawiedliwości. (1) W każdym razie w czasach, o których mówimy, plemię to jest jeszcze samem sobą, w grubej swej pierwotności zupełnie samem sobą; cywilizacya przybyła do niego z Rzymu ani jej rozwiązała, ani przekształciła. Chrystyanizm znalazł do niego łatwy przystęp, ale tylko wskutek pokrewieństwa z jego naturą, i zresztą nie nadwerężył w niczem wrodzonych ma usposobień. Aż oto przybywa żywioł najezdniczy i wprowadza nietylko nowe pojęcia, ale i nowych ludzi. Wówczas już jednak Saksonowie, jak to bywa ze wszystkiemi plemionami germańskiemi, odznaczającymi się siłą i płodnością, w ciągu sześciu wieków ogromnie wzrośli w ludność i było już ich może całe dwa miliony w czasie, gdy Normandowie w liczbie sześćdziesięciu tysięcy przybyli do ich krajów. (2) A sami Normandowie ci daremnie zmienili się i zfrancuzieli; bo z pochodzenia i jakichś ostatków dawnej swej istoty nie przestali być braćmi tych, których orężem swym byli pokonali. Daremnie do spółeczeństwa pokonanych wprowadzili swoje obyczaje i swoją poezyę, a do języka trzecią część słów ze swojej mowy, — język ten, jako grunt i jako materyał, (3) pozostał germańskim, a jeżeli potem zmienił gramatykę, to dokonał tego tylko sam przez się, siłą własną i w tym samym kierunku, w jakim to uczyniły pokrewne mu języki na lądzie stałym.


(1) [71]

(2) [72]

Podług "Doomsdaybook" Turner oblicza na 300, 000 liczbę wskazanych w tem źródle ojców rodzin. Jeżeli każda rodzina składała się z pięciu osób, czyni to milion pięćset tysięcy ludzi. Do tej liczby Turner dodaje pięćset tysięcy w 4-ch hrabstwach północnych, w Londynie i kilku większych miastach, nie biorąc w rachunek zakonników i duchowieństwa wiejskiego. Liczby te należy przyjmować ze wszelkiemi zastrzeżeniami, jednak zgadzają się one z podanemi przez Mackintosha, Jerzego Chalmersa i kilku innych. Wiele faktów świadczy o tem, że ludność saksońska była bardzo liczna i nieproporcyonalne przewyższająca ludność normandzką.

(3) [73]

Po trzystu latach okazuje się, że zdobywcy-to właśnie zostali podbitymi, że mówią po angielsku i że wskutek mieszanych małżeństw w żyłach ich znajduje się więcej krwi angielskiej, aniżeli normandzkiej. Ogółem biorąc, plemię to pozostaje takiem, jakiem było — saksońskiem. A jeżeli po podboju znika duch poetyczny, to tylko na sposób wód rzecznych, które niekiedy utajają się w ziemi, ale pod ziemią płynąć nie przestają. Tu rzeka poezyi po pięciuset latach wytrysnąć ma z pod ziemi.

[edytuj] ROZDZIAŁ II.

NORMANDOWIE.

I.

POWSTAWANIE FEUDALIZMU I CECHY WYTWARZAJĄCYCH GO LUDZI.

Półtora stulecia już upłynęło, odkąd na stałym lądzie, pośród osłabienia i rozprzężenia powszechnego, wzniosło się nowe społeczeństwo i powstali nowi ludzie. Zaczęło się to od oporu stawionego Normandom i rozbójnikom, na który ostatecznie zdobyły się mężne serca. Ludzie o wielkich duszach i silnem ramieniu stopami wryli się w grunt i z niezmiernem wysileniem powstrzymali rozpadnięcia się wszystkiego dokoła w chaos gruzów. Przy ujściach rzek, w wąwozach górskich, na pograniczu spustoszonych dzielnic, u wszystkich punktów i przejść zagrożonych pobudowali oni twierdze, każdy swoją, każdy na własnym gruncie, każdy z gromadą swoich wiernych, i żyli w tych warownych zamkach jak w obozowiskach, na sposób wojskowy, rozproszeni, lecz sprzymierzeni, wiecznie na czatach, z bronią. w ręku, oko w oko spoglądając na wroga. Z takiego sposobu życia powstał lud straszny, zrodziły się w potężnych ciałach (1) serca sro-


(1) [74]

gie, niezdolne do powściągliwości, chciwe czynów gwałtownych, przeznaczone do wiecznych wojen, bo w wieczne wojny zaprawione, — serca bohaterskie i zbójeckie, które opuszczały samotne siedliska tylko dlatego, aby rzucać się w przedsięwzięcia zuchwałe, aby biedz do Sycylii, Portugalii, Hiszpanii, Inflant, Palestyny, Anglii, w celu podbijania nowych ziem lub zdobywania zagrobowego raju.



II.

WYPRAWA I CHARAKTER NORMANDÓW. — PRZECIWIEŃSTWO NORMANDÓW A SAKSONÓW. — NORMANDOWIE SĄ TO WŁAŚCIWIE FRANCUZI. — SMAK I ARCHITEKTURA NORMANDÓW. — ICH UMYSŁOWA CIEKAWOŚĆ I ICH LITERATURA. — RYCERSTWO I ZABAWY U NORMANDÓW. — ICH TAKTYKA I POWODZENIA WOJENNE.

W d. 27 Września 1066 r. przy ujściu rzeki Sommy oczom ludzkim przedstawił się widok niezwykły, a złożyło się nań gotowych do odpłynięcia czterysta wielkożaglowych okrętów, przeszło tysiąc statków przewozowych i sześćdziesiąt tysięcy ludzi. Słońce wspaniale wschodziło po długich deszczach; dźwięki trąb i wrzawa uzbrojonego tłumu wzbijały się pod obłoki; jak okiem sięgnąć, na wybrzeżu, na rzece szeroko rozlanej, na morzu rozpościerającym swe rozległe i lśniące przestworze, wznosił się las masztów i żagli, a powiew południowego wiatru wprawiał w ruch ogromną flotę. (1) Lud puszczający się w świat na tej flocie pochodzenie swe wywodził z Norwegii i na pozór był pokrewny tym Saksonom, z którymi szedł walczyć; lecz towarzyszył mu tłum poszukiwaczy przygód, którzy przybyli tu pośpiesznie wszystkiemi drogami, zdaleka i zblizka, z północy i z południa, z Moguncyi i z Andegawii, z Poitou i z Bretanii, z Ile-de-France i z Flandryi, z Akwitanii i z Burgundyi. (2) Zresztą, zważywszy wszystko, sam ten lud był francuzkim.


(1) [75]

(2) [76]

III.

USTRÓJ UMYSŁOWY FRANCUZÓW. — DWIE CECHY GŁÓWNE: WYRAŹNE ODDZIELANIE SIĘ I DOBRE WIĄZANIE SIĘ POJĘĆ. — PSYCHOLOGICZNY USTRÓJ UMYSŁOWOŚCI FRANCUSKIEJ. — OPOWIADANIA PROZAICZNE, BRAK BARWNOŚCI, NAMIĘTNYCH UNIESIEŃ, PŁYNNOŚĆ MOWY I GADULSTWO. — WRODZONA LOICZNOŚĆ I JASNOŚĆ, WDZIĘK I DELIKATNOŚĆ, DOWCIP I DRWINA. — ŁAD I OZDOBNOŚĆ. — JAKIM RODZAJEM PIĘKNA I JAKIM DZIAŁEM POJĘĆ FRANCUZI OBDARZYLI ŚWIAT.

Jakże się to stało, że, przechowując dawną swę nazwę, zmienił on swą naturę? Jakim był ten szereg odmian, który naród germański przerobił na łaciński? Przedewszystkiem naród ten, przybywając do Neustryi, nie stanowił właściwie narodu, ani przechował całkowitej odrębności swej plemiennej. Była to gromada mężczyzn, którzy przez pojmowanie za żony kobiet miejscowych wprowadzali krew obcą do pokoleń następujących. Była to gromada przeważnie skandynawska, ale z przymieszka różnych zuchwałych łotrów i różnych zrozpaczonych nieszczęśliwców, którzy tułali się po kraju podbitym, (1) a zatem, posiadająca już obce pierwiastki w sobie samej; następnie, już w czasie tułactwa z pierwiastkami obcemi zmieszana, po osiedleniu się nabrała ich w siebie jeszcze więcej, a wpływy pokoju i werbunki żołnierskie w jednakiej mierze przyczyniały się do zacierania jej odrębności plemiennej. Kiedy Rollon, za pomocą sznura rozdzieliwszę ziemię pomiędzy swoich podwładnych, skazał na powieszenie nietylko samych złodziejów, lecz i tych wszystkich, którzy dostarczali złodziejom pomocy jakiejkolwiek, zbiegło się ku niemu mnóstwo ludzi z krajów rozmaitych. Bezpieczeństwo, porządna i " sroga" sprawiedliwość były rzeczami tak rzadkiemi, że ukazanie się ich wystarczało dla okrycia wyludnionej ziemi nową ludnością. (2) Starzy pisarze powiadają, że Rollon wzywał ku sobie obcokrajowców i że "potrafił mnóstwo ludzi różnej natury połączyć w jeden lud. " To zbiorowisko barbarzyńców, zbiegów, rozbójników, rolników, — którzy ojczyste ziemie opuścili, tak prędko zaczęło mówić po romańsku, czy też


(1) [77]

(2) [78]

po francuzku, że drugi z rzędu panujący książę, pragnąc, aby syn jego umiał posługiwać się mową duńską, musiał wysłać go do Bayeux, gdzie była ona jeszcze w użyciu. Wielkie massy prędzej lub później wszczepiają w ogól społeczeństwa swoją krew, a najczęściej także swego ducha i swój język. I oto dlaczego Normandowie, przekształceni przez Francuzów, prędko nabyli sprężystości charakteru i dlaczego to sztucznie wytworzone plemię posiadło umysł żywy, daleko żywszy i rozstropniejszy od umysłu Saksonów, a bardzo pokrewny temu, którym odznaczały się sąsiednie ludności Pikardyi, Szampanii i Ile de France. "Saksonowie, — powiada pewien dawny pisarz, (1) — pili na wyścigi, dnie i noce spędzali na ucztowaniu, lecz wzamian, zadawalniali się mieszkaniami bardzo nędznemi; Francuzi zaś i Normandowie, całkiem przeciwnie, mieszkali w domach obszernych i pięknych, lecz niewiele wydawali na życie, chociaż skądinąd byli w jedzeniu bardzo wybredni i staranność stroju posuwali także aż do wybredności. " Pierwsi, z ciężką germańską flegmatycznością, opijali się i obżerali, kiedy niekiedy wstrząsani przystępami zapałów poetyckich; drudzy, od zmiany siedliska i zmieszania krwi różnoplemiennej nabywszy lekkości i bystrości, zaczynali już uczuwać rozwijające się potrzeby duchowe. W Normandyi naprzód, a potem w Anglii, "wsie posiadały kościoły, a miasta klasztory, budowane w stylu przedtem nieznanym. " (2) Rychło powstał w nich smak artystyczny, to jest chęć sprawienia przyjemności oczom, przez wyrażenie myśli, myśli nowej, pod postacią pewnych kształtów. Okrągła arkada wspiera się na kolumnie prostej, albo na snopie kolumienek; wytworne listwy zaokrąglają się dokoła okien; rozeta, podobna do róży polnej, otwiera kielich jeszcze pełen prostoty: a z temi wszystkiemi właściwościami swemi styl normandzki rozwija się w sposób umiarkowany i oryginalny, z jednej strony zapowiadając bogactwo stylu gotyckiego, z drugiej przypominając moc i gruntowność, które odznaczały romański.

Równie szybko i naturalnie jak smak artystyczny, jednocześnie też z nim, powstała w tym narodzie ciekawość umysłowa. Bo narody są jak dzieci, z pomiędzy których jedne z łatwością i prędko, inne z trudnością i powoli zaczynają rozumieć i mówić. Edukacya Normandów odbyła się po francuzku: żywo i prędko. Już we Francyi — oai-to pierwsi, pisząc i ustalając formy językowe, tak dalece mowę francuzką rozwikłali i wyjaśnili, że dziś jeszcze ich poematy i księgi


(1) [79]

(2) [80]

prawne są dla nas zrozumiałemi. W półtora wieku potem, posiadali już taki stopień wykształcenia, że Saksonów poczytywali za ludzi grubych i ciemnych. " (1) Mniemanie to posłużyło im nawet za nieszczerze przytaczaną przyczynę do oddalania Saksonów od wyższych stanowisk klasztornych i wogóle duchownych. Lecz w tej przyczynie, jakkolwiek ze złą wiarą powoływanej, była część prawdy, bo ociężała głupota budziła w nich istotnie instynktową nienawiść. W czasie, który upłynął od podboju do śmierci króla Jana, założyli w Anglii pięćset pięćdziesiąt siedem szkół. Henryk Bauclerc, syn zdobywcy, otrzymał wykształcenie naukowe, zarówno jak Henryk II i trzej jego synowie, z których najstarszy, Ryszard Lwie serce, był poetą. Lanfranc, pierwszy normandzki arcybiskup w Canterbury, biegły w najsubtelniejszem rozumowaniu, znakomicie rozprawiał o rzeczywistej obecności Chrystusa w Eucharystyi; następca jego, Ś ty Anzelm, największy z myślicieli swego stulecia, wynalazł nowy dowód istnienia Boga i usiłował nadać religii kierunek filozoficzny, za pomocą wskazywania rozumu jako drogi prowadzącej do wiary, — którą-to myśl można najpewniej nazwać wielką, szczególniej w wieku dwunastym, gdy w tej dziedzinie zajść dalej było niepodobna. Zapewne, cala ta uczoność była tylko scholastyczną, a wynikające z niej straszliwe foliały więcej umysłów zdławiły, niż odżywiły; lecz początki muszą być takiemi, jakiemi być mogą, syllogizm zaś, chociażby łaciński, chociażby teologiczny, stanowi zawsze dowód rozumu i środek do nabywania umysłowej wprawy. Jeden z tych duchownych, którzy ze stałego lądu przesiedlili się do Anglii, zakłada bibliotekę, inny szkołę, której uczniowie odgrywają pod jego przewodnictwem "sztukę o Ś-ej Katarzynie"; inny jeszcze gładką łaciną układa epigramata "równie ostre jak Marcyalisa. " Wszystkim tym zajęciom i zabawom może oddawać się tylko plemię rozumne, chciwe rzeczy umysłowych, posiadające umysł żwawy, giętki, jasny, nieprzyćmiony, na wzór głów saksońskich, obłędami pijaństwa i oparami żołądków obżartych i przepełnionych. Normaudowie kochają się w gawędkach, w opowiadania przygód. Obok kronikarzy łacińskich, takich jak Henryk z Huntingtonu, Wilhelm z Malmesbury, którzy umieją już rozważać i nietylko opowiadać, ale czasem i wyrażać zdanie, posiadają kronikarzy piszących wierszami i w języku gminnym, w języku, którym posługują się Geoffroy Gaimar, Benedykt de Sainte-Maure, Robert Wace. A to już jest pewnem, że ich wierszopisowie oszczędnymi w słowa i skąpymi na szczegóły być nie umieją. Są to gawędziarze, opowiadacze, gadały nad gadułami, niezapominający nigdy żwawych języków


(1) [81]

w ustach. Wzamian nie są wcale pieśniarzami; gawędzą, i to gawędzenie stanowi najsilniejszą stronę ich kronik, zarówno jak poematów. Wprawdzie oni-to pierwsi napisali pieśń o Rolandzie, a oprócz niej zgromadzili mnóstwo innych o Karolu Wielkim i jego rycerzach, o Artiurze i Merlinie, o Grekacb i Rzymianach, o królu Hornie, o Gwidonie Warwicku, o wszystkich książętach i wszystkich ludach świata. Ich truwerowie, tak jak i ich rycerze, oburącz czerpią u Galijczyków, u Franków, u Latynów, przebiegają od Wschodu do Zachodu cale rozlegle pole przygód. Lecz daremnie-by szukać w nich bodźca do poetycznych zapałów, jakie posiadali Saksonowie: przemawiają tylko do ciekawości; w opowiadaniach swych, długich, płynnych, jasnych, odświeżają barwy podań germańskich i bretońskich, żywe barwy bitew, zasadzek, pojedynków, poselstw, przemówień publicznych, processyi, ceremoniałów, wypraw myśliwskich — całej, słowem, nieskończonej rozmaitości wypadków zajmujących i zabawnych. Tego też tylko potrzebuje ich wyobraźnia, lotna i szybko przenosząca się z miejsca na miejsce. Zrazu, w pieśni o Rolandzie, wyobraźnia ta jeszcze się nieco powściąga; chodzi wprawdzie wielkiemi krokami, ale jeszcze stawi je po ziemi. Wkrótce przecież wyrastają jej skrzydła; przygody mnożą się, olbrzymieją, potwory powstają tłumnie, prawdopodobieństwo znika, piosnka wesołka wydłuża się do rozmiarów poematu w ustach truwerów, którzy, jak stary Nestor, mogliby mówić i mówić, przez całe pięć albo i sześć lat jednym ciągiem, bez przestanku, ani zmęczenia. Czterdzieści tysięcy wierszy: to rzecz drobna dla ich gadulstwa. Rdzeniem istoty tego plemienia jest umysłowość bystra, obfita w pomysły i słowa, nadewszystko ciekawa. Niegdyś, starzy Galie, praojcowie tych Normandów, zatrzymywali na drogach przejeżdżających zapytywaniami o nowiny i tak samo jak ci ich potomkowie dbali niezmiernie o to, aby "dobrze bić się i przyjemnie gawędzić. "

Normandowie posiadają nietylko poematy rycerskie, ale i samo rycerstwo, a posiadają je, co prawda, dlatego naprzód, że są silni i że każdemu człowiekowi przyjemnie jest złożyć dowód swej siły przez danie w łeb sąsiadowi, ale i dlatego również, że mają w sobie pragnienie sławy i poczucie honoru. Ten jeden wyraz: honor — zmienia całego ducha wojny. Poeci saksońscy przedstawiali wojnę jako zaciekłość krwiożerczą, jako szał ślepy, wstrząsający ciałem i krwią, rozbudzający w człowieku instynkty drapieżnego zwierzęcia; w opisach poetów normandzkich wojna staje się podobną do turnieju. Do pojęcia o wojnie wprowadzają oni dwie namiętności: próżność i zalotność. Gwido Warwick wysadza z siodeł wszystkich rycerzy europejskich w tym tylko celu, aby zasłużyć na rękę surowej i dumnej Felicyi. Same turnieje nie są czem innem jak paradą, trochę

niedelikatną wprawdzie, bo można w niej ręce i nogi połamać, ale świetną i czysto francuzką. Idzie w nich o popisanie się ze zręcznością i odwagą, o rozwinięcie wspaniałości w stroju i uzbrojeniu, o zdobycie względów i oklasków dam, a takie uczucia i pożądania znamionują ludzi towarzyskich i dbających o zdanie innych, nieoddających się wyłącznie swym namiętnościom, pozbawionych zapewne natchnień lirycznych i zapałów dzikich, lecz wzamian posiadających ducha twórczości w innym rodzaju, razem z pociągiem do innego rodzaju rozkoszy.

Tacy-to ludzie wylądowali na ziemię angielską, przynosząc z sobą nowe obyczaje i ducha nowego. Francuzi z charakteru, umysłu i mowy, posiadali jednak odrębne, prowincyonalne cechy; byli z pomiędzy wszystkich Francuzów najbardziej prozaiczni, najbardziej dbali o zysk i rachubę, a z nerwowością i zapałem, które odznaczają francuzkiego żołnierza, łączyli prokuratorską ostrożność, i przebiegłość. Byli oni bohaterskimi poszukiwaczami przygód zyskownych, zwiedzili Sycylię i Neapol, gotowi byli zwiedzić Konstantynopol i Antyochię, ale zawsze w tym celu, aby podbić ziemię, lub zdobyć pieniądze. Politycy roztropni, przywykli do wystawiania swej waleczności na targ publiczny, jak to zdarzało się w Sycylii, jakoteż do załatwiania, wśród najżywszego zapędu wojny krzyżowej, interesów korzystnych, jak się to zdarzyło jednemu z nich, Bohemundowi, który spekulował na ogłodzeniu swoich chrześcijańskich sprzymierzeńców i zgodził się otworzyć przed nimi bramy miasta tylko pod warunkiem, aby ono zostało jego własnością. Zdobywcy wytrwali i systematyczni, posiadali wprawę administracyjną i zdolność do urzędowej pisaniny, czego dowodem był ów Wilhelm, który po zorganizowaniu takiej wyprawy wojennej i takiego wojska, sporządzał regularne spisy wojskowe, a potem w swojej księdze królewskiej zawarł kadastr, czyli ocenę wartości wszystkich dóbr ziemskich w całej Anglii. To też w szesnaście już dni po wylądowaniu objawiły się pod Hastings widoczne następstwa sprzeczności, zachodzących pomiędzy dwoma narodami.

Saksonowie "przez noc całą jedli i pili, " miotali się, hulali, śpiewali, z wybuchami szumnej i grubej wesołości. " (1) Zrana ciasno ustawili za palisadami zbite massy ciężkiej piechoty i, z siekierami zawieszonemi na szyjach, oczekiwali ataku. Normandowie zaś, ludzie, roztropni, pomyśleli o piekle i raju, o możności dostania się do pierwszego lub do drugiego, i umyślili zrobić Boga swoim spólnikiem.


(1) [82]

W przeddzień walki nie znać w nich wojowniczego zapału, tak jak w rodaku i dziejopisie ich, Robercie Wace, niema poetyckiego natchnienia; wojsko i jego dziejopis są jednostajnie trzeźwi i prozaiczni. To samo usposobienie objawiło się i w czasie bitwy. Byli oni po większej części jeźdźcami i łucznikami, w obrotach wojennych zwinnymi i zręcznymi. Taillefer, kuglarz, prosił o zaszczyt wystąpienia do bitwy' przed innymi i, jak prawdziwy ochotnik francuski, szedł ku nieprzyjacielowi, śpiewając i pokazując kuglarskie sztuki. Stanąwszy przed Anglikami, trzy razy wyrzucił w powietrze lancę, potem miecz i za każdym razem pochwytywał je za rękojeść, a ciężkie piechury Harolda, którzy umieli tylko przebijać pancerze uderzeniami siekier, "zdumiewali się i mówili pomiędzy sobą, że są to czary. " Co do samego Wilhelma, to wśród kilkudziesięciu postępków roztropnych lub przebiegłych dokonał on szczególniej dwu takich, które zaświadczyły o wybornej rachubie i dopomogły mu w walce do wydobycia się z wielkiego kłopotu: rozkazał, mianowicie, łucznikom swoim strzelać w powietrze, a gdy ich strzały zraniły w twarz wielu Saksonów i Harolda pozbawiły jednego oka, udał ucieczkę. Wówczas, Saksonowie, upojeni radością, wybiegli ze swych szańców i wystawili się na lance normandzkich jeźdźców. Przez całe zresztą trwanie wojny Saksonowie umieli tylko stawać przed nieprzyjacielem małemi gromadami, bić się wściekle i na mord oddawać się mężnie. Plemię to, silne, grube i zapamiętałe, rzuca się na wroga nakształt dzikiego byka; zręczny myśliwiec normandzki wprawnie zadaje mu rany i obalonego zaprzęga w jarzmo.

IV.

NORMANDOWIE W ANGLII. — ICH POŁOŻENIE I TYRANIA. — WNOSZĄ DO ANGLII SWOJĄ LITERATURĘ I SWÓJ JĘZYK. — ZANIEDBUJĄ LITERATURĘ WŁASNĄ I ZAPOMINAJĄ OJCZYSTEGO JĘZYKA. — STOPNIOWO PRZYSWAJAJĄ SOBIE JĘZYK ANGIELSKI. — JĘZYK ANGIELSKI STOPNIOWO FRANCUZIEJE.

Czemże jest jednak to plemię francuskie, które wstępuje w świat z takim rozgłosem wojennym i umysłowym, któremu tak dalece przypada w udziale główna rola na Zachodzie, że Wschód imieniem Franków obdarzyć ma wszystkie zachodnie ludy? Na czem zależy ta umysłowość nowa, przedwcześnie wynalazcza, mająca stworzyć całą cywilizacyę średniowieczną? We wszelkiej umysłowości istnieje jakaś

czynność pierwiastkowa, która, powtarzając się nieustannie, stanowi jej osnowę i zarządza kształtem. U Francuza tą pierwiastkową czynnością umysłową jest to, że, wykształcony czy prostak, dziecko czy starzec, w mieście czy na wsi, przez całe życie zużywa swe siły na wytwarzanie sobie pojęcia o wypadkach i rzeczach. Jest to krok jego umysłu pierwiastkowy, wieczny i pomimo wszelkich zmian pola myślenia, pomimo wszelkiego cofania się, posuwania naprzód, przedłużania się i urozmaicania pochodu umysłowego, pochód ten nigdy nie może być czem innem, jeno szeregiem kroków wzajem z sobą powiązanych. W ten sposób, najmniejsze zaburzenie, zaszłe w rozmiarach, szybkości i pewności tego pierwotnego kroku, rządzi już całym pochodem i wprowadza doń zmiany, tak jak budowa pierwszych pąków rządzi kształtem całego listowia i całym rozwojem drzewa. (1) Kiedy Francuz wypracowuje pojęcie o wypadku lub przedmiocie, wypracowuje je szybko i wyraźnie. Niema w nim żadnych zamąceń wewnętrznych, żadnego przedwstępnego wrzenia zmieszanych i gwałtownych myśli, któreby wskutek skupienia się i starcia wybuchały krzykiem. Poruszenia jego umysłu są równie zręczne i szybkie jak poruszenia jego ciała. Odrazu, bez wysileń, bierze on w posiadanie to pojęcie, które posiąść zamierzył, ale bierze tylko pojęcie, samo jedno, bez powikłanych wydłużeń, które ono zapuszcza w pojęcia poblizkie i któremi się w nich rozgałęzia. O wydłużenia te nie dba on wcale, nie zwraca na nie uwagi; ogranicza się oderwaniem części od całości, poprzestaje na złamaniu łodygi lekkiem dotknięciem. Nie doświadcza tych nagłych wizyi, które wstrząsają człowiekiem, odsłaniają przed nim w jednem mgnieniu oka wielkie głębie i oddalenia; wypadałoby może powiedzieć, że wolnym jest od ich napaści. Wyobrażenie jest skutkiem wewnętrznego wstrząśnienia; nie doświadczając wstrząśnień, Francuz nie miewa natłoku wyobrażeń. Wzruszenia jego, będąc powierzchownemi, nie budzą w nim głębokiego współczucia, nie odczuwa on przedmiotów istotnie prawdziwych, bo złożonych i całkowitych, lecz tylko ich cząstki, a i to częściowe odczuwanie jest jeszcze powierzchownym i objawia się za pomocą rozumowań gadatliwych. I w tem-to właśnie tkwi przyczyna, dla której z pomiędzy wszystkich europejskich plemion plemię francuzkie jest najmniej zdolnem do poezyi. Przypatrzmy się tylko powstającym śród niego epopejom, a przekonamy się, że bardziej prozaicznych świat nie widział. Nie ilość, zaprawdę, tu szwan-


(1) [83]

kuje: Pieśń o Rolandzie, Garin Lohereńczyk, Ogier Duńczyk, Berta owielkich nogach, — możnaby z tych poematów ułożyć cały księgozbiór. Co więcej, współczesne obyczaje były bohaterskie, a dusze ludzkie świeże, pomysłowości nie brakowało, przedmiot opowiadań stanowiły wypadki wielkiej miary i wagi. Pomimo to wszystko epopeje te odznaczają się bladością kolorytu i, tak jak kroniki normandzkie — gadatliwością. Zapewne, Homer w podobnyż sposób, obszerny i dobitny, wyjaśnia i rozwija szczegóły swych opowiadań; ale u Homera rozprawy, zarówno jak opisy bitew, usiane są purpurowem kwieciem nazw tak wspaniałych, jak różowo palczasta jutrzenka, powietrze o szerokiem łonie, ziemia — boska karmicielka, ocean wstrząsający ziemią; u Homera także zbytnia obfitość porównań, które niekiedy powstrzymują bieg opowiadania, znamionuje lud bardziej chętny do lubowania się pięknem, niż do prostego pościgu za faktami. Tu, u Francuzów, są tylko fakty, nic więcej tylko fakty. Francuz pragnie wiedzieć czy bohater zabije zdrajcę, czy kochanek zaślubi dziewicę, i nie lubi, aby poezya lub obrazowość stawały mu w drodze do tej wiadomości. Szybko, lekko dąży do rozwiązania, nie tracąc czasu na czułe rojenia, lub na przyglądanie się bogactwom krajobrazów. Opowiadanie jego odarte jest z wszelkiej świetności i barwności; styl nagi, bez śladu przenośni: można przeczytać dziesięć tysięcy wierszy tych starych poematów i nie spotkać się w nich z żadną przenośnią. Otwórzmy jeden z nich, najdawniejszy, najoryginalniejszy, najbardziej wymowny ze wszystkich, otwórzmy go w dodatku na stronicy najgłębiej wzruszającej, na ustępie opowiadającym śmierć Rolanda. Opowiadacz musi być wzruszonym, a jednak styl jego nie zmienia się wcale, nie nabiera uczucia ani barwy: tak dalece ludzie ci posiadają zmysł prozy, a ogołoconymi są ze zmysłu poezyi. Znajdujemy tu skrócone wyliczenie przyczyn, streszczenie wypadków, szereg argumentów zasmucających, szereg argumentów pocieszających — i nic więcej (1). Ludzie ci spostrzegają rzecz lub czynność w oderwaniu od innych, samą w sobie, i na tem spotrzeżeniu poprzestają. Pojęcie ich nie rozstaje się nigdy ze ścisłością, z jasnością, z prostotą, i nigdy nie wywołuje obrazów poblizkich, nie zlewa się z niemi i nie nabiera przez to zlanie się nowych barw i kształtów. Pojęcie w nich powstałe jest niezachwianie oschłem; wytwarzane cząstką po cząstce, nigdy tych cząstek nie spaja, jak to się dzieje u Saksonów, w nagłą, namiętną i promienną wizyę. Nic nie może być sprzeczniejsze z rodzajem ich twórczości nad te prawdziwe pieśni i głębokie hymny, które w porze owej mnisi angielscy śpiewają jeszcze pod nizkiemi sklepieniami swo-


(1) [84]

ich świątyń; nie mogliby nawet zrozumieć nagłych poskoków i niejasności języka, którym przemawiają te pieśni i hymny. Do podobnych zapałów, do takiego zbytku wzruszeń, zdolnymi nie są. Mowa ich nie posiada krzyku; poprostu, mówią tylko, raczej gawędzą, i gawędzić nie przestają, w takich nawet momentach, gdy dusza, do głębi wstrząśnięta, zmącona, powinnaby przestać na chwilę myśleć i czuć. Tak, naprzykład, w pewnem mysterium, Amis trędowaty z zupełnem spokojem prosi przyjaciela swego Amille'a, aby dla wyleczenia go z trądu, zabił jego dwóch synów, a Amille odpowiada mu na to z większym jeszcze spokojem. Nawet w niebie, na rozkaz samego Boga, probując zaśpiewać "rondo górne i dobitne", tworzą tylko rymowane rozumowańko, tak blade jak najbledsza z codziennych rozmów. Cechy literatury tej dosięgnęły swej ostateczności jednocześnie z chwilą upadania poezyi Skaldów, i oba te zboczenia odbijają w ogromnem powiększeniu rodzaje umysłowości, które je wydały. Skaldowie wpadają w bezładną chaotyczność, Francuzi w płaskość i gadulstwo. Sakson nie panuje nad egzaltacyą, Francuz nad wielomówstwem. Francuz jest zanadto rozwlekłym i trzeźwym; Sakson nazbyt zwięzłym i niejasnym. Jeden do zbytku miota się i unosi, drugi bez miary wyjaśnia i rozwija. Od dwunastego wieku rozwadniane pieśni o czynach rycerskich (Chansons de Geste), wylewają się rapsodyami i psalmodyami, o trzydziestu i czterdziestu tysiącach wierszy. Przybywa jeszcze do tego i teologia. Poezya zamienia się na nieskończoną, niemożliwą litanię, w której myśli wyjaśniane, rozwałkowywane, powtarzane do nieskończoności, bez śladu jakiegokolwiek wzruszenia lub nowego pomysłu, płyną nakształt mdłej i bezbarwnej wody, która zbudowanego czytelnika kołysze do snu na fali monotonnych rymów. Opłakaną tę obfitość pojęć wyraźnych i do zdobycia łatwych spotkamy raz jeszcze w wieku siedemnastym, gdy literackim szczebiotem rozlegnie się na nizinach rozpostartych u stóp wielkich pisarzy; jest ona przywarą i jest zarazem talentem francuzkiego plemienia. Ta mimowolna umiejętność spostrzegania w przedmiocie i natychmiastowego jasnego wydzielania z przedmiotu każdej jego cząstki obdarza możnością mówienia bez końca, nieraz o niczem.

Takim jest pierwiastkowy krok w pochodzie umysłowości francuzkiej; zobaczmy, co się z niego rozwinie w następstwie. Tu objawia się nowy i najdrogocenniejszy rys tej umysłowości. Dlatego, aby Francuz mógł rozumieć, trzeba, aby drugie pojęcie ściśle przylegało do pierwszego; w przeciwnym wypadku traci nić przewodnią i możność posuwania się dalej. Umysł Francuza nie umie dokonywać nieprawidłowych skoków, może tylko postępować noga za nogą, w kierunku wytkniętym prosto. Zmysł porządku jest mu wrodzonym: odrazu też i bez przypatrywania się rozczłonkowuje i roz-

biera na części przedmiot najbardziej choćby złożony i powikłany, a potem wszystkie te części umieszcza jedną po drugiej, jedną obok drugiej, rzędem, stosownie do ich naturalnego powiązania. Nic to, że Francuz ówczesny jest jeszcze barbarzyńcą: umysłowość jego zawiera się już w rozumie, który wzrasta, nie zdając sobie sprawy z samego siebie. Nic w świecie nie może być bardziej jasnem, jak jego stare opowiadania i pierwsze poematy. Czytelnik wsłuchuje się w opowiadanie, nie spostrzegając nawet, że to czyni: tak bardzo jest ono plynnem i gładkiem, tak łagodnie i nieznacznie przesuwa się od jednej myśli do następnej, sąsiedniej, a w tej właśnie płynności i gładkości, w tem łagodnem i nieznacznem przesuwaniu się od jednej do drugiej myśli, spoczywa sztuka Francuzów, sztuka wybornego opowiadania. Tacy kronikarze jak Villehardouin, Joinville, Froissart, wynalazcy francuzkiej prozy, posiadają łatwość i jasność niezrównaną, a oprócz tego i nadewszystko, wdzięk i ozdobność, wcale nie wyszukane. Ten wdzięk to właściwość plemienna, pochodząca z wrodzonej wytworności smaku, brzydzącego się nieładem i niezgodnością szczegółów, z instynktownego wstrętu do gwałtownych wzruszeń i wyrażeń, których pisarze francuzcy unikają w dziełach artystycznych, zarówno jak rozumowanych, pragnąc dla uczuć, zarówno jak dla pojęć, nie starć gwałtownych, lecz prawidłowego powiązania. Ten zmysł miary, w najwyższym stopniu czujny, towarzyszy im we wszystkich rodzajach literatury (1) Strzegą się górnobrzmiących wyrazów, a ilekroć treść dzieła jest smutną, smutku do krańców nie posuwają. Ktokolwiek czytał Joinville'a, pamiętać musi sposób, w jaki on opowiada na przestrzeni sześciu wierszy śmierć biednego, chorego księdza, który pragnął dokończyć odprawiania mszy i "nigdy już więcej nie zaśpiewał i umarł". W misteryum o Teofili, albo o królowej węgierskiej, znajdują się podobneż szczegóły. Kiedy królową węgierską spalić mają wraz z jej dziecięciem, wypowiada ona dwa krótkie wierszyki, o "tej słodkiej kropli rosy, którą jest to czyste niewiniątko" i nic już więcej nie mówi. W bajędzie (fabliau), mającej nawet treść dramatyczną, pokutujący rycerz, który postanowił był łzami swemi napełnić beczkę, umierając, o jedną tylko łaskę prosi pustelnika:

"Połóż na mnie swe ramiona,

Abym umarł w objęciu przyjaciela".

Czy podobna przedstawić uczucie bardziej wzruszające w sposób bardziej umiarkowany? O poezyi ich można powiedzieć to, co nie-


(1) [85]

iedy mówi się o obrazach: "zrobione to z niczego". Trudno znaleźć w świecie rzecz wytworniejszą i pełniejszą wdzięku nad wiersze Wilhelma de Lorris. Aby zmniejszyć zbyteczną jasność myśli, owija on je w allegoryę; postacie idealne, ze znaczeniem nawpół zrozumiałem, promienne, choć otoczone chmurą, unoszą się dokoła kochanka i oprowadzają go po krainie najsubtelniej wycieniowanych uczuć, aż do róży, której woń słodka rozlewa się na całą równinę. Wytworność ta posuwa się tak daleko, że u Thibant'a z Szampanii, u Karola z Orleanu, staje się mdłem umizgalstwem. Doprowadzają oni wszystkie wrażenia do stanu przygasania; woń ich pism jest tak słabą, że często wcale już niepodobna jej wyczuć; klęcząc przed swemi damami, wyszeptają, głupstewka i komplimenty, kochają w sposób dowcipny i ugrzeczniony, układają w bukiety "słowa kolorowe" i "wszystkie kwiaty" wymowy różanej i ładniutkiej. Wierszopisowie ci umieją pochwytywać za skrzydła uczucia przelotne, melancholie rzewne, marzenia mgliste i są w ogóle tak wytworni, tak mile mówiący, tak czarujący, jak mają być potem najprzyjemniejsi labusie osiemnastego wieku. Ta lekkość w dotykaniu przedmiotów jest tak bardzo wrodzoną właściwością plemienną, że ukazuje się równie dobrze wśród średniowiecznych zbroic i mordów jak wśród wykrygowanych i wyperfumowanych delikatnisiów ostatniego z królewskich dworów. Lekkość ta zarządza u francuzkich pisarzy nietylko sposobem przedstawiania uczuć, lecz także sposobem malowania rzeczy. Wspaniałe postacie natury nie zwracają ich. uwagi; zdobymi są oni tylko do spostrzegania ładnych jej widoczków; w piękności kobiecej widzą także tylko ładność, i piękną kobietę malują jednym rzutem pędzla, mówiąc, że "jest tak ładną, jak róża w maju". Nie doświadczają nigdy tych wzruszeń wstrząsających, tych zachwytów, tych nagłych ściskań się serca, które panują w poezyach sąsiednich; o ukochanej kobiecie zcicha sobie powiadają, że "zaczęła uśmiechać się, z czem jej było wielce do twarzy". A gdy wpadną w bardzo już opisowy humor, mówią jeszcze: "oddech jej słodkim jest i miłym do połykania* a ciało jej "białe jak śnieg świeżo spadły na gałęzie drzew". I to im wystarcza zupełnie. Z przyjemnością, lecz bez uniesienia, spoglądają na piękność kobiecą, lubują się miłemi wrażeniami, lecz gwałtownych uczuć nie doświadczają. Głębie, znajdujące się w odrodzeniach przyrody, ciepłe powietrze wiosenne, które odnawia i wprawia w ruch wszystko, co żyje, mogą natchnąć ich tylko ładnym kupletem, w którym, mimochodem zauważywszy, że "zima już przeminęła, głogi zakwitły i róże rozkwitły", odchodzą do codziennych swoich zajęć. Uciecha to lekka i przelotna, podobna do tej, którą napawa Krajobraz kwietniowy. Chwilę tylko opowiadacz popatrzył na mgłę unoszącą się nad strumieniami i owijającą nadwodne wierzby, na

mgłę promienną, w której drżą światła poranku; popatrzywszy, zanucił krótką strofę i wnet powrócił do opowiadania. Nie żąda on niczego oprócz zabawy, a w bawieniu się jest mistrzem.

Jak w naturze tak i w życiu Francuz poszukuje, nie potężnych rozkoszy i wzruszeń, ale tylko przyjemnostek. Bywa bałamutem, ale nie rozpustnikiem, — smakoszem, nie obżera. Miłość nie jest dla niego upojeniem, lecz miłym sposobem przepędzenia czasu, ładnym owocem, który zrywa, kosztuje i porzuca. I to jeszcze zauważyć wypada, że najsmaczniejszym z owoców jest dla niego owoc zakazany. Powiada sobie, że oszukuje męża "że oszukuje kobietę nielitościwą, i zdaje mu się, że odnajduje wtem drugą niewinność" ( 1 ). Lubi śmiać się; uśmiech jest najulubieńszym jego stanem duchowym, celem i zapełnieniem życia, szczególniej gdy śmieje się cudzym kosztem. To też wierszyki jego bajeczek podskakują i podrygują jak szkolnicy na wakacyach, nie dbając o rzeczy poważne i poważane, przedrwiwając Kościół, kobiety, mnichów, wszystkie wielkości tego świata. Drwiarze, kpiarze, przodkowie nasi posiadają w obfitości i rzecz i nazwy, a rzecz jest im tak wrodzoną, że nawet niewykształceni i pod względem obyczajowym pierwotni umieją wyśmiewać tak dowcipnie, jakby mieli umysł najlepiej rozwinięty. Ale i śmieszności dotykają tylko zlekka; Francuzi wyśmiewają bez wybuchów głosu, z miną niewinną i stylem tak gładkim, że na pierwszy rzut oka można wpaść w błąd i złośliwości nie dostrzedz; można ich wziąć za ludzi naiwnych, tak skromnie wyglądają, i tylko czasem jedno słowo znienacka podsunięte odsłania ledwie dostrzegalny uśmiech. Za przykład tego może posłużyć osioł, z powodu poważnego wyglądu i futrzanej sutanny noszący przezwisko arcykapłana, który z powagą zaczyna "grać na organach". U końca bajki czytelnika przejmuje uczucie lekkiego komizmu; niewiedzieć zkąd się ono u niego wzięło. Bo pisarze ci nie nazywają rzeczy po imieniu, szczególniej gdy idzie o miłość, ale każą czytelnikowi odgadywać je, w mniemaniu, że posiada on równą im roztropność i przenikliwość ( 2 ). Co pewna, to, że można przebierać pomiędzy ich pismami, upiększać je, nawet oczyszczać, lecz, że główne zarysy tych pism posiadają wartość niezrównaną. Kiedy lis zbliża się do kruka w celu pochwycenia mu sera, zaczyna jak świętoszek, ostrożnie, pobożnie, od wyprowadzania genealogii, wspomina "o dobrym ojcu kruka, który śpiewał tak pięknie", wychwala własny głos jego "tak czysty i przenikający". "Byłbyś największym w świecie


(1) [86]

(2) [87]

Albo może mniema, że mało korzyści

Przynosi pracowite wymienianie rzeczy.

śpiewakiem, gdybyś strzegł się jedzenia orzechów". Lis jest tu figlarzem, artystą pełnym wynalazczości, nie prostym żarłokiem; lubi on oszustwo dla samego oszustwa; lubuje się swoją wyższością, umyślnie przedłuża drwiny. Gdy Tibert — kot, posłuszny jego radzie, chcąc zostać dzwonnikiem, wiesza się na sznurze od dzwona, lis z najżywszą uciechą uderza w ironię, lubuje się nią, smokcze ją jak cukierek. Na pozór gniewa się on na biednego głupca, którego ujął w sieci, nazywa go pyszałkiem, wyrzuca mu milczenie i to, że wznosi się ku obłokom, że idzie z wizytą do niebieskich świętych. I od początku do końca opowiadania pośmiewisko to trwa, nie przestając być przyjemnem. Lis jest tak dowcipnym, że przebaczyć mu można wszystko. Ta właśnie potrzeba śmiechu jest rysem tak specyalnie narodowym, że gorszy cudzoziemców, którzy się wcale na nim nie znają. Przyjemność, przez śmiech taki sprawiana, wcale niejest podobną do godnych pogardy, bo grubych, uciech fizycznych; owszem, zaostrza ona umysł i nasuwa wiele myśli subtelnych, albo ożywiających wyobraźnię. Bajędy ( fabliaux ) są pełne rzeczy prawdziwych, wypowiedzianych o człowieku w ogóle,. lecz w szczególności o kobiecie, o niższych, lecz w szczególności o wyższych, klasach spółeczeństwa. Przedstawiają one pewien ukradkowy i zarazem zuchwały sposób filozofowania, które lekceważy i mniemania przyjęte i potęgi tego świata. Rodzaj ten nie ma nic wspólnego z czystą satyrą, która jest brzydką, dlatego, że jest okrutną; lecz, przeciwnie, pobudza do wesołości, pozwala rychło dostrzedz" że opowiadacz nie ma złego serca i ran zadawać nie chce, że jeżeli gryzie, to jak pszczoła, której żądło jad swój utraciło, że za chwilę przestanie myśleć o przedmiocie pośmiewiska, a w potrzebie samego siebie wyśmiać będzie gotów, że, nakoniec, jedynym jego celem jest podsycanie w sobie i w czytelniku ogniska miłych wrażeń. Ale z tego wszystkiego wynika, że z góry, z tego już punktu, na którym znajdujemy się w tej chwili, możemy ujrzeć w skróceniu całą przyszłość piśmiennictwa francuzkiego: właściwą mu niemoc w dziedzinie wielkiej poezyi, nagle zrodzoną i trwałą doskonałość jego prozy, wyborność wszystkich rodzajów zbliżonych do rozmowy i krasomówstwa, władztwo i nawet tyranię smaku i metody, umiejętność i artyzm w rozwijaniu tematów i układaniu całości, — jasność, miarę, dar zabawiania i zaciekawiania. Myśmy-to, Francuzi, nauczyli Europę jak należy porządkować myśli; myśmy wskazali w czem mieszczą się wyobrażenia mile; przodkowie też nasi z jedenastego wieku przez lat pięćset, lancami naprzód, potem kijami, a potem jeszcze szkolną rózgą, wszczepiać mieli tę naukę w swoich Saksonów.

V.

NORMANDOWIE TŁÓMACZĄ KSIĄŻKI FRANCUZKIE NA JĘZYK ANGIELSKI. — SŁOWA SIR JOHNA MANDEVILLE'A. — LAYAMON, "ROBERT DE GLOUCESTER, ROBERT DE BRUNNE. — PISZĄC PO ANGIELSKU, NORMANDOWIE NAŚLADUJĄ LITERATURĘ FRANCUZKĄ. — PODRĘCZNIKI MORALISTYKI, BAJECZKI; CHANSONS DE GESTE, PIEŚNI O CZYNACH RYCERSKICH. — ŚWIETNOŚĆ, PŁOCHOŚĆ I CZCZOŚĆ CYWILIZACYI FRANCUZKIEJ. — BARBARZYŃSTWO I CIEMNOTA CYWILIZACYI FEUDALNEJ. — PIEŚŃ O CZYNACH RYCERSKICH RYSZARDA LWIE SERCE I PODRÓŻE SIR JOHNA MANDEVILLE'A. — UBÓSTWO LITERATURY PRZYNIESIONEJ DO ANGLII I ZASZCZEPIONEJ PRZEZ NORMANDÓW. — DLACZEGO LITERATURA TA BYŁA PŁONNĄ, ZARÓWNO NA STAŁYM LĄDZIE JAK W ANGLII.

Teraz popatrzmy na tego Francuza, z Normandyi, Andegawii czy Maine'u, którzy, w dobrze zapiętych kolczugach, z mieczami i dzidami w rękach, przybyli szukać szczęścia na ziemi angielskiej. Naprzód, pozabierali oni zaniki pomordowanych przez siebie Saksonów i osiedli w nich ze swymi sługami i towarzyszami broni, pomiędzy których rozdzielili ziemię, myta i budynki, z warunkiem, aby stawali do boju na ich wezwanie, pod ich dowództwem i w obronie ich sprawy, w charakterze żołnierzy, marszałków, chorążych. Była to liga wytwarzana przeciw niebezpieczeństwu wspólnemu, bo istotnie znajdowali się w kraju podbitym, wrogim, i potrzebowali udzielać sobie wzajemnej pomocy. Śpiesznie więc pobudowali miejsca obronne, zamki lub warownie' ) z mocnego kamienia, dabrze oszańcowane, zaopatrzone w zębiaste mury i w żołnierzy, w wązkie okna i w strzelnice. Potem, w liczbie sześćdziesięciu tysięcy ludzi, którzy wszyscy byli posiadaczami ziemi i środków dostatecznych do utrzymania konia i pełnego rynsztunku wojennego, udali się do Salisbury i tam, z dłońmi złożonemi w dłoni Wilhelma przyrzekli mu wiarę i pomoc, Wilhelm zaś ogłosił edykt, mocą którego "mieli być wszyscy zjednoczonymi i sprzysiężonymi, jako bracia orężni", w celu udzielania sobie wzajemnej pomocy i obrony. Odtąd, jak Spartanie pośród Helotów, tworzyli osadę nieustannie obozującą i uzbrojoną, a prawa, które stanowili, musiały położeniu temu odpowiadać. Jeżeli w którejkolwiek prowincyi kraju Francuz zostanie zabitym, mieszkańcy są obowiązani do wydania zabójcy, a w razie niewydania do zapłacenia czterdziesta siedmiu marek kary; lecz, jeżeli zabity jest Anglikiem, Anglicy-to powinni udowodnić popełnioną zbrodnię, za pomocą przysięgi złożonej przez czterech najbliższych krewnych zabitego. Biada Saksonowi, który zabije sarnę, jelenia lub dzika! Za przestąpienie praw ograni-


(1) [88]

czających myśliwstwo, będzie miał wyłupione oczy. Jeżeli Sakson pozostał jeszcze właścicielem dóbr jakichkolwiek, to tylko na prawie jałmużny", albo wzamian haraczu, lub przysięgi na składanie hołdu. Niejeden, przedtem wolny posiadacz gruntu, stał się "poddanym, przykutym do gleby własnego pola" ( 1 ). Nie jedna Saksonka, szlachetnie urodzona i bogata, uczuła na karku ciężką rękę normandzkiego służalca, który przemocą został jej mężem albo kochankiem. Obywatele saksońscy otrzymują nazwy jednogroszowych, dwugroszowych, odpowiednio do dochodów, które przynoszą swoim panom; są oni sprzedawani, zastawiani, wydzierżawiani za połowę zysku, jak woły lub osły. Pewien przeor normandzki wydobył z grobów swych saksońskich poprzedników i rozkazał kości ich wyrzucić za bramy klasztorne. Inny utrzymywał żołnierzy, którzy z pomocą mieczów przywodzili do posłuszeństwa zbuntowanych mnichów. Bo trzeba sobie tylko wyobrazić, jeżeli można, pychę tych świeżych panów, pychę zwycięzców, pychę cudzoziemców, pychę władzców, zlane w jedną, podsycaną przez przywyknienie do popełniania gwałtów, przez dzikość, ciemnotę i wszystkie szały feudalnego sposobu życia. "Mniemali — opowiada stary kronikarz — że wolno im było czynić wszystko, co się podoba. Na los szczęścia rozlewali krew ludzką, wydzierali kawałek chleba z ust nędzarzy, zabierali pieniądze, ziemię, wszelkie dobra, wszystko"2 ). Przytoczmy przykład: "Wszyscy mieszkańcy nizin starali się okazywać pokorę w obec Iwona Taillebois i nie przemawiali do niego inaczej, jak klęcząc na jedno kolano. Lecz jakkolwiek usiłowali oddawać mu wszelką możliwą cześć i wypłacać wszystko, co mu się od nich należało, albo i więcej jeszcze, dręczył on ich, niepokoił, więził, brał na tortury, szczuł psami ich trzody, łamał nogi i grzbiety ich roboczym zwierzętom, rozkazywał swym sługom napadać ich po drogach z kijami i mieczami". Czyliż więc od takich nędzarzy ( 3 ) zgodziliby się Normandowie przejąć jakiekolwiek pojęcie lub jakikolwiek zwyczaj? Gardząc nimi, jak istotami "grubetni i głupiemi", znajdowali się pośród nich w położeniu podobnem do tego, w jakiem znaleźć się mieli w wieku szesnastym Hiszpanie pośród podbitych ludów amerykańskich: posiadali nad nimi wyższość siły, wyższość cywilizacyi, wyższość wykształcenia piśmienniczego, wyższość wprawy we wszel-


(1) [89]

(2) [90]

(3) [91]

kie umiejętności zbytkowne. To też zachowali swój język i swoje zwyczaje. Cała Anglia widoczna dla innych krajów, złożona z dworu królewskiego, z zamków szlacheckich, z pałaców biskupich i z domów bogaczy, stała się francuzką, a napływowe plemię skandynawskie, którego pieśni przed sześćdziesięciu jeszcze laty stanowiły zabawę i rozkosz saksońskich królów, wyobraziło sobie, że naród na tej ziemi wzrosły zapomniał już swej mowy, i obchodziło się z nim w taki sposób, jakby ten naród przestał mu być bratnim.

Więc nie inna, tylko francuzka literatura zapanowuje w momencie owym po tamtej stronie kanału La Manche ( 1 ), a zdobywcy usiłują uczynić ją doskonale francuzką, doskonale oczyszczoną z wszelkiej przymieszki saksońskiej. O czystość tę dbają tak bardzo, że za Henryka II szlachta wysyła synów na wychowanie do Francyi, aby mowę ich uchronić od barbaryzmów. Hygden opowiada ( 2 ), że przez dwieście lat, przeciw wszelkim zwyczajom i obyczajom narodów, dzieci uczące się w szkołach były zmuszane do zaniedbywania ojczystego języka, do tłómaczenia łaciny na język francuzki i pisania wypracowań po francuzku. Statuty uniwersyteckie nakazywały studentom, aby rozmawiali z sobą tylko po francuzku lub po łacinie. "Dzieci szlacheckie uczyły się mowy francuzkiej od kolebki, a wieśniacy gorliwie starali się o zawładnięcie tą mową, dlatego, aby uchodzić za szlachtę". Tem koniecznie] więc poezya musiała być francuzką. Normandczycy przybyli tu ze swymi minstrelami; wesołek, Taillefer, śpiewa Pieśń o Rolandzie w czasie bitwy pod Hastings; kuglarka, Adelina, należy do podziału ziemi, który nastąpił po podboju. Norrnandczyk, wyśmiewający królów saksońskich, wygrzebujący z ziemi i wyrzucający za kościelne wrota kości saksońskich świętych, kocha się tylko we francuzkich wyobrażeniach i wierszach. Francuzkiemi-to wierszami Robert Wace opowiada legendową historyę zdobytej przez Normandów Anglii i prawdziwą historyę nie zupełnie jeszcze straconej dla nich Normandyi. Wejdźmy do jednego z tych klasztorów, gdzie przed chwilą rozlegały się pieśni minstrelów, "gdzie po obiedzie i wieczerzy księża zajmują się czytaniem poematów, kronik świata i opowiadań o jego cudach": nie znajdziemy tu nic oprócz wierszy łacińskich albo francuzkich i łacińskiej albo francuzkiej prozy. Cóż stało się z mową angielską? Nieznana, wzgardzona, brzmi ona tylko w ustach poniżonych francklin'ów ( 3 ), leśnych outlaw'ów ( 4 ) hodowców trzód chlewnych,


(1) Warton I str. 5; ed. Price, 1840.

(2) [92]

(3) [93]

(4) [94]

chłopów, słowem, klas najniższych. Nikt już nie posługuje się nią w piśmie; nawet w starych kronikach nieznacznie ta mowa psuje się, potem z nich znika, aż w sto lat po podboju kronika saksońska w ogóle istnieć przestaje ( 1 ). Tylko Francuzi posiadają tu dość czasu i bezpieczeństwa osobistego, aby oddawać się czytaniu i pisaniu; tylko też dla nich istnieją pomysły i kompozycye piśmiennicze, stosujące się, jak bywa zwykle, do upodobań tych, którzy są w możności smakować w nich i za nie wynagradzać. Nawet Anglicy dobywają wszystkich sił, aby pisać po francuzku ( 2 ), jak np. Robert Grosthead, w allegorycznym poemacie o Chrystusie, Peter Langtoft, w Kronice Anglii i w Życiu Tomasza Becketa, Huc de Rethland w poemacie o Ipomedonie, Jan Hoveden i wielu innych. Niektórzy z autorów tych piszą pierwszą połowę wiersza po angielsku, drugą po francuzku, co w sposób dziwaczny wykazuje wpływ, który ich przygniata i urabia. Jeszcze w piętnastym wieku kołącą się biedacy, dokonywujący takich niewdzięcznych robót ( 3 ). Francuzczyzna panuje na królewskim dworze; od niej pochodzi wszystko, co jest poezyą i wytwornością: tylko więc ciężkie głuptasy mogą nie posiadać sztuki posługiwania się nią. Pisarze saksońscy przyczepiają się do niej jak francuzcy do łaciny; pierwsi francuzieją tak, jak drudzy latynizują się, a jedni i drudzy poddają się tej zmianie na przekór naturze i z rodzajem trwogi, bo czują dobrze, iż w tej dziedzinie nie wzniosą się nigdy nad sferę żakowstwa i parafiańszczyzny. Jeden z najlepszych ówczesnych poetów saksońskich, Gower, u końca dzieł, które napisał po francuzku, pokornie tłómaczy się z braku "francuzkiej potoczystości". "Przebaczcie, mówi, że często popełniam błędy. Jestem Anglikiem".

A jednak pomimo to wszystko, ani plemię, ani język, — nie zginęły. Normandczyk musiał przecież umieć po angielsku, aby módz wydawać rozkazy swoim czynszownikom; żona jego, Saksonka, w rozmowie z nim używała tego języka, synowie przejmowali go z ust mamek, a zarazek ten musiał rozprzestrzeniać się bardzo, skoro Normandczyk widzi się w konieczności wysyłania do Francyi swoich dzieci, aby grunt ich rodzinny nie odebrał, albo nie zepsuł im francuzkiej mowy. Z pokolenia w pokolenie zarazek ten wzrasta; jest w powietrzu, przybywa od leśników w czasie wypraw myśliwskich, od rolników na polach, od majtków na okrętach: bo przecież ci ludzie grubi, cali pochłonięci przez życie cielesne, nie mogą nauczyć się obcej mowy, owszem, przez samą swoją ociężałość narzuca-


(1) [95]

(2) [96]

(3) [97]

ją ją innym, tę zwłaszcza jej część, która zawiera słowa codzienne, mające związek z życiem. Nic nie przeszkadza temu, aby terminy naukowe, język prawny, wyrażenia abstrakcyjne i filozoficzne pozostały francuzkiemi, i tak się też dzieje; bo ten szereg pojęć i ten dział językowy przerastają grubą massę, która, nie mogąc zetknąć się z niemi, nie może ich nadwerężyć. Wprawdzie i one ulegają nadwerężeniu, wytwarza się z nich pewien rodzaj francusczyzny, jeśli się tak wyrazić można, zamorskiej, wyszczerbionej, wymawianej przez zaciśnięte zęby, z pewną konwulsyą krtani, wymawianej na sposób, nie paryzki, lecz Stradford at-Bow'ski, niemniej, jest to jeszcze i zawsze francuzczyzna. Ale z czynnościami powszedniemi i przedmiotami dostępnemi zmysłom dzieje się przeciwnie: tym nazwy nadaje lud, lud saksoński; żyjące te nazwy są zbyt głęboko zakorzenione w jego pamięci, aby mógł się ich pozbyć, i takim sposobem wszystko, co jest substancyą języka od ludu pochodzi. I oto, Normandczyk, powoli, z konieczności, uczy się angielszczyzny , angielszczyzny okaleczonej, sfrancuziałej, będącej jednak z treści i pochodzenia angielszczyzną; nauka ta zabiera mu dwieście lat czasu, aż dopiero za Henryka III nowy język dosięga ostatecznego ukształtowania, jednocześnie z nowem ukształtowaniem społeczno-państwowem, i tak jak ono osiąga to przez zmieszanie i połączenie dwu pierwiastków. Gdy w parlamencie mieszczanie poczynają zasiadać obok szlachty, w języku słowa saksońskie zdobywają sobie miejsce obok słów francuzkich.

VI.

SAKSONOWIE ANGIELSCY. — TRWAŁOŚĆ NARODOWA SAKSONÓW I WYTWORZENIE SIĘ KONSTYTUCYI ANGIELSKIEJ. — TRWAŁOŚĆ CECH TOWARZYSZĄCYCH CHARAKTEROWI SAKSOŃSKIEMU I WYTWORZENIE SIĘ CHARAKTERU ANGIELSKIEGO.

W taki-to sposób, przymusowy i kompromisarski, powstał nowo, żytny język angielski; lecz domyślić się łatwo, że szlachta normandzka w mowie posługując się nowopowstałą gwarą, w sercu przechowała francuzkie upodobania i pojęcia, że Francya pozostała i nadal ojczyzną jej ducha, że zatem rozpoczynająca się wśród niej lite -tura musiała być tylko tłómaczeniem francuzkiej. Istotnie, widzi y ta samych tylko tłómaczy, przepisywaczy, naśladowców. Anglia jest odległą prowincyą, zostającą do Francyi w takim stosunku, w jakim przed trzydziestu laty ( ok. 1830 ) Stany Zjedn. Ameryk, zostawały do Europy: prowadzi ona handel, w którym towar wywozowy stanowi wełna, a przywozowy — myśl. Rozpatrzmy się w podróżach sir Johna

Mandeville'a (1), najstarszego z prozaików, tego angielskiego Villehardouina, a przekonamy się, że książka jego jest tylko przekładem dokonanym z przekłada ( 2 ). "Macie wiedzieć o tem — powiada on, — że przetłómaczyłem tę książkę z języka łacińskiego na francuzki, a z tego znowu na angielski, ponieważ chciałem, aby każdy człowiek w narodzie moim mógł ją rozumieć". Pisze książkę po łacinie, bo jest to język księży, potem po francuzku, bo jest to mowa wielkiego świata; nareszcie rozmyśla się, przychodzi do zrozumienia, że rodacy jego, baronowie normandzcy, wskutek panowania nad saksońskimi prostakami przestali mówić po normandzku, a reszta ludności nigdy nie posługiwała się tą mową, więc znowu tłómaczy swój rękopis na język angielski, i w dodatku, czując, że przemawia do umysłów mniej uprawnych, zaopatruje go w objaśnienia. "Pewnego razu, — opowiada po francuzku ( 3 ) — Mahomet zapragnął zwiedzić kaplicę, w której przebywał pewien święty pustelnik. Wszedł do kaplicy, która była maią i miała drzwi nizkie, a gdy wchodził, drzwi te uczyniły się tak wielkiemi, że mogło się zdawać, iż są podwojami pałacu". Po angielsku pisząc, pragnie rzecz wyjaśnić dokładniej: "A kiedy Mahomet wchodził do kaplicy, która była małą i nizką i drzwi miała małe i nizkie, drzwi te zaczęły stawać się coraz większemi, coraz szerszemi, coraz wyższemi, tak zupełnie jakby były drzwiami jakiegoś wielkiego klasztoru albo pałacu". Amplifikacya jest tu widoczną, a także uczucie potrzeby zaznaczania i podkreślania po razy kilka jednego i tego samego szczegółu, aby tym sposobem mógł go wbić w angielski mózg; ale myśl jego nabiera przez to rozwlekłości, ociężałości i formy zepsutej. Tak jak wszystkie literatury naśladownicze, literatura ta nie przekracza granic mierności i odzwierciedla obraz sąsiadki z umniejszeniem jej przymiotów, a powiększeniem przywar.

Zobaczmyż teraz: jakie tłómaczenia nasz baron normandzki sporządzać sobie każe. Otóż są to naprzód kroniki ( 4 ) Geoffroy Gaimara


(1) [98]

(2) [99]

(1) [100]

(2) [101]

i Roberta Wace'a, będące niczem innem jak bajeczną historyą Anglii, doprowadzoną do momentu ówczesnego, płaskim rapsodem, rymowanym w oryginale, który i po przeniesieniu do mowy angielskiej pozostał też płaskim rapsodem rymowanym. Pierwszym Anglikiem, ktory próbował dokonywać tych przenosin, był ksiądz z Ernely, Layamon, całkowicie jeszcze brnący w starej mowie, całkowity jeszcze barbarzyniec i zarazem dziecko, któremu czasem udaje się, a czasem nie udaje, składać wiersze do rymu, i który, na sposób dawnych Saksonów, bełkoce zdania krótkie, szorstkie, niedokończone. Zaraz po nim następują: mnich Robert z Gloucester ( 1 ) i kanonik Robert z Brunne ( 2 ), obaj dorównywający w bezbarwności i jasności swoim francuzkim wzorom; pod temi dwoma względami obaj oni sfrancuzieli, to jest, przejęli główny rys plemienny Francuzów: talent i zwyczaj opowiadania płynnego, łatwego, spoglądania na rzeczy wzruszające bez głębokich wzruszeń, pisania poezyi prozaicznej, rozprawiania, łudzenia się tem mniemaniem, że zdania zaopatrzone u końców podobnemi do siebie dźwiękami stanowią prawdziwą poezyę. Poczciwi ci wierszorobi angielscy z za Kanału, tak jak ich mistrze przebywający w Normandyi i Ile-de-France, przystrajają rymami różne rozprawy i historye, którym nadają miano poematów. Istotnie, na stałym lądzie cała naukowość szkolna owego czasu w ten sposób się popularyzuje, a Jan de Meung w swoim poemacie o Róży przedstawia przykład najnudniejszego pod słońcem doktorstwa. Podobnież w Anglii Robert z Brunne tłómaczy wierszem Podręcznik grzechów biskupa Grostheada; Adam Davie ( 3 ) wierszem czyni wyciągi z Biblii; Hempole wierszem komponuje Bodziec dla sumienia ( 4 ). Same już tytuły pobudzić mogą do poziewania; a cóż mówić o tekście! "Stworzeni jesteśmy po to, aby być posłusznymi woli Boskiej — i aby spełniać święte przykazania Boga. — Bo ze wszystkich dzieł Jego wielkich i małych — człowiek jest tworem głównym. — Wszystko, cokolwiek stworzył, dla człowieka stworzył, jak to niebawem zobaczycie". I to ma być poemat! Nikt-by się tego z pewnością nie domyślił. Właściwie, jest to kazanie — dobrze podzielone, dobrze rozwodnione, bez mętów ale i bez treści, jasnością swą, zarówno jak gadulstwem, świadczące o literaturze, na której tle powstało i do której jest podobnem. Świadectwo to odnajdujemy także w innych jeszcze, powabniejszych niż tamte, cechach tego kazania. Znajdują się tu gdzieniegdzie, mniej


(1) [102]

(2) [103]

(3) [104]

(4) [105]

lub więcej niezręczne wycieczki w dziedzinę dowcipu; taką, np., wycieczką jest ballada, pełna dwuznaczników, wymierzonych przeciw Ryszardowi, królowi rzymskiemu, wziętemu do niewoli w bitwie pod Lewes. Są tu miejsca, którym nie brakuje wdzięku i słodyczy. Nikt z taką łatwością i w sposób równie przyjemny nie umiał przemawiać do dam, jak Francuzi ze stałego lądu; przeniesienie się do Anglii nie odjęło im tej umiejętności, którą też łatwo dojrzeć w sposobie wysławiania przez nich Najświętszej Panny. Nic nie może być bardziej niepodobnem do zupełnie biblijnych uczuć Saksonów, niż cześć rycerska dla pani pań, dla Dziewicy prześlicznej i świętej, która była prawdziwem bóstwem Wieków Średnich. Czci tej pełen jest hymn następujący (1). "Błogosławioną bądź, Pani, — pełna rozkoszy niebiańskich — wdzięczny kwiecie rajski, — matko dobroci. — Błogosławioną bądź, Pani, — jaśniejąca i piękna, — w Tobie cała nadzieja moja — we dnie i w nocy. " Jeden tylko krok, krok mały i łatwy do dokonania, dzieli tę tkliwą adoracyę Najświętszej Dziewicy od uczuć, mających panować na Dworach miłości (Cours d'amour); kroku tego dokonali rymopisi angielscy, zapożyczający u Francuzów, dla oddawania chwały damom ziemskim, obrazów i form wiersza francuzkiego. Jeden z nich porównywa swoją kochankę do rozmaitych drogich kamieni i kwiatów. Inni układają prawdziwe piosnki miłosne, czasem nawet zmysłowe: "W Marcu i Kwietniu (2) — kiedy gałęzie zaczynają wypuszczać pąki — a drobne ptactwo uczuwa ochotę — nucić swe piosnki, — żyję w oczekiwaniu miłości — uczuwanej dla najśliczniejszej z istot. — Może mi ona udzielić rozkoszy; — jestem na jej rozkazy: — jakże szczęśliwy los przypadł mi w udziale! — Mniemam, że spadł mi on z nieba. — Miłość ma opuściła wszystkie inne niewiasty — i spoczęła na Alicyi" — "Miłością swą uszczęśliwiłabyś mię — moja słodka i ukochana, — rozkoszny pocałunek ust twoich przyniósłby mi uzdrowienie. " Czyliż od tych wierszy nie zalatuje wyobraźnia południowa, żywa i gorąca? Jak truwerzy, nawet jak trubadurzy, rymopisowie ci mówią o wiośnie i miłości, "o pogodzie pięknej i miłej. " Powrót słońca i ciepła po długich deszczach i błotach sprawia rozkosz mieszkańcom chat brudnych i dymnych lub ciemnych feudalnych zamków, w których, oprócz samego pana, wszyscy sypiają gdzie kto legł, na słomie, w izbach kamiennych. "Lato nadeszło. — Śpiewaj głośno, kukułko! — Trawa porasta, łąki rozkwitają — las rozwija liście. — Śpiewaj, kukułko! — Owca meczy, przywołując jagnię — Krowa ryczy do cielęcia. — Byka porywa drżenie — sarna kryje się między


(1) [106]

(2) [107]

paprocie. — Śpiewaj wesoło, kukułko, — kukułko! kukułko! — Śpiewasz mile, kukułko! — Śpiewaj nieustannie!" Nie sąż to opisy równie pogodne jak te, które wychodzą z pod pióra współczesnego Wilhelma de Lorris'a, a nawet jeszcze bogatsze, życiem bogatsze, bo angielskim rymotwórcom przybywa tu z pomocą narodowe i głębokie poczucie wsi. Inni, z większą dozą naśladownictwa, probują śmiechu, w którym celował Ruteboeuf, bajeczek, naiwnych figlików (1) i nawet satyrycznego żakowstwa. Naturalnie, żakowskie figliki i satyry zwracają się ku mnichom. W każdym kraju zamieszkiwanym przez Francuzów, albo takim, który naśladował Francyę, najwidoczniejszym użytkiem z klasztorów było branie z nich tematów do swawolnych i tłustych bajeczek. Jaki sposób życia panuje w opactwie "Kokanii", "w pięknym klasztorze, pełnym mnichów i białych, i szarych. "? "Ściany tam są zbudowane z pasztetów — mięsnych, rybnych, — z obfitych mięs, — najsmaczniejszych, jakie tylko człowiek spożywać może; — dachówki to pierogi z najdelikatniejszej mąki, — zębiaste mury same tłuste pudingi. — Chociaż raj wesoły jest i piękny — Kokania milszą jest jeszcze od raju. " Święci się tu, w tej Kokanii, nieustanny tryumf paszczęki i jadła. Dodać wypada, że bliziuteńko znajduje się klasztor mniszek, które w ciepłe dnia letnie przypływają tu łodziami "dla nauczenia się modlitwy, " takiej modlitwy, którą w Wiekach Średnich można było szczegółowo rozbierać, ale po której dziś trzeba prześlizgiwać się jaknajszybciej.

Lecz największe już upodobanie okazują baronowie w tłómaczonych poematach rycerskich, bo przedstawiają one z pięknej strony własne ich życie. Ponieważ przywieźli tu z Francyi zbytek i sztukę używania życia, ponieważ otaczają się wspaniałościami, żądają więc od swoich truwerów, aby obrazy tego wszystkiego rozwijali przed ich oczyma. W przerwach pomiędzy wojnami, i nawet w czasie wojen, życie ówczesne przedstawia się jako wielka, wystawna parada, lub jako gwarna i błyskotliwa uroczystość. Kiedy Henryk II puszcza się w podróż (2), ciągną za nim tłumy jeźdźców, piechurów, wozów naładowanych rzeczami, namiotów, koni pociągowych, komedyantów, kurtyzan i ich dozorców — kucharzy, cukierników, mimów, tancerzy, golarzy, faktorów i pasorzytów; każdego ranka, przy wyruszaniu w drogę, wszystko to krzyczy, śpiewa, tłoczy się w takim ścisku i z takim wrzaskiem, "jakgdyby zakotłowało się całe piekło. " Wilhelm Longchamps nawet w czasie pokoju nie podróżował inaczej, jak w tysiąc koni. — Kiedy arcybiskup Becket przybył do Francyi, wjaz-


(1) [108]

(2) [109]

dowi jego do miasta towarzyszyło dwustu rycerzy, znaczna liczba szlachty i baronów, cale wojsko sług, a on sam zaopatrzony był w zapas dwudziestu czterech rozmaitych ubrań. Na czele tego wjazdowego orszaku szło dwieście pięćdziesiąt dzieci, wyśpiewujących narodowe pieśni; za niemi następowały psy, potem wozy, potem dwanaście koni jucznych, z których na każdym siedziało po jednym człowieku i po jednej małpie; za temi znowu giermkowie z wojskowemi końmi i inni jeszcze giermkowie, sokolniczowie, pałacowi urzędnicy, rycerze, księża — i nakoniec — sam arcybiskup, z gronem swych osobistych przyjaciół. Trzeba sobie tylko wyobrazić podobne procesye, a także — towarzyszące im ucztowania! Bo od czasu podboju Normandowie przyjęli saksoński zwyczaj więcej niż obfitego picia i jedzenia (1). Tak, naprzykład, na weselu Ryszarda Kornwalijskiego podano trzydzieści tysięcy potraw. Dodać trzeba, że nie przestali być zalotnymi i ściśle spełniali przepisy Dworów Miłości; że w Średnich Wiekach szósty zmysł nie dawał się najpewniej prześcigać pięciu innym. I to na koniec zauważyć należy, że turnieje, będące rodzajem przedstawień teatralnych, przez nich samych i dla nich urządzanych, odbywały się bardzo często. Takiem było ich życie, pełne przygód i dekoracyi, upływające na wolnem powietrzu, w blasku słońca, śród ciągłych kawalkad i szczęku oręża. Grali wciąż teatr i lubowali się w tym teatrze. Tak, naprzykład, gdy król szkocki przybył do Londynu, stu towarzyszących mu rycerzy (2), zsiadłszy z koni, wnet konie te, wraz z bogatemi rzędami, oddało ludowi, co widząc, pięciu panów angielskich, przez współzawodnictwo, uczyniło to samo. Wśród wojen sprawiali sobie różne rozrywki. Edward III-ci (3) na jedną ze swych wypraw przeciw królowi francuzkiemu zabrał trzydziestu sokolniczych i prowadził wojnę, naprzemian bijąc się i polując (4). Innym razem, — opowiada Froissart, — rycerze, którzy przybyli w celu połączenia się z wojskiem, mieli, każdy, po plastrze na jednem oku; było to także votum, że plastrów tych nie zdejmą, aż dokonają czynów godnych swoich dam. Przez swawolę umysłową bawią się w poezyę; przez lekkomyślność


(1) [110]

(2) [111]

(3) Rozrzutność i wybredność dosięgają swego szczytu za panowania jego wnuka, Ryszarda II-go.

(4) [112]

igrają z życiem. Edward III wznosi w Windsorze salę z okrągłym stołem, w której, podczas turnieju, odbywającego się w Londynie, jak w czarodziejskiej bajce, sześćdziesiąt Dam jeździ na wspaniale przybranych rumakach, ciągnąc za sobą na złotych łańcuchach tyluż rycerzy. Niejestże to ostatnim szczytem zalotnych i płochych obyczajów francuzkich? Żona Edwarda III, Filippa, pozowała malarzom jako model do obrazów Madonny; obok tego brała udział w bitwach wojennych, prowadziła rozmowy z Froissartem, który karmił jej umysł drobniutkiemi morałami, opowiadaniami o miłostkach i "ładnemi słówkami"; przybierała jednocześnie pozory bogini, heroiny i kobiety uczonej, — wszystko to czyniąc z wielkim wdziękiem. Nie jestże to wzór prawdziwej władczyni ogładzonego rycerstwa? I w tejto właśnie chwili, — jak we Francyi pod Ludwikiem Orleańskim i książętami burgundzkimi, — rozkwita tu w sposób najwyszukańsze romantyczna cywilizacya, odarta ze zdrowego rozsądku, poświęcona namiętnościom i rozkoszy, niemoralna, a świetna, — cywilizacya, która, na równi z podobnemi sobie we Włoszech i Prowancyi, z powodu lekkomyślności swej nie posiadała warunków długiego trwania. Piśmiennictwo jest też w tej chwili niczem innem, jak dokonywaną przez opowiadaczy wystawą wszystkich powyżej opisanych cudowności. Zobaczmy, naprzykład, opis okrętu, przywożącego do Anglii matkę króla Ryszarda: "Ster był zrobiony z czystego złota, — maszt z kości słoniowej, — liny z prawdziwego jedwabiu — białego jak mleko; — żagiel z aksamitu. — Szlachetny ten okręt z wierzchu był cały okryty materyą złotą. — Na okręcie tym znajdowali się bardzo możni rycerze i damy — i była na nim jedna dama tak jaśniejąca jak słońce, gdy się na nie patrzy przez szkło. " Mówiąc o przedmiotach podobnych, opowiadacze stają się niewyczerpanymi. Król węgierski, chcąc pocieszyć swą zasmuconą córkę, obiecuje wieźć ją na polowanie wozem, którzy mieć będzie wysianie z czerwonego aksamitu, "draperye u góry z cienkiej złotej materyi, przybrania z białego i błękitnego adamaszku, usianego liliami". Gałki wozu tego będą złote, łańcuchy emaliowane. Królewna dostanie bystre źrebce hiszpańskie, z jaskrawemi czaprakami, opuszczającemi się aż do ziemi. Pełno będzie na tej myśliwskiej wyprawie wina słodkiego, win greckich, muszkatelu, wina przezroczystego, wina do poduszki, pasztetów ze zwierzyny, najlepszych ptaków, jakie tylko złowić można, przyrządzonych do jedzenia. " A gdy po skończonem polowaniu z sokołem i z chartem powróci do domu "znajdzie tam zabawy, tańce, małe i większe dzieci, śpiewające jak słowiki, koncert wieczorny, złożony z głosów poważnych i cienkich, z chórów i muzyki na organach, — nakoniec, dwie szaty z pięknego adamaszku, okryte perłami. Później zasiądzie do wieczerzy w zielonym gaiku, pod osłoną z opon.

wysadzanych szafirami. Stu jeźdźców, ani jednym mniej niż stu, dla zabawienia jej grać będzie w piłkę, pośród chłodnych alei. Potem przybędzie łódka pełna ludzi grających na trąbkach i klarynetach, z dwudziestu czterema wiosłami, a ona usiądzie w niej i pływać będzie po rzece. Potem jeszcze podadzą jej wonne wino wieczorne, z daktylami i różnemi łakociami. Czterdzieści pochodni odprowadzi ją do sypialni, gdzie znajdzie prześcieradła z najwyborniejszego płótna z Rennes i poduszki z rubinowym haftem; a gdy wyciągnie się już na swem puchowem łożu, u sufitu zawiśnie złota klatka z palącemi się wonnościami i, jeżeli nie będzie mogła usnąć, minstrele przez noc całą czuwać przy niej będą". Opuszczam wiele szczegółów, bo stanowczo jest tu ich do zbytku. Zasłaniają one myśl, jak malowidła stronicę średniowiecznego mszału. Ale poeci wśród takich właśnie fantazyi i świetności z największem zamiłowaniem przebywają i poruszają się, a osnowa, nie mniej niż hafty ich utworów, świadczy o upodobaniu w dekoracyach zewnętrznych. Osnowę tę wytwarzają zazwyczaj z przygód nadzwyczajnych i zdumiewających. Czasem jest nią życie księcia Horna, który, młodzieńcem będąc, dostaje się na okręt, a zapędzony przez morze ku brzegom Anglii, zostaje rycerzem i odwojowuje sobie królestwo ojcowskie. Innym razem to historya sir Guy'a (Gwidona), który wybawia zaklętych rycerzy, przebijając olbrzyma Colbranda, wyzywa i zabija sułtana we własnym jego namiocie. Nie potrzebuję zresztą opowiadać Francuzom tych poematów: nie są one angielskiemi, lecz tylko przetłómaczonemi z ich języka; w Anglii, tak jak i we Francyi, powstają rojnie, napełniają wyobraźnię młodego ówczesnego świata i potęgują właściwe sobie cechy, aż wreszcie, spadłszy na ostatni szczebel ckliwości i nieprawdopodobieństwa, znajdą wieczną zagładę pod piórem Cervantesa. Cóż powiedzieć można o społeczeństwie, którego cała literatura polegała na teatralnych dekoracyach i fantasmagoryach? A jednak ten-to rodzaj literatury dostarczał umysłowej strawy całej epoce średniowiecznej! Nie prawdy Judzie ówcześni pożądali, ale rozrywki, rozrywki grubej i prostej, jaskrawej i olśniewającej. Pragnęli przypatrywać się podróżom nieprawdopodobnym, walkom wrzaskliwym, hazardom nadzwyczajnym, — całej górze wystawnego zbytku, całemu chaosowi ślepych przypadków. O dzieje duszy ludzkiej nie dbali, ani zajmowały ich losy serc ludzkich. Tylko pozory mogły budzić ich ciekawość. Wyglądają też ci ludzie jak dzieci, które z oczyma utkwionemi w przesuwający się ciąg kolorowych obrazków, nie czują wcale, że zabawa ta nie nauczy ich niczego, gdyż obrazki są bezmyślne.

VII.

A na spodzie tych marzeń, pełnych fantazyi i ułud, co się znajduje? Nic oprócz grubych i złych namiętności, zrazu wprawianych w grę przez zażartość religijną, potem zostawianych samym sobie i pod okrywką powierzchownej ogłady równie jak wprzódy złośliwych. Spójrzmy na jednego z najpopularniejszych królów, Ryszarda Lwie Serce, i zliczmy wyprawione przez niego rzezie i mordy. Pewien poemat mówi o nim: "Król Ryszard jest najlepszym z królów, opiewanych przez pieśni rycerskie (Chansons des gestes). " Gotów-bym na to przystać; widzę tylko, że król ten, posiadając lwie serce, posiada także i żołądek lwi. Raz pod morami Saint - Jean - d'Acre, po przebytej chorobie, zachciewa mu się koniecznie wieprzowego mięsa, którego nigdzie znalesć niepodobna. Przyboczni królewscy zabijają młodego Saracena, a że jest świeży i kruchy, solą go więc, gotują, i król zjada go ze smakiem, poczem przychodzi mu ochota zobaczyć głowę tego wieprzaka. Kucharz przynosi ją ze drżeniem; król zaczyna śmiać się i powiada, że wojsku jego nie grozi ogłodzenie, ponieważ żywność jest pod ręką. Po poddaniu się Saint- Jean-d' Acre przybyli od Saladyna posłowie z prośbą o litość nad jeńcami. Ryszard rozkazał ściąć głowy trzydziestu najznakomitszym jeńcom, ugotować je i po jednej podać u stołu każdemu z posłów, wraz z napisem oznajmującym imię i nazwisko byłego właściciela głowy. Co zarządziwszy, sobie także podaną głowę ze smakiem zjadł w obecności posłów, których prosił, aby opowiedzieli Saladycowi w jaki sposób chrześcijanie prowadzą wojny, i ile jest prawdy w mniemaniu, że Saladyn napełnia ich trwogą. Potem rozkazał wyprowadzić na równinę sześćdziesiąt tysięcy jeńców. "Tu dały się słyszeć głosy aniołów niebieskich, mówiące: Zabijaj, panie, zabijaj! — Król Ryszard usłyszał anielskie głosy i złożył dziękczynienia Bogu i świętemu krzyżowi, a jeńcom wszystkim głowy pościnać kazał". Ilekroć brał na wojnie jakie miasto, zwyczajem jego było skazywać na rzeź mieszkańców, nie wyłączając kobiet i dzieci. Przykłady te czerpane są z powieści, ale pobożność średniowieczna taką samą okazuje się i w historyi. Gdy Krzyżowcy wzięli Jerozolimę, cała ludność, wynosząca siedemdziesiąt tysięcy głów, została wyrżniętą.

Tak więc nawet w rycerskich powieściach przebijają się dzikie i rozkiełznane instynkty krwiożerczego zwierzęcia, które nosił w sobie człowiek ówczesny. Lecz, oprócz powieści, zwierzę to ukazuje się przy robocie w opowiadaniach wiarogodnych. Henryk II rzuca się w gniewie na pazia i wydziera mu oczy. Jan bez Ziemi zadaje śmierć głodową w więzieniu dwudziestu trzem zakładnikom. Edward

II rozkazuje powiesić dwudziestu ośmiu szlachciców i wyjąć z nich wnętrzności, a z kolei sam umiera od rozpalonego do czerwoności żelaza, którem przebito mu żołądek. Kronika Froissart'a opisuje rozpusty i mordy dziejące się w Anglii i we Francyi w czasie Wojny Stuletniej, a potem te, które wywołała angielska Wojna Róży Białej i Czerwonej, W Anglii, zarówno jak we Francyi, niepodległość feodalną niweczą wojny domowe, a Średnie Wieki konają pod brzemieniem swoich zbrodni. Wtedy-to dworskość rycerska, przysłaniająca wrodzoną dzikość, znika jak kortyna nagle pożarta przez płomię pożaru. W Anglii zapanowuje upodobanie do mordowania szlachty, nawet więźniów, nawet dzieci, a mordy te spełniane są z krwią zimną i z obelgami na ustach zabójców. Czegoż więc nauczyła człowieka ta cywilizacya i ta literatura? W jakim kierunku uczłowieczenie jego dokonało postępu? Dla powściągnięcia jego uniesień czy cywilizacya ta umieściła w nim pomiędzy żądzami a czynami jakiekolwiek zasady sprawiedliwości, jakiekolwiek przyzwyczajenie do zastanawiania się i rozwagi, jakąkolwiek zdolność rozpoznawania prawdy? Marzenia, którym się oddawał, wytworzyły pyszne ceremoniały, prawidła dla najprzyjemniejszego rozmawiania Panów z Damami, wytworzyły jeszcze kodeks zalotności, skreślony przez malutkiego Jehana de Saintre. Lecz daremnie poszukujemy w tej cywilizacyi czynników prawdziwie wychowawczych. Jakąż korzyść odniósł Froissart z rozległej swej znajomości świata? Jest on miłem i szczebiotliwem dzieckiem, a to, co nosi wówczas miano poezyi Froissarta, poezyi nowej, nie zawiera w sobie nic wyższego nad staruszkowate błahostki i gadulstwo, ujęte w wykwintne formy. Kilku retorów, a wśród nich Krystyna pizańska, próbują naśladować styl i okresy pisarzy starożytnych; lecz próby te, jak wszystkie inne, ulegają poronieniu. Cechą czasu tego jest brak ludzi myślących. Sir John Mandeville w półtora wieku po Villehardouinie objechał świat cały, i pod względem umysłowym nie prześcignął wcale Villehardouin'a. Dzieło jego pełne jest najdziwaczniejszych legend i bajek, łatwowierności i ciemnoty. Chcąc wyjaśnić przyczyny, dla których Palestyna przechodziła ciągle z rąk do rąk i nigdy nie zostawała przez czas długi pod jednem panowaniem, utrzymuje, że "Bóg nie chciał, aby na długo posiedli ją zdrajcy i grzesznicy, bez względu na religijne ich wyznanie, chrześcijańskie lub jakiekolwiek inne. " Kiedy w Niedzielę Palmową wszedł do Świątyni Jerozolimskiej, ujrzał na Wschodach tejże ślady nóg osła, na którym jechał był Jezus Chrystus. Opisuje Etyopów, mających jedną tylko stopę, lecz tak szeroką, że używają jej jak parasola. Opowiada o wyspie, której "mieszkańcy mają od osiemnastu do trzydziestu stóp wysokości i odziewają się tylko w skóry zwierzęce" — i o innej, "na której znajduje się mnóstwo kobiet

okrutnych, z drogiemi kamieniami, wstawionemi w oczy, i z takim wzrokiem, że, jak bazyliszki, gdy ze złością popatrzą na człowieka, zabijają go spojrzeniem. " Takie - to rzeczy opowiada sobie poczciwiec, opowiada i na opowiadaniu kończy; o powątpiewaniu zaś i zdrowym rozsądku niema jeszcze mowy w ówczesnym świecie. Bez krytyki i własnego zastanowienia opowiadacz gromadzi fakty i umieszcza je z kolei jeden obok drugiego, bez jakiegokolwiek powiązania; dzieło jego jest zwierciadłem odbijającem to tylko, co kiedykolwiek oczy zobaczyły i usłyszały uszy. "A wszystkich tych, którzy na moją intencye odmówią Ojcze nasz i Zdrowaś Marya, przypuszczam do wspólki i podziału we wszystkich nabożnych pielgrzymkach, które w życiu swem odbyłem. " Takie jest zakończenie dzieła, zupełnie odpowiadające jego całości. Ani moralność publiczna, ani oświata powszechna nie odniosły żadnego pożytku z trzech wieków cywilizacyi francuskiej, bezskutecznie naśladowanej przez całą Europę, a okrywającej człowieka tylko powierzchownemi ozdobami. To też u końca tego czasu politura ta kruszy się i opada, a widoczniej niż we Francyi staje się to w Anglii, gdzie była bardziej jeszcze powierzchowną i gorzej przystosowaną, bo wytwarzały ją ręce cudzoziemskie, bo saksońskie jądro, połowicznie tylko nią powleczone, pozostało jak dawniej surowem i twardem. I w tem - to właśnie szukać należy przyczyn, które sprawiły, że literatura wytworzona w Anglii przez Normandów, złożona z tłómaczeń i niezręcznych naśladowań, przez trzy stulecia, to jest przez cały pierwszy okres feudalizmu, próżną była i piękna i rozumnej treści.

VIII.

A cóż tymczasem stało się z narodem zwyciężonym? Czy stary pień, na którym przybysze ze stałego lądu zaszczepiali błyszczące kwiaty, nie wydał żadnej właściwej sobie odrośli piśmienniczej? Czy pod ciosami siekiery normandzkiej, która odrąbywała wszystkie jego pąki, przez cały czas ten pozostał bezpłodnym? Owszem, wydawał on owoce, bardzo skąpo wprawdzie, ale wydawał. Plemię to, jakkolwiek podbite, nie było podobnem do tych narodów poćwiertowanych, okaleczonych, z korzeniami wyrwanych z gruntu i ubezwładnionych, które na stałym lądzie, po długim wyzysku rzymskim, wpadły w wichry i burze, towarzyszące najściu barbarzyńców. Pozostało ono w całości na tym samym co pierwej gruncie, z pełnią swoich żywotnych soków, — bez przemieszania składających je części, — po prostu, ze ściętym tylko wierzchołkiem i zaszczepionym na jego miejsce pękiem latorośli obcych. Przechorowało wprawdzie, lecz z cza-

sem rana się zagoiła, a soki dwóch różnych gatunków drzew połączyły się i zmieszały z sobą (1). Nawet te sztywne i twarde stawy, któremi mocno spoił je zdobywca, przyczyniły się do zapewnienia plemieniu owemu siły i trwałości. Ziemia uległa oszacowaniu; każdy tytuł własności i każdy czynsz (2) otrzymał sprawdzenie, określenie, zarejestrowanie, każdy człowiek wciągniętym został do ksiąg spisowych wraz z miejscowością, w której przebywał, ze stanem, do którego należał, z obowiązkami, które spełniać musiał, z pochodzeniem swem i z całą swoją wartością. W ten sposób naród znalazł się jakby w sieci, której żadne oko zerwać się nie mogło, i jeżeli miał rozwijać się dalej, to tylko w narzuconych sobie z góry ramach. Odtąd ustrój jego jest wykończony, a każdy członek wzrastać i działać może tylko w granicach ściśle określonych i zamkniętych. Spójność i walka: oto są dwa wyniki tej wielkiej reguły, wytwarzanej i podtrzymywanej przez arystokracyę, złożoną ze zdobywców, z jednej strony, a z drugiej, przez naród podbity. Tak było w Rzymie, gdzie systematyczne wprowadzanie do plebsu ludów zwyciężonych i przymusowa organizacya patrycyuszów w celach obronnych przeciw plebsowi zaciągnęły do szeregów jednostki obu stanów, które - to stany, łącząc się same w sobie dla wspólnych interesów i jeden występując przeciw drugiemu, wytworzyły państwo. Tu, tak samo jak w Rzymie, charakter narodowy urabiał się i ustalał przez przyzwyczajenie do działań zbiorowych, przez poszanowanie dla prawa pisanego, przez wyrabianie zdolności politycznych i praktycznych, przez rozwijanie energii, walczącej, lecz cierpliwej. Nie co innego więc, tylko księgi królewskie ( Domesday book), poddając to młode społeczeństwo surowej karności, uczyniły Saksona Anglikiem takim, jaki jest obecnie.

Powoli, stopniowo, wśród bolesnych utyskiwań kronikarzy, wzrasta ten człowiek nowy, a wzrastając, miota się jak dziecko ściśnięte w stalowym przyrządzie, który ból mu zadaje i zarazem wzmacnia jego członki. Poniżeni i w prawach ograniczeni, nie wszyscy jednak Saksonowie zmieszali się z pospólstwem. W każdem prawie hrabstwie (3) byli tacy, którzy pozostali właścicielami gruntów, z warunkiem składania hołdu królowi. Wielu oddało się w wasalstwo


(1). "Pictorial history" 1, 666; Dialogue on the Eschequer. Czasy Henryka II.

(2) [113]

(3) [114]

baronom normandzkim, co udzieliło im praw do władania ziemią. Najwięcej było socager'ów, czyli posiadaczy wolnych, obciążonych powinnością wypłacania czynszu, ale posiadających prawo rozrządzania swą własnością. Zaś chłopi saksońscy, wśród ludzi wszystkich kategoryi powyższych znajdowali patronów tak, jak plebs rzymski znajdował wodzów pośród przeniesionej do Rzymu szlachty italskiej. A patronat tych Saksonów, którzy zdołali utrzymać się na nogach, był bardzo skutecznym, gdyż nie byli oni osamotnieni; mieszane małżeństwa, podobne do tych, które łączyły w Rzymie patrycyat z plebsem, bardzo wcześnie połączyły i tu oba plemiona (1). Normandczyk, będący szwagrem Saksona, broniąc go, bronił samego siebie, bo szczególniej w tych czasach ciągłych zamieszek i powszechnej zbrojności krewni i sprzymierzeńcy, aby ostać się, muszą zachować spójność ścisłą. Zresztą, przybysze są też zmuszeni do oglądania się na zawojowanych, bo ci zawojowani to mężowie pełni odwagi i hartu. Saksonowie, jak plebejasze rzymscy, nie zapominają nigdy o swem starszeństwie na gruncie i o swej dawnej niepodległości. Poznać to można ze skarg i oburzenia ich kronikarzy, z głuchych warczeń i pogróżek, zapowiadających bunt ogólny, z goryczy staie zaprawiającej nieustanne wspomnienia o dawnej wolności, ze sprzyjania zuchwalstwu i buntowniczemu oporowi outlaw'ów. W dwunastym wieku były takie rodziny saksońskie, które wskutek uczynionego ślubu z pokolenia w pokolenie nosiły długie brody, aby przez to uczcić pamięć starych zwyczajów narodowych i dawnej ojczyzny. Tacy ludzie, choćby znaleźli się na nizkim społecznym stopnia socager'ów i jeszcze niższym chłopów, posiadać musieli karki nierównie twardsze, niż nędzni osadnicy stałego lądu, w ciągu trzech stuleci deptani i ugniatani przez rzymską skarbowość. Uczucia ich, z jednej strony, a położenie, z drugiej, czynią z nich połamane szczątki, ale zarazem i żywe zaczątki wolnego ludu. Nie można względem nich posuwać ucisku do ostateczności. Stanowią oni massę narodu, massę pracowitą i odważną, która jest silą pożądaną dla wszystkich. Wielcy baronowie uczuwają potrzebę opierania się na nich, dla stawienia królowi skutecznego oporu, i wkrótce przychodzą (2) do tego, że


(1) [115]

(2) [116]

stawiając wymagania dla siebie, (1) nie pomijają wszystkich ludzi wolnych, nawet kupców, nawet chłopów. Odtąd "nie będzie wolno nikomu odzierać kupca z towarów, ani chłopa z narzędzi pracy, — jakoteż za drobne przestępstwa nakładać na kupców i chłopów nieodpowiednich kar pieniężnych. Żaden człowiek wolny nie ma być zatrzymanym przez władze, więzionym lub pozbawionym własności i w jakikolwiek sposób ściganym, inaczej, jak tylko wskutek wyroku wydanego przez sąd parów i na mocy prawa krajowego". Uczuwszy nad sobą taką opiekę, Saksonowie podnoszą głowy i rzucają się do czynu. W każdem hrabstwie istnieje zgromadzenie, na którem wolni posiadacze obradują nad sprawami gminnemi, odprawiają sądy i wybierają urzędników mających sporządzać rozkład podatków. W tem zgromadzeniu Sakson z wielką rudą brodą, z jasną cerą i wielkiemi białemi zębami, zasiada obok Normanda; znajdują się w niem tacy franklin'owie jak ten, którego opisuje Chaucer, mówiąc, że miał: "kompleksyę krwistą, " był hojnym i na wzór przodków obżartym, szczerym miłośnikiem obżarstwa; że "chleb i piwo nigdy nie schodziły z jego stołu, " dom nigdy nie był bez pieczonego mięsa, a jadła znajdowała się w nim taka obfitość, jak śniegu w zimie; że "miał w klatkach tuczone kuropatwy, a w stawie leszcze i szczupaki, " unosił się gniewem na kucharza "za sos nie dość ostry i esencyonalny, a stół trzymał dla wszystkich, po dniach całych gotowy i zastawiony. " Wolny posiadacz taki to człowiek ze znaczeniem; był szeryfem, czyli rycerzem hrabstwa; figuruje na sessyach kwartalnych. Lecz z sobą i za sobą, czasem w zgromadzeniu, najczęściej wśród publiczności, ma on jeszcze yeomen'ów: dzierżawców, leśników, rzemieślników, którzy są jego rodakami, a przytem ludźmi silnymi fizycznie i moralnie, wybornie uzdolnionymi do bronienia swojej własności, do wspierania poklaskiem, pięścią, nawet orężem, każdego, kto weźmie w obronę ich interesy. Czy podobna nie dbać o uczucia i zdania podobnych ludzi (2)? "Na mszę świętą! był to chłop potężny, grubokościsty, przysadzisty, szeroki w ramionach, ciężki jak sękate drzewo, zdolny do pokonania rozgniewanego tryka, mogący każde drzwi wysadzić z zawias, lub, rozpędziwszy się, wyłamać je głową. Broda jego była rudą jak sześć świni albo lisa, a szeroką jak łopata. Z prawej strony nosa miał brodawkę, z pękiem rudej sierści, przypominającej ucho maciory. Usta jego, pod szerokiemi i czarnemi nozdrzami, miały szerokość piecowiska. U boku jego wi-


(1) [117]

(2) [118]

siały miecz i tarcza, a był kłótliwym zuchem. " Takiemi są te postacie atletyczne, te czworogranne zady, te jakby rozweselone bawoły, którym podobne dziś jeszcze w kraju owym znaleść można, bo są zakonserwowane w porterze i mięsie, utrwalone przez wiekową gimnastykę ciał i pięści. Takich - to ludzi wyobrazić sobie powinien każdy, kto chce zrozumieć, jakim sposobem ustaliła się w kraju tym wolność polityczna. Potrosze prości rycerze normandzcy, zbyt ubodzy, aby brać udział w zgromadzeniach królewskich, więc wspólnie z Saksonami należący do prowincyonalnych zgromadzeń hrabstw, poczęli zbliżać się ku tym Saksonom, aż dzięki wspólności interesów, a także podobieństwom zachodzącym w sposobie życia i położeniach społecznych, utworzyli z nimi jedno ciało. Wówczas Saksonowie uczynili z nich przedstawicieli swoich, zaczęli ich wybierać (1). A właśnie w tej porze wstępowania do życia publicznego posiedli sprzymierzeńca ze świeżemi siłami, mającego zapewnić im w tem życiu udział trwały. Sprzymierzeńcem tym były miasta, spustoszone przez podbój, lecz, które powoli zaludniły się na nowo, otrzymały lub wywalczyły sobie przywileje, wykupiły się od dowolnie nakładanych na nie haraczów, nabyły na własność grunt, na którym stały, i zjednoczyły się pod zwierzchnictwem mayorów i aldermanów. Teraz każde z tych miast w wielkiej sieci feudalnej stanowi potęgę. Zbuntowany przeciw królowi Leicester, dla zwiększenia swej siły i powagi, wzywa po dwóch obywateli każdego miasta do Parlamentu (2), Odtąd dawni pokonani, zarówno wieśniacy jak mieszczanie, dążą ku wysokiemu szczytowi życia politycznego. Jeżeli obarczają się podatkami, to tylko z dobrej woli i te tylko opłaty uiszczają, na które udzielili swego przyzwolenia. U początku czternastego wieku deputowani ich wytwarzają Izbę Gmin, chociaż już i u końca poprzedzającego Arcybiskup kantuaryjski, w imieniu królewskiem przemawiając do papieża, mógł słusznie powiedzieć: "Jest to zwyczajem w Królestwie Angielskiem, że we wszystkich sprawach tyczących się stanu tego królestwa zasięganą bywa rada wszystkich tych, których one obchodzić mogą. "

IX.

Jeżeli dostąpili swobód, to tylko dlatego, że je zdobyli; przyszły im wprawdzie z pomocą i okoliczności, lecz charakter zdziałał tu najwięcej.


(1) [119]

(2) [120]

podała im sił zapewne protekcya możnych baronów i użytecznem było przymierze z prostymi rycerzami; lecz zdołali ostać się na nogach o tyle, aby posiąść jedno i drugie tylko dzięki swej wrodzonej wytrzymałości i energii. Dość spójrzeć na sprzeczność, którą w tej chwili stanowią z sąsiadami swymi, aby się o tem przekonać. Czem zabawiają się teraz Francuzi? Bajeczkami (fabliaux) dowcipnemi sztuczkami lisa, oszukaństwami dokonywanemi na Panu Ysengrinie, przez odbieranie mu żony, wykradanie obiadu, przez obijanie go za pomocą rąk cudzych i bez niebezpieczeństwa dla bijącego, — słowem, zwycieztwami odnoszonemi przez dowcipne ubóstwo nad głupiem bogactwem. Najulubieńszym bohaterem jest tu już plebejusz, którego typ dosięgnie potem całej swej pełni w postaciach Panurga i Figara, — plebejusz drwiarz, chytry, wesoły, z małą skłonnością do walczenia oko w oko, zbyt delikatny, aby mieć zamiłowanie w grubych zwycięztwach i w grubych zwyczajach szermierskich, zręczny i bystry, więc lubiący obchodzić przeszkody i umiejący strącać ludzi ze wschodów jednem lekkiem dotknięciem palca. Zupełne to przeciwieństwo z bohaterem angielskim, którym jest Robin Hood, waleczny outlow, zuchwale i swobodnie żyjący w zielonych lasach i prowadzący otwartą wojnę z prawem i z sheriffem (1). Był to najpowszechniej ulubiony typ ze wszystkich, jakie gdziekolwiek istniały. "On-tojest, — opowiada stary historyk, — którego uroczystość drobny lud lubi święcić przez wyprawianie gier i komedyi; jego-to historya, opiewana przez minstrelów, zaciekawia lud ten więcej niż wszystkie inne. " Jeszcze w szesnastym wieku święto Robina Hooda było obchodzone przez mieszkańców wszystkich wsi i miasteczek. Raz biskup Latimer, objeżdżając swoją dyecezyę, oznajmił, że nazajutrz w pewnej miejscowości mieć będzie kazanie; ale gdy w porze oznaczonej przybył do kościoła, znalazł drzwi zamknięte i całą godzinę oczekiwać musiał na przyniesienie klucza. Nakoniec zjawił się jakiś człowiek i rzekł: Wasza Świątobliwości! W dniu dzisiejszym jesteśmy bardzo zajęci i kazania Waszego wysłuchać nie możemy. Jest to dzień poświęcony Robinowi Hood. Ludność całej parafii daleko ztąd ścina gałęzie dla Robina Hooda, i nie warto nawet oczekiwać na nią. " Biskup był zmuszonym zdjąć ubranie kościelne i jechać dalej, ustępując przed łucznikami ustrojonemi w zieleń, którzy na scenie utworzonej z gałęzi przedstawiali Robina Hooda, Małego Janka i ich towarzyszy. Bohater ten, prawdziwie narodowy, jest przedewszystkiem Saksonem,. zostającym w stanie otwartej wojny z prawodawcami i wykonawcami.


(1) [121]

prawa, "z biskupami i arcybiskupami, " których prawodawstwo było dla rodaków jego tak uciążliwem. Następnie, jest on wspaniałomyślny; rycerza tak zubożałego, że nie posiada nawet ubrania, obdarza koniem i pieniędzmi dla wykupienia ziemi, oddanej w zastaw chciwemu opatowi. Następnie jeszcze odznacza się litościwością i dobrocią, zaleca podwładnym, aby nie wyrządzali krzywdy ludziom ubogim, yeomen'om lub chłopom. Lecz ważniejszemi nad to wszystko są takie przymioty jego jak przedsiębiorczość, śmiałość i duma, pochopność do wyrzucania strzał z łuku w oczach i przed samym nosem szeryfa, łatwość, z jaką staje do bójek, bądź zaczepnych, bądź odpornych. Z pomiędzy piętnastu strażników leśnych, którzy ująć go chcieli, zabija czternastu; zabija też sheriffa, sędziego i odźwiernego miasta, zabija potem wielu innych ludzi tego samego rzędu, a czyni to wszystko raźnie, wesoło, jak dzielny chłopak, który przebywa na wolnem powietrzu, je dobrze, ma skórę grubą i kipi od napełniającej go obfitości zwierzęcego życia. "Kiedy wyręby leśne połyskują, a trawa wzrasta bujnie, — a liście są szerokie i długie, — miło jest, przechadzając się po pięknym lesie — słuchać śpiewu ptasząt. " Tak zaczyna się mnóstwo ballad, a ta sama piękna pogoda, która jeleni i byków pobudza do rzucania się naprzód, z nastawionemi rogami, bohaterów ballad popycha do bójek na pięści lub miecze. Robinowi przyśniło się raz, że dwaj yeomeni go obili; chce biedz do nich i z gniewem odpycha Małego Janka który pragnie go wyprzedzić. "Kiedyż — to wysyłałem sługi swoje naprzód — a sam pozostawałem w tyle! — Gdybym nie bał się złamać luku, — o, Janku, rozbiłbym ci nim głowę. " Idzie więc sam i spotyka barczystego yeomena, Gwidona Gisborne. "Każdy ktoby nie był ani sprzymierzeńcem ich, ani krewnym, — z przyjemnością patrzyłby na dwóch yeomenów idących przeciw sobie — z brunatnemi i połyskującemi ostrzami w rękach — i na bój ich — który trwał przez dwie godziny dnia letniego. — A przez cały ten czas — w głowie Robina Hooda, ani w głowie messire'a Gwidona, — nie postała myśl o ucieczce. " Yeomen Gwidon jest równie odważny jak Robin Hood: sam przybył do lasu na jego spotkanie i z łuku strzela niegorzej od niego. Bo ta stara poezya ludowa usiłuje wysławiać, nie pojedyńczego zbójcę, lecz całą klassę ludzi, złożoną z yeomenów (yeomanry). "Niech Bóg zmiłuje się nad duszą Robina Hooda i zbawi wszystkich dobrych yeomenów !" Oto są słowa, kończące wiele ballad. Yeomen, waleczny, wytrzymały na razy, dobry strzelec, wprawny gracz w miecze i kije, jest ulubieńcem ludu. Ci yeommi to cała klassa obywateli, groźna, uzbrojona i nawykła do robienia bronią. Trzeba ich widzieć przy robocie: "Wstydziłbym się na ciebie napaść, — mówi weso-

ly Robin do strażnika trzody (1) — nas jest trzech, a tyś jeden. " Ale strażnik nie czuje trwogi: "Skoczył w tył o trzydzieści kroków — może nawet o trzydzieści jeden, — oparł, się o krzak plecami, — a stopą o kamień — i tak walczył przez cały dzień, — przez cały długi dzień letni — aż dopóki miecze nie skruszyły się w ich rękach, od uderzania w szerokie tarcze. " — Zdarza się nawet często, że Robin nie odnosi zwycięztwa. Artiur, odważny garbarz, "z kijem mającym ośm i pół stóp długości, którym mógłby zabić młodego byczka", przez dwie godziny walczy z Robinem. Krew popłynęła, porozbijali sobie głowy i jeszcze walczą "jak dziki w czas żeru". Zachwycony Robin oznajmia przeciwnikowi, że może odtąd chodzić po lesie bez składania mu opłaty. "Bardzo dziękuję, ale nie mam za co, — odpowiada tamten, — zapracowałem na wolne przejście swoim kijem i jemu wdzięczność winienem, nie tobie. " — Kimże jesteś? — zapytuje Robin. Waleczny Artiur odpowiada: "Jestem garbarzem; pracuję oddawna w Nottinghamie — i jeżeli zechcesz przyjść tam kiedy — przyrzekam i ślubuję, — że bezpłatnie wyprawię twoją skórę. — Dzięki ci, dzielny człowiecze, — przemawia wesoły Robin, ponieważ jesteś tak dobrym i hojnym, — że chcesz darmo wyprawić moją skórę — odpłacę ci wzajemnością, i tak samo uczynię z twoją. " Po tej zamianie miłych oświadczeń uścisnęli się, bo wzajemne obdarzenie się uczciwemi szturhańcami usposabiało ich zawsze do przyjaźni. W taki sam sposób Robin Hood zawarł znajomość z Małym Jankiem, którego potem kocha! przez całe życie. Mały Janek miał siedem stóp wzrostu, stał raz na moście i nie chciał ustąpić miejsca Robinowi. Uczciwy Robin znowu nie chciał przeciw niemu użyć łuku, poszedł więc, wyciął kij, na siedem stóp długi, poczem umówili się obaj po przyjacielsku, że bić będą się na moście dopóty, aż jeden z nich wpadnie w wodę. Uderzają tedy i rąbią się tak, że "aż kości trzeszczą"; nakoniec Robin upada i tem większym szacunkiem przejmuje się dla Małego Janka. Innym razem tenże Robin, z mieczem w dłoni, obity przez kotlarza, który posługuje się tylko kijem, pełen uwielbienia darowuje swemu zwycięzcy sto funtów. Obija go też jakiś pasterz i jeszcze jakiś garncarz, niechcący uiścić należnej zapłaty. Biją się zresztą dla rozrywki i przepędzenia czasu. Właściwość ta przetrwała w tym kraju aż do dni naszych. Dziś jeszcze bokserowie angielscy przed rozpoczęciem walki po przyjacielsku podają sobie dłonie i zamordowują się w sposób honorowy, bez urazy, złości, ani wstydu. Nikt tam nie czuje potrzeby zemsty za podbite oko, lub


(1) [122]

zęby i połamane żebra; snadź kości są grubsze i nerwy mniej wrażliwe niż gdzieindziej. Zadawszy i otrzymawszy rany, ujmują się za ręce i zaczynają tańczyć z sobą po murawie, przyśpiewując: "Trzej weseli towarzysze, trzej weseli towarzysze, byliśmy sobie trzej weseli towarzysze!" Jeżeli zważymy i to jeszcze, że w każdej parafii ludzie ci co niedziela ćwiczą się w strzelaniu z łuku i są najlepszymi w świecie łucznikami, że powszechne oswobodzenie włościan, dokonane w końcu czternastego wieku, powiększa ogromnie liczbę takich łuczników, zrozumiemy przyczyny, dla których żadne wstrząśnienia i zmiany, zachodzące w państwie i najwyższych jego władzach centralnych, nie naruszają politycznej wolności poddanych tego państwa. Bo ostatecznie w każdym kraju i pod wszelkiemi rządami jedyną trwałą i niezłomną rękojmią wolności jest następująca przemowa wewnętrzna, którą człowiek wypowiada do samego siebie, ale o której wszyscy wiedzą, że jest w duszach ludzkich zapisana: "Jeżeli ktokolwiek dotknie mojego dobra, wejdzie do mego domu, stanie na mojej drodze, dlatego, aby mię skrzywdzić, niech będzie pewny, że, jakkolwiek cierpliwy, posiadam przecież silne ramiona, dobrych towarzyszy, wyostrzony oręż, a w pewnych chwilach dość woli i energii, aby ten oręż po rękojeść pogrążyć mu w gardziel".

[edytuj] X.

Takim właśnie był sposób myślenia się Johna Fortescue, kanclerza angielskiego z czasów panowania Henryka VI go. Wygnany do Francyi w czasie wojen Dwóch Róż, był on jednym z pierwszych prozaików angielskich i pierwszy wydał sąd o konstytucyi swego kraju, a także wyjaśnił ją cudzoziemcom (1). Nie ubóstwo, — mówi on, — lecz tchórzostwo, brak energii i odwagi, nie pozwalają Francuzom powstać przeciw swemu rządowi (2). Żaden Francuz nie posiada w tym stopniu co Anglicy tego rodzaju odwagi. Często zdarza się w Anglii, że trzech lub czterech łotrów, przyciśniętych biedą, napada w celach rabunku siedmiu lub ośmiu uczciwych ludzi; lecz we Francyi nie zdarzyło się nigdy, aby trzej lub czterej uczciwi ludzie napadnięci byli przez siedmiu lub ośmiu łotrów, bo


(1). The difference between an absolute and limited monarchy,. — A learned commendation of the politique laws of England".

(2) [123]

Francuzi niezmiernie rzadko zdobywają się na śmiałość potrzebną do popełnienia tak szkaradnego czynu, i to właśnie jest może przyczyną, że prawie nigdy nie są karani za kradzież z bronią w ręku. To też za taką kradzież i za morderstwo bywa w Anglii więcej powieszonych ludzi przez rok jeden, niż we Francyi przez lat siedem. Jeżeli ubogi Anglik zobaczy u kogoś bogactwa, które może zabrać przemocą, nie zaniedba nigdy tego uczynić, chyba gdy jest doskonale uczciwym. " Słowa te rzucają niespodziane i straszne światło na stan tego spółeczeństwa, w którem zabójstwa zdarzają się codziennie, a każdy człowiek, ubogi czy bogaty, musi żyć z dłonią na rękojeści miecza. Za panowania Edwarda I zjawiają się tam całe bandy złoczyńców: przebiegają kraj i nie dają ująć się bez zbrojnej walki; dla pokonania ich ludność wielu naraz miast musi się zgromadzać, ścigać ja i chwytać "z krzykami i hałasem. " Za Edwarda III znowu baronowie odbywają po kraju konne przejażdżki, z wielkiemi pocztami łuczników i innych zbrojnych ludzi, napadają zamki, porywają panie i panny, zabijają, kaleczą, wymagają okupu od ludzi we własnych ich domach, postępują we wszystkiem, jakby znajdowali się w kraju nieprzyjacielskim; zjawiają się nawet na posiedzeniach sądowych z tak wielką siłą zbrojną i w sposób tak zuchwały, że przestraszeni sędziowie nie śmią wygłaszać wyroków (1). Dość przeczytać listy rodziny Pastonów, pisane za Henryka VI i Edwarda IV, aby przekonać się jak dalece wojna prywatna wre tu na każdym kroku i jak starannie każdy musi zaopatrywać się w broń i ludzi, czuwać nad swojem dobrem, polegać tylko na samym sobie, na własnej sile i odwadze. Ten to zbytek sprężystości i pochopności do bijatyk, po zwycięztwach odniesionych nad Francyą, podzielił ludność Anglii na dwa wrogie obozy i sprowadził rzezie Dwóch Róż. Cudzoziemcy ze zdziwieniem spoglądają na cielesną i duchową ich siłę, na "ogromne kawały mięs, " któremi odżywiają oni swoje ciała, na wojownicze ich usposobienie i wściekły upór, przypominający "dzikie zwierzęta" (2). "Podobni są do buldogów, psów nieposkromionej rasy, które w szalonym przystępie odwagi, z zamkniętemi oczyma rzucają się w paszczę niedźwiedzia i dają sobie zgniatać głowy jak zgniłe jabłka: " a jednak ten dziwny stan społeczeństwa wojującego, tak mozolny i pełen niebezpieczeństw, nie przeraża ich wcale. Kiedy król Edward


(1) [124]

(2) [125]

rozkazał uwięzić mącicieli spokoju publicznego bez poprzedzającej czyn ten procedury prawnej, a potem wzbronił wypuszczenia ich na wolność z jakichkolwiek przyczyn i pozorów, gminy oświadczyły, że rozkaz ten jest "straszliwem nadużyciem", że protestują przeciw niemu i nie pragną wcale mieć nad sobą tak zbytecznej opieki królewskiej. Przekładali oni niebezpieczeństwo nad utracenie jakiejkolwiek odrobiny ze swej niepodległości; kosztem spokoju publicznego ochraniali rękojmie ubezpieczające swobodę jednostek; woleli posiadać wolność pełną burz, niż porządek oparty na despotyzmie; milej im było znosić złoczyńców, z którymi mogli walczyć, niż urzędników, przed którymi musieliby zginać karki.

To usposobienie, harde i niezłomne, stanowi główną pobudkę i osnowę książki Forteseue'go. "Są dwa rodzaje rządów, — mówi on, — z których jeden jest królewskim i absolutnym, drugi królewskim i konstytucyjnym. " (1). Pierwszy panuje we Francyi, drugi w Anglii. "Różnica pomiędzy niemi na tem zależy, że pierwszy utrzymuje ludy pod władzą praw, które sam stanowi, nakładając na te ludy bez ich zezwolenia podatki i inne opłaty takie, jak sam chce; drugi zaś nie może przepisywać Judom innych praw prócz tych, które one same dla siebie ustanowią, ani, co za tem idzie, bez ich zezwolenia okładać ich podatkami. "

W państwie, które z dwu wymienionych rodzajów rządu posiada drugi, wola narodu "jest najważniejszą z rzeczy istniejących, jest taką rzeczą, która wysyła krew do głowy i do wszystkich członków ciała państwowego... I jak w ciele fizycznem głowa nie może odmieniać swoich nerwów, ani odmawiać członkom sił i krwi, któremi odżywiać się one mają, tak król, będący głową ciała państwowego, nie może odmieniać praw, które rządzą tem ciałem, ani odbierać narodowi samego jego bytu, przez sprzeciwianie się jego żądaniom lub odmowom. W rządzie tego rodzaju król wyniesiony zostaje do swej godności tylko dla rozciągania opieki i obrony nad poddanymi prawa, nad ciałami ich i dobrami; naród obdarza go władzą tylko w tym celu i wykonywanie jakiejkolwiek innej władzy (2) jest mu wzbro-


(1) [126]

(2) Fortescue "In leges Angliae" Londyn 1599. "Wzbronione jest Królowi Angielskiemu w królestwie swojem dowolnie zmieniać prawo, bo król nie tylko królewskim, lecz zarazem i politycznem prawem panuje. W ustroju państwowym wola narodu jest rzeczą najpierwszą i najżywotniejszą, mająca w sobie krew, to jest, troskliwość polityczną o pożytek narodu, którą do głowy i członków wszystkich tegoż ustroju przesyła, i tem też ustrój żywi się i żyje.

W słowach powyższych, wypowiedzianych w wieku piętnastym, znajduje się już cała teorya Locke'a; tak dalece doświadczenie posiada moc wytwarzania teoryi, tak dalece używanie wolności odsłania przed ludźmi samą jej istotę! Ale Fortescue posuwa się dalej jeszcze: wiersz po wierszu, przeciwstawi on prawo rzymskie, będące dziedzictwem po ludach łacińskich, prawu angielskiemu, stanowiącemu własność ludów teutońskich. Pierwsze, jako dzieło władzców absolutnych, skłonnem jest do poświęcania jednostek: drugie, jako wytwór powszechnej woli narodu, chętnie opiekuje się jednostką i troszczy się o nią. Forteseue wskazuje zasady, które prawoznawców rzymskich skłaniały do przyznawania mocy obowiązującej wszelkiemu orzeczeniu władzcy, i zestawia je ze statutami angielskiemi "które, nie przez wolę władzcy, lecz za zgodą całego królestwa, przez mądrość trzechset najwyborniejszych ludzi stanowione, nie mogą wyrządzać szkód narodowi, lecz, przeciwnie, muszą przynosić mu pożytek. " Zestawia on dalej samowolne mianowanie urzędników cesarskich ze sposobem wybierania sheriffa, którego co rok i w każdem hrabstwie król wybiera z pomiędzy trzech rycerzy lub giermków tegoż hrabstwa, wskazanych mu przez radę lordów duchownych i świeckich, sędziów wyższych, baronów szachownicy (zarz. skarbu) i innych wysokich dostojników.. Zestawia nakoniec sądową procedurę rzymską, która dla wydania


"I jak głowa ciała fizycznego nie może przemienić nerwów, ani odmówić członkom krwi i sił swoich, tak król, jako głowa politycznego ciała, nie może odmieniać praw, ani odbierać narodowi tego, co jest samą jego istotą (substantia); król bowiem jest wyniesiony na to dostojeństwo dla obrony praw poddanych swoich i tylko tę władzę, od narodu płynącą, posiada.

"Prawa Anglii nie wolą monarszą, lecz zgodą całego narodu są, stanowione, — mądrością więcej niż 300 wybranych mężów, — na to, aby narodowi nie wyrządzili żadnej szkody, a samym sobie nie przysparzali ztąd żadnej korzyści. "

W każdym okręgu jest pewien urzędnik, zwany vice-hrabia. królewskim, który oprócz właściwych urzędowi swemu czynności, spełniać ma wyroki i rozkazy sądów, a jego urząd jest jednorocznym i dłużej niż rok trwać nie może, tak, że nie wolno nikomu przez dwa lata po sobie następujące urzędu tego sprawować. "

"Co rok, w przeddzień Wszystkich Świętych zbierają się w pałacu królewskim (saccarium regis, kings Exchequer) wszyscy doradzcy króla duchowni i świeccy i wszyscy jego sędziowie wyżsi, baronowie pałacowi, nadzorca rotuł (Master of the rolls) i niektórzy inni urzędnicy, którzy wszyscy, za zgodą ogólną, mianują w każdem hrabstwie trzech rycerzy, ludzi od oręża (armigeri, knights albo squires), używających w tem hrabstwie opinii najlepszych, najzdolniejszych, najbardziej godnych urzędu vice-hrabiowskiego; z tych trzech zaś król wybiera tylko jednego, a hrabstwo dyplomem go na urzędzie ustanawia. "

"Dwunastu przysięgłym podług przepisanej formy, którzy oprócz ruchomości posiadają jeszcze majątek wystarczający na utrzymanie, są uczciwi, prawi niepodejrzani dla żadnej ze stron, lecz sąsiadujący z niemi, odczytuje się w sądzie po angielsku materyał zebrany i uchwały zapadłe w procesie. "

wyroku potępiającego żądała zeznań tylko dwóch świadków, w przeciwstawieniu do sądu przysięgłych, z dozwoleniem trzykrotnej rekuzacyi, z przedziwnem ubezpieczeniem sprawiedliwości wyroków, udzielanem przez liczbę, uczciwość, dobrą sławę i położenie społeczne członków takiego sądu. Taką obronę i opiekę prawa posiadając, gminy angielskie muszą znajdować się w stanie kwitnącym. Młodemu księciu, którego jest wychowawcą, Fortescue zaleca przypatrzenie się gminom francuzkim. Opłaty pogłówne, podatki od soli i wina, kwaterunki wojskowe, doprowadziły je do najwyższej nędzy. "W czasie podróży swoich widziałeś je, książę! Są tak zubożałe i zniszczone, że zaledwie istnieć mogą; mieszkańcy ich piją wodę, jadają jabłka z czarnym, żytnim chlebem, a nie jadają mięsa, z wyjątkiem małej ilości słoniny i wnętrzności lub głów zwierząt, które zabijają na rzecz panów i kupców... Żołnierze tak dalece zjadają im wszystko, należące do nich, ptactwo, że pozostają im tylko jaja, które też poczytują za traktament wyśmienity. Nie posiadają też wełnianej odzieży, chyba tylko jedną jakąś lichą kamizelkę, noszoną podzwierzchniem ubraniem, sporządzanem z grubego płótna i noszącem nazwę bluzy. Spodnie ich są z takiegoż płótna i sięgają tylko do kolan, tak, że reszta nogi jest obnażoną. Żony i dzieci ich chodzą boso... Są pomiędzy nimi tacy, którzy płacili zazwyczaj talara jako coroczny podatek, składany panu za uprawianą ziemię, a teraz, w dodatku do tego talara, płacą królowi jeszcze pięć talarów. Dlatego - to zmuszeni są tyle pracować, niedosypiać i dla wyżywienia się tyle dobywać z ziemi, że ciała ich są wynędzniałe i wszelka siła unicestwioną. Chodzą ze zgarbionemi plecami, krokiem osłabionym, niezdolni do walczenia w obronie królestwa; zresztą, broni nie posiadają żadnej, ani pieniędzy dla jej nabycia. "

"Takiemi są owoce rządu absolutnego. Niech będzie Bóg błogosławiony za to, że kraj nasz rządzony jest przez lepsze prawa, że z tego powodu lud tego kraju nie znosi takiej nędzy, mieszkańcy nie cierpią krzywd od nikogo, lecz, przeciwnie, posiadają znaczne bogactwa i wszystko, czego potrzebują do utrzymania życia! Dlatego też są potężni i zdolni do stawienia oporu każdemu wrogowi królestwa, któryby zamierzał sprawić mu ujmę. A wszystko to jest wynikiem tego jus politicum et regale (prawa państwowego i królewskiego), pod którem żyjemy... Każdy mieszkaniec tego królestwa używa płodów swego gruntu i swoich zwierząt, a także wszelkich zysków, jakie przynieść mu może przenosi własny lub cudzy, na lądzie, lub na wodzie; używa ich według woli, a ktokolwiek chce przez łupieztwo i niesprawiedliwość temu przeszkadzać, zmuszony jest do

słusznego odszkodowania (1)... Nie wolno zapozywać Anglika inaczej, jak przed sąd zwyczajny i w formach przez prawo przepisanych, nie wolno zabierać mu dóbr nieruchomych czy ruchomych, ani więzić go za zbrodnię, jakkolwiek byłaby wielką, inaczej, jak według tegoż krajowego prawa i przez te same, wyżej wspomniane, sądy... I dla tychto przyczyn mieszkańcy tego kraju są dostatnio zaopatrzeni w złoto, w srebro i we wszelkie rzeczy potrzebne do życia. Jadają wiele mięsiwa i ryb rozmaitych, a jeżeli kiedy piją wodę, to chyba dla odpokutowania grzechów. Wszystka ich odzież sporządzana jest z materyi wełnianych, mają nawet po domach mnóstwo kołder i rozmaitych rzeczy wyrobionych z wełny. Sprzęty ich i narzędzia do pracy są liczne, zarówno jak wszystko, co tylko jest potrzebnem, aby każdy, wedle stanu swego, posiadał byt spokojny i szczęśliwy. " A przyczyny tego wszystkiego spoczywają w prawach krajowych i w odpowiednim podziale gruntów. Gdy w innych krajach istnieje tylko, z jednej strony, ludność złożona z nędzarzy, a z drugiej, mała liczba wielkich panów, Anglia jest zasiedlona, zapełniona posiadaczami pól i gruutów, "a niema w niej ani jednej posiadłości tak małej, w której-by nie znalazł się rycerz, giermek, albo posiadacz nazywany franklinem, albo czynszownik czy yeoman, ze stopą dochodów dającą prawo zasiadania w sądach przysięgłych. Bo nawet yeomenów istnieje tu wiela takich, którzy są w stanie wydawać po sześćset talarów rocznie. I oni to właśnie są samem jądrem narodu" (2). — "Posiadają znaczną wyższość nad prostymi rolnikami i robotnikami, — mówi w stuleciu następnem inny pisarz. — Żyją dostatnio w porządnie zbudowanych domach, a pracują po to, aby się wzbogacać. Najczęściej są to dzierżawcy, utrzymujący kilkoro sług. Z tych właśnie (z yeomenów, ) składa się ta klassa narodu, która tak potężnie dała się we znaki Francuzom, a chociaż nikt do nich nie mówi: "panie, " ani "jaśnie panie!" jak do szlachty i rycerzy, tylko poprostu: "Janie, " albo "Tomaszu, " niemniej zasługi ich w czasie wojen naszych były wielkie. Znajdowali się oni we wszystkich bitwach staczanych przez królów i, stanowiąc piechotę, osłaniali zazwyczaj osobę królewską, którą - to czynność pełniła względem królów francuzkich konnica; takim sposobem królo-


(1) [127]

(2) [128]

W każdym razie "Domsday Book" wymienia Saksonów, zupełnie wolnych, nie przykutych do gleby. Ta klassa ludzi wspominana jest z szacunkiem przez Glanvila i Bractona. Co do przykutych do gleby, uswobodnili się oni wcześnie, bo w 13-m i 14-m wieku, przez zbiegowstwo i przez stawanie się copy-holder'ami. Wojna Dwóch Róż wywyższyła jeszcze gminy; przed bitwami wydawano rozkazy zabijania szlachty, a oszczędzania ludzi z gminu, wieczystych dzierżawców.

wie najlepiej wskazywali który z oddziałów obu wojsk poczytywali za najważniejszy. " "Tacy ludzie, — powiada Fortescue, — mogą wybornie składać sądy przysięgłych, głosować, stowarzyszać się, stawić opór, dokonywać, słowem, wszystkich czynności, dzięki którym istnieje i trwać może wolność polityczna. Mogą oni czynić to wszystko, ponieważ w każdym zakątku powiatu jest ich wielu, ponieważ nie są tak "zezwierzęceni" jak tchórzliwi chłopi francuzcy, "mają uczucie honoru, który pragną ustrzedz od skazy, " są obficie zaopatrzeni w broń i bogaci we wspomnienia o zwycięztwach odnoszonych nad Francyą (1).

Taką - to była ta klassa ludzi, zrazu niziny społeczne zalegająca, potem od stulecia do stulecia coraz bogatsza i potężniejsza, klassa, która powstanie swe zawdzięcza poniżonej arystokracyi saksońskiej, a trwałość czerpie z charakteru saksońskiego, — która też ostatecznie pod przewodnictwem drobnej, a opieką możnej szlachty normandzkiej wytwarza i utrwala, z jednej strony, prawodawstwo oparte na zasadach wolności, z drugiej — naród, który wolności tej jest godnym.

XI.

Ludzie, którzy posiadają charakter poważny, umysł energiczny i miłość niepodległości, są zazwyczaj równie dbali o sprawy sumienia, jak o sprawy materyalnego bytu, z czego prędzej lub później wyniknąć musi chęć wglądania nietylko już w sprawy państwowe, ale także i w kościelne. Oddawna nadużycia Kury i Rzymskiej wywoływały tu niezadowolenie publiczne, a wyższe duchowieństwo było niepopularnem. Uskarżano się, że papież największe w Anglii beneficya oddaje cudzoziemcom, niemieszkającym nawet w tym kraju; że niejeden Włoch, nikomu tu nieznany, posiada w Anglii pięćdziesiąt do sześćdziesięciu beneficyów; że angielski pieniądz rzekami płynie z Anglii do Rzymu; że księża, podlegając sądom złożonym tylko z księży, bezkarnie oddają się swym złym skłonnościom. W pierwszych latach panowania Henryka III zdarzyło się około stu mężobójstw popełnionych przez księży. W początku czternastego wieku dochody z dóbr duchownych były dwanaście razy większe od tych, które przynosiły dobra świeckie, a prawie polowa gruntów znajdowana się w posiadaniu duchowieństwa. U końca tegoż wieku gminy oświadczają, że opłaty składane Kościołowi pięciokrotnie przewyższają


(1) [129]

te, które pobiera korona, a w kilka lat potem (1) też same gminy, z uwagi na to, że bogactwo posiadane przez duchowieństwo dostarcza mu tylko możności prowadzenia zbytkowego i próżniaczego życia, proponują konfiskatę tych bogactw na rzecz publiczną. I przedtem już idea' Reformacyi przebijała się tu gdzieniegdzie. Wszak już w balladach bohater ludowy, Robin Hood, rozkazuje swym podwładnym oszczędzać yeomanów i w ogóle ludzi pracujących, a nawet rycerzy, lecz nic nie puszczać płazem opatom i biskupom. Prałaci ciężko dają uczuwać ludowi swoje prawa, sądy, dziesięciny — aż nagle, wśrod miłego gadulstwa i monotonnych bredni wierszopisów normandzkiego, rozlega się przeciw tymże prałatom potężny głos Saksona, pełen oburzenia głos człowieka uciśnionego, pochodzącego z ludu.

Jest to wizya Piersa Plowmana, chłopa chodzącego za pługiem (2), której autorstwo przypisywane bywa jakiemuś świeckiemu księdzu z Oksfordu. Można zapewne odnaleść w tem piśmie objawy francuzkiego smaku, i nie może być inaczej, gdyż ludzie znajdujący się na nizinach społecznych muszą zawsze choć odrobinę naśladować ludzi wyżyn, a najszczerzej nawet ludowi poeci, tacy np. Burns lub Beranger, zachowują w swycb utworach jeszcze trochę akademickiego sposobu brania się do rzeczy. Więc też i tutaj autor, posługując się mechanizmem będącym w modzie, to jest allegoryą, naśladowaną z powieści o Róży, wprowadza do utworu swego cały tłum upostaciowanych i mówiących abstrakcyj, jako to: Dobre Czynienie, Zepsucie, Chciwość, Przekupstwo kościelne (symonic), Sumienie. Ale pomimo tych widni, zaczerpniętych z cudzoziemszczyzny, których jest pełen ten poemat, przeważnie narodowy, odzwierciedla on w sobie istotne życie. Nawet starożytny język po części, a starożytna miara wierszowania w zupełności, się w nim odradzają. Zamiast rymów panuje tu, używana niegdyś przez barbarzyńców, alliteracya; zamiast lekkich gawęd zjawia się cierpka powaga i trwale oburzenie, przy wyobraźni wzniosłej i ponurej — ciężkie teksty łacińskie, jakby niemi waliła ręka protestanta. Opowiadać? usnął był na szczycie Malvernu i miał sen cudowny. Przyśniło mu się "że był na pustyni, — nigdy dowiedzieć się nie mógł jaka to była pustynia — i gdy spoglądał w przestrzeń, — zoba-


(1) [130]

(2) [131]

czył w stronie słońca, — wieżę po królewsku zbudowaną na wysokościach, — poniżej dolinę głęboką — a w dolinie basztę obronną — otoczoną głębokiemi i czarnemi rowami, — mającemi pozór przerażający. Następnie, pomiędzy wieżą na wysokościach a basztą w głębi doliny znajdowała się ogromna równina, cała pokryta ludźmi, "ludźmi najrozmaitszymi — bogatymi i ubogimi, — którzy poruszali się i pracowali — jak wymaga tego życie na ziemi — niektórzy z wielkiem wysileniem — prowadzili pług po zagonach, — sieli i sadzili — z ciężkim mozołem zdobywając na nowo to, — co przed chwilą marnotrawcy pochłonęli byli i zniszczyli. " Jakże ponurym jest ten obraz świata i jak przypomina te potężne marzenia, które często nawiedzać musiały głowy Alberta Dürera i Lutra! Bo pierwsi twórcy Reformacyi byli przekonani, że świat ten jest oddanym na wolę zła, że panuje nad nim szatan z urzędnikami swymi, że na Stolicy Rzymskiej zasiada Antychryst i przed oczyma ludzi rozwija wszystkie wspaniałości kościelne dlatego, aby uwieść i w ogniu piekielnym pogrążyć ich dusze. I tutaj także Antychryst z rozwiniętym sztandarem wchodzi do bram klasztoru, który rozlega się głosem dzwonów i w którym mnisi z uroczystą processyą spotykają i przyjmują swego ojca i pana. Z pomocą siedmiu olbrzymów, czyli siedmiu grzechów głównych, Antychryst oblega twierdzę Sumienia, a do szturmu, na czele wojska złożonego z tysiąca przeszło prałatów, postępuje pierwsze Lenistwo. Bo panowanie nad światem objęły występki, tem wstrętniejsze, że siedlisko obrały sobie w miejscach świętych, a na usługi dyabłu używają Kościoła Bożego, "Religia staią się dziś podobną do pięknego kawalerzysty, który jest włóczęgą ulicznym, — wodzirejem zabaw, skupywaczem gruntów, — który, ściskając ostrogami rumaka, jeździ od zamku do zamku, — jak wielki pan, ze sforami psów za sobą — i z lokajami, którym rozkazuje usługiwać sobie na klęczkach (1). " Lecz świętokradzka ta wystawność jest przemijającą; palec boży dotyka ludzi w celu udzielenia im przestrogi. Oto na rozkaz Sumienia Natura zsyła z wysokości pułk chorób i plag: "feber i fluksyi, — kaszlów i bólów serca, — kurczów i bólu zębów, — reumatyzrnów i wysypek, — strupów i owrzodzeń głowy, — zapaleń i wrzodów, — opuchlin piekących, — szaleństw i chorób wstydliwych, -- cały pułk gońców swoich. " Przybywają też zgnilizny, rany, zarazy, bóle przeszywające, odzywają się wołania: "Na pomoc! Śmierć straszna — przybywa dla zniszczenia nas wszystkich!" I przybywa Śmierć, "krusząc na


(1) [132]

proch wszystkich — królów i rycerzy, — cesarzy i papieży. — Niejeden wielki pan, który żył tylko dla rozkoszy, wydawał teraz głośne krzyki z bólu, — niejedna śliczna pani, kochanica rycerzy — z ciężkiem westchnieniem wyzionęła ducha w rękach Śmierci. " Są to steki nędz, podobne tym, które Milton przedstawił w swojej wizyi życia ludzkiego (1); są to takie tragiczne obrazy i wzruszenia, w których zazwyczaj lubują się reformatorzy. W przemowach Knoxa do zalotnie, składających dwór Maryi Stuart, znajdują się ustępy, z taką samą jak tu bezwzględnością zdzierające osłony z trupów ludzkich i ukazujące ich nicestwo. Ale w piśmie, o którem, mówimy, po raz pierwszy świta światopogląd właściwy ludom północnym, pełen smutku i wysokiej moralności. Bo w krajach tych życie wśród ciągłych walk z chłodem i deszczem wesołe nie jest. Nie można w nich wyciągać się niedbale pod pięknem słońcem, w cieple i świetle, z oczyma błądzącemi po szlachetnych liniach i błogiej pogodzie krajobrazu. Tu, aby módz istnieć, trzaba pracować, troszczyć się, spełniać wiernie zajęcie przywiązane do każdej godziny, naprawiać i szczelnie zamykać mieszkania, idąc za pługiem odważnie brnąć po błocie, zwiedzając gumna, o południu zapalać lampę. Nieprzeliczone są przykrością które sprawia, i usiłowania, których wymaga tu klimat, a z nich - to właśnie wypływa melancholia, zarówno jak pojęcie obowiązku, odznaczające ludność tych krajów. Tu człowiek, z natury rzeczy, zapatruje się na życie jak na ciągłą walkę i często myśli o ciemnej śmierci, która sprowadza koniec dla wszystkich męczących wędrówek i wszystkie orszaki ludzkie, jakkolwiek tłumne i szumne, pogrąża w ciszę i wiekuistość grobu. Cały świat widzialny wydaje się próżnym wartości i treści, a prawdą jedyną — cnota człowiecza, siła męztwa, przez którą człowiek zapanowuje nad samym sobą, i ta wspaniała energia, przez którą oddaje się na usługi innym. I do tej to prawdy, odkrytej na dnie rzeczy, przywiązują się tu oczy ludzkie, przebijając ozdobną powierzchnię życia, gardząc rozkoszami zmysłowemi, a dążąc tylko do niej. Z takiego skierowania się duszy powstaje nowy wzór idealny i wytryskuje nowe źródło czynów, a tym wzorem i tem źródłem jest idea sprawiedliwości. W buntach przeciw zuchwałym zbytkom, których dopuszczają się duchowni, nie zawiść ubogich plebejuszów, nie gniew ludzi wyzyskiwanych, nie rewolucyjna żądza stosowania w praktyce prawd abstrakcyjnych, odegrywają olę pierwszych pobudek, lecz czyni to sumienie, lęk przed utraceniem zbawienia duszy przez udział w Kościele uległym zepsuciu, lęk rprzed groźbami Boga, ku któremu ludzie nie śmią puszczać się w po-


(1) [133]

dróż daleką z przewodnikami wartości tak wątpliwej. Luter zapytywał trwożnie: "Co to jest sprawiedliwość? I jakim sposobem posiąść ją mogę ?" Z takim samym niepokojem Pierś Plowman udaje się na wyszukanie Dobrego Czynienia i kogo tylko spotka, prosi o wskazanie, gdzie znaleść je można. "Znajdziesz je pomiędzy nami" — mówią dwaj mnisi. — "Nie, odpowiada. Nawet sprawiedliwy grzeszyć musi siedem razy na dzień, wiec i wy jesteście grzesznymi, a prawdziwej cnoty pośród was nie ma. " Ucieczką jego, tak jak i Lutra, staje się nauka Pisma Ś-go. Wprawdzie duchowni umieją pięknie mówić o Bogu i Trójcy Św., cytując Św. Bernarda, popierając swoje zdania mnóstwem szumnych argumentów, u jadalnych stołów, po zmilknięciu muzyki minstrelów; lecz w tym samym czasie ubodzy płaczą i drżą z zimna u drzwi, bez wsparcia. " Owszem, "łają ich i jak psów odpędzają. " Wszyscy ci wielcy mędrcy mają Boga na ustach, ale tylko biedni mają go w sercach (1), a serce to właśnie i wiara wewnętrzna stanowią jedyną cnotę żywą i dającą religii życie prawdziwe.

Oto jakiemi były odkrycia dokonywane przez ociężałych Saksonów. Widać w nich budzenie się sumienia germańskiego i zarazem głównych cech angielskich, któremi są: zdrowy rozsądek, osobista energia jednostek i wola każdej jednostki, zmierzająca do wydawania sądów i czynienia postanowień samodzielnych. "Chrystus jest naszą głową; innej nie mamy, " — mówi poemat, przypisywany Chaucer'owi, a upominający się wraz z innemi dla chrześcijan o wolność sumienia (2). "My także jesteśmy jego członkami. — Rozkazał nam nazywać siebie ojcem. — Zabronił, byśmy zwali go panem,. — bo wszyscy panowie są źli i obłudni. " Żadnego nie trzeba pośrednictwa pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Niech sobie mędrcy, ile chcą, prawią o różnych powagach: jest taka, która zawsze przewyższy je wszystkie: powaga samego Boga. Wielkie to słowo daje się słyszeć od wieku czternastego; nie mogą już go ukryć ani uśpić szkoły uczone, biblioteki pyłem okryte, ani stosy ksiąg, napisanych przez ojców Kościoła i ich komentatorów. Ukazuje się w świecie Wyeleff i wyjaśnia to słowo tak, jak je potem wyjaśniać będzie Luter, zupełnie w duchbu Lutra. "Wszyscy chrześcijanie, mężczyźni czy kobiety, starzy czy młodzi, powinni usilnie zgłębiać Nowy Testament, bo stanowi on powagę najwyższą i ludziom prostym czyni dostępnem poznanie rzeczy najpotrzebniejszych do zbawienia. " Religia powinna stać się świecką, wyjść z wyłącznego posiadania księży, którzy ją sobie przy-


(1) [134]

wlaszczają. Każdy powinien sam słuchać głowa bożego i sam czytać je, bo tyra sposobem posiąść może pewność, że nie zostało ono sfałszowane i lepiej je odczuć, co więcej, lepiej zrozumieć. "Ponieważ każdy ustęp Pisma Ś-go, jasny czy niezrozumiały, naucza dobroci i miłosierdzia, ktokolwiek więc czyni dobroć i miłosierdzie, znajduje się w posiadaniu pełnego zrozumienia i całej doskonałości Pisma Ś-go... Tak więc niech żaden człowiek, będący ubogim w duchu, nie lęka się zgłębiać Pismo Ś te... I niech żaden duchowny nie chełpi się posiadaniem prawdziwego zrozumienia Pisma, bo prawdziwe zrozumienie, któremu nie towarzyszy miłość bliźniego, może tylko popychać człowieka na głębsze dno potępienia... A pycha i chciwość duchownych są przyczynami ich zaślepienia, jakoteż ich odszczepieństwa, i pozbawiają ich możności prawdziwego rozumienia Pisma. " Takie - to groźne i potężne słowa zaczynają obiegać domostwa i szkoły, gdzie też rozpoczyna się czytywanie przetłómaczonej Biblii, komentowanie jej ustępów, wydawanie na jej podstawie sądów o współczesnym Kościele. Jakiemi zaś były sądy wydawane przez te umysły poważne i świeże, z jaką szybkością rzuciły się one ku religii prawdziwie odpowiadającej plemiennym ich usposobieniom, poznać można z petycyi podanej do Parlamentu, w roku 1395-m. Sto trzydzieści lat przed zjawieniem się Lutra petycya ta zawiera w sobie twierdzenia, że Papież nie został ustanowionym przez Chrystusa, że nabożne pielgrzymki i cześć obrazów świętych są prawie bałwochwalstwem, że powierzchowne obrzędy nie mają żadnej wagi, że księża nie powinni posiadać dóbr doczesnych, że doktryna obecności Chrystusa w opłatku prowadzi lud do bałwochwalstwa, że władza odpuszczania grzechów nie znajduje się w rękach księży. Wszystkim twierdzeniom tym towarzyszą, jako dowody, teksty Pisma Ś go. Trzeba sobie wyobrazić te zacne dusze, te proste lecz silne umysły, gdy wieczorami, w głębi swoich sklepów, przy świetle lichych świeczek, zagłębiają się w czytaniu, — w głębi sklepów, bo są to przeważnie drobni handlarze i przemysłowcy, krawcy, kuśnierze, piekarze, którzy w towarzystwie niewielkiej liczby uczonych zaczynają czytać, co więcej, wierzyć, i co więcej jeszcze, za wiarę swą oddawać się na spalenie (1) Na ogólnem tle piętnastego wieku widok to uderzający i wiele zapowiadający na przyszłość. Wydawać się też może, że wraz z wolnością czynu zakwitnie tu wolność myśli, że w gminach angielskich rozwinie się bujnie rozum i wymowa, że poza literaturą urzędową, będącą naśladownictwem francuzkiej, ukaże się piśmiennictwo nowe, że nakoniec Anglia, prawdziwa Anglia, od czasu podboju prawie oniemiała, odzyska głos.


(1) [135]

Tak się nie stało. Król i parowie wchodzą w przymierze z Kościołem, ustanawiają straszliwe prawa, niszczą książki, a heretyków palą żywcem, z wyszukanemi często męczarniami, bo czasem zamkniętych w beczce, czasem obwieszonych w połowie ciała na żelaznych łańcuchach. Nowe myśli, zaczepiając o świeckie interesy duchowieństwa, przez to samo już dążą do naruszenia konstytucyi krajowej: więc szczyt wielkiego gmachu społecznego całym ciężarem swym przygniata stojących u stóp jego burzycieli. Kiedy podczas wojen Dwóch Róż wielcy zamordowują się nawzajem, gminy nie przestają w zmroku i ciszy żyć i pracować dalej, usiłują też wyzwolić się z pod kościoła urzędowego, nie utracić swych swobód i pomnożyć mienie; ale nad to nic więcej uczynić nie zdołają (1). Jak ogromny i daleko ciągnący się pokład skalisty, który, stanowiąc spód gruntu, gdzieniegdzie tylko ukazuje się na jego powierzchni, tak życie gmin tych, kiedy-niekiedy tylko wypływa na powierzchnię życia społecznego. Żadne wielkie dzieło z dziedziny poezyi lub religijnych dociekań nie dobywa go na pełnię światła. Pieśni ich to ballady zrazu nieznane, potem przerabiane, a czasów naszych dochodzą już tylko w opracowaniach późniejszych. Modlitwy ich to, z wyjątkiem jednego lub dwu poematów miernej wartości, wyrażenie doktryny niepełnej i w rozwoju swym powstrzymanej. Wprawdzie (2) z tonu, uczucia i kierunku ich ballad można odgadnąć, że są zdolni do najpiękniejszych pomysłów poetycznych, lecz ta poezya nie wznosi się nad sferę yeomenów i harfistów. Wprawdzie, z wczesności i energii ich żądań religijnych można poznać, że najnamiętniejsza i najsurowsza wiara nie jest im niedostępną; lecz to, w co wierzą, pozostaje zagrzebane w izbach ukrytych za sklepami jakiejś garści nieznanych sekciarzy. Ani wiara, ani poezya nie mogły dosięgnąć u nich wykończenia i pełni. Odrodzenie i Reformacya, te dwa wybuchy plemiennego ducha, w dalekiej dopiero przyszłości zjawić się mają, a tymczasem literatura i wyższe sfery społeczne w Anglii zachowują prawie bez zmiany piętno, które wytłoczyło na nich pochodzenie francuzkie i naśladownictwo wzorów obcych.


(1) [136]

"Otóż, według zdania mego, ze wszystkich państw świata, które są mi znane, gdzie sprawy publiczne są najlepiej załatwiane, gdzie najmniej gwałtów dzieje się nad ludem, gdzie na rzecz wojny żadne gmachy publiczne burzonemi nie są, to w Anglii, i biada a przekleństwo tam na tych, którzy rozpoczynają wojny... Tę laskę ma królestwo angielskie nad wszystkiemi innemi, ie lud i kraj nie są tam niszczone, ani palone, ani gmachy burzone, a los spada na ludzi wojennego rzemiosła, w szczególności zaś na szlachtę. "

(2) [137]

[edytuj] ROZDZIAŁ III.

[edytuj] NOWY JĘZYK.

I. CHAUCER. — JEGO WYCHOWANIE. — JEGO ŻYCIE POLITYCZNE I ŚWIATOWE. — JAKIE USŁUGI ŻYCIE TO ODDAŁO JEGO TALENTOWI. — JEST ON MALARZEM DRUGIEGO OKRESU SPOŁECZEŃSTWA FEUDALNEGO.

II. ZWYRODNIAŁOŚĆ WIEKÓW ŚREDNICH. — ZMNIEJSZENIE SIĘ POWAGI W OBYCZAJACH, PISMACH I W DZIEŁACH SZTUKI. — POTRZEBA PODNIECEŃ. — ANALOGICZNOŚĆ W POŁOŻENIU ARCHITEKTURY I PIŚMIENNICTWA.

III POD JAKIEMI WZGLĘDAMI CHAUCER NALEŻY DO WIEKÓW ŚREDNICH. — POEMATY ROMANTYCZNE I OZDOBNICZE. — POWIEŚĆ O ROŹY — TROILUS I CRESSIDA. — OPOWIADANIA Z CANTERBURY, — SZEREG OPISÓW I WYPADKÓW. — DOM CHWAŁY. — FANTASTYCZNE SNY I WIZYE. — POEMATY MIJOŚNE. — TROILUS I CRESSIDA. — NADMIERNY ROZWÓJ UCZUĆ MIŁOSNYCH, W WIEKACH ŚREDNICH. — PRZYCZYNY, KTÓRE WPROWADZIŁY UMYSŁY NA TĘ DROGĘ. — MIŁOŚĆ MISTYCZNA. — KWIAT I LIŚĆ. — MIŁOŚĆ ZMYSŁOWA. — TROILUS I CRESSIDA.

IV. POD JAKIEMI WZGLĘDAMI CHAUCER JEST FRANCUZEM. — POEMATY SATYRYCZNE I PŁOCHE. — OPOWIADANIA Z CANTORBURY. — MIESZCZANKA Z BATH I MAŁŻENSTWO. — BRACISZEK KWESTARZ I RELIGIA. — GRUBA WESOŁOŚĆ, BŁAZEŃSTWO I GRUBIJAŃSTWO, JAKO CECHY WIEKÓW ŚREDNICH.

V. POD JAKIEMI WZGLĘDAMI CHAUCER JEST ANGLIKIEM I PISARZEM ORYGINALNYM. — POJĘCIE CHARAKTERU I INDYWIDUALNOŚCI. — VAN DYCK I CHAUCER SĄ WSPÓŁCZEŚNIKAMI. — PROLOG DO OPOWIADAŃ Z CAUTERBURY. — WIZERUNKI FRANKLINA, MNICHA, MŁYNARZA, MIESZCZANKI, RYCERZA, GIERMKA, KSIENI, DOBREGO PLEBANA. — POJĘCIE O CAŁOŚCI DZIEŁA. — WAŻNOŚĆ TEGO POJĘCIA. — CHAUCER JEST POPRZEDNIKIEM ODRODZENIA. — ZATRZYMUJE SIĘ POŚRÓD DROGI. — JEGO ROZWLEKŁOŚĆ I DZIECIŃSTWA. — PRZYCZYNY TYCH STRON SŁABYCH. — JEGO PROZA I SCHOLASTZCZNY SPOSÓB MYŚLENIA. — JEGO ODOSOBNIENIE WŚRÓD PISARZY TEGO SAMEGO STULECIA.

VI. ŁĄCZNOŚĆ FILOZOFII I POEZYI. — JAK FILOZOFIA SCHOLASTYCZNA PRZYTŁUMIŁA POJĘCIA OGÓLNE. — DLA CZEGO POEZYA ZAGINĘŁA. — PORÓWNANIE POMIĘDZY CYWILIZACYĄ I UPADKIEM HISZPANII I WIEKÓW ŚREDNICH. — WZROST LITERATURY ANGIELSKIEJ. — TŁÓMACZĘ. — AUTOROWIE KRONIK RYMOWANYCH. — POECI DYDAKTYCZNI. — MORALIŚCI. — GOWER. — OCCLIVE. — LYDGATE. — TOŻSAMOŚĆ SMAKU W UBIORACH, BUDYNKACH I PISMIENNICTWIE. — SMUTNA MYŚL O NĘDZY LUDZKIEJ I DZIAŁANIACH PRZYPADKU. — HAWES. — BARCHLAY. — SKELTON. — ZARODY REFORMACYI I ODRODZENIA.

I.

Tymczasem wśród wielu prób bezpłodnych, wśród długiej niemoty literatury normandzkiej, zdolnej tylko do naśladownictwa, i literatury saksońskiej, niezdolnej do rozkwitnięcia, język ukształtował się

ostatecznie i powstały warunki umożebniające zjawienie się wielkiego pisarza. Takim też był Jeffrey Chaucer, pisarz wynalazczy, chociaż nieprzestający być uczniem pewnych powag i kierunków, oryginalny, chociaż tłómaczący myśli cudze, a dzięki geniuszowi swemu, wychowaniu i życiu, zdolny do spostrzegania i odmalowywania całego świata zjawisk, nadewszystko zaś do czynienia zadość smakowi rycerstwa i jaśniejących na szczytach spółeczeństwa wspaniałych dworów (1). W życiu tych dworów, pomimo wykształcenia literackiego i biegłości we wszystkich gałęziach scholastyki, sam brał udział tak znaczny, że od początku do końca istnienia swego nie był niczem innem, jeno człowiekiem światowym i człowiekiem czynu. Widzimy go z kolei służącya w wojsku króla Edwarda, pokojowcem królewskim, zaopatrzonym w pensyę i korzystne stanowisko, małżonkiem damy dworskiej, rycerzem, założycielem rodu, który wzrósł aż do spokrewnienia się z rodem monarszym. Należał on do Rady królewskiej, był szwagrem księcia Lankastru, wysyłanym po wielekroć z poselstwami jawnemi i tajemnemi do Florencyi, Genui, Medyolanu, Flandryi, pośredniczył w zawarciu małżeństwa księcia Walii z księżniczką francuzką. Znajdował się na wysokich, to znowu na nizkich szczeblach dostojeństw państwowych, wypadał z łask i do nich powracał. Ze spraw publicznych, z podróży, wojen, z życia u dworów czerpał zasób doświadczeń wcale odmiennych od uczoności książkowej. Dodać trzeba, że u dworu Edwarda III, najświetniejszego ze wszystkich współczesnych dworów, życie mu upływało wśród turniejów, wjazdów i wszelakich przepychów, że odegrywał rolę we wspaniałych obchodach francuzkich i medyolańskieh, znał się z Petrarka, może też z Bokacyuszem i Froissart'em, że jako widz i aktor brał udział w najpiękniejszych i najtragiczniejszych wypadkach i widowiskach owego czasu. Widowiska owego czasu! Ileż w tych trzech słowach zawiera się orszaków i ceremoniałów, ludzi uzbrojonych, dam ustrojonych, koni ubranych w rzędy! Jaka wystawa obyczajów pańskich i zalotnych! Jaki świat urozmaicony i błyszczący, zdolny do nasycania wyobraźni i oczu poety! Tak dobrze jak Froissart, i lepiej nawet od Froissarta, Chaucer mógł stać się zdolnym do kreślenia wizerunków życia prowadzonego na zamkach pańskich, jego rozmów, miłostek i wielu innych szczegółów, — do takiego przytem kreślenia tych wizerunków, aby się one mogły podobać swoim wzorom.


(1) [138]

II.

Dwie idee dźwignęły Wieki Średnie nad grube barbarzyństwo: reigijna, która na powierzchni ziemi wzniosła olbrzymie katedry, a liczne ludności wyrywając z rodzinnego gruntu, gnała ku Ziemi Świętej, i świecka, która rozkazywała ludziom odważnym wznosić feudalne twierdze i zbrojnie, śmiało stać na straży swych posiadłości. Pierwsza z tych idei zrodziła mnicha zatopionego w mistycyzmie, druga — rycerza, rozmiłowanego w bohaterskich przygodach. Pierwsza była wiarą w Boga, druga zaufaniem pokładanem w siłach własnych. Obie wybujały nadmiernie i wskutek tej wybujałości uległy zwyrodnieniu. Idea rycerstwa nadała uczuciu niepodległości porywy buntownicze, a idea religijna uczuciu pobożności — zapał wiodący na drogi błędne; pod wpływem pierwszej człowiek stawał się niezdolnym do życia obywatelskiego, pod wpływem drugiej życie jego opuszczało naturalne i ziemskie tory. Wynikający z pierwszej bezład prowadził społeczeństwa do rozkładu; uprawiane przez drugą niedorzeczności nadwerężały jego umysłowość. Zaszła potrzeba powściągnienia rycerstwa, przeradzającego się w rozbójnictwo, i pobożności, sprowadzającej umysłową niewolniczość. Gdy zaś burzliwy feudalizm i despotyczna teokracya uległy osłabieniu, dwie wielkie i władcze namiętności, których one były źródłem, osłabły także, zeszły do stanu martwego przyzwyczajenia, i pozbawione żywotnych soków, ze ściętemi łodygami, nie mogły przeszkodzić zakiełkowaniu upodobań światowych, zjawiających się w ich zastępstwie i często nawet rozkwitających pod ich imieniem.

Stopniowo i nieznacznie nastrój poważny ustępuje z obyczajów, z pism i z dzieł sztuki. Architektura przestaje być służebnicą wiary, a oddaje się w poddaństwo fantazyi. Nadmiernie wybujała, w pościgu za ozdobnością, dla szczegółów utraca z pamięci całość, wieżyczki swe wyrzuca do wysokości niemożliwych, ściany kościołów okrywa splotami baldachimów, trójliści o ostrzonych szczytach, ażurowych galeryjek: "Jedynem jej dążeniem jest wzbijać się ku coraz większym i większym wysokościom, a tak olśniewającym strojem okrywać świątynię, aby stawała się podobną do młodej oblubienicy (1). " Czy oprócz przyjemnego zadziwienia te cudowne koronki mogą budzić jakiekolwiek wrażenie? Wobec tych dekoracyi teatralnych gdzie się podziewa uczucie chrześcijańskie? W podobny sposób bawi się też i piśmiennictwo. W wieku osiemnastym, który był


(1) [139]

drugim okresem monarchii absolutnej, ozdóbkami okryte gaiki i kopułki zjawiają się w zastępstwie surowych linii architektonicznych obok milutkich wierszyków salonowych, uperfumowanych i swobodnych romansów, które zastępują utwory piśmiennicze wzniosłe i szlachetne. Tak samo w wieku czternastym, więc w drugim okresie świata feudalnego, widzimy z jednej strony koronki z kamieni i cały wysmukły rozkwit napowietrznych kształtów, a z drugiej, wyszukane wiersze i zabawne powieści, spychające ze świata dawną, wspaniałą, architekturę i dawną, pełną prostoty, epopeję. Już nie zbytek szczerego uczucia sprowadza je na świat, ale właśnie potrzeba podniety dla uczuć. Przypatrzmy się tylko Chaucer'owi, przedmiotom, które wybiera do pism swoich, i sposobowi, w jaki je wybiera. Udaje się na ich poszukiwanie do Włoch, do Francyi, do legend ludowych, do starych klassyków, — wszędzie. Czytelnicy potrzebują rozmaitości, a zadaniem poety ówczesnego (1) jest dostarczanie im "ładnych powiastek. " Oto wielcy panowie znajdują się u końca biesiady, tylko co umilkł śpiew minstrelów, światło pochodni spływa na aksamity i gronostaje, na fantastyczne postacie i twarze, na pstrociznę haftów, okrywających suknie, i w tej właśnie chwili zjawia się poeta, z rękopisem "bogato illustrowanym, oprawionym we fiolet i karmazyn, ozdobionym klamrami, srebrnemi guzami, złotemi różami. " Panowie zapytują: co jest przedmiotem tego utworu? Poeta odpowiada: miłość. "

III.

I jest to istotnie przedmiot najprzyjemniejszy, najłatwiej mogący wyciskać słodkie łzy o zmierzchach wieczornych, przy czarze napełnionej winem korzennem, wśród woni kadzideł palących się w komnacie. Chaucer oddaje się naprzód tłómaczeniu tego wielkiego jarmarku zalotności, którym jest Powieść o Róży. Nie może być przyjemniejszej nad tę rozrywki; idzie tu przecież o różę, którą zakochany młodzieniec zerwać pragnie, a z łatwością domyśleć się można, jaką to jest ta róża. Przytem opisy, przedstawiające miesiąc maj, gaiki, ziemię ustrojoną, płoty rozzielenione, niwy i łąki kwieciste. Następnie, postacie takich wesołych dam, jak Bogactwo, Otwartość, Radość; dla kontrastu osobistości ponure: Niebezpieczeństwo, Mozół, a te i tamte w wielkiej obfitości, opisane drobiazgowo, ze wszystkiemi szczegółami rysów twarzy, ubrań i poruszeń. Czytanie tego


(1) [140]

wszystkiego sprawia wrażenie przechadzki wzdłuż całego szeregu obrazów wyszytych na kanwie, przedstawiających krajobrazy, tańce, zamki, grupy allegoryczne, skąpane w żywych, mieniących się barwach i dla zabawy oczu ustawiane, przeciwstawiane, zmieniane, urozmaicane. Bo do ówczesnego świata zawitała plaga, nieznana czasom z nastrojem poważnym. Jest nią nuda; dla zwalczania jej trzeba rzeczy nowych i błyskotliwych, coraz nowszych i błyskotliwszych: to też jej zwalczaniem Chaucer, narówni z Bokkacyuszem i Froissarfem, serdecznie jest zajęty. Od Bokkacyusza zapożycza on historyi Arcytesa i Palemona, od Lolliusza — Troilusa i Kressydy, a potem, historye te układa według własnego smaku. Jak dwaj młodzi rycerze tebańscy, Arcytes i Palemon, rozkochali się jednocześnie w pięknej Emilii; jak Arcytes, zwycięzca turniejowy, spadł z konia, umarł, a umierając, Emilię oddał współzawodnikowi; jak piękny rycerz trojański Troil zdobywa łaski Kressydy, poczem taż Kressyda porzuca go dla Dyomedesa, — oto o czem prawią te powieści rymowane lub pisane prozą. Są zbyt rozwlekłe: wszystkie utwory czasów owych, francuzkie, czy naśladowane z francuzkich, świadczą o umysłach, które od samych siebie wymagają niewiele; ale za to jakąż jest ich potoczystość i obfitość! Pewne o tem wyobrażenie może dać chyba strumyk, kręto i z powierzchnią zupełnie gładką płynący po piaszczystej równinie i gdzieniegdzie połyskujący od słońca. Postacie tych powieści mówią za wiele, ale bardzo ładnie. Nawet wtedy, gdy kłócą się, z przyjemnością słuchać ich można, tak szczęśliwie, wśród gniewu i obelg, dobierają wyrazów, i tak są w nie bogate i niewyczerpane. U Froissart'a mordy, rzezie, zarazy, całe steki nędz ludzkich osłonięte są dobrym humorem, tak niezmąconym, że wściekłe i spotworniałe postacie wydają się ozdobami, haftami, użytemi tylko w celu lepszego uwyraźnienia gładkich i barwnych pasemek jedwabiu, z których utworzoną jest osnowa opowiadania.

Nadewszystko jednak w książkach tych mnóstwo jest pozłoty opisowej. W towarzystwie Chancera przechadzamy się pośród uzbrojeń, pałaców, świątyń. W każdej z pięknych komnat zatrzymuje się on i przemawia. "Oto jest pokój do modlenia się i kaplica Wenery, a oto jest sama Wenera, — o postaci chwalebnej, — naga i płynąca po szerokiem morzu — od pępa do stóp zakryta falami — zielonemi i połyskującemi jak szkło, trzymająca w ręku prawem bukiet, z wieńcem róż świeżych i słodko woniejących — na głowie pełnej wdzięku — a nad głową z wieńcem latających gołębi. " "A tu znowu świątynia Marsa, w lesie — niezamieszkiwanym przez ludzi, ani zwierzęta, pełnym drzew zębatych, kolących, bezpłodnych, — z konarami śpiczastemi i wstrętnemi dla oczu, — wśród których przebiegają drżenia i szmery, — jakgdyby wnet burza połamać miała wszystkie

gałęzie. " — "A oto dalej świątynia zbudowana na spadzistości, — cała z ciemnej stali i z wejściem — głębokiem, wązkiem, przeraźliwem dla oczu — gdy zzewnątrz przybywa podmuch tak wściekły, — że wstrząsają się od niego wszystkie drzwi. " Żadne światło nie wnika do tej świątyni, oprócz świateł północnych, każdy z żelaznych jej słupów jest błyszczący a pękaty jak beczka; urągające zniszczenia wrota dyamentowe wzdłuż i wpoprzek zamykają sztaby żelazne; na ścianach same obrazy mordów, w sanktuaryum "posąg Marsa na wozie, w zbroi, z wyrazem ponurym i gniewnym, z wilkiem u stóp, który w stojącej postawie, z oczyma czerwonemi, pożera mięso ludzkie. " Czyliż w ustępach tych nie jest wyraźnem sprowadzanie kontrastów, w celu zwrócenia uwagi czytelnika? Podobnych obrazów znajdują się u Chaucera całe szeregi, chociażby, naprzykład, ten poczet szermierzy, którzy stają w szrankach do walki za sprawę Arcytesa i Palemona. Jedni z nich mają tarcze, inni puklerze, inni jeszcze pancerze i stalowe spódnice; każdy uzbrojony według woli w miecz, siekierę, maczugę, tak, jak mu rozkazuje kapryśna fantazya i moda wojskowa. A na czele wszystkich "król indyjski jedzie na gniadym biegunie, ubranym w rząd stalowy i okrytym tkaniną złotą i haftowaną; suknie króla usiane są wielkiemi, białemi perłami; płaszcz wysadzany rubinami czerwonemi, które migocą jak płomienie, włosy skręcone w pukle, płowe i błyszczące w świetle Słonecznem, oczy jak u lwa, głos podobny do hucznej trąby, wieniec ze świeżych wawrzynów na głowie, a na pięści orzeł oswojony, tak biały jak lilija. " Następnie, po stronie przeciwnej, występuje Likurg, król Tracyi "z ogromnemi członkami ciała, z twardemi i potężnem]' mięśniami, z szerokiemi bary, mający brodę czarną i męzkie oblicze; długie, kruczej czarności włosy spadają mu na plecy, a na głowie piętrzy się ciężki dyadem z rubinów i złota; król stoi na wozie złotym, ciągniętym przez cztery białe bawoły; za wozem biegnie dwadzieścia chartów tak wielkich jak małe byki, z kunsztownie wyrobionemi obrożami na szyjach, a dokoła wozu jedzie stu panów dobrze uzbrojonych i bardzo odważnych. " Nieprawdaż, że nawet herold wojskowy nie zdołałby stworzyć bogatszego, ani dokładniejszego opisu? W podobnych opisach spółcześni panowie i panie odnajdowali ulubione swe maskarady i turnieje.

Ale milszym jeszcze nad jedną ładną powiastkę jest zbiór ładnych powiastek, szczególniej gdy te są bardzo urozmaicone. Za takie zbiory powiastek poczytywać można kroniki Froissart'a; Bokkacyusz lepiej jeszcze tworzyć je umie; po Bokkacyuszu następują twórcy Stu nowych nowel, a po nich nakoniec Małgorzata Nawarska. I jest to bardzo naturalnem u ludzi, którzy nieustannie zgromadzają się, gawędzą i pragną się bawić. Sanie obyczaje, wśród których już powstały upodobania i formy towarzyskie, poddają rodzaj twórczo-

ści w którym zmyślenie jest tylko przenoszeniem do książek rozmów prowadzonych w salonach i w podróżach. Chaucer opisuje znajdującą się w drodze do Canterbury gromadkę ludzi wszelkich stanów spółecznych; jest wśród niej rycerz, prawnik, ksiądz z Oksfordu, lekarz, młynarz, ksieni, mnich, którzy wszyscy umawiają się pomiędzy sobą, że każdy opowie po jednej historyi. "Bo nie byłoby wesoło, ani raźnie jechać, milcząc jak kamienie. " Więc opowiadają, i na tę lekką, zwinną nitkę nanizują wszystkie prawdziwe i fałszywe dyamenty tego czasu, aż wytworzy się z nich sznur długi i błyszczący. Są to z kolei posiadające szlachetny nastrój opowiadania rycerskie, nieszczęścia cierpliwej Grizelidy, cudowna historya dziecka zamordowanego przez żydów, konak ze wszystkiemi dziwnemi pomysłami fantazyi wschodniej, tłuste bajeczki o małżeństwie i o mnichach, powiastki allegoryczne lub moralne, bajka o kogucie i kurze, wyliczenie wielkich nieszczęśliwców świata, którymi być mają: Lucyper, Adam, Samson, Nabuchodonozor, Zenobia, Krezus, Ugolino, Piotr hiszpański. Pomijam wiele rzeczy, bo skrócenia są tu wielce potrzebne. Chaucer podobny jest do jubilera, mającego pełne dłonie pereł i szkiełek, brylantów pierwszej wody i pospolitych agatów, ciemnych dżetów i róż rubinowych. Ma on pełne ręce wszystkiego, co od trzech stuleci na Wschodzie, we Francyi, w krainie Wallijskiej, w Prowancyi, we Włoszech zostało znalezionem i opracowanem przez ludzką historję i wyobraźnię, wszystkiego, co bieg długich czasów i chaos mnóstwa pamięci ludzkich ogładzały, rwały, wstrząsały, mąciły, aż wreszcie ku niemu przyniosły. A mając w ręku wszystkie te klejnoty, układa je, szlifuje, tworzy z nich szlak, długi i wycieniowany, z mnóstwem wisiorów, z tysiącem połysków, — szlak, który swoją świetnością, rozmaitością, sprzecznością szczegółów może zwrócić ku sobie i zadowolnić wzrok ludzi najbardziej chciwych nowości i zabawy.

IV.

Ale czyni on jeszcze i coś więcej. Niepomiarkowana chciwość nowości w rozpędzie swym wymaga uciech najwyszukańszych, i zadowolnić ją mogą tylko marzenia i fantazye, które potem wysnują się z umysłu Szekspira, nie te namiętne i zarazem głęboko obmyślone marzenia, które nawiedziły Dantego, lecz marzenia i fantazye oczu, uszu, wszystkich zmysłów, stykających się bezpośrednio ze światem zewnętrznym, takie marzenia i fantazye, których osnową są cuda i cudactwa, zwycięzkie walki z rozumem i prawdopodobieństwem, steki wrażeń i olśniewanie niemi. Niepodobna bez trwogi spoglądać

na katedrę w owych czasach zbudowaną. Samej materyi jej niedostaje; ściany ustępują miejsca oknom; subtelnie wyrobione odrzwia, nienaturalny wzlot ku górze szczupłych kolumienek, wątłe żebrowania arkad, — całe to spokornienie mocy przed ozdobnością, wywiera wrażenie grozy i niebezpieczeństwa. Bez całego systemu podpór zewnętrznych i bez sztucznych żelaznych spoideł, gmach runąłby odrazu, a taki, jakim jest, ulega ciągłemu nadwerężeniu, któremu nieustannie zapobiegać musi, aby nie zamieniło się w zupełną ruinę, utrzymywana w pobliżu cała osada murarzy. Lecz wzrok z rozkoszą przesuwa się po nieskończonych falistościach i zakrętach tych napowietrznych przezroczy, zatrzymuje się na jaskrawej rozecie portyku, tonie w barwistych światłach, które z szyb malowanych spływają na rzeźbione ławy, na jubilerską robotę ołtarzy, na szeregi kwiecistych głowie, na piętra utworzone z mrowiska posągów. Zalany fioletowem światłem, z błądzącą wśród cieniów purpurą i przerzynającemi je złotemi strzałami, gmach ten przypomina wyobraźni ogon mistycznego pawia. Otóż większość ówczesnych poematów podobną jest do takiej, ówczesnej też, świątyni. Niema w nich mocy; za spoidło służy im w najlepszym razie jakiś zużyty morał, — a w gruncie poetom nie idzie o nic, jak tylko o rozwinięcie blasku barw i chaosu kształtów. Można to nazwać snami, albo wizyami, których pięć albo sześć stworzył Chaucer, których mnóstwo spotykamy na całej drodze, zmierzającej ku Odrodzeniu. Jest to tylko wystawa, ale wystawa świetna. Chaucer znajduje się przeniesionym we śnie do pałacu szklanego (1), którego ściany są okryte złoconemi obrazami legend Owidyusza i Wergiliusza, przedstawiającemi nieskończone orszaki postaci i ubiorów, podobnych tym. które współcześnie widują wierni na szybach kościelnych. Nagle wielki orzeł złoty, unoszący się pod samem słońcem i jaśniejący jak dyament, zlatuje z szybkością gromu i unosi go w szponach ku pałacowi Chwały, pałacowi promienistemu, o błyszczących oknach i strzelających w górę wieżyczkach, zbudowanemu na prawie niedostępnym szczycie wysokiej skały lodowej. Cała południowa strona pałacu okryta była wyrytemi na niej imionami sławnych ludzi, które jednak topniały nieustannie w cieple Słonecznem, te zaś imiona, które okrywały stronę północną, zostawały nienaruszonemi. U szczytu wieżyczek ukazywali się minstrelowie i śmieszki, z Orfeuszem, Aryonem i słynnymi harfistami na czele, za nimi postępowały tłumy muzyków, zaopatrzonych w rogi, flety, piszczałki, dudy, i odgłosami muzyki napełniały powietrze; na ostatku szli jeszcze czarnoksiężnicy, magicy i prorocy. Poeta wstąpił do wnętrza pałacu i w sali,

----------------------------

(1) [141]

obitej złotą materyą, a wysadzonej perłami, ujrzał siedzącą na dyamentowetu tronie kobietę "królową szlachetną i potężną, otoczoną nieskończonem mnóstwem heroldów, których haftowane suknie jaśniały herbami najsłynniejszych w świecie rycerzy. Dokoła rozlegały się dźwięki instrumentów muzycznych i tej niebiańskiej melodyi, którą wydają z siebie Kaliope i jej siostry. Od tronu do wrót pałacu rozciągał się szereg słupów, na których stali wielcy historycy i poeci: Józef na słupie ołowianym i żelaznym, Stacyusz także na żelaznym, ale pomalowanym krwią, Owidyusz, "kapłan Wenery, " na mosiężnym, na najwyższym ze wszystkich Homer, a na innym jeszcze Tytus Liwiusz, Dares Frygijczyk, Gwido Colonna, Geoffroy de Monmouth i inni dziejopisowie wojny trojańskiej. " Czy warto przepisywać do końca tę fantasmagoryę, w której obrazową pomysłowość psuje mętna erudyeya, a często napotykająca się żartobliwość świadczy o tem, że wizya ta była w gruncie rzeczy tylko świadomą zabawką? Poeta i czytelnicy przez jakieś pół godziny mieli przed wyobraźnią sale ustrojone i tłumy gwarne, szli, nie za biegiem wązkiego strumyka zdrowego rozsądku w pomysłach, który przewijał się pod złotawą, przezroczą mgłą, ale za tą mgłą właśnie — i to im wystarczyło zupełnie. Zabawili się nieco przelotnemi złudzeniami i niczego więcej już nie pragną.

V.

Wśród tej wybujałości umysłowej, wśród tych wybrednych pożądań i nienasycalnych głodów wyobraźni i zmysłów była namiętność jedna, mianowicie: miłość. Ona-to, skupiając w sobie wszystkie te wybujałości, wymagania i głody, wzrosła do kresu ostatecznego i przedstawiała w skróceniu cały wdzięk chorobliwy, całą fatalną i zasadniczą przesadę, które były cechami tego czasu, a potem miały się jeszcze objawić w porze rozkwitu i upadku Hiszpanii. Oddawna już w Prowancyi sądy miłości ustanowiły jej teoryę. "Każda osoba kochająca blednie na widok tej, którą kocha; " "każda czynność kochającego kończy się myślą o ukochanej; " "miłość miłości niczego odmówić nie może (1). " Te starania o najwyższe naprężenie uczucia, doprowadziły do uniesień i ekstaz, których doświadczali Gwido Cavalcanti i Dante. Ono też było przyczyną powstania takich stowarzyszeń entuzyastycznych, jak to, które pod nazwą Pokutników Miłości osiadło w Langwedocyi, a którego członkowie, w celu udowodniania


(1) [142]

gwałtowności swych uczuć, w lecie nosili futra i ciężkie tkaniny, w zimie okrywali się lekką gazą, i tak ubrani przechadzali się po polach dotąd, aż wielu z nich pochorowało się i pomarło. Chaucer również (1) wyjaśniał w wierszach swych sztukę kochania, — dziesięć przykazań i dwadzieścia statutów miłości — wysławiał damę swoją, "rozkoszną swoją stokrotkę, rumianą swoją różę, " przedstawiał miłość w balladach, w wizyach, w allegoryacb, w poematach dydaktycznych, słowem, zajmował się nią w sposób najrozmaitszy. A była to zawsze miłość rycerska, egzaltowana, nadewszystko tkliwa, taka, jaką jedynie rozumiały Wieki Średnie. Troilus kocha Kressydę jak powinien kochać trubadur; gdyby nie stryj Kressydy, Pandarus, cierpiałby i umarł, nie wymówiwszy o miłości swej ani słowa. Nie chce nawet wyjawić przed nikim imienia tej, którą kocha; trzeba, aby Pandarus przemocą z ust mu je wydarł i w zastępstwie jego ważył się na wszystko, wymyślał rozmaite podstępy i sposoby. Troilus, bardzo waleczny i mężny na wojnie, wobec Kressydy umie tylko płakać, mdleć i prosić o przebaczenie. Ze swej też strony Kressyda jest nadzwyczajnie delikatną. Kiedy Pandarus po raz pierwszy przynosi jej list od Troilusa, nie chce zrazu go przyjąć, wstydzi się otworzyć, a po długiem wahaniu się otwiera tylko dlatego, że dowiaduje się o blizkiej śmierci rycerza. Po przeczytaniu pierwszych słów listu staje się "różowszą od róży" i jakkolwiek list jest pełnym najgłębszego uszanowania, odpowiedzieć nań nie chce; nakoniec, zwyciężona usilnemi naleganiami stryja, odpowiada, że chętnie zgadza się zostać dla Troilusa tkliwą siostrą. A Troilus drży cały, blednie na widok wracającego posłańca, wątpi o swojem szczęściu, nie chce wierzyć żadnym o niem upewnieniom. "Jak kwiaty w noc zimną — zamknięte korony nizko pochylają na łodygach — lecz gdy tylko słońce błyśnie, wyprostowują się — i szeregami rozwartych koron stają u miłej jego drogi, " tak nagle serce Troilusa rozwarła i rozszerzyła radość. Zwolna i dzięki usiłowaniom Pandarusa rycerz otrzymuje od Kressydy wyznanie miłosne, w którem — ileż tkwi rozkosznego wdzięku!

"Jak młody słowiczek zdziwiony,

Gdy w piosnkę swą uderza,

Umilka przelękniony

Na odgłos śpiewu pasterza,

Lub na szmer, co przebiega w krzewinie;


(1) [143]

Lecz, gdy wszystko ścichnie, gardziołko rozwiera

Do pełnej pieśni: tak też i w dziewczynie,

Gdy trwoga ścichła, serce się otwiera, —

I kochankowi myśli swe powierza. "

On zaś, skoro tylko zdala ujrzał nadzieję:

"Głosem zmienionym od trwogi,

Głosem tak drżącym, jak sam drżał cały,

I bardzo kornym, gdy rumieniec srogi,

Lub bladość wielka twarz mu oblewały, —

Przed Kressydą, swą damą, z cichem już wzdychaniem,

Na dół spuszczając swe oczy poddane,

Rzekł z dosłyszalnem ledwie bełkotaniem:

Dzięki ci, dzięki, serce me kochane!"

Niekiedy płomienna ta miłość wybucha w tonach namiętnych, w uniesieniach pełnych szczęśliwości. Błędem nie bywa nigdy, lecz, przeciwnie, poczytywaną jest za źródło cnót wszelkich. Troilus staje się przez nią uczciwszym, odważniejszym, wspaniałomyślniejszym; o niczem już teraz nie mówi, jak tylko o miłości i cnocie, a wszelką podłość w głębokiej ma pogardzie; wyznaje cześć dla każdej zasługi, a każdemu cierpieniu przybiega z pomocą. I zachwycona Kressyda, z radosnem uniesieniem, codziennie śpiewa piosnkę, podobną do dźwięcznego szczebiotu słowika:

"Składam ci dzięki, o, Boże miłości,

Żeś mię pogrążył w zdroju szczęśliwości;

Tobie dziękuję, że przez to kochanie,

Rzuciłeś światło na życia zaranie,

W którem błądzić nie będę, od grzechów strzeżona

I ku cnocie prawdziwej przez miłość wiedziona.

Codziennie dobra moja wola rośnie,

Kto temu przeczy, to chyba zazdrośnie;

Kto miłość grzechem, albo błędem zowie,

Chyba mu serce własne nie wypowie

Jej czarów, chyba kochać nie ma mocy.

Ja nie przestanę od rana do nocy

Powtarzać, że rycerza mojego wiernego

Kocham, że rai już serce przylgnęło do niego,

Jak jego serce do mnie. I tak już na wieki,

Do chwili gdy sen śmierci zamknie nam powieki. "

Ale nadeszło nieszczęście. Kalchas, ojciec Kressydy, przywołuje ją do siebie, a Trojanie postanawiają wydać ją Grekom, w zamian za jeńców. Na wieść o tem Kressyda mdleje, Troilus chce śmierć sobie zadać. Miłość w czasach owych nabiera znaczenia nieskończoności, igra ze śmiercią, gdyż sama jedna stanowi życie. Jest to tak, jakgdyby poza rozkosznem i wyższem życiem, które daje miłość, nic więcej już na ziemi nie istniało.

"Lecz Bóg dobry dał, że się zbudziła z omdlenia.

Troilusie! — krzyknęła. Z ciężkiego westchnienia

Jękiem on jej na to: — Droga damo moja,

Więc żyjesz jeszcze, żyjesz? Miecz wypadł mu z dłoni.

Tak, serce moje — rzekła — dzięki Kupidowi!

I znowu łzę jej oko, pierś westchnienie roni.

On zaś różne jej słowa ku pociesze mówi,

Pocałunkami szczęścia całą ją okrywa;

Tym sposobem jej duszę, by wróciła, wzywa,

Bo już była w nadziemskie sfery uleciała.

Aż nareszcie Kressyda na niego spogląda...

Nagi miecz wraz spostrzega i, z trwogi drżąc cała,

Co znaczy to narzędzie śmierci wiedzieć żąda.

On chciał umrzeć! Z jej duszy pryska ból i trwoga;

Bierze go w swe ramiona i woła: — Na Boga

Miłosierdzia! Jak wielką była twa zgryzota,

Jak blizkiemi już dla nas były śmierci wrota!

Jednak, nakoniec, rozstać się musieli, lecz z jakiemiż rozstawali się łzami i przysięgami! Troilus, samotny w komnacie swej, wciąż powtarza: "Kędyż jest moja droga i najmilsza dama? — Gdzie jej pierś biała? gdzie? ach, gdzie? — Gdzie jej ramiona i błyszczące oczy, które wczoraj jeszcze, o tej porze, były przy mnie?" Udaje się na miejsce, w którem widział ją po raz ostatni, potem na inne jeszcze, gdzie słyszał śpiew jej: "a niema takiej godziny, we dnie czy w nocy, w którejby o niej nie myślał. " Przyznać trzeba, że dla odmalowania miłości nikt nie znalazł słów tkliwszych i szczerszych. Są to pełne wdzięku "odrośle poetyczne, " które wydał z siebie pień grubej ciemnoty i pompatycznych ceremoniałów poezyi ówczesnej. Średnio-

wieczna umysłowość rozwinęła tu kwiaty swe w stronę, z której spływało na nią światło dzienne.

Ale marzeń i szczęścia w zupełności opowiedzieć trudno; poeta musi jeszcze: "iść na łąki, w świeżą zieloność ubrane, gdzie kwiatki zaczynają wyrastać z ziemi, gdzie dobre i zdrowe deszcze odnawiają wszystko, co stare i zamarłe"; musi iść "tam, gdzie skowronek, po- seł dnia gorliwy, piosnkami wita szary dzionek, a krople rosy, osiadłe na liściach krzaku, wysychają w słonecznem cieple. " Musi utopić pamięć w lotnych błogościach przyrody wiejskiej i sam, na wzór Dantego, pogrążyć się w idealnem świetle allegoryj. Rojenia miłosne, aby zachować prawdziwą swą naturę, nie powinny nazbyt się ucieleśniać, ani służyć za materyał do ułożonej w jeden ciąg historyi: muszą one, owszem, bujać w mglistem oddaleniu i zamieszkiwać świat inny, bo dusza, pełna ich pieśni, nie poddaje się prawom zwykłego życia, zatapia pamięć o niem w porywających ją zachwytach i przypatruje się swym ukochanym widziadłom, gdy powstają, mącą się, znikają i powracają na podobieństwo pszczół, które w dzień letni, na skłonie góry, w obłoku świetlistym, oblatują kwiaty.

"Pewnego ranka (1), — opowiada pewna dama, — przy pierwszych błyskach świta weszłam do dębowego lasu, którego rozłożyste gałęzie, obciążone świeżym, rozwiniętym kwieciem, rozpościerały się ku słońca i były albo czerwone, albo przepojone pięknem, zielonym światłem":

"Gdy na to piękne patrzałam ustronie,

Czułam tak słodkie dzikiej róży wonie,

Że pomyślałam, iż niema żałości,

Rozpaczy takiej i posępnych rojeń,

Co-by nie znikły w tej cichej lubości

Nie zaczerpnęły niebiańskiej radości

Z tej słodkiej woni łagodnych upojeń.

I gdy tak stałam, patrząc w prawo, w lewo,

Wzrok mój zaczepił o niespliku drzewo,..

Tak wspaniałego nie widzały oczy;

Okrył je całe puch kwiecia uroczy...

W górze, z radości, że żyje na świecie,


(1) [144]

Szczygieł ilekroć zaśpiewa, poskoczy,

W dzióbek swój chwyta pączek, albo kwiecie.

I gdy tam tak siedziałam, ptaków świegotania

Słuchając, doleciały mnie, gwary wołania

Najmilsze, jakie tylko, — takem pomyślała, —

Słuch ludzki poić mogą; bo to, com słyszała,

Było pełnem akordów słodkich, jak muzyka

Anielska, taka mila i tak doskonała,

Że duszę nam zachwyca i serce przenika.

Były to odgłosy zbliżającego się orszaku dam w sukniach z białego aksamitu, "haftowanych szmaragdami, wielkiemi, okrągłemi perłami, drobnemi brylantami i czerwonemi rubinami. " Wszystkie te damy miały włosy oplecione siecią z drogich kamieni", a na włosach wieńce ze świeżych, zielonych gałązek krzewu wawrzynowego, powojów i innych. Następnie ukazało się wojsko walecznych rycerzy, w ubiorach świetnych, w złotych hełmach i pancerzach błyszczących jak słońce, na szlachetnych biegunach, pokrytych szkarłatem. Rycerze ci i te damy był to dwór Liścia; usiedli też pod rozłożystym dębem, u stóp swej królowej.

Ze strony przeciwnej przybył inny orszak dam, które równie wspaniale wyglądały jak tamte, tylko zamiast wieńców z liści, miały na głowach wieńce z kwiatów. Były to służebnice Kwiatu. Zsiadłszy z koni, zaczęły na łące tańczyć. Lecz w tejże chwili ciężkie chmury okryły niebo i ryknęła burza. Damy chciały schronić się pod drzewo i nie znalazły już tam miejsca; ukryły się więc, jak mogły, u płotów, w krzakach, ale deszcz pomietosił im wieńce, pozbawił barwy suknie i porwał ozdoby, tak, że gdy piękna pogoda wróciła, poszły po radę i pociechę do królowej Liścia, ta zaś litościwie je pocieszyła, naprawiła szkody przez deszcz zrządzone i powróciła im poprzednią piękność. Poczem wszystko zniknęło jak sen. Przechadzająca się dama była pełną zdumienia, gdy nagle spostrzegła inną, piękną damę, która przybywała umyślnie po to, aby ją oświecić. Powiedziała też, że słudzy Liścia wiedli żywot prawdziwie rycerski, a słudzy Kwiatu oddawali się próżniactwu i zabawom. Usłyszawszy to, dama przyrzekła, że będzie sługą Liścia, i odeszła.

Jest-że to allegorya? W każdym razie braknie jej dowcipu. Utwór ten nie zawiera zręcznie wymyślonej zagadki; panuje w nim tylko fantazya poety, pragnącego w spokojnym wierszu roz-

winąć świetną i ulotną wizyę orszaku, który wprawia mu w zachwyt i oczy i duszę.

On sam, poeta, w pierwszym dniu maja wstaje z pościeli i idzie na łąkę. Razem z powietrzem ciepłem i wonnem do serca jego wchodzi miłość, a wtedy pola zmieniają postać, ptaki zaczynają mówić i on mowę ich rozumie.

"Wśród pięknych kwiatów usiadłem tam sobie

Ujrzałem ptaki, jak w porannej dobie

Wzlatały z gęstwin, w których noc przespały,

Z głośną radością jasny dzień witając,

Urokom maja cześć swoją składając.

Obrządek czci tej na pamięć umiały,

Niejedną śliczną piosnkę zaśpiewały, —

A jedne głośno, jakby w narzekaniu,

Inne wzdychając, jakby w pożądaniu;

Inne z gardziołek całych zawodziły.

A dla połysku, piórka swe gładziły

Lub po źdźbłach trawy wesoło tańczyły,

Lecz nigdy same, tylko wciąż parami,

Jakby sprzężone z sobą przysięgami

Danemi w lutym, w święto Walentego.

Rzeka, na której wybrzeżu usiadłem,

Słała mi prądy szmeru tak słodkiego

I tak się z śpiewem ptaszęcym godziła,

Że ta melodya nad rzeki zwierciadłem

Z wszystkich mi w życiu najpiękniejszą była.

Ta symfonia, złożona z mnóstwa nieuchwytnych tonów, podnieca zmysły i do duszy przywołuje tajemną tęsknotę. Kukułka rzuca smętne, tkliwe, monotonne wołania pomiędzy białe pnie wiązów; słowik rozlewa zwycięzkie pieśni nad sklepieniami z liści; marzenia unoszą się w powietrzu i gwarzą o miłości. Gwar ten podsłuchuje poeta. Są w nim sprzeczające się głosy. Kukułka oczernia miłość, a słowik, słuchając jej, aż płacze ze zmartwienia. Ale pociesza go widok poety, na równi z nim cierpiącego.

"Tęsknot miłosnych ukoi cierpienia

Codzienny widok, w tym miesiąca maju,

Świeżej stokroci nad brzegiem ruczaju.

Gdy z bólu będziesz blizkim śmierci cienia,

Szukaj w widoku takim uzdrowienia.

Niechaj w twem sercu myśl zdrady nie gości:

Ja ci zaśpiewam nową pieśń miłości;

Serce nią wzruszę, jak sam tylko zdołam...

Słuchaj, już śpiewam i śpiewaniem wołani:

"Hańba kochaniu, co nie zna wierności!"

Do takich-to drobniutkich i wyszukanych szczególików miłość doprowadziła poezyę; to samo znajduje się potem u Petrarki i, tak jak u Petrarki, miłość i poezya w utworach Chaucera uciekają się niekiedy do dowcipu, konceptu, żarciku. Jest jednak pewien rys, który zaraz na pierwszy rzut oka różni Chaucera od Petrarki. Jakkolwiek egzaltowany, Chaucer zachowuje zawsze wdzięk, ogładę, drobiażdżkowość, usposobienie do lekkich drwin i zmysłowych, chociaż umiarkowanych, uciech. Jest on przytem, jak i każdy Francuz, trochę gadatliwy, i inne też, powyżej wymienione cechy jego są francuzkie. Nie dziw, gdyż prawdziwymi jego mistrzami są Francuzi, a oprócz tego on sam z natury posiada obfitą wymowę i skłonność do częstego śmiechu; jako uczeń Powieści o róży lubi używać życia i duchowo daleko mniej spokrewniony jest z Włochami, niż z Francyą (1). Charakter Francuzów usposabia ich do zapatrywania się na miłość, nie jako na namiętność, ale jako na miłą ucztę, dobrze zadysponowaną i urządzoną, z usługą wytworną, z potrawami wyśmienitemi, z zastawą połyskującą, z dwojgiem takich biesiadników, którzyby wystrojeni, weseli, grzeczni, usiłujący wzajem się sobie podobać, umieli zabawić się wesoło i po skończonej zabawie wesoło się rozejść. W Chaucerze pomimo sentymentalnych ustępów gra wybitnie ta struna światowej płochości. Wprawdzie Troilus jest płaksiwym, ale za to Pandarus przedstawia wzór swawolnego łotrzyka, spełniającego szczególną czynność pośredniczenia pomiędzy dwojgiem kochanków z zabawnem natręctwem, z nieświadomym brakiem wszelkiej moralności (2), a przy-


(1) [145]

(2) [146]

tem z sumiennością, bezinteresownością i wytrwaniem doskonałem. Tym szczególnym jego zabiegom Chaucer przygląda się najdłużej jak tylko może i nie gorszą go one wcale, lecz, owszem, przeciwnie, bawią. W chwilach bardzo już drażliwych, z hypokryzyą żartobliwą, osłania się imieniem autora, z którego historyjkę tę zaczerpnął. Jeżeli, — powiada, — widzicie, że szczegół ten jest nazbyt swobodnym, nie moja w tem wina; "księża to rzecz tę w taki sposób dawnemi czasy opisywali", on zaś jest tylko tłómaczem, wiernie odtwarzającym oryginał. Od początku do końca utworu autor zachowuje humor nietylko wesoły, ale nawet drwiący; wybornie widzi co ukrywa się za podstępami skromności niewieściej, śmieje się filuternie i zdaje się z palcem na ustach mówić: "Sza! pozwólcie im wygadać wszystkie wielkie słowa, a zobaczycie co po nich nastąpi!" Istotnie, widzimy i autor widzi także; jesteśmy zbudowani, i oni także. Dla tego w momencie najdrażliwszym wynosi światło, mówiąc: "że na nic już ono nie potrzebne i on sam również nie potrzebny. "Troilusie — przemawia stryjaszek Pandarus — jeżeli jesteś mądrym, nie mdlej, bo narobisz stuku i ludzie nadbiegną. " Troilus jest mądrym i nie mdleje, a Kressyda, zostawszy z nim sam na sam, zaczyna mówić, a jak dowcipnie mówi i z jak powściągliwym wdziękiem! Ładne to jest i wolne od wszelkiej grubości uczuć lub słowa. Klejnoty szczęścia i różane jego wonie osłaniają tu wszystko, nawet zmysłową uciechę.

Największą swobodą, jakiej dopuszcza się ta para kochanków, jest lekka filuterność. Troilus, naprzykład, trzymając damę swą w objęciach, mówi: "Niechże tylko Bóg oddala od nas gorsze od tej przygody!"

Zadowolenie autora równa się prawie zadowoleniu szczęśliwych kochanków. Dla niego, jak dla wszystkich prawie ludzi tej epoki, najwyższem dobrem w świecie jest miłość, tylko nie bolejąca miłość, lecz owszem, w żądzach swych zadawalana. Przychodzi do tego, że taki właśnie rodzaj miłości nabiera znaczenia zasługi.

Damy wydały wyrok taki, że "kto kocha, nie może niczego odmówić temu, kto nawzajem kocha. " Miłość stała się prawem i artykułem kodeksu; zmieszała się też z religią. Istnieje msza miłości (1), którą odśpiewują ptaki, zapełnie tak samo, jak księża prawdziwą mszę. Chaucer z całego serca złorzeczy ludziom praktycznym, groszorobom, którzy miłość poczytują za szaleństwo. "Pan Bóg powinien by im dać, jak Midasowi, ośle uszy... aby dowiedzieli się, że oni to brną w grzechu, a kochankowie, którymi pogardzają, nie grzeszą wcale. Niechże im Bóg zsyła gorzkie biedy, a strzeże od złego wszystkich, którzy się kochają. " Nieprawdaż, że zniknęła tu


(1) [147]

aż do szczętu wszelka surowość? Niewiele też jej znaleźć można w piśmiennictwach krajów południowych. Średniowieczni Włosi nazywali "uciechę" cnotą, aż skończyło się na tem, że ów świat rycerski, stworzony przez Francyę, rozluźnia pojęcie moralności do takiego stopnia, iż zmieszało się ono z pojęciem rozkoszy.

VI.

Ale Chaucer bywa jeszcze weselszym; znaleźć u niego można wierne odbicie literatury gallijskiej, jak np. tłuste bajeczki, figle płatane sąsiadom, które, w dodatku, opowiada, wcale nie jak Bokkacyusz, na sposób cyceroński, lecz swobodnie, żwawo, wesoło. Znaleźć też u niego można żarty dowcipne i sztukę weselenia się kosztem bliźniego. Ma on jej nawet więcej niż Ruteboeuf, nie mniej od Lafontaine'a. Nie zadaje ciosów, tylko ukłócia; nie powoduje nim nienawiść lub oburzenie, lecz bystrość umysłowa i łatwe dostrzeganie śmieszności. To też na postacie utworów swoich rzuca śmieszność pełnemi garściami. Jego organ prawa, naprzykład, jest bardziej zakłopotanym, niż ktokolwiek na świecie, a miny jakie przybiera, jeszcze nad jego kłopotami górują (1). Chaucera trzej mieszczanie "mogliby wybornie zostać aldermanami, gdyby tylko szło o rozum, bo posiadają wiele bydła, znaczne dochody i niewątpliwie żony ich chętnie-by na to przystały. " Kwestarz idzie z tłómoczkiem "pełnym świeżo upieczonych odpustów. " Drwiny płyną tu, prawdziwie, na sposób francuski, bez wysileń, rozmyślań i trudności. Czuć tu, że wyśmianie bliźniego jest rzeczą nader łatwą i przyjemną. Czasem tak miła żyłka staje się tak obfitą, że wypływa z niej cała komedya, tłusta, co prawda, ale jakże szczera i żwawa! Taką komedyą nazwać można wizerunek mieszczanki z Bath, wdowy "ni mniej, ni więcej" tylko po pięciu mężach. Pod tym względem żadna w całej parafiii dorównać jej nie mogła, a jeżeli która pokusiła się o to, "wdowę to tak gniewało, że do szczętu zapominała o wszelkiej miłości bliźniego. " Oto języczek! Impertynentka, próżna, zuchwała, bez miary gadatliwa, zagłusza wszystkich i sama jedna rozprawia przez całą godzinę, zanim nareszcie przyjdzie z powrotem do początku swego opowiadania. Czytelnik doświadcza złudzenia, że słyszy ten głos donośny, dźwięczny, namiętny, nieprzerwany, którym zmuszała do milczenia swoich nieboszczyków mężów. A ciągle powta-

--------------------------------

(1) [148]

rza te same myśli, ciągle przytacza te same racye, ciągle wymienia je, zbiera, nagromadza, na podobieństwo upartej mulicy, która, biegnąc nieustannie, wstrząsa i pobrzękuje dzwonkami, aż ogłuszeni słuchacze szeroko rozwierają usta, dziwiąc się, że jeden język zdobyć się może na takie mnóstwo słów. Lecz godnym słów tych jest przedmiot, o którym mieszczka tak długo prawi. Prawi ona, że uczyniła wybornie, pięć razy wychodząc za mąż, a dowodzi tego w sposób jasny, okazujący wielki zasób doświadczenia: "Sam Bóg rzekł: wzrastajcie i rozmnażajcie się! Śliczny przepis i doskonale potrafiłam go zrozumieć! Wiem też i o tem, że Bóg rozkazał, aby mąż mój porzucił ojca i matkę, a poszedł za mną. Ale w jakiemże to miejscu Bóg mówi cokolwiek o liczbie mężów i zabrania wziąć drugiego, albo ósmego? Pocóż więc źle o mnie mówić? Oto, naprzykład, mądry król Salomon, przypuszczam, że miał więcej niż jedną żonę. Dałby Bóg, abym pod tym względem miała takie same jak i on urozmaicenie. Dziękuję Bogu, że pięć razy brałam sobie męża, i z przyjemnością wezmę szóstego: niech się zjawi tylko! Chrystus głosił swoją naukę dla tych, którzy pragną żyć jak święci, ale ja, z przeproszeniem panów, wcale tego pragnienia nie doświadczam. Ja chcę kwiat mego wieku poświęcić czynom i płodom miłości. Chcę męża i gdy tylko złapię go, pewno nie wypuszczę!" Tu Chaucer wpada w szczerość Molierowską, na którą tegoczesny tłómacz zdobyć się nie może. Mieszczka jego, jak Molierowski Sganarelle, wyjaśnia małżeństwo na sposób medyczny i, chcąc nie chcąc, trzeba coprędzej odwrócić kartkę i z całą tą odysseją małżeńską zapoznać czytelnika tylko w przybliżeniu. Niewiasta, która w ziemskiej wędrówce swej przebrnęła przez pięciu aż małżonków, zna dobrze sztukę pokonywania mężów i opowiada jak prześladowała swoich zazdrością, podejrzeniami, kłótniami, gderaniem, jak biła i była bitą, jak nakoniec mąż, zgnębiony nieustannością burzy, pochylał kark pod jarzmo i stawał się osiołkiem, cierpliwie i z rezygnacyą obracającym domowe żarna. "Gdy wpadłam w złość i w zazdrość, to smażyli się oni u mnie na własnym tłuszczu. Wychodziłam nocami z domu, a wróciwszy przysięgałam, że idę na zwiady, aby odkryć ich psie figle. Nigdy ich słowo nie było na wierzchu... i żeby sam papież przy mnie siedział, nie byłabym ich oszczędzała, zwłaszcza u stołu. Szczególniej dla czwartego, o, Boże, byłam prawdziwym czyśćcem ziemskim, ztąd też czerpię nadzieję, że dusza jego znajduje się już w chwale boskiej!" Piątego, zobaczyła po raz pierwszy na pogrzebie czwartego, tuż za trumną, a miał łydki tak kształtne, ze z konieczności musiała go wziąć na męża. "Liczył podobno dwadzieścia wiosen, a ja miałam wówczas, prawdę rzekłszy, ze czterdzieści. Ale, dzięki Bogu, byłam żwawa i piękna, dobrze urodzona, młoda, a przy tem bogata. " Jakie to wyborne, ta: młoda! Czy po-

dobna trafniej oddać złudzenie, któremu człowiek podlegać może? I jakie to wszystko żywe, swobodne! Jest to satyra na małżenstwo. Ze dwadzieścia podobnych znaleźć można u Chaucera i, aby wszystkie przedmioty drwin francuzkich wyczerpanemi zostały, trzeba już tylko do satyry przeciw małżeństwu dodać satyrę przeciw religii.

Czyni to Chaucer i pod względem swobody wyrażeń nie ustępuje Rabelais'mu. Przedstawiony przez niego mnich jest obłudnym i swawolnym łotrzykiem, daleko bliżej znającym się z najlepszemi gospodami i najweselszemi gościnami, niż z siedliskami choroby i nędzy ludzkiej. "Nieprzyzwoita rzecz, — powiada, — wchodzić w blizką znajomość z takiem bydłem jak ubodzy: najkorzystniej spowiadać bogatych, bo oni to są sprzedawcami wiktuałów", i od nich " tylko zyskać coś można na honorze i kieszeni. Tylko trzeba brać się do tego umiejętnie. Mnich Chaucera ma pod tym względem wielką wprawę. Wysłuchuje on spowiedzi z miną łagodną i uprzejmą, jest też wiele uprzejmości w sposobie, w jaki udziela absolucyi, co zaś do pokuty, to okazuje się względem niej niezmiernie ugodliwym. Byleby dano mu "dobry obiad" — wszystko załatwionem zostanie, bo najpewniejszym znakiem dobrze odbytej spowiedzi jest hojność względem biednych braciszków zakonnych. Jeżeli zaś kto powie, że taki penitent okazuje za mało skruchy i poprawy, będzie to czysta potwarz. Nie można przecież od każdego wymagać, aby skruchę swą objawiał płaczem i zadośćuczynieniem! A dla łudzi bogatych prawdziwym dowodem, że są dobrymi, dobrze wyspowiadanymi, bardzo skruszonymi i żałującymi penitentami, jest hojność względem spowiednika.

Tę ostrą ironię znaleźć już można u Jana de Meung'a, ale Chaucer posuwa się w niej jeszcze dalej i napełnia nią samą akcyę swego opowiadania. Mnich jego od domu do domu nosi swoją kwestarską torbę. "Dajcie korzec pszenicy, jęczmienia albo żyta; dajcie pół grosza albo kawałek sera; dajcie co chcecie, bo nie spotkacie się z wybrednością. A może szynkę dacie, jeżeli jest, albo szmatę ze swojej kołdry, cokolwiek. Moja dobra kobieto, moja droga siostro (patrz tylko, zapisuję tu twoje imię), daj słoniny, wołowiny, co tam zresztą znajdziesz pod ręką. " Przyrzeka, że modlić się będzie za wszystkich, którzy składają dary i których imiona w księdze swej zapisuje; ale skoro tylko przestąpi próg domu, wnet imiona te z księgi wykreśla. Pomiędzy znaczną liczbą tych imion znajduje się jedno, po którem spodziewa się najwięcej. Jest to imię Tomasza, z którym znajomość przynosi zysk największy. Udaje się do niego na ostatku, przy samym końcu kwesty. Znajduje go złożonego obłożną chorobą: jest to prawdziwa gratka! W tym stanie wycisnąć go może i wyssać jak jagodę! "Ileż trudów poniosłem dla ciebie, ko-

chany mój Tomaszu! Ileż drogocennych pacierzy odmówiłem za twoje zdrowie! Aha! gdzież jest miła gosposia tego domu? Widziałem, że była dziś na Mszy Ś-tej!" Gosposia powraca, kwestarz z ugrzecznieniem powstaje z siedzenia i wita ją nader czule. "Mocno obejmuje ją ramionami, słodko całuje i jak wróbelek figlarnie do niej szczebiocze. " Potem, tonem wielkiej dobrotliwości, z pieszczotliwemi dźwiękami w głosie, zaczyna prawić jej komplimenty. "Niech będzie błogosławionym Bóg, który cię stworzył. Przysięgam na zbawienie, że dziś w kościele nie widziałem równie pięknej jak ty kokobiety. " Scena ta zapowiada już molierowskiego Tartuffe'a, siedzącego obok Elmiry. Ale mnich Chaucera jest gościem skromnego domu dzierżawcy, może przeto prostszą i krótszą drogą zdążać do celu. Że jednak komplimenty nie stanowią najgruntowniejszej strony życia, więc mnich wkrótce prosi gosposię, aby zostawiła go sam na sam z Tomaszem, ponieważ potrzebuje zbadać do dna stan jego duszy. "Ci wikaryusze są tak niedbali i leniwi w badaniu sumień. " "Tylko — mówi — niech się pani bardzo nie troszczy o urządzenie przyjęcia dla mnie! Wątróbka kapłona z porcyjką waszego smacznego białego chleba, może jeszcze w dodatku główka pieczonego prosięcia (niechże tylko, broń Boże, na rzecz moją nie zabijają tego zwierzątka!): a głód mój będzie zaspokojonym. Jadam maluczko, duch mój znajduje swe nasycenie w Biblii, a ciało umartwienia tak nadwerężyły, że mam żołądek bardzo słaby!" Biedaczysko wznosi ku niebu oczy i mowę swą kończy westchnieniem (1).

Przychodzi chwila, w której gosposia uwiadamia go, że przed dwoma tygodniami dziecię jej zmarło. Jakaż wyborna sposobność do zarobku! Natychmiast trzeba sfabrykować cud! Mnich miał objawienie o zgonie tego dziecka. Było to w klasztornej sypialni; leżał jeszcze w łóżku, gdy ujrzał dziecię unoszone do raju. Porwał się z łóżka i, "z twarzą zalaną łzami", zwoławszy braci, wraz z nimi odprawił nabożeństwo dla podziękowania Bogu za łaskę tak wielką. "Bo wierzcie mi, szanowni państwo, że modlitwy nasze są skuteczniejsze i wiedza o rzeczach Chrystusowych głębsza od modlitw i wiedzy łudzi świeckich, chociażby samych królów. A pochodzi to ztąd, że żyjemy w powściągliwości i ubóstwie, a ludzie świeccy żyją w zbytkach i rozkoszach. Łazarz i bogacz wiedli żywot wcale różny, różne też otrzymali nagrody. " Tu, stylem ckliwym i z widoczną tendencyą, wypowiada całe kazanie, aż chory Tomasz uczuwa znużenie i odpowiada, że już połowę majątku oddal mnichom rozmaitego gatunku, a mimo to nie może jakoś powrócić do zdrowia.


(1) [149]

Wówczas to dopeiro kwestarz wydaje okrzyk pełen prawdziwej boleści i szczerego oburzenia. Jakto! mnichom rozmaitego gatunku! Więc byli tu i inni mnisi! Więc współbracia jego współubiegają się z nim o klienta, chcą mu wydrzeć jego dobro, jego dochody, jego śpiżarnię! "O, Tomaszu, jakże niegodnie sobie postąpiłeś! Czyż ten, którego pielęgnuje najznakomitszy z lekarzy powinien szukać po mieście jeszcze jakichś innych? Czy nie dość ci modlitw moich i całego klasztoru mego? O, Tomaszu, popełniłeś grzech niestałości. Grzech twój, Tomaszu, jest figlem, za który należałoby cię powiesić! Otóż dlatego, dlatego właśnie chorujesz i do zdrowia powrócić nie możesz, żeś nam dał za mało!" Co za wymowa! Po tem też poznać można wielkiego mówcę, że potrafi wzbić się do najwyższych szczytów stylowych, gdy idzie o przystawienie garnka do ognia. "Jednemu klasztorowi dajecie ćwiartkę owsa, drugiemu dwadzieścia cztery grosze, trzeciemu grosz, i tym sposobem chcecie odczepić się od wszystkich! Oto jacyście wy łajdacy! O, Tomaszu, wcale nie tak dziać się powinno! Bo jakąż wartość posiadać może szeląg rozdzielony na dwanaście części? Przypatrz się wszystkiemu, co jest na świecie, a zobaczysz, że każda rzecz zachowuje więcej mocy w stanie skupienia niż rozproszenia. A ty, Tomaszu, żądasz całej naszej pracy, żądasz od nas wszystkiego za nic. " — I znowu rozpoczyna się kazanie, wypowiadane tonem zapalczywym, z podnoszeniem głosu przy każdem słowie, z cytowaniem Seneki i innych klassyków. Jest to swada przerażająca, prawdziwa maszyna do wyciskania pieniędzy z pacyenta, byleby mechanik posługiwał się nią wytrwale. "Daj nam na wybrukowanie klasztoru, na fundamenty, na roboty mularskie. W imię tego, który zwyciężył bramy piekielne, proszę cię, wspomóż nas, Tomaszu, bo jeżeli tego nie uczynisz, będziemy zmuszeni do sprzedania naszych książek. A gdy nie będziemy już mieli książek, wy, ludzie świeccy, zostaniecie pozbawieni naszych nauk, a bez naszych nauk świat szybko dążyć zacznie ku zgubie. Przebacz mi, Tomaszu, ale na zbawienie przysięgam, że ktokolwiek wydarłby nas światu, takby uczynił, jakby ziemi odebrał słońce! ' Koniec końcem, rozwścieczony Tomasz przyrzeka mnichowi dar bogaty, ale każe mu sięgnąć po niego do swej pościeli. Mnich uczy niwszy to, odchodzi oszukany, zbrudzony, zawstydzony, a zakończenie to wpada już w gminną farsę, i nawet gorzej jeszcze, bo w błazeństwo i błoto, w które wpaść musi każdy, kto jakimbądź kosztem bawić się pragnie.

Wiadomo jakim sposobem zasadzone przez wesoły lud Szampanii i Ile de France, a przez truwerów podlewane, wyrosły na średniowiecznem gnojowisku na kształt grubych i potężnych roślin, piśmiennicze błazeństwa i brudy. Błotniste i rdzawe, miały one rozwinąć kie-

lichy dopiero w szerokich dłoniach Rabelais'go, lecz Chaucer także uszczknął ich sobie na bukiet. Na rzecz grubego śmiechu zbierał on po świecie oszukiwanych mężów, omyłki zaszłe w gospodach, przygody sypialniane, szturhańce, guzy na grzbietach, złodziejskie ręce w cudzych kieszeniach. Obok szlachetnych obrazów świata rycerskiego malował w oświetleniu flamandzkiem szereg grubasów, pod postacią cieśli, stolarzy, odźwiernych, mnichów. Kije latają, pięści spadają na tłuste plecy, występują też tłuste, bezwstydne nagości. Pannje tu wzajemne wykradanie sobie zboża i żon, wzajemne rzucanie się z pięter, ryk, beczenie i ciąganie się za czupryny. Okaleczenie kogoś, jakaś prosta ohyda, uchodzą w tem towarzystwie za dowcip. Odźwierny wyśmiany przez mnicha oddaje mu pięknem za nadobne. "Powiadasz, że znasz piekło: nic dziwnego! Mnisi i dyabli zawsze dotrzymują sobie towarzystwa. Oto lepiej posłuchaj historyjki o mnichu (1), który doświadczył wizyi takiej, że anioł zaprowadził go do piekła i pokazał mu samego Szatana. Szatan miał ogon szerszy od żagla okrętowego. Anioł rzekł: podnieś ogon, Szatanie, aby mnich ujrzał, gdzie jest gniazdo mnisie! Wtenczas, na obszarze więcej niż morgowym, wychodzić poczęli mnisi i wyszło ich, jak pszczół z ula, przeszło dwadzieścia tysięcy. Potem rozproszyli się po piekle, a wróciwszy najśpieszniej, jak tylko mogli, wślizgiwali się znowu do miejsca, z którego byli wyszli. Następnie Szatan opuścił ogon i siedział sobie spokojnie. " "Śliczne to miejsce, — dodaje jeszcze opowiadacz, — stanowi prawą posiadłość mnichów. " Takiemi-to są grube koncepty pospólstwa. Trzeba też wiedzieć, że powyższy tekst przytoczyłem tylko w części, bo niepodobna powtarzać ze ścisłością tych błazeństw i brudów, które literatura angielska zaczerpnęła z francuzkiej.

VII.

Czas już zresztą przystąpić do najgłębszej istoty Chaucera, bo obok rysów wspólnych ze swoim czasem i ze swoją szkołą posiada on takie, które go nad ten czas i nad tę szkołę czynią wyższym. Jest on oryginalnym; nawet romansowosć i wesołość, które czerpie z czasu i ze szkoły, mają u niego piękno odrębne. Lecz poczytywać należy za rzecz w owych czasach niesłychaną to, że bada on charak-

-------------------

(1) [150]

tery, spostrzega zachodzące pomiędzy niemi różnice i wzajemne powiązanie różnych ich części, że usiłuje tworzyć ludzi żyjących i odrębnych. Wszystko to później dopiero, bo w wieku szesnastym, stać się ma zadaniem odnowicieli piśmiennictwa, z Szekspirem na czele. Byłżeby to już u Chaucera przebłysk tego zdrowego, poważnego rozsądku, albo tej zdolności do rozglądania się w samej treści ludzi i rzeczy, któremi odznaczają się Anglicy? W każdym razie jest to przebłysk no wego ducha, prawie już dojrzałego, ukazujący się w malarstwie i w piśmiennictwie, u Van Eycka i u Chaucera jednocześnie, a w malarzu i w pisarzu obudzający obok dziecinnej ochoty do odtwarzania obyczajów rycerskich (1) lub mniszych, tę poważną ciekawość i to pożądanie prawdy, które znajdują się w głębi rzeczy i przez które jedynie sztuka stać się może doskonałą. U Chaucera, tak jak u Van Eycka, po raz pierwszy postacie nabierają wypukłości, posiadają członki dobrze z sobą spojone, są, nie widmami pozbawionemi ciała, lecz istotami, których przeszłości można się domyślić, a przyszłość przewidzieć. Powierzchowność tych postaci objawia osobnicze i niepodzielne własne ich usposobienia, nieskończoną składowość ich wewnętrznej ekonomiki i wszelkich poruszeń duszy. Dziś jeszcze, po upływie czterech stuleci, postacie te są typami i zajmują stałe miejsce w pamięci ludzkiej, na równi z temi, które stworzyli Szekspir i Rubens. U Chaucera można dojrzeć: ten nowy wykwit w chwili pierwszego kiełkowania. Jak Bokkacyusz, łączy on powieści swoje w jedną całość, ale czyni jeszcze coś takiego, czego nie czyni Bokkacyusz: mianowicie, rozpoczyna utwór swój od kreślenia wizerunków wszyst kich tych osób, które spełniać w nim mają czynność opowiadaczy. Jest tam rycerz, woźny, policyant, mnich, wójt, właściciel gospody, czyli, ze trzydzieści postaci wszelkiej płci, wszelkiego stanu i wiek.., z których każda jest zupełnie różną od innych, posiada fizyonomię temperament, sposób mówienia i poruszania się, ubiór, przeszłość i przyzwyczajenia sobie tylko właściwe, z których też każda zachowuje swoją odrębność we wszystkiem, co mówi i czyni — tak dalece że tu właśnie pośród wszystkich ludów po raz pierwszy spotykamy się z zarodkiem takiej powieści obyczajowej, jaką sami w czasach obecnych tworzymy. Przypomnijmy sobie portrety franklina, młynarza, mieszczanki i mnicha-kwestarza. Jest tam więcej podobnych, a w wszystkich objawia się brudne brutałstwo, grubasowski dowcip, tłusta hulanka życia cielesnego, żarłoczność nietajona, — cała, słowem, naiwność natur gminnych. Są to niekiedy najemni zbóje, którzy odwijają rękawy i ściskają pięści, a niekiedy zadowoleni z siebie bakała-


(1) [151]

rze, którzy, podpiwszy, nie chcą mówić inaczej jak po łacinie. Lecz tuż zaraz widzimy osoby z towarzystwa wyborowego: rycerza, który odbył wojnę krzyżową, zwiedził Prusy i Grenadę, a waleczny i ugrzeczniony, jest przytem "łagodnym jak panienka i nie wymawia nigdy żadnego brzydkiego słowa. " Obok rycerza staje przed nami "ubogi i uczony ksiądz z Oksfordu, " a obok księdza młody panicz, syn rycerza "zalotny i zakochany, cały okryty haftami, jak łąka pełna świeżych białych i czerwonych kwiatów. " Ten panicz wiele już świata zwiedził, a we Flandryi i Pikardyi bił się tak walecznie, że zdobył sobie łaskę swojej damy. " Świeży jak maj, po całych dniach gwiżdże sobie i śpiewa, dzielnie trzyma się na koniu i zgrabny z niego jeździec, umie układać piosnki, opowiadać, tańczyć, malować i pisać. A tak jest zakochanym, że nocami sypia tyle co słowik, przytem grzeczny, skromny, uczynny i przy stole krający mięsiwo dla swego ojca. " Jeszcze delikatniej narysowana i godniejsza ręki tegoczesnego pisarza jest ksieni, "pani Eglantyna, " która, jako mniszka, jako dziewica i jako wielka pani, posiada piękne maniery i do najwyższego stopnia przestrzega dobrego tonu. Czy podobna dziś jeszcze, w którym z klasztorów niemieckich, w jakiemkolwiek gnieździe sentymentalnych i wydelikaconych kanoniczek, znaleźć typ doskonalszy? "Uśmiechała się skromnie i bez przesady. Najenergiezniejszą jej przysięgą były słowa: na Ś-go Eligiusza! Bardzo ładnie i z zupełnie przyzwoitemi, nosowemi dźwiękami, odśpiewywała służbę Bożą. Niemniej też przyzwoicie znajdowała się u stołu, nie wypluwała nigdy żadnego kawałka żywności, ani palców nie zanurzała w sosie. Umiejętność obchodzenia się z ludźmi była dla niej źródłem żywych przyjemności. Po skończonym obiedzie starannie tłumiła odgłosy swojego żołądka. Należała z pewnością do najlepszego towarzystwa i pod każdym względem była miłą i przyjemną. " Wprawdzie ksieni "naśladuje maniery dworskie, przybiera postawy pełne dumy, lubi popisywać się z wysoką światowością i z francuzczyzną ładną, wprawną, ale taką, jaka panuje w Stratford-at-Bow, bo paryska jest jej wcale nie znaną; " ale, czyż podobna gniewać się na nią za te drobne objawy parafiańszczyzny? Owszem, to wdzięczenie się, zalatujące perfumą, te kapryśne minki, to delikatnisiostwo, połączone ze skromnisiostwem, te uśmieszki, nawpół światowe, nawpół zakonne, sprawiają patrzącym prawdziwą przyjemność. Zalatuje od nich delikatna woń kobiecości, pod habitem przechowana, zatęchła. "Ksieni była tak litościwą i współczującą, że płakała na widok myszy zranionej lub zabitej w pastce. Miała też pieski, które karmiła pieczonem mięsem, mlekiem i najdelikatniejszemi bułkami, a gdy który z nich zdechł, albo dostał od kogo kijem, gorzko płakała. Cała była drażliwością sumienia i tkliwością serca. " Wiele starych panien, w braku innych,

nabiera podobnych przywiązać. Lecz co też ja mówię! Stara panna! Ksieni Eglantyna nie była wcale starą. "Miała oczy przezroczyste jak szkło, a usteczka malutkie, mięciuchne i czerwone. " Habit leżał na niej wybornie, płaszcz, którym się okrywała, był bardzo gustowny, u rąk wisiały dwa koralowe różańce z zieloną emalią "przypięte szpilką złotą i błyszczącą, z wyrytą i zdobną w koronę literą A naprzód, a potem z dewizą: amor vincit omnia (miłość zwycięża wszystko): śliczna i bardzo dwuznaczna dewiza, mogąca zapowiadać zalotność tak dobrze jak pobożność. Bo też i dama ta należała zarówno do świata jak do klasztoru. Światowość objawia się w składzie towarzyszącego jej orszaku, do którego należała tylko jedna mniszka i aż trzech księży; klasztor uczuć się dawał w tem, że ksieni odśpiewywała pozdrowienie anielskie i opowiadała historye budujące. Świeża i delikatna, ksieni Eglantyna wydaje się podobną do ładnej wisienki, którą Bóg stworzył na to, aby dojrzewała w cieple słonecznem, lecz która, użyta na konserwę klasztorną, nabrała w słoju z syropem słodkowatego i ckliwego smaku.

I oto poraz pierwszy świta rozwaga, a razem z nią wschodzi na świat twórczość wielka. Chaucer nie igra tu już tylko, ale bada, nie papla, ale myśli, nie płynie z prądem łatwej improwizacyi, lecz dobiera i układa. Każde opowiadanie przystosowane jest do opowiadacza: młody giermek opowiada fantastyczną historyjkę na tle wschodniem, pijany młynarz — bajeczkę tłustą i zabawną, uczciwy ksiądz — wzruszającą legendę o Gryzelidzie. Wszystkie zaś razem opowiadania te są daleko lepiej niż w Dekameronie Bokkacyusza związane wypadkami, powstającemi wprost z charakterów osób, albo takiemi, które w każdej podróży zdarzać się mogą. W świetle słonecznem jeźdźcy przebywają szerokie pola i rozmawiają sobie wesoło. Młynarz za wiele wypił, i chce gwałtem głos zabierać; kucharz usypia na swym wierzchowcu; inni płatają mu złośliwe figle. Pomiędzy mnichem a woźnym sądowym wszczyna się kłótnia o zacność ich profesyi. Właściciel gospody, jako człowiek przyzwyczajony do przewodniczenia ucztom i robienia porządku pomiędzy krzykaczami, usiłuje nakazać jednym milczenie, innym mówienie, a wszystkich pogodzić. Potem członkowie gromadki wydają sądy o usłyszanych powieściach, oświadczają, że na świecie niewiele jest takich Gryzelid,. śmieją się ze złych przygód oszukanego młynarza, usiłują wydobyć sens moralny z powiastek budujących.

Poemat ten nie jest, jak wszystkie współczesne, prostą procesya postaci idących jedna za drugą i niebędących z sobą w żadnym; związku: jest obrazem złożonym z kontrastów, przedstawiającym ludzi w postawach obmyślanych i składającym jedną, spójną całość. Życie napływa tu z wszystkich stron i, jak zwykle bywa wobec dzieł

pełnych prawdziwego życia, czytelnik doświadcza złudzeń, uczuwa ochotę dosiąść konia i o pięknym, wesołym poranku przez zielone łąki puścić się w drogę wraz z pielgrzymami do relikwii dobrego świętego z Canterbury.

Tu zważyć należy wyraz: całość dzieła. Dzieciństwo lub dojrzałość sztuki zależy od istnienia, lub nieistnienia tego wyrazu w umysłach twórców. Cała przyszłość sztuki w nim rośnie. Aż do Chaucera ani wśród barbarzyńców, ani wśród wpólbarbarzyńców, ani pomiędzy wojownikami Siedmiu Królestw, ani pomiędzy rycerzami Wieków Średnich żaden umysł nie wzbił się do szczebla, na którymby wyraz ten znajdował. Były tam silne, a niekiedy i tkliwe, wzruszenia, wyrażane, według usposobień plemiennych, krótkiemi wykrzykami lub długiemi gadaninami, lecz nie było cugli do nadawania kierunku wzruszeniom. Twórcy owi śpiewali lub gawędzili z czystego popędu, na traf szczęścia, nie zapadowując nad myślami, lecz, owszem, przez nie opanowywani i tylko mimowoli, wypadkiem, spotykali się niekiedy z ładem i układem. U Chaucera po raz pierwszy ukazuje się ta wyższość umysłowa, która w momencie powstawania pomysłu dzieła wstaje nagle, wzbija się nad siebie samą i do siebie samej przemawia: "Zdanie to wypowiada to samo, co poprzedzające: więc trzeba je wykreślić; dwie te myśli nie zostają z sobą w związku: trzeba go pomiędzy niemi zaprowadzić; opis ten jest blady: trzeba raz jeszcze przedstawić sobie dobrze jego przedmiot. " I tylko taki twórca, który potrafi w powyższy sposób do samego siebie przemówić, posiada, nie szkolne i wyuczone na pamięć, lecz własne i w czyn płodne wyobrażenie o duchowości ludzkiej, o jej poruszeniach i potrzebach, o rzeczach ziemskich, ich budowie i związkach; taki też tylko posiąść może styl, czyli zdolność nasuwania umysłowi ludzkiemu każdej rzeczy tak, aby ją mógł słyszeć i oglądać. Taki twórca umie z każdego przedmiotu, z krajobrazu, postaci, sytuacyi, wyodrębnić rysy znamienne i wyłącznie do nich należące, a przez zgromadzenie ich i uporządkowanie wywołać na świat twór sztuczny, który wyrazistością i wykończeniem przewyższy twór naturalny. Umie on, tak jak Chaucer, we wspólnym starym lesie średniowiecza wynajdywać legendy lub historye i przesadzać je na współczesną sobie niwę tak, aby puszczać mogły nowe latorośle. Umie jeszcze zniżyć się do przerabiania i tłómaczenia rzeczy cudzych, bo, przerabiając je i tłómacząc, mocą myśli własnej nadaje im piętno nowe, swoiste, przetwarza to, co niby naśladować zamierzył, i z pomysłów zużytych, bladych, jednostajnością nużących wytwarza śliczne widzenia duszy myślącej i giętkiej, widzenia, które w Powieściach z Canterbury Chaucera przedstawiają nam trzydzieści naczelnych postaci czternastego wieku na przedziwnie świeżem tle zwilżonego wiosenną rosą krajobrazu Anglii.

Jest to moment, w którym twórca zbliża się do poznania samej prawdy życia, wkracza w dziedzinę myśli niepodległej i odkryć bogatych w następstwa. Chaucer wkroczył w tę dziedzinę. Oto na sto pięćdziesiąt lat poprzedzając poetów z epoki Elżbiety, staje on w jednym z nimi szeregu dzięki swojej galeryi portretów, a z reformatorami religijnymi tychże czasów — dzięki portretowi dobrego plebana.

Wkroczył — ale ledwie przemknął się tylko. Przestąpił próg sztuki, uszedł kilka kroków i u końca przedsionka się zatrzymał. Uchylił nieco wielkich wrót świątyni, lecz we wnętrza jej nie zasiadł, a przynajmniej zasiadał w niem tylko niekiedy i chwilowo. W Arcycie i Palemonie, w Troilusie i Kressydzie szkicuje uczucia, lecz ludzkich postaci nie stwarza; z łatwością i prostotą zakreśla kręte linie zdarzeń i rozmów, lecz nie nadaje wyraźnych konturów osobnikom odrębnym i zajmującym. Niekiedy (1), pod wpływem gorących oddechów poety, którego naśladuje, wydobywa stopy ze średniowiecznego grzęzawiska i jednym skokiem dopędza Stacyusza, gdy ten znowu naśladuje Wergilego, a dorównywa Lukanowi; lecz innym razem Pan Febus, albo Pan Apollo Delficki ściągają go znowu na niziny błahego gadulstwa truwerów, albo płaskiego wielomówstwa uczonych księży. Kiedyindziej jeszcze, pośród najpiękniejszego obrazu namiętności rozsiada się zużyte zdanie o sztuce, a dlatego, aby wraz z Troilusem przybyć na pierwszą jego schadzkę miłosną, wypada przebrnąć trzy tysiące wierszy. Niekiedy Chaucer przypomina cudowne dziecko, albo takiego poetę, któryby do swoich miłosnych marzeń mieszał cytacye ze szkolnego podręcznika i wspomnienia o elementarzu (2). Nawet w Powieściach z Canterbury zdarzają się powtórzenia, naiwne wyjaśnienia, brak należytego skupienia myśli lub namiętności. Są tam dowcipy niezupełnie szczęśliwe, są żywe barwy rozwodnione monotonią wiersza, a głos autora wydaje się czasem głosem młodego chłopca, znajdującego się w chwili dojrzewania na mężczyznę. Męzkie i silne dźwięki odzywają się w tem dziele tu i ówdzie, trwają czas jakiś, aż nagle przerywa je nutka cienka i mdława, zdająca się oznajmiać, że wiek dojrzałości zupełnej nie nadszedł tu jeszcze i siła ulega omdleniu.

Chaucer zaczyna już rozstawać się ze średniowiecznością, lecz zupełnie jeszcze rozstać się z nią nie może. Jednego dnia tworzy P o


(1) [152]

(2) [153]

wieści z Canterbury, ale już nazajutrz tłómaczy Powieść o Róży. Dziś bada zawikłany mechanizm ludzkiego serca, odkrywa następstwa, jakie prowadzi za sobą pierwotne wychowanie lub zakorzeniony nałóg, i, czyniąc to, natrafia na powieść lub komedyę obyczajową; ale jutro zaraz z uciechą powraca do ciekawych wypadeczków, milutkich allegoryj, do rozpraw o miłości, naśladowanych z francuzkiego, i do uczonych morałów, zapożyczanych u Starożytności. Bywa on z kolei spostrzegaczem, to znowu truwerem; chód jego składa się, nie z całych kroków, lecz z półkroków tylko.

Jakaż była ta przeszkoda, która powstrzymywała w pochodzie i jego samego i wszystkich dookoła niego? Przeszkodę tę poznać można, czytając tłómaczone przez Chaucera dyssertacye i powieści takie, jak np. Melibeus, Pleban. Ilekroć Chaucer pisze wierszem, czuć w nim łatwość i swobodę; gdy tylko wpadnie w prozę, coś w rodzaju łańcucha okręca mu się dokoła nóg i chód tamuje. Wyobraźnię ma swobodną, lecz rozum niewolniczy, zakuty w sztywne podziały scholastyki, w mechaniczny przyrząd argumentów i odpowiedzi, w wieczne łacińskie cytaty i wieczne ergo. Powaga Arystotelesa i Ojców Kościoła ciąży na próbującej skrzydeł jego myśli, a wrodzona mu pomysłowość ustępuje przed narzuconą z góry karnością. Niewola ta jest tak powszechną i ciężką, że w dziele współcześnika Chaucera, którego długo z nim mieszano, w dziele mającem tytuł Testament miłości, zjawiająca się w wizyi dama idealna: miłość, wśród najdotkliwszych cierpień i najpewniejszych skarg stawia tezę taką: "Przyczyna przyczyny jest przyczyną rzeczy wynikłej z przyczyny" i rozprawia o niej z pedanteryą, równą tej, z jaką o przedmiotach podobnych rozprawiano w Oksfordzie. Jakim-że być może ostateczny wynik talentu, nawet uczucia, spętanego podobnemi więzami? Jakież samoistnie odkryte prawdy i nauki stać się mogą zdobyczą pisarza, który w takiej powiastce moralnej jak o Melibeuszu i żonie jego Prudencyi, czuje się obowiązanym do staczania formalnych dysput, do cytowania Seneki i Hioba dla wzbronienia płaczu, do dawania znowu upoważnień na tenże płacz na podstawie tego, że Chrystus płakał, — do powoływania się na powagę Salomona, Kassyodora, Katona i, nakoniec, do zapisywania w porządku liczbowym wszystkich dowodów wypowiedzianych za i przeciw? Ogół ówczesny posiada na własność tylko błyszczące i milutkie myśli, ale poważne i rozległe do niego nie należą, znajdując się w innych, silnie przytrzymujących je rękach. Gdy tylko Chaucer zabiera się do rozumowania, natychmiast Ś ty Tomasz z Akwinu, Piotr Lombardus, Podręcznik Grzechów, traktaty o definicyach i syllogizmie, — całe tłumy dawnych ojców dawnej nauki zstępują z bibliotecznych półek, wdzierają mu się w mózg i przemawiają za niego

tak dalece, że pełen wdzięku głos truwera przejmuje się dogmatycznemi i usypiającemi dźwiękami głosów doktorskich.

Pod względem faktów i satyry Chaucer posiada doświadczenie i pomysłowość; pod względem moralistyki i filozofii jest tylko erudytem i przepisywaczem. Na chwilę tylko i wskutek porywu odosobnionego wstąpił był w dziedzinę głębokich spostrzeżeń i badań nad istotą ludzką, ale długo pozostać i rozsiąść się w niej nie mogąc, odbył krótką przechadzkę poetyczną, w której nikt towarzyszyć mu nie chciał. Poziom czasu był jeszcze zbyt nizkim, aby poeta mógł często utrzymywać się na znacznych wysokościach. Chaucera najczęściej szukać wypada pomiędzy takimi przyjemnymi opowiadaczami jak Froissart i Karol z Orleanu, lub pomiędzy gadatliwymi i pustymi wierszopisami jak Gower, Lydgate, Occleve. Niema tu owoców, są tylko wątłe i nietrwałe kwiaty, a także mnóstwo gałęzi niepotrzebnych i więcej jeszcze takich, które usychają albo już uschły: oto czem jest literatura ówczesna. Pochodzi to ztąd, że brak jej korzeni. Przez trzysta lat korzenie te pracowicie podcinało ciężkie, podziemne narzędzie, którem była filozofia scholastyczna.

VIII.

Bo każda literatura rozściela się na pokładzie jakiejś filozofii. Na dnie każdego dzieła sztuki spoczywa jakieś pojęcie o naturze i życiu, które powoduje poetą, które świadomie lub nieświadomie usiłuje on uwyraźnić, i na to tylko tworzy postacie i porządkuje wypadki, aby wyprowadzić na światło to głuche pojęcie twórcze, wywołujące przed umysł jego i same postacie i wypadki. Cóż objawia się w Homerze, jeżeli nie szlachetne życie bohaterów pogańskich i szczęśliwej Grecyi? Co przemawia w Dantym, jeżeli nie życie bolesne i gorące przejętych egzaltacyą i nienawiścią Wioch katolickich? Jest to tak dalece prawdą, że z dzieł tych dwóch poetów można-by wydobyć całą teoryę o człowieku i o pięknie. Tak samo dzieje się i z innymi, a ztąd to pochodzi, że literatura powstaje, zakwita, zmienia się, wyradza lub umiera stosownie do powstawania, rozkwitu, zanikania i omdlewania pojęcia, które w pewnym czasie jest naczelnem. Ktokolwiek uprawia to pojęcie, uprawia i literaturę; ktokolwiek podkopuje pojęcie, podkopuje zarazem i literaturę. Gdyby można było jakieś wielkie i nowe pojęcie o naturze i życiu wlać we wszystkie spółczesne umysły ludzkie jakiejkolwiek epoki, lecz w taki sposób, aby je z całych serc odczuły i urzeczywistnienia jego z całych sił zapragnęły, natychmiast ogarnęłaby je żądza uzewnętrzniania go przez wytwarzanie odpowiednich dzieł sztuki i gromad postaci. A gdyby znowu wszystkie umysły

jakiejś epoki pozbawione zostały wszelkiego nowego i wielkiego pojęcia o naturze i życiu, natychmiast utraciłyby żądzę uzewnętrzniania wszelkich myśli ważnych i zachowałyby jedynie zdolność do milczenia, naśladowania albo płonnego gawędzenia.

Cóż się działo z pojęciem naczelnem w wieku czternastym? Kto je opracowywał i przez jakie badania było ono podsycane? Gorliwości, zaprawdę, nie brakowało pracownikom. W dwunastym wieku zjawił się prawdziwie cudowny popęd do nauki. Oksford miał trzydzieści tysięcy studentów, a w Paryżu nie było takiego gmachu, któryby mógł pomieścić wszystkich uczniów Abelarda; kiedy mistrz osiadł w miejscowości bezludnej i głuchej, przybyło ich za nim tylu, że z pustyni zrobiło się miasto. Żadne trudy zrazić nie mogły tych ludzi żądnych wiedzy. Pewien chłopak katowany przez nauczyciela pragnie jednak za jakąbądź cenę zatrzymać go przy sobie, aby tylko módz się uczyć. Kiedy się zjawiła straszliwa encyklopedya Arystotelesa, zepsuta i niezrozumiała, pożerano ją, a jedyne zagadnienie o uniwersaliach, do którego pozostawionym był wolny przystęp, jakkolwiek suche, abstrakcyjne i uwikłane w arabską tajemniczość i grecką subtelność, zażarcie rozbierano. To ciężkie i niedogodne narzędzie ówczesnej myśli, jakiem był syllogizm, średniowieczni uczniowie Arystotelesa pochwycili, wzmocniili i do wszelkich przedmiotów i we wszystkich kierunkach stosowali. Z pomocą tego narzędzia tworzyli oni ogromne mnóstwo olbrzymich tomów, z których każdy był katedrą, zbudowaną z syllogizmów, cudownie wykończoną i wyciągniętą w górę z tak niezmierną wytrzymałością umysłową, że przykład podobnego ogromu pracy ludzkiej dwa razy tylko powtórzył się w historyi (1). Wydało się tym dzielnym i świeżym umysłom, że dostrzegli świątynię prawdy, więc z energią i gwałtownością barbarzyńców legionami rzucili się ku niej, wyłamali drzwi, wdarli się na mury, wpadli do wnętrza i znaleźli się — w jamie. Trzy wieki pracy na dnie tej ciemnej jamy nie uczyniły umysłowości ludzkiej bogatszą ani o jedno pojęcie.

Bo trzeba tylko przyjrzeć się roztrząsanym tam zagadnieniom. Są one takiego rodzaju, że zajmujący się niemi ludzie ulegają tylko złudzeniu postępowania naprzód, a w rzeczy samej drepcą wciąż na jednem miejscu. Ponoszą oni takie trudy i mozoły, jakby tuż, tuż z głów i serc wydobyć mieli jakąś nową, przez samych siebie zdobytą, wiarę,


(1) [154]

gdy rzeczywiście wszelka wiara jest już im nakazaną z góry i zamkniętą w system, który im wolno tylko porządkować i zaopatrywać w komentarze. Samo pojęcie, które opracowują, nie od nich pochodzi, ale przybyło z Bizancyum i jest najwyższym wykwitem wschodniego mistycyzmu i metafizyki greckiej, tworem myśli nieskończenie subtelnym i zawikłanym, niestosownym dla młodej i niewprawnej ich umysłowości. Nad ciągłem odtwarzaniem go zużyją oni swoje siły i oprócz tego obarczą, obciążą umysły narzędziem logicznem, zrobionem przez Arystotelesa na usługi teoryi, nie praktyki, narzędziem, które powinno było zostać przechowanem w muzeum filozoficznem, lecz nie znajdować się nigdy na polu żywej pracy. "Czy istność boska (1) spłodziła Syna, albo też była spłodzoną przez Ojca? — Dlaczego trzy osoby razem wzięte nie są większe od jednej? — O tem, że przymioty są określnikami osób, nie zaś substancyi, czyli natury. — Jakim sposobem przymioty mogą istnieć w naturze Boskiej, a jednak nie być jej określnikami? — Czy duchy stworzone są umiejscowione i czy dają zakreślić się kołem? — Czy Bóg może być świadomy większej liczby rzeczy, niż ta, której jest świadomy. " Takie są roztrząsane przez owych ludzi pomysły: jakąż więc prawdę wydobyć z nich mogli? Z rąk do rąk przechodząc, złuda rośnie i coraz szerzej rozpościera mroczne swe skrzydła (2). "Czy Bóg mocen jest uczynić, aby ciało, będąc zachowanem w całości, nie przybierało żadnej postawy, to jest, aby nie istniało na żadnem miejscu? — Czy niemożność zostania spłodzonym stanowi nieodłączny przymiot pierwszej osoby Trójcy? — Czy tożsamość, podobieństwo i równość, są rzeczywiście ustosunkowanemi w Bogu? — Duns Scott rozróżnia trzy materye: materyę popierwsze pierwszą, materyę powtóre pierwszą, materyę potrzecie pierwszą, i trzeba, według niego, przebyć te trzy cierniste lasy abstrakcyj, aby przyjść do zrozumienia, jakim sposobem powstać może kula spiżowa. Sam Ś-ty Tomasz oddaje się rozmyślaniom nad tem: Czy zmartwychwstałe ciało Chrystusa miało na sobie blizny? — Czy podczas ofiarowania w czasie Mszy, ciało to dokonywa poruszeń jednocześnie z poruszaniem się hostyi i kielicha? — Czy w pierwszej chwili swego poczęcia Chrystus posługiwał się wolną wolą? — Czy Chrystus był zamordowanym przez innych, czy też zamordował sam siebie?"

Może to jest już kres głupoty ludzkiej? Wcale nie. Ten sam Ś-ty Tomasz bada jeszcze: "Czy gołąb, pod którego postacią ukazał się Duch Ś-ty, był istotnem zwierzęciem? — Czy ciało ubłogosławione


(1) [155]

(2) [156]

może znajdować się jednocześnie w jednem i tem samem miejscu z innem ubłogosławionem ciałem? — Czy, gdyby Ludzkość pozostała w stanie niewinności, wszystkie rodzące się dzieci byłyby płci męzkiej?" Pomijam badania nad sposobem trawienia Chrystusowego i inne, bardziej jeszcze do przytaczania nienadające się. A do takich ostateczności doszedł mędrzec, który posiadał w swoim czasie najwyższą powagę i najjaśniejszy umysł, był Bossuetem Wieków Średnich! Ale i w tym jeszcze zakresie niedorzeczności rozumowanie skrępowane jest przepisami, a Rocelin i Abelard ściągają na siebie wyklęcie, wygnanie, więzienie, wskutek tego, że od takich przepisów uwolnić się próbują. U wszystkich wyjść stoi całkowity, drobiazgowo obrobiony dogmat, i obejść go, ani wymknąć się mu niepodobna. Ustanowioną formułę mnóstwo razy i z mnóstwem trudów okrążywszy, trzeba nakoniec i nieodwołalnie poddać się jej panowaniu. I ci, którzy probują wzlatywać nad nią na skrzydłach mistycyzmu, i ci, którzy usiłują rozkopywać grunt pod nią narzędziem rozumowania, wpaść muszą w ręce rozgniewane i zbrojne w ostre pazury. Uczony uchodzić będzie za czarownika, natchniony za heretyka; Waldensi, Katarrowie, uczniowie Jana z Parmy idą na stos; Roger Bakon umiera w samą porę, aby uniknąć spalenia żywcem. Pod panowaniem takiego przymusu ustaje myśl wszelka; bo czemże jest myśl, jeżeli nie pracą własnej wynalazczości człowieka, wysiłkiem osobistej twórczości, nieustanną działalnością umysłu? Tu można tylko wydawać lekcyę, lub odśpiewywać katechizm. Nawet znalazłszy się w raju, nawet wśród zachwytów i najcudowniejszych rozrzewnień miłości Dante poczuwa się jeszcze do obowiązku składania dowodów swojej dokładnej pamięci i prawowierności scholastycznej. Cóż więc mówić o innych! Są tacy, którzy, jak Raymond Lullus, dochodzą aż do wynajdywania maszyny rozumującej, która miała spełniać czynność intelligencyi ludzkiej.

Zresztą około początków czternastego wieku i ta nawet nauka, polegająca na słowach, pod ciosami Occama pochyla się ku upadkowi. Ludzie zaczynają rozpoznawać, że oprócz słów nic się w niej nie zawiera, i tracą do niej ufność. W roku 1367 liczba studentów oksfordzkich spada z trzydziestu tysięcy na sześć; zagadnienia związane z nazwiskami: Barbara, Felapton, są jeszcze roztrząsane, ale już tylko dzięki rutynie. Każdy z uczniów odbywa jeszcze swoją kolej machinalnego przechodzenia przez kraik językowych szermierek, obdzierania sobie skóry w gąszczach pustych gadanin, obciążania grzbietu centnarami foliałów; ale jest to już wszystko, na co zdobyć się może. Wkrótce z całej rozległej nauki, która miała kształcić i obdarzać życiem myśl Ludzkości, pozostaje tylko podręcznik.

I tak, potrosze a stopniowo uwiędło to pojęcie naczelne, które względem wszystkich innych pojęć pełni czynność zapładniającą i rządzącą; wyschło źródło, z którego biją wody poezyi; zniknęły ze świata wszystkie oddziaływania nauki: a wobec tego na jakież dzieła zdobywać się mógł świat? Potem, w Hiszpanii, miało dziać się to samo, gdy po szalonym i świetnym wybuchu rycerskości i dewocyi, po Lopezie i Galderonie, po ś-ym Ignacym i po ś ej Teresie, kraj ten, osłabiwszy sam siebie przez kazuistykę i inkwizycyę, wpadł w ciszę ogłupienia. Teraz, hiszpańskie te dzieje poprzedzając, Wieki Średnie, po szalonym rozwoju bohaterstw krzyżowych, po pełnych poezyi zachwyceniach klasztornych, po wydaniu z siebie ducha rycerskości i świętości, po ś-ym Franciszku z Assyżu, ś-ym Ludwiku i po Dantym — mdleją w uścisku inkwizycyi i scholastyki, gasną w czczych gadaninach i umysłowem nicestwie.

Byłże-by kto ciekawy nazwisk tych wszystkich poczciwców, którzy w literaturze ówczesnej wiele mówili o niczem? Znaleźć je można w książce Wartona (1). Są to naprzód całe tuziny tłómaczy, którzy, naśladując naśladowców, wszystkie nędze literatury francuzkiej przenoszą do swojej; następnie, — całe tuziny robiących rymy kronikarzy, do niemożliwości płytkich i których dzisiejszy dziejopis czyta dla tego tylko, że musi zasięgać wiadomości o dziejach nawet u głupców; następnie jeszcze całe tuziny fabrykantów i fabrykantek poematów dydaktycznych, czyli zbiorów wierszydeł o wychowaniu sokołów, o herbach i o chemii; nakoniec jeszcze całe tuziny wyrabiaczy morałów, po sto razy śpiewających jedną i tę samą piosnkę, a mianujących się uczniami bogini Sapiencyi, czyli wszechwiedzy w dziedzinie historyi powszechnej. Na podobieństwo pisarzy z czasów upadku cywilizacyi łacińskiej ludzie ci nic więcej nie umieją i o niczem innem zresztą nie marzą, jak tylko o przepisywaniu, kompilowaniu, skracaniu, sprowadzaniu wszystkiego do rozmiaru podręczników i rymowanych zapisek, które też stanowią encyklopedyą całej ówczesnej wiedzy.

Przypatrzmy się najznakomitszemu z nich, poważnemu Gowerowi, któremu wspólcześnicy nadali nazwę "moralnego Gowera. " Niekiedy przebłyskuje w nim jakaś resztka świetności i wdzięku. Przypomina on bardzo starego sekretarza jednego z Sądów miłości, Andrzeja le Chapelain'a, albo w ogóle takiego człowieka, któryby po dniach całych spisywał wyroki wydawane przez damy, a wieczorami, drzemiąc nad stołem do pisania, w półśnie widywał ich piękne oczy i słód-


(1) [157]

kie uśmiechy (1) We francuzkich jego balladach płynie strumień natchnień Karola z Orleanu, zwątlały, lecz jeszcze żywy. Posiada on te samą, co tamten, delikatność milutką, wpadającą w pieszczotliwość. Ubożuchny ten strumyczek wije się cieniutką nicią po gładkich kamykach i szemrze mile, ale tak słabo, że czasem nie słychać go wcale. Poza tem jednak jakże ciężkiem jest tu wszystko! Wielki poemat Gowera Confessio amantis (Spowiedź kochanka) ma za przedmiot rozmowę młodzieńca rozmiłowanego w damie ze spowiednikiem i po większej części naśladuje Jana de Meung, zajmując się, tak jak i Powieść o Róży, wyjaśnianiem i układaniem w działy i poddziały przeszkód, stających na drodze miłości. Zawsze więc ten sam staroświecki przedmiot, z dodatkiem trudnej do strawienia erudycyi. Bo w poemacie tym znaleźć można wykład nauki hermetycznej, kurs filozofii arystotelesowej, traktat o polityce, całą litanię legend starożytnych i nowożytnych, zapożyczonych od kompilatorów, a w dodatku zepsutych przez pedantyzm szkolny i ciemnotę owego czasu. Jest to taczka napełniona szczątkami budynku scholastycznego. Całe śmietnisko wysypało się na biedną głowę poety, który sam przez się posiadał jasność i płynność myśli, lecz, osypany dachówkami, cegłami, kawałkami tynku, skorupami ze wszystkich kątów świata pozbieranemi, zaledwie wlec się może omackiem i w ciemności. Będąc jednym z najuczeńszych ludzi swego czasu, Gower (2) wpada na domysł, że "język łaciński został wynaleziony przez dawną prorokinię, imieniem Karmena, że następnie gramatycy: Arystarchos, Donatus i Didymus ustanowili składnię, wymowę i prozodyę tego języka; że kwiatami krasomówstwa i retoryki przyozdobił go Cyceron; że, nakoniec, wzbogacony tłómaczeniami z arabskiego, chaldejskiego i greckiego, jakoteż wielu pracami pisarzy znakomitych, dosięgnął on, ten język łaciński, najwyższej doskonałości swej u Owidyusza, "poety kochanków. " Na innem miejscu Gower utrzymuje, że Ulisses uczył się retoryki u Cycerona, magii u Zoroastra, astronomii u Ptolemeusza, a filozofii u Platona. A jakimże stylem to wszystko jest pisane! Rozwlekłym, płaskim (3), do nieskończoności wlokącym się wśród powtórzeń i drobiazgowych szczególików, obciążonym nieustannemi odsyłaczami do źródeł, — takim stylem, jakim pisać może tylko człowiek, który, z oczyma wlepionemi w Arystotelesa i Owidyusza, oddał się spleśniałemu pergaminowi w niewolę całkowitą i utra-


(1) [158]

(3) [159]

cił zdolność do jakiejkolwiek roboty innej, niż przepisywanie i mozolne dobieranie rymów. Wszyscy ci ludzie zresztą do starości nie przestają być żakami szkolnymi i zdają się mniemać, że graba księga w drewnianej oprawie, z którą się noszą, zawiera w sobie całą mądrość i wszystkie prawdy, jakie tylko na świecie istnieją: a wobec takiego mniemania nacóż się przydać mogą samoistne poszukiwania i pomysły? Powtarzać do nieskończoności to, co po wiele już razy było powtórzone: oto jest jedyne ich zadanie. Życie umysłowe, takie, jakiem je uczyniła scholastyka, dało literze martwej panowanie nad światem, a świat zaludniło umysłami martwemi.

Po Gowerze następują: Occleve i Lydgate (1). "Ojciec mój, Chaucer, chętnie zajmowałby się był mojem wykształceniem, — pisze Occleve, — ale byłem ociężały i uczyłem się mało, albo wcale się nie uczyłem. " Occleve dokonał wierszem parafrazy traktatu Egidiusza O rządzie. Jest to zbiór nauk moralnych. Podobnemiż zbiorami są pisma jego O miłosierdziu i O sztuce umierania (2). Pierwsze jest naśladowanem ze Ś-go Augustyna. Poczem idą rzeczy z treścią miłosną: List Kupidyna, datowany na dworze tegoż bożka, w miesiącu maju, oraz: Sprawy miłosne i moralne, z którego-to tytułu domyślić się już można samych umizgów i abstrakcyi. Ale takim jest w tym czasie smak publiczny (3). Potem, we Francyi, przyjdzie moment upadku literatury, w którym Lebrun, Esrnenard i inni układać będą podobne zbiory wierszy, zawierające poematy dydaktyczne, zmieszane z pachnącemi strofami do różnych Chloryd.

Co do mnicha Lydgate'a, miał on pewien talent i sporo wyobraźni, szczególniej opisowej. Bogata opisowość bywa zazwyczaj ostatnim błyskiem piśmiennictwa, które wkrótce ma zgasnąć. W chwilach upadku sztuki zapanowywa pilne nagromadzanie pozłot, drogich kamieni, wszelakich przyozdobień, które mnożą się i wiją w różne kierunki, tak dobrze na ścianach gmachu i na sukniach, jak w stylu pisarzy (4). Za Henryka IV i Henryka V panowała moda potwornego układania włosów w kształt serca, albo rogów, moda rękawów długich i okrytych fantastycznemi rysunkami, przyozdabiania głów w pióropusze; jednocześnie groby z herbami, komnaty przeznaczone do modlitwy, różne kaplice i kapliczki przybierały w wysokich nawach


(1) [160]

(2) [161]

(3) [162]

(4) [163]

gotyckich pozór misternych kwiatów. Bo chwila, która zatraciła możność przemawiania do duszy, usiłuje jeszcze przemawiać do wzroku. Tak też czyni Lydgate, i nic też więcej nie czyni. Pisze na zamówienie Parady, które są zbiorem kostyumów, mających przy uroczystych okazyach służyć cechowi jubilerskiemu. Pisze na żądanie króla Maskę, na żądanie szeryfów londyńskich Zabawę majową, na obchód Bożego Ciała (Corpus-Christi) Maskaradę i Kolendę. Według rozkazów i potrzeb układa plany i gromadzi wiersze. W tych ostatnich jest niewyczerpanym; istnieje przypisywanych mu dwieście pięćdziesiąt i jeden poematów. Ale poezya w ten sposób pojęta staje się robotą mechaniczną i sprzedawaną na łokcie. Tak też myśli o niej opat z Saint-Alban, który zamawia u Lydgate'a tłómaczenie wierszem jakiejś legendy i zobowiązuje się zapłacić mu sto szylingów za same wiersze i za ich przepisanie i przyozdobienie rysunkami. Trzy te prace zamawiający stawia na równi: istotnie też, wszystkie trzy zarówno nie wymagają natężonego myślenia. Trzy główne dzieła Lydgate'a: Upadek książąt, Oblężenie Troi i Historya Teb nie są niczem innem, jak tylko pełnemi opisów, erudycyi i pustych słów tłómaczeniami, czy parafrazami, rodzajem procesyi rycerskich, po raz dwudziesty w ten sam sposób i na takim samym welinie malowanych. Jedynym wybitniejszym nieco ich szczegółem jest znajdujące się w pierwszem z tych dzieł wyobrażenie Fortuny (1) i zmiennych kolei ludzkiego życia. Bo też, jeżeli czas ów posiadał jaką filozofię, to chyba tę jedną. Ludzie ówcześni chętnie opowiadali historye tragiczne i straszne, starannie poszukiwali ich na najdłuższych przestrzeniach wieków, bardzo dalekimi byli od ufnej i namiętnej pobożności, widzącej rękę Bożą w kierunku, w jakim idzie świat, który idzie jak człowiek pijany, w poskokach, chwiejnie i raniąc się na każdym kroku. Był to czas smutny i ponury, zabawiający się mnóstwem rozrywek powierzchownych, lecz gnębiony przez prozaiczną nędzę, trawiony przez boleść i trwogę, nieznający pociechy, ani nadziei, gdyż żywa wiara wieków, które go poprzedziły, już przeminęła, a czynna wiedza tych, które po nim przyjść miały, jeszcze nie nadeszła. Ślepy los, nakształt czarnego dymu, unosi się nad wszystkiem i zasłania widok nieba. Przed wyobraźnią ludzką staje on "w postaci potwora, z obliczem okrutnem i przerażającem, ze spojrzeniem wyniosłem i groźnem, z dwiema setkami rąk, których jedna połowa wynosi łudzi ku szczytom najwyższym, a druga ich strąca w niziny najgłębsze. " Przed oczyma ludz-


(1) [164]

kiemi rozwijają się obrazy wielkich nieszczęść: królów uwięzionych, królowych zrzucanych z tronu, książąt pomordowanych, wielkich grodów zamienionych w gruzy (1). Pełnemi tego wszystkiego są Niemcy, Francya, a niebawem pełną będzie i Anglia; lecz widoki te nie przywołują do oglądających je oczu żadnego wyrazu innego, oprócz surowej rezygnacyi. Lydgate też u końca opowiadania swego — za całą pociechę, machinalnie wyklepuje komunał o pobożności. Czytelnik, poziewając trochę, kładzie na piersi znak krzyża i zapomina o tem, co przeczytał. Istotnie, ani poezya, ani religia, nie są już w czasie owym zdolnemi do zapalenia w człowieku iskry prawdziwego uczucia. Cała robota pisarska to kalkowanie, i jeszcze raz kalkowanie.

Howes (2) odtwarza Pałac Chwały Chaucera i naśladuje Powieść o Róży w jakimś allegorycznym poemacie miłosnym. Barcklay (3) tłómaczy Zwierciadło dobrych obyczajów i Okręt głupców. Wszystko to jest zbiorem abstrakcyj bladych, czczych, zużytych; wszystko to nazwać można — scholastyką poezyi. A jeżeli gdziekolwiek jeszcze istnieje trochę oryginalności, to chyba tylko w tym Okręcie głupców, przetłómaczonym przez Barcklay'a, i w Tańcu śmierci, którego tłómaczenia dokonał Lydgate. Smutny śmiech i gorzkie koncepty, które dzieła te napełniają, przechodząc od artysty do artysty i od poety do poety, obiegają całą Europę. Zawarte w nich postacie płaskie i pospolite, stłoczone na okręcie, lub przy muzyce skieletu grającego na skrzypcach, tańczące na własnych mogiłach, w sposób gruby i ponury drwią z samych siebie.

Z dna całej tej pleśni, z całego tego niesmaku, którym ludzie przejęli się dla ludzkiej istoty, wychodzi karczemne błazeństwo, występuje ktoś podobny do trefnisia Tribouleta, trefniś także, fabrykant makaronicznych i kpiarskich wierszy, imieniem Skelton (4). Gwałtowny pamflecista, mieszający okresy francuzkie, angielskie, łacińskie, ze słowami gwary, będącej wówczas w modzie, z innemi też słowami, przez siebie samego wymyślonemi, i jeszcze z brzęczeniem krótkich, rymowanych wierszy, Skelton staje się twórcą pewnego gatunku błota literackiego, którym obrzuca Wolseya i biskupów. Tu już styl,


(1) [165]

(2) [166]

(3) [167]

(4) [168]

miara wiersza, rym, język, — cała, słowem, sztuka, umierają, pozostawiając po sobie, oprócz próżnych pomp urzędowych, same ruiny. A jednak ta poezya "brudna, toczona przez robactwo, okryta podartemi łachmanami, z gardłem zdławionem, nie jest jeszcze pozbawiona rdzenia (1). " Pełno w niej politycznych gniewów, zmysłowych uniesień, ludowego i angielskiego instynktu: żyje. Życie to jest grubem, jakby zaczątkowem, jakby mrowiącem się od robactwa, podobnem do tego, które drga w wielkim rozkładającym się trupie. Niemniej jest to życie, a ma ono wkrótce objawić się w dwu wielkich rysach: w nienawiści ku hierarchii kościelnej, z której powstanie Reformacya, i w powrocie do zmysłów i życia naturalnego, którego następstwem będzie Odrodzenie.


(1) [169]

Księga II.

Odrodzenie.

[edytuj] ROZDZIAŁ I.

[edytuj] ODRODZENIE POGAŃSKIE.

&section; 1. OBYCZAJE.

I. Pojęcie o świecie, powstałe w Ludzkości po upadku społeczeństwa starożytnego. — Jakim sposobem i wskutek jakich przyczyn odrodziła się myśl ludzka. — Upostaciowanie umysłowości w epoce odrodzenia.. — Wyobrażenia rzeczy były podówczas naśladowane, plastyczne i zaokrąglone.

II. Zkąd pochodziła zmiana zaszła w modle idealnej. — Polepszenie się bytu ludzkiego w europie. — Polepszenie się bytu ludzkiego w Anglii. — Pokój. — Przemysł. — Handel. — Pastwiska. — Rolnictwo. — Wzrost bogactwa publicznego. — Budynki i sprzęty. — Pałace, żywność i odzież. — Okazałości dworskie. — Uroczystości za czasów Elżbiety. — Maskarady za czasów jakóba i.

III. Zwyczaje ludowe. — Gry publiczne. — Teatry. — Zabawy wiejskie. — Pogański wylew życia na zewnątrz.

IV. Wzory. — Starożytność. — Tłómaczenie i czytanie pisarzy klassycznych. — Pociąg ku starożytnym bożkom i obyczajom. — Nowożytność. — Zamiłowanie pojęć i pism włoskich. — Poezya i malarstwo włoskie są napełnione duchem pogańskim. — Wzorem idealnym staje się człowiek silny, szczęśliwy, ograniczający żądania swe do życia teraźniejszego.

&section; 2. POEZYA.

I. Początkowi epoki Odrodzenia towarzyszy w Anglii odrodzenie się twórczość; saksońskiej.

II. Zwiastunowie. — Hrabia Surrey. — Życie jego feudalne i rycerskie. — Charakter jego angielski i samowolny. — Poematy jego poważne i melancholijne. — Pojęcia jego o wierzącej i tkliwej miłości.

III. Styl Surreya. — Mistrze jego: Petrarka i Wergiliusz. — Jego sposób tworzenia, biegłość, przedwczesna doskonałość. — Narodziny Sztuki. — Słabizny, naśladownictwo, przesada, — Sztuka nie jest jeszcze doskonałą.

IV. Wzrost i udoskonalenie się sztuki. — Euphués i moda. — Styl i dowcip właściwy epoce Odrodzenia. — Zbytek szczegółów i brak porządku. — Wzajemna odpowiedniość obyczajów, stylu i nastroju umysłowego. — Sir Filip Sidney. — Jego wychowanie, życie i charakter. — Jego uczoność, powaga, wspaniałomyślność i zapał. — Jego Arkadya. — Przesada i wymuszenie w uczuciach i w stylu. — Jego Obrona poezyi. — Jego energia i krasomówstwo, — Sonety. — Czem ciała i namiętności w czasach Odrodzenia różnią się od ciał i namiętności czasów nowożytnych. — Miłość zmysłowa. — Miłość mistyczna.

V. Poezya pasterska. — Obfitość poetów. — Prostota i siła poezyi. — Wywołujący ją stan umysłowości. — Poczucie natury. — Odrodzenie się bożków pogańskich. — Zapał dla piękna. — Obrazy niewinnej i szczęśliwej miłości. — Szekspir, Jonson, Flechter, Drayton, Marlowe, Warner, Breton, Lodge, Greene. — W jaki sposób przekształcenie się ogółu przekształciło sztukę.

VI. Poezya idealna. — Spenser. — Jego życie. — Jego charakter, — Jego platonizm. — Hymny do miłości i do piękna. — Bogactwo wyobraźni Spensera. — W czem objawia się jej natura epiczna. — W czem objawia się jej strona czarodziejska. — Błądzenie poomacku. — Kalendarz pasterski. — Poematy drobne. — Arcydzieło Spensera: Królowa wieszczek (The fairie Queem). — Epopeja jego pomimo allegoryczności jest pełną prawdziwego życia. — Epopeja ta ogarnia rycerstwo chrześcijańskie i olimp pogański. — Jakim sposobem spaja z sobą te dwa żywioły.

VII. Królowa wieszczek. — Nieprawdopodobieństwo wydarzeń. — Jakim sposobem stają się one prawdopodobnemi. — Belfebos i Chryzegona. — Malowidła i krajobrazy czarodziejskie i wyolbrzymione. — Dlaczego muszą one być właśnie takiemi. — Jaskinia Mammona i ogrody Akrazyi. — Sposób tworzenia Spensera. — Na czem zależy doskonałość sztuki z epoki Odrodzenia.

&section; 3. PROZA.

I. Koniec poezyi. — Zmiany zaszłe w społeczeństwie i w obyczajach. — Jakim sposobem powrót do natury stał się rozbudzaczem zmysłów. — Odpowiedniość zmian zaszłych w poezyi. — Zastąpienie siły ozdobnością. — O zastąpieniu piękna wdziękiem. — Wdzięczenie się. — Carew. — Suckling. — Herrick. — Przesada. — Quarles, Herbert, Babington, Donne, Cowley. — Początki stylu klassycznego i życie salonowe.

II. Jakim sposobem poezya schodzi do prozy. — Związek pomiędzy nauką i sztuką — Włochy. — Anglia. — O tem jak zaprawianie się w rozumowaniu rozwija pojęcia naturalistyczne — Erudyci. historycy, retorowie, kompilatorowie, politycy, starożytnicy, filozofowie, teolodzy. — Obok wielkiej liczby talentów rzadkość pięknych książek. — Przeładowywanie, przesada, pedantyzm w stylu. — Oryginalność, ścisłość, siła i bogactwo stylu. — W przeciwieństwie do pisarzy klassycznych autorowie ówcześni otrzymują wyobrażenia, nie idei ogólnej, lecz osobników ludzkich.

III. Robert Burton. — Jego życie i charakter. — Ogrom i nieład jego erudycyi. — Przedmiot dzieła jego p. t. Anatomia melancholii. — Rozróżnienia scholastyczne. — Pomieszanie nauk moralnych i medycznych.

IV. Sir Tomasz Browne. — Jego umysł. — Posiada on wyobraźnię właściwą człowiekowi z Północy. — Hydriotaphia, Religio medici. — Z pojęć, zwątpień i ro-

dzaju ciekawości Browne należy do czasów Odrodzenia. — Pseudodoxia. — Skutki

tego działania i tego kierunku umysłowości publicznej.

V. Franciszek Bacon. — Jego umysł. — Skupienie i świetność jego stylu. — Porównania i aforyzmy w dziełach Bakona. — Szkice. — Bakonowi przewodniczy, nie argumentacya, lecz intuicya. — Rozsądek utylitarny Bakona. — Punkt wyjścia jego filozofii. — O tem, że celem nauki powinno być ulepszenie ludzkiego bytu. — Nowa Atlantyda. — Zgodność tego pojęcia ze współczesnym stanem rzeczy i umysłów. — Pojęcie to uzupełnia Odrodzenie. — Uzupełnia ono także nową metodę badań. — Organon. — Punkt, na którym zatrzymał się Bakon. — Granice, których dosięgał duch owego wieku, — Pojęcie o świecie z poetycznego przerabia się na mechaniczne. — Jak z Odrodzenia powstają ostatecznie nauki pozytywne.

&section; I. OBYCZAJE.

Siedemnaście stuleci upłynęło ud chwili, w której pewna myśl wielka a smutna zaciążyła na duchu Ludzkości, przygniotła go naprzód, potem wyegzaltowała i osłabiła, a przez czas tak długi nie opuszczała go nigdy. Była to myśl o niemocy i upadku Ludzkiego Rodu, Z zepsucia greckiego, z rzymskiej przemocy, z ogólnego rozprzężenia się społeczeństw starożytnych powstawszy, myśl ta z kolei wydała z siebie rezygnacyę stoicką, niedbałość epikurejską, mistycyzm aleksandryjski i chrześcijańskie oczekiwanie Królestwa Bożego. "Świat jest zły i upadły: uniknijmy przed nim za pomocą nieczułości, upojeń, ekstazy. " Tak przemawiały filozofie, a z wyżyn dalszych jeszcze zlatująca na ziemię religia dodała, że świat jest blizkim końca. "Gotujcie się, bo blizkiem jest Królestwo Boże!" A rozpościerające się dokoła zniszczenia i gruzy przez lat tysiąc bezustannie wbijały w serca tę myśl grobową, tak, że gdy z dna ostatecznego ogłupienia i powszechnej nędzy wydobył się siłą męztwa i ramienia mąż feudalny, na drodze myśli i działań jego stanęło to druzgocące pojęcie, że życie przyrodzone i nadzieje ziemskie godnemi są pogardy, a jako wzór do naśladowania postawiły: uległość mniszą i wizyonerskie omdlenia.

Własną swoją siłą myśl ta wzbierała, bo cechą podobnych pojęć, zarówno jak nędz, które je rodzą, i zniechęceń, które muszą być ich skutkiem, jest zabijanie w człowieku czynów samodzielnych i zastępowanie rozumu osobistego uległością dla innych. Nieznacznie, od czwartego już stulecia, martwa litera zasłaniać poczyna żywą wiarę. Ludy chrześcijańskie poddają się duchowieństwu, które znowu poddaje się papieżowi. Pojęcia chrześcijańskie czynią się zależnemi od teologów, którzy znowu zostają w zależności od Ojców Kościoła. Wiara ogranicza się na spełnianiu uczynków, ograniczonych znowu pilnem wykonywaniem obrządków kościelnych. Religia, w pierwszych

wiekach giętka, ścina się w twardy kryształ, a zetknięcie z grabem barbarzyństwem okrywa ją warstwą pogaństwa. Powstają przywileje duchowne, teokracya, inkwizycya, wzbronienie wiernym czytania pisma Świętego, cześć relikwii i handel odpustami. Zamiast chrześcijaństwa — kościół; zamiast dobrowolnej wiary — nakazana prawowierności; zamiast żarliwości serdecznej — praktyki raz na zawsze ustanowione; zamiast samodzielnych działań serca i myśli — karność powierzchowna i machinalnie strzeżona: oto są właściwe znamiona Wieków Średnich. W kleszczach przymusu społeczeństwo myślące myśleć przestało; filozofia skurczyła się do rozmiarów podręcznika, poezya plotła koszałki opałki, a człowiek, zdrętwiały, w klęczącej postawie zastygły, z sumieniem i postępowaniem złożonem w ręce księży, stał się manekinem zdolnym tylko do wydawania lekcyi katechizmu i odśpiewywania różańcowych pieśni (1).

Jednak myśl ludzka odradza się nakoniec, dzięki usiłowaniom społeczeństwa świeckiego, które odrzuca teokracyę, broni skutecznie niezależności państwa od kościoła, a potem, stopniowo, odnajduje przemysł, nauki i sztuki. Wówczas wszystko na ziemi zdaje się ulegać odnowieniu. Następuje odkrycie Ameryki i Indyi, dostrzeżenie prawdziwej postaci globu ziemskiego, rozpoznanie systemu słonecznego, zbudowanie podwalin do nowoczesnej filologii, poczęcie się umiejętności doświadczalnych, bujne zakiełkowanie sztuk i piśmiennictw, przekształcenie się religii. Niema takiego działu umysłowości i pracy ludzkiej, któregoby ten popęd powszechny nie zorał i nie użyźnił. Jest to popęd tak potężny, że ogarnia nietylko wybiegających naprzód, ale i wlokących się na samym końcu, że przekształca katolicyzm, tuż obok protestantyzmu, który był sam wytworzył. Mniemać-by można, że ludzie otworzyli oczy i doznali nagłego objawienia istoty rzeczy. Niewątpliwie też, objawił im się całokształt myśli nowy i od dotychczasowych wyższy. Rysem znamiennym czasu tego jest spostrzeganie rzeczy, nie cząsteczkowe, poosobne, ani otrzymywane za pomocą scholastycznych i mechanicznych klassyfikacyi, lecz ogólne i zupełne. Jest to coś jakby uścisk namiętny, którym umysł, oko w oko stojący w obec wielkiego przedmiotu i przeniknięty niezmierną ku niemu miłością, obejmuje ten przedmiot, wnika we wszystkie jego części, dotyka wszystkich jego spojeń, przywłaszcza go sobie, uswaja, ryje na samym sobie obraz jego potężny i żywy, tak żywy i potężny, że musi wydrzeć się na zewnątrz pod po-


(1) [170]

stacią czynu albo dzieła sztuki. Niezmierne duchowe ciepło, bogata aż do zbytku wyobraźnia, wizye zupełne i połowiczne, szereg artystów, wyznawców, założycieli, słowem — twórców: oto jak emi musiały być owoce takiego całokształtu myśli. Bo do tego, ażeby tworzyć, trzeba, jak to się działo z Lutrem i ś-ym Ignacym, z Michałem Aniołem i z Szekspirem, znaleźć się w posiadaniu idei, nie abstrakcyjnej, cząstkowej i oschłej, lecz uosobionej, pełnej, dostępnej zmysłom, idei, któraby, jak istota żywa, poruszała się we wnętrznościach i usiłowała wydobyć się na światło dzienne. I na tem-to właśnie zależy ważność dla dziejów europejskich czasu tego, uwielbienia godna bujność ówczesnego żniwa Ludzkości. Dziś jeszcze żyjemy mocą tego czasu, a cała robota nasza niejest czem innem jeno dalszym ciągiem jego rozkwitu i jego pracy.

II.

Nie dziw, że gdy twórcza potęga człowieka uwidoczniła siew dziełach tak wielkiej miary, jak ówczesne, wzór idealny uległ zmianie, a starodawne pojęcia pogańskie na świat powróciły, i, powracając, przyniosły z sobą cześć dla siły i piękna. Staje się to najpierw we Włoszech, — bo ze wszystkich krajów europejskich one-to zawsze przechowują najwięcej pierwiastka pogańskiego i najbliższemi są cywilizacyi starożytnej, — potem we Francyi, w Hiszpanii, we Flandryi (1), nawet w Niemczech, i na ostatku dopiero w Anglii.

Jakim sposobem prąd ten rozszerzył się i jakiego rodzaju wstrząśnienia zaszłe w obyczajach, zjednoczyły ludności wszelkich krajów w jednem, od piętnastu już wieków nieznanem uczuciu? Jedyną tego przyczyną było polepszenie się bytu ludzkiego na ziemi, które ludziom uczuć się dało. Bo wzór idealny jest zawsze wyrazem istniejącej rzeczywistości, a twory wyobraźni i pojęcia umysłowe to tylko objawy stanu, w którym społeczeństwo znajduje sic, i stopnia dobrobytu, którego ożywa. Pomiędzy tem, co człowiek czci i uwielbia, a nim samym, zachodzić muszą podobieństwa trwale i konieczne. Nędzy przygniatającej, upadkowi oczywistemu, nieobecności nadziei — towarzyszy zawsze skłonność do złorzeczenia ziemskiemu życiu i poszukiwania pociech zaziernskich. Lecz gdy tylko zmniejszy się summa cierpień, zaraz i sił przybywa i rozszerzają się widoki przyszłości; człowiek na nowo przejmuje się miłością życia, samemu sobie ufać zaczyna


(1) [171]

i kochać, wysławiać energię, geniusz, wszystkie te zdolności, które skutecznie pracować mogą nad dostarczeniem mu szczęścia.

Około dwudziestego roku panowania Elżbiety szlachta porzuca tarcze i miecze, które oburącz imać musiała, i zastępuje je szpadą (1). Fakt to prawie niedostrzegalny, a przecież ogromnie ważny, bo tyleż znaczący, ile w czasach naszych znaczyło porzucenie przed sześćdziesięciu laty rożenków dworskich i pozostawienie rąk swobodnie zwisających z obu stron czarnego surduta. Istotnie też w tej-to porze dobiegało do końca życie feudalne, a rozpoczynało się dworskie, tak jak obecnie dobiegło już do końca dworskie, a rozpoczęło się demokratyczne. Wraz z mieczem, tak ciężkim, że potrzebował siły dwóch rąk, wraz z ciężką i całego człowieka okrywającą zbroją, wraz z basztami feudalnemi cofają się w przeszłość i znikają wojny prywatne, bezrząd nieustający i wszystkie inne średniowieczne plagi. Anglik znajduje się u samego wyjścia z wojen Dwóch Róż; są one już skończone. Minęło niebezpieczeństwo zostania jutro zrabowanym w charakterze bogacza, a pojutrze powieszonym w charakterze zdrajcy; minęła potrzeba szlifowania zbroi, zawierania przymierzy z ludźmi posiadającymi siłę, zgromadzania na zimę zapasów żywności, zbierania żołnierzy, przebiegania kraju z końca w koniec w celu rabowania i wieszania ludzi (2). W Anglii, tak jak i w całej Europie, forma rządów monarchiczna (3) obdarzyła społeczeństwo pokojem, a pokój umożliwił oddanie się zajęciom pożytecznym. Po bezpieczeństwie publicznem przybywa dobrobyt domowy; człowiek z potrzebami lepiej w domu zaopatrywanemi, a za domem z lepszą nad sobą opieką, stał się zdolnym do polubienia życia ziemskiego, które już przekształca, i którego w przyszłości przekształcać nie przestanie.

Ku końcowi wieku piętnastego popęd już dany (4); handel i przemysł wzmagają się nagle, a tak ogromnie, że grunta orne zmienione są na łąki, "wszystko zajęte jest pod pastwiska (5). " Od r. 1553 okrę-


(1) [172]

(2) [173]

(3) [174]

(4) [175]

(5) [176]

ty corocznie wywożą z Anglii po czterdzieści tysięcy sztuk sukna. Jest to już Anglia taka, jaką ją dziś widzimy: okryta łąkami, cała zielona, plotami porznięta, trzodami usiana, żeglarska, rękodzielnicza, zamożna, posiadająca lud pracowników, którzy, wzbogacając się sami, i ją także wzbogacają. Pracownicy ci tak dobrze udoskonalają rolnictwo, że po upływie stu lat wydajność akra gruntu okazuje się zdwojoną, (1) i tak dalece rozmnażają się sami, że w przeciągu dwustu lat podwaja się ludność kraju (2). Wzbogacają się równie szybko; na początku panowania Karola I Izba gmin jest trzy razy bogatszą od Izby Lordów. Wskutek zniszczenia Antwerpii, dokonanego przez księcia Parmy (3), przybywa do nich: "trzecia część kupców i rękodzielników, którzy zamieszkiwali to miasto, a trudnili się wyrobem jedwabiów, adamaszków, tyftyków, pończoch, różnych materyi wełnianych. " Klęska zadana Armadzie i upadek Hiszpanii, otwierają dla marynarki ich wszystkie morza (4). Rój ludzi pracowitych, odważnych, przedsiębiorczych, wynalazczych, działających zbiorowo i zawsze z korzyścią, zaczyna rozlatywać się po całym świecie i zbierać z niego zyski.

U szczytów i na nizinach społeczeństwa, we wszystkich działach ludzkiego życia, na wszystkich stopniach społecznych położeń, zwiększony ten dobrobyt staje się widocznym. W 1533 roku Henryk VIII wydaje rozkaz brukowania ulic londyńskich (5) "z powodu, że są one brudne, pełne jam i błota, co wiele osób idących i jadących naraża na kalectwo i już nieraz naraziło prawie na śmierć. " Oprócz tego na pustych gruntach, służących dotąd dla młodzieży za pole gier i gonitw, wznosić się zaczynają ulice nowe. Liczba gospod, teatrów, sal dla palaczy tytuniu, widowni walk niedźwiedzich, zabaw i gier rozmaitych — corocznie wzrasta. W czasach poprzedzających panowanie Elżbiety domy szlachty wiejskiej były poprostu chałupami pokrytemi słomą, pobielonemi najprostszą gliną i otrzymującemi światło dzienne przez otwory zaopatrzone w kraty. W 1580 r. Harrison pisze: "Nowe domy budowane są z cegły, albo z twardego kamienia, albo z obu tych materyałów razem; pokoje mają obszerne i piękne, a gospodarskie budynki znajdują się w większej od nich niż przedtem


(1) [177]

(2) [178]

(3) [179]

(4) [180]

(5) [181]

odległości. " Dawne zaś drewniane domy właściciele okrywać poczęli najdelikatniejszym tynkiem, który "oprócz rozkosznej białości posiada ten przymiot, że czyni powierzchnię ściany tak gładką i w dotknięciu przyjemną, iż, zdaniem mojem, nic na świecie wytworniejszego być nie może (1). " Sam ten naiwny zachwyt dowodzi, w jakich norach ladzie do owego czasu spędzali życie. Nakoniec zjawia się w oknach szkło, a na wewnętrznej stronie ścian obicie, pełne malowanych traw, zwierząt, różnych rysunków, obudzających w gościach i gospodarzach zachwyt i podziwienie; piece też zaczynają dostarczać ludziom nieznanego przedtem a przyjemnego ciepła. "W domach dzierżawców, — powiada Harrison, — znajdują się trzy rzeczy godne uwagi: najpierw, znaczna ilość świeżo urządzonych kominków. Niedawno jeszcze większość miast w królestwie posiadała ich dwa albo trzy najwyżej; — następnie, widoczne, chociaż jeszcze nie powszechne, ulepszenie sprzętów domowych. Niektórzy z tych ludzi opowiadają: "Ojcowie nasi, i z nas samych jeszcze wiela, sypialiśmy na barłogach zasłanych słomą, pokrytych tylko prześcieradłem, pod kołdrami utkanemi z grubej wełny, albo zszytemi ze starych łachmanów, z poczciwem okrągłem polanem, za całą poduszkę, pod głową. Jeżeli się kiedy zdarzyło, że pan domu w ciągu siedmiu lat po ożenieniu się kupił materac, albo wymateracowane łóżko, a jeszcze w dodatku sprawił sobie pod głowę wór wypchany drobno porzniętą słomą, to już mniemał, że używa wygód wielkopańskieh. Poduszki wydawały się potrzebnemi tylko dla położnic... Trzecią rzeczą godną uwagi jest zmiana naczyń drewnianych na cynowe i łyżek drewnianych także na cynowe, albo i na srebrne, bo dotąd naczynia wszelkie tak powszechnie były wyrabiane z drzewa, że w domu zamożnego nawet dzierżawcy trudno było zobaczyć więcej nad cztery sztuki cynowe ("pomiędzy któremi najczęściej była solniczka). "

Właściwie jednak nie samo posiadanie, lecz nabywanie sprawia ludziom radość i budzi w nich uszczęśliwiające poczucie własnej siły. Uciechy drobne, ale nowe, więcej znaczą w życiu niż wielkie, ale oddawna posiadane. Człowiek różowo zapatruje się na życie i skłonny jest do poczytywania go za radosne święto, nie wówczas, gdy mu jest dobrze, lecz wówczas, gdy mu się staje coraz lepiej. I dlatego to, moment, o którym mówimy, wydaje się ludziom dniem świątecznym i popisem wspaniałym, a tak wiele obrazowości w sobie mającym, że we Włoszech wytwarza malarstwo, bardzo do teatralnego przestawienia podobne, a w Anglii sam teatralny dramat.


(1) [182]

W momencie tym, gdy wojny domowe toporem i mieczem obaliły niepodległość szlachty, gdy zniesienie praw lenniczych zniweczyło małe, odosobione królestwa baronów feudalnych, panowie ci opuszczają swoje sczerniałe zamki i twierdze zębate, stojącemi wodami otoczone, wązkiemi oknami przerżnięte, twierdze podobne do kamiennych pancerzy, ochraniających życie swych właścicieli. Dokąd udają się ztamtąd? Do pałaców Henryka VIII i Elżbiety, wpół gotyckich, a wpół włoskich (1), zdobnych w kopuły i wieżyczki, w splątane i niezliczone ornamenty, w tarasy, we wspaniałe wschody, w ogrody, fontanny i posągi, — do pałaców, których urządzenie, wygodne, wykwintne i symetryczne, znamionuje już zwyczaje wytwornego towarzystwa i upodobanie w przyjemnościach życia. Przybywając na dwór królewski, panowie zamczysk obronnych rozstają się z wielu dotychczasowemi zwyczajami: zamiast czterech posiłków na dzień, które zaledwie wystarczały dawnemu żarłoctwu, poprzestać muszą na dwóch tylko; wkrótce też nabywają wybredności i zaczynają upatrywać chlubę w wyszukanych i dziwacznych zabawach i ubiorach. Z jaskrawości i kosztowności materyi, w które się stroją, poznać można ludzi, co się dorwali do nowości i poraz pierwszy spotykają się z chrzęstem jedwabiu i migotaniem złota. Kaftany z czerwonego atlasu, płaszcze gronostajowe, kosztujące po tysiąc dukatów, aksamitne trzewiki, złotem i srebrem haftowane, wstęgami i pomponami upstrzone; buty z cholewami odlożonemi i wylewającemi z siebie fale koronek, a na tych butach jeszcze ptaki, zwierzęta, kwiaty, całe konstellacye niebieskie wyszywane srebrem, złotem, drogiemi kamieniami; koszule też bardzo ozdobne, kosztujące po dziesięć funtów sterlingów: takiemi były stroje ówczesne, podobne do relikwiarzy. "Rzeczą to zwyczajną było, gdy jedno ubranie przedstawiało cenę tysiąca kóz i stu wołów, gdy Indzie nosili na sobie wartość całej wielkiej posiadłości ziemskiej (2). "

Po śmierci Elżbiety znaleziono w jej garderobie trzy tysiące ubiorów. Trzebaż wspominać o olbrzymich kołnierzach, bufiastych sukniach, stanikach sztywnych od brylantowych naszyć, które nosiły damy? Ale szczególne znamię czasu objawiało się w tem, że strój męzki był bardziej od kobiecego wyszukanym i zmiennym. "Taką jest niestaość gustów naszych, — opowiada Harrison, — że dziś nie lubimy żadnej mody, oprócz hiszpańskiej, a nazajutrz zaczynamy kochać się w wytwornych i miłych stroikach francuzkich. Później nieco spostrzegamy, że niema odzieży smakowitszej nad niemiecką, aby


(1) [183]

(2) [184]

niebawem przełożyć nad nią turecką, albo maurytańską, albo jeszcze połączenie rękawów takich, jakie noszą barbarzyńcy, z krótkiemi spodniami francuzkiemi. A jeżeli mody zmieniają się szybko, to już łatwiej można opisać świat cały, niż tę drogocenność, to wyszukanie, ten zbytek, próżność, wystawność, rozmaitość — te wszystkie, słowem, szaleństwa, które na wszystkich stopniach społecznych panują w ubiorach ludzkich. "

Szaleństwo, prawda, lecz zarazem i poezya! W tej świetnej, jaskrawej maskaradzie tkwi coś więcej prócz prostej żądzy uciechy. Wylewa się w niej nazewnątrz zbytek życia wewnętrznego, tak samo jak w tworzonych współcześnie poematach i dramatach. Tu i tam ludzie ulegają popędowi artystycznemu. W mózgach ich roi się nieprawdopodobny tłum nowych kształtów. Podobni są do rytowników, którzy w tym samym czasie okrywają pierwsze stronice książek owocami, kwiatami, pełnemi ruchu postaciami, zwierzętami, bożkami, — każdy cal leżącego przed nimi papieru napełniają i przepełniają bogactwami, czerpanemi z natury. Panuje wówczas powszechna potrzeba piękna, powszechne pragnienie używania wzrokowego, powszechne odczuwanie wypukłości i energii wszelkich możliwych kształtów. Od wstąpienia na tron Henryka VIII do śmierci Jakóba I na świecie zdają się istnieć same tylko orszaki uroczyste, turnieje, wjazdy do miast, maskarady. Naprzód tedy uczty królewskie, wystawy koronacyjne, szumne i huczne zabawy Henryka VIII (1) Wolsey wyprawia na cześć tego króla bale, których sam widok sprawia rozkosz niebiańską. Znajdują się na nich panie i panny ślicznie ubrane i bardzo zgrabne, które tańczą z zamaskowanymi panami, albo w chwilach odpowiednich wprost służą ku przyozdobieniu sali. Jest też tam muzyka i brzmią harmonijne chóry, układane z pięknych głosów męzkich i dziecięcych. Pewnego razu król niespodzianie przybywa do Wolseya, w czasie uczty, z dwunastu panami przebranymi za pasterzy, przyodziany od wtop do głów w szkarłat i złoto; poprzedzają go pachołkowie z pochodniami. Przybywa "z takim hałasem bębnów i fletów, że rzadko podobny słyszeć można (2). " Natychmiast zastawiono ucztę nową, "złożoną z d w u s t u rozmaitych, wyszukanych i bardzo kosztownych potraw. Poczem noc przeszła na tańcach, bankietowaniu i innych wesołych zabawach, ku wielkiemu zadowoleniu króla i towarzyszącej mu szlachty " Niepodobna zliczyć (3) balów mitologicznych, przyjęć uświetnionych przedstawieniami scenicznemi, oper, gry-


(1) [185]

(2) [186]

(3) [187]

wanych pod odkrytem niebem dla Elżbiety, Jakóba i ich dworaków. W Kenilworth'ie zabawy podobne trwały przez dziewiętnaście dni z rzędu. Co się na nie składało? Wszystko: wymysły staroświeckie i nowoczesne, widowiska krwawe, dowcipy grube, sztuki łamane, popisy zręczności, gry ludowe, allegorye, mytologia, rycerstwo, obchody narodowe i sielskie. W tym czasie powszechnego uniesienia i nagłego rozkwitu ludzie mają upodobanie w samych sobie, a życie własne wydaje się im pięknem, godnem nieustannego scenizowania i wystawiania na pokaz. Bawią się oni życiem, radują się niem, rozkoszują się jego widokiem, kochają je u szczytów i na nizinach, radziby je całe przerobić na dzieło sztuki. Przybywającą królową spotyka naprzód Sybilla, potem witają olbrzymi z czasów Artiura, potem jeszcze Wieszczka Jeziora, Sylwan, Pomona, Cerera, Bakchus, a każde z bóstw tych składa jej w ofierze pierwociny płodów swego państwa. Nazajutrz wobec niej i ku jej uczczeniu odbywa się dyalog człowieka dzikiego, owiniętego w mech i bluszcze, z nimfą Echo. Potem trzynaście niedźwiedzi stacza walkę z psami, skoczek włoski pokazuje zadziwiające sztuki, odbywa się ślub wieśniaczy i rodzaj komicznej bitwy wojennej, stoczonej przez wieśniaków z Corentry, a przedstawiającej pogrom Duńczyków. W chwili gdy królowa powraca z łowów, staje przed nią wyłoniony z jeziora Tryton i błagają, w imię Neptun'a, o wybawienie Damy zaczarowanej od prześladowań sir Bruce'a Bezlitośnego. Dama ta ukazuje się w otoczeniu Nimf, a tuż za nią Proteusz niesie olbrzymiego delfina. W delfinie zamknięty chór śpiewacki, łącząc się z chórem bóstw wodnych, opiewa chwałę potężnej, pięknej dziewiczej królowej Anglii.

Komedya zatem nietylko w teatrze przebywa: wielcy panowie i sama królowa odgrywają nieraz role aktorów. Wyobraźnia ludzka jest tak wymagającą i żywą, że dwór królewski przerabia na scenę. Za panowania Jakóba I go corocznie, w święto Trzech Króli, królowa, największe z dam i najpierwsi ze szlachty odegrywali operę, p. tyt. Maska, która była rodzajem allegoryi pomieszanej z tańcami, upięknionej jaskrawemi ubiorami i dekoracyami i o której świetościach mogą dać niejakie wyobrażenie tylko mytologiczne obrazy Rubensa. Lordowie, prawie tyle tylko ubrani, ile bywały posągi starożytne, mieli na głowach korony perskie, owinięte złotemi wstęgami, a na czołach przepaski z gazy szkarłatnej i srebrnej. Inni wdziewali kaftany ze szkarłatnej i srebrnej materyi, tak skrojone, aby jaknajlepiej uwydatniały kształty ciała i zbliżały się do formy pancerzy greckich — pasy złotolite spięte u piersi klamrami z drogich kamieni, płaszcze jedwabne z barwą nieba, pereł, płomienia,

lub bronzu (1). Damy, w stanikach z tkaniny biało-srebrnej, z wyszytemi na nich pawiami i owocami, w spódnicach szerokich, marszczonych, szkarłatnej barwy, w srebrne kraty, w paskach złotych i z pod tych pasków wychodzących drugich jeszcze spódnicach, swobodnie rozwartych, z błękitno-srebrnej, złotemi taśmami naszytej materyi. Włosy ich były niedbale upięte pod drogocennemi koronami z najrozmaitszych i najpyszniejszych drogich kamieni, od szczytu koron przezroczyste zasłony spływały aż do ziemi, po której nogi ich stąpały w trzwikach błękitnych i złotych, przyozdobionych rubinami i brylantami. "

Skracam opis, sprawiający wrażenie baśni czarnoksięskiej, i przypominam tylko, że migotanie wszystkich tych materyi, błysk tych drogich kamieni, nagość tych ciał, — stanowiły widowiska niemal codzienne, przedstawiane na uroczystościach weselnych i przy innych rozmaitych okazyach, a zuchwalstwem kolorytu dorównywające epitalamiom pogańskim. Przypominam także rodzaj zabaw, w owe czasy właśnie wprowadzonych w obyczaj przez hrabiego Carlisle'a, na których naprzód zastawiano stół najwyszukańszemi potrawami, lecz tak wysoki, że nikt prawie dosięgnąć go nie mógł, a potem, przewracano go i zastępowano innym, już niższym. Te szalone zbytki, to marnotrawstwo i te wspaniałości, to rozuzdanie wyobraża], te upojenia dawane wzrokowi i słuchowi, ta nieustanna opera odśpiewy wana przez władzców kraju — są, na równi z obrazami Rubensa i Jordaensa, z całem malarstwem współczesnej Flandryi, tak szcze rym krzykiem zmysłów, tak zupełnym powrotem do natury, że wiek nasz, ochłódły i smutny, nie zdoła ich sobie nawet wyobrazić (2).

III.

Wylewanie się nazewnątrz, zadawalanie oczu i serca, śmiałe rozpuszczanie po wszystkich drogach życia niesfornych namiętności i instynktów, — stały się więc nieodzowną potrzebą ludzi. Anglią nie jest jeszcze purytańską: jest ona, owszem, jak ją współcześni nazywają, "wesołą Anglią", merry England. Jeszcze nie zesztywniała i nie ujęła siebie w karby, lecz rozwija się swobodnie, szeroko, i raduje się z samej siebie. Opera panuje nietylko na dworze, ale i. po


(1) [188]

(2) [189]

wsiach. Wędrowne trupy aktorów jeżdżą po kraju, a w razie potrzeby czynność ich spełnia ludność miejscowa. Szekspir wprzód, nim kreślić zaczął swe dramatyczne obrazy, widział cieśli, stolarzy, na-prawiaczy miechów (1) i inne ociężałych drągali przedstawiających Pyrama i Thisbę, lwa jaknajłagodniej ryczącego, ścianę, którą wyobrażało wyciągnięte ramię. Każda uroczystość obchodzona jest teatralnem przedstawieniem; biorą w niem udział mieszczanie, rzemieślnicy i dzieci. Ludzie ci posiadają instynkt aktorski, a pochodzi to ze świeżości i przepełnienia ich dusz. Bo człowiek z duszą świeżą i przepełnioną nie może wyrażać swoich myśli za pomocą tylko rozumowania lecz odegrywa je, przedstawia mimiką, ruchami, całą swoją osobą: i jest to właśnie mowa pierwotna i najszczersza, mowa dzieci i artystów, mowa radości i ducha wynalazczego.

Takie są rozrywki tych ludzi. Śpiewy, uczty, najrozmaitsze uroczystości symboliczne zapełniają rok cały, a ich pamięć przechowuje tradycya (2). W pierwszą niedzielę po Trzech Królach rolnicy przeciągają przez ulice wiosek i w koszulach włożonych, na wierzch ubrania, okryci wstęgami, przy dźwiękach muzyki ciągną pług i zawodzą taniec z mieczami. Kiedyindziej ukazuje się ciągnięta na wozie, także przy odgłosach piszczałek i bębnów, postać urobiona z kłosów. Naraz zjawia się Ojciec Kolenda i jego gromada, albo drzewko majowe, z odegrywaną dokoła niego historyą Robina Hooda, dzielnego złodzieja zwierzyny, albo Ś-ty Jerzy zwyciężający smoka. Trzeba-by dużo pisać, aby opisać wszystkie podobne sposoby obchodzenia świąt Żniwa, Wszystkich Świętych, Ś-go Marcina, Strzyży Jagniąt, najbardziej jednak Bożego Narodzenia, które trwało dwanaście dni, a czasem sześć tygodni. Były to pijatyki, objadanie się, ogólne rozpuszczanie pasów, ściskanie dziewcząt, bicie we wszystkie dzwony, nurzanie się w zgiełku i hałasie; były to grube bachanalia, śród których człowiek, puszczając na wiatr cugle, święcił tryumf nieobuzdanego życia natury. Na treści tych zabaw dobrze poznać się, mieli Purytanie.

"Najpierw, — opowiada Stubbs, (3) — wszystkie szalone głowy z całej parafii zgromadzały się i wybierały z pomiędzy siebie "księcia nieporządku, " a po uroczystem ukoronowaniu go obierały go sobie za króla. Król ten, wnet po wyborze swoim, wybierał z kolei dwudziestu lub czterdziestu takich jak on sam wesołych duchów, którzy mieli pełnić służbę u boku jego Najjaśniejszej Królewskiej Mości.


(1) Midsurnmer Night's Dream (Sen nocy letniej).

(2) [190]

(3) [191]

Z drewnianemi końmi, ze smokami i innemi błazeństwami, z krzykliwymi flecistami i ogłuszającemi bębnami, puszczali się w dyabelski swój taniec. Przy dźwiękach fletów i grzmocie bębnów, z brzękiem dzwonków, tańcząc i jak waryaci chustki nad głowami rozpuszczając, poganie ci całą bandą zmierzają ku kościołowi, a jednocześnie ich drewniane konie i inne potwory droczą się z tłumem. Wygląda to tak, jakgdyby wcielone dyabły, z wrzaskiem takim, że nikt własnego głosu słyszeć nie może, szły do kościoła. W kościele wszyscy głupcy wytrzeszczają oczy i gęby, włażą na ławki, aby lepiej widzieć piękną tę ceremonią. Banda zaś spaceruje po świątyni, wchodzi i wychodzi, poczem rozgospodarowuje się na cmentarzu kościelnym, gdzie tańczy, ucztuje, świętuje przez dzień cały, często przez całą noc, w umyślnie dla tego celu powystawianych salach balowych i w gaikach. W taki to sposób te furye ziemskie spędzają dnie sabatu. Inni pustogłowi przynoszą tym psom z piekła rodem (to jest wodzowi nieporządku i jego spólnikom) chleb, dobre ale, stare sery, świeże sery, ciasto, śmietanę, mięso i różne podobne rzeczy. "

Gdzieindziej ten sam autor opowiada: "Pierwszego maja, w każdej parafii, w miastach i po wsiach, zgromadzają się wszyscy mężczyźni, kobiety i dzieci, idą do lasu, gdzie całą noc spędzają na zabawie, poczem, zrana, wracają z gałęziami wierzbowemi i innemi, lecz nadewszystko, z najcenniejszym przedmiotem, którym jest drzewo majowe, uroczyście ciągnięte na wozie, zaprzężonym we dwadzieścia, albo czterdzieści par wołów, z których każdy ma piękny bukiet kwiatów przywiązany u szczytu rogów. Zasadzają to drzewo, a raczej tego smrodliwego bałwana, i usypawszy dokoła trawę kwiatami, urządziwszy altany i inne zielone schronienia, oddają się tańcom, skokom, ucztowaniu i hulankom, zupełnie jak poganie obchodzący uroczystość swoich bożków. Na dziesięć dziewcząt idących tej nocy do lasu dziewięć powraca w stanie błogosławionym. " Któś inny opisuje: "W tłusty wtorek tysiące łudzi szaleją, tracąc wszelki rozsądek i wszelką skromność. Chyba też dyabłom i Szatanowi, ohydne swe zabawy składają w ofierze i hołdzie. "

I były to naprawdę ofiary i hołdy składane naturze, staremu Panowi, Frei, Hercie i jej siostrom, bóstwom teutońskim, których pamięć przetrwała wieki zwane Średniemi (1). W tym momencie, który jest momentem chwilowego osłabienia chrześcijaństwa, a nagłego rozwoju opasłości cielesnej, człowiek uderza czołem przed samym sobą i musi stawać się poganinem.


(1) [192]

IV.

Dla uzupełnienia obrazu uprzytomnijiny sobie drogi, któremi postępowały pojęcia ówczesne. Garstka sekciarzy, pochodzących przeważnie z ludności mieszczańskiej i chłopskiej, smutnie przesiaduje nad Biblią, ale wszyscy światowcy wraz z dworem królewskim udają się na poszukiwanie mądrości i cnót bohaterskich do pogańskiej Grecyi i pogańskiego Rzymu. Czytanie autorów klassycznych rozpoczęło się około r. 1490 go (1) i nietylko przekłady ich szybko jeden po drugim następowały, lecz wkrótce stało się modą powszechną czytać ich w oryginale. Elżbieta, Joanna Grey, księżna Norfolk, hrabina Arundel i wiele innych dam rozmiłowało się w Platonie, Cyceronie, Ksenofoncie i nabyło biegłości w językach, któremi ulubieni mistrze ci pisali. Potrosze i nieznacznie człowiek, wyprostowując się, dorównał wzrostem tym wielkim i zdrowym umysłom, które przed piętnastu wiekami swobodnie obracały się pośród różnorodnych myśli i pojęć; nietylko nauczył się ich mowy, ale i w myśl ich wniknął, lekcye przed nimi wydawać przestał, a rozmowę z nimi zawiązał, stal się im równym, ujrzał w nich równą swojej dojrzałość męzką. Bo starożytni ci mistrze, to nie gaduły szkolne, nie nędzni kompilatorowie, ani odrażający pedanci, jak owi narzuceni przez Średnie Wieki nauczyciele szkolnej gwary, jak ów, naprzykład, Duns Scott, którego pisma teraz właśnie urzędnicy Henryka VIII puszczają na wiatr. To są "szlachcice, " mężowie stanu, ludzie wybornie ogładzeni i wychowani, którzy umieją mówić, a pojęcia swe czerpią, nie z książek, lecz z rzeczy, pojęcia żywe, więc z łatwością wnikające do dusz żywych. Nad zakapturzonym orszakiem scholastyków i okrytemi kurzawą głowami pustych rozprawiaczy, dwie epoki męzkie i myślące spotykają się i łączą, a człowiek nowożytny, nakazując milczenie dziecięcym i nosowym głosom średniowiecznym, tylko ze szlachetną starożytnością rozmawiać już raczy. Przyjmuje za swoje jej bogów, a przynajmniej rozumie ich i otacza się nimi. W utworach poetycznych, w malowidłach ściennych, pośród zabaw i uroczystości bogowie ci ukazują się, nie, jak dawniej, w postaci martwych mozaik, ułożonych przez pedantów, lecz wskrzeszeni mocą sympatyi i napełnieni mocą sztuki życiem niemal równie wartkiem i pełnem jak to, które


(1) [193]

posiadali u swej kolebki. Cudnym, bo też był widok promiennego Olimpu greckiego u wyjścia ze strasznej średniowiecznej nocy i napełniających ją bolesnych legend o upiorach i potępieńcach. Bohaterscy i piękni bogowie greccy raz jeszcze zachwytem przejmują serca ludzkie; wzdymają pierś i oświecają umysł tego młodego świata, językiem namiętności swych i swego geniuszu przemawiają do tego stulecia czynów energicznych, zmysłowości swobodnej i pomysłowości śmiałej, — do tego stulecia, które, tylko własnym skłonnościom dogadzając, uznaje w nich mistrzów i wiekuistych opiekunów wolności i piękna.

Lecz bliższem od starożytnego jest inne jeszcze pogaństwo: włoskie, bardziej niż tamto ponętne, bo nowożytne, a na pniu starożytności jednak zaszczepione, bardziej porywające, bo silniej zmysłowe, w jednakiej czci łączące geniusz i potęgę z używaniem i rozkoszą. To też ludzie surowi rozumieją to, i czują się zgorszonymi: "Czary Kirky — pisze Ascham, — przybyły z Włoch do Anglii, aby wlać zepsucie w jej obyczaje. Stało się to za pośrednictwem złych przykładów, ale szczególniej złych książek, świeżo przetłómaczonych z języka włoskiego na angielski i teraz sprzedawanych we wszystkich sklepach londyńskich. Tych wszystkich książek ukazała się od kilku miesięcy liczba większa (1), niż przez minione lat dwadzieścia. To też teraz ludzie z głębszem uszanowaniem mówią o Tryumfach Petrarki, niż o Genezie Mojżeszowej i więcej ich zajmują bajeczki Bokkacyusza, aniżeli powieści biblijne."

Rzeczywiście, w tej chwili Włochy widocznie przewodniczą wszystkiemu i do nich to kraje inne przybywają, jak do źródła, po cywilizacyę. A jakaż jest ta cywilizacya, która narzuca się Europie, daje początek wszystkim naukom i wytwornościom, stanowi prawa dla dworów królewskich, dostarcza wzorów i materyałów poetom takim, jak: Surrey, Sidney, Spenser, Szekspir? Z treści i pochodzenia, z języka, będącego nieco tylko przekształconą łaciną, z tradycyi i wspomnień łacińskich jest to cywilizacya pogańska. Jest ona jeszcze taką ze swego ustroju wewnętrznego, w którym żywioł miejski pierwej niż wszędzie przerósł i pokonał pierwiastki feudalne, i z samego ducha plemienia, pełnego zawsze rzeźwości i wesołości. Więcej niż o całe stulecie, bo już w czasach Petrarki, Bokkacyusza i Rienzi'ego, Włosi wyprzedzili wszystkie narody w odnajdywaniu zaginionej starożytności, "w wyzwalaniu rękopisów zagrzebanych po francuzkich i niemieckich lochach, " w odnawianiu ich, wyczytywaniu, wyjaśnianiu, w przerabianiu na nowo myśli opracowanych przez autorów klas-


(1) "Ungracious. "

sycznych, w latynizowaniu własnych serc i umysłów, w tworzenia prozy i poezyi na wzór Cycerona i Wergilego, w poczytywaniu miłych rozmów i umysłowych przyjemności za najwdzięczniejsze ozdoby i kwiaty życia. I nietylko pozory życia starożytnego przyswoili Bobie Włosi, ale samą treść jego, to jest, zajęcie się ziemską teraźniejszością, zapomnienie o przyszłości zaziemskiej, wyzwolenie zmysłów, wyrzeczenie się chrześcijaństwa. Pierwszy poeta ich, Wawrzyniec Medicis, w sielankach i tryumfach swoich śpiewa: "Używajmy! jutro jest niepewnem!" Już w Pulcim wybucha to drwiące niedowiarstwo, ta wesołość zuchwała i zmysłowa, ta śmiałość wolno myślicielska, które z niesmakiem odrzucają zszarzaną kutę średniowieczną. On-to, ten Pulci, każdej z pieśni w komicznym poemacie swoim daje tytuł zaczerpnięty z uświęconego rytuału mszalnego, jak np. Hosanna, albo In principio (1). On-to na własne zapytanie: czem jest dusza i jakim sposobem wstąpić może do ciała? — odpowiada porównaniem duszy do konfitur owiniętych w ciepłe ciasto. A co się staje z duszą na tamtym świecie? "Są tacy, którzy mniemają, że znajdzie tam ona już przygotowane do zjedzenia figojadki i bażanty, wina wyborne, łoża puchem usiane, i w tej nadziei idą krok w krok za mnichami. Lecz co do nas, kochany przyjacielu, zamieszkamy w ciemnej dolinie i nie będziemy słyszeli wyśpiewywanego Alleluja!" Myśliciel daleko poważniejszy od Pulci'ego, wielki patryota, Tukidkles owego stulecia, Machiawel, przeciwstawiąc chrześcijaństwo pogaństwu, utrzymuje, że "pierwsze upatruje najwyższą szczęśliwość w pokorze, poniżeniu i pogardzie dla rzeczy ludzkich, a drugie jako najwyższe dobro zaleca wielkość duszy, siłę ciała i wszystkie te przymioty, które czynią człowieka potężnym. " Z twierdzenia tego wyprowadza śmiały wniosek, że chrześcijaństwo naucza " znoszenia mąk, lecz nie dokonywania wielkich czynów, " i tej jego właściwości przypisuje istnienie na świecie rozmaitych ucisków, wywieranych przez jednych ludzi na drugich. "Bo ludzie źli spostrzegli, że mogą bezkarnie udręczać takich, którzy w celu zdobycia raju są lepiej usposobieni do znoszenia krzywd, aniżeli do wywierania za nie zemsty. " Pomimo więc obowiązkowo dokonywanej mimiki pobożnej, z samego tonu mowy odgadnąć można, którą z dwu religii autor poczytuje za doskonalszą. Wzorem idealnym, ku któremu zwracają się wszystkie usiłowania współczesne, u którego zawisają wszystkie współczesne myśli, który budzi do życia i ruchu całą tę nową cywilizacyę, jest człowiek silny i szczęśliwy, zaopatrzony we wszelkie środki zadawalniania swoich pożądań i we


(1) [194]

we wszystkie zdolności do wyzyskania tych środków — na rzecz własnego szczęścia.

Najwyższym wyrazem tego pojęcia jest ówczesna sztuka, sztuka rysunkowa, przez nie stworzona i po całej Europie rozniesiona. Pojęcie to tworzy i przetwarza szkoły różnych narodów w sposób tak oryginalny i potężny, że z niego tylko czerpią one swoją żywotność i trwałość, że tłumy postaci pełnych życia, ktoremi malarstwo ówczesne okrywa płótna i ściany, są, na równi z architekturą gotycką i tragedyą francuzką, wyrazem jedynego, odrębnego momentu w dziejach umysłowości ludzkiej. Zniknęły już ze świata żałosne i wzruszające widoki średniowieczne, takie, jak: Chrystus chudy, okaleczony, do zakrwawionego robaka ziemskiego podobny, Najświętsza Panna, blada, szpetna, przypominająca ubogą wieśniaczkę, mdlejącą u stóp szubienicy, na której dziecię jej powieszono, — męczennicy z zapadłemi policzkami, z wyschłemi od postów ciałami, z oczyma napełnionemi niebiańskim zachwytem, święte niewiasty o kibiciach płaskich i zwijających się palcach. Wszystko to zniknęło. Teraz orszaki malowanych bóstw stawiają przed wzrokiem ludzkim zdrowie i siłę ciał, szlachetną prawidłowość rysów, swobodę postawy i ruchu. Imiona ich są wprawdzie chrześcijańskie, ale tylko imiona, bo Jezus przybiera postać "ukrzyżowanego Jowisza (1)", a Dziewice Marye, które Rafael, wprzód nim je sukniami okryje, odrysowuje sobie nagiemi, blizkiem pokrewieństwem związane są z ziemskiemi dziewczętami, a szczególniej z jego Fornariną (2). Postacie świętych, któremi Michał Anioł napełnia swój Sąd Ostateczny, wzrostem i postawą przypominają zgromadzenie atletów zuchwałych i skorych do boju. Obraz przedstawiający męczeństwo Ś go Wawrzyńca przywodzi na myśl jakiś wzniosły obrządek, w którym piękny i nagi młodzieniec kładzie się u stóp pięćdziesięciu lodzi, mających ubrania i postawy właściwe gimnazyom greckim. Czy choć jedna z tych postaci zadawala sobie jakiekolwiek umartwienia, albo z trwogą i łzami myślała o sądzie Bożym? Czy choć jedna z nich usiłowała pokonywać ciało, a serce napełniać ewangeliczną słodyczą i smętnościa? Gdzież tam! Są one na to zbyt silne i zdrowe, zbyt do twarzy ubrane i zbyt skore do energicznych i popędliwych czynów. Łatwiej niż za świętych wziąć-by je można za silnych żołnierzy i piękne kurtyzany, chlubę wojskowych popisów i balów. Nie dziw, że wobec aureoli, otaczających ich głowy, widz na króciutko przyklęka i z roztargnieniem czyni na piersi znak


(1) [195]

(2) [196]

krzyża, a potem, całą siłą wzroku używa ich piękności, — bo też powstały one tylko dla uciechy wzroku. Co przedewszystkiem uderza widza w Madonnie florentyńskiej, to wspaniałe źwierzę dziewicze, którego wzrost i barki znamionują czystość rasową i zdrowie wyborne. Artyści ówcześni nie ubiegają się, tak jak teraźniejsi, o wyraz duchowy, o odgadnięcie i ukazanie głębin duszy wysubtelnionej i na rozmaite kierunki rozerwanej przez trzy wieki cywilizacyi: dbają tylko o ciało, a rozmiłowali się w niem tak wielce, że z zapałem mówią o "wspaniałych kręgosłupach" i o łopatkowych kościach, które przy poruszaniu ramieniem "nabierają zadziwiającej piękności (1). " Najważniejszą dla nich rzeczą jest "odmalować dobrze nagość męzką lub kobiecą. " Piękno polega w ich oczach na spoistej budowie kostnej, na sile i połączeniach mięśni, na lędźwiach dobrze podtrzymujących tułów, na giętkości szyi i potędze klatki piersiowej, któraby pozwalała oddychać szeroko i swobodnie. Co za rozkosz być nagim i w pełnem świetle dziennem cieszyć się swojem kwitnącem ciałem, swemi silnemi mięśniami, swoją duszą rzeźwą i wesołą! To też przepyszne boginie, powracające na świat w pierwotnej swej postaci, zdają się wcale nie wstydzić tego, że są nagie, bo ze spokoju ich spójrzenia i z prostoty całego wyrazu, czuć, że takiemi były zawsze i że wstydliwość jest im jeszcze nieznaną. Życie dachowe nie przeciwstawia się tu i nie sprzeciwia życiu cielesnemu, jak się to dzieje w czasach naszych; ciało nie zostaje w poniżeniu, ani w pogardzie; ludzie śmiało dobywają na jaw jego czynności i różne części, nie kryją się z niemi, nie pragną uchodzić za czyste duchy. Więc boginie, tak jak dawniej, wyłaniają się z promienistych toni morskich, a razem z niemi konie ich z wygiętemi karkami i najeżonemi grzywami, gryzące wędzidła, wypełniające nozdrza solnemi woniami, albo oddechem swym nalewające wnętrza muszli, które wydają szmery i dźwięki. A widzowie (2), przyzwyczajeni do robienia mieczem, wprawni


(1) [197]

(2) Życie Benvenuca Celliniego. — Porówn. także ćwiczenia zalecane przez Castiglionego (Il Cortegiano) człowiekowi dobrze wychowanemu: "Dlatego chcę, aby nasz dworzanin był doskonałym kawalerem pod każdym względem. A ponieważ Włosi zjednali sobie tę osobliwą sławę, ie umieją dobrze jeździć na koniu wziętym na uzdę i wprawnie najbardziej rozhukane rumaki osadzać, kruszyć kopie i walczyć — niechaj więc w tem wszystkiem kawaler nasz będzie jednym z lepszych Włochów. W turnieju, w dotrzymaniu kroku, w walce na szpady (sbarra) niechaj będzie dobrym wśród lepszych Francuzów. W bójce na kije, w biegu do męty, w rzucaniu dzidą i włócznią niechaj wśród Hiszpanów celuje. Przystoi wreszcie biegu zażywać. Jest jeszcze szlachetne ćwiczeniem gra spółkę. Nie mniejszej pochwały godnem wydaje mi się woltyżerstwo na koniu" (str. 55 wydanie z r. 1585).

w grę sztyletów i dwuręcznych broni, lubiący uganiać się po niebezpiecznych drągach, odczuwają przez podobieństwo i wielbią przez sympatyę te dumne kształty karków wygiętych, to wyprężenie ramion, gotowych do zadawania ciosów, — wszystkie te dreszcze i drżenia, które od podeszew stóp do szczytu kręgosłupa przebiegają ciało, aby człowieka wyprężyć i cisnąć w bój.

&section; 2. POEZYA.

I.

Osiedlone wśród rozmaitych plemion i klimatów, nowe pogaństwo otrzymuje od każdego z plemion i od każdego z klimatów cechy i właściwości odrębne i coraz to inne. W Anglii staje się angielskiem; epoka Odrodzenia w Anglii przynosi odrodzenie się duchowi saksońskiemu. Bo w tej epoce odradza się właściwie wynalazczość i pomysłowość; wynajdować zaś, mieć pomysły — jest to objawiać ducha twórczości, a jeżeli plemię łacińskie w twórczości swej wyrażać może tylko pojęcia łacińskie, to plemię saksońskie również wyrazi się, tworząc tylko pojęcia saksońskie. Dlatego, wśród cywilizacyi i poezyi zupełnie nowej powstają następcy w prostej linii starodawnych Saksonów: Coedmona, Adhlema, Piersa Plowmana, Robina Hooda.

II.

"Pod koniec panowania Henryka VIII go, — opowiada stary Puttenham, — powstało nowe grono poetów dworskich, w którem rej wodzili: sir Tomasz Wyatt starszy i Henryk hrabia Surrey. Obaj ci poeci odbyli podróże po Włoszech, zakosztowali słodkiego stylu i szlachetnego rytmu poezyi włoskiej, zapoznali się z uczniami szkoły Dantego, Petrarki, Aryosta, poczem, ogładzili znacznie naszą szorstką i chłopską przedtem poezyę, a wskutek tego słusznie poczytywać ich można za pierwszych przetwórców stylu i wiersza angielskiego (1). " Jednak pomysły ich nie są bardzo oryginalne, ani też nazbyt nie tchną duchem nowym. Średniowieczność dobiega końca swego, lecz skończoną jeszcze nie jest. Andrzej Borde, John Bale


(1) [198]

John Heywood, sam nawet Skelton, są przedstawicielami dawnej płytkości w pomysłach i szorstkości w stylu. Obyczaje także zaledwie poczynają nabierać ogłady i są jeszcze na wpół feudalne. Dowódzca angielski pisze z obozu pod Landrecies list do dowódzcy francuzkiego w Tbérouanne z prośbą, że "jeśli posiada w wojsku swym takich szlachciców, którzyby chcieli skruszyć kopie za cześć dam swoich", to on wyśle na spotkanie są z nimi sześciu ochotników. Życie Surreya, tak dobrze jak i każdego innego rycerza, zawiera w sobie popisy wojskowe, bitwy, rany, wyzwania, miłość, odwoływanie się do Sądów bożych. Surrey to wielki pan, hrabia, krewny królewski, biorący udział we wszystkich dworskich orszakach i ceremoniach; prowadzi on wojny, dowodzi załogami twierdz, pustoszy kraje, przypuszcza szturmy, a gdy padnie na wałach, uratuje go wierny sługa. Rozrzutnik, hojny, popędliwy, ambitny, czterykroć więziony, ulega nakoniec karze śmierci przez ścięcie głowy. Na koronacyi Anny Boleyn niósł on czwarty miecz, a na weselu Anny z Kliwii był jednym z przewodniczących turniejom. Oskarżony i uwięziony, wyraża życzenie, żeby mógł bić się bez zbroi z okrytym zbroją przeciwnikiem. Innym razem odsiaduje więzienie za spożywanie mięsa w czasie wielkiego postu. Cóż dziwnego, że ten dalszy ciąg zwyczajów rycerskich utrwala poezyę rycerską; że u końca stulecia, w którem żył Petrarka, poeci doświadczają tych samych, co i Petrarka, uczuć? Lord Berner, lord Sheffield, sir Tomasz Wyatt, a nadewszystko Surrey — są, na wzór kochanka Laury, wzdychającymi i rzewnymi platonikami. Platoniczną jest miłość, którą opiewa Surrey, a dama jego, piękna Geraldina, to, tak jak Laura i Beatrice, zarazem madonna idealna i trzynastoletnie dziecko.

A jednak wśród tych wzdychań, obudzanych przez tradycyjny mistycyzm, drga już struna osobista. Naśladując, często źle naśladując, omackiem szukając starych wyrażeń naiwnych, lub allegoryj zużytych przez heroldów i trubadurów, dla przyozdobienia niemi swych strof już wygładzonych, poeci ówcześni wydawać z siebie zaczynają tchnienia melancholii północnej i szczerych, bolesnych wzruszeń. Rys ten, który wkrótce, w chwili najbujniejszego rozkwitu i rozwoju zmysłowego życia, zaprawić ma ciemną barwą utwory Sidneya, Spensera, Szekspira, teraz od pierwszego zaraz poety wprowadza rozdział pomiędzy tym światem przejętym pogańszczyzną, lecz germańskim, a innym, włoskim, zatopionym w rozkoszy, śmiejącym się z ironicznych dowcipów, niezdolnym do umiłowania niczego, oprócz sztuki i uciech. Surrey dokonywa wierszowanego przekładu Eklezyasty, Czyliż nie dziwnem jest, że tę właśnie książkę bierze do ręki o te godzinie porankowej, gdy słońce tak pięknie wschodzi nad światem? Ale rozczarowania, zadumy smętnej lub gorzkiej, wrodzonego poczu-

cia marności wszechrzeczy ziemskich, nie zbraknie nigdy pod tem niebem i wśród tego plemienia; ludzie tu z trudem dźwigają brzemię życia, umieją też i lubią mówić o śmierci.

Najpiękniejsze utwory Surreya świadczą o naturze poety pełnej powagi, o jego instynktowej, lecz głębokiej, filozofii. Opowiada w nich poeta o smutkach swoich, o żalach nad mogiłami Wyatta, którego kochał, Clere'a, który mu był przyjacielem, młodego księcia Richmond, przedwcześnie, tak jak i tamci, zmarłego. Samotnie, w więzieniu windsurskiem, wspomina przeżyte z nimi dnie szczęśliwe, wspólne gry "na zielonych podwórzach, " zwierzenia wzajemne, lub puste gawędki w długie wieczory zimowe; "grę w kręgle, w czasie której wzrok, olśniony promieniami miłości, opuszczał bieg kuli, aby pochwycić w locie spojrzenie damy. " — "Z każdego miejsca miłego wyrasta wspomnienie gorzkie. " Myśląc o tem wszystkiem, poeta czuje, że "krew mu zbiega z twarzy, a bladość ją okrywa i łzy zalewają. " — "O, miejsce szczęśliwości, odnawiające boleść moją! — odpowiedz na me pytanie: kędy się podział szlachetny brat mój? — On, który przebywał w ścianach twoich? — Echo, które samo jedno lituje się mej boleści, — z głuchym jękiem woła za całą odpowiedź: biadał" Miłość u Surreya zaprawna jest również smętkiem duszy zmęczonej. "Wszelka istota żyjąca, chłop, wół roboczy, wioślarz na statku wodnym, posiadają czasem godziny spoczynku: tylko on jeden smuci się we dnie, czuwa w nocy, dumania żałosne zamienia na skargi, skargi na łzy gorzkie, potem znowu łzy na boleśne skargi, i tak ma upływa życie. " Co innym sprawia radość, dla niego staje się przyczyną boleści.

"Miła pora roku wydobyła z ukrycia pąki i kwiaty, — zielonością okryła wzgórza i dolinę. — Słowik ubrał się w nowe piórka i śpiewa. — Gołąb grucha pieśń dla gołębicy. — Lato nadeszło, rozwarły się wszystkie pąki. — Jeleń zawiesił stare rogi na gałęziach kniei. — Daniel zimowe futro zrzucił na wrzosy. — Ryby w nowych łuskach ślizgają się po wodzie. — Wąż pozbywa się całej swej dawnej odzieży. — Zwinna jaskółka ugania się za muszkami. — Pracą pochłonięta pszczoła wyrabia miody. — Zabójczyni kwiatów, zima, przeminęła! — A wśród tych wszystkich rzeczy miłych, — gdy każdy ból się zmniejsza, mój tylko wzrasta. " Pomimo to przyrzeka sobie do ostatniego tchnienia życia nie rozstawać się z miłością. — "Jeżeli słabe me ciało nie dotrwa, — pragnę, aby serce we mnie dotrwało. — I gdy ciało moje wróci do ziemi, — pozostawię jej w spadku cień mój znużony, — aby był jej sługą.

Kobieta, do której zwracały się te wiersze, godną była tak nieskończonej i czystej miłości, jaką u Petrarki tylko znaleść można. Wśród strof wyszukanych lub naśladowanych zarysowuje się jej wi-

zerunek pełen prawdy i prostoty, będący dziełem serca, nie pamięci, ukazujący z poza damy rycerskiego świata małżonkę angielską i z poza obyczajów zalotnych świata feudalnego — szczęście przebywające u domowego ogniska. Samotny, stroskany, Surrey słyszy w sobie głos przyjacielski, głos dobrej rady, głos nadziei, który mówi mu o niej; przysięga, że "jest ona najzacniejszą i najuczciwszą, najłagodniejszą i najszczerzej uległą ze wszystkich kobiet na ziemi. " "Gdyby miłość i wierność świat ten opuściły, w niej jeszcze możnaby je odnaleść". "O tem tylko myśli, aby wierności tobie dochować, i nic jej nie zajmuje oprócz ciebie i spraw twoich. Pragnie twojego zdrowia i szczęścia, kocha cię tak silnie, jak tylko kobieta mężczyznę kochać może; wyznaje, że jest cała twoją i troszczy się o ciebie na tysiąc sposobów. Gdy mówi, gdy je, gdy płacze, gdy wzdycha, ty stoisz przed jej oczyma. Wieczorem mówi: — Dobra noc ci, ukochany! I chociaż Bóg wie jak bardzo oddalony od niej jesteś, po wiele razy powtarza: dobranoc! dobranoc! — Często nazywa cię swem ukochaniem — swoją pociechą, szczęściem i całą radością. — Często, kiedy ułoży się do snu, opowiada poduszce wspólne dzieje wasze — jak byłeś jej troską i smutkiem, — jak tęskni za tobą, — jak bardzo pragnie widzieć cię znowu. — I woła wtedy: dla czegoś tak daleki? — Czyliż nie jestem tą, którą najwięcej na świecie kochasz? — Czyliż nie pragnę twego spokoju i dobra? — Czyliż nie usiłowałam przypodobać się tobie? — Pocóż oddaliłeś się od swego skarbu? — Jeżeli jestem przedmiotem troski twojej, — dlaczegóż dręczysz się troską o co innego? — Niestety! wiesz dobrze, że zawsze znajdziesz mię tutaj, — tutaj gdzie przebywam, ja, ukochana twoja, — twoja wierna, twoja przywiązana, — kochająca cię i niezdolna przestać kochać cię kiedykolwiek, — ja twoja i tylko o tobie myśląca, — i mająca nadzieję, że ty także myślisz o mnie — o mnie, która z pośród wszystkich kobiet ziemskich, — żyję tylko dlatego, aby być cała twoją!" Nie ulega wątpliwości, że, pisząc te wiersze, Surrey miał na myśli, nie jakąś wyimaginowaną Laurę, lecz własną swą żonę (1). Poetyczny sen Petrarki stał się tu dokładnym obrazem głębokiej i doskonałej miłości małżeńskiej, takiej miłości, jaka w Anglii do dziś dnia istnieje, stanowiąc przedmiot opisów wszystkich poetów tego kraju, od Nut Brown Maid aż do Dickensa (2).


(1) [199]

(2) [200]

III.

Słusznie Surreya nazwano Petrarką angielskim, tem słuszniej, że nazwa ta dobrze określa nietylko talent jego, lecz także i duszę. Istotnie, jak Petrarka był pierwszym humanistą i pierwszym doskonałym pisarzem, tak Surrey stworzył styl nowy, męzki, będący objawem wielkich zmian zaszłych w umysłowości. Bo taki sposób pisania, jakiego Surrey pierwszy używał, jest wynikiem wysokiego stopnia rozwagi, która, panując nad pierwotnemi popędami, wybiera środki najlepiej prowadzące do zamierzonego celu. Umysł stał się tu zdolnym do wydawania sądów o sobie samym i czynność tę już spełnia. Twór myśli samoistny, dziecięcy i bezładny, niezupełny i zarazem przepełniony, rozwaga wzmacnia i spaja, porządkuje i oczyszcza, dobywa zeń pojęcie główne i silnie je oświetla. W taki właśnie sposób pracuje Surrey, przygotowany do tego przez odpowiednie wykształcenie, bo oprócz Petrarki zgłębił poeta Wergiliusza i wiersz po wierszu przetłómaczył dwie księgi Eneidy, a ktokolwiek w towarzystwie poetów przebywa, musi przebierać pomiędzy myślami swemi i okresy swe starannie budować. Na wzór Petrarki i Wergiliusza Surrey przebiera pomiędzy sposobami, któremiby najpewniej opanować mógł uwagę czytelnika, zaostrzyć jego pojętność oszczędzić mu trudu i znudzenia. Pisząc pierwszy wiersz utworu, z góry już wie jakim będzie ostatni; dla zakończenia zdań używa słów najsilniejszych; kojarzy okresy odpowiednio do kojarzenia się myśli. Niekiedy prowadzi umysł czytelnika do obrazu końcowego, przez szereg nieustannych przeciwstawień; wytwarza to coś w rodzaju połyskliwej szkatułki, posiadającej na dnie myśl utworu, której czytelnik poszukiwać zaczyna od pierwszej chwili podniesienia wieka (1) Niekiedy znowu prowadzi czytelnika przez długi, kwiecisty opis i nagle kończy go wierszem króciutkim i smutnym (2). Zręcznie używa różnych sposobów wywoływania efektów, umie nawet pisać takie wiersze klassyczne, w których dwa rzeczowniki, mające po jednym przymiotniku, równoważą się z dwu stron czasownika (3). Zdania swe układa w okresy harmonijne; o uciechę słuchu dba poeta tyleż co i o uciechę umysłu. Za pomocą przekładni dodaje siły myślom i powagi mowie. Z pomiędzy wyrażeń wybiera tylko szlachetne


(1) The frailty ani hurtfullness of beauty.

(2) Description, of spring (Opisanie wiosny). A von to love faithfully (Ślub wiernej miłości).

(3) Complaint of the lover disdained. (Skarga wzgardzonego kochanka).

lub wykwintne, a niepotrzebne lub górnolotne odrzuca. W każdem jego określeniu tkwi myśl, a w każdej przenośni znajduje się uczucie. Jest wiele krasomóstwa w prawidłowem rozwijaniu się jego myśli, a muzyki w niesłabnącem nigdy brzmieniu jego wiersza.

I oto narodziła się sztuka. Odtąd każdy człowiek od pióra, mający pomysł, ma też i narzędzie za pomocą którego wyrazić go może. Jak malarze włoscy w przeciągu lat pięćdziesięciu wprowadzili lub wynaleźli wszystkie techniczne sposoby używania pendzla, tak pisarze angielscy w ciągu pół stulecia wprowadzą lub wynajdą wszystkie sposoby pisania, wszystkie rodzaje okresów, styl szlachetny, wiersz bohaterski, strofę wielką, tak dalece, że najwięksi z pomiędzy rymotwórców późniejszych, Dryden, i sam Pope nawet, nie będą mieli nic do dodania prawidłom w pierwszych tych już próbach wynalezionym i zastosowanym (1). Surrey jest nawet podobny do nich ze zbytecznego zapatrywania się na wzory i krępowania niemi swobody natchnień. Jeszcze nie odczuwa on w zupełności upalnego tchnienia swego czasu; jeszcze nie jest geniuszem śmiałym i człowiekiem namiętnym, któryby cały wylewał się na zewnątrz; jeszcze jest takim dworakiem i takim miłośnikiem wykwintu, który pod wpływem zachwytu obudzonego przez dwa piękne i doskonałe piśmiennictwa naśladuje Horacego i mistrzów włoskich, wygładza i obrabia klejnociki drobne, uczy się ładnie mówić rzeczy ładne. Pośród wpół barbarzyńców przyzwoite ubranie jego ma pozór świetnego stroju; ale nie umie go on jeszcze nosić z zupełną swobodą: zanadto przypatruje się tym, którzy służą mu za wzory; braknie mu odwagi do śmiałych i energicznych ruchów. Niekiedy wygląda na szkolnego żaka; używa i nadużywa wyrazów takich, jak lód i płomienie, rany i męczeństwa. Wtedy nawet gdy szczerze jest zakochany, myśli o tem, aby kochać na sposób Petrarki i o tem nadewszystko, aby okres płynął gładko, a obraz odmalowany był z całą dokładnością. Możnaby nawet powiedzieć, że w charakterze stęsknionego wielbiciela pisząc swoje sonety, daleko mniej myśli o Szczęśliwem kochaniu, niżeli o dobrem pisaniu. Posługuje się konceptami, słowami źle do myśli zastosowanemi i w których nie czuć szczerości; ma też nieraz zużyte zwroty myśli i mowy. Opowiada, że Natura, stworzywszy jego damę, stłukła model według którego ją stwarzała; puszcza w ruch Kupidyna i Wenerę; z przebiegłemi i zalotnemi minami wprowadza w grę stare maszynerye trubadurów i pisarzy klassycznych. Ale w tem wszystkiem niema nic dziwnego. Żaden umysł nie zdobywa się odrazu na zupełną odwagę i samodzielność, a w chwili powstawania na świecie


(1) [201]

nowego kształtu i kierunku sztuki największy z artystów więcej posłuszeństwa okazuje mistrzom swoim niż własnemu sercu i pilnie czuwa nad każdym swym krokiem, z obawy postawienia stopy na gruncie ruchomym i niebezpiecznym.

IV.

Nowe siewy wzrastają jednak i u końca wieku postać rzeczy całkowicie się zmienia. Styl nowy, dziwny, zbyt bogaty, powstał i utrwalił się na długo, zapanował nietylko w poezyi, lecz także i w prozie, nawet w mowach wypowiadanych w czasie rozmaitych uroczystości i w kazaniach, albo rozprawach teologicznych (1). Odpowiada on zresztą tak dalece duchowi czasu, że jednocześnie zapanowuje w całej Europie: u Ronsarda i d'Aubigne'go, u Calderona, Gongory i Marini'ego. W r. 1580 ukazała się książka pod tytułem Euphnes, anatomia rozumu przez Lyly'ego, która była podręcznikiem tego stylu, arcydzieło zarazem i karykatura przyjęta powszechnem uwielbieniem. (2) Edward Blount mówi: "Naród nasz zawdzięcza tej książce nową postać swojego języka. Wszystkie nasze damy z niej uczyły się mówienia, a piękność dworską, któraby nie umiała mówić euphuistycznie, spotykałoby lekceważenie, jakiego dziś doznaje kobieta nieumiejąca mówić po francuzku. " Damy uczyły się na pamięć całych okresów z Euphuesa, szczególniejszych okresów, wyszukanych i wybuchowych, do zagadek podobnych, w których autor, jakby naumyślnie, dobierał wyrażenia jaknajmniej naturalne, jaknajbardziej odległe od myśli domagającej się niecierpliwie właściwego wcielenia, — okresów przesadnych, pełnych antytez, przypomnień mitologicznych i alchemicznych, przenośni czerpanych z botaniki i astronomii, całego chaosu erudycyi, wspomnień podróży, wymanierowania, skłóconego z ulewą porównań i włoskich concetti. Nie należy jednak wydawać sądu o tym stylu na podstawie skarykaturowanego obrazu Walter Scotta, którego Percy Shafton jest pedantem i zimnym, bladym naśladowcą euplmizmu. A właśnie tylko oryginalność i wewnętrzne ciepło stylowi temu nadawały szczerość i wartość. Trzeba go sobie


(1) [202]

(2) [203]

wyobrazić, nie już umarłym i martwym, jakim go dziś w starych książkach widzimy, lecz szczebioczącym ustami pięknych pań i młodych panów, ubranych w suknie haftowane perłami, drgającym dźwiękami ich głosów, ożywionym ich śmiechami, błyskami oczów, ruchami rąk igrających z rękojeścią miecza lub z połą atłasowego płaszcza. Te panie i ci panowie są pełni ożywienia, zapału, wiadomości i myśli rozmaitych; bawią się też na podobieństwo dzisiejszych, zdenerwowanych artystów, którzy w pracowniach swych nie krępują niczem ognistych porywów i wynurzeń. Rozmawiają, nie dlatego, aby zrozumieć się i przekonać wzajemnie, lecz, aby zadowolnię własną wyobraźnię, do najwyższego stopnia rozbudzoną, i wylać na zewnątrz to życie i te siły, które ich przepełniają (1) Igrają ze słowami, wyginają je na wszystkie strony przeinaczają ich znaczenie, ciesząc się z nagle odsłaniających się widoków, z jaskrawych, nieustannych, w nieskończoność powtarzających się kontrastów. Rzucają kwiaty na kwiaty, brzękadła na brzękadła. Wszystko, co błyszczy, wywiera na nich siłę pociągającą: złocą więc, haftują, w pióropusze przystrajają mowę swą, tak samo jak swe ubranie. O jasność, ład, zdrowy rozsądek nie dbają: owszem, kochają się w niedorzeczności; są na balu i — szaleją. Nic milszego im być nie może nad karnawałowy tłum wszelkiego rodzaju wspaniałości i śmieszności; w tłumie tym wszystko miesza się i ociera wzajem o siebie: gruby wybuch śmiechu, słówko tkliwe i smutne, sielanka, grzmiąca fanfara wojenna, skoki blazeńskie. Wzrok, słuch, wszystkie zmysły, wyegzaltowane, rozciekawione, kochają się w brzęku zgłosek, w migotaniu słów jaskrawo zabarwionych, w niespodziewanem uderzaniu o siebie z jednej strony obrazów niezwykłych, a zabawnych, albo wręcz z szarego życia wyciętych, z drugiej pompatycznego toku zdań starannie układanych. Każdy wówczas wyrabia sobie mowę i wykwintność wysłowienia na własny użytek, "Możnaby mniemać, — powiada Heylin, — że wstydzą się swego ojczystego języka i znajdują w nim za mało odcieni dla wyrażenia wszystkich fantazyi, które do głów im przychodzą. " Nie zdołamy już dziś wyobrazić sobie tej pomysłowości, tego zuchwalstwa umysłowego, tej nieustannej płodności, którą odznacza się uczuciowość w ustawicznem drżeniu. Właściwie, prawdziwa proza w tym czasie nie istnieje, lecz wszystko tonie pod przelewającą się przez brzegi życia poezyą. Słowo nie jest wtedy, jak w naszych czasach, cyfrą dokładną, dokumentem, które myśl ścisła przesyła od pracowni do pracowni, — ale cząstką całkowitej akcyi życia Judzkiego, całego małego dramatu. Wyczytując je, ludzie ówcześni nie widzą go nigdy


(1) [204]

w odosobnieniu, w samem sobie, lecz wyobrażają je sobie wraz z dźwiękiem głosu, nosowym lub krzykliwym, z ruchem warg, z marszczeniem się brwi, z całym szeregiem widoków, których tłumy cisną się za niem i które ono, to słowo, oświetla jak błyskawica: każdy też wymawia je z własną swą mimiką i na sposób własny, wyciskając na niem piętno własnej duszy. Jest ono pieśnią, która, jak wiersz poety, zawiera w sobie mnóstwo rzeczy nieistniejących w dosłownem znaczeniu wyrazów, — pieśnią świadczącą o głębokości, blasku i cieple źródła, dającego jej był. Bo w czasie owym dzieła miernych nawet ludzi są pełne życia; coś drga i tętni w najmniejszem pisemku, które rodzi wiek ten, posiadający siłę i zapał twórczy. Ta siła i ten zapał przeglądają z za wszystkich przesad i śmieszności, tak dalece, że ten sam Lyly, który zdaje się jakby umyślnie pisał na przekór zdrowemu rozsądkowi, bywa często prawdziwym poetą, pieśniarzem, człowiekiem zdolnym do zachwytów i ekstaz, blizkim krewnym Spensera i Szekspira. Bywa on jednym z tych marzycieli, którzy śnią na jawie i mają wewnętrzne widzenia "wieszczek tańczących, bogiń z zarumienionemi licami i upajających lasów, a te lasy umyślnie na to zalegają krańce ścieżek, aby w swych gęstwinach zatrzymywać lekkie kroki młodych dziewcząt. " (1).

A teraz, niechże czytelnik sam sobie już radę daje i mnie w dodatku dopomoże, bo inaczej i lepiej nie umiera wytłómaczyć, ani nawet zrozumieć, tych uczuć; których doświadczali szczęśliwi ludzie ówcześni.

V.

Przeładowanie i nieporządek: oto dwa rysy znamionujące ducha tej literatury, rysy zresztą wspólne wszystkim literaturom Odrodzenia, lecz tu, objawiające się wybitniej niż gdziekolwiek, bo plemię germańskie niejest, tak jak łacińskie, powściągane przez upodobanie w formach harmonijnych: przekłada zawsze silne wrażenie nad piękną formę. Pomiędzy tłumem poetów ówczesnych czynić trzeba wybór, a paść on musi na Filipa Sidneya, którego życie zarówno jak pisma najlepiej przedstawiają całą wielkość i wszystkie szaleństwa współcześnie panujących obyczajów i publicznego smaku. Sir Filip Sidney, synowiec hrabiego Leicester, wielki pan i zarazem człowiek czynu, wykształcony wszechstronnie, po ukończeniu głębokich studyów humanistycznych podróżował po Francyi, Niemczech i Włoszech;


(1) [205]

czytał Arystotelesa i Platona; uczył się w Wenecyi astronomii i geometryi, zagłębiał się w tragedyach greckich, w sonetach włoskich, w sielankach Montemayora, w poematach Ronsarda; zajmował się naukami ścisłemi; prowadził korespondencyę listową z uczonym Hubertem Languefem. Obok tego światowiec i ulubieniec królowej Elżbiety, na deskach scenicznych przedstawiał ku jej czci sielankę pasterską, z treścią pochlebczą i komiczną; zwany "klejnotem dworu, " był najwyższym sędzią w sztuce przyjemnego mówienia i subtelnie pojmowanej zalotności, nadewszystko zaś, rycerz w sercu i w czynie, zamierzał wraz z Drake'm puścić się na poszukiwanie przygód morskich, aż nakoniec, jakby dla uwieńczenia wszystkiego, zginął śmiercią przedwczesną i bohaterską. Jako dowódzca jazdy uratował od zguby wojsko angielskie pod Gravelines; wkrótce potem, śmiertelnie raniony i umierający z pragnienia, gdy miał napić się przyniesionej mu wody, spostrzegł obok siebie żołnierza srożej jeszcze niż on rannego, który pożądliwie na tę wodę patrzał. "Oddajcieją człowiekowi temu — rzekł — bo potrzebujejej bardziej ode mnie. " W dodatku, średniowieczna popędliwość i odwaga, dłoń zawsze gotowa do czynu, zawsze złożona na rękojeści sztyletu lub miecza. "Panie Molineux — pisze Filip Sidney do sekretarza swego ojca — jeżeli raz jeszcze dowiem się, że bez pozwolenia mego lub rozkazu mego ojca przeczytałeś którykolwiek z moich listów, nadzieję cię na to wierne moje żelazo i możesz być pewnym, że to uczynię, bo mówię seryo. " Nieprzyjaciołom stryja swego uczynił zarzut "że z gardzioł wylewają kłamstwa" i na potwierdzenie tego zdania, wyzwał ich, aby stanęli z nim wszyscy do pojedynku, w ciąga trzech miesięcy, na jakich tylko zechcą punktach Europy. Szalona energia wieków minionych dochowuje się jeszcze niespożyta i dlatego - to poezya wywiera na te dziewicze dusze wpływ tak niezmiernie silny. Bo żniwa ludzkie najbujniejszego wzrostu dosięgają na gruntach świeżo przez uprawę wydartych dziczyźnie. Co do Sidneya, to z charakterem melancholijnym i kochającym się w samotności łączy on wrodzoną skłonność do marzeń szlachetnych i płomiennych i tyle ma w sobie poezyi, że jest poetą nawet poza obrębem swoich wierszy.

VI.

Mamże opowiadać sielankowy okres jego twórczości, mianowicie poemat Arkadya? Jest to rzecz napisana dla rozrywki, na wsi, ku zabawie siostry autora, rodzaj romansu poetycznego, jaki był wówczas w modzie. Podobnie jak francuzki Cyrus, jak Klelia, poemat ten jest, nie pomnikiem, lecz dokumentem. Z książek takich

dowiedzieć się można tylko o powierzchownej stronie spółeczeństwa, o iego elegancyi, oglądzie i sposobie mówienia, o tem, co i jak wynada mówić wobec dam. A jednak takie książki pozwalają już odczuwać w którą stronę pochylają się umysły. W Klęli i, naprzykład, widzimy oratorski sposób rozwijania myśli, analizę dowcipną i wytrwałą, płynną i kwiecistą rozmowę ludzi spokojnie siedzących na pięknych fotelach. W Arkadyi jest znowu coś innego, a mianowicie: wyobraźnia niespokojna, uczucia wybujałe, chaos wypadków, które zdarzać się mogą tylko ludziom zaledwie wyszłyrn ze stanu wpół - barbarzyństwa. Bo też, istotnie, w Londynie ludzie na ulicach strzelają jeszcze do siebie z pistoletów, a za panowania Henryka VIII, jakoteż jego synów i córek, królowe, protektor tronu, wielu najwyższych w królestwie panów — poddają szyje pod topór kata. Sposób życia, zbrojny i pełen niebezpieczeństw, długo w Europie ustąpić nie chciał przed pokojem i spokojem, aby zamienić miłośników miecza w zwyczajnych obywateli; trzeba było przerabiać i samo społeczeństwo, i glebę, w której ono rosło. Od czynów gwałtownych i przygód niebezpiecznych nas odzwyczaiły zrazu wielkie gościńce zbudowane przez Ludwika XIV-go i zaprowadzona przez niego porządna administracya, a potem drogi żelazne i policyanci po miastach. Lecz w owym momencie dziejów, gdy Sidney pisał swoją Arkadyą, głowy były jeszcze pełne obrazów tragicznych. Znajduje się też ich w tym utworze tyle, ile-by wystarczyło do zapełnienia sześciu epopei. "Napisanie Arcadii było dla mnie zabawką, — mówi Sidney — ulżyłem przez nie młodzieńczej swej głowie. " Na pierwszych dwudziestu pięciu stronicach spotykamy rozbicie się okrętu, historyę o rozbójnikach morskich, księcia, który, już tonąc, uratowany zostaje przez pasterzy, podróż do Arkadyi, przebranie się dla niepoznaki, ucieczkę króla, który z żoną i dziećmi osiada na pustyni, wyzwolenie młodego wielkiego pana, który był więzionym, wojnę z Helotami, zawarcie pokoju i mnóstwo innych, tym podobnych rzeczy. Jeżeli zechcemy czytać dalej, zobaczymy księżniczkę wiezioną przez złośliwą wieszczkę, która ją ćwiczy i pod groźbą śmierci rozkazuje jej poślubić swego syna; potem — piękną królową, skazaną na śmierć przez spalenie, jeżeli wskazani rycerze nie przybędą ku jej obronie; potem jeszcze — chytrego księcia, srogiemi męczarniami karanego za popełnione zbrodnie, a następnie strąconego ze szczytu piramidy; a potem jeszcze — walki zbrojne, zasadzki, porwania, podróże: słowem, cały zasób materyału do napisania najbardziej romansowego romansu.

Taką jest strona poważna dzieła, a strona lekka posiada te same cechy, przedewszystkiem — wybujałą fantazyę, która rozciąga nad wszystkiem rządy absolutne. Jak u Szekspira i Lopezą, od niepraw-

dopodobnej sielanki przechodzimy tu do nieprawdopodobnej również tragedyi. Pasterze puszczają się w tany nieustanne, ale zarazem są ludźmi wielce ugrzecznionymi, dobrymi poetami i subtelnymi metafizykami. Bo też niektórzy z nich to książęta, starający się o względy księżniczek. Śpiewają bez końca i zawodzą tańce allegoryczne. Naprzykład: wysuwają się naprzód dwie grupy, z których jedną składają słudzy Rozumu, drugą słudzy Namiętności, przyczem znajduje się długi opis kapeluszy, sukni i wstążek, które na sobie mieć powinni. Wszczynają kłótnię wierszowaną, w której napaści i odpowiedzi, krótkie, szybko po sobie następujące, obmyślone i wyszukane, stanowią rodzaj umysłowego turnieju. Czyliż w tym czasie ktokolwiek dba o prawdopodobieństwo i naturalność? Podobne uroczystości odbywają się podczas przyjęć dworskich Elżbiety, a dość popatrzeć na sztychy Sadlera, Marcina Vosa i Goltziusa, aby dojrzeć w nich to samo pomieszanie piękna działającego na zmysły z zagadnieniami filozoficznemi. Hrabina Pembroke i jej damy przyboczne zachwycone są tą obfitością przebrań i wierszy, tą operą przedstawianą na tle zielonych drzew; bo w wieku szesnastym ludzie mają zmysł wzroku silnie rozwinięty i w ogóle wszystkie zmysły tak usposobione, iż od poezyi wymagają takich samych uciech jak od malarstwa i balów maskowych. Jest to chwila, w której człowiek nie staje się jeszcze czystym rozumem: abstrakcyjne prawdy zadawalniać go nie mogą. Bogate, pomarszczone i w fałdy poukładane materye, igranie po nich połysków słonecznych, łąka okryta białemi stokrociami, damy w adamaszkowych sukniach, ramiona obnażone, wieńce na głowach, orkiestry grające za firanką z liści: oto są widoki, których czytelnik ówczesny dla wyobraźni swej wymaga od autora, nie dbając zresztą o przeciwieństwo, i chętnie znajduje sobie salon pośród pól.

Ale o czem w takich salonach mówić będzie? Tu właśnie wybucha cały szał zdenerwowanej egzaltacyi, będącej znamieniem tego czasu. Przedewszystkiem miłość wstępuje tu do siedem razy siódmego nieba. Bohater Arkadyi, Musidorus, jest rodzonym bratem naszego, francuzkiego, Celadona, a bohaterka, Pamela, blizką krewną najsurowszych heroin naszej Astrei. Pełno tu wszelakich, nawet hiszpańskich, przesad i fałszów. I rzecz to zupełnie zrozumiała, bo w dziełach, które dyktuje moda, lub dworactwo, daremnie-by szukać szczerości i prawdy uczucia; dowcip, chęć przypodobania się i wywołania silnych wrażeń, chęć ładniejszego nad innych mówienia tak nawskróś przenikają te dzieła, tak je przepełniają ozdobami i wymyślnościami, taki wprowadzają do nich chaos, że stają się one całe tylko chaosem. Musidorus chciał pocałować Pamelę, i odepchnięty przez nią, byłby wnet umarł, gdyby, na szczęście, nie przypomniał sobie, że odejść mu rozkazała: więc dla spełnienia jej rozkazu wzmaga się w siły i odcho-

dzi. Odchodząc, żale swe powierza drzewom, — płacząc, rymuje. Są. ta dyalogi, w których echo przez powtarzanie ostatnich wyrazów daje odpowiedzi, są rymowane duety, strofy symetrycznie sobie odpowiadające, w których znajduje się drobiazgowy wykład całej teoryi miłości, wszystkie, słowem, koncertowe kawałki poezyi zdobniczej. Wysyłając listy do kochanek, kochankowie przemawiają do tych listów, proszą atramentu, aby rzewnie za nich płakał: "Kiedy spojrzenie jej na tobie spocznie, czarność twa, o, atramencie, przemieni się w jasność; kiedy czytać cię będzie, z krzyków twych powstanie muzyka. " Dwie księżniczki w następujący sposób układają się do snu: ' "Zubożyły swoją odzież, aby wzbogacić swe posłanie, które tej nocy mogło śmiało pogardzać ołtarzem Wenery, i kiedy na niem w pieszczocie wzajemnej, a czystej, z pocałunkami słodkiemi, chociaż zimnemi, spoczęły, możnaby mniemać, że Amor zleciał, aby strzałami swemi obok nich poigrać, lub na wonnych ich wargach ochłodzić nużące go ognie. "

Dla przebaczenia takich głupstw przypomnieć sobie trzeba Szekspira, w którym znajdują się również głupstwa do tych podobne. Należy też je wyrozumieć, wyobrazić sobie na miejscu ich powstania, śród odpowiedniego otoczenia, uznać w nich to, czem są istotnie: więc zbytek oryginalności i wynalazczego zapału. Daremnie głupstwa te usiłują na zabój psuć najpiękniejsze pomysły, z pod ich warstwy przebije się zawsze pierwotna oryginalność i świeżość. Już zaraz w następnem dziele Sidneya p. tyt. Obrona poezyi objawia się istotne bogactwo wyobraźni, brzmią tony pełne powagi i szczerości, rozwija się styl wspaniały i umysł czytelnika pod władzę swą podbijający, goreje namiętność i wzniosłość, które autor posiada w swem sercu i do dzieł swoich przelewać zaczyna. Jest to platończyk, człowiek chętnie oddający się rozmyślaniom, przeniknięty starożytnemi doktrynami, z wysoka spoglądający na świat, a doskonałość poezyi upatrujący, nie w ozdóbkach, nie w rymie lub naśladownictwie, lecz w tych górnych i twórczych pomysłach, któremi artysta dzieła natury przetwarza i w nową piękność przyobleka. Zarazem jest to człowiek pełen ognia, ufający w szlachetność dążeń swych i w szerokość swojej myśli, z wiarą walczący przeciw krzykliwemu, ciasnemu, gminnemu, małomieszczańskiemu purytanizmowi, a w walce tryskający wzgardliwą ironią, dumą i zamiłowaniem wolności, które napełniały go jako poetę i wielkiego pana.

Sidney utrzymuje, że jeżeli którakolwiek z pomiędzy sztuk i umiejętności może być wielką budzicielką i uprawiaczką szlachetnych.

uczuć ludzkich, to jest nią najpewniej poezya. Stawia on z kolei przed jej obliczem filozofa i historyka, których uroszczenia wyśmiewa i niweczy. Walczy o cześć poezyi, jak rycerz o cześć swej damy, a Jakimże czyni to stylem przepysznym i bohaterskim! Opowiada, że stara ballada o Percy'm i Donglasie napełniła serce jego dźwiękami trąb wojennych. "Jeżeli zaś w ubogiej odzieży, w pyle i pajęczynach, któremi okryły je wieki grubego prostactwa, ballada ta wpływ taki wywiera, czegóżby nie dokazała we wspaniałej szacie wymowy Pindarowej?" Filozof odstrasza; poeta pociąga ku sobie. "Gdy znajdujesz się w towarzystwie poety, zdaje ci się, że z nim razem wchodzisz do pięknej winnicy. Zaraz u wstępu daje ci on do skosztowania grono winne, którego smakiem napełniwszy usta, pragniesz iść dalej. " Czyż jest choć jeden rodzaj poezyi, któryby nie sprawiał przyjemności? Byłażby nim sielanka pogodna i lekka? "Albo jamb gorzki, lecz zdrowy, który satyrą naciera żywe rany ducha, a ze śmiałych i przejmujących krzyków tworzy trąbę, którą hańba obwołuje po świecie występek. " U końca dzieła Sidney skupia wszystkie swe wywody, a dźwięczne i rycerskie brzmienie okresów jego staje się podobnem do zwycięzkiej pobudki wojennej. "Ponieważ doskonałość poezyi tak łatwo i niewątpliwie udowodnić, a nizko czołgające się przeciw niej zarzuty tak szybko zdeptać można; ponieważ jest ona sztuką, służącą, nie kłamstwu, lecz prawdzie; ponieważ, nie zniewieściałość, lecz bodźce dla męztwa przynosi; ponieważ umysłu ludzkiego nie zwodzi, lecz, owszem, w rozum i siły go wzbija: więc zasadzajmy wawrzyny na wieńce dla poetów, a nieczystym oddechom potwarców wzbraniajmy przystępu do przejrzystych strumieni poezyi!" Sama już powaga i zapał, któremi tchną te wiersze, dać mogą niejakie wyobrażenie o ich wartości.

VII.

Ileż razy, po przeczytaniu któregokolwiek z poetów ówczesnych, nad ówczesnemi sztychami schylony, myślałem sobie, że człowiek, który żył w czasach owych, ciałem i duchem był innym od tego, którego dziś widzimy! W nas także istnieją namiętności, lecz my jesteśmy za słabi do ich dźwigania: uginamy się pod niemi i żaden z nas bez karnie poetą być nie może. Alfred de Musset, Henryk Heine, Edgan Poe, Burns,. Byron, Shelley — Cowper — i iluż jeszcze! — jak wielu! doświadczyło niesmaku i zniechęcenia, uległo zezwierzęceniu chorobie, niemocy, obłąkaniu, samobójstwu, w najlepszym razie chorobliwej pobudliwości i gorączkowemu deklamatorstwu, czyli tym wszystkim plagom, które dziś otwierają ujście i koniec ostateczny

każdemu poetycznemu temperamentowi. Uniesienia mózgu wgryzają się nam we wnętrzności, wysuszają krew, przenikają do szpiku, jak uragan wstrząsają człowiekiem, którego skielet, urobiony przez cywilizacyę, jest już zbyt słaby, aby mógł długo opierać się tym wstrząśnieniom. Tamci, surowiej wychowywani, więcej do burz nawykli, z niebezpieczeństwami oswojeni, przez ćwiczenie ciał zahartowani, żyli, trwali wśród zawieruchy namiętności i wizyi takich, naprzykład, jakie przeżył Szekspir. Któż z nas dziś zdołałby wszystko to znieść i potem, tak jak Szekspir, po mieszczańsku, rozsądnie, z dobrze uregulowanemi dochodami, w rodzinnej mieścinie dni swoich dokończyć? Mięśnie silne omdlewały niełatwo. Gwałtowne skupienie uwagi, połowiczne halucynacye, trwogi wstrząsające piersią, drżenie członków, pomimowoli wyprężających się do czynu — wszystkie, słowem, bolesne porywy, które zazwyczaj towarzyszą potężnym żądzom, mniej ludzi ówczesnych niż nas nużyły i wyczerpywały. Dlatego też gwałtowne żądze ich trwały dłużej i walczyły dzielniej. D'Aubigne, otrzymawszy kilka ran od miecza, mniemając, że wnet umrze, rozkazał przywiązać siebie do konia i w ten sposób ujechał kilka mil, a przybywszy do miejsca, gdzie znajdowała się pani jego serca, którą raz jeszcze oglądać pragnął, utratą krwi osłabiony, zemdlał. Takiemi są uczucia, które w malowidłach ówczesnych dziś jeszcze odgadujemy z wejrzeń śmiałych i jak ostrze miecza przeszywających, z siły pochylonych lub wyprężonych karków, ze zmysłowości, energii, zapału, któremi tchną ruchy i spójrzenia tych postaci.

Takie uczucia wyczuwamy dziś z poezyi Greene'a, Lodge'a, Jonsona, Spensera, Szekspira, więc także i Sidneya. One-to, te uczucia, każą zapominać o towarzyszących im błędach smaku, przesadach i dziwactwach mowy. I czyli ta mowa była istotnie tak bardzo dziwaczną? Wyobraźmy sobie człowieka zakochanego, któryby nieustannie, z zamkniętemi oczyma, widział przed sobą wyraźny, ubóstwiony obraz kobiety ukochanej, dnie całe spędzał wśród drżeń i wzruszeń, wpatrując się z kolei w jej czoło, usta, oczy, — któryby nie chciał i nie mógł rozstać się z tem swojem wewnętrznem widzeniem i codzień głębiej w niem się zanurzał, — któryby co chwilę był rozdzierany przez niepokoje śmiertelne, lub unoszony nad ziemię przez rajskie zachwyty; wyobraźmy sobie tylko człowieka takiego i powiedzmy: czy może on zachować ścisłe pojęcie o rzeczach? Myśl nieustannie zwracająca się ku jednemu punktowi przyjmuje zwykle kierunek błędny. Można przypatrywać się przedmiotowi jakiemuś tak długo i wszechstronnie, że aż wzrok zacznie widzieć go wcale innym, niż jest w rzeczywistości. Ilekroć nie możemy o przedmiocie jakimś myśleć inaczej, jeno z olśnieniem i z płaczem, kończymy na powiększaniu go i Przypisywaniu mu przymiotów, których on, taki, jaki jest, nie posia-

da. Wówczas porównania dziwaczne, myśli na pozór wyszukane, obrazy przesadzone, nasuwają się same przez się i są szczeremi.

Tak i Sidney, gdziekolwiek-by się znalazł i czegokolwiek-by dotknął, na całym świecie nie dostrzega nic oprócz imienia i rysów Stelli. Wszystkie myśli powstające mu w głowie pociągają go ku niej, a właściwie jest on wiecznie i nieprzezwyciężenie pociągany przez myśl jedną, i ztąd to pochodzi, że porównania nam wydające się najbardziej luźnemi u niego są wyrazem nieustannej obecności i wielkiej potęgi wyobrażenia, które nad nim całym panuje. Kiedy Stella jest chorą, Sidney wyobraża sobie, że "płacze w niej radość, będąca gościem jej oczu. " Wydaje się to niedorzecznością, a jednak może i nie jest, niedorzecznością u Sidneya, który całemi godzinami przypatrywał się wyrazowi tych oczu, aż ujrzał w nich wszystkie piękności niebieskie i ziemskie, aż wobec nich pogasły mu wszystkie światła i zbladły wszystkie uroki życia. Zważyć też należy, że każda wielka namiętność kruszy prawidła powszednie i ma w sobie przesady, dzieciństwa, szaleństwa, igraszki słów, nagości mowy, nad któremi nasza francuzka logiczność sprawować sądów nie może; że zresztą, wszelkie gwałtowne stany machiny nerwowej są jakby nadzwyczajnemi i nieznanemi krainami, do których ani zdrowy rozsądek, ani porządny sposób mówienia, nigdy przeniknąć nie zdołają.

W chwili powrotu wiosny, gdy Maj okrywa pola pstrą szatą świeżo rozkwitłych kwiatów, Astrophel i Stella siadają w cieniu ustronnego lasku, w powietrzu ciepłem, pełnem świegotu ptactwa i rozkosznych woni. Niebo uśmiecha się pogodą, wiatr składa pocałunki na drżących liściach, drzewa, pochylając się ku sobie, łączą gałęzie swe wzdęte młodemi sokami, ziemia, zjęta miłośnem drżeniem, chciwie pochłania kędziorki wody. Młodzieniec, z sercem silnie bijącem i śpiesznie oddychającą piersią, klęczy u stóp kochanki i "młoda dusza jego tuli się do niej, jak ptak do ukochanego gniazda. " "Stello, wszechwładna pani mojej radości i troski! Stello, na którą raj miłości wylał wszystką światłość swoją! Stello, której jedno słowo wstrząsa wszystkiemi zmysłami! Stello, z której śpiewem zlatują do serca widzenia anielskie!" Jest to jakby hymn złożony z wykrzyków ubóstwienia. Codziennie Sidney zapisuje myśli, które nasuwa mu jego kochanie, a na stu stronnicach tego dziennika, czuć wzmagające się coraz płomię miłosne. Uśmiech kochanki, każde jej poruszenie, pasmo włosów przez wiatr muśnięte — stanowią dla niego ważne wypadki życia. Opisuje ją w postawach najrozmaitszych; widokiem jej nigdy nasycić się nie może. Przemawia do ptaków, roślin, wiatrów, do całej natury; świat cały rozściela pod stopy Stelli. Na myśl o pocałunku jej omdlewa. "Drżące serce moje wyjdzie mi na usta, aby posiąść swą rozkosz, aby pocałować te róże woniejące miodem

najwyższej słodyczy i które zza otwierających się rubinów jaśnieją perłami. " W olśniewająco świetnym sonecie, w którym poeta zapytuje: dlaczego róże Stelli pobladły? — znajdują się prawdziwie wschodnie przepychy. "Gdzie są róże, które wzrok nasz zachwycały? kędyż lica rumiane, na których wstydliwa cnota okrywała się purpurowym płaszczem królewskiej skłonności? Kto z porannych niebios moich zdjął ich szkarłatną szatę?" "Od myśli o tobie życie me topnieje". Wyczerpany zachwytem i uniesieniem, milknie. Potem, "jak satyr, który do Proraeteusza, przynoszącego na ziemię ogień, przybiegł i pocałował płomię, a następnie, uniesiony szczęściem, z szalonemi krzykami uciekł w lasy i puste pola, nie mogąc ukoić warg spieczonych przez boski żywioł" — tak poeta ucieka z jednej krainy myśli do innej, ukojenia dla piekącej rany swej szukając. Aż nakoniec nastało to ukojenie i w momencie pogody duch poety, błyszczący i chyży, igra nad gorejącem wciąż wielkiem ogniskiem, jak skrzydlaty płomyk. Z obawą tutaj tłómaczę te rojenia rozkochanego malarza, te śliczne pomysły pogańskie i rycerskie, śród których zdają się błądzić przypomnienia Petrarki i Platona. Czy zdołam je przetłómaczyć? Proszę czytelnika, aby na chwilę zapomniał o naszym rozsądnym, dzisiejszym języku, a pod pozorną przesadą starał się odczuć cały wdzięk tych żarcików.

Piękno oczu, ust słodycz, serce posiąść twoje

Pragnąc, w szale wezwałem Kupida pomocy,

Gdy on sam na piękności twojej szedł podboje,

By się wzmódz i upoić — ty, zorzo mej nocy!

Jeśli kto przeciw niemu wystąpić się waży,

Dość mu tylko go zmierzyć wzrokiem — wzrok go skruszy:

Rzuci broń, u Miłości upadnie ołtarzy;

Śmierć z miłości stanie się szczęściem jego duszy.

Gdy Amor chce poigrać, leci na jej usta,

Wstydząc się sam przed sobą swego zakochania,

A zabawa warg jego z wargami jej pusta...

Lecz gdy myśl płochą żądza spokoju odgania,

Miłość chce żyć i mieszkać pod ciszy opieką

W sercu, co jest samotne — od świata daleko.

W wierszu tym czuć podbite i serce i zmysły. Istotnie też, jeżeli oczy Stelli poeta przekłada nad wszystkie piękności tej ziemi, to o duszy jej mówi, że "piękniejszą jest jeszcze od ciała. " Duch Platona

przemawia jego słowami, gdy twierdzi, że cnota, chcąc ludzi natchnąć miłością ku sobie przyoblekła się w postać Stelli ku zachwycaniu ich oczu i "odsłanianin przed niemi tych wewnętrznych niebios, które dostępne są tylko duszom bohaterów. " Czuć w nim całkowite poddanie się serca przedmiotowi ukochanemu, miłość ureligijnioną, namiętność doskonałą, która wzrastać już nie pragnie, lecz, za wzorem mistyków religijnych, wobec przedmiotu ukochania czuje się maluczką. "Młodość moja więdnie, wiedza moja przynosi mi w darze same błahostki, wszystkie siły umysłu mego zużywają się na namiętność, która za całą nagrodę sprawia mi szalone cierpienia Widzę, że droga moja prowadzi mię do zguby, widzę to, a jednak największem mojem strapieniem jest niemożność postradania dóbr większych jeszcze dla miłości Stelli!" Nakoniec, jak Sokrates w Biesiadzie, poeta wznosi oczy ku nieśmiertelnemu Pięknu, ku tej światłości niebieskiej, "która przebija chmury, jaśniejąc i zarazem jasnością wzrok nasz obdarzając. " "O, w tej światłości, niech utkwią twe oczy! Ona niech przewodniczy ci na znikomej tej drodze, która od urodzenia wiedzie ku śmierci!" Dalszym ciągiem miłości ziemskiej jest dla niego miłość nadziemska; tamta więziła go, lecz, wyzwolony, ku tej wzlatuje. Z tych szlachetnych i wysokich wzlotów poznać można duszę poważną, której podobne powstawały zawsze pod tem niebem i pośród tego plemienia. Zpoza panującego powszechnie pogaństwa przebijają się tu instynkty spirytualistyczne i tworzą platoników, zanim poczną wytwarzać chrześcijan.


VIII.


Otoczony poetami, mnóstwem poetów, Sidney był tylko żołnierzem w legionie. Przez pięćdziesiąt dwa lata zjawiło się w Anglii, oprócz dramaturgów, dwustu trzydziestu trzech poetów (1), z których czterdziestu genialnych lub utalentowanych, jak np. Breton, Donnę, Drayton, Lodge, Greene, dwaj Fletcherowie, Beaumont, Spenser, Szekspir, Ben Jonson, Marlowe, Wither, Warner, Davison, Carew, Suckling, Herrick i inni, których wyliczenie byłoby zbyt utudzającem. Jest to taki sam urodzaj, jak ten, który współcześnie objawił się w katolickiej i bohaterskiej Hiszpanii, tu i tam stanowiąc zna czasu, dowód potrzeby powszechnie odczuwanej, rys stanu umysłówe-


(1). Nathan Drake: 310, Shakespeare and his times. Do tych 233-ch poetów ni zaliczeni są autorowie utworów pojedyńczych, lecz tylko tacy, których zbiorów dzieła ukazały się w druku.

go, który był niezwykłym i musiał też być przejściowym. I czemże odznaczał się ten stan, rozbudzający ze wszechstron zamiłowanie poezyi i powstawanie jej wywołujący? Co wlewało tchnienie życia w te wszystkie dzieła? Zkąd pochodziło to, że nawet u maluczkich, pomimo pedanteryi i niezręczności, obok kronikarskich rymów i dykcyonarzowych opisów znajdują się zawsze malowidła świetne i szczere wykrzyki miłosne? Co było przyczyną, że wraz z przeminięciem tego pokolenia prawdziwa poezya skończyła się w Anglii, jak skończyło się we Flandryi i Włoszech prawdziwe malarstwo? Odpowiedź na te pytania znajdujemy w zjawieniu się i zniknięciu pewnego momentu, mianowicie: momentu pomysłów twórczych i czysto-popędowych. Ludzie ci posiadali zmysły świeże, a głowy wolne od wszelkich teoryi: więc widok świata wywierał na nich wrażenie wcale odmienne od tego, które wywiera na nas. Czem jest brzask przed wschodem słońca dla dzisiejszego pospolitego człowieka: Plamą białą u skraju nieba, pomiędzy pagórkami, szmatami pola i kawałkami dróg, na których wzrok tyle razy spoczywał, że spostrzegać je przestał. Dla tamtych wszystko to posiadało duszę, czyli, że we własnej duszy, w sobie samych, uczuwali oni przez odbicie każdy pęd i zakręt każdej linii, wszystkie siły i kontrasty barw, boleść i rozkosz, które, nakształt akordu lub krzyku, wydaje z siebie, chaotyczny w szczegółach, a pełny w sobie, obraz natury. Jakże smętnem jest słońce, gdy wschodzi we mgłach "nad posępnemi zagonami pola; " jakiej rezygnacyi pełne są te stare drzewa, ociekające nocną ulewą! Co za gorączka w zgiełku bałwanów wodnych, których trzoda leci "z rozczochranemi grzywami", nieustannie tarzając się po powierzchni wodnej otchłani! Lecz oto pochodnia niebieska, bóg promienisty wydobył się z cieniów i zajaśniał. Jednocześnie trawy giętkie, miękkie i wysokie, łąki wiecznie zielone, rozłożyste sklepienia wielkich dębów, — cały, słowem, krajobraz angielski, wciąż oczyszczany i odświeżany przez obfite wody, stanął w całej swej nieskończonej świeżości. Łąki te, różowe i białe od zawsze wilgotnych i młodzieńczych kwiatów, zza rozwiewającej zasłony mgły złotawej ukazują się nieśmiało, do pięknych dziewic podobne. Pośród nich rozwija się "kukułka (fleur de coucou), ukazaniem się swem poprzedzająca przylot jaskółek, hyacynt łąkowy, błękitnawy, jak żyły na ciele kobiecem, i łotoć, który ociekając łzami, wraz ze skńcem budzi się i układa do snu (1). " "Z oddali śliczna jutrzenka, a błyszczących wrót, w których stanęła, pozłaca szczyty wzgórzy, osypane przez noc perłami, a gromady ptasząt, w radości porankowej tak


(1) [206]

rozgłośnie dzwonią szczebioczącemi glosy, że odpowiadają im echa ze wzgórzy i dolin, a rozszemrane i rozdźwięczone powietrze jest jakby złożone z samych tylko dźwięków. Tymczasem słońce wznosi się coraz wyżej, złotem czołem przebija mgły pierzchające, a promienie jego, przenikając w gęstwiny splątanych konarów drzew, budzą pocałunkami uśpione cienie (1). "

Jeszcze chwilę, a ukażą się bogowie starożytni, ci bogowie wiecznie żyjący, bo zmieszani z naturą wszechrzeczy, więc niezbędnie obecni przy każdym tryumfie natury. "Cerera, hojna królowa, przechadza się pośród swych pól bogatych w żyto, owies, jęczmień, wyki i kwitnące grochy, potem wśród kwiatów, na górach zarosłych trawami, które z chrzęstem skubią stada owieczek, — potem jeszcze nad strumieniami, ubranemi po brzegach w gęstwiny lilii i piwonii, które kwiecień, wilgotny kwiecień, zasiewa i maluje na wieńce dla nimf strzegących czystości (2). n A teraz Iryda: jej skrzydła, szafranowej barwy, zlewają na kwiaty wonną rosę i odświeżające deszcze; Iryda, ta bogata przepaska ziemi, każdym końcem swego błękitnego łuku dotyka gajów polnych i nagich szczytów wzgórzy. Flora, strojna i świetna, dumnie spoczywa śród przepychu kwiatów, w rozwianym po świecie płaszczu świątecznym z olśniewającej zieloności (3). Wszystkie przyjemności i wdzięki łagodnie zwilżanego klimatu, wszystkie osobliwości i bogactwa przelewających się w nim barw zmiennego nieba, obfitej aż do zbytku roślinności, zgromadzają się w sposób taki dokoła bóstw, obdarzających je ciałem, ciałem bardzo pięknem. Każdy człowiek posiada w życiu swem chwile, w których świat otaczający czyni na niego wstrząsające wrażenie, w których cały zasób nagromadzonych myśli, urywanych wspomnień, mglistych obrazów, zazwyczaj sennie zalegający zakątki jego ducha, powstaje i w ruch wprawiony, łącząc się w całość, nagle rozwija się jak korona kwiatu. Wówczas zachwycone i pełne podziwu oczy człowieka nie mogą dość napatrzeć się temu pięknemu, świeżo rozkwitłemu tworowi; patrzą wciąż i patrzą jeszcze, a myśl ku niczemu innemu zwrócić się nie może. Podobne chwile zdarzają się w życiu narodów, a jedną z nich była ta właśnie, o której mówimy. Ludzie wówczas czerpali wielką błogość z przyglądania się rzeczom pięknym, tego tylko pragnąc, aby były jaknajpiękniejszemi. Umysłów ich nie pochłaniały teorye, ani prace nad wyrabianiem poięć filozoficznych lub moralnych tak, jak pochłaniają nasze. Celem ich pożądań były rozkosze wyobraźni i wzroku; a nietylko ich samych, bo w tej samej porze szlachta wło-


(1) [207]

(2) [208]

(3) [209]

ska tak dalece rozkochała się w pięknych barwach i kształtach, że malowidłami okrywała, oprócz mieszkań i świątyń, wieka skrzyń i siodła do konnej jazdy. Najpiękniejszemi przedmiotami, które człowiek oglądać może na tym świecie, wydawały się im pola zielone j gwiatłem słonecznem pozłocone, kobiety młode, strojne, kwitnące zdrowiem i miłością; — wpółnadzy bożkowie obu płci, przedstawiający arcydzieła i wzory siły i wdzięku. Te właśnie przedmioty, najżywszem zadowoleniem przejmując serca i zmysły ludzi ówczesnych, budziły w nich płomię wesołości i śmiechu; i one też napełniają dzieła poetów prawdziwie cudowną obfitością piosnek, sielanek, sonetów, wierszy ulotnych, tak życia, wykwintu, i lekkości pełnych, że równie szybkiego i bujnego rozkwitu poezyi nigdy już odtąd świat widzieć nie miał. Cóż ztąd, że niegdyś tam ołtarze Wenery i Kupidyna zburzone zostały? Ludzie ci o tem nie myślą i, tak jak współcześni im malarze włoscy, z lubością przypatrują się oczyma wyobraźni pięknemu, nagiemu dziecięciu w przezroczem powietrzu ciągniętemu na złotym wozie, lub kobiecie olśniewająco młodej, stojącej na falach, które całują jej śnieżnie białe stopy. Widok ten wprawia w zachwyt nawet surowego Ben Jonsona. Karny pułk jego męzkich wierszy rozbiega się wobec tego widoku na gromadki strof pełnych wdzięku, tak lekkich jak dziatwa na Rafaelowskich obrazach (1). Spostrzega on wóz Amora; ciągną go łabędzie i gołębie, na którym jedzie pani jego serca. Sam Amor powozi, a ona, przesuwa się z taką pogodą i takim uśmiechem na twarzy, że każde serce, zachwycone jej boskiem wejrzeniem, pragnie już tylko, jako jedynego szczęścia, patrzeć na nią i jej służyć:

Spójrzcie na oczy jej: to błyskawice —

Wszystek miłości świat oświetlające —

Spójrzcie na włosy jej: to są krynice —

Blasków, wschodzącej gwiazdy tkliwych wzruszeń —

Czyście widzieli kielich lilii, gdy rozkwita, —

Nim człowiek go dotknie rękoma grubemi? —

Czyście widzieli płat śniegu, gdy spada, —

A nie zmieszał się jeszcze z ziemskiem tym błotem? —

Oddychaliście! kiedy wonią pąków różanych, —

Lub kadzidła, które w ogniu się pali? —

O, tak białą, tak śliczną, pełną lubych wdzięków,

Jest pani serca mego, ilekroć mi błyśnie (2)!"


(1) [210]

Nie jestże to pełnem życia, wielce dalekiem od sztucznie odtwarzanej i suchej mitologii? Na wzór Teokryta i Moschusa igrają oni z wesolemi bożkami i z wiary w nich sporządzają sobie ucztę. Pewnego razu, w zacisznym gaju, Kupidyn zeszedł uśpioną nimfę. "Złote włosy twarz jej przysłaniały, — Ramiona niedbale z dwu stron ciała opadły, — Głowa spoczywała na kołczanie, — po obnażonej piersi swobodnie igrały wiatry (1)" Kupidyn zbliżył się zcicha, z kołczana jej wyjął strzały i na ich miejsce włożył swoje, aż, zbudzona sprawionym przez to szelestem, obudziła się i ujrzała nadchodzącego pasterza. Zrywa się i uciekać zaczyna; pasterz za nią goni; ona napina łuk i wypuszcza ku niemu kupidynowe strzały; on, silniej jeszcze tem rozpłomieniony, już, już pochwycić ją ma w objęcia. Zrozpaczona, zapuszcza strzałę we własne swe, piękne łono: i oto, nagłą zmianą dotknięta, staje, uśmiecha się, sama idzie na jego spotkanie. "Góra z górą się nie spotka, lecz kochanek z kochanką spotkać się muszą. — Tych dwoje uczyniło to, co czynić zwykli wszyscy kochankowie. — A bożek miłości siedział sobie na drzewie — I weselił się bardzo tym miłym widokiem (2). " Kropla złośliwego dowcipu zmieszała się tu z naiwnością i zmysłowym wdziękiem; ale jest to właściwość Longusa i całej tej przedziwnej wiązanki poetycznych utworów, która nosi tytuł Antologii. Nie jest to oschły dowcip Voltaire'a i wogóle ludzi, którzy ze wszystkich władz duchowych posiadają tylko rozum, a życie pędzą tylko w salonach: to dowcip artystów wiecznie zakochanych i z głowami wiecznie pełnemi barw, form; artystów, którzy, wypowiadając drobnostki, czułostki, mają przed oczyma wyobraźni szyje pięknie wygięte, powieki spuszczone, rumieńce występujące na alabastrowe lica (3). Jakaś piękność, naprzykład, wydeklamowała coś z prześlicznemi minkami; jak wyraźnie w następującym wierszu odbija się nadąsane wydęcie jej warg! "Miłość w sercu mojem wyrabia miód, jak w ulu. — Niekiedy muska mię skrzydełkami, niekiedy nóżkami. — W oczach moich jest jej mieszkanie; — w piersi mej jej łoże. — Pocałunki me to uczta jej codzienna. — A jednak spokój mi mój wykrada, — Ach, brzydka, niedobra złodziejka!"

Co wzmaga wartość tych ulotnych żarcików, to wielkie bogactwo wyobraźni. Jak w Pieśni nad Pieśniami, są tu prawie niepodobne do przetłómaczenia blaski, błyskawice, olśnienia i szały. "Usta jej, — pisze Greene, — to róże, na które spadła rosa, — albo


(1) Cupid's Pastime. Autor nieznany z r. 1621-go.

(2) [211]

(3) Rosalind's Madrigal.

raczej szkarłaty narcyzowego kwiatu. — Oczy jej, te piękne oczy, to przeczysta jasność, będąca życiem słońca i wesołością życia. — Lica jej to lilie rozkwitłe i zanurzone w winie, — lub grona granatów oblane mlekiem, — lub śnieżnie białe nici w siatce z karminowego jedwabiu, — lub o zachodzie słońca przepyszne obłoki. " "Lecz pocóż porównania tam, gdzie piękność przewyższa wszelkie podobieństwa? — Ktokolwiek z nieożywionych przedmiotów czerpać chce myśli miłosne, — oszpeca ich przepych i chwałę, — i w niebo miłości wzbija się na ociężałych skrzydłach (1). "

Mniemać wolno, że świat podówczas nie posiadał więcej niż dziś-piękności; ale, co pewna, to, że ówczesnym ludziom wydawał się piękniejszym, aniżeli wydaje się nam.

IX.

Przy tak wielkiej zdolności do upiękniania rzeczy naturalnem jest malowanie uczucia skupiającego w sobie wszystkie uciechy i będącego celem wszystkich marzeń człowieka, to jest, miłości, a zwłaszcza miłości niewinnej i szczęśliwej. Zpomiędzy wszystkich uczuć to uczucie wywiera na ludzi największą siłę pociągu, najsłodsze jest i najprostsze. Jest ono pierwotnym popędem serca i pierwszym wyrazem natury; istotę jego stanowi niewinność i oddanie się wzajemne, rozwaga i trudy są mu obce. Wobec niego gasną dla nas ognie namiętności zawikłanych: pogardy, nienawiści, żalów, gwałtownych pożądań. Ogarnia nas ono i chłoniemy je w siebie jak świeży powiew porannego wiatru, który przeleciał nad kwiecistem polem. Ludzie, rycerze owych czasów, pełnych niebezpieczeństw, zachwycali się tem uczuciem, napełniali się niem i prawem kontrastu znajdowali w niem wypoczynek po przebytych niebezpieczeństwach i dokonanych czynach. Najsurowsi i najtragiczniejsi z pomiędzy ich poetów opuszczali wszystko, aby biedz ku uczuciu temu. Uczynił to Szekspir, gdy przebywał pośród wiecznie zielonych dębów Ardeńskich (2), Ben Jonsen (3) w Sherwood'zkich lasach, wśrod obszernych polan, na które kładły się cienie drzew, wśród liści lśniących i kwiatów wilgotnych, drżących nad brzegami samotnych strumieni; nawet Marlowe, ten ponury malarz zgonu Edwarda II ten potężny, a pełen nadętości, twór-


---

(1) [212]

(2) [213]

(3) [214]

ca Fausta, Tamerlana i Żyda maltańskiego, porzucał krwawe dramaty, wielkie i grzmiące wiersze, pełne wściekłości obrazy, dla pisania, nie czego innego, jeno najmuzykalniejszych i najsłodszych piosnek miłosnych. Pasterz dla zdobycia łask swej ukochanej przyrzeka jej "kapelusz z kwiatów, spódniczkę haftowaną w mirtowe liście, pasek upleciony ze słomy i bursztynowych guzików i spinki z koralu. " Pójdą razem w doliny i na stoki gór skalistych; każdego majowego poranku pasterze otoczą ją kołem tanecznem, a siedząc u stóp skały przyglądać się będą we dwoje trzodom pasącym się w oddali i "cienkim strumykom, " spadającym i szumiącym przy śpiewie ptactwa. Nieraz pewnie surowi szlachcice ówcześni, wracając z łowów z sokołami, przystawali, aby popatrzeć na podobne obrazki wiejskie; potem, jako wieśniacy i ludzie z gorącą wyobraźnią, pragnęli sami w podobnych obrazkach występować. Jednak, znając się na nich, odtwarzali je po swojemu; odtwarzali je w parkach swoich, urządzanych na przyjazd królowej, w otoczeniu mnóstwa przyozdobień i własnych pomysłów, bez dbałości o wierne naśladowanie grubej natury. Nieprawdopodobieństwo nie raziło ich wcale; nie byli drobiazgowymi naśladowcami, ani badaczami: byli twórcami — tworzyli. Piękności wsi były to dla nich ramy, w które wstawiali obrazy wysnute z własnych rojeń i serc. Romantyczne i nieprawdopodobne, obrazy te są niemniej prześlicznemi. Bo cóż być może ponętniejszego nad porzucenie tego rzeczywistego świata, który krępuje nas i nęka, a puszczenie się na wolę błękitu i światła, ku wysokim krainom wieszczek i chmur; nad układanie rzeczy wedle zachcianki chwili; nad zrzucenie z siebie brzemienia praw i sztywnych, twardych, konturów zwykłego życia; nad przyozdabianie i urozmaicanie tej ziemi stosownie do wszystkich zachceń i wymyślności fantazyi? A wszystko to właśnie staje się w tych drobnych poematach. Zazwyczaj napełniające je wypadki dzieją się w miejscowości niewiadomej, a przynajmniej w takich tylko królestwach, w których królowie zostają pasterzami i chętnie pojmują za żony pasterki. Oto piękna Argentila (1), zatrzymywana przemocą na dworze swego stryja; stryj chce ją pozbawić królestwa i po dwóch latach rozkazuje jej poślubić Kurana, prostaczego krewniaka swego. Argentila ucieka, a Kuran, zrozpaczony, idzie żyć pomiędzy pasterzami. Tam razu pewnego spotyka piękną wieśniaczkę, dla której uczuwa miłość; rozmawiając z nią, stopniowo przypomina sobie Argentilę i zarzyna płakać. Płacząc, opowiada o jej miłej twarzy, giętkiej kibici, drobnych rękach, na które wybijają się liliowe żyłki, aż nagle spostrzega, że wieśniaczka mdleje, nie


(1) [215]

tyle jednak, aby nie mogła rzucić się w jego objęcia, wołając: Argentilą jestem! Tu okazuje się, że i Kuran jest królewiczem, przebranym za pasterza z miłości dla Argentili. Wnet też okrywa się zbroją j idzie walczyć z niedobrym królem, którego zwycięża. Nie było odtąd potężniejszego nadeń rycerza, i oboje z Argentilą panowali długo nad królestwem Bernicyi.

Z pośród stu podobnych bajek, prawdziwie wiosennych bajek, niech czytelnik pozwoli mi przytoczyć jedną jeszcze, jak majowy poranek świeżą i pogodną (1). Księżniczka "Dowsabela" o wczesnej porze dnia zeszła do ogrodu swego ojca i zrywała powoje, pierwiosnki, fiolki, stokrocie. Nagle zza płotu doleciał ją śpiew pasterza, który śpiewał tak cudnie, że odrazu się w nim rozkochała. On przyrzeka jej wierność i prosi ją o pocałunek. Lica księżniczki powleka różany rumieniec. "Zgięła białe jak śnieg kolano — i obok niego klęcząc, — słodko go pocałowała. — Pasterz wydał wielki okrzyk radości. — O, zawołał, nie było nigdy na świecie pastuszka — równie iak ja uradowanego (2)!" I nic więcej; lecz czyliż nie dosyć? Sen chwilowy, lecz ludzie ci co chwila mają sny takie. Łatwo zgadnąć jaka wysnuć się z nich musi poezya, o ileż wyższa nad rzeczywistość, wolna od naśladownictwa, zakochana w piękności idealnej, zdolna do stwarzania światów piękniejszych niż ten nasz świat, tak smutny. I istotnie, w poezyi tej znajduje się poemat pewien, prawdziwie boski, tak boski, że prozaiczni krytycy późniejszych wieków narwali go nudnym i że dziś jeszcze rzadko kto zrozumieć go może. Jest to poemat Spensera p. tyt. Królowa wieszczek.

X.

Dnia pewnego pan Jourdain, zostawszy mamamuczym (3) i nauczywszy się pisać ortograficznie, zwołał do siebie najznakomitszych pisarzy swego czasu, sam rozsiadł się na fotelu, im wskazał palcem Stołki, i w sposób następujący mówić zaczął:

"Panowie, przeczytałem wasze zabawne drobiazgi: podobały mi się one i chcę dostarczyć wam roboty tak, jak dostarczyłem już jej w tych dniach temu małemu Lully'emu, waszemu koledze. Na mój-to rozkaz wprowadził on do swej orkiestry trąbę morską, która jest instrumentem wielce harmonijnym i tylko dotąd przez nikogo słusznie


(1) [216]

(2) [217]

(3) [218]

nie ocenionym. Otóż, życząc sobie, abyście stosowali się do pomysłów moich tak, jak zastosował się do nich Lully, zamawiam u was poemat prozą. Wiecie o tem, że wszystko, co nie jest prozą, jest wierszem, a co nie jest wierszem, jest prozą. Jeżeli mówie: "Nikolo, podaj mi pantofle i czepek nocny!" — mówię prozą. Proszę też was, abyście to powiedzenie za wzór sobie przyjęli. Styl taki daleko przyjemniejszy jest od tej gwary niedokończonych wierszy, której dajecie nazwę rymowanej mowy. Co zaś do przedmiotu dzieła, które u was zamawiam, będę nim ja. Macie w nim opisać szlafrok w kraty, który na przyjęcie waszę włożyłem, i kamizelkę z zielonego aksamitu, którą wkładam zrana pod szlafrok, aby w niej oddawać się swobodnie ćwiczeniom ciała. Chciejcie zapamiętać i zapisać, że materya na szlafrok kosztuje po luidorze łokieć. Opis ten, dobrze zrobiony, może dostarczyć wam sposobności do wypowiedzenia wielu ładnych dykteryjek, a przytem oznajomi publiczność z cenami niektórych towarów. Chciałbym także, abyście opisali moje zwierciadła, kobierce i obicia na ścianach, i w tym-to celu kupcy, u których biorę wszystkie te rzeczy, dostarczą wam prowadzonych ze mną rachunków, a wy będziecie łaskawi rachunki te w dziele waszem umieścić. Byłoby mi też bardzo przyjemnie czytać w dziele tem całkowity i ściśle według rzeczywistości zrobiony opis sklepu ojca mego, zacnego szlachcica, który sprzedawał sukno tylko dla wyświadczenia przysługi przyjaciołom swoim, a także kuchni, w której gospodarzy służąca moja Nikola, i figielków Brusquet'a, pieska należącego do sąsiada mego, pana Dimanche'a. Nie zaszkodziłoby też wcale, gdybyście dotknęli moich spraw majątkowych, bo nic dla publiczności korzystniejszem być nie może nad dowiadywanie się o sposobach robienia milionów. Napiszcie i o tem, że córka moja Lucyla wcale nie za tego błazna Kleonta wyszła, lecz za pana Samuela Bernarda, który wzbogacił się na dzierżawieniu ferm, ma karetę i wkrótce zostanie ministrem. Za to wszystko wyznaczam wam hojną zapłatę: po pół luidora za sążeń pisma. Przyjdźcie za miesiąc i pokażcie mi jak skorzystaliście z myśli, które wam nasunąłem. "

My, ludzie dzisiejsi, jesteśmy potomkami pana Jourdaina; od początku bieżącego stulecia przemawiamy w powyższy sposób do twórców, a twórcy są nam posłuszni. Ztąd pochodzi nasza powieść mieszczańska i realistyczna. Błagam czytelnika, aby o tej powieści zapomniał, aby wpadł nawet w zapomnienie o samym sobie, a stał się na chwilę poetą, szlachcicem i w ogóle człowiekiem wieku szesnastego. Tylko pod warunkiem zabicia pana Jourdaina, w każdym z nas żyjącego, zrozumieć zdołamy poemat Spensera.

XI.

Był to potomek starożytnego rodu, spokrewniony z wiela wielkiemi rodami, przyjaciel Sidneya i Raleigha, tych dwu najdoskonalszych rycerzy swego czasu, sam, z usposobienia przynajmniej, rycerz, posiadający w obrębie stosunków swych, przyjaźni, nauk i okoliczności życia, wszystko, co natchnąć może poezyą idealną. Spotykamy go z kolei to w Cambridge, gdzie napawa się najszlachetniejszym duchem filozofii Starożytnych; to w jakiemś północnem hrabstwie, gdzie doświadcza miłości nieszczęśliwej; to w Penshurście, w tym samym zamku i w towarzystwie tych samych ludzi, wśród których powstała Arkadya; to u Sidneya, który nienaruszenie zachowywał poetyczność romantyczną i wielkoduszną rycerskość feudalną; to jeszcze na dworze, gdzie dokoła tronu rozkwitają wszystkie przepychy strojnej i karnej rycerskości; to nakoniec w Kilcolmanie, nad brzegiem pięknego jeziora, w ustronnym zamku, z którego widać było wznoszące się w amfiteatr góry i połowę Irlandyi. Ubogi zresztą, do życia dworskiego niezdolny, pomimo łask, któremi darzyła go królowa, otrzymujący od protektorów swych najniższe tylko urzędy, znużony nakoniec troskami, zamieszkał w niebezpiecznie położonej posiadłości irlandzkiej, z której, po spaleniu mu domu i dziecka, wygnało go powstanie irlandzkie, poczem w trzy miesiące umarł w nędzy i ze złamanem sercem (1). Nadzieje i zawody, wiele marzeń i smutków, trochę pociechy i nagle, wielkie nieszczęście, ubóstwo i śmierć przedwczesna — takiem było to życie, prawdziwe życie poety. Bo też w Spenserze poetą było serce; wszystko czerpał on z serca; okoliczności dawały mu tylko materyał, który przekształcał więcej, niżeli sam był przezeń kształconym, i wogóle, więcej dawał światu, aniżeli od niego otrzymywał. Na filozofii i krajobrazach, ceremoniałach i strojach, na świetnościach natury i królewskiego dworu, na wszystkiem, czego się dotknął i o czem pomyślał, wyciskał piętno własnej, wewnętrznej wzniosłości. Przedewszystkiem, była to dusza rozkochaną w pięknie czystem i szlachetnem, w najwyższym stopniu platoniczną, jedna z tych dusz najpiękniejszych, wybujałych i delikatnych, które, zrodzone na łonie naturalizmu, czerpią z niego czerstwość, lecz, przerastając go, przybliżają się ku krainom mistycznym, aż wzlotem pomimowolnym zawisają i rozkwitają u samych obrzeżyn światów najwyższych. Od Spensera droga wiedzie do Miltona, a od Miltona


(1) [219]

do purytanizmu, tak jak od Wergiliusza do Platona i od Platona do chrześcijaństwa. U Spensera, tak jak i u Platona, istnieje doskonałe poczucie piękności zmysłowej, lecz obaj oni składają hołd najwyższy pięknu duchowemu. Spenser woła do Muz: "Zaprowadźcie mię do nieznanego ustronia, w którem wraz z wami przebywa Cnota, do tej srebrnej kolebki, która ukrywają przed oczyma ludzi i wzgardą świata. " Gdy rycerz Cnoty słabnie, poeta zachęca go do wytrwania, oburza się przeciw tyra, którzy go wyzywają do walki, raduje się jego sprawiedliwością, powściągliwością i ugrzecznieniem. U początku jednej ze swych pieśni umieszcza długie strofy na cześć przyjaźni i prawości. W innej, skreśliwszy piękny rys czystości niewieściej, doradza damom zachowywanie obyczajów skromnych. U stóp swych bohaterek składa cale skarby uszanowania i tkliwości, a ilekroć dotyka je obmowa lub obelga, wzywa na pomoc wszystkich bogów i całą naturę. Imię każdej z bohaterek swoich przyozdabia jakąś górną pochwalą, a wobec piękności niewieściej doświadcza zachwytów duchowych, którychby nic powstydził się Dante i Plotinus. Bo zapatruje się on na wszelkie piękno, nietylko jako na harmonię barw i kształtów, lecz jako na wysiąk, pochodzący z piękna jedynego, niebiańskiego, wiekuistego, z piękna, którego żadne śmiertelne oko dostrzedz nie zdoła, lecz które stanowi najpierwsze z dzieł wielkiego Twórcy światów (1). Ciała uzewnętrzniają tylko to piękno, lecz nie są jego siedliskiem; wdzięk i siła pociągu przebywają nie, w rzeczach, lecz w przeświecającej przez nie myśli nieśmiertelnej. "Ta śliczna barwa rumiana i biała, która obleka lica, zblednie i zniknie. — Te mile listki różane, tak słodko zdobiące wargi, zwiędną i opadną, — aby stać się tem czem, były wprzódy: wietrzejącą gliną. — Te włosy złote, oczy, jak świetne gwiazdy jaśniejące, — blask swój utracą i obrócą się w proch. — Lecz światło boskiej lampy, — którego promienie wzniecają miłość kochanków, — nie zgaśnie i nie osłabnie. — Gdy rozproszą się duchy życiotwórcze, światło to wróci na rodzinną swoją planetę. — Bo tam w górze zrodzone, i cząstką najczystszych niebios będące, — umrzeć nie może. " Wobec takiego pojęcia o pięknie zmienia się pojęcie o miłości, która staje się władczynią prawdy, prawości i "wzlatuje wysoko nad proch nikczemny, — na skrzydłach złotych, ku najwyższemu empireum — gdzie ustają napaści żądz cielesnych, — jak krety, wkopujące się w ziemi. " Tak pojęta, miłość zawiera w sobie wszelkie dobro, piękno i wszelką wzniosłość; jest najpierwszem źródłem ducha, dającego życie wszech rzeczom. Ona-to, i pod taką właśnie postacią, pierwotne niezgody i sprzeczności


(1) [220]

przemieniła w harmonię sfer i wytworzyła podstawę wszechświata. W Bogu mieszka miłość taka, sama jest Bogiem, a na ziemię zstąpiła w postaci cielesnej, aby podeprzeć chwiejący się świat i plemię ludzkie zbawić. Ilekroć oczy nasze przebić zdołają pozory rzeczy, widzimy miłość taką dokoła istot i we wnętrzu istot, jako światło, które ożywia, przenika i ogarnia wszechbyt i wszechstworzenie. Tu poeta dosięga tego najwyższego, ostro zakończonego szczytu, na którym świat duchowy spotyka się ze światem zmysłowym, a człowiek, oburącz zrywając po obu stronach najpiękniejsze kwiaty, w jednej istocie swojej łączy pogaństwo z chrześcijaństwem.

XII.

Tyle co do uczuć serdecznych; zresztą, Spenser jest poetą, to jest, duchem doskonale marzycielskim i twórczym, marzącym i tworzącym w sposób najbardziej naturalny, popędowy i wytrwały. To nic, że etan wewnętrzny wielkich twórców po wielekroć był opisywanym; zawsze jeszcze opisywać go wypada. Można go sobie wyobrazić, jako rodzaj roślinności, która pokrywa umysł; co chwila wyrasta tam pąk jakiś, potem drugi, potem jeszcze trzeci; każdy zapładnia inne: mnożą się, rozkwitają, aż po pewnym czasie powstaje cała zieleniejąca roślina, która rozrasta się w gęstwinę i nakoniec w cały las. Przed umysłem twórczym staje postać, potem czynność, potem krajobraz, potem jeszcze cały szereg postaci, czynności i krajobrazów, które zlewają się, zaczepiają o siebie, dopełniają się nawzajem, nieświadomie dla samego twórcy, jak się to czasem dzieje we śnie, gdy nieświadomie dla śpiącego rozwija się i ustawia przed nim szereg śnionych postaci i widoków. To źródło bijące żywemi i coraz zmieniającemi się wyobrażeniami, jest u Spensera niewyczerpane; stan wyobrażania sobie zdaje się być jego stanem wrodzonym. Mniemać-by można, że poeta potrzebuje tylko przymknąć powieki, aby doświadczyć widzeń, które wzbierają w nim, tłoczą się, przelewają się przez brzegi, i jakkolwiek -by je marnotrawił, napełniają go ciągle, a coraz liczniej, tłumniej, natarczywiej. Nieraz, wpatrując się w niezgłębiony ich obłok, myślałem o tych parach, które, bez ustanku wydobywając się z morza, wzlatują ku górze i migocą, i mienią się, i splatają swe śnieżne i złote puchy, gdy dołem to samo dzieje się z innemi jeszcze, i znowu z innemi, tak, że nigdy korowód ten, pełen blasków i promieni ani zniknąć, ani bezbarwnym stać się nie może, Lecz co szczególniej wyróżnia Spensera zpomiędzy poetów innych, to sposób w jaki działa jego wyobraźnia. Zazwyczaj umysł poety wre gwałtownie i w nierównych poskokach, myśli gromadzą

się, tłoczą, uderzają wzajem o siebie, nagle stapiają się w wielkie i spójne całości, poczem wybuchają przenikliwemi i przejmującemi słowami, które je w sobie mieszczą. Zdawać-by się mogło, że spójność i potęga przedmiotów, mających być odtworzonemi, wymagają właśnie takich gwałtownych i nagłych tłumów myśli i wyobrażeń; w taki sposób przynajmniej odbywała się twórczość prawie wszystkich poetów ówczesnych, z Szekspirem na czele; Spenser zaś w chwili najbardziej wytężonego tworzenia nie przestaje być pogodnym, i wizye, które każdy inny umysł wprawiłyby w gorączkę, nie odbierają mu spokoju. Wizye te zstępują ku niemu i rozwijają się przed nim z łatwością, w całej pełni, bez przerw i wstrząsnień. Jest on poetą epikiem, czyli opowiadaczem, nie zaś pieśniarzem, układającym ody, albo mimem, którym być musi twórca dramatów. Żaden z poetów nowożytnych nie jest w tym stopniu co on podobnym do Homera. Tak jak Homer i wszyscy wielcy opowiadacze, Spenser znajduje pod piórem same tylko szlachetne i pełne ładu obrazy, a tak zblizka spokrewnione z myślami, które wyrażać mają, że umysł czytelnika przenika je sam przez się i dla samego siebie nieświadomie. Jak Homer, posiada on prostotę i jasność; nie dokonywa żadnych skoków, nie pomija przyczyny żadnej rzeczy, nie zaprowadza zmian w pierwotnem znaczeniu słów: ściśle zachowuje naturalne kojarzenie się myśli. I jeszcze, jak u Homera, zdarzają się u niego napuszoności, naiwności i dzieciństwa. Niekiedy zanadto się wypowiada, czyni uwagi, które każdy z czytelników z góry już sam uczynił, powtarza do nieskończoności górnobrzmiące przymiotniki ozdobnicze. Czuć, że spostrzegane przez niego przedmioty opływa piękne i równe światło, uwydatniające każdy szczegół; poeta pragnie też każdy szczegół ukazać, a nie obawiając się, aby błogi sen jego zmącił się lub zniknął, nie przyśpiesza, ani zwalnia kroku, gdy przesuwa się po wszystkich bez wyjątku zarysach przedmiotu. Bywa też zbyt rozwlekłym, zbyt skłonnym do zapominania o czytelniku a swobodnego oddawania się marzeniom, które w nim budzą spostrzeżone zjawiska. Myśli jego rozwijają się za pomocą szerokich i podwajanych porównań, których pełno w starym bajarzu jońskim (1). Ranny olbrzym, upadający, wydaje mu się podobnym do prastarego drzewa, które wzrosło na najwyższym szczycie skalistej góry, aż gdy ostrze żelaza serce mu rozedrze, nagle, z trzaskiem zachwieje się na swej podstawie i z przerażającym łoskotem stoczy po krawędzi skał. I wnet potem tego samego olbrzyma porównywa do wielkiego zamku, któryby wskutek min sztucznie podłożonych runął nakruszące się fundamenty, tem ciężej, im wyżej, im licz-


(1) [221]

niejsze strzelały ku niebu jego wieże (1). Szeroko rozwija każdą myśl, której tylko dotknie, a z każdego zdania czyni okres. Zamiast szczędzić przestrzeni, zajmuje jej jaknajwięcej. To też rozległych myśli swych, oraz wszystkich towarzyszących im orszaków, słów, nie może zmieścić w formie innej niż w strofie ogromnej, wciąż odradzającej się, o długich wierszach, o krzyżujących się i powtarzających rymach, w strofie, której monotonność i szerokość przypominają majestatyczne szumy, wiecznie rozlegające się po polach i lasach. A dla tego, aby te zdolności epiczno rozwinąć się mogły, i rozwinąć we właściwym dla tej duszy kierunku wzniosłym, żaden rodzaj poezyi odpowiednim być nie może, oprócz epopei idealnej, to jest, dziejącej się poza granicami świata rzeczywistego, w świecie wcale nieistniejącym i z postaciami, których możliwość zaledwie jest prawdopodobną.

Długo błądził dokoła właściwej sobie dziedziny, pośród sonetów, elegii, sielanek, hymnów miłosnych, drobnych i pogodnych epopejek; (2) ale były to tylko próby, po większej części zbyt słabe, aby mogły dźwignąć jego geniusz do odpowiedniej mu wysokości. I w nich już jednak wspaniała wyobraźnia jego przelewa się przez brzegi: bogowie, ludzie, krajobrazy, wszystko, cokolwiek poeta ukazuje i w ruch wprawia, znajduje się o tysiąc mil od świata, w którym żyjemy. Kalendarz pasterski (3) jest sielanką marzącą i tkliwą, pełną wytwornych uczuć, szlachetnych zasmuceń, górnych myśli, wypowiadanych przez mędrców i poetów. Widzenia Petrarki i Du Bellaya to sny cudowne, w których, jak w czarnoksięstwach Wschodu, ukazują się jedne po drugich pałace i świątynie złote, krajobrazy promienne, rzeki iskrzące się i ptaki zdumiewające. W Epitalamium, pieśni weselnej, dwa śnieżnie białe łabędzie mkną po powierzchni wody przy śpiewie nimf, wśród różowych kwiatów, a woda przezrocza całuje ich jedwabiste pióra i szemrze z rozkoszy. W łzach, które Spenser wylewa nad śmiercią Sidneya, Sidney przemienia się w pasterza i, jak zamordowany Adonis, spoczywa w wieńcu Nimf, które dokoła zwłok jego zbiegły się i płaczą. Potem ulega nowej metamorfozie i wraz z kochanką swoją przybiera postać kwiatu, który jest zrazu czerwony, następnie, jak on sam, blady, aż nakoniec staje się błękitnym. Wówczas pośrodku kwiatu ukazuje się gwiazda, równie błyszcząca jak gwiazdy niebieskie, podobna do Stelli, gdy w zaraniu życia ze źrenic rzucała na świat promienie i strzały pięk-


(1) Fairie Queene, ks. I, pieśń. VIII, 42, 43.

(2) The Shepheard's Calendar, Amoretti, Sonety, Prothalamion, Epithalamion, Muiopotmos, Virgil's Gnat, The Ruins of time, The Tears of the Muses etc.

(3) [222]

ności. Przez dzień cały kwiat ten wznosi się na swej łodydze, pełen rosy, a ta rosa to łzy, płynące z oczu poety (1). "

W taki-to sposób najszczersze uczucia Spensera oblekają się w postać widoków czarnoksięskich, które są właściwym kształtem jego umysłu i składają piętno swe na wszystkich jego myślach i wyobrażeniach. Pomimowoli odejmuje on zjawiskom ich postać zwykłą. Gdy przypatruje się krajobrazowi, zaczyna wnet widzieć go wcale innym, niż jest on w rzeczywistości, i dla samego siebie nieświadomie przenosi go w krainę czarów, kędy błękit nieba iskrzy się jak brylantowe sklepienie, kwitnące krzewy okrywają ziemię, tłumy ptaków unoszą się w rozkosznem powietrzu, pałace jaspisowe błyszczą śród drzew, promienne panie wychodzą na balkony, których przezrocza misternie wyrabiane są ze szmaragdów. Głucha ta praca umysłu przypomina powolną krystalizacyą ciał w przyrodzie. Rzucamy w głąb kopalni wilgotną gałąź i wydobywamy ją przemienioną w brylantowy żyrandol.

Jednak, nakoniec, poeta spotkał się z takim przedmiotem, jakiego mu było potrzeba, a to spotkanie jest dla każdego twórcy największem w życiu szczęściem. Doświadczywszy tego szczęścia, Spenser wyrywa epopeję ze zwykłego dotąd jej gruntu, z tego gruntu, na którym umieścili ją Homer i Dante, opisując wierzenia rzeczywiste i rzeczywistych bohaterów narodowych, i ponad szczytami dziejów Ludzkości, lotem wysokim, zanosi ją do krainy wieszczek; zanosi ją wyżej jeszcze niż do krainy wieszczek, bo aż do tych sfer najwyższych, w których zjawiska zmysłowe znikają, a rozpoczyna się świat pojęć czystych. "Przedsięwziąłem napisać ten poemat (2) w celu przedstawienia wszystkich cnót, z których każdej wyznaczam za obrońcę i opiekuna po jednym rycerzu, tak, aby przeciwne tym cnotom przywary i wszelkie rozpustne żądze zwalczane i niszczone były przez czyny zbrojne i rycerskie. " Istotnie też, na dnie poematu spoczywa, allegorya, lecz nie dla popisania się z dowcipem tam umieszczona, ani w celach kaznodziejskich, ani też z chęci tworzenia łamigłówek. Spenser nie zastępuje obrazu oderwanem pojęciem; jest, nie filozofem, ale człowiekiem doświadczającym widzeń. Postacie, które przedstawia, są pełne życia, czynności, które postaciom spełniać każe, pełne ruchu; tylko — kiedyniekiedy zasłona utkana z zaczarowanych pałaców i z całego tłumu promiennych zjawisk drży i rozchyla się jak mgła, ukazując myśl, która powstaniem jej samej i okrywającego ją


(1) [223]

(2) [224]

malowidła kierowała. Kiedy w Spenserowskim Ogrodzie Wenery widzimy niezliczone kształty rzeczy żyjących ustawione w porządku, gęstemi szeregami i oczekujące na swoją kolej bytu, zaczynamy wraz z poetą rozumieć akt wszechpoczęcia we wszechmiłości, wiekuistą płodność tej wielkiej macierzy i tajemniczą mnogość tego mrowiska stworzeń, które stopniowo wydaje z siebie jej głębokie łono. Gdy spenserowski rycerz krzyża, w obronie ukochanej damy swej, noszącej imię "Jedyna, " wytacza bój potworowi, będącemu wpół kobietą, a wpół wężem, mglisto czujemy, że gdybyśmy chcieli wniknąć w istotę dwóch szermierzy, w jednym z nich rozpoznalibyśmy Prawdę, a w drugim Błąd. Czujemy także, że postacie te nie są złożone z krwi i z ciała i że wszystkie te świetne widma są tylko widmami. Świetność ich nas zachwyca, lecz w rzeczywistość kształtów ich nie wierzymy; czynami obudzają ciekawość naszą, lecz widokiem cierpień swych nie wywołują współczucia. Wiemy dobrze, że nie są to prawdziwe łzy i krzyki bólu. Wzruszenie nasze staje się przez to czystszem i wznioślejszem, bo nie popadamy w grube złudzenia i przejmuje nas słodycz snu, o którym wiemy, że jest snem. Razem z poetą o tysiąc mil oddalamy się od świata rzeczywistego, wychodzimy z koła litości bolesnych, dręczących trwóg, nienawiści gwałtownych i piekących. Natomiast napełniają nas uczucia łagodne i subtelne, do połowy drogi doprowadzane, a potem powściągane przez poetę w tej właśnie chwili, gdy zbyt już silnie dotknąć nas miały. Uczucia te prześlizgują się tylko po nas, zlekka nas łaskocą, i pomimowoli czujemy się ogarnięci szczęśliwością, płynącą z pozbycia się tych wszystkich niewzruszonych pewników, które przykuwają nas do ziemi.

XIII.

Fantazyi tak górnolotnej któraż z dziedzin życia paliwa dostarczać mogła? Tylko ta, w której zawierało się rycerstwo, samo od tego, co jest życiem powszedniem, najbardziej oddalone. Na zamku swoim niepodległy i samotny, wolny od więzów nakładanych na czyny ludzkie przez rodzinę, społeczeństwo i konieczność pracowania, mąż feudalny doświadczał wszelkich możliwych przygód, a wyobraźnia jego szybszą jeszcze bywaią od czynu, szały marzeń większemi od zuchwalstwa woli. W braku pożytecznego i porządnego zajęcia dla sił umysłowych, siły te wypracowywały w nim niedorzeczności i nieprawdopodobieństwa, a prześladująca go nuda rozwinęła w nerwowym jego układzie niepomiernie wybujałą żądzę podnieceń. Był to bodziec, pod którego wpływem poezya, którą tworzył, stawała się

fantasmagoryą. Najdziwaczniejsze pomysły wyrastały i nieznacznie mnożyły się w mózgach, gęste i splątane jak bluszcze, które tak oplatają drzewo, że pień znika pod obfitością i plątaniną ich listowia. Powstał z tego jakiś wielki sen Ludzkości, w którym subtelne obrazy starej poezyi gallijskiej mieszały się ze szczątkami niebotycznych epopei germańskich, z jaskrawościami podbitego Wschodu, ze wszystkiemi wspomnieniami, które cztery stulecia kłębiących się przygód rozsypały po umysłach ludzkich. Były tam karły, olbrzymy, potwory, cały chaos istot fantastycznych, czynów nadludzkich, przepychów szalonych, z jednem pośrodku uczuciem najwznioślejszem i najmocniej wytężonem, mianowicie, z miłością, przed którą wszystko, co żyło i istniało dokoła, padało na klęczki, jak dwór przed monarchinią. Była to niby sztuka materyi, ogromna i falująca, z której wycinali poematy swoje najwięksi mistrze swego czasu: Aryost i Tasso, Cervantes i Rabelais. Lecz ci zanadto byli synami wieku swego, aby zupełnie oddać się temu, który przeminął. Odtwarzają wprawdzie rycerstwo, lecz nie prawdziwe. Aryost, dowcipny i ironiczny epikurejczyk, bawi się niem, zachwyca i cieszy na sposób rozkosznika i sceptyka, wysysając z tej przyjemności podwójny miód słodyczy i owocu zakazanego. Obok Aryosta biedny Tasso, opanowany przez fanatyczny, sztuczny, zmartwychpowstały katolicyzm, otoczony brzękadłami poezyi staroświeckiej, pracuje na tej samej drodze w sposób chorobliwy, z mozołem wielkim, a powodzeniem małem. Co do Cervantesa, który sam jest rycerzem, kocha on rycerstwo za szlachetne jego przymioty, lecz zarazem, odgadując zawarte w nim niedorzeczności, uderzeniami kija i wśród hałasu burd karczemnych obala je na ziemię. Jeszcze zaś rubaszniej i otwarciej, z głośnym wybuchem śmiechu, topi je w swej wesołości i w swojem błocie szorstki plebejusz, Rabelais. Jeden tylko Spenser zapatruje się na rycerstwo z prostotą i powagą, bo własny jego poziom moralny dorównywa poziomowi wszystkich zawartych w niem marzeń i wielkoduszności. Nie osiadł on jeszcze i nie zamknął się w krainie tego ścisłego, zdrowego rozsądku, który miał być założycielem i zarazem krępującym powijakiem cywilizacyi nowożytnej. Jeszcze przebywa on sercem na poetycznych i mglistych obszarach, od których Ludzkość oddala się coraz bardziej. Kocha nawet mowę śród nich panującą, powraca do średniowiecznych słów i językowych zwrotów, do dykcyi Chaucera (1). Śmiało i odrazu wstępuje w krąg rojeń najdziwaczniejszych starych bajarzy i wygląda przy tem jak któś, kto nie dziwi się niczemu, bo we własnej głowie posiada rzeczy bardziej jeszcze podziwu godne. Pod piórem


(1) [225]

jego zmartwychpowstają zaczarowane zamki, potwory, olbrzymy, błędne damy, pojedynki w lasach, — cała, słowem, średniowieczna fantazya i wielkoduszność, które dla tego właśnie nęcą go, że są nieprawdopodobne.

Ale czyliż rycerstwo może samo jedno dostarczyć mu dostatecznego zasobu tworzywa? Jest ono tylko jedną z dziedzin świata, obok której istnieje inna: ta, w której, poza bohaterami, opromienionymi gloryą cnót duchowych, istnieją bogowie, te wykończone wzory piękności zmysłowej. Obok chrześcijańskiego rycerstwa istnieje pogański Olimp; oprócz pojęcia o woli ludzkiej, mogącej zadowolenie swe znaleść tylko w przygodach i niebezpieczeństwach, wznosi się pojęcie o pogodnej i spokojnej sile, która sama przez się zlewa się w harmonię z bytem wszechrzeczy. Jeden ideał poecie tej miary co Spenser nie wystarcza. Piękną jest praca, lecz pięknem też jest szczęście. Spenser łączy je w jedność, nie w celach filozoficznych lub erudycyjnych, jak czynić miał potem Goethe, lecz poprostu dlatego, że są to dwa piękna. Więc tu i ówdzie, pośród zbroi i obrzędów rycerskich umieszcza nimfy, satyry, Dianę, Wenerę, jak posągi greckie pośród wieżyczek i starych drzew angielskiego parku. A w połączeniu tem niema nic sztucznego, ani naciąganego. Jak wysoki krąg niebieski tak epopeja idealna przyjmuje w siebie i godzi w sobie te dwa światy; piękne marzenie pogańskie tworzy tu ciąg dalszy pięknego rycerskiego marzenia, i o to tylko chodzi, aby dba były pięknemi. Na takich szczytach poeta zapomina o różnicach dzielących plemiona i cywilizacye, do obrazu swego bierze, jaki chce, szczegół, za całe usprawiedliwienie, mówiąc: "to mi było potrzebne; " i rzeczywiście, jest to usprawiedliwienie zupełnie wystarczające. Pod dębami o lśniących liściach i pniach głęboko zakorzenionych w ziemi raz ujrzeć może dwóch przebijających się mieczami rycerzy, a innym razem — gromadę tańczących Faunów. Płachty światła, spływające na mchy aksamitne, na wilgotne trawniki angielskich lasów mogą także oświecać rozwiane włosy i białe ramiona Nimf. Czyż to wszystko nie znajduje się na obrazach Rubensa? I cóż znaczy niezgodność albo brak podobieństwa w błogiem i wzniosłem złudzeniu samem? I czy naprawdę istnieje niezgodność rzeczy? Któż ją spostrzeże? Kto odczuje? Któż raczej nie dozna takiego wrażenia, jakby naprawdę eden tylko świat był rzeczywistym, świat Platona i poetów, a to, co wiemy rzeczywistością, przedstawiało zbiór pierwszych zarysów, kalekich, niewykończonych, zbrudzonych, i płodów poronionych, rozsianych na drodze, którą czas kroczy, jak po pracowni artysty leżą porozrzucane kawałki gliny, którą urabiać zaczął, a niedokończywszy, porzucił. Bo, koniec końców, te niewidzialne siły i myśli, które wciąż odnawiają świat widzialny, szczytu doskonałości swej dosięgają tylko w tworach

wyobraźni, a poeta pragnący odtworzyć naturę musi miłością swą ogarnąć wszystkie kształty idealne, przez które kiedykolwiek objawiła się natura. I na tem właśnie polega piękność spenserowskiego dzieła. Jest ono piękne, bo poeta brał doń piękno zewsząd, o to jedynie się troszcząc, aby to, co bierze, było istotnie pięknem.

XIV.

Czytelnik domyślać się już musi, że opowiedzenie poematu takiego jest niemożliwe. W gruncie rzeczy składa się on z sześciu poematów, z których każdy zawiera dwanaście pieśni i akcyę zawiązującą się, rozwiązującą, wikłającą się i rozpoczynającą na nowo. Mniemam też, że całą fantazyę wieków starożytnych i średnich znaleść tu można. Rycerz galopuje na koniu pośród drzew, aż na rozstajnych drogach spotyka się z jakimiś rycerzami, którym wypowiada walkę. Nagle z głębi jaskini wychodzi potwór będący wpół kobietą a wpół wężem, całem swem ohydnem potomstwem otoczony; za nim ukazuje się trójcielesny olbrzym, a za tym jeszcze smok tak wielki jak wzgórze, z ostremi szponami i olbrzymiemi skrzydły. Przez całe trzy dni rycerz walczy z tem wszystkiem i dwa razy pokonany, do życia i sił powraca za pomocą wody cudownej. To jedno. Potem, następują dzikie ludy, które pokonać i płonące zamki, które zdobyć potrzeba. Tymczasem dziewice na białych rumakach błąkają się po lesie, wystawione na wszystkie napaści łotrów, czasem bronione przez idącego za niemi lwa, albo wyzwalane przez gromadę zakochanych w nich satyrów. Czarownicy dokonywują tu swych sztuk czarnoksięskich, w pałacach odbywają się świetne uczty, a w zamkniętych szrankach liczne turnieje; pośród bóstw morskich, nimf, wieszczek, królów tworzą się i mnożą niespodzianki, niebezpieczeństwa i festyny.

Słyszę zarzut: wszakże to wszystko jest niczem innem, jak tylko fantasmagoryą? Prawda, lecz cóż to szkodzi, skoro ją widzimy, a widzimy dlatego, że widzi ją sam poeta. Wstępuje w nas wiara, która jego samego przenika. Zachowanie się jego w tym świecie jest tak swobodne, że i my także zaczynamy czuć się jak w domu, Rzeczy najdziwniejsze zdają się nie obudzać w nim zdziwienia najlżejszego; owszem, mówi o nich tak prosto, że i nam prostemi wydawać się muszą. Nad potworami i łotrami odnosi zwycięztwa w sposób tak naturalny i swobodny, jakby stanowiły one jedyne zajęcie jego życia. Wenera, Diana i różni bogowie wchodzą do jego pokoju, jakby mieszkali tuż obok, a od, zdaje się, nawet przychodzenia ich i odchodzenia nie spostrzega. Tym spokojem swoim tak nas zaraża,

że stajemy się na równi z nim łatwowiernymi, i uszczęśliwia nas to" na co patrzymy. I jakżeby mogło być inaczej? Czy podobna nie ufać prawdomówności człowieka, który przedstawia nam rzeczy z taką ścisłością szczegółów i żywością barw? Naprzykład, zaczyna opisywać las, i w tej chwili czytelnik wraz z nim naprawdę znajduje się w lesie. Oto buki o powierzchniach bielających; dęby stojące "w całej chwale pięknego lata, " z zagłębionemi w ziemię słupami z pni i szeroko rozpościerającemi się sklepieniami; światła ślizgające się po korach drzew i spływające na rdzawe paprocie i nizkie krzewy, które w nagłem dotknięciu promiennej smugi zaczynają błyszczeć i migotać. Cicho; szmer kroków, stąpających po grubej warstwie opadłych liści, zaledwie słyszeć się daje; w oddali, gdzieniegdzie, na wysokich trawach, iskrzą się krople rosy. Wtem, zza gęstwin, dolatuje odgłos grających rogów, i jakąż słodycz, jakąż zarazem radość rozlewa po wielkiej ciszy leśnej! Brzmi coraz głośniej, słychać tentent myśliwskiego orszaku, który się zbliża, a tam, u końca leśnej drogi, ukazuje się nimfa, najpiękniejsza i najskromniejsza z tych, które świat kiedykolwiek widział. Poeta spostrzega ją, spostrzega wyraźnie, co więcej, pada przed nią na kolana. "Oblicze jej było tak piękne, iż mniemaćby można, że nie z ciała utworzone, lecz przez anielską sztukę, anielskiemi barwami niebiańsko wymalowane; było ono jasne jak niebo bez skazy i plamy, łączące w sobie zmieszane doskonałe piękności barw wszelkich. Na jagody jej występował szkarłat, podobny do róż rozsypanych pomiędzy liliami, wydających zapach ambrozyi, pojących zmysły rozkoszą podwójną i tak silną, że chorych uzdrawiać, a umarłych wskrzeszać-by mogła. "

"W pięknych jej oczach jaśniały dwie lampy żyjące, zapalone tam w górze, u światłości niebieskiego ich Stwórcy. Z nich padały na świat strzały ogniste, tak cudownie przenikające i promienne, że ślepnąć musiał wszelki wzrok dość śmiały, aby na nie patrzeć. Ślepy bożek po wiele razy próbował zapalić w nich nieczyste swe ognie, lecz były to próby płonne, bo z dumą, która cześć wznieca, i z gniewem, który trwogę obudza, łamała ona jego rozpustne pociski i deptała nikczemne żądze.

"Na powiekach jej i w cieniu rzęs gładkich Gracye obrady sobie siedlisko, aby spojrzeniami, pełnemi słodyczy, i uśmiechami, pełnemi piękności, ją darzyć, a każda z Gracyi, w ofiierze jej złożywszy po jednym wdzięku, nizko pochylała się jej do stóp. O, chwalebne zwierciadło uroków niebiańskich, ołtarzu, ku któremu wzbijają się modły śmiertelnych, jakże wątle me pióro opisać zdoła boską postać twoją, gdy drży z obawy, że sztuce nie dotrzyma i piękności twej ubliży!

"Tak piękną i tysiąc tysięcy razy jeszcze piękniejszą ukazała się wejrzeniom zdumionym. Ponieważ powietrze dyszało upalnym skwa-

rem, oblekała ją tylko tunika jedwabna, biała jak lilia, zdobna w sploty haftów, od góry do dołu zasiana złotym, świetnym dżetem który jak gwiazdy błyszczał i migotał, a u skraju obrzeżona cala złotą frendzlą.

"Poniżej kolan suknia ta była nieco luźną, a śliczne stopy przepysznie stroiły trzewiczki z drogocennej, wyzłacanej skóry, dokoła obrzeżone złotemi taśmami i okryte wyrzeźbionemi, dziwnie i kunsztownie wyemaliowanemi wzory. Z przodu, u kolan, taśmy przytrzymujące obuwie zapinały się na bogate klamry, które łączyły końce wszystkich krzyżujących się i wiążących splotów, tak, że niepodobna było odgadnąć ani dojrzeć, jakim sposobem krzyżowały się, splatały i wiązały z sobą.

"Nogi jej były podobne do dwóch pięknych słupów marmurowych, dźwigających na sobie świątynię bóstw, którą lud cały zdobi w wieńce zielone, cześć im oddając wśród uroczystych zebrań. Jeżeli chciała majestat swój okazać, z dumnym, królewskim wdziękiem ruchy ich zwalniała; lecz w pustej igraszce z nimfami leśnemi, lub w pościgu za uciekającym lampartem, chyżo poruszała niemi i zdawało się, że leci nad ziemią.

"W ręku trzymała żerdź zaostrzoną, a na plecach jej jaśniał błyszczący łuk i kołczan, napełniony strzałami o stalowych głowicach, strzałami, któremi wśród myśliwskich zabaw, zawsze zwycięzkich, przebijała dzikie zwierzęta; kołczan, zawieszony na temblaku złotym, który przepasywał jej łono śnieżnie białe i rozdzielał dwoje piersi, małych, jak owoce w maju, zaledwie zaczynających wzdymać się sokami, jeszcze nie zupełnie napełnionych niemi i zlekka zarysowywujących się pod cienką odzieżą.

"Jej loki płowe, jak kędzierzawa przędza złota, niedbale spływały na ramiona i plecy, a gdy wiatr powiał, unosiły się jak szeroko rozwinięty sztandar i potem nizko dokoła niej opadały. I czy było to dziełem sztuki czy przypadku gdy uniesiona zapałem biegła przez las rozkwitły, śliczne kwiaty, świeże pąki i zielone gałązki, czepiając się jej rozwianych włosów, same się w nie wplatały.

"Pilniej niż nad życiem czuwała nad swoją różą subtelną, córą poranku, nad tym kwiatem, który przyozdabiał wieniec jej sławy. Nie pozwalała palącemu promieniowi południowego słońca, ani ostrym wiatrom północnym dotykać jego kielicha. Gdy nielitościwe niebo zaczynało grozić, skromnie zwijała jedwabiste swe płatki i tylko w kryształowej ciszy powietrza rozwijała się swobodnie i rozkwitała w pełni swej piękności (1). "


(1) [226]

Jak dziecię w dniu Bożego Ciała pośród kwiatów i woni, tak poeta przed tą nimfą klęczy w zachwycie i ubóstwieniu, aż w oczach jej dostrzega światła niebiańskie, na licach barwy anielskie, aż wreszcie musi już przywołać na pomoc wszystkie dobre duchy chrześcijaństwa i wszystkie czary pogaństwa dla dostatecznego odmalowania jej i uwielbienia. A wizye podobne przed oczy jego przyprowadza Amor, "miły Amor, złote skrzydła swe kąpiący w świętym nektarze i w zdroju uciech nieskalanych (1)".

Lecz zkąd przybywa ta doskonała piękność, ta skromna i śliczna jutrzenka, którą poeta przyobleka we wszystkie światła, słodycze j dziewictwa porankowe? Jaka matka wydała ją na świat? Jaki ród spłodził to cudo czystości i wdzięków? Oto dnia pewnego Chryzogona, wykąpawszy się w chłodnym i samotnym zdroju, pełnym świateł słonecznych, a otoczonym różami i fijołkami, zmęczona usnęła na gęstej trawie. Wówczas rozsypały się po jej łonie i zapłodniły je światła słoneczne (2). Miesiące upłynęły, Chryzogona, pełna niepokoju i wstydu, poszła do lasu, usiadła tam i płakała "z duszą owiniętą w czarną chmurę smutku. " A w tym samym czasie Wenera przebiegała ziemię, szukając syna swego, Kupidyna, który nadąsawszy się na nią, kędyś daleko był uciekł. Szukała go po dworach królewskich i pańskich, po miastach i wiejskich chatach, słodkie pocałunki przyrzekając w nagrodę temu, kto miejsce jego ucieczki odkryje, a milsze jeszcze od pocałunków uciechy temu, kto jego samego ku niej przywiedzie. Wtem poszukiwaniu przybyła do lasu, kędy Diana i jej nimfy odpoczywały, strudzone łowami. Jedne z nich kąpały się w przezroczej wodzie; inne spoczywały w cieniu drzew; a inne jeszcze otaczały Dianę, która, rozplótłszy płowe warkocze i zdjąwszy tunikę, stawiała stopę na przeczystej fali (3). Zdziwiona przybyciem Wenery, Diana zrazu wyśmiała jej skargi i przysięgła, ze, jeśli kiedy spotka Kupidyna, obetnie mu swawolne skrzydełka; potem jednak, zlitowawszy się nad zmartwioną boginią, razem z nią zbiega szukać zaczęła. Tak we dwie szukając, nadeszły na zarośla, w których Chrysogona, śpiąc i o niczem nie wiedząc, powiła dwie córki śliczne jak jutrzenki. Więc jedną z nich wzięła sobie Diana na najczystszą z dziewic, a drugą Wenera uprowadziła do ogrodów Adonisa, gdzie kiełkują nasiona wszystkich rzeczy żyjących, gdzie igra z Amorem małżonka jego Psyche, gdzie córa tych dwojga, Rozkosz, swawolnie bawi się z Gracyami, a Adonis, wyciągnięty na mirtach


(1) [227]

(2) [228]

(3) [229]

i kwiatach z wesołemi barwy, odzyskuje życie wraz z tchnieniem miłości nieśmiertelnej. Tam to Wenera wychowała przybrane dziecię jak rodzoną córkę, poświęciła ją na najwierniejszą z kochanek i po długo trwających próbach oddala w zamężcie dobremu rycerzowi, noszącemu imię sir Seudamour'a.

XV.

Oto, co się dzieje niekiedy w bajecznych lasach. Czy źle nam tutaj i czy mamy ochotę opuścić te lasy, dlatego, że są bajeczne? Na każdym zakręcie drogi, przy każdej zmianie pogody, jakaś strofa, jakieś jedno słowo, ukazuje nam nowy obraz, lub niewidziane dotąd zjawisko. Ranek powstaje, biały świt nieśmiało z za drzew przegląda, sinawe opary jak zasłona wznoszą się ku niebu i znikają, odsłaniając świat, który cały stoi w uśmiechu; strumienie pośród mchów migocą i szemrzą, a wysoko, u szczytów topoli, liście zaczynają drżeć i trzepotać jak skrzydła motyle. Rycerz zsiada z konia, mężny rycerz, który doświadczył niejednej przygody i niejednego Saracena wysadził z siodła. W chwili gdy zaczyna rozwiązywać i z głowy zdejmować hełm, spostrzega różową twarz młodego dziewczęcia i długie włosy, które "jak jedwabny woal spływają aż do ziemi" Światła słoneczne igrają w falach tych włosów, a widok ich nasuwa myśl "o tem niebie, które w upalną noc letnią iskrzy się pióropuszami i smugami świateł. " Jest to Brytomart, dziewica i bohaterka, podobna do Chloryndy i Marfisy, lecz o ileż od nich idealniejsza! Głębokie poczucie natury, szczerość marzycielstwa, płodność niewyczerpujących się nigdy natchnień i powaga germańskiego ducha nowem życiem obdarzają najbardziej z pozoru zestarzałe i zużyte pomysły klassyczne i rycerskie. Niema końca roztaczającemu się szeregowi krajobrazów i przepychów rozmaitych. Przylądki, szczelinami, jak rozwartemi ranami, poprzecinane; grupy skał postrzaskanych i poczerniałych, o które rozbijają się chrapliwe fale; pałace połyskujące od złota, w których damy anielskiej piękności, niedbale wsparte o purpurowe poduszki, ze słodkiemi uśmiechami na ustach słuchają muzyki niewidzialnych grajków; wielkie, milczeniem napełnione drogi leśne, z kolumnadami dębów, rzucających nieruchome cienie na kępy skromnych fijołków i na dziewicze murawy, których stopa ludzka nie dotknęła nigdy — wszystkie te piękności natury i sztuki, przyozdobione nadto cudownościami mitologicznemi, poeta opisuje z taką miłością i dobrą wiarą, jakim podobne znaleść można tylko u malarzy Odrodzenia, albo u starożytnych poetów. Oto na łódce z konchy perłowej przybywa Cymoent z nimfami swemi, ciągnięta przez delfinów, zwinnych

iak jaskółki. Boginie lekko płyną po błyszczących falach, a wiatr igra z kędziorami ich płowych włosów. Ostra woń morska napełnia powietrze, słońce świetlistym płaszczem okrywa lazurową równinę niebios, pogarbionych w niezliczone wypukłości; zaś morze bez granic śmiejąc się z wesołej uciechy, całuje srebrne stopy cór niebiańskich (1).

Lecz nic nie może być spokojniejszego, cichszego nad pałac Morfeusza. W najdalszej głębi ziemi bóg snu spoczywa, spowinięty w wilgotne pary, któremi Tetyda oblewa jego miękkie loże; na wiecznie pochyloną jego głowę Diana spuszcza krople rosy, a Noc melancholijna okrywa go czarną swą szatą. W pobliżu strumyk kroplę po kropli sączy się ze szczytu skały, mieszając swój monotonny klekot ze szmerem drobnego deszczu, a wietrzyk odgłosem podobnym do brzęczenia pszczelnego roju kołysze do snu nieruchomego ociężałe bóstwo.

A może ktokolwiek ma ochotę zajrzeć do tego zakątka lasu, gdzie gromadka satyrów tańczy w zielonym cieniu? "Weseli jak ptaki o radosnej, wiosennej porze, " przybiegają w poskokach, do swawolnych koźląt podobni. Piękna Hellenora, którą obrali na królową Maju, przybiega także roześmiana i zwieńczona wawrzynem i kwiatami. Po lesie rozbrzmiewają odgłosy ich fletów. Tańczą zawzięcie przez dzień cały, ruchliwi, zapalczywi i wyzywający, a trzody ich tymczasem, pasąc się dokoła, smakowicie chrupią dzikie zielsko leśne.

W każdej księdze poematu przesuwają się orszaki dziwaczne, maskarady allegoryczne i malownicze, przypominające te, które jednocześnie królewskie i książęce uświetniają dwory. Są to orszaki i obrazy Kupidyna, albo Rzek, albo Miesięcy, albo jeszcze grzechów. Nigdy żadna wyobraźnia ludzka nie zdobyła się na taką pomysłowość i rozrzutność. Dumna Lucyfera jedzie na wozie przybranym w wieńce i złoto, promieniejąca jak zorza, otoczona tłumem dworaków, olśnionych jej blaskiem i chwałą; wóz jej ciągnie sześcioro zwierząt nierównego wzrostu, a na każdem z nich jedzie Grzech. Jeden z tych Grzechów siedzi na leniwym ośle, w sukni czarnej jak u mnicha, chory od bezczynności, z głową zwieszoną, w ręku trzyma brewiarz, którego nie czyta. Drugi, na ohydnym wieprzu, wlecze się bezkształtny, z brzuchem wydętym, z oczyma obrzękłemi, z szyją jak u żórawia wyciągniętą, ubrany w gałązki winne, zza których przegląda ciało od wrzodów zgniłe, i przez całą drogę wyrzuca z siebie wino i mięso, któremi się przeładował. Trzeci Grzech, na wielbłądzie


(1) [230]

obciążonym złotem, wśród skrzyń pełnych złota, w łachmanach, z twarzą wychudłą, z nogami zesztywniałemi od podagry, przesypuje w palcach srebrne monety. Piąty, na zgłodniałym wilku, żuje jadowitą ropuchę, której jadem ociekają mu dziąsła, a zza spłowiałej jego tuniki, na której świecą oczy gróźb pełne, widać węża, który owija mu ciało. Szósty i ostatni w podartych i zakrwawionych szatach jedzie na lwie, z oczyma wyiskrzonemi, z twarzą wybladłą jak popiół, wstrząsając nad głową zapaloną pochodnię, a w dłoni gorączkowo ściska rękojeść sztyletu. Dziwaczny i przerażający ten orszak przesuwa się przy uroczystej muzyce strof poetycznych, a wspaniała harmonia podwójnych rymów kołysze wyobraźnię w tym fantastycznym, pełnym dziwów i okropności świecie, który się dla lotu jej skrzydeł roztworzył.

XVI.

A jednak, jakiemkolwiek jest bogactwo mitologicznego i rycerskiego świata, potrzebom poetyckiej wyobraźni Spensera wystarczyć jeszcze nie może. Właściwością tego poety są ogromy, są całe powodzie pomysłów malowniczych. Jak Rubens tworzy on niezależnie od wszelkiej tradycyi, samoistnie, w celu nadawania zmysłowych kształtów ideom oderwanym. Jak u Rubensa allegorya u niego rwie wszelkie miary i reguły, wyzwala fantazyę zpod wszelkich praw, z wyjątkiem tylko jednego, a tem jest harmonia linii i barw. Bo taką jest natura allegoryi, że umysły mierne obciąża ona brzemieniem, które je przygniata, a umysłom wielkim przypina skrzydła, na których wysoko wzlatują. Uwolnione przez nią od powszednich warunków bytu, umysły wielkie odważają się na wszystko i zdala od wszelkiego naśladownictwa, zdala od wszelkiego prawdopodobieństwa, bez wzorów i przewodników tworzą jedynie mocą swej siły wrodzonej i tajemniczych popędów własnych. Przez całe trzy dni zły duch, Mamon Kusiciel, oprowadza sir Guyona po państwie podziemnem, po ogrodach czarodziejskich, pełnych drzew obciążonych złotemi owocami, po pałacach olśniewających i mnóstwie najrozmaitszych skarbców. Zstępują obaj do wnętrza ziemi i zwiedzają utajone w niem jaskinie, nieznane otchłanie, pogrążone w milczeniu pieczary. Krok w krok za sir Guyonem postępuje straszliwy szatan, mający go pochłonąć przy najlżejszym objawie chciwości. Blask złota oświeca jego potworne kształty, a błyszczący metal tem silniejszej nabiera ponęty, im głębsze są ciemności napełniające piekielne więzienie.

Wnętrze baszty miało wygląd graby i prostaczy, czyniący je podobnem do ogromnej jaskini wydrążonej w nadmorskiej skale. Z chropowatego sklepienia zwieszały się potrzaskane arkady, żebrowane zlotem i błyszczącemi ozdobami, od złota też każda belka wydawała się tak ciężką, że co chwilę zdawała się grozić upadkiem, a nad temi belkami, wysoko, Arachne umieściła przemyślny swój warsztat i wytkała cieniuchne swe sieci, które owijały dymy, brudne, i chmury, czarniejsze od lawy wulkanu.

"Dach, podłoga i ściany były ze złota, lecz okryte kurzem i rdzą starości i tak osłonięte ciemnością, że nikt nie mógł widzieć ich barwy, bo w przybytku tym nie mieszkała nigdy radosna jasność dzienna, lecz zaglądało do niego tylko cóś nakształt bladego światła, jakby światła lampy omdlewającej, lub księżyca, który z za zasłony chmurnej nocy ukazuje się wędrowcowi pełnemu trwogi i ponurego strachu.

W izbie tej nic widać nie było, oprócz ogromnych kufrów i potężnych skrzyń żelaznych, z okuciem podwójnem, tak, że nikt przypuszczać nie mógł możności rozbicia ich w celu kradzieży. Stały one wzdłuż każdej ściany. Lecz ziemia była całkowicie usłana rozsypanemi dokoła czaszkami i kośćmi ludzi pomarłych, z których, jak się zdawało, tu właśnie wyciekło życie i których marne skielety nie dostąpiły pogrzebów.

Potem demon powiódł go dalej i przyprowadził do innej izby, której drzwi otworzyły się nagle, jakby rozkazowi woli jego posłuszne, a w izbie tej znajdowało się sto kominów, ze stoma płomienistemi i piekącemi ogniskami, u których stało wielu dyabłów, istot o kształtach ohydnych dla wzroku, oddających się, każda z osobna, przemyślnej pracy topienia przygotowywanego do próby metalu.

Jeden z dyabłów, dmuchając w miech ogromny, ze świstem wciągał w siebie powietrze, a potem skupionem tchnieniem podniecał żar, aby wywołać zeń płomię; inny żelaznemi szczypcami podnosił gasnące głownie i oblewał je często strumieniami płynu, aby złagodzić szał wściekłego Wulkana, który jednak co chwilę zwyciężał i wybuchał zdwojoną siłą ognia. Niektórzy zbierali pianę na powierzchni od roztopionego metalu, albo wielkiemi motykami mieszali roztopione złoto; wszyscy zaś mozolili się wielce i byli oblani potem.

Następnie przez wązki i ciemny korytarz powiódł go do wrót szerokich, całych ze złota wykutych, które stały otworem; lecz tam oczekiwał na nich potężny olbrzym, z członkami tak wyprostowanemi i postawą tak zuchwałą, jakby wyzywać chciał do walki Boga Najwyższego. W prawej ręce trzymał żelazną maczugę, lecz sam był cały ze złota, niepozbawiony przecież uczucia i życia, a wybornie umiał robić przeklętym swym orężem, ilekroć zwalczać mu przychodziło zaciętych swych wrogów.

Weszli do izby wielkiej, tak rozległej, jakgdyby była salą zgromadzeń, lub świątynią wyższego bóstwa. Mnóstwo złotych słupów podpierało jej dach ciężki, podtrzymując zarazem bajecznie wielkie bogactwa, bo każdy słup obficie okryty był wieńcami, koronami i innemi godłami, niemającemi wartości, lecz któremi szczycili się śmiertelni książęta ziemscy w czasie swojej na ziemi gościny.

Tłumy ludzi wszelkich plemion i narodów świata były tam zgromadzone, a wszystkie z niezmierną wrzawą tłoczyły się w głąb izby, gdzie na bardzo wysokiem podniesieniu stał wspaniały tron najwyższego majestatu. Na tronie tym siedziała kobieta przepysznie ubrana, zbytkownie okryta królewskiemi szaty, tak przepysznie i zbytkownie, że nigdy żaden z ziemskich monarchów w sposób podobnie okazały nie popisywał się przed światem ze swą chwałą i pychą. Ta, wśród olśniewającego przepychu siedząc, trzymała wielki łańcuch złoty o ściśle spojonych ogniwach, którego jeden koniec był przytwierdzony do najwyższego szczytu niebios, a drugi dosięgał najdalszych głębin piekielnych (1)".Żadna wyobraźnia malarska nie zdołałaby sprostać tym widzeniom, temu migotaniu blasków po ścianach jaskini, tym światłom, kołyszącym się nad głowami tłumów, temu tronowi i iskrzeniu się złota, które dokoła świeci wśród cieniów. Bo allegorya wpada zawsze w olbrzymiość pomysłów i obrazów. Gdy idzie o pokazanie walki, którą powściągliwość prowadzi z pokusą, zjawia się chęć przeciwstawienia powściągliwości wszystkich naraz możliwych pokus. W grę tu wchodzi cnota ogólnikowa i zawierająca w sobie zdolność do wszechstronnych oporów: trzeba tedy, napastując ją ze stron różnych, wyzywać wszechstronne jej opory. Będzie to więc, naprzód, pokusa sprawiana przez złoto, potem przez rozkosz, i tak dalej, aż wywiną się z tego i naprzeciw siebie ustawią obrazy najpiękniejsze i najwspanialsze, z poza granic świata znanego czerpano, pełne wdzięku lub przeraźliwości, raje szczęsne obok przeklętych otchłani. "Brama ze splatających się gałęzi i zwisających kwiatów, opleciona była latoroślą winną, wygiętą w kształt arkady, u której zwieszające się grona zdawały się zapraszać przechodniów, aby skosztowali ich wybornego soku. Same pochylały się do rąk, jakby prosząc o zerwanie; niektóre z ciemno-purpurowej barwy podobne do hyacyntów, inne jak rubiny iskrzące się i rumiane, inne jeszcze zielone jak najpiękniejsze szmaragdy.

"Pośrodku ogrodu fontanna wytryskiwała płynem najcudniejszym, jaki być może na ziemi, tak czystym i przezroczym, że widać było


(1) [231]

srebrne nici przebiegające w każdym z jej strumyków. Z niezmierną świetnością przyozdabiały ią misternie rzeźbione postacie nagich dzieciąt, z których jedne wesoło i swawolnie latały i igrały w powietrzu, inne rozkosznie kąpały się w wodzie.

A na fontannie tej rozpościerały się pełzające gałęzie bluszczu, zrobione z najczystszego złota, lecz posiadające barwę naturalną, bo drogocenny metal w taki sposób był zabarwiony, że każde oko nieświadome rzeczy byłoby pewne, iż spogląda na bluszcz prawdziwy. Nizko, aż ku ziemi, opadały te ramiona rośliny, jakby wyciągające się ku rozkoszy i oblane rosą; trwożnie zatapiały w wodzie fontanny swe kwiaty wełniste, z których sączyły się krople kryształowe, podobne do tkliwych łez.

Nieskończona liczba strumyków ślicznych i wesołych wytryskiwała z tej fontanny i spadała do obszernego bassenu tak szybko i z taką obfitością, że napełniony wodą wydawał się on małem jeziorem. Jednak głębokość bassenu nie przenosiła trzech łokci, tak, że widać było dno wyłożone błyszczącym jaspisem, na które wciąż i w kierunku prostym spadały wody fontanny.

Przejęte radością ptaki w miłych cienistościach mieszały rozkoszne swe pienia z dźwiękami innych głosów, jakichś anielskich głosów, drżących i tkliwych, którym bosko odpowiadały błogie tony narzędzi muzycznych. Narzędzia te srebrzystą swą melodyę łączyły z głuchym szmerem wód spadających, — a wody spadające, szemrząc to głośniej, to ciszej, wszywały powiewy wiatru, a powiewy wiatru, przybywając, odpowiadały wodom miękkim, cichutkim szeptem.

Akrazya spoczywała na różanem łożu, osłabiona przez upal i gotowa do popełnienia słodkiego grzechu. Zasłona okrywała, a raczej odkrywała, jej ciało, zasłona ze srebra i jedwabiu utkana, a tak przezroczysta, że zza niej ukazywała się i, jeżeli podobna, bielszą się jeszcze wydawała, alabastrowo biała skóra na czele. Sama Arachne nie potrafiłaby wykonać tkaniny nad tę zasłonę cieńszej, a pajęczyny błyszczące w słońcu i te ich sieci, które powstają z wyschłej rosy, nie tak lekko jak ona igrają z wiatrem.

Śnieżne łono Akrazyi było łupem dla wszelkich chciwych i nienasyconych oczu, któreby je ujrzały. Miękkie i rozkoszna znużenie wycisnęło z niego kilka kropli potu, czystszego nad nektar, które, jak najprawdziwsze perły Wschodu, staczały się wzdłuż całego jej ciała. A piękne oczy jej, słodki uśmiechnione, miały w sobie zwilżoną, lecz niezagasłą, płomienność, którą na wskroś przebijać mogły wszelkie kruche serce człowiecze. Podobnież jasne gwiazdy nie wydają się nigdy

tak płomiennemi, jak wtedy, kiedy się odbiją i zaiskrzą w cichej fali wodnej (1). "

Czy w tem wszystkiem niema nie więcej nad czarnoksięzkie widziadła? Owszem, sa obrazy, obrazy prawdziwe i doskonałe, wykonane z iście malarskiem poczuciem barw i linii, sprawiające rozkosz spoczywającemu na nich wzrokowi. Ta leżąca na różach Akrazya ma postać bogini i zarazem Tycyanowskiej kurtyzany. Malarz włoski radby był przenieść na płótno te wody ruchome, Amory rzeźbione, bluszcze pełzające, okryte lśniącemi liśćmi i wełnistemi kwiaty. A przedtem, jakże piękne były owe głębie piekielne, z potokami świateł nawpół topiących się w ciemnościach, z wysokim tronem w sali wspartej na bogato przyozdobionych słupach, z mrowiskiem ludzi, ze skupionemi dokoła tronu tłumami kształtów i spojrzeń! Tu, jak wszędzie, poeta okazuje się malarzem i architektem. Świat, który przedstawia, jakkolwiek fantastyczny, sztucznym ani fałszywym nie jest; owszem, jest prawdziwym, bo jeżeli nie istnieje, mógłby istnieć, powinienby nawet istnieć, a nieistnienie jego to tylko wina rzeczy, które nie układają się w sposób dla wytworzenia go odpowiedni. Sam w sobie wzięty, świat ten posiada wewnętrzną zgodność, która wszelki ustrój obdarza życiem, a nawet zgodność ta wyższą jest niż w dziedzinie rzeczywistości, gdyż tutaj, w sposób zupełnie wyjątkowy, każdy szczegół wytwarzany jest i zastosowywany do innych, w celu osiągnięcia jaknajwyższego piękna.

W ogóle, przyjście na świat sztuki, — to wielki rys odznaczający ten wiek, w którym poemat Spensera rysem tym właśnie wyróżnia się z ogromnej liczby podobnych poematów średniowiecznych. Bezładne, kalekie, zaścielały one ziemię, nakształt ułamków, szczątków, z których słabe dłonie truwerów nie potrafiły ulepić żadnego wielkiego dzieła: aż przybyli na świat poeci twórcy i przynieśli z sobą prawdziwe poczucie piękna, niebędące niczem innem, jeno poczuciem zgodnej w sobie całości. Oni-to zrozumieli prawa proporcyi, wiązań, kontrastów, słowem, kompozycyi. Zaczęli komponować, czyli układać. W ich rękach zarysy powikłane i mętne wyjaśniają się, wyodrębniają, wykończają i, powleczone barwami, stają się, obrazem. Każdy przedmiot w ten sposób przez myśl i wyobraźnię ujęty, przyoblekając się w kształt sobie właściwy, nabywa istotnego i trwałego bytu, gdyż po wielu upłynionych wiekach ludzie będą mu jeszcze przypatrywali się z zachwytem i wzruszeniem, a wzruszenie to spłynie także i na jego twórcę. Bo malując, twórca oprócz przedmiotów wybranych do dzieła maluje też samego siebie, na dziele


(1) [232]

swem składa piętno władczej i kierowniczej myśli, napełniającej własną jego istotę. Spenser przerasta wzrostem przedmiot arcydzieła swego, więc ogarnia go całkowicie, do upatrzonego celu przystosowuje i wytłacza na nim widzialne znaki własnego geniuszu i ducha. Każda z opowieści jest tworzona ze wzrokiem zwrócmym na inne, a wszystkie razem — ze względem na wrażenie, które całość wy woły wać musi; i to jest właśnie przyczyną, że z owej zgodności szczegółów wydziela się piękno, to mianowicie piękno, które istnieje w sercu poety i objawia się w postaci jego dzieła. Jest to piękno szlachetne, a jednak pogodne, ze wzniosłości duchowej i ponęt zmysłowych złożone, angielskie w dziedzinie uczuć, włoskie przez formę, rycerskie ze sposobu zachowywania się i obejścia, — piękno posiadające doskonałość nowożytną i znamionujące jedyny, a cudowny moment dziejowy, który plemię wyznające chrystyanizm zaprawił pogaństwem i w wyobraźniach północnych zapalił cześć dla piękności formy.

&section; 3. PROZA.

Momenty podobne nigdy nie trwają długo; rozkwit poezyi wyczerpuje soki poetyczne i po pełnym rozwoju nastąpić musi schyłek. Od pierwszych zaraz lat siedemnastego wieku czuć się daje podupadanie obyczajów i zdolności. Zniża się poziom czci i zapału; dworscy rozpustnicy i pyszałkowie, wśród wiecznych parad, błahostek i fałszywej uczoności, intrygują i rabują. Dwór okrada naród, który przeciw niemu szemrać zaczyna. Izba Gmin podnosi głowę, a król, który przemawiał do niej jak zwierzchnik szkoły do uczniów, sam wkrótce staje przed nią w postawie skurczonego od trwogi malca. Mizerny ten król znosi cierpliwie grubiańskie obejście się ulubieńców, pisuje do nich listy, których styl przypomina stare kumoszki; sam siebie nazywa Salomonem, popisuje się ze swym mniemanym talentem pisarskim; na audyencyi udzielonej pewnemu dworakowi prosi, aby szerzył jego sławę jako uczonego, przyrzekając, że w ten sam sposób wywzajemniać się mu będzie. Wraz z upadaniem dostojności rządzących słabnie prawomyślność ludu. Królewskość kłoni, się ku upadkowi, w powietrzu czuć przygotowujący się przewrót społeczny. Jednocześnie szlachetne cechy pogańskiego świata, odrodzone wśród rycerstwa, wyradzają się w zmysłowość nizka i bezwstydną (1). Jeden ze współczesnych opowiada: "Król nasz i Król Krystyan duński spili się społem, i to tak tęgo, że potrzeba było zanieść ich obu do łóżek. " Damy pozbyły się wszelkiej powściągliwości i w czasie uczt nieprzy-


(1) [233]

tomnie tarzały się od pijaństwa. "Niedawno, — brzmi opowieść pewnego złośliwego dworaka, — ta niepowściągliwość dam stała się podczas maskarady przyczyną wielkiego skandalu. Dama dworska, która odegrywala rolę królowej Saby, przybyła dla złożenia drogocennych darów ich królewskim mościom, lecz, nie mogąc już dokładnie widzieć wschodów wiodących pod baldachim, potknęła się, wylała zawartość swoich szkatułek na łono Najjaśniejszego Króla duńskiego i sama upadła mu na nogi, a raczej na oblicze. Powstało wielkie zamieszanie i pośpiech w sprzątaniu darów za pomocą ręczników i serwet, poczem król duński z królową Sabą tańczyć raczył, lecz, uczuwszy niemoc, w wielkiej pokorze do stóp jej, upadł i, odniesiony do apartamentów wewnętrznych, złożonym został na łożu, które nie mało uszkodzonem być musiało przez dary królowej Saby, na odzież królewski wylane w postaci wina, kremów, galaret, ciast, ostrych korzeni i innych smacznych rzeczy. Pomimo to uczta i maskaradowe przedstawienie odbywały się w dalszym ciągu, a większość aktorów upadała na ziemię lub sprzęty, pod ciężarem wina, które napełniło cale górne piętra ich istot. W tej właśnie chwili ukazały się na sali, w bogaty strój przybrane: Wiara, Nadzieja i Miłość. Nadzieja spróbowała przemówić, lecz wino tak bardzo paraliżowało wszelkie jej usiłowania w tym kierunku, że odeszła, spodziewając się, iż król małomówność jej przebaczyć raczy. Co do Wiary, ta opuściła dwór królewski w stanie wielkiej chwiejności, zaś obu im, Nadziei i Wierze, niedobrze się zrobiło, i poszły do sali znajdującej się na dole, aby i jadła i napoju się pozbyć. Zwycięztwo znowu, w litości godny sposób cóś wybełkotawszy, zostało, nakształt nieszczęsnego jeńca, uprowadzone i złożone na zewnętrznych wschodach przedpokoju, aby tam sobie nieco podrzemało. A pokój złamał swą oliwną gałąź na głowach tych, którzy wzbraniali mu wejścia. " Zauważyć wypada, że pijaczki te były wielkiemi paniami. "Nie tak się działo za królowej Elżbiety, — dodaje autor, — bywała ona gwałtowną i w gniewie straszną, lecz nigdy ohydną, ani śmieszną. " Przyczynę zmiany upatrywać mężna w tem, że przewodnie idee wieku, ilekroć się wyczerpią, pozostawiają na świecie same tylko ujemne swe strony; w taki też sposób wspaniałe poczucie życia zgodnego z naturą przemieniło się w gminne rozpasanie zmysłowe. Odbywają się teraz, za panowania Jakóba, takie wjazdy królewskie, na których łuki tryumfalne sa przystrojone w najbezwstydniejsze godła cielesne; potem zaś, gdy instynkty zmysłowe, zbuntowane przeciw tyranii Purytanów, wzmogą się w zuchwalstwo za Restauracyi, orgia roztoczy po świecie wszystkie swe brudy i zabrzmi pełnym tryumfem bezwstydu.

Tymczasem mąci się, leniwieje i maleje źródło literatury, to potężne źródło, które pomimo dziwactwa i przesadnej wymyślności

uczyniło ją tak wielką. Carew, Suckling, Herrick, wnoszą do niej, zamiast wielkiego piękna, drobne wdzięki. Już na ogólne, szerokie zarysy rzeczy uwagi nie zwracają, ani nie pragną przyodziewać w widomy wyraz najdalszych głębin istnienia. Brak im tych pojęć rozległych i tej przenikliwości samorzutnej, przez które człowiek czyni się władzcą rzeczy i nabywa zdolności do ponownego ich stwarzania. * Brak im tego bogactwa wzruszeń, tego zbytku pomysłów i widzeń, które zmuszają człowieka do wylewania się na zewnątrz za pośrednictwem słowa, do swobodnego i śmiałego zagłębiania się w tajemne dramaty, które całe ciało i całą duszę jego przejmują drżeniem. Są to już dowcipnisie dworscy, modni kawalerowie, usiłujący popisywać się wyobraźnią i stylem. W ręku ich miłość przemienia się w zalecanki; tworzą piosnki, ulotne wierszyki, komplimenty na cześć dam. Próżni wszelkich serdecznych popędów, układają górnolotne frazesy w celu zdobycia oklasków, a przesadne pochlebstwa z pobudek zalotności. Boskie postacie, wejrzenia pełne powagi lub głębokości, dziewicze albo namiętne zjawiska, których blask i przepych co chwila uderzają w dziełach poetów poprzedzających, znikają; następcy umieją tylko za pomocą ładnych wierszyków malować ładne twarzyczki. Już też zbliża się i błaznowanie, które rozpoczyna Suckling, wraz z bezwstydem, z prozaicznym epikureizmem, które w usta poetów włożą słowa: "Bawmy się wesoło, a poza tem, drwijmy ze wszystkiego!" Pocałunek, święto majowe, narcyz, pierwiosnek zwilżony rosą, ranek przedślubny, pszczoła i tym podobne ładniutkie drobiazgi, sa jedynemi przedmiotami, które ci następcy umieją jeszcze malować dobrze. Szczególniej Herrick i Suckling celują w tych poemacikach wybornych, pełnych wdzięku i wesołości, a przynajmniej pogody, podobnych tym, które przypisywane są Anakreontowi i których wiele znajduje się w Antologii. Bo też w obu epokach, przy panującym schyłku pogaństwa, drobny wdzięk zastępuje znikającą siłę. Ludzie, nie przestając czcić piękna i rozkoszy, czynią z nich sobie igraszkę; przystrajają je i urządzają odpowiednio do swego smaku. Nie panują już one nad człowiekiem i nie urabiają jego istoty: raczej człowiek bierze je sobie na zabawkę i dla wesołej rozrywki. Ale i to jeszcze poczytywać należy za ostatni promień zachodzącego słońca. U Sedleya, Wallera i rymotwórców z czasów Restauracyi prawdziwe poczucie poezyi znika całkowicie; piszą oni wierszowaną prozą, a serca ich znajdują się na jednym poziomie z maluczkim ich stylem. Jednocześnie przecież z dojściem języka do poprawności zupełnej zjawi się wkrótce początek nowego rodzaju sztuki pisarskiej i nowej ery piśmienniczej, lecz tymczasem do drobnostkowości przyłącza się przesadność, będąca drugim z kolei znakiem wszelkiego upadku. Celem pisania staje się, nie to, aby napi-

sać o czemś, ale to, aby napisać ładnie. Ogromne współzawodnictwo w tym kierunku doprowadza wszystkie sposoby wyrażania się do przesadności ostatecznej. Nie dzierżąc kierownictwa nad sztuką, pisarze pozwalają jej biedz po dawniejszym skłonie, a ponieważ skłon dawniejszy prowadził do potęgi i barwności, więc razem ze sztuką wpadają w nadętość i jaskrawość. Zresztą, zwyczajnem to jest zjawiskiem, że styl pewnych epok wyradza się u następnych w gwarę. We wszystkich dziedzinach sztuki pierwsi mistrze i wynalazcy odkrywają pojęcie, które, napełniając ich, w nich też, lecz samo przez się, spładza odpowiednią dla siebie formę. Potem nadchodzą następcy, naśladowcy, ludzie podrzędni, którzy formę tę kopiują i, kształty jej przesadzając, sprowadzają jej zepsucie. Pomiędzy tymi wszakże, o których mówię, znajdowali się utalentowani, jak naprzykład Quarles, Herbert, Babington, a nadewszystko Donne, satyryk ostry, straszliwie nieskromny, zarazem poeta z wyobraźnią silną i jasną, z trochą jeszcze tej energii i wrażliwości, które odznaczały natchnienia poprzedników. Ale, jakby naumyślnie marnując te piękne dary, pracuje on usilnie nad wytwarzaniem literackich potworków. Jeżeli, naprzykład, który z poprzednich poetów namiętnie przemawiał do kochanki, że gdyby ją utracił, nabrałby obrzydzenia do całego rodu niewieściego, on, dlatego, aby prześcignąć go w namiętności, powie swojej, że gdyby ją utracił, znienawidziłby cały ród niewieści za to, że ona stanowi jego cząstkę. Czytając Donne'a, trzeba co chwilę ze zdumienia chwytać się za głowę i zapytywać: jakim sposobem człowiek może do tego stopnia wykrzywiać się i nadymać, cedzić słowa, nagromadzać wymysły na wymysły, przemawiać tak do niczego niepodobnem!' porównaniami i przenośniami? Ale był to duch wieku, pod którego wpływem poeta usilnie pracuje nad tem, aby w sposób jaknajmędrszy być jaknajbardziej niedorzecznym. Naprzykład: pchła ukąsiła samego Donne'a i z kolei jego ulubioną, więc pchła ta, połączywszy w sobie krew ich obojga, staje się "ich łożem małżeńskiem i nawet ich ołtarzem ślubnym. "Teraz, — mówi poeta, — gniewaj się jak chcesz, o, piękna, i niech jak chcą gniewają się rodzice twoi; jesteśmy już złączeni i uwięzieni razem w tych ścianach z żyjącego dżetu. (Ściany z żyjącego dżetu — to pchła). Sam Margrabia Mascarillo nie wpadł nigdy na podobny pomysł. Zaledwie można wyobrazić sobie pisarza zdolnego do wymyślenia takich głupstw. Ale ma to ciąg dalszy i jeszcze gorszy. Pchła przemawia: "Może z przyzwyczajenia zabić mię zechcesz, lecz pomyśl, że będzie to nietylko morderstwo, ale także samobójstwo i świętokradztwo, czyli, trzy zbrodnie, zawarte w trzech morderstwach. " Co to znaczy? A to mianowicie, że kochanka stanowi jedną całość z poetą, a oboje znowu stanowią jedną całość z pchłą, tak, że żadne z tych trojga z oso-

bna zabitem być nie może; że zatem, zabijając pchłę, oblubieńcy zabiją razem i samych siebie. Zauważyć wypada, że w tym samym czasie uczony Malherbe pisał w swoich Łzach Ś-go Piotra, prawie takie same głupstwa, a fabrykanci sonetów we Włoszech i w Hiszpanii doszli do tego samego prawie stopnia obłędu. Ztąd wynika wniosek, że czas ten był dla całej Europy chwilą dogorywania pewnego literackiego okresu.

Na granicy dwóch okresów, z których jeden dogorywa, a drugi się rodzi, powstaje poeta najbardziej przez wzpółczesność lubiony i wychwalany, Abraham Cowley (1608 — 1667), którego nazwać można dzieckiem cudownem, który, jak później Pope, zapalczywie czytając książki i robiąc wiersze, jak Pope także, daleko lepiej znał książki niż życie i więcej dbał o słowa niżeli o rzeczy. Rzadko u kogo uczuć się daje, takie jak u Cowleya, wyczerpanie pisarskie. Posiada on wielką umiejętność mówienia o wszystkiem i tylko nie ma najzupełniej o czem mówić. Zamiast treści, która zniknęła, znajduje się tu całkowicie pusta forma. Nadaremnie Cowley zapracowuje się nad poematami epicznemi, pieśniami pindarycznemi, strofami, odami, najrozmaitszemi wierszykami i wierszydłami; nadaremnie wzywa na pomoc wszelkich możliwych porównań z dziedziny botaniki i filozofii, — całej erudycyi uniwersyteckiej, wszystkich wspomnień Starożytności, wszystkich pomysłów wiedzy nowożytnej: nadaremnie, bo. czytanie pism jego pobudza tylko do nieprzezwyciężonego poziewania. Z wyjątkiem kilku wierszy opisowych i kilku niepozbawionych wdzięku czułostek w poezyach jego niema uczucia, są tylko słowa. W zbiorze swoich utworów miłosnych Cowley złożył dowód tylko swej uczoności, tego, że czytał mnóstwo rzeczy, dobrze znał geografię, — biegły był w anatomii, nieco świadomy medycyny i astronomii, że umiał także wynajdować porównania i przenośnie, nad których wyrozumiewaniem schnie głowa. Tak, naprzykład, powiada, że "piękność jest to zło bierno - czynne, gdyż umiera samo, równie szybko jak zabija; " że kochanka jego popełnia zbrodnię, spędzając dziennie po trzy godziny przed zwierciadłem, bo "tym sposobem piękność jej, która sprawiała rząd umiarkowany, dzierżyć zaczyna rządy absolutne. " Przeczytanie dwustu takich stronic wzbudza ochotę do — spoliczkowania autora. Dla uspokojenia się trzeba sobie powiedzieć, że każdy wielki okres czasu w taki sposób się kończy, że zatem i ten inaczej skończyć się nie mógł, że poprzedni wielki wybuch zapału, widzeń, zuchwałej i wszechstronnej ciekawości, ten potok ognisty, który przez umysłowość ludzką przepłynął, ostygając, gasnąc, leniwiejąc, musiał pozostawić po sobie tylko skorupy, zastygłe piany i błyszczace, ale raniące, ostrza. Trzeba sobie jeszcze powiedzieć, że ten Cowley może i nie był pozbawiony talentu, że, owszem, miał go nawet

najpewniej, tylko że był to talent nowy, dawnym mistrzom nieznany, będący płodem innej uprawy, objawem innych obyczajów i zapowiedzią innego świata. Cowley też posiada te inne obyczaje i należy do tego innego świata. Jest to człowiek spokojny, rozsądny, wyształcony, grzeczny, dobrze wychowany, który, dwanaście lat spędziwszy na sekretarskim urzędzie u królowej Henryetty, oględnie usuwa się do wiejskiego swego domu i tu pracuje nad historyą naturalną, pisze rozprawę o religii, filozofuje nad życiem i ludźmi, spładza mnóstwo refleksyi moralnych i nakoniec wykonawcy testamentu swego zaleca, "aby z pism jego starannie wyrzucił wszystko, coby mogło choćby w sposób najlżejszy obrażać religię i przystojność. " Takie usposobienie i taki żywot zdają się wskazywać, że był to daleko mniej poeta, więc wizyoner i twórca, niż pisarz, to jest człowiek, który umie myśleć i mówić, który zatem musiał wiele uczyć się i czytać, a posiada umysł jasny i spokojny, nawyknienia towarzyskie pełne grzecznej układności, umiejętność rozmawiania seryo i wpólżartobliwie. Istotnie też Cowley jest pisarzem i w dodatku najdawniejszym z tych, którzy w Anglii na miano to zasługują. Proza jego jest o tyle łatwą i rozsądną, o ile poezya wymęczoną i niedorzeczną. "Porządny człowiek, " który przemawia do porządnych ludzi prawie tak samo jakgdyby razem z nimi znajdował się w salonie: oto jest mniej więcej pojęcie, które w siedemnastym wieku panowało o dobrym pisarzu. Takim też jest Cowley w swoich szkicach, pisanych prozą. Ten-to rodzaj talentu stanie się wzorem dla pisarzy następnego okresu, a Cowley rozpoczyna ów łańcuch postaci poważnych i sympatycznych, którego ogniwa łączą Temple'a z Adisonem.

II.

Zdawać-by się mogło, że tu już jest koniec Odrodzenia i że odtąd duch tej epoki pocznie, jak roślina wyczerpana i uwiędła, ustępować przed nowym kiełkiem, dobywającym się z pod jego szczątków. A jednak ten pień stary i słabnący wydaje z siebie jeszcze niespodziewaną i pełną życia latorośl. Gdy sztuka więdnie, nauka rozkwita i zdaje się być kresem, ku któremu zmierzał cały trud stulecia. Bo dwa te płody umysłowości ludzkiej nie zostają z sobą w najlżejszej sprzeczności; owszem, tworzą je jedne i te samu soki w roślinności duchowej, a różność ich form jest tylko objawem dwóch różnych momentów jej wzrastania. Tam, gdzie kona życie sztuki i poezyi, rodzi się zawsze nauka i filozofia. Jest to konieczne i naturalne, gdyż nauka i filozofia spełniają czynność przedstawiania za pomocą formuł ścisłych tego samego, oryginalnie przez pewien okres powziętego po-

jęcia o świecie, które sztuka i poezya przedstawiają za pomocą postaci i obrazów czerpanych z wyobraźni. Objawiwszy się już w poezyi przez twory idealne, władcze pojęcie pewnego okresu samo przez się dochodzi do objawiania się przez rozumowania ścisłe. Co najsilniej zawładnęło ludźmi u wyjścia z czasów ucisku kościelnego i ascetyzmu mniszego? Pogańskie pojęcie o zgodnem z naturą i swobodnie rozwijającem się życiu. Ludzie zatem wydobyli naturę zpod scholastyki, w której była zagrzebaną, i zaczęli ukazywać ją w poematach i malowidłach, pod postacią wspaniale rozkwitłych ciał we Włoszech, pod postacią wspaniale pięknych dusz w Anglii; a czynili to z tak przedziwnem odgadnięciem praw, popędów i kształtów tej natury, że z ich obrazów i dramatów można wysnuć zupełną teoryę ciała i duszy. Lecz gdy zapał przeminął, powstała ciekawość. Poczucie piękna ustąpiło przed żądzą prawdy. Teorya wydobywać się zaczęła z zawierających ją w sobie dzieł wyobraźni. Wzrok ludzkości, tak jak i wprzódy, tkwił w naturze, tylko że nie przyczyn uwielbienia, lecz sposobów zrozumienia jej, szukał. Umysł przeniósł się od malarstwa do anatomii, od dramatu do filozofii, od wielkich odgadywań poetycznych, do wielkich poszukiwań naukowych, lecz w różnych tych dziedzinach, z których jedne względem drugich były początkiem i dalszym ciągiem, ten sam duch mu przewodniczył. Bo czemże jest przedmiot, który przedstawiała sztuka, a badać zaczyna nauka? Niczem innem, jak tylko złożonym i pełnym ustrojem rzeczy posiadających życie i zdolność ruchu dzięki własnym swym, wewnętrznym silona, bez współudziału jakichkolwiek nadprzyrodzonych. Artyści i uczeni, jednostajnie, choć bezwiednie, podlegają temu władczemu pojęciu, że natura istnieje sama przez się, że każdy twór zawiera w sobie samym przyczynę swych czynności, że przyczyn wypadków poszukiwać należy w prawach wrodzonych samym rzeczom. Z wielce - potężnego tego pojęcia wypłynąć ma cała cywilizacya nowożytna, a w tej chwili rodzi ono we Włoszech i w Anglii, jak niegdyś zrodziło w Grecyi, obok sztuki doskonałej, prawdziwą naukę. Ono - to jest gruntem z którego na jednym punkcie ziemi wyrastają: Vinci, Michał Anioł, szkoły anatomiczne, matematyczne i naturalistyczne, z Galileuszem w końcu, a na drugim Spenser, Ben Jonson, Szekspir i szkoła myślicieli, która, otaczając Bacona, gotuje drogi dla Harveya.

Nie potrzeba szukać daleko tej szkoły myślicieli; bo w przerwie, która zaszła w panowaniu chrześcijaństwa, duch tą szkołą rządzący panuje wszędzie. Ten duch pogaństwa rozpościera swą władzę nad dworem królowej Elżbiety, nad literaturą, nad doktrynami, a jest to duch Północy, zawsze poważny, często ponury, tem zaś z duchem Południa zjednoczony, że rdzenną istotą obu jest poczucie przyrodzoności sił i rzeczy. Są tacy, u których chrześcijaństwo zniknęło aż do

szczętu i tacy, którzy, jak np. Greene i Marlowe, w zapale buntu, albo rozpustnej swawoli, posuwają się aż do ateizmu. U innych, jak np. u Szekspira, wiara w Boga jest zaledwie dostrzegalną. Malutkie życie ludzkie poczytują oni za senne marzenie, rozwijające się na łonie wielkiego, ponurego snu wszech rzeczy, a śmierć to dla nich ostateczna granica istnienia, co najwyżej, ciemna otchłań, w którą człowiek wpada, niewiedząc gdzie upadnie (1). Jeżeli kiedykolwiek rzucą spojrzenie poza tę granicę i poza tę otchłań, spostrzegają, nie pierwiastek duchowy, przenoszący się do świata nad ten lepszego, ale samotne w mokrej ziemi trupy, lub widma błądzące dokoła cmentarzy. Obok niewiary trwa w nich zabobon, lecz tego, co jest wiarą prawdziwą, niema nigdy. Bohaterowie ich posiadają cnoty, lecz nie z religii czerpane. Orężem ich przeciw złym postępkom jest honor albo miłość piękna, nie zaś pobożność i bojaźń Boża. Niektórzy, a w liczbie ich Sidney i Spenser, dostrzegają Boga, lecz pod postacią mglistej, idealnej jasności, lub jakiejś postaci wzniosłej, z fantazyi Platona wysnutej, i zgoła niepodobnej do tego osobowego Boga, który jest surowym badaczem i sędzią najlżejszych poruszeń serca. Boga przedstawiają sobie u wierzchołka wszech rzeczy, jako wspaniale ich zwieńczenie, które jednak na życiu ludzkiem nie ciąży, pozostawia je nienaruszenie wolnem i jeden tylko wpływ na nie wywiera: mianowicie, zwraca je w kierunku piękna. Ten rodzaj ciasnego więzienia, w którem później obrządek urzędowy i konwenansowa pobożność zamknąć mają ludzki czyn i ludzki rozum, wcale jest wówczas nieznany. Nawet ci, którzy posiadają wiarę religijną i są szczerymi chrześcijanami, jak np. Browne i Bacon, usuwają z religii wszelki żywioł ucisku, a w chrześcijaństwie widzą przedewszystkiem wzniosłą poezyę ducha, poniżej której przyrodzone prawdy i potrzeby istnieć muszą. Na tej drodze, tak rozległej i szeroko rozwartej, wszelkie pomysły i poszukiwania swobodnie powstawać i rozwijać się mogą. To też z lordem Herbertem zjawia się usystematyzowany deizm, z Miltonem i Algernonem Sidneyem religia filozoficzna, Clarendon zaś nie zawacha się przyrównać ogrodów lorda Falklanda do tych, w których nauczał Platon. Nawet w samem ognisku największego rygoryzum purytańskiego najwybitniejsi teologowie anglikańskiego kościoła: Chillingworth, Hales, Hooker, udzielają rozumowi człowieka wobec religii swobód szerokich, tak szerokich, że do dziś dnia nigdzieindziej nie używa on podobnych.


(1) [234]

W tym samym czasie nastąpił zdumiewający wybuch zdarzeń i faktów: odkrycie Ameryki, wskrzeszenie Starożytności, odnowienie filologii powstanie rzemiosł, wzrost przemysłu. Ciekawość ludzka zaczęła przechadzać się po całej przestrzeni dziejów i ziemskiego globu, zbierając materyały, z których powstała — proza. Sidney, Wilson, Asbam i Puttenham pracowali nad ustanowieniem prawideł stylowych, Hackluit i Purchas z opisów różnych krajów układali encyklopedyę, podróżniczą, Holinshed, Speed, Raleigh, Stowe, Knolles, Daniel, Tomasz More, lord Herbert zakładali fundamenty pod gmach historyografii; Camden, Speltnan, Cotton, Usher i Selden wytwarzali to co nosi nazwę erudycyi. Cała armia cierpliwych pracowników, nieznanych zbieraczy, literackich szperaczy zgromadza, porządkuje, oczyszcza z niepotrzebnych rzeczy massę dokumentów, z których Robert Cotton i sir Tomasz Bodley układają biblioteki; a jednocześnie moraliści, utopiści, malarze obyczajowi, tacy jak: Tomasz More, Józef Hali, John Earle, Owen Felltham, Burton, opisują życie, z rozmaitemi jego cechami, i wydają o niem sądy. Ci ostatni przez Fullera, sir Tomasza Browne'a i Izaaka Waltona dosięgają aż połowy siedemnastego wieku i przybierają do grona swego pisarzy religijnych i politycznych, którzy, jak Hooker, Taylor, Chillingworth, Algernon Sidney i Harrington, oddają się badaniom nad religią i społeczeństwem, nad państwem i kościołem. Z obfitej i gęstej tej mieszaniny wydziela się mnóstwo nowych myśli, ale mało pięknych dzieł. Takiej pięknej prozy, jaka panowała na dworze Ludwika XIV go, albo w Gymnazyach Ateńskich i u Polliona, jaką wogóle tworzyć umieją ludy towarzyskie i wymowne, tu niema wcale. Pisarze, o których tu mówimy, nie posiadają ducha analizy, który nie jest niczem innem, jeno umiejętnością postępowania krok w krok z naturalnem kojarzeniem się myśli, ani też ducha rozmowy, który polega na umiejętnem unikaniu wszystkiego, co nudzi lub obraża kogokolwiek. Wyobraźnia ich jest zbyt mało uporządkowaną, a obyczaje posiadają zbyt mało ogłady. Najbardziej światowi z nich, nie wyłączając samego Sidneya, otwarcie i prostaczo wypowiadają wszystko, co myślą i jak myślą. Nietylko brak im w mowie pomiarkowania, lecz, owszem, kochają się w przesadzie. Nic nigdy nie pomijają i nie cofają się przed niczem. Przesadzone komplimenty mieszają z grubiańskiemi żartami. Sztuka powściągliwej wesołości, dowcipnej i lekkiej drwiny, subtelnego pochlebienia czyjejś miłości własnej, jest im nieznaną. Lubują się w grubych kalemburach i tłustych domyślnikach, a zawikłane szarady i gburowate sceny wydają się im płodami dowcipu. Ich wielcy panowie i wielkie panie rozmawiają na sposób ludzi źle wychowanych, rozmiłowanych w grubym śmiechu i w walkach niedźwiedzich. Są też pomiędzy nimi tacy, którzy, jak sir Tomasz Browne albo Over-

bury, przepełniają swoją prozę taką obfitością poezyi, że rozprawa znika pod kwiatami, a myśl pod obrazami. Przeciążają styl swój porównaniami, które wywijają się jedne z drugich, piętrzą się jednę nad drugiemi, tak, że treść całkowicie zasłonięta jest ozdobami. Nakoniec, i po największej części, są to pedanci, nieoczyszczeni jeszcze z rdzy, którą ich okryła szkoła; tworzą działy, poddziały, stawiają tezy, mnożą określenia, argumentują gruntownie i uciężale, cytują autorów łacińskich i nawet greckich, brukują dzieło ciężkiemi okresami, w sposób wielce uczony rozbijają niemi głowy przeciwników, a przez odbicie, i czytelników także. Nie umieją nigdy utrzymać się na właściwym poziomie prozy, lecz albo wzbijają się wyżej, albo zsuwają niżej niż trzeba; wznoszą się wskutek wrodzonego sobie ducha poetyczności, opadają wskutek grubości wychowania i obyczajów. Z drugiej jednak strony, posiadają oni powagę i samodzielność myśli, wiele rozwagi, przekonań i szczerego umiłowania przedmiotów, o których piszą. Nawet u kompilatorów czuć prawość i umysłową siłę, które budzą zaufanie i sprawiają przyjemne wrażenie. Pisma ich przypominają sztychy współczesne, potężne a ciężkie, albo rysunki takie, jak naprzykład, Hofnagla, bardzo pierwotne i zarazem nauczające. Pomysły ich odznaczają się ścisłością, wyrazistością, darem spostrzegania przedmiotów, nie w sposób ogólnikowy, jak to widzimy u pijarzy klassycznych, lecz w sposób szczegółowy i wyodrębniający. Człowiek przez nich przedstawiany nie jest człowiekiem abstrakcyjnym, mieszczuchem do wszystkich mieszczuchów świata tego podobnym, albo chłopem wziętym samym w sobie: jest co Tomaszem, lub Jakóbem, Smithem lub Brownem, należącym do takiej to parafii, pracującym w takim-to sklepie, mającym taki-to sposób poruszania się i mówienia, noszącym takieto ubranie, — słowem, jest istotą ludzką z pomiędzy innych wyodrębnioną — osobnikiem, nie ideą. Zaledwie wyobrazić sobie można jak wielkie zamieszanie w głowach ludzkich usposobienie takie sprawiać musi, jak przy niem plącze się nić prawidłowego myślenia, jak zaczepiają wzajem o siebie na sto przeróżnych sposobów wszystkie przedmioty, wraz z nieskończoną liczbą swych kształtów, dodatków i właściwości, sprowadzają do umysłu całe szeregi i całe rody zjawisk; jakiej wypukłości nabierze język, jak słowa poufałe, malownicze, a zbyt swobodne, wybuchać tam będą raz po raz; jak, nakoniec, jędrna żywość, niespodzianka, oryginalność, poszarpanie wewnętrzne pomysłu, — skaczą do oczu. Zarazem, z jakąż potęgą umysły tak ukształtowane biorą rzeczy w swe posiadanie, ile przedmiotów w jednym pomyśle zmieścić są zdolne, jak wielką musi być liczba nagromadzonych przez nie zdań własnych i zapożyczonych, przypuszczeń, odgadywań, wyobrażeń, każdy przedmiot ogarniających, i nakoniec, — jak obficie, a niepewnie, płodzić one muszą i pra-

wdy i tylko domysły! Znajdujemy się tu wobec niesłychanej rojności i form i myśli, często poronionych, częściej jeszcze barbarzyńskich, kiedy niekiedy prawdziwie wspaniałych. Lecz, co pewna, to, że z całego nawału tego wybłyskuje rzecz wielka i posiadająca w sobie zadatki długiego życia, mianowicie, nauka. Trzeba tylko dwom albo trzem z pomiędzy tych dzieł przyjrzeć się zblizka, aby dojrzeć jak nowy twór ten dobywa się z pomiędzy szczątków doby minionej i pierwszych zarysów tej, która nadchodzi.

III.

Przedstawicielami powyżej opisanych usposobień umysłowych są przedewszystkiem dwaj pisarze, z których naprzód wymienić należy Roberta Burtona, księdza, samotnika, który życie całe spędził w bibliotekach uniwersyteckich, na badaniu wszelkich możliwych nauk. Erudyt, niemniejszy od Rabelais'go, niesłychaną i niezmordowaną pamięcią obdarzony, usposobienia wcale nie równego, bo czasem wesoły i pełen ożywienia, a czasem smutny aż do ponurości, w napisie swym grobowym wyznał, że melancholia była główną osnową jego życia i przyczyną śmierci. Oryginalny i ściśle trzymający się własnego sposobu myślenia, był on nadewszystko jednym z pierwszych, doskonałych przykładów tego szczególnego, angielskiego temperamentu, który, wskutek głębokiego skupiania się człowieka w samym sobie, bujnie rozwija w nim to wyobraźnię, to z kolei skrupulatną moralność, lub rozmaite dziwactwa myśli i uczuć. Następstwem takiego teraperamentowego procesu bywa to, że jeden i ten sam człowiek staje się, wedle otaczających go okoliczności, poetą, albo dziwakiem, albo jeszcze humorystą, szaleńcem, lub purytaniuem. Burton dzięki trzydziestoletniemu oczytaniu się utworzył sobie w głowie prawdziwą encyklopedyę, poczem położył przed sobą foliał niezapisany i dla ulżenia sobie, dla rozrywki, pisać zaczął. Dwadzieścia wierszy poezyi, dwanaście wierszy o rolnictwie, stronica o herbach, opis ryb niepospolitych, kazanie o cierpliwości, o tem jak często napady gorączki powtarzają się u hipochondryków, jaką jest historya partykuły que, ustęp z metafizyki: oto przesuwająca się mu przez głowę, w ciągu bardzo niedługiego czasu, karnawałowa zgraja zdań i myśli, zdań i myśli greckich, łacińskich, niemieckich, francuzkich, włoskich, zaczerpniętych z dziedziny filozofii, geometryi, medycyny, poezyi, astrologii, muzyki i pedagogiki. Wszystko to, jedno na drugie zwalone, tworzy olbrzymi chaos, niesłychaną gęstwinę faktów, sądów, cytat, płaczących się, gmatwających, ocierających o siebie, z żywością i porwem, którym podobne widzieć można chyba na balach waryatów.

"Codziennie, — powiada, — dochodzi mię mnóstwo różnych, świeżych nowin, któremi są pogłoski o wojnach, morach, pożogach, powodziach, o kradzieżach, morderstwach, rzeziach, meteorach, kometach, widmach, cudach, nadprzyrodzonych zjawiskach, miastach szturmem zdobytych i miastach obleganych we Francyi, w Niemczech, w Turcyi, w Persyi, w Polsce i t. d. i t. d. Nowiny takie jak o ruchach wojsk i przygotowaniach wojennych, o bitwach stoczonych, o ilości ludzi pozabijanych, o bitwach Da morzu, o rozbójnikach morskich, o traktatach pokoju, dokonanych podstępach, nowych trwogach, — czas nasz codziennie do uszu naszych przynosi, wraz z nieprzebranym ogromem życzeń, pragnień, edyktów, petycyi, czynów dokonanych, procesów prowadzonych, praw ogłaszanych, skarg i uraz głośno wypowiadanych. W dodatku, przybywają codziennie nowe książki, pamflety, nowelle, historye, cale spisy nowych ksiąg różnego rodzaju, nowe paradoksy i różne zdania, nowe odszczepieństwa, herezye, dysputy filozoficzne, religijne, etc. etc. Mało tego: odbywają się jeszcze nowe gody weselne, maskarady, festyny, jubileusze, poselstwa, turnieje, tryumfy, parady, igrzyska dworskie, przedstawienia teatralne. Dziś dowiadujemy się o mianowaniu nowych ludzi na wysokie urzędy i dostojeństwa, jutro o upadku dawnych wielkości, pojutrze o spłynięciu zaszczytów na inne znowu osoby. Oto uwięziono tych, a tamci w zamian odzyskali wolność. Jedni kupują, inni kupować nie mają za co; ci zdobywają majątek, tamci go tracą. Tu obfitość wszystkiego, ówdzie nieurodzaj, głód i drożyzna. Biegną, jadą, kłócą się, śmieją, płaczą etc. Takie-to nowiny o sprawach publicznych i prywatnych codziennie uszu moich dochodzą. "

— "Jakież ogromne mnóstwo książek o najrozmaitszych przedmiotach nauki i sztuki istnieje ku zadowoleniu ludzi najrozmaiciej uzdolnionych! Są książki o arytmetyce, geometryi, optyce, perspektywie, astronomii, architekturze, o sztuce sculptura, i sztuce pictura, o wszystkich tych umiejętnościach, o których w czasach ostatnich napisano tyle pracowitych rozpraw. Jest też ich mnóstwo o mechanice i jej tajemnicach, o sztuce wojennej, o sztuce jeżdżenia konno, o żeglarstwie, fechtunku, pływactwie, sadzeniu ogrodów i uprawie drzew. Ogromne volumina wypełnia gospodarstwo domowe, sztuka kuchenna, sztuka hodowania sokołów, łowiectwo, rybołówstwo, ptasznictwo etc. A dokładne opisy wszelkich gier i ćwiczeń cielesnych! A dzieła o muzyce, metafizyce, filozofii naturalnej i moralnej, o filologii, polityce, chronologii, genealogii, herbach etc! A te grube tomy, w których jest mowa o Starożytności! Et quid subtilius arithmetids inventionibus? (A cóż kunsztowniejszego nad wynalazki arytmetyczne?) Quid jucundius musieis rationibus? (Co przyjemniejszego nad to czem do nas przemawia muzyka) ? Quid dimnius astronomicis? (Co bardziej bo-

skiego od prawd astronomicznych) ? Quid rectius geometricis demonstrationibus? (Co rzetelniejszego od dowodzeń geometrycznych?) Czy może być przyjemność większa nad czytanie tych opisów słynnych wypraw Krzysztofa Kolumba, Ameryga Vespuccego, Wenecyanina Marka Polo, Vertomannusa, Aloizego Cadaniusta etc? albo też dzienników z podróży, z tak wielką ścisłością spisywanych przez Portugalczyków, Hollendrów, Bartisona, Olliviera Norta etc? lub podróży Hackluita, Dekad Piotra Męczennika, opowiadań Linschotena, Hodoeporykonów Jodoka a Meggen, Brocarde'a Mnicha, Bredenbachiusa, Sandsa, Dubiniusza podróży do Jerozolimy, do Egiptu i innych, oddalonych krajów świata? Albo te miłe itineraria (drogowskazy) Pawła Hentzerusa, Jodoka Sincerusa, albo też pisarza zwanego "Dux Polonus?" Widzieć ciekawe rysunki i ryciny braci A. Bry przedstawiające różne części Atueryki? Czyliż nie sprawia przyjemności widok rytowanego zielnika, gdzie drzewa, kwiaty, trawy, cała roślinność przedstawiona jest w żywych, naturalnych barwach, jak to znajdujemy u Matthiolusa, piszącego o Dioskorydesie, u Delacampiusa, Lobela, Bauhinusa i w najnowszym ze wszystkich, w grubym, ogromnym zielniku Beslera z Norymbergi, w którym wszystkie prawie rośliny przedstawione są w wielkości naturalnej? A któżby widzieć nie chciał ptaków, zwierząt, ryb morskich, pająków, wężów, much, muszek, — słowem, wszystkich stworzeń żyjących, które taż sztuka najdokładniej ukazuje w barwach żywych, wraz z rzetelnym opisem ich przyrodzenia, zalet, przymiotów? etc, którego-to dzieła dokonali z ogromnem staraniem Aelianus, Gesner, Ulisses Aldrovandus, Bellonus, Kondolecyusz, Hipolit Salvianus, etc" I końca temu niema! Imiona, nazwy, słowa, padają, leją się, wzbierają i unoszą z sobą czytelnika. — ogłuszonego, odurzonego, na wpół już pogrążonego w tę toń, wpół nieprzytomnego, niemogącego w tym potopie znaleść gruntu pod stopami. Jest to potok o niewstrzymującym się nigdy pędzie. Niema takiej myśli, którejby Burton nie powtórzył na pięćdziesiąt sposobów najrozmaitszych, a gdy wypadkiem wyczerpie własne swe myśli, zaczyna na głowy czytelników wylewać cudze. Z klassyków i z autorów mniej od nich znanych, i z innych, jeszcze mniej znanych, — takich, o których wiedzą tylko uczeni, i z najmniej znanych, takich, o których wiedzą tylko erudyci, bierze co tylko może, a pod tem wszystkiem wykopuje jeszcze jedną, lecz najczarniejszą ze wszystkich, otchłań i napełnia ją imionami zupełnie już nikomu nie wiadomemi, wręcz już odrażającemi, takiemi jak: Besler z Norymbergi, Adricomius, Linsehoten, Brocardus, Bredenbacbius. A sam on, Burton, pośród tych przedpotowych potworów, łacińskiemi końcówkami najeżonych, czują się jak w domu; krąży pomiędzy niemi, igra z niemi śmieje się, coraz innego wskazuje i albo je dosiada, albo za

cugle prowadzi. Możnaby go wziąć za starego Proteusza, tego zuchwałego żwjerzowładzcę, który w ciągu jednej godziny objechał dokoła ocean, na wozie, zaprzężonym w hippopotamy.

Za przedmiot opracowania wybiera melancholię (1), która stanowiła zasadniczy właściwość jego własnego ducha i opracowywa go w sposób zupełnie szkolny. Żaden z traktatów Ś go Tomasza nie jest z większą prawidłowością zbudowany. Potok erudycyi rozbiega się tu na kanały geometrycznie narysowane i bez zboczenia, choćby o jedną linię, tworzące kąty proste. Każdą część dzieła poprzedza streszczenie i skorowidz. Każdy dział rozpada się na poddziały, poddział na rozdziały, rozdział na podrozdziały: o chorobie w ogólności, o melancholii w szczególności, o naturze melancholii o jej siedlisku w organizmie człowieka, o różnych jej rodzajach, o przyczynach z których powstaje, o symptomatach i zapowiadających ją objawach; następnie, o środkach zaradczych dozwolonych, o środkach zaradczych niedozwolonych, o środkach dietetycznych, o środkach farmaceutycznych. Stosownie do metody scholastycznej, której się trzyma, przechodzi od całości do szczegółów i każde wzruszenie, każdą myśl umieszcza w osobnej i pilnie w numer zaopatrzonej klateczce. Z innej strony, jako człowiek należący do epoki Odrodzenia, w tę średniowieczną formę wciska rzeczy najrozmaitsze: po literacku wykonane obrazy namiętności i medyczne opisy pomieszania zmysłów, szczegóły szpitalne i satyrę na ludzką głupotę, fakty z dziedziny fizyologii i zwierzenia osobiste, recepty aptekarskie i zdania moralne, uwagi nad miłością i opowiadania o wypróżnieniach żołądkowych. Umiejętność przesiewania myśli jeszcze nie istnieje; w jednym człowieku mieści się poeta i lekarz, literat i uczony. W braku wszelkiej tamy myśli różnej natury, jak rozmaite trunki, spływają do jednej kadzi, wydając dziwne warki i nieprzyjemne wonie i sprawiając dziwolążne wrażenia. Lecz kadź napełnia się po brzegi, a z mieszaniny która w niej kipi, powstają ciało złożone, potęgą swą przenoszące wszystko, co dotąd w dziedzinie tej znanem było światu.

IV.

Bo jak ciasto na drożdżach, mieszanina ta wyrasta na uczucia poetyczności, które przenika olbrzymią erudycyę, budzi w niej życie, nie poprzestaje na suchych spisach rzeczy, lecz usiłuje wyjaśniać je i w każdej z nich wynajdywać duszę, duszę tajemniczą i do głębi


(1) [235]

wzruszającą, bo przedstawiającą człowiekowi świat jego wewnętrzny i świat otaczający w postaci niezmiernej a niezbadanej zagadki.

Trzeba sobie wyobrazić umysł pokrewny umysłowi Szekspira, — taki umysł, który stał się erudytem i dostrzegaczem, zamiast stać się poetą i aktorem, który, zamiast tworzyć, chce wyrozumiewać i ale przytem, jak i Szekspir, zajmuje się istotami żywemi, przenika do głębi ich wewnętrzną budowę, przywiązuje sio do ich rzeczywistych praw, namiętny a skrupulatny, odciskuje w sobie najdrobniejsze rysy ich postaci. Jednocześnie umysł ten siłą przenikliwego odgadywania wybiega po zagranice spostrzeżeń zmysłowych, zza widzialnych dla oczu cielesnych pozorów dostrzega świat jakiś niewidzialny, nieznany, wspaniały, i drży cały od czci i wzruszenia przed tym ciemnym, nigdy nieukojonym, żywemi istotami wypełnionym ogromem, na którego powierzchni migoce nasz drobny światek ludzki. Trzeba sobie wyobrazić umysł taki, aby poznać Tomasza Browne'a, który był naturalistą, filozofem, erudytem, lekarzem, moralistą i jednym z ostatnich przedstawicieli pokolenia, które wydało Jeremiasza Taylora i Szekspira. Żaden z myślicieli nie składa równie wyraźnego świadectwa o niezmiernej i pełnej pomysłów ciekawości, którą odznacza się ta epoka. U żadnego pisarza nie odbija się tak dokładnie świetna i ponura fantazya Północy. Nikt z równie wytnownem wzruszeniem nie mówiło śmierci, o niezmiernej nocy zapomnienia, o otchłani, w którą pada wszystko, co istnieje, o próżności ludzkiej, usiłującej za pomocą sławy i grobowców zdobywać nieśmiertelność sztuczną i przelotną. Nikt w bardziej świetne i oryginalne wyrazy nie ujął tego poetycznego nastroju, który przejmował całą umysłowość współczesną. "Niezasłużone zapomnienie na oślep wystrząsa swoje makówki, a wygładzając człowieka z pamięci wieków, nie przebiera w prawach do nieśmiertelności. Jakże litości godnym jest twórca Piramid! Imię Herostrata trwa w pamięci ludzkiej, bo spalił on świątynię; a imię tego, który ją zbudował, prawie całkiem zaginęło. Czas zniszczył napis na grobowcu Adryana, lecz ten, który wyryto nad koniem jego, pozostawił w całości. Wszystko jest głupstwem i próżnością, karmiącą się wiatrem. Mumie egipskie, oszczędzone przez Kambyzesa, i szereg licznych wieków stają się teraz pastwą rąk drapieżnych. Mizraim jest lekarzem ran, a faraona sprzedają na materyał do wyrabiania balsamów. Większości ludzi musi wystarczać to, że byt ich przeminął tak, jakby go nie było nigdy, i że imiona ich, trwając w księdze Boga, z pamięci ludzkiej są wykreślone. Z całej historyi świata, poprzedzającej potop, przetrwało dotąd tylko dwadzieścia siedem imion, a wszystkie te, których nie pochłonęła przeszłość, nie dorównywają liczbą ludności jednego stulecia. Summa śmierci przenosi o wiele summę życia; przeszłość świata jest o wiele dłuższą od jego przyszłości; zkaż-

da godziną przybierają wody znikomości, ani na jedną minutę płynąc nie przestając... Zresztą, za życia jeszcze zapomnienie wydziera pamięci naszej większą część nas samych. Po najżywszych uciechach pozostają słabe tylko echa, a po najcięższych ciosach — szybko gojące się blizny. Uczuciowość nasza nie znosi stanów ostatecznych, a zgryzoty albo nas zabijają, albo ustają same. Dzięki litościwej zapobiegliwości natury nie wiemy o mających nas spotkać nieszczęściach, a o tych, które już nas spotkały, zapominamy, i tym tylko sposobem możemy przełykać strawę naszą, z dni krótkich a cierpkich przyrządzaną. Natura ujmuje nam wspomnień bolesnych dlatego, aby krwawiące się rany nasze mogły zabliźnić się i zagoić. "

Tak więc, ze stron wszystkich ciasnem kołem otacza nas śmierć. "Ona to jest rodzicielką życia, a ponieważ codziennie otrzymujemy grobowe ostrzeżenia od brata jej, snu, ponieważ czas, który sam starzeniu się podlega, wzbrania nam nawet nadziei długiego trwania, rzeczą rozsądną jest poczytywać wszelkie oczekiwanie długiej przyszłości za czcze rojenia i szalone złudy. "

Słowa te mógł wyrzec tylko taki człowiek, który był prawie poetą, i właśnie ta wyobraźnia poetycka, którą posiadał, była dla Browne'a bodźcem w posuwaniu się na drodze naukowej (1). Wobec zjawisk natury roją się mu w głowie domysły i zestawienia; krąży dokoła każdego przedmiotu, próbuje doświadczeń i wyjaśnień, zda się, że nakształt giętkich i drgających macek wszystkie siły swej przenikliwości wypręża ku czterem stronom świata, ku najdalszym granicom krainy fantazyi i krainy prawdy. Skorupy o zarysach drzewiastych i liściastych, tworzące się na powierzchni zamarzłych płynów, budzą w nim zapytanie: czy nie jest to objaw rozpuszczonych w płynie, a zmartwychwstających istności roślinnych? Widok skrzepłej krwi i zsiadłego mleka skłania go do rozmyślań: czy nie zachodzi jakie pokrewieństwo pomiędzy tem zjawiskiem a kształtowaniem się ptaka w jaju i ścinaniem się pierwotnego chaosu w formę świata? Niepochwytna siła, przez którą zamarzają płyny, nasuwa mu chęć zbadania: czy przypadkiem uderzenia apoplektyczne i katarakty oczne nie pochodzą również z działań jakiejś podobnej siły, zawierającej w sobie pierwiastek zamrażający? Browne staje wobec natury, jak artysta lub pisarz wobec żywego oblicza ludzkiego: każdy rys i każde poruszenie fizyonomii zapisuje sobie w pamięci, aby przez nie wniknąć do głębi temperamentu i charakteru; w spostrzeżeniach i rozumowaniach swoich czyni nieustanne poprawki i przeróbki, bo przeni-


(1) [236]

ka "O nawskróś i niepokoi myśl o siłach niewidzialnych, pod powloką widzialną działających. Platonizm, Kabała i teologia chrześcijańska formy istnościowe Arystotelesa i formy specyficzne przez alchemię wymarzone, — wszystkie teorye i wszystkie imaginacyę całej Starożytności i całej Średniowieczności, wszystkie spekulacye rozumów łódzkich, powikłane i wzajem jedne z drugich się wyradzające, spotykają się w jego głowie, otwierając dla myśli mnóstwo ujść w światy nieznane. Natłok, przepełnienie, zamęt, wewnętrzna burzliwość i rojność, mgły i błyskawice, tłumny hałas wyobrażeń i myśli: oto jest stan umysłowy Browne'a, a pod jego wpływem, zdyszany, wciąż się miota. Wiecznie wzruszony, nieustannie na coś oczekujący, ciekawością zaczepia o wszystko, i dość mu niekiedy faktu zupełnie drobnego, albo nawet urojonego, albo tonącego w pomroce najodleglejszej przeszłości, aby wysnuwać zeń długą nić zawikłanych badań. Oto są dociekania Browne'a: jakiej wielkości musiała być Arka Noego, aby mogła pomieścić w sobie wszystkie zwierzęta, wraz z potrzebnemi im zapasami żywności; w jaki sposób Perpenna musiał za stołem biesiadnym usadzić gości, aby mógł zabić Sertorytisza, swego gości; jakie drzewa mogły rosnąć nad brzegami Acherontu — w przypuszczeniu, że wogóle jakiekolwiek bądź rosły; czy wirydarze wysadzane drzewami nie są naśladowaniem podobnych plantacyj, które zdobiły raj ziemski; czy liczby i figury geometryczne, znajdujące się w kącie rozwartym, nie znajdują się również we wszystkich tworach natury i sztuki? Wszystkie te rozważania objawiają przerost i dziwactwo płodności wewnętrznej, chorującej na zbytek rozpostarcia i nadmiar sił. W archeologii, w chemii, w historyi, w całej naturze, niema nic takiego, coby nie zaciekawiało Browne'a namiętnie, coby nie wyprężało do ostatecznych granic jego pamięci i wyobraźni i nie nasuwało mu myśli o jakiejś sile nieznanej, lecz niezawodnie godnej najwyższej czci i może bezgranicznej. Lecz rysem, który ostatecznie dopełnia wizerunku Browne'a, a zarazem oznajmia zbliżanie się nauki, jest to, że wyobraźnia jego, sama dla siebie tworząc przeciwwagę, obfituje w wątpliwości, zarówno jak w twierdzenia. Ilekroć Browne postepuje w pewnym kierunku, dostrzega zawsze tysiąc przyczyn, które go do tego kierunku nakłaniają, i tysiąc innych, które od niego odwracać mogą. U dwu końców jednego faktu wznosi niebotyczne, lecz równe sobie wysokością, góry argumentów sprzecznych. Czyniąc przypuszczenie, wie o tem, że jest to tylko przypuszczenie, doradza sprawdzanie, i ostatniem słowem jego jest: moie. Pisma jego są zbiorem zdań, nieroszczących pretensyi do uchodzenia za cóś innego, niż za proste zdania; główne zaś z tych pism stanowi krytykę panujących powszechnie przesądów. Ogólnie biorąc, Browne zadaje pytania i nasuwa możliwe wyjaśnienia rzeczy, lecz stanowczych twierdzeń nie

wypowiada. I jest to wszystko, czego potrzeba; bo gdy poszukiwania są tak żywo jak w czasy owe prowadzone, a drogi przed niemi otwierają się tak liczne, gdy pogoń, tak żwawa, z taką zarazem oględnością zdobyczy swej upatruje, zdobycz sama, — którą jest prawda, — musi być pewną i znajduje się w pobliżu.

V.

Wśród takiego-to orszaku erudytów, marzycieli i szperaczy powstaje człowiek z umysłem najrozleglejszym, najrozsądniejszym i da lej niż jakikolwiek inny w tem stuleciu w przyszłość wysuniętym' człowiek noszący imię Franciszka Bacona — bardzo rozległy i świetny umysł, jeden z najpiękniejszych w tym łańcuchu poetyckich duchów i na równi z poprzednikami swymi obdarzony wrodzoną skłonnością do ubierania swych myśl w szaty najwspanialsze. Bo stuleciu temu żadna myśl doskonałą wydać się nie mogła, dopóki nie przyoblekła się w odpowiednie sobie kształty i barwy. Ale Bacona to szczególniej wyróżnia z pomiędzy innych, że u niego obraz jest tylko skupieniem wszystkich wyników myślenia. Po długiem rozmyślaniu, po głębokiem przejęciu się wszystkiemi częściami i składnikami przedmiotu, po calkowitem objęciu go w posiadanie, Bacon, zamiast wysnuwać z myśli powziętej nić ustopniowanych rozumowań, przedstawia tę myśl pod postacią porównania tak dokładnego, wyrazistego i jasnego, że w figurze stylowej jest ona ze wszystkiemi szczegółami swemi równie widoczną jak płyn w naczyniu z najprzejrzystszego kryształu. Przekonać się o tem można z jednego choćby przykładu: "Jak woda pochodząca bądź z rosy niebieskiej, bądź ze źródeł ziemnych rozprasza się i znika w ziemi, jeżeli nie jest zgromadzoną do zbiorników, w których połączenie daje jej możność przechowywania się trwania, — z czego też wyniknęło, że przemyślność ludzka zbudowała i urządziła kanały, studnie, sadzawki, stawy, do ozdoby, upięknienia i wystawności, zarówno jak do użytku i potrzeb codziennych służące, — tak i nauka, bądź w natchnieniu boskiem, bądź w spostrzegalności ludzkiej źródło swe mająca, rychło zginęłaby i znikła w niepamięci, gdyby książki, podania, stowarzyszenia, nie przechowywały jej w odpowiednio urządzonych miejscach, takich jak uniwersytety i różne szkoły, które ją w sobie gromadzą i utrwalają. " W taki-to sposób myśl Bacona działa, nie przez rozbiór rzeczy, ale za pomocą ich obrazów; zamiast wykładać myśl swoją, on przekłada ją ca obraz i rzecz, aż do najdrobniejszych szczegółów całkowicie przełożoną na malowidło, porównanie, symbol, zamyka w wielkim, majestatycznym peryodzie, lub w krótkiej a silnej seutencyi. Ztąd wyni-

ka niesłychane bogactwo, powaga i siła stylu (1). który jest czasem uroczysty i symetryczny, czasem zwięzły i twardy, lecz zawsze staranny i barwny. W całej prozie angielskiej niema stylu wyższego nad styl Bacona.

Z tych samych przyczyn wynika sposób, w jaki Bacon przychodzi do pojmowania rzeczy. Nie jest on, tak jak Hobbes i Kartezyusz, dyalektykiem, człowiekiem biegłym w szeregowaniu myśli, w wysnuwaniu jednej z drugiej, w przeprowadzaniu czytelnika od pojedyńczości do złożoności, przez cały łańcuch ogniw pośrednich. Jest on płodzicielem pojęć i sentencyj. Po zgłębieniu przedmiotu ukazuje go ludziom, mówiąc: "Oto jest przedmiot. Nie z tej strony, ale z tamtej brać go należy. " I nic więcej; ani dowodów nie przytacza, ani przekonywać nie usiłuje: wypowiada wszystko za pomocą twierdzeń, i na tem poprzestaje. Myśli jak artysta i poeta, mówi jak wieszcz i prorok. Cogitata et visa (Przemyślane i widziane — taki tytuł nadał jednemu z dziel swoich, a mógłby on służyć za nazwę wszystkim. Najznakomitsze zaś ze wszystkich: Novum Organum, składa się z nieprzerwanego szeregu aforyzmów, podobnych do wyroków naukowych i do wyrzeczeń Pytyi, przewidującej przyszłość i odsłaniającej prawdę. Jakby zaś dla uzupełnienia podobieństwa tego, wyroki te i wyrzeczenia posiadają formę figur poetycznych, skróceń zagadkowych, wierszy prawie takich, jakiemi przemawiały wyrocznie. Naprzykład: Idola specua, Idola tribus, Idola fori, Idola theatri. Któż ze znających dzieła Bacona nie przypomina sobie tych nazw dziwacznych, któremi określa on cztery rodzaje panującjch nad ludźmi złudzeń (2). Ani Szekspir, ani jacykolwiek wizyonerzy nie doświadczali tak silnych, wyrazistych i pełnych natchnienia rzutów myśli, jak te, w które obfituje Bacon. W ogóle, umysł jego pracuje na podobieństwo umysłów twórczych: nie za pomocą argumentacyi, ale siłą intuicyi. Zgromadza jaknajwięcej wiadomości o przedmiocie najogromniejszym, naprzykład, o całej jakiejś dziedzinie umysłowej, o całej filozofii poprzedniej, o ogólnym stanie nauk, o potędze rozumu ludzkiego i jego granicach; zgromadza o tych przedmiotach zasób wiadomości jaknajrozleglejszy; rzuca w ten zasób, niby sieć rybacką, jakiś pogląd ogólny, wyławia nim jakieś pojęcie powszechne — i, zamknąwszy je w maksymę, podaje ze słowami ludziom: "Sprawdzajcie i korzystajcie!"


(1) [237]

(2) [238]

VI.

Nic nie może być niebezpieczniejszem i bardziej zbliżonem do czystej fantazyi, nad taki proces myślenia, jeżeli nim nie kierują cugle wrodzonego, gruntownego, zdrowego rozsądku. Ale właśnie ten zdrowy rozsądek, będący rodzajem wrodzonego odgadywania rzeczy, albo równowagą umysłu, który, jak igła magnesowa ku północy, stale zwraca się ku prawdzie, Bacon posiada w stopniu najwyższym. Ma on umysł doskonale praktyczny, nawet z przymieszka utylitaryzmu, umysł taki, który później mieć będzie Bentham i który wskutek zaprawienia się do kupiectwa i przemysłu stanowić będzie coraz wyraźniejszą, ogólną cechę Anglików. Już w szesnastym roku życia, kiedy jeszcze uczył się w uniwersytecie, nie smakował w filozofii Arystotelesa (1), nie z powodu lekceważenia, bo, przeciwnie, przypisywał mu geniusz wielki, lecz dlatego, że filozofia Arystotelesowa wydawała mu się nieużyteczną dla życia, "niemogąca stwarzać dzieł, któreby ludzki dobrobyt powiększyć zdołały. " Więc u samego już początku drogi natrafił na swoją główną myśl przewodnią, z której następnie wywiązać się miała pogarda dla całej poprzedniej filozofii, pomysł do nowej i zupełnie z tamtą rozchodzącej się, jako też całkowita reforma naukowości, dokonana przez wskazanie jej nowego cela, ustanowienie nowej metody i odsłonienie nowych a niespodzianych widoków i nadziei (2). Nie w samych rozumowaniach lubował się Bacon, lecz w ich zastosowywaniu. Wzrok zwracał, nie ku niebu, lecz ku ziemi, — nie ku rzeczom — "abstrakcyjnym i próżnym, " lecz ku dotykalnym i gruntownym, — ku prawdom, nie takim, które obudzają najżywszą ciekawość, lecz takim, które przynieść mogą największą korzyść. Pragnie on "polepszyć stan Ludzkości" "pracować dla dobrobytu ludzkiego" "wzbogacić życie ludzkie nowemi wynalazkami i zasobami" "zaopatrzyć Ród Ludzki w nowe siły i nowe narzędzia do pracy. " Sama filozofia jego ma być narzędziem (organum), rodzajem dźwigni i machiny, danej umysłowi na to, aby mógł podnosić najcięższe brzemiona, łamać przegrody, wydrążać otwory, dokonywać, słowem, prac, na które dotąd sił mu nie starczyło. W rozumieniu Bacona nauka w ogóle i każda z nauk w szczególności nie powinna być niczem innem jak tylko narzędziem. Woła on na matematyków, aby porzucili badania nad geometryą samą w sobie, — zgłębiając naukę liczb, mieli


(1) [239]

(2) [240]

na celu fizykę, a poszukując nowych formuł, dbali tylko o obliczanie ilości rzeczywistych i ruchów w naturze istniejących. Moralistom zaleca gromadzenie spostrzeżeń nad duszami, namiętnościami i nawyknieniami ludzkiemi, lecz żąda. aby, gromadząc je, mielizna oku, nie zadowolenie własne, jeno zmniejszanie i wykorzenianie zła pomiędzy ludźmi, gdyż celem wiedzy obyczajowej powinna być tylko poprawa obyczajowości. I zawsze, według niego, celem każdej nauki powinno być wytworzenie jakiejś umiejętności, otwierającej drogę dla pożytecznej pracy. Pragnąc uwidocznić w powieści następstwa, które filozofia jego dla świata sprowadzić może, pisze Nową Atlantydę, i tu, z polotem poety i jasnowidztwem proroka, opisuje ten ustrój naukowości i te zastosowania wiedzy do praktycznego użytku, których nasze nowożytne czasy dopiero dosięgnąć miały. Znajdują się tam opisy akademii, obserwatoryów, statków powietrznych i podwodnych, ulepszeń rolnych, doskonalenia ras zwierzęcych, sposobów odżywiania się i leczenia ludzi, a przechowywania zapasów żywności. "Bo też, — powiada główna postać powieści, — zadaniem naszej instytucyi jest odkrywanie przyczyn i poznawanie najgłębszej istoty sil pierwiastkowych i pierwiastków rzeczy, a celem zadania rozszerzenie granic dla panowania człowieka nad naturą i danie człowiekowi możności zdobycia wszystkiego, co tylko zdobytem być może. " Możliwość zaś zdobywania posiada w wyobraźni Bacona przymiot nieograniczoności.

Lecz co sprawiło, że umysł ten zdobył się na pojęcie tak wielkie i pełne prawdy? Pierwszą przyczyną musiał być, naturalnie, geniusz, połączony ze zdrowym rozsądkiem; lecz ani geniuszu, ani zdrowego rozsądku nie brakło ludziom i przedtem. Byli, owszem, tacy, którzy, tak jak Bacon, świadomi postępów dokonywujących się w rozmaitych gałęziach przemysłu, równie jak on mogli byli wznieść się do zrozumienia przemysłu wszechludzkiego i z pewnych ograniczonych ulepszeń wyprowadzić wnioski o ulepszeniach nieograniczonych. Ale w wypadku tym właśnie ujawnia się potęga wpływów wywieranych przez otoczenie. Człowiek zazwyczaj ulega złudzeniu, że czyny jego są wynikiem własnych tylko jego sił i myśli, gdy wbrew temu właśnie składają się na nie wszystkie otaczające go siły i myśli innych ludzi. Człowiek wyobraża sobie, że jest posłuszny temu słabemu głosikowi, który w nim samym przemawia, a tu właśnie, jeżeli słucha tego głosiku, to tylko z powodu, że łączy się z nim i w jedno brzmienie zlewa tysiąc głosów donośnych i rozkazujących, które wydają z siebie rozmaite części tego, co go zblizka i zdala otacza. Niejeden z ludzi o świcie swego umysłowego życia słyszał w sobie ten sam glos, który przemawiać miał w Baconie, lecz rychło słuchać przestał, gdyż potonęły go dochodzące z zewnątrz głosy przeciwne, o sprzecznem

brzmieniu. Czy podobna przypuścić, aby wiara w bezgraniczny wzrost potęgi ludzkiej, dumna myśl o podboju natury, żywa nadzieja ciągłego zwiększania się dobrobytu i szczęścia ludzkiego, mogły zakiełkować, wzrosnąć, przeniknąć umysły, rozszerzyć się w nich i zakorzenić, podczas panowania na świecie powszechnego do życia zniechęcenia i wiary w blizki koniec świata, podczas gdy wszystko dokoła człowieka padało w gruzy, gdy, jak to było w pierwszych wiekach ery naszej, mistycyzm chrześciański, a w czternastym wieku ucisk kościelny, przez zgnębienie wszelkiej myśli i wolności wszczepiały w Ludzkość poczucie jej własnej niemocy? W żaden sposób to być nie mogło, i we wszystkich powyżej wymienionych czasach, wszystkie powyższe wiary i nadzieje uchodzić-by musiały, owszem, tylko za bunty podnoszone przez pychę, lub za pokusy i chuci cielesne. Takie też piętno wycisnęli na nich ostatni przedstawiciele nauki starożytnej i pierwsi szermierze nauki nowożytnej, którzy wszyscy ponieśli za nie karę wygnania, więzienia lub śmierci. Bo każda myśl, każde pojęcie, aby mogły się rozwinąć, potrzebują zostawać w zgodzie ze swem cywilizacyjnem otoczeniem. Ażeby człowiek mógł powziąć nadzieję zapanowania nad światem, zapłonąć chęcią ulepszenia własnego bytu, musi mieć przed sobą widok rozpoczętych już zewsząd ulepszeń, wzrastającej przemyślności, nagromadzonej wiedzy, udoskonalonej sztuki, — mnóstwa, słowem, objawów, świadczących o jego potędze i możliwości lepszego losu.

Słusznie Bacon całość pism swoich nazwał "męzkim płodem stulecia (1), " bo do stworzenia ich przyczyniło się całe stulecie. I są one także stulecia tego dokończeniem. Główną dźwignią, idealnym wzorem, poetyczną treścią, najwydatniejszą cechą epoki Odrodzenia było to poczucie potęgi i pragnienie pomyślności ludzkiej, którym dzieła Bacona dały i podstawę naukową i ostateczny wyraz, wskazujący im związek i cel odpowiedni.

Tu zastanowić się wypada nad metodą Bacona, bo droga zależy zawsze od celu i cel nowy sam przez się wskazuje drogę także nową. Nowy przedmiot umieszczony przed dążeniami nauki musiał zaprowadzić zmiany w sposobach, jakiemi posuwać-się ona miała naprzód. Dopóki nauka dążyła tylko do zadawalania próżniaczej ciekawości, do wytwarzania pięknych widoków i odegrywania w umysłach rodzaju czarnoksięskich przedstawień, dopóty wolno jej było w jednem mgnieniu oka dosięgać krańców subtelności abstrakcyjnych i metafizycznych, zlekka tylko dotykać rzeczywistości wnet się z nią rozstawać i bez wahań, bez wątpliwości, górnemi słowy mówić o wielkich


(1) [241]

zasadach i przyczynach. Połowiczne dowody zupełnie wówczas wystarczały, bo w gruncie rzeczy szło raczej o zdobycie wiary, niż o wyświetlenie i ugruntowanie prawdy, a narzędzie, którem się posługiwała nauka, to jest: syllogizm, stosowniejsze było do krytykowania przedmiotów, niżeli do ich odkrywania. Syllogizm brał prawa powszechne za punkt wyjścia, nie za cel badań, i, zamiast ich poszukiwać, twierdził, ie już są znalezione. Był on pożyteczny dla robót szkolnych, lecz nie dla pracy nad naturą; tworzył szermierzy słowa, lecz nie wynalazców praw. Ale od chwili, w której celem nauki staią się umiejętność, a celem zdobywania wiedzy, — czynna i pożyteczna praca, wszystko to zmienić się musiało, bo niepodobna pracować bez posiadania wiadomości niewątpliwych i ścisłych. Ażeby mieć możność posługiwania się siłami natury, potrzeba je wprzód stwierdzić i zmierzyć; żeby zbudować dom bez niebezpieczeństwa rychłego rozpadnięcia się acgo w gruzy, potrzeba powziąć ścisłą wiadomość o mocyi odporności belek; ażeby leczyć chorego człowieka bez niebezpieczeństwa uśmiercenia go, trzeba znać dokładnie wszystkie możliwe skutki lekarstwa. Praktyka zmusza naukę do ścisłości i niewątpliwości, bo na podstawie domysłów i przybliżonych tylko obliczeń wykonywać jej niepodobna. Jakiż jest sposób wyjścia z koła domysłów i przybliżonych obliczeń, a natomiast wprowadzenia do nauki ścisłości i gruntowności? Sposób ten polega na przypatrywaniu się przemysłowi i naśladowaniu tej gruntowności i ścisłości, które, gdy idzie o przemysł, czyli o zajęcia praktyczne, w nauce zachowane być muszą. Trzeba, tak jak się to dzieje w przemyśle, spostrzegać, próbować, dotykać, sprawdzać, skupiać siły umysłu "na rzeczach osobnikowych i dotykalnych, " ku uogólnieniu i dążyć zwolna i tylko krok za krokiem, nie wyprzedzać nigdy doświadczenia, lecz postępować za niem, " nie czynić domysłów o naturze, lecz starać się o jej wyjaśnianie. Trzeba poznawać warunki, śród których powstawać mogą takie zjawiska ogólne, jak ciepło, twardość, płynność, białość, aby następnie przez wytwarzanie tych warunków sprowadzać powstawanie zjawisk (1). Takim tylko sposobem dojść można do aksyomatów, "nie ogólnych, a bezpożytecznycb, " lecz "szczegółowych i obfitych w skutki; takim tylko sposobem zdobyć podobna "wiedzę o istotnych prawach natury, płodną w wielkie roboty i dzieła, będącą zbiornikiem potęgi, zarówno jak źródłem światła (2). " W tem miejscu rozumowania swego Bacon przepowiada i opisuje współczesną sobie wiedzę i współczesny przemysł, jakoteż cały stosunek do siebie dwóch tych


(1) [242]

(2) [243]

czynników, ich metody, zasady i środki działania, a czyni to w sposób taki, że dziś jeszcze, poupływie dwóch wieków, ladzie udają się do niego po teoryę dla prac, które wykonywają lub wykonać zamierzają.

Oprócz tego wielkiego poglądu Bacon w dziedzinie myśli nie odkrył nic nowego. Słusznie powiedział jeden z wielbicieli jego, Cowley, że, podobnie jak Mojżesz na górze Fisgab, Bacon pierwszy przepowiedział blizkość Ziemi obiecanej; lecz z równą słusznością dodaćby można, że, przepowiedziawszy tę Ziemię Obiecaną, tak jak Mojżesz, granicy jej nie przestąpił. Wskazał drogę, lecz sam nią nie poszedł; uczył potrzeby odkrywania praw natury, lecz sam żadnego nie odkrył. Grube niedokładności znajdują się w sposobie, jakim określa cieplik, a jego historya naturalna pełną jest twierdzeń, zaczerpniętych wprost z urojenia (1). Na wzór poetów zaludnia naturę popędami i skłonnościami, utrzymuje, że ciała są żarłoczne, że powietrze jest spragnione świateł, dźwięków, woni i oparów, które pochłania, że metale z pośpiechem przyjmują w siebie pewne roztwory chemiczne. Czas trwania kulek powietrznych, ukazujących się na powierzchni płynów, tłómaczy tem, że na pewnych wysokościach powietrze słabo tylko głód uczuwa, lub nie uczuwa go wcale. W każdym przymiocie takim, jak ciężkość, miękkość, twardość, domyśla się odrębnej i odrębną przyczynę mającej istności, zkąd wyprowadza wniosek, że gdy przyczyny wszystkich przymiotów złota poznane zostaną, będzie można je zgromadzić i robić złoto. Wspólnie z alchemikami, z Paracelsem, Gilbertem i samym nawet Keplerem, ze wszystkimi zresztą współcześnikami swymi, wykształconymi na dziełach Arystotelesa i odznaczającymi się przewagą i przerostem wyobraźni, Bacon przedstawia naturę pod postacią wielkiej zespólni, złożonej z potęg tajemniczych i ożywionych, z sił pierwotnych i niepojętych, z istności odrębnych i niepodzielnych, z których każdej wola Stwórcy rozkazała sprowadzać na świat pewne odrębne zjawisko. Niewiele braknie, aby przypisał tym potęgom, siłom i istnościom dusze osobnikowe i zaopatrzone w głuche i tajemnicze pożądania lub wstręty, — dusze, które pewnych kierunków, połączeń i osiedleń pragną, a innym stawią opór. I to jest właśnie jedną z przyczyn, dla których wyniki poszukiwań Bacona nie są niczem innem jeno chaotycznem nagromadzeniem wiadomości o przymiotach roślinnych i medycznych, mechanicznych i leczniczych (2), fizycznych i duchowych, dla których, zamiast


(1) [244]

(2) [245]

spostrzedz, że przymioty złożone pochodzą od przymiotów prostych, poczytuie on każdy przymiot oddzielnie i sam w sobie wzięty za istotę nienaruszalną i niezależną. Wszyscy myśliciele ówcześni, w ten błąd uplątani, drepcą wciąż na jednem miejscu; wraz z Baconem wielkie pole odkryć spostrzegając, wejść na nie jeszcze nie mogą. Jednego tylko pojęcia im braknie, lecz brak ten posuwanie się naprzód czyni im niepodobnem. Nawet ten sposób ukształtowania się umysłów który niedawno jeszcze był dźwignią, staje się przeszkodą, mogącą zniknąć wówczas tylko, gdy umysły przybiorą znowu kształty inne. Bo pojęcia wielkie i płodne w następstwa nie powstają ani trafem, ani na zawołanie; żadne też usiłowania jednostek, ani zbiegi przypadków sprowadzić ich na świat nie mogą. Jak literatury i religie, jak metody naukowe i filozofie, tak i pojęcia te wynikają tylko z ducha czasu i tylko od ducha czasu zależy ich twórczość lub bezowocność. Bywają stany umysłowości powszechnej, które wykluczają pewien rodzaj piśmiennictwa i takie, które czynią niepodobnem istnienie pewnego pojęcia naukowego; daremną też być musi wszelka praca pisarzy i myślicieli skierowana ku wytworzeniu rodzaju lub pojęcia, których nieodpowiedni dla nich stan umysłowości powszechnej nie dopuszcza; wbrew niemu ani rodzaj ani pojęcie nie powstaną nigdy. Daremnie pisarze i myśliciele krążą dokoła kamienia, pochód ich tamującego, daremnie usiłują odrzucić go z drogi: siła od nich potężniejsza odejmuje krzepkość ich ramionom i wszelkie usiłowania ubezpładnia. Trzeba, aby środkowa oś tego wielkiego koła, na którem toczą się wszystkie sprawy ludzkie, o włos tylko przesunęła się na inne miejsce, a od tego jednego jej poruszenia w ruch wprawi się wszystko. W tej właśnie chwili, o której mówimy, oś ta dokonywa obrotu: i oto w całem kole rozpoczyna się przewrót ogromny, niosący z sobą nowe pojęcie o naturze, a wraz z niem i tę część metody badań nad naturą, której brakowało dotąd. Po odgadywaczach i twórcach, po umysłach rozległych, a namiętnych, które obejmowały przedmioty w ich monolitowych całościach i niezmiernych massach, przybywają ludzie rozumujący, rządzący się metodami, ustawiający rozumowania w porządku ustopniowanym, przezroczystym, jasnym, ludzie, którzy, układając pojęcia w dobrze powiązane z sobą serye, nieznacznie, przez łagodne i łatwe przejścia, prowadzą słuchaczy od łańcucha po-jęć najprostszych do pasma najbardziej złożonych. Po Baconie następuje Kartezyusz; czas nowego klassycyzmu zasłania sobą czas Odzenia; poezya i bujna fantazya ustępują przed retoryką, rozbiorem i krasnomówstwem. Razem z tem przekształcaniem się sposobów myślenia, przekształcają się i pojęcia, a przekształcają w ten sposób, że nabywają prostoty i oschłości. Wszystko przed umysłami ludzkiemi maleje, więc i pojęcia o świecie sprowadzają się do liczby

dwóch, albo trzech pojęć głównych, a ogólny pogląd na naturę, który przedtem był poetycznym, staje się mechanicznym, czyli zaczerpniętym z dziedziny, nie poezyi, jak dawniej, lecz mechaniki. Nowa myśl osobnikowe dusze rzeczy, ożywione siły, tajemnicze wstręty i żądze, zastępuje blokami, tarciem, dźwignią. Świat, który wydawał się zbiorowiskiem potęg, obdarzonych popędami, przybiera postać machiny o dobrze przystosowanych do siebie kołach i sprężynach. To ostatnie przypuszczenie jest także bardzo zuchwałe i niepewne, lecz na dnie jego spoczywa jedna wielka i niewątpliwa prawda, ta mianowicie: że istnieje drabina zjawisk, z których jedne mieszczą się u szczytu i są bardzo złożone, a inne znajdują się u dołu i są bardzo proste; że, następnie, zjawiska niższe i proste zawierają w sobie przyczyny i wyjaśnienia dla zjawisk wyższych i złożonych, że nakoniec, pierwszych praw rządzących wszechrzeczami poszukiwać należy w prawach rządzących ruchem. Rozpoczynają się też poszukiwania tych praw rządzących ruchem, i odkrywa je Galileusz. Odtąd dzieła Odrodzenia, przekraczając granicę, do której je doprowadził i na której je pozostawił Bacon, może już posuwać się dalej i będzie się posuwało bez końca.

KONIEC TOMU PIERWSZEGO.

Tom II.

Księga II.

Odrodzenie.

(Ciąg dalszy).


[edytuj] ROZDZIAŁ II.

[edytuj] SZTUKA TEATRALNA.

I. Publiczność. — Scena.

II. Obyczaje w wieku szesnastym. — Wybuch natury, gwałtowny i zupełny.

III. Obyczaje angielskie. — Wybuch natury energicznej i skłonnej do smutku.

IV. Poeci. — Zgodność rysów odznaczających poetę z rysami jego wieku. Nash, Decker, Kyd, Peel, Lodge, Greene. — Społeczne położenie i życie tych poetów. Marlowe. Jego życie. — Dzieła Marlowe'a: Tamerlan, Żyd Maltański, Edward II, Faust. — Pojęcie Marlowe'a o człowieku.

V. Powstawanie sztuki teatralnej. — Jej sposoby oddziaływania i główne znamiona. — Współczucie naśladujące naturę za pomocą przedstawiania okazów wyrazistych. — Sprzeczność pomiędzy sztuką klassyczna a germańską. — Budowa psychologiczna i dziedzina właściwa każdej z tych sztuk.

VI. Postacie męzkie. — Wściekłość namiętności. — Tragiczność wypadków. — Wybujałość charakterów. — Książę Medyolański Massingera. — Annabella Forda. — Księżna Malfii Vittoria Webstera. — Postacie kobiece. — Pojęcie germańskie o miłości i małżeństwie. — Eufrazya, Bianka, Aretuza, Ordella, Aspazya, Amoret u Beaumonta i Fletchera. — Pentea u Forda. — Ścisła współmierność typu moralnego i typu fizycznego.

Postarajmy się zblizka na świat ów popatrzyć i z za rozsnuwających się w nim idei dostrzedz ludzi żywych. Ponieważ sztuka teatralna jest najdoskonalej oryginalnym płodem Odrodzenia angielskiego, więc też najdoskonalej przedstawia łudzi, którzy w epoce tej żyli. Czterdziestu poetów, a pomiędzy nimi dziesięciu pierwszorzędnych, i jeden, który ze wszystkich twórców świata najlepiej umiał słowami

malować dusze; dramat, czerpiący osnowę do swych utworów ze wszystkich dziedzin historyi, wyobraźni i fantazyi, a tak rozległy, że zamknął w sobie komedyę, tragedyę, sielankę i marzenie; dramat, który dosięgał wszystkich szczebli położeń ludzkich i wszystkich wymysłów ludzkiej wynalazczości, który przedstawiał prawdę dostępną zmysłom z najdrobniejszemi jej szczegółami i najwyższe szczyty filozoficzne z wnioskami ich najogólniejszemi; scena wyzwolona z pod wszelkich reguł, od wszelkiego naśladownictwa wolna, aż do drobiazgów przystosowana do smaku panującego i umysłowości powszechnej: oto czem był ten wytwór olbrzymi i wieloraki, na którym, dzięki jego giętkości, wielkości i formie, piętno wieku i narodu odcisnąć się i utrwalić mogło.

I.

Spróbujmy więc odtworzyć przed wzrokiem swoim tę publiczność, to audytoryum i tę scenę. Wszystko tu jest, jak w żywym tworze natury, dobrze z sobą spojone i, naprawdę, jeżeli kiedykolwiek ludzie dokonać zdołali dzieła naturalnego i żywego, to właśnie stało się w stopniu najwyższym w tym momencie i w tym zakresie sztuki. Upodobanie do przedstawień teatralnych było już tak wielkie i powszechne, że za czasów Szekspira Anglia miała już siedem teatrów. Były to maszyny ciężkie i grube, niewygodnie zbudowane, na sposób barbarzyński urządzone; lecz gorąca wyobraźnia z łatwością wynagradza sobie wszelkie niedostatki, a zahartowane ciała bez przykrości znoszą niewygody. Nad Tamizą, na gruncie bagnistym, wznosił się rodzaj wieży sześciokątnej, otoczonej błotnistym rowem, z czerwoną chorągwią u szczytu; był to główny z tych teatrów, nazywający się "Globe. " Ubodzy zarówno jak bogaci wchodzić tu mogli, bo były miejsca kosztujące tylko sześć pensów, dwa pensy, a nawet jedno pensy, ale każdy otrzymywał ściśle tyle, za ile zapłacił Jeżeli pogoda była dżdżystą, a często bywa taką w Londynie, ludzie zajmujący parter: rzeźnicy, kramarze, piekarze, majtkowie, uczniowie rzemieślniczy, stali pod ulewnemi deszczami. Przypuszczać jednak należy, iż było to im obojętne, gdyż nie zbyt dawno przedtem ulice Londynu zaczęły okrywać się brukiem, a kto przez czas długi przywykał do kloak i błota, ten nie bardzo obawia się kataru. Oczekując na rozpoczęcie się sztuki, ludzie ci bawią się po swojemu: piją piwo, łuszczą orzechy, jedzą owoce, wrzeszczą, a czasem nawet walą pięścią mi; zdarzały się przecież wypadki, w których rzucali się na aktorów i cały teatr przewracali do góry nogami, albo, niezadowoleni z czegoś, udawali się do gospody, w której przebywał autor odegranej sztuki,

okładali go kijami, lub podrzucali na kołdrach. Były to tęgie zuchy, które przynajmniej raz na miesiąc, na odgłos klubowego hasła. "Maczugi w górę!" — wypadały ze swoich sklepów i puszczały w ruch żylaste ramiona. A ponieważ piwo wywierać musi pewien skutek, na parterze więc znajdowała się kadź, z przeznaczeniem dość dziwnem, dla całej publiczności dostępna. Gdy wydobywające się z niej wonie stawały się zbyt dotkliwemi, rozlegały się wołania: "zapalić jałowiec!" Na scenie ukazywała się fajerka z palącym się jałowcem i gęsty dym napełniał powietrze. Co pewna, to, że ludzie ci nie byli wymyślni i nie mieli rozpieszczonego powonienia. Zresztą, w czasach Rabelais'go czystość w ogóle była nieosobliwą. Zważyć potrzeba, że zaledwie przed chwilą skończyły się Wieki Średnie, których życie upłynęło pośród śmietnisk.

Powyżej, na scenie, mieszczą się tacy widzowie, którym starczy na zapłacenie za wejście całego szylinga. Są to szlachcice, wybrednisie. Deszcz na nich nie pada, a za dopłatą jednego jeszcze szylinga otrzymać mogą w dodatku stołek do siedzenia. Ale na tem kończą się przywileje ich stanu i wszystkie możliwe wygody; czasem nawet nie dostają stołków i kładą się wprost na ziemi, bo w czasach tych nikt nie robi z niczem wielkich ceremonii. Leżąc, grają w karty, palą tytuń i kłócą się z parterem, który łajaniem odpowiada na ich łajanie i w dodatku ciska na nich jabłkami. Bynajmniej tem nie dotknięci, gestykulują, klną po włosku, po francuzku i po angielsku (1), w głośnych żartach używają słów wyszukanych, złożonych, barwnych, — słowem, cale zachowanie się ich jest energiczne, oryginalne i wesołe, pełne werwy, żadnego skrępowania nieznoszące, do zachowywania się artystów tem więcej podobne, że ma w sobie właściwą artystom chęć odznaczenia się, bujność wyobraźni, pomysłowość dziwaczną, a malowniczą. Bujność ta sprawia, że strzygą sobie brody w kształt wachlarzy, łopat, litery T lub spiczasto zakończonych ostrzy, noszą ubiory jaskrawe i bogate, przejęte od pięciu lub sześciu sąsiednich ludów, okryte haftami, złoceniami i wszelką pstrocizną, coraz dziwaczniejsze, coraz to inne. W stroju ich zarówno jak w głowach huczy karnawał.

Widzowie podobnie usposobieni z łatwością doświadczać mogą złudzeń; przygotowań ani perspektywy nie potrzeba wcale, może tylko trochę dekoracyi ruchomych: a wyobraźnia dokona reszty. Tablica z wielkim napisem oznajmia publiczności, że rzecz dziać się będzie w Londynie lub Konstantynopolu, i wystarcza to zupełnie, aby publiczność wyobraziła sobie, że znajduje się we wskazanem miejscu.


(1) [246]

O prawdopodobieństwo nikt tu się nie troszczy. Sir Filip Sidney opowiada: "Po jednej stronie sceny mamy Afrykę, po drugiej Azyę, a pośrodku tyle krajów pomniejszych, że wchodzący na scenę aktor musi z góry zapowiedzieć, w którym z nich się znajduje, bo inaczej, cała historya byłaby zupełnie niezrozumiałą. Kiedy trzy damy, przechadzając się, zrywają kwiaty, trzeba wierzyć, że scena przedstawia ogród, a w kilka chwil potem, gdy na tem samem miejscu zawiąże się rozmowa o zatonięciu okrętu, ogród ma obowiązek w wyobraźni przedzierzgnąć się w skalę. Dwa wojska wchodzą na scenę pod postacią czterech mieczy i jednego puklerza, lecz któżby był tak zatwardziałym, aby nie uwierzył, że jest to bitwa regularna? Pod względem czasu swoboda jest jeszcze większą. Zazwyczaj młody książę i młoda księżniczka rozkochują się w sobie, przebywają mnóstwo przygód, księżniczka wydaje na świat pięknego chłopca, który ginie rodzicom, wyrasta na mężczyznę, sam już z kolei może świat o jednego chłopca wzbogacić... a wszystko to odbywa się w ciągu dwóch godzin. "

Za czasów Szekspira niesłychane te nadzwyczajności zmniejszyły się zapewne, a trochę malowanych płócien, trochę niezgrabnych wizę runków zwierząt, zamków, lasów, przybiegało z pomocą wyobraźni widzów. Niemniej, w teatrze szekspirowskim, tak jak i w innych, wyobraźnia-to jeszcze pełni czynność maszynisty, musi stosować się do wszystkiego i zastępować wszystko, musi widzieć młodą królową w tylko co ogolonym chłopcu, dziesięć razy w ciągu jednego aktu przenosić się z miejsca na miejsce, sześciu aktorów brać za czterdziestotysieczne wojsko, a na odgłos bębna znajdować się w bitwach staczanych przez Cezara, Henryka V-go, Ryszarda III-go i Koryolana. Lecz bogactwo i młodość wyobraźni tej sprawiają, że na to wszystko zdobyć się ona może. Przypomnijmy sobie pacholęce lata nasze! Co do mnie, najsilniejszem wrażeniem z dziedziny przedstawień teatralnych obdarzyła mię trupa wędrowna, złożona z czterech dziewcząt, odgrywających wodewile i dramaty na estradzie, umieszczonej w głębi kawiarni; lecz widywałem ją, mając lat jedenaście. Dusze, które spoglądały na teatr powyżej opisany, były tak świeże, jak wówczas moja, a zdolność ich do uczuć wszelkiego rodzaju nie była mniejszą od zuchwalstwa, pomysłów, na które pozwalali sobie współcześni im poeci.

II.

Lecz była to tylko powierzchnia rzeczy; spróbujmy zajrzeć w nią głębiej, zapoznać się z namiętnościami, z kierunkiem umysłów, z duszami ludzi. Bo z usposobień duchowych wywodzić należy początek

i typ dramatu, — jak zresztą wszystkich innych dzieł ludzkiej twórczości; z uczuć niewidzialnych człowieka wytryskają jego widzialne czyny; dusza urabia odpowiednią sobie powlokę. Jakimi tedy są ci mieszczanie i dworacy, jaką jest, słowem, ta publiczność, do której smaku przystosowuje się ta literatura dramatyczna? Czem w szczególności odznacza się budowa ich umysłów i całe ich usposobienie duchowe? Bo szczególność jakaś niezawodnie istnieć musi, skoro dramat rozkwita tu nagle, przez lat sześćdziesiąt kwitnie z bujnością niesłychaną, a po upływie czasu tego znika tak bezpowrotnie, że żadne usiłowania wskrzesić go już nie zdołają. Budowa i kierunek umysłów, wśród których rozkwitł, musiały posiadać jakąś odrębność, bo zpośród wszystkich teatrów starożytnych i nowożytnych ten jeden właśnie wyodrębnia się właściwą sobie tylko formą i stylem, akcya, postaciami, pojęciami o życiu, takiemi, jakich żaden inny wiek, ani kraj nie posiadał. Otóż tą szczególnością, tym rysem odrębnym i wyodrębniającym, byl niczem nie skrępowany i całkowity wylew na zewnątrz natury.

"Naturą" w człowieku nazywamy to wszystko, co człowiek posiada w sobie i czem jest, wprzód nim istota jego ulegnie przerabiającym i urabiającym wpływom cywilizacyi i wszelkiej uprawy. Każde pokolenie w chwili przychodzenia do samopoznania i dojrzałości męzkiej spotyka się z całym kodeksem przepisów, który cięży na niem wagą i powagą długiej przeszłości. Dzieje się tak prawie zawsze. Setki i tysiące różnorodnych kajdan i więzów: religia, moralność, przyzwoitość, zwyczaje i obyczaje, prawodawstwa, pod władzę swą zabierające uczucia, krępują i poskramiają to namiętne i z samych tylko popędów utworzone zwierzę, które w każdym z nas miota się i swawoli. W tym wypadku nic podobnego nie istniało; nad światem zapanowało Odrodzenie, które z teraźniejszości zdjęło uzdę wyrobioną przez przeszłość. Katolicyzm, zmalały do rozmiaru obrządków powierzchownych i kłótni księżych, tylko co wpływy swe utracił; protestantyzm, powstrzymany w rozwoju przez błądzenie wśród sekt i ciemności, jeszcze nad umysłami nie zapanował: gdy zaś w ten sposób religia działająca za pomocą karności upadła, a nie zastąpiła jej ta, która na ducha oddziaływać miała, lecz dojrzałości jeszcze nie dosięgła, człowiek, wyłamawszy się z pod przepisów kościelnych, okazał się niezdolnym do wyczytywania jakichkolwiek praw obowiązujących w księdze własnego sumienia. Jak we Włoszech świątynie stały się tu miejscami schadzek; bogata młodzież chodzi do kościoła Ś go Pawła w celu użycia przechadzki, dla pośmiania się, pogawędzenia, popisania, się nowem ubraniem. Stało się to nawet zwyczajem tak dalece, że

za hałasowanie w kościele oznaczoną była kara pieniężna, która szła na rzecz kanoników (1)

Kobiety publiczne i oszuści przybywali tani bandami i w czasie samego nabożeństwa zawierali pomiędzy sobą zmowy i umowy. Wstręt uczuwany podówczas dla surowości i skrupułów purytańskich ośmieszanie purytanizmu na deskach teatralnych, dają najlepsze wyobrażenie o głębokiej różnicy, dzielącej Anglię ówczesną, zmysłową i wyuzdaną, od Anglii tegoczesnej, zesztywniałej, karnej i przyzwoitej. Ze sfer duchownych, zarówno jak ze świeckich, zniknęły wszelkie stałe reguły. Wiara upadła, rozum nie zapanował, a tradycya i opinia publiczna utraciły całą powagę. Bezmyślne stulecie, które tylko co przeminęło, z bredniami swoich wierszorobów i podręcznikami swoich głupców, okryła wzgarda powszechna, a każdy mógł, bez przymusu i poddawania się wpływom jakimkolwiek, przebierać i wybierać pomiędzy zdaniami swobodnie wypowiadanemi i napływającemi od Starożytności, z Francyi, z Włoch, z Hiszpanii. Nie było żadnego wzoru, któryby, jak się to dziś dzieje, narzucał się ludziom; to też, zamiast na posłuszeństwo i naśladownictwo, ludzie wysilali się na oryginalność (2); każdy pragnął być samym sobą, mieć swój własny sposób zachowania się i postępowania, swoje własne klątwy, rodzaje stroju i usposobienia, — słowem, nikt nie chciał być podobnym do nikogo, oprócz do samego siebie. Zamiast wyrazów: "tak wszyscy robią, " — panowały wyrazy: "ja tak robię!"; zamiast kurczyć się, człowiek poprzez całą długość i szerokość rozciągał sobie ciało i duszę. Prawa towarzyskie, na równi ze wszystkiemi innemi, nie istniały; okrom pewnej gwary, odznaczającej dworskość rycerską, nic nikogo nie obowiązywało i nikomu nie przeszkadzało mówić i zachowywać się stosownie do uczutego w danej chwili popędu. To też ludzie, jak z pod innych praw, tak samo wyłamują się i z pod prawideł przyzwoitości, a wobec tego porwania i zniknięcia wszelkich więzów, stają się podobnymi do pięknych i silnych źrebców, samopas puszczonych na bujne pastwisko. Pokazuje się też, że pierwotne ich instyn-


(1) [247]

(2) [248]

kty ani zmniejszyły się w ciągu wieków minionych, ani też złagodniały; nikt ich nie okiełzał.

Owszem, do utrwalenia nienaruszalności tych instynktów przyczyniało się wychowanie, mające na celu rozrost sił cielesnych i potrzeby wojskowe, a nie umniejszała ich przeszłość barbarzyńska, która nie mogła, tak jak cywilizacya, oddziaływać przez przekazywaną. z pokolenia na pokolenie coraz większą miękkość i łagodność, przez cywilizowanie człowieka, zanim się jeszcze urodzi. I w tem spoczywa przyczyna, dla której człowiek, stający się od trzech stuleci zwierzęciem oswojonem, ukazuje się w tej chwili pod postacią zwierzęcia całkiem prawie dzikiego, a posiadającego taką silę mięśni i grubość nerwów, że potęgują w nim one siłę namiętności i zuchwalstwa. Bozwróćmy tylko uwagę, jak szybko u ludzi pochodzących z gminu i nieuksztalconych krew zapala się i uderza do głowy, pięści i wargi się zaciskają, a całe potężne ciało rwie się do czynu. Otoż w czasie o którym mówimy, ludzie z najwyższych sfer towarzyskich podobni byli do tegoczesnych chłopów; posiadali takie samo upodobanie w ćwiczeniach ciała, zobojętnienie na surowość powietrza i niepogody, grubijaństwo mowy i taką samą nietajoną zmysłowość. Były to ciała furmańskie, pełne uczuć szlacheckich, i stroje aktorskie, okrywające usposobienia artystyczne. "W czternastu leciech (1) syn lorda wyprawia się w pole dla zabicia daniela i zahartowania uczuć, bo polowanie na zwierza, mordowanie go i patrzenie na krew z niego ciekącą hartują uczucia. W szesnastym roku życia ten sam syn lordowski wojuje, osacza zamki, odbywa podróże konne, fechtuje się i codziennie próbuje swojej broni, składając się nią z którymkolwiek ze sług i domowników. " Dorósłszy zupełnie, pędzi życie na strzelaniu z łuku, Da niebezpiecznych skokach, woltyżerce i rozmaitych walkach. Dwór Henryka VIII odznacza się taką hałaśliwą wesołością, jaka panować może tylko na zabawach chłopskich. Król sam (2) ćwiczy się codziennie w strzelaniu do celu, w śpiewie, tańcu, walkach, w rzucaniu kłód, w grze na flażeolecie, na flecie, na spinecie, w układaniu piosnek i ballad. Z pomocą tyk przeskakuje rowy i raz o mało w zabawie takiej nie znajduje śmierci. Do tego stopnia lubi wszelkie bitwy, że w wielkiej paradzie, zwanej "Camp du Drap d'or, " publicznie chwyta w pół Franciszka I i usiłuje obalić go na ziemię. Dziś bawią się i spotykają w sposób taki tylko wyrobnicy lub żołdacy. Bo


(1) [249]

(2) [250]

też istotnie, jak wyrobników i żołdaków, najlepiej bawią ich grube żarty i tłuste psoty. Każdy bogaty dom posiada błazna, "którego zadaniem jest rzucać na wszystkie strony złośliwe drwiny, dokonywać pociesznych min i ruchów, śpiewać nieprzystojne pieśni. " Wygląda to na naszą tegoczesną karczmę. Wszelki brud, wszelkie obelżywe słowo pobudza ich do śmiechu; a żołądki muszą mieć twarde, skoro są zdolni trawić na surowo niektóre słowa Rabelais'go i bawić się rozmowami, któreby w nas budziły obrzydzenie. Żadnej dbałości o opinię ludzką: przyzwoitość i grzeczność urodzą się dopiero za Ludwika XIV i będą naśladowane przez Francuzów; w tej chwili jeszcze każdą rzecz nazywa się po imieniu, a imię to ma najczęściej brzmienie nieprzystojne. Perykles Szekspira zaprowadzi nas wkrótce do pełnej zgnilizny jamy, w której mieści się prostytucya (1). Wielcy panowie i wystrojone damy mówią jak przekupnie. Henryk V, starając się o rękę księżniczki francuzkiej, Katarzyny, przypomina majtka zalecającego się do wiwandyery, a jak dziś posługacz okrętowy wyrzyna sobie serce na ramieniu, aby tem dowieśdź, że kocha pozostawioną w rodzinnej wiosce oblubienicę — tak byli wówczas ludzie, którzy dla zjednania przez podobny dowód względów kochanki "zjadali siarkę i pili urynę (2). " Z tym brakiem przyzwoitości łączył się brak miłosierdzia (3): krew i cierpienie nikogo nie wzruszały. Dwór królewski przypatrywał się walkom niedźwiedzi i byków, śród których z rozprutych brzuchów psich wychodziły wnętrzności, a niekiedy skrępowane zwierzęta ćwiczono na śmierć. Jeden z urzędników pałacowych nazywa jednak te walki "rozrywkami wielce miłemi. " Nic dziwnego, że i ramiona tych ludzi, jak dziś naszych kumoszek lub chłopów, często bywają w ruchu. Ełżbieta biła pięściami swoje damy dworskie, a czyniła to w sposób taki, że "żałosne krzyki i płacze tych pięknych panien często słyszeć się dawały. " Razu pewnego plunęła na oszyte frendzlą ubranie sir Mathew'a; innym razem, gdy Essex, którego łajała, obrócił się do niej plecami, uderzyła go w twarz. Bicie sług i dzieci było u wielkich pań zwyczajem stałym. Biedna Joanna Grey bywała nieraz: "tak niegodnie popychana, bita, szczypana i dręczona sposobami rozmaitemi, których opowiadać nie śmie, że pragnęła śmierci. " Pierwszym popędem, najmilszem zadowoleniem człowieka było rzucanie zniewag i zadawanie razów. Jak za


(1) [251]

(2) Middlaton: Dutch Courtezan; przytacza go Fil. Chasles w Studyach nad Szekspirem, 99.

(3) [252]

czasów feudalnych, ludzie owi co chwila porywają się do broni i nie mogą rozstać się ze zwyczajem wymierzania sobie samy m doraźnej sprawiedliwości. Gilbert Talbot opowiada (1): "W zeszły czwartek do jadącego konno przez miasto milorda Rytche'a pewien człowiek, nazwiskiem Wyndhans, strzelił z pistoletu... A tego samego dnia Ludwik Grewell napadł na przechadzającego się Johna Conwaya i mieczem zadał mu cios w głowę. Nie mając nic ważniejszego do doniesienia, zmuszony jestem utrudzać Dostojność Waszą temi drobiazgami. " Nawet królowa, pośród tych głów zapalonych, zupełnego bezpieczeństwa nie zażywa (2). To też każdy kto w obrębie zamieszkania królewskiego przeciw komukolwiek dobędzie broni, ma pięść odciętą, a krew zatamowaną przez przypieczenie arteryi żelazem rozpalonem. Tylko myśl o tych karach przerażających i o krwawiącem się, poranionem ciele może powściągnąć gwałtowność tych ludzi i utrzymać w karbach popędy ich instynktów.

Z tego wszystkiego wnieść można jakiego materyału ludzie ci dostarczają literaturze dramatycznej i jakie postacie publiczność widzieć pragnie na deskach scenicznych. Teatr, aby zachować prawdziwą łączność z publicznością, przedstawiać musi namiętności najpotężniejsze, żądze najwyuzdańsze, i jeszcze nie można niemi nigdy wymagań publiczności zaspokoić. Zadaniem ówczesnej sceny jest właśnie ukazywanie człowieka unoszonego przez namiętność, prawie oszalałego, dającego się aż do ostateczności porywać żądzy, — człowieka, który, drzący i osłupiały, pożera oczyma białe ciało kobiece, to znowu, obłąkany i zgrzytający zębami, rzuca się na wroga tak, jakby miał go pożreć, to jeszcze, bez pamięci, z burzą w duszy, upędza się za dobrami i zaszczytami, których pożąda. Człowiek ten, zawsze pełen wewnętrznego wrzenia, unoszony przez wichry rozhukanych myśli, niekiedy zataczający się od szalonego śmiechu, zrywa często wszystkie oka tej sieci, którą rozum i prawa wieków minionych nawiązały; bywa też najsilniejszym i najzapalczywszym, a zarazem najbardziej bezbronnym i wściekłości albo szaleństwu najbliższym, ze wszystkich ludzi, jacy kiedykolwiek na ziemi istnieli. Dzikie pomruki i ryki rozlegają się w przestworzu historyi zarówno jak literatury dramatycznej tego czasu, i w ogóle, wiek szesnasty sprawia wrażenie jaskini lwów.

A nietylko natężenie, lecz i mnogość namiętności jest wówczas wielką i nie braknie jej żadnej z tych, które w człowieku istnieć mogą. Natura objawia się tu z całą swoją zapalczywością i zarazem


(1) [253]

w całej swojej pełni. Niema tu nic przytępionego, i niczego nie braknie; istota Judzka występuje na jaw ze wszystkiem, co posiada: z sercem, rozumem, ciałem i zmysłami, z pragnieniami najwyższemi i najsubtelniejszemi, zarówno jak z najbardziej dzikiemi i nikczemnemi chuciami, a niema w tej chwili żadnej takiej przyczyny władczej któraby ją pod wyłączne panowanie swe zabrawszy, zwróciła w uszlachetniający lub upadlający, lecz jednostronny, kierunek. Jeszcze purytanizm nie zamroził człowieka, ani ugięła go Restauracya. Obudził się on z nudnego i bezmyślnego snu, jakim był wiek piętnasty, i urodził się na świat po raz drugi, bo po raz pierwszy stało się to niegdyś w Grecji. I tak, jak było w Grecyi, wszystkie bez wyjątku wrażenia świata uderzyły w niego, wyrywając z bezwiedzy i bezwładności całą jego istotę. A na tę istotę, jak ciepło matczynych skrzydeł na jajo, rozlała się temperatura łaskawa i dobroczynna. Były to początki pokoju, pomyślności, dobrobytu; był to świeżo powstały przemysł i wzrastająca coraz bardziej praca, te zaś szybko mnożyły przedmioty do wygody i zbytku służące. Wraz z odkryciem Ameryki i Indyi zamigotały przed oczyma ludzkiemi skarby i cuda, znajdujące się za dalekiemi morzami; Starożytność odnaleziona, pierwsze zarysy nauk nakreślone, Reformacya religijna rozpoczęta, książki przez druk rozmnażane, myśli rozsypujące się po świecie za pomocą książek, — powiększyły w dwójnasób możność używania, wyobrażania i myślenia. To też ludzie zapragnęli używać, puszczać wodze wyobraźni i myśleć. Siła żądzy bywa zwykle zastosowaną do siły ponęty, a tu zdarzył się zbieg wszystkich naraz ponęt życia, które zarówno zmysłom jak umysłowi i wyobraźni dogodzić mogły. Dla zmysłów istniały mieszkania, od niedawna ogrzewane, — łóżka, na których świeżo znalazły się poduszki, — karety, które tylko co się zjawiły. Do wyobraźni przemawiały pałace, niedawno wzniesione i na sposób włoski urządzone, barwne obicia, sprowadzane z Flandryi, bogate, złotem haftowane, coraz - to nowe ubrania, — wszystkie, słowem, wymysły i przepychy, których pełną była Europa ówczesna. Umysł znowu mógł się zanurzać w tych pięknych i wzniosłych dziełach, które przez tłómaczenia i wykłady, przez wielkie rozpowszechnienie, szerzyły wiadomości o filozofii, krasomówstwie, poezyi, o starożytności odrodzonej i nowożytnem odrodzeniu wszystkich krajów sąsiednich. Zbiorowe to hasło budzi do życia i ruchu wszystkie naraz instynkty i zdolności ludzkie, nizkie zarówno jak wzniosłe: miłość idealną i miłość zmysłową, chuci najgrubsze i wielkoduszność najdoskonalszą. Bo przypomnijmy sobie jakimi byliśmy sami, gdyśmy z wieku dziecięcego wstępowali w wiek męzki, jaka żądza szczęścia, jaka moc nadziei, jak nieposkromione porywy serca pchały nas ku wszelkim uciechom, z jakim zapałem ręce nasze same przez się podnosiły się

ku wszystkim naraz gałęziom drzewa, trwożne, aby nie pozostawić na nich choćby jednego nie skosztowanego owocu życia. Mając lat szesnaście, każdy z nas, na podobieństwo Cherubina, ubóstwia Madonnę a pożąda pokojówki; zdolny jest do wszelkich żądz i do wszelkich poświęceń, — kocha cnotę, a przekłada nadnią wesołą kolacyjkę; — czuje cały smak zawarty w rozkoszy, a uznaje całą wartość, jaką ma bohaterstwo. W wieku tym każda ponętą posiada czar nieprzezwyciężony; słodycz i nowość rzeczy przewyższają nasze siły, tak, że pełni namiętności, które jak rój pszczół z brzęczeniem zatapiają w nas żądła, zdolni jesteśmy tylko rzucać się w kierunki rozmaite, usiłując wszystko z kolei pochwycić. Takimi właśnie byli ludzie w czasach, o których mówimy: Raleigh, Essex, Elżbieta i sani nawet Henryk VIII. Odznaczała ich nierówność postępowania i wybujałość uczuć, popędliwość w zbrodni i w poświęceniu, zapalczywość w złem i w dobrem, połączenie bohaterstwa ze słabością, — pokory z nagiemi uniesieniami pychy. Zdolni płakać jak dzieci, a umierać jak bohaterowie, nie bywali oni nigdy podłymi z umysłu, jak późniejsi hulacy z czasów Restauracyi, ani surowymi z zasady, jakimi być mieli Purytanie z czasów Rewolucyi; nikczemni dworacy czy prawdziwi rycerze, wśród wszystkich, licznych sprzeczności postępowania i usposobień swoich, zachowywali z nienaruszoną stałością jedną tylko cechę, a był nią zbytek przepełniającego ich życia. Takimi będąc, mogli i umieli zrozumieć wszystko: dziką krwiożerczość, i najwyższą wspaniałomyślność; zwierzęcą, nikczemną rozpustę, i niebiańską czystość, które obie zarówno mieści w sobie pojęcie miłości; mogli i umieli przyglądać się postaciom najrozmaitszym: dziewicom i prostytutkom, książętom

i skoczkom na linie, — a także szybko i z łatwością zamieniać żarty prostacze na zachwyty liryczne, dwuznaczniki blazeńskie na miłosne ody, A nawet konieczną staje się rzeczą, aby dramat, w celu jaknajlepszego upodobnienia się ze słuchaczami i zjednoczenia się z bujnoscią ich natur, przemawiał rozmaitemi rodzajami mowy: wierszem napuszystym, kwiecistym, przeładowanym obrazami, a tuż zaraz prozą najbardziej gminną. Co więcej, rzeczą również konieczną jest pogwałcenie stylu i zakresu właściwego dramatowi, wtłoczenie w ramy jego śpiewów i takich rozmów pomiędzy dworakami lub przemówień mężów stanu, z których kiedy - niekiedy tryska poezya. Na scenie

zjawiają się widoki czarnoksięzkie (1), gnomy, nimfy lądowe i morskie, wraz z gajami i łękami, które są ich siedliskiem, — sami nawet bogowie i samo piekło z obrazami, posiadającemi czar sobie właściwy. Nie było na świecie teatru tak złożonego jak ówczesny; bo też


(1) [254]

nie było na świecie człowieka, któryby równie jak ówczesny zawarł w sobie wszystko, co ludzkie.

III.

Jednak namiętności w tym rozkwicie swoim, tak pełnym i tak swobodnym, tu posiadają znamiona odrębne, a ponieważ są angielskiemi, więc znamiona angielskie. Bo pomimo wszystko w każdym momencie dziejów i pod wpływem każdej cywilizacyi naród pozostaje zawsze samym sobą i, jakiemkolwiek byłoby jego ubranie, w atłasie czy w koziej wełnie, w pozłacanym kaftanie, czy w czarnym fraku, wnosi on do pałaców i pracowni te same instynkty, które w pierwotnem, leśnem siedlisku towarzyszyły początkom jego istnienia. Jest ich niewiele, pięć albo sześć głównych, ale niektóre z nich, jak namiętność do walk wszelkich i posępność usposobienia, dziś jeszcze, wśród porządku i dobrobytu, odznaczającego tegoczesny sposób życia, nie opuszczają Anglika (1). Z pod cywilizacyi udoskonalonej i przyzwyczajenia do confort'u, dobywa się na jaw wrodzona surowość i energia. Bogata młodzież po ukończeniu nauk uniwersyteckich w Oksfordzie udaje się do Kanady i na Przylądek Dobrej Nadziei w celu polowania na niedźwiedzie lub na słonie, boksuje się, konno przeskakuje płoty, na statkach morskich (clippera) odbywa trudne podróże, kocha się w samotności i niebezpieczeństwach. Dawny Saksończyk, stary wędrowiec mórz skandynawskich, nie zaginął. Dzieci nawet biją się w szkołach pomiędzy sobą jak ladzie dorośli, walczą na sposób różny, a natura ich tak jest do poskromienia trudną, że tylko rózgi i obrazy cielesne zaszczepić w niej mogą karność i posłuszeństwo prawom. Z tych usposobień teraźniejszych odgadnąć łatwo, jakiem plemię to być musiało w wieku szesnastym. Uchodziło ono podówczas za "najbardziej wojownicze ze wszystkich europejskich" (2), za "najstraszniejsze w bitwach i najmniej mogące znosić wszystko, cokolwiek posiada choćby pozór niewolnictwa. " Cellini nadaje im nazwę: "dzikich bestyi angielskich" i utrzymuje, że "ogromne sztuki mięsa, " któremi się obżerają, podtrzymują siłę i dzikość ich instynktów, W dziele utrwalenia w nich srogości naturze dopomagają ustawy. Naród cały stoi pod bronią; każda jednostka na żołnierza


(1) [255]

(2) Hentzner's Travels. — Benvennto Cellini; ubiory z objaśnieniami druków, w Wenecyi i w Niemczech: Bellicosissimi (Froude, t. I. str. 19, 52)

wychowywana, obowiązana jest do posiadania oręża odpowiedniego swemu stanowi, a w każdy dzień niedzielny i świąteczny do stawienia się na ćwiczenia wojskowe. Stara konstytucya, duchem wojennym przeniknięta, do szeregów zaciąga wszystkich i od yeomena aż do lorda wszystkim rozkazuje być gotowymi do boju. W państwie zaś podobnem do jednej wielkiej armii kary posiadać muszą, tak jak w armii, srogość straszliwą, którą zwiększa ohydna wojna Dwóch Róż, długo w pamięci wszystkich obecna i budząca trwogę, by każde zachwianie się dziedziczności tronu na nowo jej nie wywołało. Takie instynkty w połączeniu z takiemi ustawami i dziejami oblekają życie w tragiczność surową, tuż obok niego umieszczając śmierć, szubienicę, rany i męczarnie. To też ten piękny płaszcz purpurowy, którym w blaskach południowego słońca Odrodzenie okrywa ludy, jak świąteczną szatą, tu ma na sobie plamy krwi i czarną obwódkę. Nad całym krajem tym panowanie swe rozciąga karność niezłomna i topór wiecznie przygotowany do spadnięcia za najlżejszy chociażby pozór zdrady (1). Niebawem główne więzienie jego obryzgane będzie krwią dostojników najwyższych: biskupów, książąt, kanclerza, protektora, królowych, krewnych królewskich, którzy, klęcząc na słomie, pochylą, karki pod zadającą ciosy rękę kata. Jeden po drugim, z tronu lub ze stopni tronu, ze szczytu chwały, piękności, młodości i talentów, zstępują i ku kresowi temu dążą: książę Buckingham, królowa Anna Boleyn, królowa Katarzyna Howard, hrabia Surrey, admirał Seymour, książę Somerset, lady Joanna Grey i jej małżonek, książe Northumberland, królowa Marya Stuart, Hrabia Essex i inni. Z całego tego świetnego orszaku pozostają tylko martwe tułowie, oddane na wolę kata. A któż zliczyć zdoła stosy, szubienice, ludzi wieszanych i za żywa zdejmowanych z szubienic, ludzi takich, z których wyrywano wnętrzności, których ćwiertowano, a potem porąbane ciała rzucano w ogień i głowy u ścian domów wystawiano na widok publiczny (2) ? U Holinsheda niektóre stronice mają pozór szpalt napełnionych nekrologami. "W dniu 25-nu Maja, w kościele &section; go Pawła w Londynie odbyło się badanie dziewiętnastu mężczyzn i sześciu kobiet oskarżonych o herezyę. Czternastu z nich okazało się winnymi, wskutek czego jeden mężczyżna i jedna kobieta zostali spaleni na Smithfuldzie, a dwanaście osób rozesłano w tym samym celu po miastach innych. — Dziewiętnastego Czerwca trzej mnisi z Charterhouse'u zostali powieszeni, zdjęci z szubienicy i poćwiertowani w Tyburnie, poczem gło-


(1) [256]

(2) [257]

wy ich i ciało posiekane na kawały wystawiono w Londynie na widok publiczny. Karę tę ponieśli za to, że nie chcieli uznać króla za najwyższego zwierzchnika kościoła. — Dwudziestego pierwszego tegoż miesiąca i za takie samo przewinienie doktor John Fisher, biskup Rochesteru, miał głowę ściętą i wystawioną w Londynie na widok publiczny. Biskupa tego papież mianował kardynałem i przysłał mu kapelusz kardynalski, aż do Calais; ponieważ jednak głowa spadła mu z karku pierwej, nim kapelusz mógł znaleźć się na niej, stało się, że głowa z kapeluszem nie spotkały się nigdy. — Pierwszego Lipca ścięto głowę sir Tomaszowi Mire'owi za taką samą zbrodnię, to jest, za twierdzenie, że król niejest najwyższym zwierzchnikiem kościoła. " Morderstwa te w nikim nie budzą zdziwienia; kronikarze wymieniają je z obojętnością doskonałą, sami skazańcy idą na śmierć tak spokojnie, jakby skazanie ich pochodziło z naturalnego porządku rzeczy. Anna Boleyn przed wejściem na rusztowanie z zupełną szczerością wymawia słowa następujące: "Niech Bóg zachowa życie królowi i daje mu panowanie długie, bo nie było nigdy na świecie monarchy nadeń lepszego i litościwszego (1). " Wygląda to tak, jakby całe społeczeństwo znajdowało się w ciągłym stanie oblężenia i pojęcie szubienicy łączyło się z pojęciem koniecznego porządku rzeczy. Straszliwa ta maszyna stawała przed wyobraźnią ludzi na wszystkich drogach życia, i nie było takiej wązkiej ścieżki, któraby do niej, na równi z najszerszą drogą, doprowadzić nie mogła. Nawet do praw kościelnych przedostał się ten rodzaj wojskowej karności, którą podbój zaszczepił w prawodawstwo świeckie; nawet stosunki ekonomiczne koniec końców podledz jej musiały (2). Jak w obozie wojskowym, wydatki, ubranie, sposób żywienia się każdej klassy narodu zostały z góry oznaczone i ustanowione; nikt nie ma prawa przebywać poza granicami swojego powiatu, ani oddawać się próżnowaniu, ani żyć według woli własnej (3). Człowiek nieznajomy, przy pierwszem ukazaniu się jest wszędzie chwytany i poddawany badaniu, a jeżeli nie zdoła wytłómaczyć się jasno z osoby swej i zamysłów, odpowiednie przyrządy (stocks) (4), w każdej parafii zaprowadzone, druzgocą mu nogi; bo, tak jak w wojsku, na przybysza spada tu podejrzenie o szpiegowskie albo w ogóle wrogie zamiary. Według orzeczenia prawnego (5), ktokolwiek przez trzy dni oddaje się włóczęgostwu, powinien być piętnowany na piersi żelazem rozpalonem i oddany jako niewolnik temu,


(1) [258]

(2) [259]

(3) [260]

(4) [261]

(5) [262]

kto wyda go władzom. "Posiadacz niewolnika obowiązany jest do dawania mu chleba, wody, najpośledniejszego napoju i jadła, a wolno mu wzamian zmuszać go do pracy, choćby najwstrętniejszej lub najcięższej, biciem, przykuwaniem i wszelkiemi innemi środkami. " Wolno także niewolnika sprzedać, testamentem zapisać, wynajmować go czynić zeń przedmiot handlu "jak ze sprzętu, towaru, lub wszelkiego innego dobra. " Wolno jeszcze wziąć szyję jego w obrożę i nogi w łańcuchy, a jeżeli ucieknie i nie pokaże się przez dni czternaście, ma być żelazem rozpalonem piętnowany na czole i skazany na niewolnictwo dożywotnie, w razie zaś powtórnej ucieczki — zabity. Niekiedy, — opowiada Morę, — zdarza się widywać szubienicę, na której wisi dwudziestu naraz złodziei. W przeciągu jednego roku w jednem tylko Somerset czterdzieści osób poniosło karę śmierci (1), a każde hrabstwo rabowane było przez trzystu lub czterystu złoczyńców i włóczęgów, którzy czasem występowali zbrojnie bandami, liczącemi po sześćdziesięciu ludzi. Trzeba tylko zblizka przypatrzyć sie tym dziejom, tym stosom, wznoszonym przez Maryę, pręgierzom wystawianym przez Elżbietę, aby przyznać, że klimat tego kraju, nietylko w fizycznem, lecz i w moralnem też znaczeniu, jest niesłychanie surowy i przeniknięty nieznaną, gdzieindziej cierpkością. Nikt też z takim smakiem, jak, naprzykład, we Włoszech, nie poi się tu słodyczami życia; to, co nosi miano Merry England (Wesoła Anglia), jest krajem, rzuconym na pastwę sile zwierzęcej i grubym zapałom, podniecanym przez pokarm obfity. Panuje tu także pomyślność wciąż wzrastająca, odwaga, wytrwałość i ufność we własne siły; lecz klimatowi temu, zarówno jak plemieniu, stanowczo obcą jest rzecz jedna: wytwarzanie i używanie rozkoszy.

Z najpiękniejszemi legendami ludowemi mieszają się tu ponure rojenia i dręczące sny o czarownictwie. Biskup Jewell oświadcza wobec królowej "że w ciągu lat ostatnich czarownice i czarownicy ogromnie się rozmnożyli (2). " Niektórzy pastorowie utrzymują "że w parafiach swoich miewają po siedemnaście i osiemnaście naraz czarownic, to jest kobiet takich, które mogły dokonywać cudów nadprzyrodzonych. Istoty te "rzucają uroki, sprowadzają na twarze bladość, wysuszają ciała, odejmują mowę, przytępiają zmysły i wyniszczają ludzi na śmierć. " Według przepisów udzielanych im przez dyabła


(1) [263]

(2) [264]

sporządzają "z wnętrzności i członków dziecięcych maście, za pomocą których latają w powietrzu. " "Ilekroć dziecko nie jest ochrzczonej ani bronione przez zakreślony nad niem w powietrzu znak krzyża, czarownice porywają je z kolebki, albo z pościeli matczynej i zabijają, a potem, gdy jest pogrzebane, wydobywają z grobu i gotują w kotle, dopóki ciało nie przemieni się w płyn, którego napić się można. Niezłomnem zaś prawidłem jest to, że co dwa tygodnie, a najrzadziej już co miesiąc, każda czarownica musi na swoją rękę zabić conajmniej jedno dziecko. " We wszystko to wierząc, można było naprawdę ze strachu kłapać zębami. W dodatku, brud myśli i grubość obyczaju, błazeństwa nędzne, troski liczykrupie, wszystkie, słowem, małostki i podlostki, które tułać się mogą tylko po prostackiej wyobraźni baby ohydnej i zdenerwowanej, stanowią szczegóły obrazów, przez Middletona i Szekspira malowanych, a z wiernością zupełną przedstawiających uczucia i usposobienia tego czasu i tego narodu. Głęboki smutek rzeczy przebija się tu zza świetności poezyi i błysków zapału; drobiny bólu usiewają wszystko w postaci legend. Cmentarze są pełne upiorów, miejsca zabójstw pełne powracających na ziemię duchów. Po zachodzie słońca ludzie lękają się wychodzić w pole. Przedmiotem wieczornych rozmów jest okazująca się kareta, z końmi i woźnicami pozbawionymi głów, albo duchy nieszczęsne, zmuszone do przebywania wśród ostrych wichrów, unoszących się nad polami, pożądające schronienia choćby u płotu albo w bezludnej dolinie. Ludzi nawiedzają pełne przerażeń sny o śmierci: "Umrzeć, pójść niewiedzieć dokąd! Być złożonym w zimnej jamie, nie módz z niej wyjść i gni w niej! Czy podobna, aby to życie gorące i wrzące przemieniło się w garść lepkiej i cuchnącej gliny! A jest-że szczęśliwą dusza, która wkrótce pogrążona zostanie w fale ogniste, albo osiedlona w sferach zamarzłych, potrójną obręczą z lodu opasanych, — albo uplatana w wichry ślepe i z niepowściągniętym szałem świat ten zawieszony w przestrzeni oblatujące, — albo, — o, losie z najsroższych najsroższy! — rzucona za granicę wszystkiego, co myśl rozczochrana, co wyobraźnia bezbrzeżna wynaleźć mogą, i tam — wyjąca, — za wiele jest w tem ohydy (1)!"

Najwięksi poeci z ponurą rezygnacyą mówią o tej wielkiej, bezgranicznej ciemności, która otacza biedną, maią lampkę naszego żywota, o tem, że żywot ten to tylko "gorączka pełna mar dręczących, " że smutnym jest los człowieka, niemający w sobie nic, oprócz namiętności, obłędu i bólu; że może człowiek sam nie jest niczem innem


(1) [265]

jak widmem, widzeniem sennem, przywidzeniem bolesnem istoty chorej. Mniemają oni, że, przez fatalność staczani po pochyłości, jedni o drugich ocieramy się silą przypadku, a przeznaczenie, które w sobie samych nosimy, popycha nas i oślepia wprzód nim nas zdruzgoce. Po za tem wszystkiem istnieje tylko mogiła głucha i niema, kędy nie słychać nic: ani raźnych kroków przyjaciela, ani głosu kochanka, ani tkliwej ojcowskiej rady, i kędy niema też nic, oprócz zapomnienia prochu i wiecznej ciemności. I gdybyż jeszcze nie było nic! "Umrzeć, zasnąć! tak, ale może jeszcze śnić. " Tak; mieć sny ponure, rojenia równie ciężkie jak życie, jak to, wśród którego miotamy się na ziemi, wydając z gardzioł ostre krzyki i chrapania! Takiem to jest pojęcie ich o człowieku i życiu, pojęcie narodowe, które zaludnia teatr klęskami, mękami, morderstwami, napełnia go rozpaczą, szaleństwem i zbrodnią, a jako jedyne ujście dla wszystkiego wskazuje śmierć. Mgła ciemna i groźbami brzemienna okrywa umysły tych ludzi, zarówno jak niebo, pod którem żyją, a radość ich, tak jak ich słońce, miewa tylko rzadkie i gwałtowne błyski. Pełny i swobodny wylew czystej natury, który w Grecyi i we Włoszech doprowadził do odtwarzania piękna i zadowolonej z siebie siły, tu natchnął twórców obrazami dzikiej energii, konania i śmierci.

IV.

W takim-to gruncie wyrosła ta literatura i sztuka dramatyczna, jedyna w swoim rodzaju, równie jak jedynym i do żadnego innego niepodobnym był dziwny i przelotny moment dziejowy, który ją zrodził. Społeczeństwo odnowione i młode wydało z siebie to dzieło i zawarło w niem swój wizerunek, w którym wiernie odbiły się jego popędy wrodzone, jego szały i cała tragiczność. W chwili powstawania oryginalnego narodowego dramatu, poeci, którzy go stwarzają, noszą w sobie samych wszystkie te uczucia, które przedstawiać muszą. Lepiej od innych objawiają one nastrój powszechny, bo też posiada on w nich większą niż w innych siłę. Namiętności ogólnej ich serc wydzierają się z krzykiem przenikliwszym i boleśniejszym, niż z innych, i ten ich krzyk staje się też krzykiem ogółu. Hiszpania, katolicka i rycerska, znalazła swoich tłómaczy w rozmaitych zapaleńcach i Don Kichotach, w Kalderonie, który z żołnierza stał się księdzem, w Lopezie, który, mając lat piętnaście, z dobrej woli zaciągnął się do wojska, a potem był z kolei kochankiem egzaltowanym, szermierzem, błądzącym po świecie w poszukiwaniu walk pojedynkowych, żołnierzem na okrętach Armady, i nakoniec księdzem, zostającym w blizkim związku z Inkwizycyą, a tak gorliwym, że po-

ścił aż du ostatecznego wyczerpania, przy odprawianiu mszy mdlał ze wzruszenia i krwią, tryskającą z pod dyscypliny, obryzgiwał ściany swojej celi. Przedstawicielem Grecyi, szlachetnej i spokojnej, jest wódz jej poetów dramatycznych, Sofokles, jeden z najdoskonalszych i najszczęśliwszych jej synów, który, w piętnastym roku życia, nagi wobec przywiezionych z pod Salaminy trofeów, śpiewał peany, a potem, jako poseł i dowódzca wojskowy, zawsze miłowany przez bogów i namiętnie ojczyznę miłujący, w dzieiach swych, zarówno jak w życiu, zawarł obraz tej niezrównanej harmonii, z której powstała piękność świata starożytnego i której świat nowożytny nie posiądzie już nigdy. Francya, wymowna i salonowa, w czasie najwyższego rozkwitu sztuki rozmawiania i ugrzecznienia miała Racine'a, poetę najzdolniejszego do pisania tragedyi krasomówczych i przedstawiania namiętności salonowych, poetę dworaka i światowca, którego stylem, pełnym wytwornej miary i powściągliwości, dworacy i światowey najwyborniej przemawiać mogli. A jak we wszystkich tych krajach tak i w Anglii usposobienia poetów zastosowane były do dzieła, którego dokonać mieli. Wszyscy oni prawie pochodzili z gminu (1), byli awanturnikami, biedakami, wykształconymi jednak, i u których to wykształcenie, wyniesione z Oksfordu lub Cambridge'u, stanowiło sprzeciwieństwo z nizkim pochodzeniem i majątkowem ubóstwem. Ben Jonson, sam murarz, był synem murarza, Marlowe — szewca, Szekspir — sklepikarza, Massinger — lokaja, służącego w bogatym domu. Żyli oni jak mogli, zaciągali długi, pisali dlatego, aby zarobić na kawałek chleba, i w tym samym celu wstępowali na deski sceniczne. Pecle, Marlowe, Jonson, Szekspir, Heywood byli aktorami. Najwięcej szczegółów o nich dostarcza pamiętnik Hanslowe'a, który udzielał pożyczek na zastawy, a potem, stawszy się przedsiębiorcą teatralnym, dostarczał poetom zarobku i dawał zaliczki pieniężne, wzamian zastawu, którym bywały rękopisy lub części ubrania. Za sztuki teatralne Hanslowe płacił po osiem funtów sterlingów, ale po roku 1600 cena ich wzrosła do dwudziestu i dwudziestu pięciu funtów. Naturalnie, że nawet wobec tego podwyższenia się ceny rzemiosło autorskie dostarczać mogło zaledwie suchego kawałka chleba. Ażeby cokolwiek więcej zarobić, trzeba było, jak to uczynił Szekspir, stać się samemu przedsiębiorcą teatralnym, albo przynajmniej częściowym właścicielem teatru. Lecz wypadki te były rzadkie, a droga, która do nich wiodła, — pełna nieoględności, szaleństw, rozpusty i nadużyć rozmaitych, a na tej drodze z tłumem kobiet i mężczyzn złego życia mieszały się pokusy sprawiane przez ubóstwo, wyobraźnię i swawolę, —


(1) [266]

u kresu swego miała zazwyczaj wyczerpanie, nędzę i śmierć. Społeczeństwo, korzystając z geniuszu swoich poetów, lekceważyło ich j o nich nie dbało. Dostojnicy, zwłaszcza administracyjni, obchodzili się z nimi jak z lokajami. Zdarzało się, że za jedno nieostrożne słowo o polityce autora sztuki wsadzano do więzienia i grożono mu obcięciem uszu. Heywood prawie codziennie grywa na scenie, a oprócz tego zobowiązuje się do codziennego też pisania felietonów. Pisze je po oberżach, na kolanie, mozoląc się i zlewając potem, jak prawdziwy wyrobnik literacki, a umierając, zostawia po sobie dwieście pięćdziesiąt sztuk teatralnych, których większość uledz ma zatraceniu (1). Ryd, jeden z pierwszych według daty, umiera z głodu; Shirley, jeden z ostatnich, aby podobnegoż losu uniknąć, przy końcu życia powraca do zawodu nauczycielskiego. Massinger aż do śmierci pozostaje nieznanym, a w księgach parafialnych znajduje się o nim ta tylko, smutkiem tchnąca wzmianka: "Filip Massinger, przybysz. " W kilka miesięcy po śmierci Middletona wdowa po nim zmuszona jest prosić zarząd miejski w Londynie o udzielenie jej wsparcia, bo zmarły poeta nie zostawił po sobie żadnego majątku. Zresztą cierpią oni na chorobę wspólną wszystkim w świecie poetom, a tą jest przewaga wyobraźni nad rozsądkiem (2). Pragną używać życia i puszczają sobie wodze. Wszechwładnymi ich panami są: serce i wyobraźnia. W życiu ich, zarówno jak w utworach, popędy nie znają hamulca, żądze zaś, uderzając z nagłą gwałtownością fali morskiej, zatapiają wszelki opór i rozumowanie, a nawet niejednokrotnie samą możność powstania najsłabszych choćby ich początków (3). Znajduje się pomiędzy nimi znaczna liczba hulaków, ale hulaków na podobieństwo Musseta i Murgera, pełnych smutku. Puszczają się oni na potok życia, ogłuszają się jego szumem i, zdolni do marzeń najpoetyczniejszych i najczystszych, do uczuć najwytworniejszych i najtkliwszycb, umieją tylko nadwerężać i zdrowie swe i sławę. Takimi właśnie są Nash, Decker i Greene. Nash, satyryk pełen fantazyi, według słów własnych: "dokonywał gwałtów nad swym talentem i dobre godziny życia trwonił jak marnotrawca. " Decker spędził trzy lata w więzieniu tak zwanym Ławy Królewskiej. Greene szczególniej, z umysłem


(1) [267]

(3) Zob. A Woman killed with kindness Heywooda,. Mistress Frankford, szczerze jednak uczciwa, oddaje się Wendollowi przy pierwszych oświadczynach. Sir Franszek Acton, na widok kobiety, którą nienawidzi i którą chce zbezcześcić, wpada w zachwyt i jedynem jego pragnieniem jest pojąć ją za żonę. Przypomnijmy sobie nagłe uniesienia Julietty, Roruea, Makbeta, Mirandy i t. d. jakoteż przestrogi, które daje prospero Femandowi, mając pozostawić go na chwilę sam na sam

ślicznym, pełnym skarbów i wdzięków, zginął z własnej woli, po wielokrotnem, publicznem, łzami oblewanem wyznawaniu win swoich i powtórnem w nie popadaniu (1).

Są to mężczyźni, noszący w sobie wszystkie cechy kobiet publicznych; są to, pod postacią mężczyzn, obyczaje, ciała i serca sprzedąjnych zalotnie. Po opuszczeniu uniwersytetu w Cambridge "w towarzystwie dobrych koleżków, równie jak on sam swawolnych, " Greene, przebiegając Włochy i Hiszpanię "widywał i praktykował bezwstydy, których samo opowiadanie byłoby wstrętnem. " Są to własne jego słowa. Biedak jest szczerym i nie oszczędza siebie bynajmniej. Naturalny, gwałtowny, nadewszystko w grzechach, — zarówno jak w skrusze niestały, samemu sobie zaprzecza na każdym kroku, ale poprawić się nie może. Po powrocie z podróży stał się w Londynie podporą karczem i stałym gościem miejsc rozpusty. "Byłem pastwą pychy, — brzmi opowiadanie Greenea, — codziennem zajęciem mojem było upędzanie się za dziewczętami, jedyną rozkoszą obżarstwo i opilstwo, największą przyjemnością klątwy i bluźnierstwa przeciw imieniu Bożemu.. Pustoty te i błahe piśmidła, w których bazgrałem o miłości i swoich własnych, bezmyślnych fantazyacb, dostarczały mi sposobu do życia, zaś z powodu różnych głupich swoich rozpraw posiadałem przyjaźń ludzi lekkomyślnych, którzy nieustannie znajdowali się przy mnie i odwiedzali mię w mieszkaniu, gdzie wraz ze mną spędzali czas na całodziennem objadania się i opijaniu winem. " Gdzieindziej mówi: "Byle-bym mogł przyjemnie spędzić życie, wystarczyłoby to mi zupełnie, a na tamtym świecie dałbym już sobie rady jakkolwiek... Piekło! Co mi tam prawicie o piekle! Wiem dobrze, że żeli się do niego dostanę, znajdę towarzystwo lepszych od siebie i spotkam się także z miłymi łotrzykami o głowach zapalonych, a byle-bym tylko nie siedział sam, nie dbam o nic więcej... Gdybym tyle tylko lękał się sędziów Ławy królewskiej, ile lękam się Boga, przed pójściem spać poszedłbym i zapuścił rękę do sakiewki tego lub owego obywatela. " Wkrótce po napisaniu tych słów, doświadczać zaczyna wyrzutów sumienia, żeni się, w prześlicznych wierszach opiewa urok i spokój uczciwego życia; a potem, wróciwszy do Londynu, ma jatek swój i posag żony trwoni z dziewczyną najniższego rzędu i w towarzystwie oszustów, stręczycieli kobiet publicznych; pije, bluźni niszczy siły w orgiach i bezsennj-cb nocach, pisząc dla zarobku, a niekiedy, wśród wrzawy i wyziewów ohydnych jam, w których przebywa, znajdując jeszcze pod piórem słowa tkliwości i zapału, jakichby


(1) [268]

nie powstydził się antor Roili. Najczęściej jednak, zjęty obrzydzeniem względem samego siebie, pomiędzy dwiema wychylonemi butelkami płaczem porwany, układa małe rozprawki, w których oskarża się i spowiada publicznie, wyraża żal nad opuszczeniem żony, usiłuje nawracać towarzyszy i przestrzegać młodzież przed podstępami oszustów i kobiet zepsutych. Człowiek, który żyje w ten sposób, musi zużyć się szybko. Green sześciu lat tylko na to potrzebował. Umarł z niestrawności, o którą go przyprawiło wino reńskie i solone śledzie. Gdyby nie litość i dozór właścicielki gospody, w której zachorował, byłby umarł pod gołem niebem. Pochorował trochę i zgasł; czasem ze łzami prosił gospodyni, aby mu dała małmazyi choć za grosz; czasem też pożyczać musiał koszuli u jej męża, bo posiada! tylko jedną, pełną robactwa. Gdy umarł, całą odzież jego, wraz ze szpadą, sprzedano za trzy szylingi, a na pogrzeb złożyli się ludzie ubodzy. Cztery szylingi kosztował całun, a sześć szylingów i cztery pensy kondukt pogrzebowy.

Na takich to nizinach i śmietnikach, pośród takich wstrząsnień i swawoli, wyrastały geniusze dramatyczne, wyrósł też pomiędzy innemi, pierwszy z rzędu, a jeden z najpotężniejszych, geniusz prawdziwego założyciela literatury dramatycznej w Anglii, Krzysztofora Marlowe'a.

Był to umysł nieporządny, bez panowania nad samym sobą, do niemożliwości prawie gwałtowny i zuchwały, ale zarazem wielki i posępny, pełen "prawdziwie wściekłej poetyczności, " pogański w dodatku i zbuntowany przeciw obyczajom, zarówno jak przeciw doktrynom. Bo wśród tego powszechnego zwrotu ku życiu zmysłowemu i tego rozpędu sil naturalnych, które wytwarzają Odrodzenie, instynkty cielesne i pojęcia, udzielające im prawa do bytu i swobody, niecierpliwie pozbywają się wszelkich uzd i cugli. Tak samo jak Greene i Kett (1), Marlowe jest niedowiarkiem, zaprzecza istnieniu Boga i bóstwu Chrystusa, bluźni przeciw Trójcy (2), utrzymuje, że Mojżesz był oszustem, że Chrystus więcej od Barabasza zasługiwał na karę śmierci, że "gdyby on, Marlowe, zakładał nową religię, potrafiłby założyć lepszą. " "Gdziekolwiek się znalazł, usiłował wszędzie szerzyć ateizm. " W takie to zuchwalstwa, złości i przesady swoboda myśli wprawiła te świeże umysły, które po wielu wiekach, pierwsze odważyły się na samodzielne stawianie kroków w jej dziedzinie. Marlowe z pomiędzy narzędzi szewckich, napełniających sklep jego ojca, z pomocą zapewne i za protekcyą któregoś z możnych, przeniósł się do uniwersytetu


(1) [269]

(2) [270]

w Cambridge, poczem, gdy, wróciwszy do Londynu, wpadł w ubóstwo i rozpustę, grasującą po gospodach publicznych, po miejscach najniższych zabaw i zakulisowych sferach teatralnych, zapłonęła mu głowa, rozpasały się namiętności. Zrazu został aktorem, lecz po zła maniu nogi w jakiemś zajściu karczemnem okulał i nie mógł już występować na scenie. Następnie, za publiczne wypowiadanie zdań przeciwnych religii pod sąd oddany, może tylko dzięki śmierci przedwczesnej uniknął stosu. Mając lat trzydzieści, zawiązał romans z jakąś kobietą upadłą (1) i w chwili gdy miał zasztyletować współzawodnika, ten w taki sposób obrócił jego rękę, że własny sztylet przebił mii oko i wszedł aż do mózgu. Umarł z nieustannemi klątwami i bluźnierstwami na ustach. Jakiż rodzaj poezyi życie z podobną treścią, podobnemi szałami wypełnione, wydać z siebie mogło? Deklamacye przesadne, tłumy morderstw i okropności, wściekłe i nadęte głosy tragedyi krwią obryzganej i namiętności aż do szaleństwa rozhukanych, napełniać musiały poezyę płodem takiego życia będącą. Cały zresztą początek angielskiej literatury dramatycznej, zawierający utwory p. t. Ferrex and Porrex, Cambyses, Hieronymo, i nawet przypisywanego Szekspirowi P ery kies a, dosięga tego samego szczytu dziwactwa, sztucznej okropności i szumnej nadętości (2). Poczytywać go można za pierwszy wybuch sił młodzieńczych. Przypomnijmy sobie tylko Zbójców Szyllera. Pomyślmy jakiem zwierciadłem dla demokracyi nowożytnej, odbijającem jej własny obraz, były deklamacye i krzyki Karola Moora. Tak samo postacie pierwszych dramatów angielskich miotają się i wyją, nogami biją o ziemię, zgrzytają zębami, a pięściami wygrażają niebu. A dokoła tych postaci rozlegają się dźwięki trąb i huki bębnów, przesuwają się zbrojne szeregi, wojska uderzają o siebie, ludzie przebijają się wzajem sztyletami, lub pogrążają je w piersi własne, słowa grzmią groźbami tytanicznemi, albo lirycznemi zwrotami (3), królowie, z basowemi okrzykami wyziewają ducha — a "smierć obłąkana, w drapieżnych szponach ściska ich zakrwawione serca i jak harpija opija się ich życiem. " Bohater, potężny Tamerlan, siedząc na wozie ciągniętym przez okutych w łańcuchy królów, pali miasta, tepi kobiety i dzieci, ścina ludzi i, nakoniec, dotknięty chorobą tajemniczą, wybucha olbrzymieai tyradami przeciw bogom, pod których ciosem ginie i których panowania nad


(1) [271]

(2) [272]

(3) Tamburlain, część II, akt I, scena III.

światem pozbawić pragnie. Jest to już obraz pychy bezrozumnej, ślepego i krwawego szalu, po drodze sprawianych klęsk i spustoszeń dochodzącego do buntu przeciw samemu niebu. Ten wiersz, grzmiący i potężny, ta obfitość morderstw, to roztaczanie jaskrawych barw i blasków, to wyuzdanie namiętności szatańskich, to zuchwalstwo bezbożności pełnej pychy, — są wynikiem zbytniego bogactwa sil dzikich i nieobuzdanych.

W następnych zaraz dramatach, w Rzezi Ś-go Bartłomieja i w Żydzie maltańskim, nadętość jest mniejszą, ale gwałtowność pozostaje taką samą. Żyd, Barabasz, zdziczały wskutek nienawiści, do ludzkości należeć już nie chce. Chrześcijanie obeszli się z nim jak ze zwierzęciem, więc nienawidzi ich wzajem jak zwierzę. Wyrzucił z serca swego "wszelką litość i miłość, " łzy chrześcijan budzą w nim śmiech radosny. Nocami błądzi po mieście w celu zatruwania studni, lub dobijania chorych, którzy jęczą pod ścianami domów. Uczył się niegdyś medycyny i za pomocą wiadomości posiadanych w tej dziedzinie "dostarcza roboty grabarzom, sprawia, że ręce ich wciąż są zajęte kopaniem mogił, a dzwony pogrzebowe poruszają się bezustannie. " Radością go przejmuje to, że "w przeciągu jednego roku napełnił więzienia bankrutami, a przytułki osieroconemi dziećmi, że przy każdej zmianie księżyca jednego przynajmniej człowieka doprowadza do obłąkania lub samobójstwa. " A ze wszystkiemi okrutnemi czynami temi popisuje się i szczyci się niemi tak, jak mógłby szatan pysznić się tem, że miał wyborną rękę katowską i łudzi poddanych swej władzy pogrążał na samo dno męki. Dwóch chrześcijan, którzy starają się o względy jego córki, za pomocą zmyślonych listów do wzajemnego zamordowania się pobudza, a gdy córka z rozpaczy zostaje zakonnicą, truje ją i wraz z nią wszystkie mieszkaniu klasztoru. Dwaj mnisi usiłują wydać go władzom, a potem nawrócić; więc dusi jednego z nich i, zacierając ręce z uciechy, do niewolnika swego, Itamora, który jest zbójcą z rzemiosła i zamiłowania, przemawia żartobliwie nastepującemi słowy: Zrób pętlę, zaciągnij mocno: doskonale udusiłeś! Oto robota co się zowie wybornie wykonana. Najdrobniejszy ślad nie pozostał. A teraz, ustawmy go pod ścianą, z kijem w ręku. Doskonale! Wygląda tak jakby przychodził po kweście i prosił o kawał słoniny. O, mistrz z ciebie dzielny i biegły w sztuce!" Drugi mnich nadchodzi a Barabasz i Itamor wnet oskarżają go o zamordowanie tamtego. "Czy być wożę! Mnich zabił mnicha! Litości Boska! Itamorze, prowadźmy go zaraz do sądu! No, aż płakać mi się chce nad twoją biedą, mnichu! Nie myśmy to cię pojmali, ale prawo. My cię tylko prowadzimy!" Są tam oprócz tego dwa jeszcze otrucia, maszyna piekielna do wysadzenia w powietrze całej załogi tureckiej i spisek ułożony w celu uto-

pienia w studni tureckiego dowódzcy. Ale w tym spisku Barabasz sam jaż ginie i rzucony do wrzącego kotła (1) umiera, wyjąc, bez skruchy, zatwardziały w grzechach i tego tylko żałujący, że za mało zła zrządził na świecie. We wszystkiem tem przebija się okrucieństwo średniowieczne, któremu podobne i za czasów Marlowe'a utrzymywało się jeszcze pomiędzy towarzyszami Alipaszy, lub morskimi rozbójnikami na Archipelagu. Uwidocznia je nam pewien obraz z piętnastego wieku, na którym król wraz ze swym dworem spokojnie przygląda się odzieraniu żywcem człowieka ze skóry, a kat w postawie klęczącej dokonywa tej roboty powoli, cierpliwie, z pilną uwagą na to, aby skóry nie popsuć (2).

Możnaby zrobić zarzut, że takie rzeczy są nienaturalne, że w utworach tych ludzie ze zbyteczną łatwością i szybkością dokonywają morderstw. Lecz właśnie ta łatwość i szybkość stanowią rys prawdziwy, bo cechą ludzi ówczesnych, a zatem i postaci przez Marlowe'a przedstawianych, musi być nagły wybuch czynu. Ludzie ci to dzieci, dzieci potężne. Na podobieństwo konia, który, zamiast rozprawiać, uderza kopytem, puszczają oni w ruch noże, zamiast języków. Myśmy już dziś zapomnieli nawet jak wygląda natura w człowieku, a natomiast pełni jesteśmy łagodnych usposobień, przekazanych nam przez wiek osiemnasty. Patrząc na naturę uczłowieczoną przez dwieście lat uprawy, wyobrażamy sobie, że spokój którego w czasie tym nabyła, jest wrodzoną jej powściągliwością. Rzeczywiście, dzieje się z tem wcale inaczej. Samą istotą człowieka, którego natury nie dotknęła uprawa, są popędy nieprzezwyciężalne, ślepe chuci, żądze i uniesienia gniewne. Człowiek taki, spostrzegłszy kobietę (3) która wydaje się mu piękną, w jednej chwili uczuwa ściśnięcie gardła, gorąco w kości pacierzowej, i biegnie za nią; jeżeli w gonitwie tej ktokolwiek stanie mu na przeszkodzie, zabija go, leci dalej, porywa łup, nasyca się nim i zapomina o wszystkiem, z wyjątkiem kałuży krwi, która niekiedy powraca mu do wyobraźni i umysł zasępia. U człowieka takiego postanowienie nagłe i ostateczne powstaje jednocześnie z żądzą, — a czyn dokonywany bywa w tej samej chwili, w której nasuwa się myśli; tego wielkiego przedziału, który jest w nas pomiędzy myślą o czynie a czynem samym, w człowieku takim niema wcale (4).


(1) [273]

(2) [274]

(3) Obacz Uwodzenie Ithamora przez Bellamirę. Obraz żywy i pełen przedziwnej prawdy.

(4) [275]

barabasz bez namysłu i bez walki dokonywa morderstw, gdy tylko myśl o nich zjawia się w jego głowie, i dlatego dokonywać ich może całe dziesiątki. Córka opuszcza go: natychmiast staje się ojcem wynaturzonym, truje własne dziecko. Powiernik zdradza go: natychmiast przebiera się i truje go także. U ludzi tych wściekłość jest spazmem, który gdy ich napadnie, zabijać muszą. Cellini opowiada, że pewnego razu, doznawszy obelgi, chciał gniew swój poskromić, lecz uczucie to tak zdusiło go za gardło, że, aby od tej męczarni nie skonać, musiał ze sztyletem rzucić się na wroga. To też i w dramacie, jak, naprzykład, w tym, który nosi tytuł Edward II, król i szlachta o byle co porywają się do miecha, a cokolwiek dzieje się i staje, bywa zawsze nieprzewidzianem i doprowadzanem do ostateczności. Rozmowa toczy się spokojnie; wtem, od kilku słów wypowiedzianych lub usłyszanych, uczucia wzbierają i rzucają człowieka na krańce nienawiści czy miłości. Edward, po pewnym czasie rozłączenia ujrzawszy znowu ulubieńca swego Gavestona, rzuca mu pod stopy całe swe mienie i wszystkie dostojeństwa państwowe, robi go kanclerzem, sam oddaje się mu z ciałem i duszą. Ten sam Edward, rozgniewany na biskupa z Coventry, za usłyszaną od niego groźbę, wybucha krzykiem: "Zrzućcie mu z głowy złotą mitrę, podrzyjcie na nim stulę, sprawcie mu w rynsztoku chrzest powtórny!" A gdy królowa błagalnie wstawia się za biskupem, odpowiada: "Piecz, klempo francuzka! nie chcę twoich umizgów! Nie rozmawiaj z nią, Gavestonie! Niech przepada i zdycha!" Wściekłość spotyka się tu ze wściekłością, nienawiść uderza o nienawiść, wydając dźwięki i chrzęsty walk orężnych. Książę Lankasterski w obecności króla dobywa miecza, aby zabić Gavestona, któremu cios zadaje Mortimer. Podniesione ich głosy stają się podobnemi do łoskotu piorunów, gdy oświadczają królowi, że nigdy nie przystaną na to, aby ten pies pozbawiał ich łaski królewskiej i należnych im zaszczytów. "Każdy z nas chętnie zabiłby swego konia, aby tylko módz ujrzeć ścierwo jego wyciągnięte na brzeg z topieli. Za uszy wciągniemy go na rusztowanie. " Nakoniec, pochwyciwszy Gavestona, chcą powiesić go na gałęzi drzewa i nie pozwalają ma ani jednej minuty rozmawiać z królem. Długo głusi na wszelkie błagania, zgadzają się nareszcie na tę rozmowę, lecz żądza zemsty dopomina się w nich nasycenia natychmiast, z gwałtownością tak wielką, że wnet żałują udzielonej zwłoki i jeden z pomiędzy nich, War-


Wyclef, w obecności biskupa londyńskiego miał w kościele Ś-go Pawła kazanie, z którego wywiązała się dysputa. Książę Lankasterski, protektor Wyclefa, zagrozi biskupowi, że "każe go za. włosy wyciągnąć z kościoła, " a nazajutrz tłum rozlewanego ludu zrabował pałac księcia. "Pictorial history" I, 780.

wiek, znowu chwyta przemocą Gavestona i ścina mu głowę, na dnie jakiegoś rowu. Są to jeszcze ludzie prawdziwie średniowieczni. Panuje w nich złość, zaciętość i pycha wielkich, silnych, dobrze żywionych dogów. I ta-to właśnie porywczość i nieubłaganość namiętności pierwotnych, wywołując wojnę Dwóch Róż, sprawiła, że przez lat trzydzieści szlachta angielska przedstawiała widok nieustannego pochodu ludzi, którzy z mieczami w rękach zmierzają ku rusztowaniom.

A cóż się znajduje u kresu wszystkich tych szalejących głodów i nasyceń? Nic, zgolą nic, oprócz przygniatającego uczucia fatalności i nieuniknionej zagłady, będącej końcem wszechrzeczy. Mortimer, idąc na rusztowanie, z uśmiechem na ustach przemawia: "Na drodze Fortuny znajduje się punkt pewien, którego Judzie dościgają po to tylko, aby do góry nogami z niego się stoczyć. Co do mnie, dościgną. Jem już tego punktu. A skoro niema już takiego szczebla, po którym mógłbym wspiąć się jeszcze wyżej, nie zasmuca mie mój upadek. Żegnaj, szlachetna królowo! Nie opłakuj Mortimera, który gardzi tyra światem i jak podróżnik puszcza się na odkrycie krain nieznanych. " Jeżeli uważnie zastanowimy się nad temi wspaniałemi słowami, usłyszymy w nich krzyk, pochodzący z samego serca, a także wyznanie poufne Marlowe'a, które przypomina podobneż wyznania dawnych królów morskich i późniejszego Byrona, Duch pogaństwa, taki, jakim bywa w krajach północnych, mieści się cały w tem westchnieniu bobaterskiem i posępnem; bo ludzie północni w ten tylko sposób są zdolni zapatrywać się na świat, dopóki nie poddadzą się pojęciom chrześcijańskim, lub gdy się już z niemi rozstaną. W czyjem zaś wyobrażeniu życie jest tylko walką namiętności wyuzdanych, a śmierć snem martwym, może w dodatku ponuremi marzeniami nawiedzanym, ten, za jedyne dobro poczytywać musi przelotne rozkosze i tryumfy, któremi nasyca się chciwie dziś, z oczyma zamkniętemi na jutrzejszą zgubę. I taką właśnie jest przewodnia myśl Fausta, najpotężniejszego dramatu Marlowe'a, myśl, którą można zaniknąć w słowach: "zadawalniaj żądze swe kosztem wszelkim i nie dbaj o następstwa!" Faust mniema, że "biegły czarnoksiężnik posiada wszechmoc, równą wszechmocy Boskiej, " i mniemanie to samo jedno już wzbija go w szaloną pychę. Pragnie mieć na usługi swe duchy, które posyłać będzie do Indyi po złoto, a "na dno oceanu po mnóstwo pereł wschodnich, " które odsłonią przed nim tajemnice królewskie, kraj niemiecki otoczą ścianą mosiężną, Ren zwrócą w nowe koryto i rozkażą mu płynąc dokoła Wittenbergi — "duchy, które, straż przy nim trzymając, iść będą przed nim pod postacią lwów, albo olbrzymów Laponii, albo jeszcze niewiast i dziewic, o czołach wspaniałych i wznoszących się nad większemi jeszcze skarbami wdzięków, niż te, któremi jaśnieje białe łono bogini Miłości. " Niema pożądań tak nadzwyczajnych,

rojeń tak olbrzymich i lubieżnych, któreby nie miotały tym wrzącym mózgiem. Są to pożądania i rojenia, godne rzymskich Cezarów, lub wschodnich poetów, a siła ich jest tak wielką, że Faust dlatego, aby módz je zadowolnię, aby przez lat dwadzieścia cztery wszechpotęgę dzierżyć, bez wahania i namowy, sam przez się odraza szatanowi darowuje swą duszę. "Gdybym posiadał tyle dusz, ile gwiazd jest na niebie, oddałbym je wszystkie wzamian za prawo zabrania sobie na własność tego jednego Mefistofelesa. Mam prawo rozporządzić duszą swoją, bo do mnie ona należy, a ponieważ muszę już być potępionym i zbawionym być nie mogę, na co mi się zda myśleć o Bogu i niebie?" Tak postanowiwszy, puszcza sobie wodze, pragnie mieć wszystko i wiedzieć wszystko; pragnie mieć taką księgę, w którejby mógł oglądać wszystkie drzewa i rośliny, jakie tylko rosną na świecie; i taką, któraby mu ukazała wszystkie planety i konstellacye niebieskie; taką, z której pomocą, mógłby dostawać złota i najpiękniejszych kobiet, ile tylko zechce; i taką jeszcze, któraby dostarczyła mu łudzi zbrojnych, a rozkazom jego posłusznych i obdarzyła go mocą wywoływania burz i gromów. Jak dziecko do każdej błyskotki chciwie wyciąga ramiona, potem na myśl o piekle rozpacza, a potem znowa pociesza się widokiem przepychów. "O, jakże ukojonym jest głód mej duszy! — Nieprawdaż? Wiedzże i o tem, Fauście, że piekło jest pełne różnych rozkoszy. — O, gdybym mógł pójść, ujrzeć piekło i na ziemię wrócić, jakże byłbym szczęśliwym!" Niewidzialny, podróżuje po całym świecie i w Rzymie przypatruje się ceremoniałom, panującym na dworze papiezkim. Przypomina studenta na wakacyach: taki ma wzrok nienasycony, tak zdolny jest do zapomnienia o wszystkiem na widok malowniczej zabawy ludowej, do czerpania uciechy z głupstw najrozmaitszych. Zdolny też jest do policzkowania papieża, do bicia mnichów, do ukazywania panującym sztuk czarnoksięzkich, do upijania się nakoniec, obżerania i wszelkich innych szaleństw i hulanek. Raz, w uniesieniu, staje się ateuszem, zaprzecza istnienia piekła, utrzymuje, że jest ono "wymysłem babskim. " Innym razem nagle zjawia się mu w głowie posępna myśl o piekle. "Porzucę już to czarnoksięztwo, oddam się żalowi za grzechy! — Ale nie, mam serce zbyt zatwardziałe, aby skrucha do niego zawitać mogła. — Gdy tylko wspomnę o zbawieniu, wierze w Boga i niebie, natychmiast w uszach rozlegają mi się straszliwe słowa: — Zgubiony jesteś, Fauście! — Potem widzę miecze, trucizny, strzelby, powrozy, ostrza zatrute, które wszystkie włażą mi w ręce, abym raz już położył kres samemu sobie. — I dawno już byłbym się zabił, gdyby rozkosze niewymowne nad rozpaczą najgłębszą zwycięztw nie odnosiły. — Bo czyliż na me wezwanie Homer nie przybył, aby przede mną opiewać miki Parysa i śmierć Enony? — I czyliż pieśniarz, który wzniósł mu-

ry tebańskie, — nie wtórzył zachwycającemi dźwiękami harfy swej melodyjnej, — śpiewowi Mefistofela mego? — Pocóż mi więc umierać, albo tchórzliwie rozpaczać? — Stało się! Faust nigdy żałować za grzechy nie będzie! — Pójdź, Mefistofelu, podysputujmy z sobą trochę, porozmawiajmy o niebiańsko miłej astrologii! — Powiedz mi, ile jeszcze sklepień niebieskich wznosi się nad księżycem? — Czy wszystkie ciała niebieskie tworzą jedną kulę, jak to się dzieje z materyą środkowego ich punktu, którym jest ziemia? — Nie; daj mi raczej cokolwiek dla nasycenia głodu mego serca. — Daj mi kochankę, tę rozkoszną Helenę, którą niedawno widziałem, — aby słodkie jej pieszczoty oddaliły ode mnie bez śladu myśli te, od których waham się w swem postanowieniu. — Boska Heleno, pocałunkiem swym uczyń mię nieśmiertelnym. — Usta jej wysysają ze mnie duszę; dusza moja ulatuje. — Pójdź, Heleno, pójdź, oddaj mi duszę, — niebo jest na ustach twoich, mieszkać w niem pragnę. — Błotem jest wszystko, co nie jest Heleną! — O, Boże, chciałbym zapłakać, lecz szatan łzy me powstrzymuje! — Niechże zamiast łez krew ze mnie upływa, tak, razem z życiem i z duszą! — O, szatan ubezwładnia mi język! — Chciałbym wznieść ręce ku Tobie, lecz, patrz, oni je przytrzymują, Lucyfer i Mefistofeles je przytrzymają!... — Już tylko godzina, jedna mała godzinka życia mi pozostaje... — Zegar wnet uderzy, szatan przyjdzie, Faust będzie zgubiony... — O, pragnę uczynić taki skok, aby dopaść nim Boga! — Ale któż to w tył mię pociąga? — Patrz, patrz, tam wysoko, krew Chrystusowa strumieniami rozlewa się po ciebie! — Jedna jej kropla zbawić-by mogła duszę moją... — gdybyż choć pół kropli... — O, Chryste! — O, nie drap mi tak mocno serca, szatanie, za to, żem wymówił imię Chrystusa! — Otóż będę, otóż będę je wymawiał! — Pół godziny już minęło, zaraz przeminie cala godzina... — O, Boże, spraw, aby Faust tysiąc lat, sto tysięcy lat w piekle przebywał, lecz, aby nakoniec został zbawionym!... — Otoż i uderza godzina, uderza godzina!... — Ach, czemuż dusza moja zmienić się nie może w drobne krople wody, wpaść do oceanu i przepaść w nim na zawsze!"

Takim jest Faust Marlowe'a. To nie symbol filozoficzny, taki, jaki utworzył Goethe, lecz człowiek prawdziwy, osobnikowy, żyjący, działający, człowiek szczery i pierwotny, popędliwy i zapalny, niewolnikiem swych uniesień, igraszką swych rojeń będący, człowiek, który, cały teraźniejszością tylko pochłonięty, z chuci, ze sprzeciwieństw i z szaleństw złożony, z krzykami rozkoszy i męczarni, w dreszczach i w konwulsyach stacza się po skłonach i ostrych głazach przepaści. Jak roślina w zawiązku, tak cala literatura dramatyczna angielska znajduje się już w tym dramacie, a Marlowe względem Szekspira zajmuje stanowisko takie, jakie w malarstwie zajął Perugino względem Rafaela.

V.

Literatura ta wykształca się stopniowo i nieznacznie, aż u końca stulecia przybiera postać zupełną i ostateczną. Jednocześnie lub w szybkiej po sobie kolei zjawia się mnóstwo twórców takich, jak: Szekspir, Beaumont, Fletcber, Jonson, Webster, Massinger, Ford, Middleton, Heywood — pokolenie nowe, błogosławione, pod którego ręką grunt użyźniony przez poprzedników okrywa się bujnem kwieciem. Oni-to dają początek scenom dramatu dobrze rozwiniętym i wzajem ze sobą spojonym, postaciom wysubtelnionym i nieporuszającym się już, jak dawniej, sztywno jak kloce, — takiemu, słowem, dramatowi, który niejest już podobnym do wykutego z jednej bryły posągu, bo zamiast samych tylko ludzi, umiejących jedynie bić i zabijać, ma jeszcze rozwijającą się wciąż sytuacyę dramatyczną i dobrze przeprowadzoną intrygę. Oni-to pierwsi odkrywają sztukę przygotowywania widzów do uczuć, których doznać i do wypadków, które ujrzeć mają; oni pierwsi zaczynają przebierać pomiędzy wywoływanemi wrażeniami i układać je w zgodną całość. Oni też wytwarzają teatr najdoskonalszy, prawdziwego życia jaknajpełniejszy, a zarazem najosobliwszy ze wszystkich, jakie kiedykolwiek na świecie istniały.

Przypatrzmy się sposobowi, w jaki dramaty te powstają, pierwszemu momentowi ich powstawania, czyli samemu ich poczynaniu się w umyśle twórców. Co w umyśle tym dzieje się podówczas? Jakie zjawiają się w nim pojęcia i w jaki sposób się zjawiają? Przedewszystkiem zachodzi tu widzenie rzeczy, jakiemikolwiek są i zupełnie takiemi, jakiemi są, czyli — obecność w duchu twórcy pewnego wypadku lub zajścia, wraz ze wszystkiemi jego szczegółami i działającemi osobami, bez względu na to, czy są one piękne czy brzydkie i choćby nawet płaskie i śmieszne. Jeżeli ma to być, naprzykład, posiedzenie sądowe, przed umysłem twórcy zjawia się sędzia, wraz ze swą pucołowatą twarzą i siedzącemi na niej brodawkami; tam oskarżyciel w okularach i z workiem pełnym dokumentów sądowych; owdzie, naprzeciw sędziego, oskarżony, w postawie skurczonej i pokornej; dokoła przyjaciele każdej z tych osób głównych, czasem szewcy, a czasem wielcy panowie; na planie ostatnim, ruchliwy i szemrzący tłum, z całą, zwykłą mu mieszaniną fizyonomii zabawnych, oczu rozpłomienionych lub przestraszonych (1). Słowem, to, co staje przed wyobraźnią twórcy, jest posiedzeniem sądowem prawdziwem


(1) [276]

i takiem, jakiem twórca widywał je nieraz w rzeczywistości, gdy sam w charakterze strony lub świadka udział w nieb biorąc, krzykliwy lub piskliwy głos swój łączył z głosami innych; posiedzeniem sądowem któremu nie brakuje ani terminologii pełnej kruczków i zasadzek, ani różnych pro i contra, ani zwojów papierów zabazgranych, ani rozjątrzonych głosów adwokackich, ani panującego w tłumie tupotu, ścisku, zaduchu i wszelkich szczegółów innych. Jednocześnie ze zjawieniem się w umyśle twórcy zajścia lub wypadku zbiegają się mu też do umysłu miryady okoliczności, które, zajściu czy wypadkowi towarzysząc, nadają ran barwę i wycieniowanie; a są to okoliczności, bynajmniej nie zewnętrzne tylko, czyli należące do zjawisk dotykalnych i widzialnych, jak barwy i ubiory, lecz, owszem, przeważnie wewnętrzne, wyrażające gniew lub radość, tajemne burze uczuć, przypływy i odpływy myśli i namiętności, za sprawą których twarze okrywają się zmarszczkami, żyły nabrzmiewają, zgrzytają zęby, zaciskają się pięści, ciała rzucają się naprzód lub nieruchomieją. Przed wzrokiem twórcy, nie słabnąc i nie zatrzymując się ani na chwilę, przepływają wszystkie szczegóły i wszystkie zmienne migotania istoty człowieczej, widzianej w wyodrębnieniu i odrazu ze strony zewnętrznej i wewnętrznej, — które-to strony wyjaśniają się nawzajem i jedna na drugą zachodzą. A czemże jest to widzenie twórcy, jeżeli nie spółczuciem, które, stawiąc twórcę w położeniu innych ludzi i przenosząc w niego doznawane przez nich uczucia, czyni z istoty jego mały światek, nadający się do naśladowania i odtwarzania jakby w pomniejszeniu świat wielki? Twórcy, razem z postaciami, które stają przed ich wyobraźnią, poruszają się, podnoszą głosy, uczestniczą w działania, a takiego stanu wewnętrznego uzewnętrznić nie mogą za pomocą samych tylko rozpraw lub opowiadań: nieodbicie, przyoblec go muszą w formę sceniczną. Podobni w tem do pierwszych wynalazców mowy ludzkiej, odgrywają oni swoję myśli wyrażają je ruchami ciała i twarzy. Prawdziwą mową ich jest naśladownictwo sceniczne, uosobianie myśli, nadawanie im postaci istot żyjących. Wszelki inny wyraz, jak, naprzykład, śpiewny liryzm Eschylosa, refleksyjny symbolizm Goethego, szerokie krasomówstwo Racine'a, jest dla nich niedostępny. Pomimowoli, bez namysłu, sami przez się, dzielą oni życie na sceny i przenoszą je kawałkami na deski teatralne. Jest to prawdziwe tak dalece, że często postać występująca na scenę przedzierzga się w aktora i odgrywa dramat w dramacie (1). Zdolność sceniczna wydaje się samą istotą ich ducha. Pod wpływem tego instynktu wszystkie szcze-


(1) [277]

góły i dodatki występują i rozwijają się przed ich oczyma w świetle lamp teatralnych. Chcąc, naprzykład, przedstawić bitwę, nie opowiadają jej, lecz ją stawią przed oczyma publiczności, ze wszystkiemi iei trąbami i bębnami, cisnącemi się tłumami i monlującemi się wzajem wojownikami. Jeżeli idzie o zatopienie się okrętu, natychmiast przed wzrok widzów sprowadzają okręt, z towarzyszącemi mu klątwami majtków i pełnemi rzemiosłowych wyrażeń rozkazami sternika. Żaden z działów życia niejest dla nich zbyt wysokim, ani zbyt nizkim (1); wrzawa karczemna, gadaniny kuchenne, targi zachodzące w sferze prostytucyi, mają dla nich takież samo znaczenie, jak narady ministrów, przepychy dworskie i najczulsze objawy miłości rodzinnej. Wszystko to jest w życiu, więc powinno znaleźć się i na scenie, a znaleźć się tam w całej swojej pełni i prawdzie, — choćby w grubijańskiej, okrutnej lub śmiesznej swej prawdzie, byleby tylko takiej, jaka jest w rzeczywistości. Ani w Grecyi, ani we Włoszech, ani w Hiszpanii, ani we Francyi nie było nigdy sztuki, któraby z równą tej śmiałością usiłowała przedstawić duszę ludzką i najdalsze jej głębie, — rzeczywistość i wszystko, cokolwiek się w niej zawiera.

Z jakiem-że powodzeniem ludzie ci pracowali i czem właściwie jest ta sztuka nowa, którą, z podeptaniem wszelkich zwyczajnych prawideł, stworzyli? Bo, pochodzenie swe czerpiąc od natury, jest to jednak sztuka, a ponieważ szerzej ogarnia rzeczy, głębiej w nie wnika, niż czyniła to jakakolwiek inna przed nią — jest to więc sztuka wielka. Liczne podobieństwa zachodzą pomiędzy nią a tą, którą wytworzyli Rembrandt i Rubens; zarówno też jak u Renibrandta i Rubensa pochodzenie jej jest germańskie, a wszystkie sposoby, któremi się posługuje, stanowią sprzeciwieństwo zupełne ze sztuką klassyczną. Grecy i ludy łacińskie poszukiwały we wszystkiem dwóch wyłącznie rzeczy: ładu i ozdobności. Do jakiegokolwiek działu sztuki należały tworzone przez nich dzieła, czy były niemi świątynie, posągi, malowidła, czy utwory sceniczne, krasomówcze i poetyckie, zawsze, od Sofoklesa do Racine'a, odlewali je według jednego wzoru, wytwarzając piękno sposobem jednostajnym. Z niezmiernej plątaniny i złożoności zjawisk wydobywali niewielką liczbę pojęć prostych, umieszczali je w niewielkiej liczbie form prostych, tak, że olbrzymią i powikłaną gąszcz życia dzieła ich przedstawiają w postaci zmniejszonej, uporządkowanej i którą umysł jednem spojrzeniem ogarnąć może. Czworoboczny budynek z szeregami kolumn zupełnie do siebie podobnych; symetryczna grupa ciał nagich, lub lekką draperyą osłoniętych;


(1) [278]

komita.

młodzieniec, który w postawie stojącej, wznosi do góry ramię; ranny wojownik, który nie chce powracać do obozu i którego inni błagają, aby powrócił: oto wszystko, czem w porze najbujniejszego rozkwitu wyraża się architektura, malarstwo, rzeźba i dramatyczna poezya klassyczna. W poezyi, panuje tu kilka uczuć bynajmniej nie zawildanych, ani wyszukanych, Jęcz naturalnych, owszem, prostych i wszystkim dostępnych; krasomówstwo opiera się na rozumowaniu, które posługuje się ilością słów ograniczoną, a rozwija się jednym nieprzerwanym ciągiem, oraz na wyprowadzaniu pojęć najwznioślejszych z dostępnych zmysłom ich pierwiastków. Odczuwać tę poezyę, rozumieć to krasomówstwo mogą nawet dzieci, i to jest właśnie przyczyną, dla której otrzymały one nazwę klassycznych. Francuzi, ostatni posiadacze sztuki, której cechą jest prostota, nie nadwerężyli tego wielkiego spadku, otrzymanego po świecie starożytnym, Jeżeli poetycki geniusz ich był mniejszy, to przynajmniej skład umysłu pozostał takim samym. Racine wprowadza do dramatu akcyę jedyną, części jej starannie ustosunkowuje i przebieg prowadzi wedle oznaczonego z góry porządku; niema u niego żadnych przypadków, niespodzianek, dodatków i sprzeciwieństw, żadnej też akcyi ubocznej i drugorzędnej. Obok trzymanych w cieniu ról podrzędnych cztery, pięć, jaknajmniejsza, słowem, liczba osób głównych; inne, sprowadzone do znaczenia powierników, skalę głosu zastosowują do tej, z której korzystają ich panowie i po to tylko są na scenie, aby tym panom swoim dawać odpowiedzi. Wszystkie sceny dramatu są ściśle z sobą powiązane i nieznacznie wypływają jedna z drugiej, a każda z osobna, tak jak całość utworu, prowadzoną jest według odpowiedniego sobie porządku i sposobu posuwania się naprzód. Tym sposobem tragedya wśród przestworzy ludzkiego żywota uwydatnia się w zarysach symetrycznych i wyraźnych, tak, jak na tle promienistego błękitu nieba zarysowują się prawidłowe linie samotnej i pięknej świątyni.

Tu, w Anglii, dzieje się zupełnie naodwrót. Ani śladu tego wszystkiego, co zwykliśmy nazywać proporcyą i ładem. Nikt tu nie dba o nie i potrzeby ich nie uczuwa. Żadnego też logicznego ciągu rzeczy; wyobraźnia robi w przestrzeni i czasie pięciusetmilowe skoki; po dwadzieścia scen mieści się w jednym akcie, a widzowie, bez przygotowania najmniejszego, dostają się ze sceny w scenę, z tragedyi w grube żarty. Najczęściej też zdaje się jakby akcya wcale się nie posuwała naprzód, tak dalece postacie udział w niej biorące gawędzą, marzą i o nastrojach swych prawią bez końca. W chwili, gdy jesteśmy najbardziej wzruszeni i ciekawi ostatecznego rozwiązania, wchodzą na scenę lokaje lub kochankowie i zaczynają kłócić się albo układać sonety. Nawet rozmowy i przemowy, które, powinny nadewszystko chyba płynąć potokiem nieprzerwanym i porywającym, nieruchomieją czasem

iak stojące wody, albo jak jej rozproszone bryzgi zbaczają od przedmiotu i daleko od niego błądzą. Z pozoru, zdaje się, że stoimy na miejscu, że wypowiadane okresy nie posuwają akcyi ani o jeden krok dalej. Nie słyszymy przemówień gruntownie obmyślanych, ani rozpraw silących się na udowodnienie rzeczy i na dodanie nowego argumentu, lub zarzutu, do argumentów i zarzutów poprzedzających. Sprawiano takie wrażenie, jakgdyby osoby przedstawiane w dramacie umiały tylko okręcać się na jednem miejsca, powtarzać wciąż własne słowa i nawzajem obrzucać się obelgami. A taki sam nieporządek, co w scenach pojedyńczych, panuje i w całości dzieła. Jeden dramat zamyka w sobie całą historyę jakiegoś panowania, albo jakiejś wojny, albo jeszcze jakichś dziejów miłosnych; bywa też niekiedy wprost pociętą na sceny kroniką angielską, lub nowelą włoską. I na tem-to ogranicza się sztuka kompozycyjna twórców tych dramatów, którzy o jakość przedstawianych wypadków nie dbają wcale i gotowi są zawsze do przedstawiania wszelkich, jakiekolwiek się nastręczą. Nie posiadają też twórcy ci żadnego pojęcia o jedności akcyi i stopniowem jej rozwijaniu; wikłają lub luźnie spajają dwie lub trzy naraz akcye, a jedyne ich rozwiązanie i logiczne zakończenie upatrują w śmierci, którą też szafują na prawo i na lewo, częstokroć w najmniej oczekiwany sposób. Brak im logiki, swoiście naszej, łacińskiej logiki. Umysł ich nie zna tych dróg gładkich i w prostej linii wytkniętych, po których retoryka i krasomówstwo rozwijać się muszą; do tego samego celu co one dąży w sposób zupełnie inny i od umysłu naszego mniej jest uporządkowanym. W naturze jego spoczywa potrzeba ogarniania pojęć w ich zupełnej całości, a nie ma takiej, któraby rozkazywała wysnuwać je ciągiem nieprzerwanym i równym. Postępuje ton umysł naprzód, nie tak jak nasz, krokami jednostajnemi, lecz skokami gwałtownemi i ulegającemi częstym przerwom. Jedno pojęcie proste, wydobyte ze złożonego faktu, zadowolnię go nie może; pragnie on ujrzeć ten fakt złożony w całości zupełnej, chociażby z niezliczonemi jego właściwościami i odroślami niemającemi końca. W człowieku poszukuje, nie jakiejś namiętności wszystkim ludziom wspólnej, jak naprzykład: pychy, złości lub miłości, nie jakiegoś przymiotu wziętego samym w sobie, jak naprzykład: dobroci, skąpstwa, głupoty, lecz charakteru, to jest, tej cechy, niezmiernie skomplikowanej, którą wyyracowują w człowieku dziedziwuość, temperament, wychowanie, społeczeństwo, doba życia, rozmowy, nawyknienia, — cechy osobistej i niepodzielnej, której niepodobna znaleźć gdzieindziej, jak tylko u jednostki ludzkiej przez powyższe czynniki w nią zaopatrzonej. Umysł ten to nurek, lub górnik, który za każdem spojrzeniem spuszcza się w coraz dalsze głębie ludzkie, nie poprzestając na bohaterskiej roli przedstawianej w dramacie postaci,

lecz doszukując się w niej osobnika, posiadającego własne, osobnicze sposoby mówienia, chodzenia, picia, ucierania nosa, swoję własne klątwy, swój dźwięk głosu i swoją chudość lub otyłość (1). A gdy raz zanurzy się w głębie, nie dba już wcale czy uczyni to o dwa kroki, lub o sto kroków od miejsca poszukiwań uprzednich, byleby wszystkie poszukiwania roztaczały się na dnie jednem i wydobywały na jaw pokłady głębokie i ukryte. Logika, zamiast na wierzchu, jak gdzieindziej, znajduje się tu na spodzie: jedność charakteru stanowi łącznik dla dwóch akcyi, w które postać jest wprawioną, a jedność wrażenia spaja dwie jednostajnie wywierające je sceny. Naprawdę jest to tak, jakby ktoś przechadzał się wzdłuż ściany, zaopatrzonej tu i ówdzie w małe okienka i przez każde okienko spostrzegał na chwilę coraz-to nowy krajobraz, z mnóstwem składających go szczegółów. Jeżeli człowiek odbywający taką przechadzkę jest dzieckiem plemienia łacińskiego i w sposób temu plemieniu właściwy wychowanem, pierwszem wrażeniem jego będzie zawrót głowy, napełnionej chaosem skłóconych z sobą obrazów, a pierwszem żądaniem; karta geograficzna, na której-by się mógł rozpatrzeć. Lecz jeżeli to jest człowiek z plemienia germańskiego i po germańsku wychowany, natenczas, przez wrodzony dar skupiania, rozległa kraina, której ułamki tylko widział, etanie mu przed oczyma w zupełnej swej całości: a podobny sposób obejmowania rzeczy, wskutek mnóstwa nagromadzonych szczegółowi wskutek odsłaniających się głębin i odległości, jest już połowiczną wizyą, która całą duszę ludzką wprawia w stan wstrząśnienia. Z jaką zaś potęgą i lekceważeniem wszelkich przygotowań poprzedzających, z jakim gwałtem i zuchwalstwem prawdomówności, wizya ta kuje i wytłacza wizerunek ludzki, z jak niezmierną swobodą odtwarza całą szorstkość charakterów wypaczonych i całą sękowatość natur pierwotnych, najlepiej poznać to można z dzieł, które są jej wytworem.

VI.

Przypatrzmy się postaciom rozmaitym, które pośród dusz żyjących w czasie i miejscu owem, pośród rzeczywistości je otaczającej, wynajduje sztuka owa, umiejąca tak wiernie przedstawiać rzeczy wistom zdolna tak głęboko wnikać w żyjące dusze. Postacie te, odpowiedz do wymagań twórczości dramatycznej, rozpadają się na dwa działy: przejmujących trwogą i wzbudzających litość, — niewieścich, wdzięk


(1) [279]

pełnych, i męzkich, gwałtownością nacechowanych. W przeciwstawności tej zawierają się wszystkie różnice zachodzące pomiędzy usposobieniami płci męzkiej i niewieściej, wszystkie krańcowości, których dosięga życie, wszystkie, rozwijające się na deskach scenicznych, starcia. Ze wszystkich też, jakie były kiedykolwiek pomyślanemi, jest to kontrast najpełniejszy, najdoskonalszy.

Ażeby nabrać pojęcia o stopniu namiętności, do którego wzbiła się ta twórczość dramatyczna, trzeba samemu zaznajomić się z niektóremi jej dziełami, czytając je w całości. Siła i uniesienie co chwila wpadają tu we wściekłość i, jeżeli to być może, przekraczają nawet granice wściekłości. Dla tej siły i dla tych uniesień żadna męka, żaden wybuch nie wydają się zbytecznemi lub niedościgłemu Jest to panowanie morderstw, trucizn, okrucieństw, krzyków, wydawanych przez umysły obłąkane i namiętności rozszalałe. Gniew wpada tu w nieprzytomną zapamiętałość, duma w konwulsye, miłość w gorączkowe miotanie się i majaczenie. Hippolito po stracie kochanki doświadcza błogiej wizyi, w której ta kochanka ukazuje się mu w niebie, cała promienia (1). "Wysoko, u szczytu wież gwiaździstych, stoi z oczyma we mnie utkwionemi, patrząc, czy dochowuję jej wierności. " Arctus, pragnąc zemścić się na Walentynianie, zażywa truciznę, z kolei truje swą ofiarę, poczem, blizki już skonania, rozkazuje zanieść się do łożu wroga, aby widokiem przedśmiertnych swych męczarni dać mu przedsmak tych, których wnet on sam doznawać będzie. Królowa Brunhilda trzyma przy sobie stręczyciela kochanków, który czynność swą spełnia na scenie i do wzajemnego zamordowania się pobudza dwóch swoich synów. Śmierć zjawia się tu na każdym kroku, przy końcu każdego dramatu; wszystkie postacie główne wpadają wspólnie w kałużę krwi, a scena, pełna mordów i rzezi, staje się podobną do pola bitwy, albo cmentarza (2).

Mamże opowiedzieć niektóre z tych tragedyi? Oto Francesco, w celu pomszczenia uwiedzionej siostry, postanawia uwieść żonę uwodziciela, Sforzy, księżnę Marcellę. Pragnie ją posiadać, musi ją posiąść, i oświadcza jej to z krzykiem, w którym miłość miesza się ze wściekłością (3). "Z pomocą tych ramion moich przepłynę morze krwi, lub z kości ludzkich most zbuduję, ale niemi dosięgnę ciebie, ciebie, ukochana moja, najdroższa i najlepsza z kobiet!" Za tą kobietą widzi


(1) [280]

(2) [281]

(3) [282]

on księcia i pragnie dosięgnąć go przez nią, żyjącą czy umarłą, zapomocą hańby, albo morderstwa — wszystko mu to jedno, — lecz wolt nawet morderstwo, które godzi w człowieka silniej niż hańba. Więc spotwarza księżnę, a książę, ubóstwiający żonę, zabija ją, poczem, o niesprawiedliwości oskarżenia przekonany, szyleje z rozpaczy, nie chce wierzyć w to, że umarła, zwłoki jej, królewskiemi szatami ubrane, składa na paradnem łożu, przy którem, na klęczkach, wyje od płaczu. Wie już kto w błąd go wprowadził, i przy każdem wspomnieniu o tym zdradliwym człowieku wścieka się, albo mdleje. "Do samego piekła pójdę za nim i szukać go tam będę, a gdy znajdę, na zawsze uczepię się go jak furya, aby zadawać mu męczarnie. Tę ohydną rękę jego, to ramię, które kierowało przeklętem ostrzem, rozpalonem żelazem szarpać będę i rozdzierać na sztuki i żreć je będę, bom sęp, zdolny do żywienia się takiem tylko ścierwem. " Tu nagle traci dech w piersi i pada nieżywy. Jest to znowu dzieło Franceska,. którego trucizna skutek ten sprawiła. Książę umarł, a zabójcę wiodą na tortury.

Zdarzają się i gorsze jeszcze od tej historye. Aby dosięgnąć szczytu gwałtownych uczuć, autorowie ci gwałcą samą naturę ludzką. Massinger przedstawia ojca, który, w sędziego przedzierzgnięty, przebija sztyletem własną córkę. U Webstera i Forda syn zabija matkę. U Forda brat i siostra płoną ku sobie miłością kazirodczą (1). Ta miłość, jak starożytne plomię Pasifai lub Myrrhy, jest rodzajem szaleństwa, które ogarnia w sposób nieprzezwyciężony, do czarów podobny, opierający się wszelkim wysileniom woli. Giovanni woła: "Zgubiny jestem, zgubiony! Samo przeznaczenie skazuje mię na śmierci Im więcej walczę, tem więcej kocham; im więcej kocham, tem mniej mam nadziei i tem wyraźniej widzę zgubę swoją! Daremnie módła mi przebijałem niebo, daremnie płaczem wysuszałem źródło łez, a pastami wycieńczałem żyły. Wszystkom uczynił, co tylko rozum i wiedza doradzać mogły i, — o, biada! wiem teraz, że te rady są tylko rojeniem, bajaniem starców, którzy młodość na wodzy utrzymać próbują. Jakem był, takem pozostał, i muszę wyznać miłość moją, albo umrzeć!" A potem co za uniesienia! Co za rozkosze przenikające, ogromne, a zarazem pełne trwóg i boleści, dla niej szczególnie! Przymuszona, zaślubia innego i trzeba przeczytać, aby dobrze się z nią zapoznać, straszną cudną scenę, która przedstawia noc poślubną. Mąż, Soranzo, spostrzega jej brzemienność; wśród przekleństw włó-


(1) [283]

czyją po ziemi, żądając imienia kochanka. "Klempo nad klempami! doskonała, znakomita rozpustnico! Nie byłoż w Parmie innego oprócz mnie człowieka, któremu-by mogło przypaść w udziale obarczenie się bachurem, skrzeczącym w tym podłym brzuchu, w tym worze na bękarty? Trzebaż było, aby twoja zgnilizna, aby ciecz twojej rozpusty doszła ci aż pod gardło i trzebaż było, abyś mnie właśnie wybrała zpośród tysiąca na parawan dla swoich zalotów potajemnych, dla swoich figlów, spełnianych w małżeńskiej sypialni? W pyle utarzam to ciało, zgniłe już w zmysłowych rozkoszach! Kto on taki? Imię jego! albo ci ciało poszarpie na kawały. Kto on?" Ona odpowiada śmiechem. Zbytek obelgi i trwogi pobudza ją do buntu; lży go nawzajem i pośpiewuje. Wyborny to rys istoty kobiecej. Bez oporu znosi ciosy i włóczenie po ziemi, i jeszcze zachęca: "Dalej! dalej! jeszcze!" Jest to stan, w którym nerwy, do ostateczności wyprężone, nic już nie czują. Imienia kochanka wymówie nie chce i, w dodatku, wychwala go, jawnie ubóstwia wobec tego, którego nienawidzi. Ta szczerość ubóstwienia na szczycie niebezpieczeństwa, jest jakby róża z zapachem upajającym. "Nie godzien jesteś imienia tego wymówić, a dlatego tylko, aby je z innych ust usłyszeć, winieneś uklęknąć na oba kolana. " "Kto on? Ona śmieje się znowu i mówi "Powoli! powoli! Jeszcześmy tak daleko nie zaszli. Tymczasem niech ci wystarczy chluba, że dajesz ojcowstwo temu, kogo spłodził tak zacny ojciec. Jest to chłopak: dla pana uciecha ztąd wielka, bo dziedzicem będzie pańskiego imienia!" — "O, przeklęta nędznico!" — "Skoro przerywasz mi — nic już więcej niepowiem!" — " Mów, ale będą to ostatnie twoje słowa!" — "Dobrzej o, dobrze!" — Ostatni ten wykrzyk, z potoku ironii wybuchający, zawiera w sobie prawdę duszy rozpłomienionej, która, pragnąc śmierci, błaga kata o pośpiech. Nakoniec tajemnica wychodzi na jaw i jedyną ucieczką dla obojga kochanków staje się śmierć. Po raz ostatni spotykają się w pokoju Annabeli i przysłuchują się gwarowi uczty, który dochodzi z niższego piętra gmachu a brzmi, jakby rozpoczynał ich pogrzebową stypę. Giovanni, który w przystępie prawie nieprzytomnego szału umrzeć postanowił, na widok Annabeli, wystrojonej, pięknością olśniewającej, przypomina sobie wszystko, co zaszło, wpatruje się w kochankę i zaczyna płakać. "Łzy to są wylewane na pogrzebie, łzy padające na mogiłę twoją, o, Annabelo! Takiemi samemi łzami płakałem, gdym po raz pierwszy zrozumiał, że cię kocham, nie wiedząc jakiemi słowy o miłość wzajemną cię błagać. Daj mi swą rękę! Jakże błogo w tych żyłach liliowych płynie strumień życia! Jakąż zapowiedź trwałego zdrowia z rąk twych wyczytać można! Pocałuj mię! Przebacz mi! Żegnaj!" Z temi słowami zabija ją i, wyjąwszy z piersi jej serce, na ostrzu sztyletu wnosi je do sali biesiadnej i ukazuje mę-

żowi zabitej, z szyderstwem i obelgami na ustach. "Patrz! oto jest serce twej żony! Z królewską hojnością dokonywam zamiany serca tego na twoje. " Zabija go i, rzucając się na grożące mu miecze otaczających, sam ponosi śmierć dobrowolną. Zdaje się, że tragicznośc w dramacie dalej już zajść nie może.

Jednak zaszła dalej jeszcze; bo melodramaty te, melodramatami będąc, posiadały przymiot szczerości. Układali je, nie jak się to dzieje w czasach naszych, literaci kawiarniani dla spokojnych mieszczan, lecz ludzie namiętni i zajść tragicznych świadomi dla pokolenia pełnego uczuć gwałtownych, a mającego dusze smutne w ciałach potężnych. Żadne w świecie pokolenie Judzkie nie nurzało się w tylu okropnościach i niczem nieosłoniętych brudach jak to, które upłynęło od czasów Szekspira do czasów Miltona, Swifta i Hogartha: to też poeci, zbierając pośród pokolenia tego całe żniwo okropności i nagich brudów, wzajemnie je niem obdarzają. Ford pod tym względem ustępuje pierwszeństwa ponuremu Websterowi, którego wyobraźnia jakby nieustannie przemieszkuje na cmentarzach i w kostnicach. "Urzędy dworskie, — powiada on, — są podobne do łóżek szpitalnych, na których głowa jednego człowieka znajduje się u stóp innego, i tak dalej, coraz niżej (1). " Takiemi są wszystkie jego obrazy. W przedstawianiu ludzi zrozpaczonych, łotrów skończonych, zaciętych wrogów rodu ludzkiego (2), w czernieniu i lżeniu życia, nadewszystko zaś w malowaniu bezwstydnego zepsucia i wysubtelnionej dzikości obyczajów włoskich, nikt dorównać mu nie zdoła (3), Księżniczka Malfi potajemnie zaślubia rządzcę dóbr swoich, Antonia; brat jej dowiaduje się, że z tego związku są już i dzieci; prawie oszalały z gniewu i upokorzonej pychy, milcząc, bada, śledzi kto jest ojcem tych dzieci. Nagle przybywa do siostry, chce ją zabić, ale w taki sposób aby zakosztowała całej goryczy umierania. Musi cierpieć wiele, musi nadewszystko umierać powoli. Serce jej zranić trzeba, bo rany serdeczne srożej bolą od zadanych ciału. Więc brat księżniczki wysyła morderców przeciw Antoniowi, a sam tymczasem idzie do siostry, ułagodzony niby, z przyjaznemi słowy na ustach, zgodę z nią zawrzeć pragnący. Nagle, wśród ciemności, ukazuje jej lalki woskowe, okryte ranami, w których ona, rozpoznawszy postacie zamordowanych dzieci i męża, bez krzyku, bez słowa, pada na ziemię "jak nędzarz zwalony pośród drogi. " Odtąd na wszystkie prośby, na wszystkie


(1) [284]

(2) [285]

(3) [286]

pociechy księżniczka odpowiada tylko martwym, posągowym uśmiechem. "Bądźże mężną! ja uratować cię muszę od śmierci! — Nie mam czasu zajmować się taką drobnostką. — Jak mi cześć miła, lituję się nad tobą. — Więc głupio czynisz, trwoniąc w ten sposób swoją litość; bo co do mnie, to nie mogę litować się nad sobą. Serce mam przebite mnóstwem sztyletów. " Słowa te księżniczka wymawia zwolna, półgłosem, jak we śnie, lub jakgdyby mówiła o kim innym. Brat przysyła jej gromadę obłąkańców, którzy dokoła niej skaczą, wyją, bredzą tak ponuro i okropnie, że widok ten może odebrać rozum i dać przedsmak samego piekła. Ale ona milczy ciągle, patrzy tylko, z sercem umarłem i oczyma osłupiałemi. — "O czem myślisz? — O niczem; marząc, śpię. — Jakto! śpisz jak obłąkana! z oczyma otwartemi! — jak myślisz? czy na tamtym świecie ludzie spotykają się z sobą? — Tak; niezawodnie. — O, gdyby można było chociaż przez dni parę porozmawiać z tymi, którzy umarli, dowiedziałabym się o czemś, o czem najpewniej nie dowiem się nigdy na tej ziemi! Opowiem ci rzecz dziwną. Niejestem jeszcze obłąkaną; niebo wydaje mi się ze stopionej miedzi, a ziemia z płonącej siarki, ale nie jestem jeszcze obłąkaną. Przywykłam do rozpaczy, jak oćwiczony galernik do wiosła. " Członki jej, jak u człowieka branego na tortury, drgają jeszcze, ale czułość ich jest już wyczerpaną; ciało, ze zbytku cierpień, machinalnie tylko poruszać się może Nakoniec, grabarz i kaci przybywają; nabożeństwo żałobne odbywa się w jej oczach. Wówczas mówi: "Bądź zdrowa, Cariolo. Nie zapomnij synka mego napoić syropem, bo zakatarzony, a córeczce kaź przed spaniem odmówić pacierze... Teraz, czyńcie ze mną co chcecie. Jaką śmierć mam ponieść? — Przez uduszenie; a oto są kaci. — Przebaczam im; to samo uczynić-by mogły kaszel, katar, apopleksya... Wszak zwłoki moje oddasz służebnym moim? nieprawdaż? Ściskajcież, mocno ściskajcie szyję! Gdy pogrzebioną już będę, powiedzcie braciom moim, że spokojnie do stołu zasiąść mogą. " Po księżniczce przychodzi kolej na służącą, która wyrywa się i krzyczy. — "Nie chcę umierać! Ja nie powinnam umierać! Jestem zaręczoną pewnemu szlachcicowi! — Powróz będzie twoją obrączką ślubną. — Jeżeli zamordujecie mię, będę potępioną. Od dwóch już lat nie byłam u spowiedzi. — Dość tego. Prędzej! — Jestem brzemienną". Drapie i kąsa katów; pomimo to zostaje uduszoną, wspólnie z dwojgiem dzieci. Antonio pada ofiarą morderstwa; kardynał i kochanka jego, książę i jego powiernik giną od trucizny. pośród zaś rzezi tej uroczyste słowa umierających, nakształt trąb pogrzebowych, głoszą przekleństwo dla wszystkiego, co jest życiem. "O, jakże ponury jest ten świat! W jak głębokim cieniu, w jak ciemnej otchłani przebywa Ludzkość biedna i trwożna! — Na wzór dzieci, uganiających się za mydlanemi bańkami, ścigamy

wielkość. — A rozkosz -- czemże jest? Chwilą ulgi w chorobie, spoczynkiem, danym na to, aby starczyło nam sił do cierpień dalszych i większych. — Czy to w dumie, czy w skrytobójstwie, czy w rozkoszy znajdujemy zgubę naszą, zawsze, jak dyamenty, ścierają nas prochy z rozkruszonej własnej naszej istoty. " Od Eddy do Byrona nie podobna znaleźć słów potężniejszych i smutniejszych zarazem.Łatwo domyślić się, jak silnemi muszą być charaktery służące za podstawę tak straszliwych dramatów. Są też one zawsze gotowe do czynów najgwałtowniejszych i na postanowienia zdobywają się z taką samą szybkością, jak na zatapianie mieczy w ciałach ludzkich. Każdy moment scen rozwijających się przed nami ukazuje płomienne spójrzenia ich oczu, ruchy zsiniałych warg, drganie muskułów, wyprężanie się wszystkich władz ich istoty. Popędliwe ich pięści zaciskają się od nadmiaru żądz, a nagromadzona namiętność wybucha gromami, które niszczą i pustoszą wszystko, co istnieje dokoła nich i we własnych ich sercach. Jest to lud tragiczny, a któż nie zna bohaterów jego, takich jak Jago, Ryszard III, Lady Macbeth, Otello, Koryolan, Hotspur, — bohaterów genialnych, pełnych żądz i odwagi, po większej części oszalałych i zbrodniczych, a zawsze takich, że sami siebie wtrącają w otchłań zguby? W dziełach Szekspira powstaje ich nie więcej, niż w dziełach współczesnych mu poetów. Niechże mi wolno będzie ukazać tu jednego z nich jeszcze, i jeszcze u Webstera, który po Szekspirze posiadał największy dar przenikania do głębi natur szatańskich i rozkiełznanych. Imię bohaterki jego: The White Devil (Biały dyabeł).

Wiktorya Corambona bierze sobie na kochanka księcia Brachiano i od pierwszego z nim spotkania myśleć zaczyna o dokonaniu morderstw. Do brata, odgrywającego względem niej rolę stręczyciela kochanków, mówi: "Dla zabicia czasu opowiem Waszej Łaskawości sen, który miałam zeszłej nocy, czczy, ucieszny sen. " Jest to jednak sen wybornie wymyślony i opowiedziany, pełen jasnego zupełnie znaczenia, nauczający, w jaki sposób mąż bohaterki i żona księcia Brachiano mają być zgładzonymi ze świata. "O, śliczny szatanie!" — szepce brat; poczem, zaraz mąż Wiktoryi zaduszony, żona jej kochanka otruta, a sama Wiktorya, o popełnienie dwóch tych zbrodni oskarżona, staje przed sądem. Tu, jak żołnierz do muru przypierany, ustępuje tylko piędź po piędzi i pod groźbą szubienicy, pod nawałą dowodów i obelg, broni się, spiera, stawi czoło sędziom i oskarżycielom, bez bladości i pomieszania, z umysłem wciąż przytomnym i zawsze gotową odpowiedzią na ustach. Oskarżyciel zaczyna zrazu mówie po łacinie. — "O, nie! niech mówi językiem powszechnie znanym; w razie przeciwnym żadnych odpowiedzi dawać nie będę. " — "Musisz przecie rozumieć po łacinie. " — Rozumiem, lecz żądam, aby cale to

zgromadzenie rozumiało co się tu mówi. " Żąda jawnego, szczerego, publicznego pojedynku, i na taki wyzywa oskarżyciela. — "Oto jestem dla ciebie celem: strzelaj; powiem sama, czy trafiłeś!" Z gryzącą ironią lży go, wyśmiewa jego prawniczą gwarę. "Jurysta ten, panowie, połknąć musiał jakąś receptę lub formułę aptekarską i wykrztusza teraz z gardła ciężkie, niezrozumiałe słowa, jak to czynią sokoły z kamuszkami, które, w celach leczniczych, dajemy im niekiedy do przełknięcia. Po łacinie mówił wprzódy, a teraz używa w mowie swojej języka niższej Bretanii. " A gdy sędziowie złorzeczyć jej zaczynają, woła: "Do rzeczy! bez słów! i bez miłosierdzia także! Nie żądam waszej łaski! Dowiedzcie, że jestem winną, i odetnijcie mi głowę od tułowia, a rozstaniemy się z sobą jak dobrzy przyjaciele. Ale zawdzięczać życia twojej litości, panie, lub czyjejkolwiek bądź, nie chcę! Co się zaś tyczy wspaniałych przemów waszych, to groźbą dyabłów straszcie drobne dzieci, bom ja za stara już na płonne te postrachy. A nazwy rozpustnicy i mężobójczyni, któremiście mię obdarzyli, odrzucam wam, jak wiatr odrzuca plwocinę na twarz człowieka, który splunął przeciw wiatrowi!" Argumentami odpowiada na argumenty, zasłania się przed ciosami i nietylko się zasłania lecz sama próbuje ciosy zadawać. "Doprowadziliście mię już do nędzy, i w dodatku pragniecie mojej śmierci. Mam jeszcze domy, klejnoty i odrobinę pozostałych mi pieniędzy: może więc to właśnie skłania was do miłosierdzia. " Potem woła głosem przeszywającym: "Zaprawdę, jaśnie wielmożny panie, gdybyś z pistoletów do much strzelał, zabawa twoja byłaby szlachetniejszą!" Wyrok sądowy skazuje ją na zamknięcie w domu poprawy. "Dom poprawy! Co to takiego?" — "Jestto miejsce, w którem rozpustnice doprowadzane są do skruchy. " — "Jeżeli to panowie rzymscy założyli je dla żon swoich, chętnie w niem zamieszkam. " Jadowite słowa padają jej z ust jedno po drugiem jak grad, lub jak pchnięcia mieczów. Potem zaczyna kląć i krzyczeć, ale pokory, płaczu, spostrzedz w niej niepodobna ani na chwilę. Salę sądową opuszcza sztywna, cierpka i dumniejsza jeszcze niż była przedtem. "Dom poprawy! Nie, dla mnie miejsce to nie będzie domem poprawy. Sumienie moje uczyni je czystszem od papieskiego pałacu i spokojniejszem od twojego sumienia, kardynale, jakkolwiek jesteś kardynałem!" Zarówno jak sędziom, stawi czoło rozwścieczonemu i o niewierność oskarżającemu ją kochankowi, rzuca mu w twarz śmierć jego żony, zmusza, aby przebłagał ją i poślubił; odwagą monarchini i bezczelnością zalotnicy publicznej odgrywa komedyę w obec lufy skierowanego ku niej pistoletu; i wtedy nawet, gdy, schwytana w zastawione, sieci czuje przynięty do piersi swej sztylet, nie słabnie jeszcze i obelg rzucać nie przestaje. "Nie lękam się niczego; śmierć przyjmę tak, jak monar-

chowie przyjmują posłów wielkich mocarstw. Owszem, na spotkanie twojej zabójczej broni wyjdę do polowy drogi... Ale dokonywasz czynu, który prawdziwie godnym jest męża. Zarznij jeszcze jakie dziecko, ssące pierś matki: a będzie to już najznakomitszy z czynów twoich, który cię wsławi!

Ilekroć kobieta pozbędzie się znamion płci swej właściwych, prześciga zawsze czynami swemi mężczyznę i zdolną się staje znieść wszystko i ważyć się na wszystko.

VII.

Na wprost tej tragicznej gromady o rysach zeszpeconych, o czołach miedzianych i ruchach wojowniczych, stoi chór postaci słodkich i słabych, najtkliwszych, najpełniejszych wdzięku i najbardziej godnych kochania ze wszystkich, jakie wyobraźnia ludzka kiedykolwiek wyśnić mogła. Postacie te to u Szekspira: Miranda, Julietta, Desdemona, Wirginia, Ofelia, Kordelia, Imogena; lecz nie brak podobnych i poetom innym, a jak właściwością szczególną pokolenia owego jest to, że je powoływało do życia, tak ówczesna literatura dramatyczna odznacza się tem, że je przedstawić potrafiła. Szczególnym zbiegiem okoliczności mężczyźni posiadają tu więcej cech męzkich, a kobiety więcej cech niewieścich, niż w jakimkolwiek innym kraju albo czasie. Zarówno męzka jak niewieścia natura posuwają się tu do swych krańców ostatecznych; pierwsza dosięga zuchwalstwa, ducha przedsiębierczości, wojowniczości, szorstkości, pychy i oporu, druga — słodyczy, poświęcenia, cierpliwości, czułości bezgranicznej, czyli przymiotów, całkowicie, w krajach łacińskich, a zwłaszcza we Francyi, nieznanych (1). Tu kobieta oddaje się mężczyźnie bezpowrotnie i cały obowiązek swój, całą swą chwałę upatruje w posłuszeństwie, w przebaczaniu, w uwielbianiu, nie mając innego pragnienia i dążenia, nad coraz ściślejsze jednoczenie się z tym, którego dobrowolnie i raz na zawsze sobie wybrała (2). Ten właśnie instynkt, starodawny instynkt


(1) [287]

(2) [288]

germański, wydobywają na pełnię światła ci wielcy malarze instynktów. Penthea i Dorothea u Forda i Greene'a; Izabella i księżniczka Malfi u Webstera, Bianka, Ordelia, Aretuza, Julianna, Eufrazya, Amoreta i wiele innych u Beaumonta i Fletchera, — jest ich co najmniej ze dwadzieścia takich, które pośród najsroższych mąk i pokus nie przestają ani na chwilę uosabiać tej godnej podziwu mocy poświęcenia i zaparcia się siebie. W plemieniu tem dusze są pierwotne i zarazem pełne powagi, a niewinność myśli i wyobraźni kobiecych trwa do późniejszego niż gdzieindziej wieku. Tu później niż gdzieindziej kobiety tracą poczucie uszanowania, z większą trudnością oceniają wartość i charakter człowieka, mniej skwapliwie przystępują do rozpoznawania złych stron i ustanawiania moralnej miary swoich mężów. Dziś jeszcze znaleźć można w Anglii niejedną wielką panią, przyzwyczajoną do prowadzenia otwartego domu, a zdolną jeszcze po dziewczęcemu zarumienić się i zmieszać na widok człowieka nieznajomego, a wówczas ze spuszczenia błękitnych oczu i z różanego zabarwienia się policzków przegląda czystość dziecięca. Kobiety germańskie nie posiadają tej trzeźwości i śmiałości umysłowej, tej pewności siebie w całem postępowaniu, tego, słowem, przedwczesnego rozwoju władz rozmaitych, które u nas, we Francyi, w przeciągu półrocza młodą dziewczynę przerabiać mogą na intrygantkę i królową balów (1), Do posłuszeństwa, zarówno jak do ściśle tylko domowego życia, przyzwyczajają się bez trudności, a z większą uległością i z głębszem niż u kobiet innych plemion zamiłowaniem ścian domowych łączy się w nich większe skupienie ducha i pogłębienie życia wewnętrzego, silniejszy też popęd do szlachetnych marzeń o tem, co nosi miano obowiązku: do tych więc marzeń, które ogarniają człowieka wtedy tylko, gdy zmysły jego milkną. Kobiety te nie znają pokus, dobywających się na Południu z klimatu, z nieba, ze wszystkiego, co istnieje, a wydzielających z siebie tchnienia pełne rozkosznej słodyczy, tchnienia, w których wola topnieje, wszelkie wyrzeczenie się przybiera postać oszustwa na samym sobie dokonanego, wszelka cnota wygląda na próżną teoryę. Mogą one poprzestawać na wrażeniach codziennych, obchodzić się bez silnych bodźców do życia, cierpliwie znosić nudę i wśród jednostajności toru raz na zawsze wytkniętego zstępować w głębie własnych serc i sumień, aby napełniać je czcią dla idei, a wszystkie ich siły skierowywać ku ideałom. Tak wysoko zaś ceniąc sumienie i nieskazitelność, odrzucają od siebie zalotność, próżność


(1) [289]

wybiegi, mizdrzenie się i kłamstwo, a miłość pojmują jako uczucie szczere i głębokie. Miłość ta nie jest dla nich owocem zakazanym i przez to ponętnym, ale czemś, co pochłania im życie całe, a tak pojęta staje się w ich oczach prawie świętą. Widok takiej miłości nie budzi ochoty do żartów złośliwych lub tłustych, bo kochającej kobiecie idzie w niej, nie o szczęście własne, lecz tego, kogo ukochała, i nie o rozkosz zmysłową, lecz o możność bezgranicznego oddania się i poświęcenia. Eufrazya w następujący sposób opowiada dzieje swe Filasterowi (1):

"Zawołano mię, abym biegła do ciebie, i nigdy człowiek nagle wyniesiony z budy pastuszej aż ku tronowi, nie mógłby uczuć się tak bogatym, jak bogatą ja się wtedy uczułam. Złożyłeś pocałunek na ustach moich, na tych ustach, które nigdy już twoich nie dotkną. Mówiłeś do mnie, a głos twój brzmiał mi w uszach milej od śpiewu. Potem odszedłeś, a ja zstąpiłam do swego serca i badałam: co je tak wzrusza? aż odkryłam, niestety, że była to miłość. O, nie zmysłowa miłość, bo gdyby tylko wolno mi było żyć zawsze przy tobie, niczego więcej bym nie pragnęła!" To też, za pazia przebrana, poszła za nim i stała się jego sługą (2). Czyliż może być dla kobiety szczęście większe nad służenie na klęczkach człowiekowi ukochanemu? Gdy szorstko się z nią obchodził, groził jej śmiercią, zadawał rany, mówiła tylko: "Błogosławioną niech będzie ręka, która mię obraża!" Cokolwiekby uczynił, z serca tego, z tych ust pobladłych, wychodzić mogły tylko słowa czułości i ubóstwienia. Gdy popełnił zbrodnię, ona przyjęła ją na siebie, zaprzeczała jego zeznaniom, pragnęła ponieść śmierć w jego zastępstwie. Co dziwniejsze: gdy pokochał księżniczkę Aretuzę, pośredniczyła pomiędzy nim a tą, którą kochał, broniła rywalki od oskarżeń, doprowadziła do skutku małżeństwo jej z Filasterem i za całą nagrodę prosiła o pozwolenie służenia im obojgu (3).

Jakże osobliwsze wyobrażenia o miłości panuje w tym kraju! Dla czego przy jej zbliżaniu się samolubstwo, próżność, obraza, wszelkie uczucia liche, drobne lub nikczemne znikają bez śladu? Jakim sposobem dusza ludzka oddać się może tak całkowicie, bezpowrotnie, bezwarunkowo i niczego już nie pragnąć jak tylko unicestwienia się i zlania z ukochanym, jak z Bogiem? Bianca, mniemając, że Cesario utracił cały swój majątek, ofiaruje się go zaślubić, a wyprowadzona


(1) [290]

(2) [291]

(3) [292]

z błędu odchodzi natychmiast i bez skargi. "Przestań mię kochać! Modlić się będę, abyś dostał żonę cnotliwą i piękną, a od ciebie tego tylko żądani, abyś, gdy umrę, wspomniał o umie czasem i przebaczył mi moje zuchwalstwo. Pocałunek ten przyjmuję od ciebie jako dar złożony na grobie dziewicy. " Księżna Brachiano, zdradzona i w dodatku zelżona przez niewiernego męża, dla osłonięcia go przed zemstą swej rodziny, przyjmuje na siebie winę zerwania, a pozostawiwszy go z kochanicą, usuwa się i umiera, całując jego portret. Aretuza, zraniona przez Filastera, stawi opór ludziom, usiłującym powstrzymać mordercze jego ramię, oświadcza, że on nie uczynił jej nic złego, że ranę jej zadał kto inny; modli się za niego, kocha go niezachwianie i aż do końca, jakby wszystko, cokolwiekby mógł uczynić, musiało być dla niej świętem, jakby posiadał nad nią prawo życia i śmierci. — Ordelia gotowa jest do wszelkich poświęceń, aby tylko król, jej małżonek, mógł mieć potomstwo (1), i poświęca się istotnie ale bez wielkich słów, całkowicie i z prostotą. "Byleby nie żądano od niej czegoś nieuczciwego, zniesie wszystko i narazi się na wszystko. " Słysząc pochwały oddawane jej bohaterstwu, odpowiada, że spełnia tylko "prosty swój obowiązek. " — Ofiara to będzie ogromna! — Więc tem wznioślejsza. — Ogarną cię straszne ciemności. — Sen, o, panie, i wszystko co ludzkie i śmiertelne, jest pełne ciemności. Aby inaczej było, musielibyśmy rodzić się bogami. Lecz wszystkie te postrachy jak mgła ulatniają się i znikają w płomieniu wzniosłych myśli. — Przypuść, że spotka cię śmierć. — Już przypuszczenie to uczyniłam. — Spotka cię śmierć i wraz z nią utrata wiekuista wszystkiego, co miłe: młodości, zdrowia, rozkoszy, wesela, nadziei i nawet samej świadomości o sobie. Bo w grobie niemym nic już nie usłyszysz, ani raźnego kroku przyjaciół, ani radosnej rozmowy kochanków, ani tkliwych, ojcowskich napomnień — nic, nic tam niema, oprócz zapomnienia, prochu i ciemności wiecznej! I ty, kobieto, ośmielisz-że się dobrowolnie do podobnego mieszkania wstąpić? — Ze wszystkich snów ten jest najsłodszym. Królowie, ze szczytu złudnych swych wielkości, jak mgły opuszczające się na niziny, w sen ten wpływają. Szalony jest ten, kto się go boi i oddala od siebie dopóty, aż starość zdmuchnie mu kaganiec życia. — Więc gotową jesteś na ofiarę? — Tak zupełnie, jako powiadam. — Martelu, czy widzisz cud ten: kobietę, która waży się na śmierć! Powiedz mi jeszcze: czy jesteś zamężną? — Tak, panie. — Czy masz dzieci? — O, nie wam ich, panie. — Jestżeś dość zuchwałą, aby dla błahej po-


(1) [293]

chwały, której nie usłyszysz sama, wyrzec się wszystkich swych drogich nadziei? — Wszystkiego wyrzekani się, oprócz nieba!"

Czyliż to wszystko nie jest zdumiewającem? Czy podobna poiąć aby istota ludzka mogła do tego stopnia wyrzec się samej siebie zapomnieć o sobie, zatracić się w istocie innej? Bo kobiety te zatracają się w miłości swej, jak w otchłani. Ilekroć napróżno, bez nadziei kochają, tracą rozum i życie; jak Ofelia z tęsknoty i żalu szaleją i umierają. Aspazya, przez kochanka opuszczona, "chodzi z twarzą ponurą, z oczyma łez pełnemi i utkwionemi w ziemię, przebywa tylko w samotniach leśnych, a spostrzegając brzeg strumienia, okryty kwiatami, mówi do towarzyszek: "Co za wyborne miejsce na grób dla dwojga kochanków! — poczem rozkazuje, aby nazrywały kwiatów i zagrzebały ją pod kwiatami jak umarłą. Gdziekolwiek się obróci, wszędzie nosi z sobą boleść swoją i zaraża nią otaczających. Pieśni jej mają najsmutniejszą nutę, jaką kiedykolwiek ucho ludzkie słyszeć mogło; przerywa je westchnieniami i wnet nanowo rozpoczyna. A gdy inne młode kobiety, porwane płochą wesołością młodzieńczych swych uczuć, zabawiają się wzajemnem opowiadaniem sobie rzeczy tak uciesznych, że komnata rozbrzmiewa od śmiechu, ona, z oczyma pełnemi smutku, mówić zaczyna o jakimś zgonie cichym, o jakiejś dziewczynie opuszczonej, a słowa jej tak są żałosne, że, zanim umilknie, towarzyszki odchodzą jedna po drugiej, z oczyma łez pełnemi. " Jak widmo dokoła mogiły, tak ona krąży nieustannie dokoła wspomnień o swem zabitem kochaniu; tęskni, więdnie, blednie i gaśnie.

Lecz smutniejszy jeszcze widok od Aspazyi przedstawiają te postacie niewieście, które przez uległość lub z uczucia obowiązku dały się pociągnąć do ślubów z ludźmi niekochanymi. Te z upadku ducha nie podnoszą się nigdy i, nigdy z losem swym pogodzić się nie mogąc, na zawsze są już złamane. Pomiędzy niemi a rasinowską Pauliną z Polyeucte'a, żadne nie zachodzi podobieństwo. Pentbea, równie jak Paulina uczciwa, lecz daleko mniej silna, przedstawia wzór małżonki angielskiej, nie zaś rzymskiej, nie ma ani jej stoicyzmu, ani spokoju. Rozpacz jej jest spokojną, łagodną, lecz śmiertelną. W głębi serca poczytuje się za żonę tego, któremu to serce oddała, i taki związek, z miłości zawarty, jest w jej oczach jedynem prawdziwem małżeństwem, a każdy inny — tylko zamaskowaną rozpustą. Poślubiając Bassanesa, zawiniła przeciw Orgilusowi, a ponieważ zdradą wobec sumienia brzydzi się więcej niż zdradą wobec prawa, czuje się więc w przekonaniu swojem na zawsze zhańbioną. "Zabij mię, bracie mój, błagam cię o to! Wszak — nie odmówisz mi tego? prawda? Przez ciebie popełniłam krzywoprzysięstwo i stałam się kobietą zgubioną i splamioną. Nie zaprzeczaj, — jestem taką w samej rzeczy, chociaż, Bóg mi świadkiem, że nie dobrowolnie. Tak, jestem kobietą zgubio-

ną, bo tę, która, będąc małżonką Orgilusa, publicznie żyje z Bassanesem w stosunku cudzołóżnym, słusznie prostytutką nazywać trzeba. A teraz, gdyś to usłyszał, czy zabijesz mię? Najemnica wiejska, na równi z koźlętami i jagniętami swemi, gasi pragnienie wodą czystego potoku; ja mam tylko łzy ku ochłodzie żaru pierś mą piekącego!" Ze szczytu nieuleczalnej swej boleści rzuca na życie spójrzenie, pełne wysokiego tragizmu. "Podejmujemy ciężkie i próżne trudy nad przedłużeniem nędznej pielgrzymki naszej, błagamy śród nich o ulgę i odpoczynek: a ojczyzną naszą jest grób... O, droga księżno, kilka już tylko chwil pozostało na klepsydrze mego życia, wyczerpał się w niej piasek i czuję w sobie głos wewnętrzny, a nieomylny, który woła mię do rychłego odejścia. Mówisz o lekarstwach! Lekarstwem dla mnie będzie całun, trumna ołowiana i piędź ziemi, na którą nie przyjdzie nikt!" Zresztą, niema w niej buntu, ani goryczy. Bratu, który jest sprawcą jej nieszczęścia, przybiega z życzliwą pomocą i ułatwia mu zdobycie kobiety ukochanej. Niewieściej dobroci i słodyczy pochłonąć nie może w niej nawet rozpacz. Bo miłość w tym kraju wolna jest od gwałtów i despotyzmu, które panują pod niebem Południa; głęboka i pełna smutku tylko, rządzi życiem, i zdaje się, że jest samem jego źródłem, które wraz z nią wysycha i niknie. Pantea umiera, bo żyć już nie może, bo ją z kolei opuszcza wszystko: zdrowie, rozum i samo życie. Przy końcu wpada w obłąkanie: włosy rozwiane, oczy wyłupiaste, mowa zająkliwa. Od dziesięciu już dni nie śpi i jeść nie chce, a serce jej ściska się wciąż od jednej i tej samej myśli, dokoła której krążą jeszcze, jak przylatujące i odlatujące widma, niejasne marzenia o niezaznanych tkliwościach i uciechach macierzyństwa. "Niema winy cięższej nad złamanie danego słowa; każdy z włosów okrywających mi głowę, niby kawał ołowiu, wtłacza mię do mogiły. Mogłabym stać się matką ślicznych dziatek, któreby szczebiotały na kolanach moich i uśmiechami odpowiadały mi na uśmiechy, a ją wzajemnie płakałabym, gdyby one zapłakały. O, doprawdy, ojciec mój powinien był dać mi prawdziwego męża, a w takim razie nie lękałabym się wydawać na świat bękartów. Ale teraz już zapóźno, za stara już jestem, aby mieć dzieci, a wcale nie moja w tem wina... Podaj mi rękę, bądź spokojny, nie uczynię ci nic złego, lecz nie wydawaj jęku, jeżeli rękę ścisnę ci zbyt silnie: zaraz ją pocałuję. O, piękna to i miła ręka! Boże drogi! Bylibyśmy z sobą tak szczęśliwi, zbyt szczęśliwi, bo powiadają, że szczęście nadyma ludzi pychą... Niema spokoju dla małżonki wydartej prawemu małżonkowi i przemocą wprzężonej w związek haniebny. Imię Pantei, imię biednej Pantei, splamione będzie zawsze i wszędzie w pamięci ludzkiej... Przebacz... umieram!" I umiera, prosząc, aby miły głos jaki zaśpiewał jej pieśń żałośną, pieśń pożegnania, łagodną pieśń po-

grzebową. W dziedzinie sztuki dramatycznej nie znam nic nad tę postać czystszego i głębiej wzruszającego.

Przy każdem spotkaniu się z duszą o kształtach nieznanych, o wielkiej mocy obudzania wzruszeń, przypatrzyć się należy ciału, które ją w sobie zawiera. Bo nie z woli, lecz z natury człowieka powstają najważniejsze jego postępki (1) i, aby zrozumieć wielkie działanie machiny, trzeba przyjrzeć się jej samej, czyli temperamentowi osobnika ludzkiego, sposobom, w jakie tentni w nim krew, drgają nerwy, wiążą się mięśnie. Strona duchowa służy tu za wyjaśnienie dla strony fizycznej, a przymioty ludzkie wyrastają jak z korzenia, z gatunku, do którego należy źwierzę człowiecze. Przypatrzmy się tu więc gatunkowi, czyli plemieniu. Bo siostrzyce Ofelii i Wirginii szekspirowskiej, Klary i Małgorzaty Goethego, Belwidery Otwaya, Pameli Richardsona, — to plemię odrębne, delikatne i płowowłose, białe jak lilia a do rumieńców skłonne, łagodne a poważne, trwożne, nieśmiałe, stworzone do uległości, do wielkich przywiązań i usuwania się w cień przed innymi. Sami poeci, wprowadzając bohaterki te na scenę, dobrze to rozumieją i ukazują je na tle dla nich odpowiedniem, złożonem ze szmeru strumieni, z opadających ku ziemi gałęzi wierzb, z podobnych do tych kobiet kwiatów drżących od rosy, wiotkich (2). Te kwiaty — to "blady jak lica ich pierwiosnek, błękitny jak ich żyły hiacynt z łąk, wonna jak oddech ich róża polna. " "Na podobieństwo fijołków, które pochylają głowy pod najlżejszym powiewem wietrzyku" są one z natury już ogarnięte melancholią tkliwą i marzącą, uginają się pod dotknięciem najlżejszego, czynionego im wy rzutu. Filaster w sposób następujący opowiada o Eufrazyi, która przebrała się za pazia, aby módz jemu służyć. "Zobaczyłem go po raz pierwszy nad brzegiem strumyka, którego wodą gasił pragnienie, wzajem wlewając weń łzy. Obok niego leżał wieniec, własnemi jego rękoma uwity z kwiatów rozmaitych, na tym brzegu wyrosłych, a ułożonych w sposób tak pełny tajemniczego znaczenia, że obudziło to we mnie zachwyt. Lecz ilekroć ku kwiatom tym oczy obrócił, napełniały się one łzami, tak jakby wskrzesić je pragnął. Patrząc na wyraz niewinności, okrywający twarz tego miłego biedactwa, poprosiłem, aby opowiedział mi swoją historyę Rzekł tedy, że rodzice, dobrzy rodzice jego, poumierali i zostawili go na łasce natury, która udziela-


(1) [294]

(2) [295]

ła mu korzonków do żywienia się, wód kryształowych do picia i miłych blasków słonecznych, dających widok świata. Potem pokazał mi swój wieniec i wytłómaczył znaczenie, które do każdego ze składających go kwiatów przywiązuje lud wiejski, tak, że w ten sposób ułożone, opowiadały one całą jego niedolę. Powiedziałem mu, aby szedł za mną: i oto jak się stało, że zdobyłem sobie na sługę to dziecię najwierniejsze, najmilsze i najprzywiązańsze ze wszystkich, jakie ktokolwiek w usługach swych posiadał."

Pośród tych kwiatów w ludzkich postaciach, idylla powstaje sama przez się, a dramat powstrzymuje bieg swój i przez chwilę poi się anielską słodyczą skromnej i czystej czułości. Niekiedy nawet bywają tu idylle zupełne i wolne od wszelkiej obcej przymieszki, a na scenie same jedne rozwijają się utwory będące czemś w rodzaju poetycznych i uczuciowych oper. Dwa lub trzy utwory takie znaleźć można u Szekspira i u szorstkiego Jonsona, te zaś, które wyszły z pod pióra Fletchera, noszą tytuły: Zasmucony pasterz i Wierna pasterka. Śmiesznie dziś w uszach naszych brzmią te tytuły, bo przypominają bezgraniczną ckliwość Urfe'go, albo nienaturalne wdzięczenie się Floriana; innego przecież wcale nabierzemy o nich pojęcia, gdy się przyjrzymy poetycznosci szczerej i bujnej, która pod niemi pała.

Pasterka wierna, Amoret, żyje w krainie zmyślonej, pełnej bóstw starożytnych, a jednak noszącej charakter angielski i przypominającej te krajobrazy rozzielenione, wilgocią odświeżane, pośród których Rubens lubił umieszczać tańczące swe Nimfy. "Po łagodnym skłonie staczające się równiny ramiona wyciągają ku morzu, a w gęstych lasach kryją się głębie, których nie tknął nigdy żaden promień słońca... W jednej z takich głębin leśnych jest źródło święte, u którego, w księżyca bladem świetle, wieszczki chyżostope zawodzą taneczne swe koła. Zanurzają też one w tem źródle drobne, rodzicom porwane dzieci i tym sposobem wyzwalają je z pod praw rządzących kruchem ciałem ludzkiem i z pod srogiego prawa śmierci. Powiewy powietrza są tam tak świeże i błogie, jak kiedy zefiry igrające, muskają drżącą powierzchnię wody. Rosną tam te tylko kwiaty, które posiadają krasę najpiękniejszą i któremi świat obdarza wiosna najwcześniejsza, a są niemi powoje, narcyzy, chryzantemy. Z nadejściem wieczoru mgła wzbija się w górę, a krople rosy, jak pocałunki, spadają na każdy, choćby najdrobniejszy, kwiatek i otaczają mu koronę aksamitną sznurem dyamentów. " Nie sąż to obrazy i rośliny, właściwe naturze angielskiej, czasem wyświeżonej, a czasem osłoniętej blademi i przeźroczystemi mgłami, albo jeszcze aż przeciążonej obfitością ziół, tak soczystych i zarazem tak wątłych, że pomimo całego co świetnego blasku i pełni rozkwitłego życia, zdaje się jakby lada dzień zwiędnąć musiały. Lecz do takiego-to właśnie miej-

sca, wedle zwyczaju czasów owych (1), młodzież płci obu przybywa zrywać kwiaty i zamieniać między sobą przysięgi miłosne. Pośród innych dziewic i młodzieńców znajdują się także Amoreta i Perigot. Amoreta, — "piękniejsza od różowej i czystej jutrzenki, lub od tej gwiazdy wielkiej, która przyświeca żeglarzowi, błądzącemu nad morską otchłanią" — ma skromność dziewicy, a tkliwość małżonki. Do Perigota mówi: "Wierzę ci, drogi przyjacielu, bo ciężko- by mi było nie ufać wierności twojej, ciężej jeszcze niż tobie zwątpić o mej czystości. " Najsroższe próby nie dokażą tego, aby odebrała serce swe raz ukochanemu oddane. Perigot, potwarczo zwiedziony, rozpaczający, w przekonaniu, że Amoret stała się mu niewierną, przebija ją mieczem i skrwawioną rzuca o ziemię; potwarcy zaś gotują się do utopienia jej w głębokiej studni. Ale bożek wody lituje się nad niewinną i jedną z pereł, zdobiących jego faliste włosy, składa na jej ranie; dotknięcie boskiej tej kropli goi dziewicze ciało i Amoret, uzdrowiona, udaje się do tego, którego jeszcze kochać nie przestała. "Jeżeli jesteś tu, przemów; to ja, Amoreta, oblubienica twoja, wymawiam twe drogie imię. To ja, przyjaciółka twoja, Amoreta twoja. Pójdź do mnie i niech będzie koniec wszystkim tym udręczeniom! Spójrz na mnie, ukochany: jam zapomniała już o cierpieniach, o cierpieniach, które są mi drogie, bo zniosłam je z miłości dla ciebie. Pragnę być znowu przedmiotem twej miłości. Po co wydzierasz sobie włosy, te włosy wijące się w kędziory, w które tak często wplatałam róże wonne i wstążki, a oblewałam wodą najczystszą, aby ustroić cię i przyozdobić, aby ci dać woń słodszą od tej, jaką roztacza ślubna wiązanka kwiatów? Po co ręce krzyżujesz i głowę pochylasz na piersi; po co z ócz twoich, które są mem niebem, spływa deszcz łez, łez drogocenniejszych, czystszych nad perły wieńczące blade czoło księżyca? Porzuć rozpacz tę: oto jestem taka sama jak byłam, równie jak dawniej oddana tobie i pełna czułości. Przebaczyć ci mogę, zanim o przebaczenie poprosisz, mogę naprawdę, bo oto, stało się! — już przebaczyłam!"

Czy jest na ziemi człowiek, który mógłby się oprzeć takim ponętom tkliwym, a smętnym? Perigot jednak, w błędzie swym trwając, godzi w nią znowu. Amoreta pada ciężko raniona, ale bez gniewu, mówiąc: "Wszystko skończone! Żegnaj i żyj! Nie zdradzaj tej, którą po mnie pokochasz. " Tym razem z pomocą przychodzi jej Nimfa, a Perigot, nakoniec wyprowadzony z błędu, klęka przed uzdrowioną. Ona wyciąga ku niemu ramiona. Cokolwiek uczynił, serca swego mu nie odebrała: "Jestem kochaniem twojem, zawsze i na


(1) [296]

zawsze jestem kochaniem twojem! Raz jeszcze ugodź mnie w pierś obnażoną, a zostanę ci jednako wierną. O, gdybyś ty tylko chciał kochać mię jeszcze, jakże rychło zapomniałabym o wszystkich przebytych bólach (1)!"

Takiemi są te wzruszające i poetyczne postacie, które twórcy owi umieszczają w dramatach swych, lub do dramatów swych dodają wpośród morderstw skrytobójstw, w szczęku oręża, w wyciu i jękach rzezi, w starciach z szaleńcami, którzy, ubóstwiając je, zadają im katusze i dzięki gwałtowności swej dościgają kresów natury męzkiej, tak jak one znowu znajdują się na kresach natury kobiecej, dzięki swej tkliwości. W obrazie dwóch tych natur znajduje się doskonale przeciwstawienie instynktu kobiecości, który dosięga ostatecznych granic oddania się i poświęcenia, i instynktu męzkości, który wpada w morderczą nieubłagalność. A tak ukształtowana, tak uposażona, ta literatura dramatyczna zdolna była oświetlić najgłębsze dno istoty ludzkiej, wprawić w grę najpotężniejsze jej uczucia i ukazać na scenie Hamleta obok Leara, Ofelię obok Kordelii i śmierć Desdemony obok zbrodni popełnionych przez Makbeta.


(1) [297]

[edytuj] ROZDZIAŁ III.

[edytuj] BEN JONSON.

I. Przywódzcy szkól w szkołach i w czasach swoich. — Jonson. — Temperament Jonsona. — Jego charakter. — Wychowanie. — Pierwsze występy. — Walki. — Ubóstwo. — Choroby. — Śmierć.

II. Uczoność Jonsona. — Jego zamiłowanie w klassycyzmie. — Dydaktyczny charakter tworzonych przez niego postaci. — Doskonały układ planów w utworach. — Szczerość i ścisłość stylu. — Potęga woli i namiętności.

III. Dramaty Jonsona. — Katylina i Sejan. — Co czyniło go zdolnym do malowania postaci i namiętności z epoki zepsucia rzymskiego.

IV. Komedye Jonsona — Teorya i przekształcenie, które wniósł do sztuki dramatycznej. — Jego komedye satyryczne. — Volpona. — Co nadaje tym komedyom. znaczenie poważne i wojownicze. — W jaki sposób odbijają się w nich namiętności, panujące w epoce Odrodzenia. — Komedye pisane tylko dla śmiechu. — Niewiasta małomówna. — Na czem polega energia i szorstkość tych komedyi. — Co je spokrewnia ze smakiem panującym w czasie Odrodzenia.

V. Granice talentu Jonsona. — Pod jakim względem stoi on niżej od Moliere'a. — Brak filozofii wyższej i prawdziwe wesołego komizmu. — Wyobraźnia i fantazya Jonsona. — Skład nowin i Święto Cyntyi. — Sposób obchodzenia się jego z komedyą salonową i z komedyą liryczną. — Drobne poematy. — Miski. — Teatralność i malowniczość obyczajów dworskich. — Pasterz niepocieszony. — Jonson na łożu śmierci był jeszcze poetą.

VI. Ogólny rzut oka na Szekspira — Jaką była u niego myśl zasadnicza. — Warunki ograniczające rozum ludzki. — Jaka zdolność u Szekspira panowała nad wszystkiemi innemi. — Warunki konieczne do ścisłego przedstawienia rzeczy.

I.

Gdy pod wpływem nowej cywilizacyi powstaje na świecie nowy rodzaj sztuki, zjawia się też zazwyczaj jakiś dziesiątek ludzi utalentowanych, którzy myśli powszechnej nadają wyraz połowiczny, i jeden lub dwóch ludzi genialnych, którzy myśl tę uwyraźniają w zupełności. W ten-to sposób dokoła Calderona i Lopeza zgromadzili się: Guilhem

de Castro, Perez de Montalvan, Tirso de Molina, Ruiz de Alarcon, Augustyn Moreto; dokoła Rubensa: Crayer, Van Oost, Romboust, Van Thulden, Van Dyck, Hontborst; dokoła Szekspira i Jonsona: Ford, Marlowe, Massinger, Webster, Beaumont, Fletcher. Liczniejsi są tu chórem, mniej liczni koryfeuszami. Ci i tamci, wspólnie wykonywają jeden utwór muzyczny i zdarza się niekiedy, że w jakiemś momencie chórzysta dorównywa koryfeuszowi, lecz tylko w tym jednym momencie. Poeci, których utwory opisywaliśmy wyżej, stawali czasem na najwyższych szczytach sztuki, napotykali pod piórem postacie z pełnią kształtów, lub wzniosłe wybuchy uczucia; lecz wnet potem osuwali się na niziny i, błądząc wśród powodzeń częściowych, tworów niedokończonych, naśladownictw zbladłych, ostateczną ucieczkę znajdowali w rutynie pisarskiej i dostarczanych przez nią wybiegach. To też nie u nich, lecz u mężów wielkich, u Ben Jensona i u Szekspira, znaleźć można zupełny wyraz tej myśli i udoskonalenie tej sztuki, którą oni obaj uzewnętrzniali i uprawiali.

"Częste były walki umysłowe (1), które Szekspir i Ben Jonson staczali z sobą w klubie Syreny. Przypatrywałem się obydwom i jeden wydawał mi się podobnym do wielkiego galionu hiszpańskiego, drugi do wojennego angielskiego okrętu. Mistrz Jonson, na podobieństwo galeoty, silnie zbudowany i w nauce wysoki, dokonywać mógł jednak tylko obrotów powolnych i ciężkich; Szekspir zaś, zupełnie jak angielski statek wojenny, jak żaglowiec mniejszy, ale lżejszy, płyną' na każdej fali, przybijał do brzegu, ze wszystkich prądów powietrznych korzystał, dopomagał sobie wynalazczością zwinnością swojego umysłu. "

Ze strony fizycznej, zarówno jak duchowej, Jonson cały zawiera się w tym krótkim rysie, tak trafnym i barwnym, że wszystkie inne wizerunki i opisy tylko za dopełnienie jego poczytywać można. Była to postać silna, ciężka i prostacza, o twarzy szerokiej i długiej, wcześnie przez skorbut oszpeconej, o szczękach grubych, policzkach ogromnych i wszystkich narzędziach namiętności zwierzęcych, na równi z narzędziami myśli rozwiniętych, o srogiem wejrzeniu człowieka zanoszącego się gniewem, lub którego już, gniew porywać zaczyna. W dodatku, miał on ciało atletyczne, a około czterdziestego roku życia "chód niezgrabny, ciężki i brzuch podobny do góry (2) " Pod taką powierzchownością znajdowała się podobna do niej treść wewnętrzna. Był to prawdziwy Anglik, z budową zewnętrznie i wewnętrznie silną i grubą, energiczny, do wszelkich walk skłonny, pychy pełen, a po-


(1) [298]

(2) [299]

senny i nawiedzany dziwacznemi urojeniami spleenu. Sam opowiadał Drammond'owi, że pewnego razu "przez całą noc przypatrywał się bitwie, ktorą Kartagińczyny staczali z Rzymianami na jego wielkim palcu u nogi (1). " I nie dlatego tak się działo, aby gruntem natury jego była melancholia; owszem, lubił wesołość swobodną i burzliwą rozmowy urozmaicone i długie, podsycane poczciwem winem kanaryjskiem, którego używał obficie i które ostatecznie stało się mu potrzebą niezbędną; bo te grube ciała flegmatycznych rzeźników zazwyczaj potrzebują nieprzeparcie trunku ożywczego, który daje im nastrój i zastępuje żar słońca, krainom ich nieznany. Zresztą, wylany, gościnny, nawet rozrzutny, bywał Jonson otwartym i nieoględnym do tego stopnia, że całego siebie powierzył szkotowi, Drummondowi, u którego był gościem i który z pedantyczną surowością, z uczuciem nieprzyjaznem, oczernił charakter jego i poprzekręcał myśli (2). Co się tycze życia, było ono zgodne z usposobieniem: Jonson cierpiał i walczył wiele; ważył się też na wiele. Zaczął był właśnie pobierać nauki w Cambridge, gdy ojczym, majster murarski, przywołał go do siebie i zmusił do robienia kielnią. Uciekłszy od ojczyma i kielni, zaciągnął się jako ochotnik do wojska niderlandzkiego i w obecności dwu wojsk, wyzwawszy na rękę żołnierza strony przeciwnej, zabił go i ze zbroi odarł. Widocznie więc zdolnym był do czynów siły fizycznej; posiadał członki dobrze do nich zaprawione (3). W dziewiętnastym roku powróciwszy do Anglii, dla kawałka chleba wstąpił na deski teatralne i wnet zabrał się do przerabiania rozmaitych dramatów. Wyzwany przez kogoś, bił się w pojedynku, zabił przeciwnika i sam otrzymał ciężką ranę, poczem, wtrącony do więzienia, znalazł się "o krok od szubienicy. " Wówczas-to jakiś ksiądz katolicki odwiedził go i nawrócił; poczem znowu, z więzienia wypuszczony, zaledwie dwudziestoletni i bez grosza w kieszeni, ożenił się, a w dwa lata później zdołał sobie wywalczyć wprowadzenie na scenę pierwszego swego utworu. Dzieci mu przybywało, na chleb dla nich zapracowywać musiał, a dążyć do tego celu drogami utartemi nie miał ochoty ani skłonności; warzył i myślał o zaprawianiu komedyi "filozofią wzniosłą, " pierwiastkami godności i szlachetności niezwykłej, o wzorowaniu się na pisarzach starożytnych, o naśladowaniu ich surowego i poprawnego sposobu pisania, ze wzgardą dla fałszywych blasków i grubych nieprawdopodobieństw, któremi teatr tylko bezmyślną tłuszczę przywa-


(1) [300]

(2) [301]

(3) [302]

biać do siebie może. Przekonania te, śmiało w przedmowach do utworów swych wygłaszając, dumnie wystawiał na scenę zasady swoje, prawidła i nawet osobę własną, a wszystko to wyrobiło mu zawziętych nieprzyjaciół, którzy wobec publiczności zgromadzonej w teatrze rzucali na niego potwarze i obelgi, gdy zaś on wyzwajemniał się im satyrami, gwałtownością ich do wściekłości doprowadzani, walczyli z nim niezmordowanie, aż do końca życia. Co więcej, czyniąc się sędzią zepsucia publicznego, Jonson uderzył w najpowszechniej panujące błędy "bez trwogi przed trucizną rozpustnic i sztyletami skrytobójców. " Ze słuchaczami swymi obchodził się jak z żakami szkolnymi, przemawiając do nich tonem nauczycielskim lub cenzorskim, a w razie potrzeby zdobywał się na większą jeszcze odwagę. Gdy współtowarzysze jego, Marston i Chapman, za kilka śmiałych słów swych utworów wtrąceni zostali do więzienia, zaczęła obiegać pogłoska, że mają mieć obcięte nosy i uszy. Jonson jako aktor grał w sztuce, o którą chodziło; z własnego popędu zażądał, aby jego i także uwięziono, i tym sposobem wyjednał ułaskawienie dla swych towarzyszy. W czasie uczty, którą obchodzono radosny ten wypadek, matka Jonsona pokazała bardzo silną truciznę, którą miała mu dać do wypicia, aby go uchronić od spełnienia wyroku, dodając, — jak opowiada Jonson, — że "w celu udowodnienia swej odwagi, postanowiła była, pierwsza napić się trunku zaprawionego tą trucizną. " Jasno ztąd wynika, że przykłady czynów odważnych Jonson mógł znajdować we własnej rodzinie. U końca życia zaczął uczuwać wielki brak pieniędzy. Hojny i nieoględny, miewał zawsze kieszenie dziurawe a dłonie otwarte: pomimo więc że już napisał był niezmiernie wiele, ujrzał się zmuszonym do pisania jeszcze więcej, i coraz więcej. Paraliż go dotknął, skorbut wzmógł się, powstała wodna puchlina; tracił możność opuszczania pokoju swego i chodzenia bez pomocy. Ostatnie sztuki jego nie znalazły u publiczności powodzenia. To też w epilogu jednej z nich w ten sposób do widzów przemawia: "Jeżeli wieczór dzisiejszy zawiódł oczekiwania wasze, pomyślcie, że ten któregoście słuchali, jest chory i smutny... Język jego, zniedołężniały i szepleniący, na nic innego zdobyć się już nie może jak tylko ma błaganie, abyście błędów, które popełnił, nie przypisywali mózgowi, dotąd nienadwerężonemu, chociaż tak zbolałemu, że długo trwać już nie zdoła. " Wrogowie w sposób grubiański lżyli go i wydrwiwali jego "zdychającego Pegaza, " brzuch opuchły i głowę chorą. Jeden ze współtowarzyszy, Inigo Jones, sprawił, że odjęto mu zapomogę dworu. Wówczas zmuszony był prosić o jałmużnę lorda skarbnika, potem hrabiego Newcastle, a smutna muza jego "osaczona, uwięziona, zdławiona, do łoża przykuta, nie mogąc odzyskać zdrowia, ani nawet swobodnie odetchnąć, z trudem i mozołem uganiała się już tylko za jakimkolwiek pomy-

słem, albo wprost datkiem miłosiernym. Poumierały mu dzieci i żona; żył samotny, w opuszczenia, obsługiwany przez jakąś starą kobietę. W taki to sposób ponury i nędzny wlecze się i kończy prawie zawsze ostatni akt komedyi życia ludzkiego, a u kresu lat wielu i wysileń wielu, w głębi blasku rzucanego przez geniusz i sławę, ukazuje się biedne, odarte z sił ciało, które majaczy, cierpi, kona pomiędzy spowiednikiem i sługą najemną.

II.


Było to tedy życie szermierza, dzielnie przebyte, ze wszech stron pełne męztwa i mocy, przez koleje swe i wyładowaną śród nich energię godne swego wieku, tego szesnastego wieku, w którym upłynęło. Niewielu w świecie pisarzy tworzyło sumienniej i więcej od Jonsona, który posiadał wiedzę ogromną i w epoce, obfitującej w wielkich uczonych, był jednym z najbieglejszych humanistów swego czasu, równie głębokim jak drobiazgowym i doskonałym znawcą życia Starożytnych, od najmniejszych szczegółów, do najogólniejszej, istotnej jego treści. Nie dość mu było, że umysł swój napełniał pismami klassyków najznakomitszych, że mu wciąż w pamięci stała całość ich pracy, że umyślnie lub nieumyślnie każdą stronicę pism własnych usiewał zebranemi wśród nich zdobyczami. Idąc dalej jeszcze i zstępując niżej, zagłębiał się w księgi retorów, krytyków, szkolarzy, gramatyków i kompilatorów najniższego rzędu, zgromadzał rozrzucone ich ułamki, zapożyczał charakterów, dowcipów i subtelnych odcieni u Ateneusza, Libaniusza i Filostrata. Lecz te pomysły greckie i rzymskie znane mu były tak zblizka i do dna, a umysłowi jego zawsze tak były obecne, że przeniknęły własne jego myśli i powstawały w nich ze świeżością najpierwszych swych początków, tak, iż to, co u kogo innego byłoby tylko przypomnieniem, u niego zamieniało się w nowy pomysł. Czegokolwiek się dotknął, czynił to zawsze z jednostajną żądzą wiedzy i umiejętnością nadania tej wiedzy należytego kierunku. Pisząc Alchemika, był biegłym w alchemii; pośród alembików. rur i retort obracał się tak swobodnie, jakby życie swe spędził na poszukiwaniu cudownych odmian i o incyneracyi, kalcynacyi, imbibicyi i rewerberacyi prawił tak biegle, jakby był Agrypą lub Paracelsem. Mówiąc o kosmetykach, wymieniał ich taką ilość, że możnaby tem cały sklep spełnić (1); podobnież możnaby ułożyć słownik ze znajdujących się w pismach jego klątw albo nazw ubiorów dworskich. W kierunku każ.


(1) The Devil is an ass. (Dyabeł jest osłem)

dym był specyalistą, lecz wyższy nad to dowód potęgi jego umysłu w tem się objawia, że olbrzymia ta uczoność nie przyniosła szkody pisarskiej jego twórczości. Jakkolwiek wielkiem byłoby brzemię które podnosił, czynił to z łatwością, nie przygnieciony przez nie, ani nawet zgięty. Niekiedy wprawdzie zdumiewająca ta massa wiadomości i spostrzeżeń przygniata czytelnika, nakształt w ruch wprawionej i spadającej nagle góry. Aby to zrozumieć, trzeba posłuchać Epikura Mammona, wyliczającego wszystkie zbytki i rozpusty, w których nurzać się zamierza, gdy odkryje sposób robienia złota. Szalone i wymyślne bezwstydy upadku rzymskiego, rozbujałe bezeceństwa Heliogabala, cala dziedzina fantastycznych i olbrzymich sposobów używania i nadużywania życia, stoły złote i obciążone potrawami z obcych krain, napoje z roztopionemi w nich perłami, przysmaki zdobyte kosztem zniszczenia wszechstworzeń, zamachy żądnej nasycenia się zmysłowości, czynione cala nawałą przeciw naturze, rozumowi i słuszności, rozkosze czerpane z poniewierki i deptania wszystkiego, co jest jakiemkolwiek prawem lub prawidłem, cały, niezmierny szereg obrazów tego rodzaju przepływa przed oczyma czytelnika z bystrością potoku i natarczywością wielkiej rzeki. Okres po okrasie, obraz po obrazie, myśli i fakty wnoszą do rozmowy scenicznej malowidła położeń i postaci, które wyrzuca z siebie ta pamięć niezgłębiona, których cale deszcze zsyła ta rozwaga potężna, nad któremi rządy trzyma ta logika niezłomna. Prawdziwą rozkosz sprawia widok autora, kroczącego z ciężarem tylu spostrzeżeń i przypomnień, tylu szczegółów technicznych i wiadomości naukowych, a nieschodzącego z prostej drogi i kroku niezwalniającego nigdy, przypominającego też owe wielbłądy wojenne, które z wieżami, z ludźmi, ze zbiorami i maszynami na grzbietach, posiadały szybki bieg lekkich i niczem nieobarczonych koni. Jonsona słusznie nazwać-by można prawdziwym "Behemothem literackim. "

W wielkim rozpędzie tego pochodu, tylu brzemionami obarczonego, umie on zawsze trafić na drogę dla siebie właściwą. Posiada styl własny. Erudycya i wykształcenie klassyczne uczyniły go klassykiem: pisze więc tak, jak pisali mistrze jego greccy i rzymscy. A im głębiej badać zechcemy plemiona i piśmiennictwa łacińskie w porównaniu z plemionami i piśmiennictwami germańskiemi, tem silniejszego nabierzemy przekonania, że głównym i wyodrębniającym się darem pierwszych była umiejętność rozwijania, czyli ustawiania myśli szeregami nieprzerywanemi, ustawiania ich podług zasad retoryki i krasomówstwa, domagających się, aby przejścia od jednej myśli do drugiej były obmyślane, a rozwój ich prawidłowy i ustopniowany, od wszelkich nagłych starć i przeskoków wolny. Jonson w ścisłych stosunkach swych ze starożytnością nabył biegłości, w rozkładaniu myśli

w rozwijaniu ich kolejnem i porządkowaniu naturalnem, w czynieniu ich zrozumiałemi i przekonywającemu Od pierwszego założenia do ostatecznego wniosku prowadzi on czytelnika po skłonie gładkim i niczem nieprzerwanym. Droga jego nigdy nie urywa się nagle, Jakto niekiedy bywa z Szekspirem. Jonson posuwa się zawsze naprzód sposobem połączonych z sobą dedukcji, nie zaś, na wzór wielu innych, nagłych intuicyi; czytelnik, postępujący za nim, nie potrzebuje dokonywać skoków, lecz może iść spokojnie, wciąż drogą prostą. W sprzeciwieństwach, zamykanych w wyrazach, odbijają się zachodzące w myślach samych; gdy myśli są zagęszczone i do objęcia trudne, drogoskazami pośród nich stają się symetrycznie ustawione okresy, które też pełnią czynność ogrodzeń, ciągnących się po obu stronach drogi i chroniących przechodnia od wpadnięcia do rowu. Daremnie też wyglądalibyśmy na tej drodze błysków nagłych, świetnych, nadzwyczajnych, któreby nas olśnić i przykuć do miejsca mogły; światło spływa na nas tylko od przenośni podtrzymywanych długo, z siłą umiarkowaną. Jonson zawładnął wszystkiemi środkami, które posiada sztuka łacińska, i nawet, ilekroć chciał, wówczas szczególniej gdy szło o przedmioty czerpane z życia łacińskiego, posługiwał się najmędrszemi z pośród nich, najpóźniej wymyslonemi, takiemi jak pełna świetności zwięzłość Seneki i Lukana, lub dobrze wyprowadzone, urównoważone, oszlifowane, antytezy, czy też inne jaknajbardziej obmyślone i najszczęśliwiej wykonane sztuczki architektoniki krasomówczej (1). Jeżeli są poeci których nazwać można prawie wizyonerami, to Jonson był prawie logikiem.

I w tem właśnie tkwi istota i źródło jego talentu, powodzeń i błędów: wyższy nad innych doskonałością stylu i planu Jonson nie jest, tak jak inni, twórcą dusz. Przeszkadza mu w tem zbytek teoryi, jakoteż nadmierne oglądanie się na prawidła sztuki; przeszkadzają, — gdy idzie właśnie o ukształtowanie i wprawienie w ruch istot żyjących i całkowitych, — rozumowania, które przeszły mu już w nałóg. Istoty żyjące i całkowite powstawać mogą pod piórem takiego tylko pisarza, który, jak Szekspir, posiada wyobraźnię wizyonerską. Są one tak złożone, że różne ich cząstki za pomocą samej tylko logiki kolejno spostrzegając, nie podobna spostrzedz wszystkich, niepodobna szczególniej w błyskawicznem mgnieniu oka skupić ich w taki sposób, aby wydały dramatyczne słowo lub dramatyczny czyn, któreby je w sobie zawarły i przez któreby one same objawiły się światu. Aby na takie słowa i na takie czyny natrafiać, trzeba zostawać pod wpływem natchnienia i gorączki. Pod takim wpływem umysł poety


(1) [303]

działa jak we śnie, postacie poruszają się w nim prawie bez jego współudziału; nieruchomy, skupiony, zasłuchany, czeka on, aby przemówiły, drżąc o to tylko, aby nie przerwać dramatu, przez nie w duszy jego odegrywanego. I na tem też nieprzerywaniu i nieprzeszkadzaniu polegać się zdaje cala sztuka poety. Zdumiony toczącemi się w nim rozmowami, spisuje ich słowa, zapominając o tem, że sam je wymyśla. Temperament osób przemawiających i działających, ich charakter, wychowanie, położenie, rodzaj umysłu, postawa i czyny zlewają się w nim w całość tak spójną i zgodną, wytwarzają tak szybko istoty dotykalne i silnie na nogach stojące, że wierzyć on nie chce, aby twory z podobną nagłością powstające i podobnie wielkie, były dziełem własnego rozumu jego i własnej rozwagi. Rzecz w tem, że akt powstawania tych istot odbywa się w poecie tak samo jak w naturze, sam przez się, czyli przez siłę, której żadne kombinacye wytwarzane przez sztukę zastąpić nie zdołają (1) Jonson zaś posiada właśnie dla zastąpienia tej siły tylko kombinacye wytwarzane przez sztukę. Zpośród pojęć ogólnych, takich jak obłuda, głupota, surowość, wybiera jedno i tworzy zeń postać, której nadaje imię Brudas, Obłąkaniec, Groszorób, Delikatniś i t. d., tak, że same już te przezroczyste imiona zdradzają metodę logiczną, z której powstały. Poeta brał pewien przymiot abstrakcyjny i, wyprowadziwszy z niego wszystkie czyny, które spłodzić on może, oblekał je w szaty człowiecze i ukazywać począł na scenie. Postacie Jonsona, jak Labruyere'a i Teofrasta, pochodzą z fabryki dedukcyjnej. Tu z katalogu filozofii moralnej wybiera on zły nałóg, będący pożądliwością złota, namiętną i źródło swe mającą w zmysłowości, a dwie te przywary połączone stają się postacią, nazywającą się sir Epikur Mammon, której wszystkie słowa, bądź do alchemika lub famulusa, bądź do przyjaciela lub kochanki, bądź do publiczności czy do samego siebie zwracane, zawsze i wszędzie, objawiają tylko żądzę rozkoszy i złota, i nigdy nic innego (2). Gdzieindziej widzimy manię, właściwą sofistom starożytnym, którą jest gadulstwo, połączone z odrazą do wszelkiego gwaru. Ten objaw patologii umysłowej staje się postacią ludzką i otrzymuje nazwisko: Posępnicki; poeta zaś podobny jest do lekarza, któryby spełniał zadanie spisywania wszystkich popędów do gadulstwa i wszystkich zachceń doskonalej ciszy, bez zwracania uwagi na cokolwiek bądź innego. Gdzieindziej jeszcze wynajduje w oby-


(1) [304]

(2) [305]

czajach dworaków i modnisiów jakąś przesado, głupotę, śmiesznostkę, np styl zbyt wyszukany, pewien rodzaj klątwy, pewien sposób gestykulowania, jakiekolwiek zresztą dziwactwo, zaszczepione przez próżność lub modę, i nie tylko ubiera w nie bohatera swego, ale go niem przeciąża tak dalece, że znika on pod tym przeładowanym strojem i ciągle, wszędzie nosząc go na sobie, nie rozstając się z nim ani na chwile, niknie jako człowiek, a ukazuje się tylko jako manekin, zbyt ciężkim płaszczem obarczony. Niekiedy taki geometryczny sposób budowania wytwarza wprawdzie postacie blizkie rzeczywistego życia. Bobadil, jako pełen powagi fanfaron; kapitan Tucca, jako żebrzący pyszałek, pomysłowy trefniś i osobliwy gaduła; podróżnik Amorfus, iako pedantyczny mistrz pięknych manier, dziwacznemi frazesami opancerzony, — sprawiają dostateczne złudzenie rzeczywistości; jednak, niczemu innemu przypisać tego nie można, jak tylko temu, że są to postacie bardzo podrzędne, o bardzo małej skali. Nikt wymagać nie może, aby poeta pilnie badał dusze podobne, i każdy poprzestaje na odkryciu w nich kilku rysów głównych, nie dbając o to, że widzi je zawsze w postawie jednej i tej samej, żądając od nich tego tylko, aby, jak Hrabina Escabagnas albo Natręt Molierowski, pobudzały go do śmiechu, Ale postacie inne, wyższe, nużą i odstręczają, skoro się w nich dojrzy, zamiast istot żyjących, maski teatralne, — skoro raz okryte pewnym wyrazem, stale, aż do końca sztuki przechowują ten sam uśmiech, albo to samo zmarszczenie czoła. Człowiek nie może być namiętnością oderwaną, lecz na cnotach swych zarówno jak na występkach wytłaczać musi piętno swej osobistości. Zarówno cnoty jak występki nabierają od człowieka, w którym istnieją, kierunku i pozoru odmiennego od tych, które mają u ludzi innych. Nikt nie może być czystą i wyłączną tylko zmysłowością. Pomiędzy tysiącem rozpustników znajduje się tysiąc różnych sposobów oddawania się rozpuście, bo sama rozpusta posiada tysiąc dróg, stopni i okoliczności, pośród których się rozwija. Ażeby sir Epikur Mammon był postacią rzeczywiście żyjącą, należało go zaopatrzyć w taki rodzaj temperamentu, wychowania i wyobraźni, który sprzyja wybujaniu zmysłowości. Ktokolwiek chce ukształtować człowieka, musi kopać aż do podstaw człowieczej istoty, czyli, musi zdać sobie sprawę dokładną z jej budowy cielesnej i najpierwotniejszego skierowania się duchowego. Jonson kopał nie dość głęboko, wznosił też budowy niezupełne, — które, mając płytki fundament, mogły mieć jedno zaledwie piętno. Nie zaznajomił się on z człowiekiem całkowitym, nie sięgnął do dna istoty ludzkiej. "Wyprowadzał na scenę i uzmysławiał traktaty moralne ustępy z historyi, kawałki satyr, lecz nowemi, stworzonemi przez siebie istotami wyobraźni rodu ludzkiego nie wzbogacił.

Co do innych darów twórczych, posiadał je wszystkie, a przed innemi dar kompozytorski. U niego - to po raz pierwszy spotykamy się z planem obmyślonym i dobrze skombinowanym, z intrygą całkowitą, mającą początek, środek i koniec, zakcyami pobocznemi dobrze powiązanemi i z całością dzieła spojonemi, z zaciekawieniem wciąż rosnąceni i nieustającem nigdy, z prawdą główną, której wypadki wszystkie dowieść usiłują, z myślą przewodnią, którą postacie wszystkie na wyścigi starają się oświetlić, — słowem, ze sztuką taką, jaką uprawiać i jakiej nauczać mieli w przyszłości Racine i Moliere. Jonson, nie zapożycza, tak jak Szekspir, historyjki romansowej u Greena, ustępu z kroniki Holinsheda, biografii z Plutarcha, — byle zkąd i byle czego, — w celu wykrojenia z nich scen dramatycznych, bez dbałości o prawdopodobieństwo, o ład, o jedność, a z jedynym względem na tworzenie ludzi silnie o ziemię stopami opartych; nie błąka się też, jak Szekspir, po krainach rojeń poetycznych i dla wyjścia z trudności nie kończy sztuk swych rzezią powszechną, lub cudownem odnajdywaniem zgubionych dzieci i rodziców. Umie on rządzić sobą i postaciami swemi; czyni sam i one czynią to tylko, o czem on sani wie i czego on sam żąda. Lecz ponad tem zaprawieniem się Jonsona do łacińskiego ładu, była w nim właściwa jego wiekowi i plemieniu wielka zdolność do pochwytywania natury na gorącym uczynku, do spostrzegania dokładnego szczegółów i śmiałego, rzetelnego przedstawiania namiętności szczerych i silnych. Wszyscy bez wyjątku pisarze czasu tego, zdolność tę posiadając, nie cofają się przed żadnem właściwem określeniem rzeczy, ani przed najbardziej choćby nieprzyzwoitym i niemiłym szczegółem z dziedziny stosunków domowych lub ułomności cielesnych; żadna przesadzona skromność Anglii nowożytnej i wytworność francuska z czasów monarchicznych nie zarzucają zasłon na nagość tworzonych przez nich postaci, ani też nie rozrzedzają farb, któremi malują oni swe obrazy. Życie pisarzy tych płynie strumieniem szerokim i swobodnym; namiętności i żądze ludzkie kipią i miotają się przed ich oczyma bez obłudy, bez przysłon i skromnisiostwa: więc ukazują je nam takiemi, jakiemi je widzą. Tak też czynił Jonson, z równą innym, a niekiedy z większą nad innych, śmiałością, party siłą i szorstkością atletycznego swego temperamentu, zbrojny w nadzwyczajną ścisłość i obfitość posiadanej wiedzy i spostrzegawczości.

Do wszystkich znamion powyższych dodajmy jeszcze wrodzoną podniosłość ducha; wytrwałość, gniewy, które jak burze i wichry, zacięcie, a niezmordowanie zrywały się i grzmiały przeciw wszelkiemu złemu; wolę zahartowaną przez dumne i czujne sumienie — "rękę wiecznie uzbrojoną i gotową do zrywania zasłon, do czynienia łudzi nagimi jak w pierwszym dniu narodzin, wszelkich rozhukanych sza-

leństw wieku i do okrywania ich łon bezwstydnych bruzdami wyrzeżbianemi stalowym biczem (1); " dodajmy nadewszystko wyniosłą wzgardę dla nizkiego pochlebstwa, jawne pomiatanie "temi zmordowanemi głowami, które na kulawych nogach za pieniądze skaczą przed gminem, " a zapał, miłość głęboką "dla Muzy błogosławionej, która fest duszą wiedzy i królową dusz, która, unosząc się na skrzydłach myśli nieśmiertelnej, ziemię stopą wzgardliwą odpycha, a puka do wrót niebieskich; " zgromadźmy w całość te wszystkie siły Jonsona, które też wniósł on do dramatów i komedyi swoich, a przekonamy się, że są one dość wielkie, aby słusznie zapewnić mu mogły w historyi wielkie też i zupełnie odrębne miejsce.

III.

Dzięki temu cokolwiek i jakkolwiek tworzy Jonson, jakiemikolwiek były niedostatki jego: ponurość, twardość dotknięcia, wieczna troska o przeszłość i o moralność, skłonności antykwarskie i cenzorskie, — nie stawał się on przecież nigdy małym, ani płaskim. Nadaremnie w rzymskich dramatach swych, Sejanie i Katylinie zawzięcie usiłuje naśladować zużyte wzory z czasów upadku rzymskiego, nadaremnie przybiera postać ucznia, wypracowując mowy podług Cycerona i chóry podług Seneki, lub deklamując na sposób Lukana i retorów z epoki Cesarstwa: nie dokaże tego, aby pisma jego nie przemawiały nieraz językiem prawdy. Z poza pedanteryi, ociężałości, bałwochwalstwa dla piśmiennictw starożytnych, wybucha w nim szczera natura, przynosząc nagie, ohydne, bezwstydne, a prawdziwe obrazy nieograniczonego zepsucia Rzymu cesarskiego. Obrazy te przedstawiają w ruchu i czynie te żądze wybujałe i dzikie, te namiętności panujących i rozpustnic, te zuchwalstwa morderców i mężów silnej woli, z których składały się istoty Messalin, Agrypin, Katylinów i Tyberyuszów (2). Bo w Rzymie owym ludzie prosto i zuchwale zmierzali do celów, a litość lub sprawiedliwość na drodze im nie stawała. Wśród obyczajów, z jednej strony zdobywczych, a z drugiej wewolniczych, natura ludzka odwróciła się na złą stronę, tak, że zepsucie i łotrostwo znalazły się na wierzchu, przybierając miano mądrości i energii. Sejan układa i wykonywa morderstwa z zimną krwią, godną podziwu. Liwia rozprawia z Sejanem o najlepszych sposobach otrucia swego męża wyraźnie, jasno, bez ogródek, tak zu-


(1) [306]

(2) [307]

pełnie jakby szło o wygranie procesa, albo o wydanie proszonego obiadu. Żadnych pół słówek, żadnych wahań i żadnych wyrzutów sumienia nie zna Rzym Tyberyuszowy. Cnota i stawa zamykają się w potędze, skrupuły oznaczają poziomość duszy, a właściwością duchów wyższych jest nieograniczone pożądanie i równa mu, bez granic, odwaga. W tem miejscu i w tym czasie sumienie to hańba, majątek to cnota, namiętność to prawo, zysk i pochlebstwo to sława i talent, a wszystko inne — głupstwem. Taką-to wielkością duszy zachwycony, Sejan woła:

"Królowo i pani,

Teraz, gdym poznał twą mądrość, rozum i energię,

Twą wolę silną i szybkość, z jaką pochwytujesz środki

Ku dobru twemu i ku twej potędze wiodące, oświadczani,

Że goreję i płonę cały

Miłością ku tobie. "

Jest to miłość łącząca wilka z wilczycą. On wychwala jej pochopność do popełnienia morderstwa, w niej z za biegłości w trucielstwie wyglądają nałogi prostytutki. Gdy tylko Sejan odszedł, jak prawdziwa kurtyzana zwraca się Liwia do swego lekarza z zapytaniem: "Jaką mam dzisiaj cerę? — Bardzo dobrą, bardzo świeżą. Bielidło wyśmienite, ale róż nieco spłowiał od słońca. Należało użyć przepisanego przeze mnie białego olejku. " Tu lekarz dobywa z kieszeni flaszkę i zaczyna malować oba policzki Liwii. Ruchom pendzla towarzyszy rozmowa o uknutem morderstwie, o tem, co uczyniła Li wia dla Sejana, i co on dla niej. — "Wypędził z domu żonę swoją piękną Apikatę. — Czyliż nie otrzymał nagrody za to w wydaniu mu przeze mnie wszystkich tajemnic Druzusa? — Trzeba jednak, o, pani, abyś używała proszku do zębów, który przepisałem, a także maści zmiękczającej skórę, którą sam przyrządziłem. Piękna pani nie może nigdy zanadto dbać o swe wdzięki, szczególniej wtedy, gdy chce utrwalić miłość dostojnika takiego jak ten, którego serce tyś, pani, zdobyła. "

"Kiedy życzysz sobie pani zażyć lekarstwo?"

LIWIA.

Kiedy będzie trzeba, Eudemie. Lecz teraz, przygotuj Napój dla Druzusa.

EUDEMUS.

Lygdusa tylko zjednać: wszystko dobrze pójdzie. Napój mam już gotowy, a zaś jutro zrana

Przyślę ci, pani, wonność co rozmiękcza ciało

I wywołuje poty. Przyrządzę też kąpiel

Aby skórę odświeżyć, a przed tą kąpielą

Jeszcze kosmetyk nowy, kosmetyk wyborny:

Z nim drwić będziesz ze słońca, z wichrów i ulewy...

Na twarz trza go naklejać, można też olejkiem

Twarz posmarować. — Trzymać przez godzin czternaście...

Ta zmiana [męża] w samą porę dla twojego zdrowia. "

Stosunek z Druzusem źle działał na jej zdrowie: Sejan jest pod tym względem lepszy. We wniosku tym mieszka fizyologia i praktyczność; aptekarz rzymski na jednej półce trzyma pudełko z lekarstwami, pudełko z kosmetykami i pudełko z trucizną.

Po tem wszystkiem rozwijają się z kolei przed oczyma naszemi najrozmaitsze sceny z życia rzymskiego: targi o cenę morderstw, komedye sądowe, bezwstyd czołobitności, trwoga i chwiejność spodlonego senatu. Sejan, zamierzając kupić czyjeś sumienie, zaczyna od dowcipków, od podchwytającycb zapytań; krąży dokoła propozycyi, którą uczynić pragnie, potem, wypowiada ją w sposób niby żartobliwy, aby w razie potrzeby mógł ją cofnąć; potem jeszcze, gdy porozumiewawcze spojrzenie targowanego łotra daje mu do poznania, że go zrozumiano, woła: "Żadnych upewnień, mój Eudemie! Spojrzenie twoje starczy mi za przysięgę. Śpiesz się tylko. Jesteś człowiekiem zdolnym do robienia ludzi konsulami!" W innem miejscu sztuki senator Latiaris przyprowadza do Sejana przyjaciela swego, Sabinusa, i zaczyna wypowiadać przed nim oburzenie swe na tyranię, wydaje okrzyki na cześć wolności, — słowem, wyzywa go do mówienia. Lecz zaledwie Sabinus mówić zaczął, dwaj szpiedzy wypadają z ukrycia, rzucają się na niego z krzykiem: "Zdrada przeciw Cezarowi!" i twarz mu zasłoniwszy, ciągną go przed sąd, który opuści po to tylko, aby zostać wrzuconym do Gemonii. Dalej nieco widzimy zgromadzenie senatu. Tyberyusz potajemnie wybiera oskarżycieli Latiarisa i rozdziela pomiędzy nich role. Szepty ich szemrzą po kątach, a jednocześnie rozlegają się głośno wypowiadane słowa:

"Żyj długo w szczęściu, Cezarze, wielki, królewsko wspaniały!

Niechaj cię strzegą bogowie i zachowują cię stale

W umiarkowaniu, w mądrości, w zacności twojej! Jowiszu!

Dawaj mu słodycz, pobożność, i pilność, i szczodrobliwość.

Poczem, herold wygłasza imiona oskarżonych, konsul odczytuje akt oskarżenia, Afer ciska na nich gromy swej morderczej wymowy,

senatorowie wpadają w zapał. Scena ta, jak pisma Tacyta i Juvenalisa, odsłania do dna służalczość, obłudę, okrucieństwo Rzymian i jadowitą politykę Tyberyusza. Nakoniec, po wielu innych, przychodzi kolej na Sejana. Ojcowie z niepokojem przestępują próg świątyni Apollina, bo od dni kilku Tyberyusz, jakby był postanowił zaprzeczać samemu sobie, raz przyjaciół, to znowu wrogów ulubieńca do najwyższych dostojeństw wynosi. Daremnie wszystkie oczy tkwią w twarzy Sejana i nic z niej wyczytać nie mogą. Zmieszany zrazu, potem, przez chwilę, bardziej służalczy niż kiedykolwiek, stał się znowu bardziej niż kiedykolwiek zuchwałym. Dokoła krzyżują się intrygi i sprzeczne z sobą wieści. Jeden tylko Makron zna tajemne myśli Tyberyusza, a żołnierze jego ustawiają się u drzwi świątyni, gotowi na pierwsze hasło próg jej przekroczyć. Nareszcie dokonywa się odczytanie aktu zwołującego senat, rada spisuje nazwiska członków, którzy na wyzewnie odpowiedzieli; i po przeczytaniu sprawozdania ogłasza, że Cezar "obdarza ukochanego przez się męża, wysoce dostojnego Sejana, " urzędem i władzą trybuna.

"Oto są listy z pieczęcią Cezara.

Co Senat z niemi uczynić rozkaże?"

SENATOROWIE.

Odczytać je, odczytać! Odpieczętujcie je! odczytajcie publicznie!

COTTA.

Cezar uczcił wysoce godność własną, kroku tego dokonywując.

TRIO.

To myśl szczęśliwa, Cezara godna!

LATIARIS.

Godna też wysokiej osoby, którą ma na cela.

HATERYUSZ.

Bardzo godna!


SANGWINIUSZ.

Jeżeli Rzym szczycił się kiedy jaką cnotą, Mogącą zawiść poskromić, jest nią cnota Sejana.

SENATOR PIERWSZY.

Wysoce dostojny i wysoce szlachetny jest Sejan!

SENATOR, DRUGI.

Dobry i wielki Sejan!

HEROLD.

Uciszcie się!

Tu następuje czytanie listu Tyberyusza. Są w nim zrazu okresy niejasne i powikłane, pełne oskarżeń i wyrzutów, niezrozumiałych jeszcze, ale już do myślenia dających. Nagle występuje jakieś słówko zwracające domysły ku Sejanowi, w Ojców uderza przestrach, lecz uspakaja ich zaraz wiersz następny. Jeszcze parę okresów, a słówko powraca znowu, już wyraźniejsze. "Niektórzy, — pisze Tyberyusz, — gotowi są zbyteczną surowość jego w sprawach publicznych przypisywać ambicyi osobistej, utrzymywać, że pod pozorem służenia nam usuwa on wszystko, co zamiarom jego przeszkody stawić może; niektórzy wykazują potęgę, którą zdobył przez ujmowanie sobie żołnierzy pretoryańskich, przez tworzenie sobie stronnictwa w senacie i u dworu, przez urzędy, które zajmuje sam i rozdaje innym, przez usilność, z jaką zachęcał nas do zamknięcia się w cichej ustroni; nakoniec, oskarżają go o zamiar zostania naszym zięciem. " Tu ojcowie z miejsc swych powstają, wołając: "Dziwne rzeczy! dziwne rzeczy!" Iskrzące się ich oczy przechodzą od listu Cezara na twarz Sejana, która okrywa się bladością i potem, gdy myśli wysnuwają szybko długie szeregi przypuszczeń; słowa zaś listu, jedno po drugiem, padają dalej w ciszę grobową, chwytane w locie przez uwagę, łakomą i wytężoną. Słuchacze drżące sondy zapuszczają w głębie tych zawiłych okresów, trwożni przed omyłką, mogącą zgubić ich bądź w oczach pana, bądź w oczach ulubieńca, czując, że zrozumieć powinni pod karą śmierci. "Są to przypuszczenia, które przez wasze tylko mądre umysły, ojcowie narodu, zbadane i ocenione być mogą. Gdyby stały przed naszym sądem, skłonnym do przebaczenia, nie wahalibyśmy się wyrazić zdania, że są bardzo złośliwe. — O! cofnął i naprawił wszystko! Słuchajmy! Słuchajmy! — A jednak, są tacy, którzy pragną złożyć dowody ich prawdziwości, za tę też prawdziwość denuncyatorzy ręczą życiem. " Po tych słowach list przybiera ton stanowczo już groźny. Sąsiedzi Sejana opuszczają swe miejsca, aby od niego być jaknajdalej. "Rozstąpcie się! rozstąpcie się! Zdala od niego, zdala!" Gruby Sankwiniusz w ucieczce przeskakuje ławy, Żołnierze wchodzą, za nimi Makron. W tej chwili zaczyna się ustęp listu, zawierający rozkaz uwięzienia Sejana. Wówczas spada na niego grad obelg. "Precz ztąd! do lochu z nim! Zasłużył na to! Drzwi wszystkich domów naszych uwieńczmy wawrzynem, wolu z pozłoconemi rogami, ubranego w wień-

ce, bezzwłocznie na Kapitol zaprowadźmy i złóżmy Jowiszowi w ofierze dziękczynnej za to, że ocalił Cezara. — Niech zewsząd wymazane będą wszystkie tytuły zdrajcy, — A wizerunki i posągi jego zewsząd zrzucone. — Wolność! Wolność! Wolność! Chwała Makronowi, który Rzym ocalił!" Jest to szczekanie wściekłej sfory psów, wypuszczonej nakoniec przeciw temu, u którego stóp czołgała się długo i który chłostał ją i kaleczył. W duszy swej Jonson miał dość siły na oddanie tych energicznych namiętności rzymskich, a jasność jego umysłu i głębokość wiedzy, niewystarczające do tworzenia charakterów, pozwalały mu zdobywać się na pojęcia ogólne i szczegóły dobitne, które same jedne wytworzyć mogą obraz z dziedziny malarstwa obyczajowego.

IV.

Ku tej też dziedzinie skierował on swój talent; waga dzieł jego całkowicie prawie spoczywa w komedyach, nie w fantastycznych i przejętych uczuciowością, jak Szekspirowskie, lecz w satyrycznych i usiłujących odwzorowywać życie rzeczywiste, pisanych w celu przedstawiania i karcenia głupstw i zdrożności. Był to wniesiony do piśmiennictwa rodzaj nowy, jakkolwiek towarzyszyła mu doktryna, czerpana przez Jonsona z dwóch pisarzy starożytnych, którymi byli Plaut i Tereacyusz, i których poeta za mistrzów swych poczytywał. Z zupełną prawie ścisłością zachowywał on jedność czasu i miejsca, wyśmiewając tych, którzy w jednym utworze scenicznym "ukazywali człowieka w kolebce, w wieku dojrzałym i w późnej starości, a za pomocą trzech mieczy zardzewiałych i wielu słów sążnistych przesuwali przed oczyma widza wszystkie wojny Białej i Czerwonej Róży; " — i tych również, którzy" wypuszczali w powietrze race ku przestrachowi kobiet i wywracali rozklejone trony ku uciesze dzieci. " On, Jonson, żądał wprowadzania na scenę słów i czynów takich, jakie słyszeć i widzieć można w świecie rzeczywistym, - obrazów malujących życie współczesne, całej gry ludzkich głupstw i szaleństw. " Precz z "potworami: ludzi dawajcie" — ludzi takich, jakich widujemy na ulicach miast naszych, zapatrzonych we własne usposobienia i przywary, w te szczególne znamiona, które, zajmując w nich miejsca naczelne i skierowując w pewną stronę wszystkie ich siły i namiętności, na każdym z nich wytłaczają piętno osobnicze. " I te właśnie piętna usiłuje on oświetlać, pod wpływem, nie ciekawości artystycznej, lecz nienawiści rządzących moralistą. "Chłostać będę te małpy i stawiać przed ich ślicznemi oczyma zwierciadło tak wielkie jak teatr, w którym się znajdujemy. Ujrzą one w zwierciedle tem wszystkie garby czasów naszych, z odwagą nie złomną, ze wzjardą dla trwogi wszelkiej, do ostatniego nerwu i i do

ostatniego ścięgna rozebrane... Surowa ręka moja stworzona jest do silnego brania występku za kark, aby go zgnieść i zdławić, do wyciskania głupoty z tych dusz gąbczastych, które, czołgając się po ziemi, zlizują z niej wszystkie nikczemne prochy. " Zapewne, postanowienie tak mocno i ostro z góry powzięte, może stać się szkodliwem dla naturalności i prawdziwości dramatu: to też bardzo często komedye Jonsona są sztywne i martwe, sceny ich mechanicznie tylko ścierają się i wiążą, a postacie mają pozór śmiesznych bałwanów, albo martwych, pracowicie zbudowanych manekinów. Widać też tu robotę, czuć na każdym kroku zamiary satyryczne; naśladowaniu natury braknie delikatności dotknięcia i odcieni, a całemu utworowi tej bogatej i pełnej wdzięku żywości, która odznacza komedye Szekspirowskie. Dzieje się tak dlatego, że poeta umiej myśli o tworzeniu istot żywych, niż o potępianiu zjawisk zdrożnych. Wzamian, ilekroć pióro jego spotka się ze skłonnością lub namiętnością wybitnie złą i podłą, zawsze znajduje w sobie dość siły, gniewu i talentu, aby ukazać ją w świetle jaskrawem i zobydzającem. Wówczas tworzy takiego Wolpona, dzieło wartości najwyższej, będące najwybomiejszym obrazem obyczajów współczesnych, pełnem piękności malowidłem, na którem żądze złośliwe, zmysłowość rozpasana, okrucieństwo serc, gonitwa za złotem i bezwstyd występku roztaczają poezyę ponurych blasków pełną, taka, jaka wybucha z bachanalii szalejących na płótnach Tycyana (1). Wszystko to uderza widza od pierwszej już zaraz sceny.

Bądź pozdrowiony, dniu, złoto me, bądź pozdrowione!

Dalej, otwórz relikwiarz, niechaj świętość mą ujrzę!

Świętość są stosy złota, klejnotów i naczyń drogocennych.

Duszo świata i moja, witaj, synu słońca!

Świetniejszyś niż twój ojciec. Niech cię ucałuję

Ze czcią, ty, bóstwo woje! i wszystkie te skarby,

Te relikwie w komorze tej świętej zawarte.

W chwilę później karzeł, rzezaniec i hermafrodyta, odśpiewywać zaczynają rodzaj pogańskiego, fantastycznego intermezza. Pieśń ta zawiera historyą, dziwacznemi wierszami ułożoną, przemian hermarodyty, który był zrazu duszą Pytagoresową. Miejscem, na którem toczy się akcya, jest Wenecya, pałac Magnifika Volponego; a te stworzenia potworne, to niezmierne nagromadzenie złota, te żarty dziwacz-


(1) [308]

ne i poetyczne, natychmiast przenoszą wyobraźnię do lubieżnego grodu, który królował w krainie grzechu i sztuki.

Bogaty Volpone żyje na wzór Starożytnych. Nie ma dzieci, ani krewnych, udaje chorego, wszystkich pochlebców łudzi nadzieją, że odziedziczą jego bogactwa, przyjmuje od nich dary, "po wargach ich oprowadza smaczną wisienkę, uderza nią w ich usta i wnet ją cofa. " Szczęśliwy przez to, że składają mu w ofierze złoto, lecz bardziej jeszcze przez to, że udaje mu się ostukiwać ich i zwodzić, złośliwość zarówno jak chciwość posuwa do artyzmu, skrzywieniem przez ból wywołanem bawiąc się niemniej przyjemnie niż błyskami rzucanemi przez rubiny.

Zjawia się adwokat Voltore ("sęp), " niosący wielkie naczynie srebrne. Volpone wnet pada na łóżko, okrywa się futrami, zagrzebuje się w poduszkach i zaczyna kaszlać tak, jakby wnet wyzionąć miał ducha. "Dzięki ci, panie Voltore! Gdzież jest to naczynie srebrne? Wzrok mam tak osłabiony! Miłość twoja ku mnie bez nagrody nie pozostanie! A długo już żyć nie będę. Czuję zbliżający się koniec. Och! Och! Och!"

I zamyka oczy jak człowiek z sił wyczerpany.

Voltore zwraca się do pasorzyta, Moski, z zapytaniem: "Czy będę jego spadkobiercą?"

MOSCA.

Ty się pytasz: czy będziesz jego spadkobiercą? O to błagam cię, panie, daj mi obietnicę, Że mię do rzędu sług swych zaliczysz. Jam złożył Nadzieję w wielmożności twojej i zgubion będę, Jeśli słońce twej łaski dla mnie nie zaświeci.

VOLTORE.

Ależ będzie świeciło, ogrzeje cię jeszcze...

MOSCA.

Jam nie jest z tych, wielmożny panie, coć świadczyli Złe usługi! Przy sobie noszę klacze twoje, Strzegę całości zamków, skrzyń twych i szkatułek, Przechowuję u siebie spis twoich klejnotów, Pieniędzy, sreber — szczere ubóstwo! Jam rządzca Ochmistrz dóbr twoich, Mosca.

VOLTORE.

Lecz czy będę jedynym jego spadkobiercą?

MOSCA.

Jedynym on cię, panie, dzisiaj ustanowił... Wosk pieczęci nie zastygł, atrament nie zasechł Na pergaminie..

VOLTORE.

A więc szczęśliwym, wreszcie los mi się uśmiechnął! Ale czemuż to błogie szczęście mam przypisać?

MOSCA.

Tylko zasługom swym własnym, panie; Innej przyczyny tutaj nie widzę.

Tu zaczyna opisywać mu tę falę bogactw, w której nurzać się będzie, deszcze złota, które nań spłyną, zbytek i przepych, który dom jego zaleją wielką rzeką. "Kiedy, panie, rozkażesz spis ten przynieść sobie do przejrzenia? A może wolałbyś przeczytać kopię testamentu?" Od takich to upewnień, od takich szczegółów ścisłych i dotykalnych, wyobraźnie zapalają się najłatwiej. Więc też, jeden po drugim, nakształt zwierząt drapieżnych, zbiegają się kandydaci do spadku. Drugim z rzędu jest stary sknera, Corbaccio, głuchy, zgarbiony, niemal umierający, a jednak, nietracący nadziei, że przeżyje Wolpona. Aby nadzieję tę zamienić w pewność, radby spadkodawcę napoić za pośrednictwem Moski jakim skutecznym narkotykiem. Wyborny ten narkotyk, w oczach jego przyrządzony, przynosi nawet z sobą i czyni Mosce propozycyę odpowiednią. Radość, która przejmuje go na widok Wolpona, ciężej niż on sam chorego, posiada wiele gorzkiego komizmu.

"Jakże się chory czuje? jakże dzisiaj zdrowie?

MOSCA.

Usta ma wciąż otwarte, powieki zamknięte.

CORBACCIO.

To dobrze.

MOSCA.

Jak lód zimne drętwieje mu ciało;

Ołowianej już barwy nabrało.

CORBACCIO.

Wybornie.

MOSCA.

Puls ma słaby i powolny.

CORBACCIO.

Symptomaty doskonale.

MOSCA.

A mózg, panie! z mózgu jego... (zaczyna krzyczeć głośniej).

COBBACCIO.

Ależ słyszę, słyszę! Z mózgu?

MOSCA.

Wypływa wciąż pot zimny i ciecz jakaś wstrętna, I bez końca się sączy z kątów ócz rozmiękłych.

CORBACCIO.

Czy podobna! Więc jam już zdrów i nic mi nie jest! A co słychać, wiesz, z jego zawrotami głowy?

MOSCA.

O, panie, już minęła dlań pora zawrotów: Utracił całkiem zmysły, przestał nawet jęczeć I oddech jego ledwo dosłyszeć już można.

CORBACCIO.

Wybornie! o, wybornie! Pewno go przeżyję! Sama myśl ta odmładza mnie o lat dwadzieścia.

"Jeżeli pragniesz otrzymać spadek, chwila jest dobrą. Nie daj się tylko nikomu uprzedzić. Przed chwilą pan Vo!tore przyniósł coś ze srebra. — Czy widzisz, Mosca? Patrz. Oto jest wór cekinów: przeważy na szali jego srebrną zastawę. — Uczyń więcej jeszcze. Sporządź akt wydziedziczający własnego syna twego, cały majątek swój zapisz Wolponowi i testament ten przyślij mu do przeczytania. — Tak, tak, sam już o tem myślałem. — Wywrze to na Wolpona wpływ ogromny — Wydziedziczyć na rzecz jego tak dzielnego, zacnego syna! Możnaż się oprzeć podobnemu dowodowi czułości? — Masz słuszność, tak jest; ale ja-to sam na ten pomysł wpadłem. — Zresztą, niema wątpliwości, że przeżyjesz. — Naturalnie. — Mając takie kwitnące zdrowie, — To prawda!" I odchodzi, utykając na nogę, z uszyma przez głuchotę zamkniętemi na ciskane za nim obelgi i docinki.

Po nim przybywa kupiec Corvino, przynoszący perlę wschodnią i brylant przepyszny. "Czy zostanę spadkobiercą?" — Tak jest; Voltore, Corbaccio i stu innych przychodzili tu z gębami żarłocznie rozdziawioneoii na spadek, ale ja wziąłem pióro, papier, atrament i zapytałem go: komu majątek swój chce zapisać? Może Corvinowi? Kogo wykonawcą testamentu swego chce ustanowić? Może Corvina? Na zapytania te odpowiadał tylko milczeniem, lecz ponieważ głowa trzęsie mu się wciąż z osłabienia, więc ja to niby za znaki potwierdzające przyjmowałem. — O, kochany mój Mosko! Ale czy tylko nie ma on dzieci! — Ma z tuzin, albo i więcej, bękartów, które po pijanemu spłodzi! z żebraczkami, z cygankami, z żydówkami, z maurytankami. Nie lękaj się, aby rozmowę naszą usłyszał. Czyń jak ja: drwij z niego, lżyj go, przeklinaj. A może życzysz sobie, abym mu już raz koniec uczynił? — Owszem, jaknajprędzej — po mojem odejściu. " Odchodzi też natychmiast; namiętności ówczesne posiadają całą swoją pełnię i szczerość. Volpone, zaś zrzucając szlafrok, woła:

"O, boski mój Mosca!

Samego siebie dziś przeszedłeś. Liczmy:

Brylant, srebro, cekiny!

Oto ranek pomyślny... Urządź-że mi

Ucztę, muzykę, tańce, wszystkie możliwe uciechy.

Sam Turek tak nie tonie w zmysłowej rozkoszy,

Jak Volpone dziś wieczór rozkoszny mieć będzie. "

Na ten rozkaz Mosca w barwach najponętniejszych opisuje mu żonę Corvina, Celię. Porwany nagłą żądzą, chciwiec przebiera się za pajaca i idzie pod okna Celii, gdzie wyśpiewuje z zapałem śpiewaka operowego; bo z natury jest to komedyant zarówno w domu jak i na placu publicznym. Raz ujrzawszy Celię, pragnie posiąść ją kosztem wszelkim. "Mosca, weź moje klucze; oddaję ci do rozporządzenia złoto, srebro, klejnoty, wszystko. Uczyń z nich jaki chcesz użytek, zastaw lub sprzedaj mnie samego, a spraw tylko, abym w tem jednem żądzę swą mógł nasycić. " Mosca udaje się do Corvina i oznajmia mu, że jakiś wędrowny cyrulik wyleczył jego pana za pomocą jakiegoś olejku i teraz, dla dokończenia kuracyi, poszukuje młodej i ładnej dziewczyny. — Czy nie masz takiej w najbliższej swej rodzinie? bo jeden z lekarzy ofiarował już swoją córkę. — Ach, nędznik, woła Corvinus, o, chciwiec niegodziwy! — Sam, szalony dotąd zazdrośnik, przywykła stopniowo do myśli poświęcenia swojej żony. Za wieje już wydał dla zdobycia spadku, nie chce, aby to poszło na marne. Znajduje się w położeniu gracza, który cale już prawie mienie przegrał i konwulsyjnym ruchem rzuca na stół jego resztki. Prowadzi

tedy na ofiarę biedną, łagodną, płaczącą i opierającą się kobietę; że jednak sam doświadcza tajemnej boleści, więc wpada we wściekłość.

Bądź przeklętą!

Wyciągnę ztąd za włosy! Ciągnąc, krzyczeć będę

Po ulicach, że jesteś rozpustnicą. Usta

Rozedrę ci do uszu. I rozdziawisz gębę

Jak zdychająca ryba. Nie drażnij mnie. Zamną!

Zgódź się, nie męcz. Jak-em żyw, kupię, niewolnika

I oboje powieszę was na oknie. Zmyślę

Jaką potworną zbrodnię i wielkiemi litery

Wypiszę ją na ciele jakim żrącym płynem, —

Ogniem ci ją wypiszę na piersi opornej.

Tak, przysięgam na krew mą, która wrze z twej winy!

CELIA.

Panie, możesz, co zechcesz: jam twą męczennicą.

CORVINO.

Nie bądź-że tak upartą. Czym zasłużył na to?

Pomyśl, proszę cię, błagam, kochanie ty moje!

Doprawdy, będziesz miała klejnoty i stroje,

Wszystko, o czem pomyślisz i czego zażądasz.

Idź tylko i Uściśnij go — z miłości ku mnie...

Raz tylko. — Nie? Twój upór zakarbuję sobie...

Wyrządzasz mi obelgę! Pragniesz mojej zguby?

(Tu Mosca zwraca się do Volponego:)


Pan Corvino dowiedział się jakie lekarstwo

W tych dniach lekarz przepisał panu — więc niem służy:

Pragnie ci ofiarować, panie, chce zaprzedać...

CORVINO

Dzięki ci, drogi Mosca!

MOSCA.

Z własnej chęci, sam przez się, wcale nieproszony...

CORVINO.

Tak, tak!

MOSCA.

Aby dowieśdź prawdziwej miłości dla ciebie,

Dajeć swą żonę śliczną, uczciwą swą żonę,

Jedyną piękność, jaką mamy dziś w Wenecyi.

CORVINO.

Sprawiłeś się wybornie.

Czy podobna spotkać się gdziekolwiekindziej z policzkami tak trafnie i silnie wymierzanemi i zadawanemi przez pełną gniewa satyrę?

Pozostawszy z Celią sam na sam, Volpone zrzuca z siebie pozory udanej choroby i zbliża się do niej tak kwitnący młodością i ożywieniem, tak pełen zapału, jakim był za dni owych, gdy, biorąc udział w publicznych uroczystościach Rzeczypospolitej, odgrywał rolę pięknego Antinousa. W uniesieniu śpiewać zaczyna pieśń miłosną; zmysłowość wiąże się w nim z poetycznością, bo w całych Włoszech ówczesnych poetyczność stanowi wykwit zmysłowości. Pokazuje jej perły, brylanty, różne drogie kamienie, a widok tych iskrzących się skarbów, które przed wzrokiem jej przesuwa, wprawia go w gorączkę. "Możesz używać ich, stracić je, a zostanie mi jeszcze jeden taki kolczyk, za którego cenę mógłbym kupić całe to państwo. "

Niczem perła będąca znacznym już majątkiem:

My podobne jeść będziem na biesiadach naszych.

Główki papug, języczki słowików,

Mózgi pawiów i strusi

Żywność naszą stanowić będą.

Kąpać się będziesz w sokach lewkoniowych,

Różanych i fiołkowych,

W mleku jednorożców, w woniach pantery,

Przechowywanych w pęcherzach i zmieszanych z winem kreteńskiem.

A pić będziemy z wyrzeźbianego złota i bursztynu

Dopóty, aż od zawrotu głów naszych dach domu mego

Nad głowami naszemi kręcić się zacznie,

A karzeł mój tańczyć, rzezaniec śpiewać, trefniś rozśmieszać nas będzie;

My zaś, przebrani, odegrywać będziemy bajki Owidyuszowe,

Ty zrazu jako Europa, a ja w postaci Jowisza,

Potem ja w postaci Marsa, a ty Erycyny,

I dalej tak, i dalej, aż przebiegniemy

I wyczerpiemy wszystkie baśni, prawiące o bogach.

W bogactwie tego obrazu zbytków i rozpusty odbija się Wenecya która była miejscem panowania Aretyna, a ojczyzną Tintoretta i Giorgionego. Nakoniec Volpone porywa w objęcia Celię. — "O, zaklinam cię na twe sumienie! — Sumienie! to przymiot żebraków! — Zostań moją, albo posiądę cię przemocą!" Lecz w tejże chwili, Bonario, wydziedziczony syn Corbaccia, wpada nagle, Celię wyzwala, Moskę rani, a Wolpona oskarża przed sądem o gwałt i oszustwo.

Trzej łotrzy, którzy starają się o otrzymanie spadku, wspólnie usiłują wyratować Wolpona. Corbaccio zadaje kłamstwo synowi i oskarża go o zamach ojcobójczy. Corvino oświadcza, że żona jego jest wiarołomną i bezwstydną kochanką Bonaria. Nigdy jeszcze kłamstwo i podłość nie ukazały się na scenie z taką jak tu siłą i szczerością. Mąż, przekonany o niewinności żony, okazuje najsroższą ze wszystkich zaciętość. "Ta kobieta, z przeproszeniem Waszych Wielebności, jest łotrzycą, do miłostek najzapalniejszą. Rży ona jak klacz. " I dalej przemawia w taki sposób, używając tylko słów coraz zelżywszych i określeń coraz dosadniejszych. Celia upada zemdlona. "Wybornie, woła, ślicznie udaje! Może raz jeszcze zemdlejesz!" Przynoszą przed sąd Volponego, który udaje człowieka konającego; sporządzają fałszywe świadectwa, których prawdziwość udowadnia Voltore, za pomocą adwokackiego języka swego i słów, "z których każde ma wartość cekina. " Celia i Bonario dostają się do więzienia, a Volpone jest uratowanym. To publiczne oszustwo jest dla niego jedną więcej komedyą odegraną, a także rozrywką wesołą i dokonanem arcydziełem. "Oszukać sąd. potok nieszczęścia odwrócić ku niewinnym, to dla mnie przyjemność większa nad posiadanie kobiety. " Na zakończenie wszystkiego sporządza testament, którym cały majątek swój zapisuje Mosce, a potem, puściwszy w świat wieść o swojej śmierci, z za firanki przypatruje się minom domniemanych spadkobierców. Tylko co wybawili go oni z biedy; tem lepiej: spotęguje to i uczyni mu milszą jego złośliwość. "Porządnie tylko udręczaj ich, Mosca!" Mosca rozkłada na stole testament i głośno odczytuje spis bogactw Volponego. "Dziewięć kobierców tureckich, dwie skrzynie rzeźbione, z których jedna z kości słoniowej, a druga z perłowej macicy, pudełko do przechowywania wonności, z jednej sztuki onyksu całe". Domniemani spadkobiercy mdleją z żalu, a Mosca lży ich i wypędza. Do Corvina przemawia w sposób następujący:

"Po co tu siedzisz jeszcze? W jakim zamiarze? Czego się spodziewasz? Posłuchaj. Czy nie wiesz o tem, że mam cię za osła? Chętnie zostałbyś koniokradem, gdyby tylko los ze strony tej ci sprzyjał.

Czy nie wiesz, że ci żona przyprawiła rogi, i jakie!

Ta perła, powiadasz, od ciebie pochodzi? to prawda. A i ten brylant także?

Nie przeczę temu i nawet ci dziękuję. I wiele innych jeszcze rzeczy, mówisz?

Być może. A wiec wyobraź sobie, że są to dobre uczynki: Osłonią one to zlej któreś w życiu wyrządził.

CORBACCIO.

Niewolniku, sodomczyku, posorzycie!

Takeś to mię oszukał!

MOSCA.

Tak, panie. Zamknij gębę,

Bo wybiję ten jedyny ząb, który w niej pozostał!

Nie jesteśże tym obrzydłym i niegodziwym chciwcem

O trzech nogach, który w nadziei łupu

Codziennie przez trzy lata ostatnie obwąchiwałeś te pokoje

Robaczywym swym nosem; któryś

Chciał przekupić mię, abym otruł mego pana?

Wielmożny panie, nie oświadczyłżeś dziś, przed sądem,

Że wydziedziczysz syna swego?

Nie przysięgałżeś fałszywie? Wracaj do domu swego, zdychaj tam i gnij!"

Volpone w przebraniu dom opuszcza, przyczepia się po kolei do każdego z trzech tych nieszczęśliwych i ostatecznie przyprowadza ich do rozpaczy. Ale tymczasem, Mosca, posiadający w ręku swem testament, zaczyna przemawiać z góry i żąda, aby Volpone oddał mu połowę majątku. W kłótni, wybuchłej pomiędzy dwoma tymi łotrami, wychodzą na jaw wszystkie ich szalbierstwa: pan, sługa, trzej mniemani spadkobiercy idą na galery, do więzienia, pod pręgierz "gdzie lud najpewniej wybije im oczy zgniłemi jajami, zepsutemi owocami i śmierdzącemi rybami. " Nikt nie napisał nigdy komedyi bardziej przenikniętej pragnieniem zadania chłosty i pomsty złemu, ujawnienia go, zelżenia i unicestwienia.

Lecz w sztukach teatralnych z podobnem usposobieniem pisanych czy śmiech i wesołość znaleźć się mogą? Znajdują się one w karykaturach i farsach Jonsona. Pewien rodzaj wesołości szorstkiej i grubej, śmiechu czysto fizycznego i zewnętrznego, odpowiada dobrze temperarnentowi człowieka, który łączy w sobie naturę szermierza, hulaki i żandarma. Taka też wesołość i taki śmiech dają mu odpoczynek po satyrze wojowniczej i morderczej. Rozrywka to zresztą stosowna dla usposobień ówczesnych, wyśmienita dla ludzi, którzy

wieszanie człowieka mają za żart zabawny, a obcinanie uszu Purytanom za doskonałą pobudkę do śmiechu. Gdybyśmy mogli znaleźć się na ich miejscu, na równi z nimi uznalibyśmy za arcydzieło Kobietę małomówną. Posępnicki jest starcem zdjętym manią wstrętu dla gwaru, a popędu do gadania. Mieszkanie sobie wybrał przy uliczce tak wązkiej, że powozy przejeżdżać nią nie mogą. Kijem przepędza pokazujących sztuki z niedźwiedziami i mieczami, ilekroć śmią zajrzeć na jego podwórko; przepędził też lokaja, który miał nowe, stukające buty, a przyjęty na jego miejsce służący, Cichacz, chodzi nie inaczej jak w pantoflach z welnianemi podeszwami i nie mówi inaczej jak szeptem i przez trąbkę. Ale Posępnicki zabrania w końcu nawet szeptać i żąda, aby z nim rozmawiano na migi. Jest on bogatym i ma synowca, Delfina, człowieka sprytnego, z którym się źle obchodzi, a który potrzebuje pieniędzy: z góry już więc przewidzieć można męczarnie, które los mu gotuje. Sir Delfin nastręcza stryjowi żonę, piękną i niby wielce małomówną Epikoinę. Posępnicki, zachwycony jej odpowiedziami krótkiemi i tak cichemi, że zaledwie dosłyszeć je może, żeni się z nią, mniemając, że wyrządza przez to psotę synowcowi. Ale właśnie on-to sam pada ofiarą psoty. Zaledwie poślubiona, Epikoina zaczyna mówić, rozprawiać, gderać tak ustawicznie a głośno, jakby dwanaście naraz kobiet w niej siedziało. "Czy myślisz, że ożeniłeś się ze statuą lub maryonetką? Albo z lalką francuską, której oczy poruszają się za pociągnięciem drucika? Albo z jakąś idyotką, tylko co ze szpitala wypuszczoną, któraby siedziała prościuteńko, z rączkami złożonemi, z buzią zaciśniętą i oczyma utkwionemi tylko w ciebie?" To rzekłszy, Epikoina rozkazuje domownikom, aby mówili głośno, a sama otwiera naoścież drzwi przed przyjaciółmi. Przybywają też całemi gromadami i składają Posępnickiemu hałaśliwe powinszowania. Pięć czy sześć języków kobiecych morduje go komplimentami i napomnieniami, radami i zapytaniami. Przyjaciel sir Delfina przyprowadza bandę muzykantów, którzy nagle, jednocześnie i z całej siły uderzają w instrumenty. "O, to istny spisek, spisek, spisek, spisek przeciwko mnie! Jestem kowadłem, po którem oni biją... Rozerwą mię na sztuki! To gorsze od skrzypienia piły!" Nadchodzi orszak lokajów z półmiskami; to sir Delfin całe gospodarstwo z oberży przenosi do domu stryja. Goście uderzają kielichami o kielichy, krzyczą, wznoszą toasty, — a dobosze i trembacze, których przywiedli z sobą, podnoszą wrzawę piekielną. Posępnicki ucieka na strych domu, zatyka sobie uszy, wkłada na głowę dwadzieścia naraz czepków nocnych. Biesiadnicy zaś wołają: "Uderzajcie w bębny, dmijcie w trąby: Nunc est bibendum, nunc pede libero...


(1) [309]

"Nędznicy, mordercy, — krzyczy Posępnieki, — szatańscy synowie, pokurcze zdrajców, po co zlecieliście się tutaj?" Ale uczta wciąż wzbiera. Kapitan Otter zaczyna po pijanemu obgadywać swoją żonę, która też rzuca się na niego i co się zowie okłada go razami. Razy, krzyki, brzęki, wybuchy śmiechu zlewają się w grzmot długi i ogłuszający. Jest w tem pewna poezya wrzawy i są pobudki do wstrząsania śmiechem szalonym grubych nerwów i potężnych klatek piersiowych towarzyszy Drake'a i Essesa. "Nicponie, stentory, psy rodem z piekła! Dach mój, ściany i okna pękają od ich mosiężnych gardzioł!" Nakoniec, Posępnieki rzuca się na ucztujących i zgrzytając zębami, zataczając obłąkane oczy, długim mieczem, wśród hałasu nieopisanego, tłucze instrumenty muzyczne, wygania muzykantów i rozpędza gości. Tu, powiadają mu, że oszalał i w obecności jego zaczynają toczyć rozprawy o mniemanej chorobie, którą jest dotknięty (1). "Choroba ta nazywa się po grecku: MaνίÎ+, po łacinie zaś: insania, furor, vel ecstasit melancholica, albo egreteio, w razie gdy człowiek ex melancliolico evadit fanatieus. Lecz i to także, przypuszczać należy, proszę pani, że jest on dopiero phrenetictis i że phrenesis znaczy tyle, albo prawie tyleż co delirium. " Zaczyna się zaglądanie do książek, które w celach leczniczych należałoby czytać mu głośno. W dodatku i niby na pociechę, otrzymuje on upewnienie, że żona jego ma zwyczaj przez sen nawet mówić, a jeżeli nie mówi, to "chrapie gorzej od pewnego rodzaju bardzo chrapiących delfinów. " "Ach, ach, ach, nędzoż moja!" — woła biedaczysko i zwraca się do synowca: "O, synowcze, ratuj, poradź w jaki sposób mógłbym otrzymać rozwód!" Wówczas sir Delfin przyprowadza dwóch nicponiów, z których jeden udaje księdza, a drugi prawoznawcę, — i obaj oni zaczynają obrzucać się nawzajem terminami poczerpniętemi z prawodawstwa cywilnego i kościelnego, wykładają Posępnickiemu dwanaście punktów, służących za przyczyny do unieważnienia małżeństwa i we dwóch napełniają dom taką wrzawą, jaką tylko dwa naraz rozkołysane dzwony napełnić mogą dzwonnicę. Nareszcie, stosując się do ich rady, Posępnicki wybiera punkt rozwodowy, zawierający niezdolność do stanu małżeńskiego, a wnet z pośród obecnych jedni chcą podrzucać go na kołdrze, inni pragną o prawdzie twierdzenia jego przekonać się naocznie, Upadek po upadku i wstyd po wstydzie, znosi wszystko, a bezpożytecznie, bo żona jego oświadcza, że nie zgadza się na rozwód i chce w nim i nadal mieć męża takiego, jakie miała dotychczas. Przeciw temu oświadczeniu prawoznawca dostarcza innej rady: niech Posępnieki złoży dowody niewierności swej żony, a otrzyma rozwód. Znajdują się też zaraz dwaj ka-


(1) [310]

walerowie, samochwały, którzy utrzymują, że byli jej kochankami Epikoina płacze, a Posępnicki, w uniesieniu radości, pada im do nóg i całuje ich kolana. Wtem prawoznawca orzeka, że wszystko to na nic się nie zda, gdyż czyn występny popełniony został przed ślubem. "O, jest to nieszczęście najgorsze z najgorszych, jakie tylko najgorszy dyabeł mógł wymyślić! Ożeniłem się z kobietą upadłą, i jeszcze z takim hałasem!" I otóż Posępnicki, dawszy sam do tego powód, w oczach całego świata, ogłoszony za małżonka oszukanego i człowieka, który do stanu małżeńskiego jest niezdolnym, widzi się w dodatku skazanym na małżeństwo dożywotnie. Lecz wtedy już, w charakterze przebiegłego łotrzyka i zarazem opatrzności zbawczej, Delfin przychodzi mu z pomocą. "Kochany stryju, zapewnij mi pięćset gwinei rocznego dochodu, a ja cię za to z biedy wyratuję". Posępnicki z zachwytem podpisuje akt darowizny, a synowiec wyjawia przed nim prawdę, że Epikoina jest przebranym za kobietę chłopcem.

Do takiej szalonej osnowy tej farsy dodać jeszcze trzeba grubo śmieszne role dwóch kawalerów oczytanych i zalotnych, którzy po samochwalczym wybryku, z pokorą i w oczach kobiet znoszą dawane im pstryczki w nos i kopanie nogami (1). A z całej tej wesołości hałaśliwej, z tych wrzaskliwych wybuchów ożywienia, jasno przegląda postać pieczystego biesiadnika i tęgiego bibuły, od którego potężnych śmiechów drżały szyby w oknach klubu Syreny.

IV.

Wyżej nad to Jonson się nie wzniósł, nie był, jak Moliere, myślicielem, nie wystarczało mu zdolności do pochwytywania i przedstawiania na scenie głównych momentów życia ludzkiego — takich, jak: wychowanie, małżenstwo, choroba, ani głównych typów pewnego kraju i czasu, takich, jak: dworak, mieszczanin, obłudnik, światowiec (2). Jonson zatrzymał się na stopniu niższym, którym była komedya zasadzająca się na intrydze (3), przedstawianie za pomocą grubego komizmu śmieszności zbyt wyłącznie współczesnych (4) lub zdrożności poję tych zbyt ogólnikowo (5). Jeżeli niekiedy, jak naprzykład w Alche-


(1) [311]

(2) [312]

(3) [313]

(4) [314]

(5) [315]

miku, doścignął doskonałości w przeprowadzeniu intrygi lub sile satyry, to przecież najczęściej trudność, z jaką tworzył, i brak wszelkiego wdzięku zniżały wartość jego tworów. Żyli w nim jednocześnie: krytyk i artysta, a pierwszy wyrządzał krzywdę drugiemu. Wyrachowanie pisarskie tłumiło pomysłowość samorzutną; Ben był za nadto pisarzem i krytykiem, za mało mimikiem i aktorem. Z drugiej jednak strony miara jego wydaje się znacznie wyższą, dlatego mianowicie, że był poetą, tak jak zresztą poetami byli prawie wszyscy pisarze, prozaicy, a nawet kaznodzieje czasów owych. Fantazyę ma bogatą, a także poczucie barw i kształtów, potrzebę i zwyczaj czerpania wrażeń i uciech za pomocą wzroku i wyobraźni. Niektóre ze scenicznych utworów Jon ona, jak np. Skład nowin lub Uroczystości Cyntyi, należą do rodzaju komedyi fantastycznych i allegorycznych, na równi z utworami Arystofanesa. I gra on w nich ze zjawiskami naturalnemi i nadnaturalnemi, z postaciami, które są niczem innem jeno teatralnemi maszkarami, — z mnóstwem abstrakcyj ubranych w strój ludzki, z grubemi konceptami, dekoracyami, tańcami, muzyką i rojem ładnych, wesołych zmyśleń fantazyi, pełnej malowniczości i uczuciowości. W Uroczystościach Cyntyi, naprzykład, na scenie zjawia się troje dzieci, spierających się o posiadanie czarnego, aksamitnego płaszcza, przywdziewanego zwykle przez aktora, który ma wypowiedzieć prolog. Ciągną go one na losy, a jeden z przegrywających, dla pomszczenia się za niepowodzenie, opowiada publiczności treść mającej nastąpić sztuki. Inne przerywają mu co chwila rękoma, zamykają usta i, po kolei okrywając się płaszczem, wypowiadają krytyki na publiczność i autorów. Ta zabawa dziecięca, te gesty, te wybuchy głosów, cały ten spór, maluczki, lecz zabawny, odbierają publiczności nastrój poważny i stanowią przygotowanie do dziwactw samej sztuki.

Miejscem, w którem się znajdujemy jest dolina w Gargafii, w Grecyi, pośród której Diana chce urządzić wspaniałą zabawę (1). Wraz z nią zstępują z wysoka Merkury i Kupido i wnet wszczynają kłótnię. " Lekkonogi krewniaku mój, o piętach upierzonych, kimże ty jesteś, jeżeli nic faktorem wuja mego Jowisza, lokajem, którego on używa na posyłki, który z długim językiem lata od niego do swawolnych dziewcząt, a każdego ranka zamiata salę jadalną bogów i do porządku przyprowadza poduszki, które oni wieczora poprzedniego ciskali sobie na głowy?" Oto jak przyjemnymi umieją być bogowie! Echo zaś, przez Merkurego obudzona, wyrzekać zaczyna nad losem pięknego młodzieńca, który — "w kwiat przemieniony, odwraca i pochyla


(1) [316]

głowę pełną żalu, jakgdyby patrzeć nie chciał na zgubny dlań strumień, którego mile uroki zginęły bezowocnie, nakształt wosku stopionego przez płomię. Niechże przeklętym będzie ten strumień, a wszelkie usta, które dotkną wód jego, niech tak jak ów młodzian, rozgoreją miłością dla samych siebie. " I właśnie tak się składa, że w strumieniu tym gaszą pragnienie panie i panowie dworscy, a wynika z tego rodzaj przeglądu wszystkich śmieszności czasu, ujętych, jak u Arystofanesa, w formę farsy nieprawdopodobnej i pełnego świetności popisu. Asotus, głupi rozrzutnik, ogarnięty żądzą zostania dworakiem ł człowiekiem dobrego tonu, bierze sobie za nauczyciela Amorphusa, pedanta wiecznie podróżującego, biegłego w dworności i który, jak sam twierdzi, "ulepiony jest z gliny delikatnej przez podróże wypolerowanej i pierwszy obdarzył kraj swój kodeksem pojedynkowym, a nerwami optycznemi pił piękno ze stu siedemdziesięciu ośmiu dworów królewskich i szczęście z miłości trzystu czterdziestu pięciu dam, pochodzących ze szlacheckich, jeżeli nie z królewskich, rodów. Był on zresztą w ogólności tak szczęśliwym, jakby świat cały okrywał go pocałunkami uwielbienia. " U takiego-to mistrza Asotus ćwiczy się w sposobie mówienia używanym na dworach, w posługiwaniu się na wzór innych dwuznacznikami, przenośniami, uczonemi klątwami, w niezmordowanem wypowiadaniu długich i niezmiernie kunsztownych frazesów, w naśladowaniu wymuszonych min i obrotów stylowych ludzi, do których podobnym stać się pragnie. Poczem, gdy pochłonął już dostateczną ilość wody ze strumienia przez nimfę Echo przeklętego, staje się nagle zuchwalcem skorym do kłótni, na prawo i lewo rozrzucającym wyzwania do walk zbrojnych, staczanych wedle wszelkich przepisów wytwornej rycerskości.

Jedna z takich pociesznych walk odbywa się na scenie, w przytomności dam, podzielona na cztery spotkania, dźwiękiem trąb poprzedzane. Szermierze składają naprzód i po kolei ukłony proste, potem ukłony bardzo uprzejme, potem jeszcze oświadczenia uroczyste, aż nakoniec staczają bój właściwy. Jest to nadęte powagą błazeństwo; stroną zwycięzką staje się Asotus, zwyciężoną — dworacy, z którymi walczył. Tych ostatnich własną ich bronią pobija surowy moralista sztuki, Krites, który też, drwiąc, sposób mówienia ich naśladuje, poczem, górnolotnie deklamując, karci: "próżność światową i te piękności wybielone i wyróżowane, za któremi przepadają idyoci lekkomyślni, ścigając je swemi szczekającemi i spragnionemi żądzami, wiecznie zdyszani, potem oblani, pędzeni w pościg za napowietrznemi kształtami tych piękności, aż nakoniec, ogłuszeni i z zawrotem głowy, przypłacają godzinę wesołego szału całem życiem późniejszem wśród niesmaków nieuleczalnych. " Po tem wszystkiem, dla uzupełnienia zwycięztwa nad ziem odniesionego, zjawiają się dwie maszkary symbo-

liczne, przedstawiające dwie sprzeczne z sobą cnoty, i krokiem pełnym powagi, we wspaniałych strojach, przechadzają się przed widzami. Rozmowa, wzniosłym wierszem pisana, którą bogini toczy z towarzyszkami swemi, zmierza ku wzniesieniu myśli słachaczów do tych stref moralności wysokich i pogodnych, w których poeta osiedlić je pragnie. "Boska łowczyni, Diana skromna i piękna, zdjęła z siebie łuk z pereł i kołczan z kryształu, a usiadłszy na srebrnym tronie, uroczystości przewodniczyć zaczęła. " Z pełną spokoju wyniosłością królewską patrzała na rozwijającą się i zwijającą u stóp jej wstęgę tańców, aż nakoniec, rozkazawszy tancerzom zdjąć z twarzy maski, poznała dopiero, że występki poprzebierały się tu za cnoty. Wydaje więc rozkaz, aby, uniżenie obecnych przeprosiwszy, wykąpały się w Helikonie, a one, odchodząc parami śpiewają pieśń monotonną, zwrotkę wciąż powracającą i powtarzaną przez chór.

Jestże to opera, czy komedya? Tak, jest to komedya liryczna, w której, jeżeli napowietrzna lekkość ręki Arystofanesowej uczuwać się nie daje, to jednak, jak w Ptakach i w Żabach, istnieje rozmaitość i różnobarwność pomysłów poetycznych, pomysłów, które z karykaturalności i wzniosłości, z prawdy i nieprawdy, z tego, co jest, i z tego, po było, — słowem, ze wszystkich stron i miejsc świata, umieją naraz dobywać najsprzeczniejsze z sobą zjawiska i całe gęstwiny swobodnie przebieranych i wybieranych kwiatów.

Ale Jonson dalej jeszcze posunął się w tym kierunku i nieraz gościł w dziedzinie poezyi czystej, pisząc wiersze miłosne, pełne wdzięku i zmysłowości, prześliczne, równające się idylli starożytnej (1). Był on nadewszystko mistrzem i niewyczerpanym wynalazcą w dziale tych Maszkar, które posiadały naturę balów maskowych, baletów i poetycznych chórów, a w których objawiał się w pełni przepych wyobraźni, odznaczający w Anglii epokę Odrodzenia. Bogowie Greccy i cały Olimp starożytny, postacie allegoryczne i, z płócien malarzy spółczesnych zdjęte, bohaterowie dawnych podań ludowych, wszystkie możliwe światy, rzeczywisty i oderwany, ludzki i boski, starożytny i nowożytny, stanowią kopalnię, w którą zapuszcza on dłonie i z której dobyte bogactwa ukazuje na scenie pod postacią ubiorów, grup harmonijnych, godeł, śpiewów, — słowem, wszystkiego cokolwiek może podniecić, ożywić, upoić ludzi, mających artystycznie wykształcone zmysły.

To też na scenie tej zgromadza się sam kwiat narodu. Ci, którzy na nią wstępują, to nie hecarze, miotający się po teatralnych deskach w strojach zapożyczonych, którychby nosić nawet nie umieli,


(1) [317]

j za których sporządzenie może jeszcze zadłużyliby się krawcom: to wielcy panowie, dworskie panie, sama nawet królowa, ludzie jaśniejący w pełni dumą i stanowiskami, mający na sobie brylanty prawdziwe i własne, z rozkoszą wystawiający bogactwa swe na widok publiczny i, niby klejnot w pudełko, wkładający w te przedstawienia, które dla samych siebie urządzają, cały blask narodowego życia.

Co za stroje! Jaka ulewa przepychów! Jakie nagromadzenie dziwacznych postaci, przedstawiających cyganki, czarownice, bogów, bohaterów, kapłanów, gnomów, wszelkie istoty fantastyczne! Jleż bajecznych przemian, rycerskich bojów; tańców i weselnych pieśni! Jakaż rozmaitość krajobrazów, gmachów architektonicznych, wysp pływających, łuków tryumfalnych, globów symbolicznych! Złoto tam połyskuje, drogie kamienie migocą, w bogatych zwojach purpury więźnie blask świeczników, promienie świateł igrają po zgniecionych jedwabiach, brylantowe taśmy wiją się jak płomienie po obnażonych łonach niewieścich, sznury pereł rzędami otaczają suknie z materyi tkanych w kwiaty, a wyszywanych srebrem, złote hafty, w niezliczone kierunki splatając swe fantastyczne linie, okrywają odzież kwiatatami, owocami, ludzkiemi i zwierzęcemi postaciami, — jeden ten wielki obraz, mnóstwem obrazów usiewając. Tu wznoszą się stopnie tronu, zdobne w grupy kupidynów, z których każdy trzyma w ręku pochodnię (1). Tam z obu stron sceny grad pereł spada ku ziemi całemi kaskadami; a muzycy, ubrani w suknie purpurowe, z wawrzynowemi wieńcami na głowach, grają w cienistych altanach. Szeregi masek przesuwają się i układają w grupy; "jedne z nich są ubrane w barwę pomarańczową i w srebro, inne w srebro i zieloność morską, kaftany zaś są białe i haftowane zlotem, a cała zresztą odzież i wszystkie ozdoby tak nadzwyczajnie bogate, że scena wydaje się zbiornikiem blasku. "

Takiemi byłyprzedstawienia, które Jonson układał corocznie prawie aż do końca życia; stanowiły one istotne święta wzrokowe i porównać je można tylko do orszaków rozwijających się na plótnach Tycyana. Jak Tycyanowi też, tak jemu, starość nie zmroziła wyobraźni, która pozostała zawsze bogatą i świeżą, W opuszczeniu, na łożu boleści, wobec zbliżającej się śmierci i pośród najsroższych zawodów, z niewygasłą żywością barw i pomysłów tworzy on jeszcze Tęsknego pasterza (The Sad Shepherd), obraz nąjpełniejszy czystego wdzięku wiejskiego, ze wszystkich, które nakreślił. Pomyśleć tylko, że piękne to marzenie powstało w pokoju chorego, napełnionym flaszkami, lekarstwami i lekarzami, w jedynem towarzystwie


(1) [318]

najemnej poslugaczki, wśród niepokojów nieodłącznych od ubóstwa i duszności sprawianych przez wodną puchlinę!

Z takiego-to otoczenia Jonson przenosi się do zielonego gaju, w czasy Robina Hooda, pomiędzy wesołe naszczekiwanie ogarów i huczne orszaki myśliwskie. W lesie tym mieszkają wieszczki figlarne które, jak Oberon i Ty tania, gotują ludziom dziwne przygody. Jest tam także para kochanków, zła nieświadomych, która, jak Dafnis i Chloe, wpada w zdumienie, czując bolesną słodycz pierwszego pocałunku. Tam również żyje Earyna, którą pochłonęły wody rzeki, a po której kochanek jej rozpaczający, płacze bez końca, — "Earyna, która otrzymała życie i imię w chwili dobywania się z ziemi pierwszych kiełków i roztwierania się na drzewach pierwszych pąków wiosennycb, — Earyna, zrodzona razem z pierwiosnkiem, fiołkiem i różą, wszystkie inne w rozkwicie wyprzedzająca, gdy Kupidyn uśmiechał się, Wenera Gracye ustawiała do tańca, a wszystkie kwiaty i wszystkie ziółka wonne dobywały się z łona Przyrody, przyrzekając, że dopóty tylko trwać będą, dopóki żyć nie przestanie Earyna... Teraz, czysta jak imię, które nosiła, zmarła ona dziewicą, a drogi duch jej w powietrzu unosi się nad nami. " I tak nad biednym, sparaliżowanym starcem jak obłok świetlisty unosi się poezya. Daremnie opychał się on wiedzą, obciążał teoryami, przybierał postać krytyka wobec teatru, cenzora wobec ludzkości; daremnie duszę swą napełniał oburzeniem nigdy nie gasnącem, a postawie nadawał wyraz posępny i wojowniczy: sny i marzenia boskie nie opuściły go nigdy — i pozostał na zawsze bratem Szekspira.

V.

Otóż i wymówiliśmy imię człowieka, którego postać widać było na wszystkich szlakach Odrodzenia, podobną do tych dębów ogromnych i rozłożystych, ku którym dążą wszystkie drogi przecinające las. Wyznaczam mu miejsce osobne i rozległe, bo rozległej trzeba przestrzeni, aby módz obejść go dokoła. I w taki jeszcze sposób postępując, czy zdołamy ogarnąć go wzrokiem? Czy potrafimy rozpatrzyć się w wewnętrznym jego ustroju? Pytanie; bo wobec niego ani pochwały, ani wielkie słowa, na nic zgoła przydać się nie mogą. Nie chwalonym być on potrzebuje, lecz zrozumianym, a klucza do zrozumienia go udzielić może tylko nauka. Jak powikłane obroty ciał niebieskich poznać możemy tylko za pomocą obliczeń wyższych, jak do pojęcia o subtelnych przemianach, którym ulega roślinność i życie, prowadzi nas zaznajomienie się z najtrudniejszemi formułami chemii, — tak w istotę dziel sztuki wniknąć można jedynie za przewodem

najwyższych psychologicznych teoryi, a z tych jeszcze najgłębsze tylko prowadzić mogą w głębię istoty Szekspira, jego wieku i dzieła, jego geniuszu i sposobu tworzenia.

Prawdą, wynikającą ze wszystkich doświadczeń dokonywanych i spostrzeżeń gromadzonych nad duchem człowieka w ogóle, jest to, że tak rozum jak świadomość jego jest tylko skutkiem czegoś i zbiegnięciem się czegoś. Niema w człowieku żadnej takiej siły, wyodrębnionej a działającej stale, któraby umysł jego utwierdzała w prawdzie, a czyny wiodła po drodze przez zdrowy rozsądek wskazywanej. Przeciwnie, głupota i łatwość wpadania w błąd sa mu wrodzone. Składowe części wewnętrznego organizmu jego porównać można do sprężyn i kółek zegara, które same przez się poruszają się zawsze na ślepo, siłą rozpędu i ciążeniem popychane, a jednak czasem, dzięki pewnemu zbiegowi przyczyn, dochodzą do wskazywania godzin. Lecz to poruszenie ostateczne, mądrością nacechowane, jest sztucznem, nie nataralnem, — sprowadzonem przez siłę zewnętrzną, nie samorzutnem, — nabytem, nie wrodzonem. Zegar nie zawsze szedł dobrze; owszem, często potrzeba go było regulować, a to znowu szło z trudnością. Nic nie zaręcza czy i jak długo będzie szedł dobrze i czy wkrótce już może nie ulegnie zepsuciu, Nawet dobrze idąc, nie daje on jeszcze zupełnej pewności, bo wskazuje godzinę tylko w przybliżeniu. Siła mechaniczna każdej cząstki zawsze znajduje się w pobliżu cząstek innych, gotowa do wyprowadzenia ich poza obręb właściwych im działań, więc do zmącenia zgodności ogólnej. Tak samo myśli, raz w głowi ludzkiej powstawszy, na ślepo dążą każda w inną stronę i niedoskonała ich równowaga co chwila narażona jest na zakłócenie. Właściwie mówiąc, człowiek z natury jest szaleńcem, tak samo jak z natury też ciało jego jest chorem, rozum zaś i zdrowie poczytywać należy tylko za przypadek pomyślny i chwilowy (1). O prawdzie tej nie wiemy, lub zapominamy tylko dlatego, że w dobie obecnej wewnętrzne poruszenia nasze są już uregulowane, powściągnięte, przytępione i wskutek długo trwających starć i poprawek do ruchu rzeczy zewnętrznych nawpół przystosowane. Lecz jest to tylko pozór, a siły pierwotne, groźne, niepodległe i nieokiełznane, trwają wiecznie na dnie tego ładu, który zdaje się niemi rządzić, gotowe przy każdem wielkiem niebezpieczeństwie, przy każdym społecznym przewrocie wyzwolić się i wybuchnąć, z gwałtownością tak samo prawie przerażającą, jak za pierwszych dni swego istnienia. Bo żadno pojecie umysło-


(1) [319]

we nie jest cyfrą prostą i martwą, służącą tylko do zapisywania w naszem wnętrzu pewnego sposobu zapatrywania się na rzeczy i gotową zawsze łączyć się z podobnemi sobie cyframi dla wytworzenia summy ogólnej. Jakkolwiek ściśle do właściwej sobie natury sprowadzane i w karności utrzymywane, pojęcie to wszakże nie przestaje nigdy przechowywać w sobie jakiegoś ostatku zabarwienia zmysłowego, przez które zbliża się do hallucynacyi, jakiejś przetrwałości uczuć osobistych, która sąsiaduje z monomanią, jakiejś sieci pokrewieństw sobie właściwych, która wprawić je może w gorączkę i bezład. W jakichkolwiek kształtach przedstawia się nam to pojęcie umysłowe, bądźmy pewni, że mieszczą się w niem pierwsze zaczątki zmor, głupstw i dziwactw. Jeżeli pozwolimy mu rozwinąć się całkowicie i swobodnie, przekonamy się, że z natury swej nie jest ono niczem innem jeno wyobrażeniem czegoś czynnem i zupełnem, — wizyą, która prowadzi za sobą liczny orszak poczuć i urojeń, a na podobieństwo roślinności bujnej i wszystko dokoła zagłuszającej wzrasta nagle i o własnych siłach, aż nakoniec ogarnia w posiadanie, wstrząsa i zużywa całą istotę człowieka (1). Po jednej takiej wizyi następuje druga, niekiedy wcale z poprzedzającą niezgodna, i tak dalej, nieprzerwanie, a nic innego nad to niema w człowieku; niema w nim żadnej siły odrębnej i od innych niezależnej: on sam jest tylko zbiorem i szeregiem niezliczonych popędów i jak mrowiska mnożących się wyobrażeń.

Te popędy i wyobrażenia cywilizacya obcięła i umiarkowała, lecz wygładzić ich nie zdołała. Wstrząśnienia, uniesienia, starcia, kiedyniekiedy chwila równowagi niezupełnej i przemijającej: oto z czego składa się naprawdę życie człowieka, życie szaleńca, przybierające niekiedy pozory rozumu, lecz w gruncie rzeczy, "z tego samego pierwiastku co i sny jego" powstałe. I oto właśnie człowiek taki, jakim pojął go Szekspir. Żaden pisarz, nie wyłączając nawet Moliere'a nie przebił tak głęboko skorupy zdrowego rozsądku i logiki, która okrywa mechanizm istoty ludzkiej i nie wydobył z pod niej tylu sił nieokiełznanych, które stanowią jej jądro i sprężyny ruchu.

Jakim sposobem dokonać tego zdołał? Jaki instynkt szczególny pozwolił mu odgadnąć te ostateczne wnioski, te najgłębsze spostrzeżenia, które w przyszłości posiąść mieli fizyologowie i psycholodzy? Odpowiedź na te pytania mieści się w tem, że posiadał on wyobraźnię całkowitą.

Dwa te wyrazy dwa małe wyrazy, które wydają się pospolitemi i nic nie znaczącemi, rozwiązują w zupełności zagadkę jego geniuszu Przypatrzmy się więc co obejmują w sobie.


(1) [320]

Myśląc o jakimś przedmiocie, my, ludzie zwyczajni, myślimy zawsze tylko o pewnej jego cząstce, spostrzegamy jego pozór, jedną cechę szczególną, czasem dwie albo trzy cechy takie; lecz dalej i głębiej wzrok nasz sięgnąć już nie może, nieskończona sieć nieskończenie licznych i pokrzyżowanych właściwości przedmiotu jest nam niedostępną, a mętne uczucie, że poza tem, co zdobyć zdołała tak słaba świadomość nasza, istnieje cóś jeszcze, cóś więcej, tworzy w niejasnem przypuszczeniu objawiającą się jedyną część naszych myśli, która zaznajamia nas trochę z ogromnemi rozłogami nadzmysłowości. Jesteśmy podobni do uczniów, pracujących w jakimś dziale przyrodoznawstwa, spokojnych i ograniczonych, którzy, chcąc sobie przedstawić pewne zwierzę, widzą naprzód przez wyobraźnię nazwę jego i napis umieszczony nad jego przedziałem, potem niewyraźny obraz postaci i sierści, a dalej już umysłem sięgnąć nie mogą. Jeżeli wypadkiem zapragną uczniowie ci uzupełnić wyobrażenie swe o tem zwierzęciu, pamięć ich przesuwać się zacznie po głównych cechach jego, po prawidłowo ustanowionych klassyfikacyach, aż zwolna, krok po kroku, z namysłu w namysł, dojdą do spostrzeżenia zimnego obrazu z dziedziny anatomii. I na tera już ograniczy się ich pojęcie o źwierzęciu, nawet najstaranniej uzupełniane, na tem również ograniczają się pojęcia o rzeczach nam wszystkim wspólne, wtedy nawet, gdyśmy zadali sobie wiele trudu, aby je udoskonalić., jak daleko pojęcie takie znajduje się od przedmiotu, który ogarnąć usiłuje, jak niedoskonale i prostaczo go przedstawia, jak go kaleczy i zmniejsza, jakie niepodobieństwa zachodzą w wyobrażeniu stopniowo tworzonem i rozczłonkowanem na drobne, martwe, porządnie układane cząstki, a samym przedmiotem żywym, uorganizowanym, samorzutnym, wiecznemu ruchowi i przekształcaniu się podlegającym, --tego żadne słowo wyrazić nie zdoła. Przedstawmy sobie wewnętrzne widzenie tak całkowite i w szczegóły obfite, że objawiają się w niem do dna wszystkie cechy i wiązadła, cale wnętrze i cala Zewnętrzność zwierzęcia, a objawiają się nagle, w jednem oka mgnieniu, ukazując to źwierzę w zupełności, jego barwę i kształty, grę świateł na sierści, drżenie wyprężonych członków i błyskawicę oczu z jednej strony, a z drugiej, — namiętność porywającą je w danej chwili, wzruszenie, popęd, i nad tero wszystkiem jeszcze instynkty zwierzęcia, ich powiązania, przeszłość, przyczyny, z których powstały, setki tysięcy cech, składających jego naturę i stan obecny, a znajdujących oddźwięk w tyluż tysiącach pokrewnych sobie w wyobraźni, która je ma skupiać i odźwierciedlać w sobie; — przedstawmy sobie takie widzenie, czyli obraz rzeczy doskonały, i zastąpmy niem ten biedny, oschły, przez nędzną logikę ciesielską zbudowany, na który zdobyć się zdołali uczniowie przyrodoznawstwa: a ujrzymy czem jest właściwie pomysł

twórczy prawdziwego artysty i poety, pomysł Szekspira. Jest to pomysł, czy pojęcie o rzeczy lub jej wyobrażenie, bez granic wyższe nad to do którego dochodzą logicy, zwykli uczeni i zwykli, światowi ludzie, bo samo jedno tylko przenika ono aż do dna istoty i rzeczy, w człowieku rozróżnia stronę wewnętrzną od zewnętrznej, — współczuciem wiedzione, bez trudności naśladuje chaotyczny wir ludzkich rojeń i wrażeń, życie maluje z całą nieskończoną jego zmiennością, ukrytą logiką i pozornemi sprzecznościami, — słowem, na równi z naturą dokonywa aktu stwarzania. Podobne widzenie odznaczało wszystkich twórców owego wieku; mieli oni ten właśnie rodzaj umysłów i takie właśnie pojęcia o życiu: w Szekspirze też nie znajdziemy nic więcej nad te same, co u nich, tylko większych wyżyn sięgające, zdolności, i takie same, tylko wydatniej uwypuklone, myśli.

[edytuj] ROZDZIAŁ IV.

[edytuj] SZEKSPIR.

I. Życie i charakter Szekspira. — Jego rodzina. — Miłość. — Małżenstwo. — Jak zostaje aktorem. — Jego Adonis. Sonety. — Miłostki. — Usposobienie. — Sposób prowadzenia rozmowy. — Smutki. — Co stanowi istotę natury produkcyjnej i współczującej. — Oględność Szekspira. — Jego majątek. — Usunięcie sięod świata.

II. Styl Szekspira. — Obrazy. — Wybujałość. — Niezgodność szczegółów. — Bogactwo. — Czem różni się pojęcie o rzeczach twórcze od takiegoż pojęcia analitycznego.

III. Obyczaje. — Poufałość i gminność. — Gwałtowność. — Nagość. — Rozmo-

wy i czyny. — Zgodność pomiędzy obyczajami i stylem.

IV. Postacie dramatów. — Co sprawia, że są one sobie pokrewne. — Dzikusy i głupcy. — Kaliban, Ajaks, Kloten, Poloniusz, Mamka. — Jakim sposobem wyobraźnia bezwiedna może wyprzedzać działania rozumowe i trwać jeszcze po ich ustaniu.

V. Ludzie dowcipni. — Różnica zachodząca pomiędzy umysłem rozumującym i umysłem twórczym. — Mercutio, Beatrice, Rozalinda, Benedykt, clowny. — Falstaff.

VI. Kobiety. — Desdemona, Wirginia, Julietta, Miranda, Imogena, Kordelia, Ufelia, Wolumnia. — Sposób, w jaki Szekspir przedstawia miłość. — Dlaczego Szekspir za podstawę miłości daje instynkt, lub namiętność.

VII. Niegodziwcy. — Jago, Ryszard III-ci. — Dlaczego żądze wybujałe i charaktery pozbawione sumienia przedstawiają grunt najwłaściwszy dla wyobraźni płomiennej.

VIII. Postacie wielkie. — Wybujałości i choroby wyobraźni. — Lear, Otello, Kleopatra, Koryolan, Makbet, Hamlet. — Porównanie psychologii Szekspira z psychologią dramaturgów francuzkich.

IX. Fantazya. — Zgodność wyobraźni i spostrzegawczości u Szekspira. — Czem budziła zajęcia komedya uczuciowa i romantyczna. — As you like it. (Jak się spodoba). — Pojęcie o życiu. — Pojęcie o miłości. — Sen nocyletniej. — Harmonia wszystkich części utworu. — Harmonia pomiędzy utworem a twórcą.

Przystępuję do opisania umysłu nadzwyczajnego, z naturą rażącą wszystkie nasze francuskie przyzwyczajenia do rozbioru i logiki, — umysłu przepotężnego, wybujałego, najdoskonalszego w malowaniu rzeczy wzniosłych i nikczemnych; umysłu najbardziej twórczego, jaki istniał kiedykolwiek w dziedzinie drobiazgowych, dokładnych obrazów rzeczywistości, olśniewających kaprysów fantazyi, i jeszcze tych głębokich powikłań, które wywołują uniesienia tak namiętne, że prawie nadludzkie. Opisywać będę umysł poetycki, pełen natchnień, a pozbawiony moralności, wznoszący się ponad rozum przez nagle objawienia swych jasnowidzących szałów, a w uciechach zarówno jak w bólach tak zaciekły, w rozpędzie tak niepowściągliwy i w zapale gwałtowny, a nieprawidłowy, że mógł być dziecięciem tylko tego wielkiego wieku, który go na świat wydał.

I.

Cokolwiek w nim było, pochodziło od niego samego, to jest, miało źródło w jego duszy i geniuszu, bo okoliczności zewnętrzne przyczyniły się do rozwoju jego w mierze bardzo nieznacznej (1). Zanurzył się on aż do dna w czasach swoich, czyli, zapoznał się sposobem doświadczalnym z obyczajami, panującemi po wsiach, po miastach i u dworu, z najwyższem!, najniższemi i średniemi warstwami społeczeństwa, zresztą, nic nie zebrał z tych kolei, któremi toczyło się jego życie. Koleje te, ze wszystkiemi swemi zboczeniami, przejściami, namiętnościami i powodzeniami, nie miały w sobie nic nadzwyczajnego, nic takiego, czegoby nie można spotkać w życiu wielu innych ludzi (2). Ojciec jego, rękawicznik i kupiec towarów wełnianych, był człowiekiem dostatnim, ożenionym z majętną posiadaczką własności ziemskiej i w kolei czasu pełniącym w miasteczku rodzinnem urzędy wielkiego wójta i pierwszego aldermana. Lecz wtedy już gdy Szekspir dochodził lat czternastu, pomyślność majątkowa ojca jego zbliżała się do końca; zastawił on majątek swej żony, zrzekł się urzędów i, syna ze szkół odebrawszy, wziął go sobie do pomocy w prowadzeniu handlu. Młodzieniec usiłował pełnić to zadanie, przyczem jednak nie obeszło się bez wyskoków i swawoli. Podania niosą, że był on jednym z najtęższych w miasteczku piwoszów, zawsze gotowym do godnego przedstawienia gminy rodzinnej w walkach na kufle. Według pewnego


(1) [321]

(2) [322]

opowiadania, zwyciężony w jednej z walk takich w Bidfordzie, wrócił do domu, chwiejąc się i potykając, albo może i nie wróciwszy dnia tego wcale, spędził noc, wraz z jednym z towarzyszów, na skraju drogi pod drzewem jabłoni. W porze tej najpewniej zaczynał już rymować, jak przystoi prawdziwemu poecie — wałęsać się po okolicy, biorąc udział w hucznych uroczystościach wiejskich, w wesołych i symbolicznych zabawach pasterskich, w całej tym gwałtownej i zuchwałej powodzi życia poetycznego i pogańskiego, która zalewała wówczas wsi angielskie. W każdym razie młody Shakespeare nie był człowiekiem surowego sposobu życia, a namiętności jego odznaczały się zarówno przedwezesnością jak nieoględnością. Mając lat osiemnaście i pół, ożenił się z córką zamożnego yeomana, o dziewięć lat od siebie starszą, a żenił się na gwałt, ponieważ była ona brzemienną (1). Popełniał też inne postępki, równie zuchwałe i niezbyt pomyślne w skutkach. Był podobno złodziejem zwierzyny, co zresztą wchodziło w zakres pospolitego obyczaju czasów owych, bo, jak utrzymuje ksiądz Davies (2), "oddawał się wszelkiemu rodzajowi złośliwego szkodnictwa pod względem królików i danieli, ze szczególnym uszczerbkiem sir Tomasza Lucy'ego, który też często nakazywał go ćwiczyć i więzić, aż nakoniec zmusił do wyniesienia się raz na zawsze gdzieindziej... Szekspir potem wywarł na nim zemstę, biorąc go za wzór do postaci najgłupszego z sędziów. " Dodać trzeba, że w tym samym czasie ojciec Szekspira przebywał w więzieniu i był wplątany w bardzo niepomyślne sprawy, a on sam miał już troje dzieci, szybko jedno po drugiem, i musiał szukać środków do życia, a w rodzinnem miasteczku swojem znaleźć ich nie mogąc, udał się do Londynu, gdzie został aktorem "bardzo nizkiego rzędu, " "sługą teatralnym, " co ma zapewne znaczyć: uczniem lub figurantem. Powiadają niektórzy, że zaczął od stopnia jeszcze niższego, bo dla kawałka chleba pilnował u drzwi teatru koni tych panów, którzy bawili się w teatrze (3). Co pewna, to, że zakosztował nędzy i nie przez wyobraźnię tylko, lecz z doświadczenia poznał czem są niepokoje najsroższe, upokorzenie, wstręt, praca przymusowa, niechęć i despotyzm tłumów. Był komedyantem, jednym z biednych komedyantów Jej Królewskiej Mości (1). " Nie wesołe rzemiosło, poniżone zawsze przez związaną z niem konieczność kon-


(1) [323]

(2) [324]

(3) [325]

toastów i zmyśleń, ulegało w czasie owym większemu jeszcze poniżeniu wskutek brutalstwa tłuszczy, która często kamieniami rzucała na aktorów, i okrucieństwa sędziów, którzy niekiedy skazywali ich na ucięcie uszu. Wszystko to Szekspir czuł i z goryczą o tem mówił: "Niestety, prawdą to jest, żem błąkał się omackiem i czynił z siebie śmiesznego błazna, wystawiającego się na widok publiczny z sercem zakrwawionem i za byle co sprzedającego najdroższe swe skarby. " Gdzieindziej jeszcze mówi: "W niełasce u losu, w niełasce u ludzi, płaczę samotnie nad nikczemnością położenia mego, pragnę dorównać bogatszym w nadzieie, wdzięki i przyjaciół, zrażony jestem do najlepszych zalet własnych, brzydzę się niemal samym sobą 1). "

Echa tych obrzydzeń ozwać się miały w pełnych melancholii późniejszych utworach, mówiących: "o biczach bolesnych; pogardzie znoszonej od ludzi, o gnębicielacb, zadających krzywdy, o pyszałkach, ciskujących obelgi, o zuchwalstwie na wysokich szczeblach społecznych i prawdziwej zasłudze, która cierpliwie znosi wszystko z rąk niegodziwych, znosi, chociażby mogła skwitować z życia i zrzucić z pleców jego brzemię za pomocą sześciocalowego kawałka żelaza. "

Najgorszą stroną takiego poniżającego położenia jest to, że poniża ono duszę. Poprzestając z hecarzami, trzeba samemu stać się hecarzem, a przebywając w miejscu pełnem błota, obłocenia uniknąć, pomimo największych starań, niepodobna. Daremną wówczas jest walka, i jakkolwiek człowiek wyprężałby się i zwijał, konieczność chwyta go w swe skręty i obrzuca swojemi plamami. Cały ten przybór dekoracyjny, cały ten bezład i łachmaniarstwo ubiorów teatralnych, swąd tłuszczów i świec łojowych, przeciwstawienie wystawności i wzniosłości, które rozwijają się na scenie — cała ta wstrząsająca zmienność oklasków i wygwizdywań, spotykanie się z towarzystwem najwyższych i najniższych sfer społecznych, nieustanne i w nałóg przechodzące igranie z namiętnościami ludzkiemi — wszystkie brudy i ułudy, towarzyszące przygotowaniom do przedstawień scenicznych, muszą niezbędnie duszę ludzką wytrącić z równowagi. Na pochyłość tę raz wprowadzona, dusza ta z łatwością już potem stacza się ku rozmaitym wybrykom, nadużyciom, nieporządkom, ku zakulisowym awanturom i karczemnym miłostkom. Szekspir, tak jak i Moliere, wszystkiego tego uniknąć nie zdołał i, jak Moliere, gryzł się tem, na los wyrzekając, że się z nim niegodziwie obszedł; bo do życia dał mu tylko formy człowieka publicznego i kazał też żyć na skalę człowieka publicznego. Po Londynie obiegała anegdota, że ra-


(1) [326]

zu kolega Szekspira, Burbadge, który grywał zwykle rolę Ryszarda III-go, miał udać się na schadzkę z żoną burmistrza City, Szekspir pierwej od niego na tę schadzkę przybył, został uprzejmie przyjęty i gdy właśnie w chwili najczulszej zjawił się Burbadge, powiedzieć mu rozkazał, że Wilhelm Zdobywca wyprzedził Ryszarda III-go (1). Jest to tylko przykład tych figlów Scapin'owskich i awanturę!; wielce niepoważnych, których pełno wyrasta z zawodu scenicznego. Poza sceną Szekspir przestawał z młodzieżą szlachecką, do modnego świata należącą, z Pembrokiem, Montgomerym, Southainptonem (2) i innymi, a widok zbytków i wytworności włoskich, wśród których, gorącym i rozhukanym potokiem upływało. życie tych paniczyków, rozpłomieniał mu zmysły i wyobraźnią.

Jeżeli do tego wszystkiege dodamy ten zapał i tę popędliwość, które są właściwością wszelkiej natury poetycznej, a także te rodzaje przypływów i to rozkipienie wszystkich sił i pożądań, które zalewają podobne głowy, gdy po raz pierwszy świat i życie otwierają się przed niemi, zrozumiemy Adonisa: "to pierwsze dziecię Szekspirowskiej imaginacyi (3). " W istocie, jest to pierwszy krzyk, który wydarł się z piersi Szekspira, a w krzyku tym można go już całego rozpoznać. Nie było nigdy serca ludzkiego tak silnie uderzającego dla piękna, i w dodatku dla wszelkiego piękna, tak nadzwyczajnie zachwyconego wdziękami i blaskami świata, a wstrząsanego i wzruszanego przez rozkosze i ducha i ciała, i tak gwałtownie i bezpamiętnie rzucającego się aż na samo dno wszelkiego użycia. Wenera, ktorą on stworzył, podobnej sobie nie posiada. Na żadnem z płócien Tyeyanowskich znaleźć nie można barw jaskrawszych i ponętniejszych, ani u Tintoretta lub Giorgionego — bogini, któraby była kurtyzaną doskonalszą, rozkoszniejszą i piękniejszą. "Usta jej z chciwością grzebią się w pocałunkach" "drżącemi ramiony obejmuje gnące się ciało młodzieńca, to blada i zdyszana, to znowu jak rozżarzony węgiel czerwona i płomienna, " popędliwa, gniewna, nagłym płaczem zdjęta pada na klęczki, mdleje i znowu, wyprężając się nagle "ustami do ust jego przylega, " wyrzuty, czynione mu, połyka i zgłodniała "objada się rozkoszą, jak sęp, który pożera, pożera, pożerając łaknie jeszcze i nigdy nasycić się nie może. " Obraz ten podbija wszystko, cokolwiek jest w widzu, więc zmysły przedewszystkiem, a potem oczy, olśnione przez to ciało białe i drżące, nakoniec serce, pojone poezyą, wylewającą się tu przez brzegi. Nadmiar młodej i świeżej siły spływa na nieożywione nawet


(1) [327]

(3) [328]

przedmioty, pole uśmiecha się do wschodzącego słońca, powietrze przejęte światłem wesoło pląsa. "Skowronek, z wilgotnej komnatki swojej wylatuje i, wzbijając się w górę, budzi poranek; ze srebrnego łona świta wynurza się słońce w pełnym majestacie swoim i okiem swem tak wspaniale ziemię oświeca, że szczyty cedrów i pagórki zdają się być z pociemniałego złota. "

Cudowna to jest orgia wyobraźni i natchnienia, jednak i niebezpieczna zarazem, bo temperament taki daleko zaprowadzić może (1), Nie było w Londynie takiej zalotnicy, któraby na stoliku swym nie miała Adonisa (2). Może też Szekspir spostrzegł, że posunął się za daleko, bo następny zaraz utwór jego: The Viol of Lucrece, odznacza się kierunkiem zupełnie przeciwnym. Jednak, jakkolwiek wówczas już miał umysł dość rozległy, aby, jak się to później stać miało w dramatach, ogarnąć dwa przeciwległe krańce zjawisk, nie przestał staczać się po swej pochyłości pierwszej. "Słodycz zapomnienia znajdowanego w miłości pochłaniała mu życie. " Był poetą, serce posiadał tkliwe: czegoż więcej potrzeba, aby kochać, doświadczać zawodów, cierpieć, i kochać znowu, — słowem, bez przestanku przebiegać zaklęte koło złudzeń i bólów, nieustannie powracać do punktów, z których się wyszło, nigdy nie ustając w ruchu.

Doświadczał wielu uczuć w tym rodzaju, a pomiędzy innemi dla kobiety, w pewnym stopniu przypominającej Marion Delorme. Była to namiętność nędzna, ślepa, gwałtowna, której brzemię uczuwał i haniebność uznawał, pozbyć się jej przecież nie mógł i ani nawet chciał. Trudno o cokolwiek boleśniejszego nad jego własne wyznania, trudno o wymowniejsze objawy szalu miłosnego i niemocy człowieczej. "Gdy ukochana moja przysięga, że serce jej jest samą szczerością, wierzę jej, wiedząc zarazem, że kłamie. " Taki sam stosunek łączył Alcesta z Celimeną; lecz jakże zbrukaną i złą kobietą jest ta Celimena, przed którą Szekspir pada na klęczki z żądzą dorównywającą wzgardzie! "O, te usta, które świętokradzko zelżyły swą purpury i dla innych równie często jak dla mnie składały pieczęć na fałszywych przysięgach miłości! O, te usta, które od cudzołóztwa kradły daninę rozkoszy! I cóż ztąd? Mam przecież prawo kochać cię tak, jak ty kochasz wszystkich, których oczyma swemi ku sobie wabisz!"

Takiemi-to są te wielkie nagości i bezwstydy dusz, przebywających w sypialniach publicznych zalotnie, takiemi te upojenia, obłąkania, szały, w które pogrążają się istoty twórcze, ilekroć szlachetną dłoń 1 swą spoją w uścisku z jedną z tych dłoni miękkich, łaskotliwych, po-


(1) [329]

(2) [330]

ciągających do rozkoszy (1). Wówczas, wyżsi nad trony, spadają na poziom ulicznie; dobro i zło traci dla nich swe znaczenie i wszystko, co mają, wpada w jeden zamęt. "Jakże drogą i miłą umiesz czynić tę hańbę, — która jak robak wonną różę — kazi pełne uroku twe immię! - W jakże niewymowne słodycze opływają twe niecnoty! — Zasłona piękności okrywa twe zmazy, — a temu, co oko dostrzedz zdoła, nadaje czarodziejski powab. — Ty błędy swe przetwarzasz w jeden orszak wdzięków. — Na ustach, opowiadających dzieje dni twoich, — i wsposób swawolny roztrząsających rozkosze, w których się nurzasz, — obmowa łączyć się musi z pewnym rodzajem chwalby, — a dźwięk imienia twego oszczerstwo w błogosławieństwo przemienia. "

Gdy namiętność jest tak niepozbytą, na nic nie przyda się prawda jak dzień widoczna, rozum, wola, samo nawet poczucie honoru. W imię czego przemawiać można do człowieka, który na wszystko ma jedną odpowiedź: "Wiem o tem, ale cóż mię to obchodzi!" Wielkie miłości, jak wylewy wód, zatapiają wszystko: wstręty i wymagania duchowe, przekonania najsilniejsze, zasady najmocniej wkorzenione. Gdy raz zawitają do serca, czynią je nieczułem na wszystkie inne radości, tak, że może ono tą tylko stroną istoty swej oddychać. Szekspir zazdrości klawiszom instrumentu, po których przesuwają się palce tej kobiety, ją widzi, kiedy na kwiaty spogląda, i trzeba mu tylko myślą dotknąć jej czarnych, płomiennych oczu, aby oblały go i przepełniły żary i wybuchy poezyi olśniewającej (2). Rozstał się z nią na wiosnę "kiedy wspaniały kwiecień w wielobarwnym swym przepychu — wszystko, co żyje, tchnieniem młodości napełniał, — kiedy sam ociężały Saturn śmiał się i podskakiwał u boku wiosny, " lecz ponieważ z nią się rozstawał, nie miał oczu dla tych cudów przyrody: "nie wielbił białości lilii, ani wychwalał żywych rumieńców róży. " Wszystkie słodycze wiosenne wydawały się mu tylko jej wonią, jej śladem. "Do fiołka rzekłem: zkądeś zaczerpnął upajającej woni swojej — jeżeli nie z oddechu mej ukochanej? A w czem umoczyłeś atłasowe swe listki — że tak wspaniałą purpurą jaśnieją, — jeżeli nie we krwi, napełniającej żyły mej ukochanej? — Łajałem lilię za to, że przywłaszczyła sobie białość twej ręki, — a gwoździk za to, że skradł ci barwę twych włosów. — Lękliwe róże stały na ciernistych łodyżkach swych, jedna zarumieniona od wstydu, druga pobladła z rozpaczy, — a inna jeszcze, ani zbyt blada, ani zbyt czerwona, z podwójnym łupem tym, — wziętym od ciebie, łączyła woń twego oddechu. — I mnóstwo innych jeszcze kwiatów widziałem, lecz żadnego


(1) [331]

takiego nie było, — któryby nie zapożyczył od ciebie swej barwy i woni. "

Taką-to była ta pieszczotliwość namiętna, ta cudna przesada miłosnych wierszy Szekspira, które, przypominając i Heinego i współcześników Danta, mogły wystrzeliwać tylko z długich ekstatycznych ojeń, bezustannie ku jednemu przedmiotowi się zwracających. A takiej bezustannej i nieprzezwyciężonej sile uczucia jakież inne czoło stawić zdoła? Czy przywiązanie rodzinne? Szekspir był żonatym, miał dzieci, odwiedzał "raz w rok" swą rodzinę i prawdopodobnie po powrocie z jednej właśnie z wycieczek do niej napisał wiersze powyższe. A może sumienie mogłoby tu służyć za hamulec? "Miłość jest zbyt młodą, aby mogła pojąć sumienie. " Więc zazdrość, gniew? "Zdradzasz mię, to prawda, lecz nie zdradzam-że ja sam siebie, gdy najszlachetniejszą część mej istoty składam w ofierze swym grubym żądzom!" Więc może jeszcze odstręczające obejście się przedmiotu ukochania? I to nie: "Szczęśliwym, żeś wzięla mię sobie za kozła ofiarnego, że rozkazy twe spełniam i sprawy załatwiam. " Brak mu już młodości, więc ona pokochała pacholę płowowłose, które on darzył imieniem najmilszego przyjaciela, sam do niej przywiódł i na niebezpieczeństwo ponęt jej wystawił. "Szatan mój kusi mego anioła i chce mi go zabrać!" A gdy się to już stało, nie śmie przed samym sobą wyznać prawdy i, podobnie jak Moliere, cierpliwie znosi wszystko.

Ileż nędz, ile mąk, zawierają w sobie te drobne koleje dni powszednich! Jak nieprzeparcie obok postaci Szekspira zjawia się przed wyobraźnią naszą postać wielkiego, nieszczęśliwego Moliere'a, tak jak Szekspir poety i z natury filozofa, lecz oprócz tego, szydercy z zawodu, wyśmiewacza starców zakochanych i mężów zwodzonych Moliere'a, który wnet po uciszeniu się najżywszych oklasków komedyi jego udzielonych, rzekł głośno do któregoś z przyjaciół: "Mój drogi, jestem w rozpaczy, bom się przekonał, że żona moja mię nie kocha. "

Bo jest to tak, że ani sława, ani praca i natchnienie twórcze, wielkim tym duszom wystarczyć nie mogą, a dar nasycania ich posiada, tylko miłość, która jednocześnie zadawalnia ich zmysły, mózg i serce, która wyobraźni i wszystkim innym władzom ich ducha dostarcza i strawy i zarazem siły skupiania się na jednym przedmiocie. Jak Musset i jak Heine, Szekspir wołał o sobie: "Miłość jest grzechem mojego żywota; " to też w Sonetach widoczne są ślady namiętności równie jak powyżej opisana niepowściągliwych, a z których jedna miała za przedmiot jakąś wielką panią. Wcześniejsza połowa jego dramatów, Sen nocy letniej, Romeo i Julia, Dwa szlachcice z Werony, noszą na sobie palące piętno tej uczu

ciowości, a dość jest przypatrzyć się charakterom niewieścim, skreślonym w ostatnich czasach zawodu, aby dostrzedz tę tkliwość nieporównaną i tę cześć głęboką, które do końca życia w dani miłosnej składał kobietom (1).

I właśnie ta czułość duszy, podobnej do wybornego narzędzia muzycznego, którego struny drgają przy dotknięciu najlżejszem, mieści w sobie rozwiązanie zagadki jego geniuszu. Czułość tę, niesłychanie subtelną, rozpoznawali już w nim współcześni. Jonson mawiał o nim: słodki Szekspir mój! Wdzięczny łabędź awoński, " a nazwy te potwierdzają tylko powszechne zdanie rówieśników. Był względem ludzi "przyjacielskim i dobrym, w obejściu uprzejmym się, a w postępowaniu prawym i uczciwym. " Z natury otwarty i szczery, obok uniesień namiętnych, miał skłonność do uczuciowych wynurzeń, towarzyszącą zwykle ustrojom artystycznym. A ponieważ dla mężczyzny niema nic milszego i silniej pociągającego nad tę wpólniewieścią miękkość wdzięku i wylania, otaczający lubili go i czuli się u boku jego szczęśliwymi. W rozmowie posiadał wielką żywość, pomysłowość i lotność, a przy pracy pisarskiej wyobraźnię tak bogatą i z taką łatwością tworzyć zdolną, że, według opowieści świadków, pisał bez żadnych przekreślań. Niekiedy, przepisując scenę dramatu zmieniał lub udoskonalał myśl, ale nigdy słowa, co znaczy, że wybuchał w nim nowy pomysł poetycki, ale nie zachodziła potrzeba mozolnego opracowywania wierszy.

Wszystkie te rysy pojedyńcze zlewają się w jednym ogólnym, w tym mianowicie, że Szekspir miał geniusz sympatyczny, współczujący, co znaczy, że umiał zapominać o samym sobie i wcielać się w przedmioty, które się wyobraźni jego przedstawiały. Aby w całem znaczeniu zrozumieć czem jest geniusz współczujący, trzeba zbliżyć się do jednocześnie z nami żyjących twórców, wejść z nimi w stosunki poufale, przypatrzyć się sposobowi powstawania i rozwijania się ich myśli. Trzeba widzieć, jak wskutek szczególnego, pracującego w nich instynktu samorzutnie i bez trudu stają oni na miejscu zjawisk najrozmaitszych: ludzi, zwierząt, roślin, kwiatów, krajobrazów, i bez względu na to czy zjawiska są ożywione lub nieożywione, odczuwają jakby przez zarażenie wszystkie te siły i stawania się, które wytwarzają widzialny kształt zjawisk, tak, że ich dusze, rozmnażając się w nieskończoność, przez nieskończony szereg metamorfoz, stają się niejako skróconym wszechświatem. Ztąd pochodzi, że dla twórców w tej samej ilości lat mieści się większa niż dla innych ludzi summa życia i że właściwie nie uczą się oni niczego, lecz wszystko zgadują.


(1) [332]

Znalem pomiędzy nimi takiego, który z jednego uzbrojenia, ubrania, zbioru sprzętów lepiej poznawał Wieki Średnie i głębiej w nie wnikał, niż trzej uczeni razem wzięci. Odbudowują oni rzeczy minione w taki sam sposób, jak budują nowe: naturalnie, niezawodnie, pod wpływem natchnienia, które jest rozumowaniem, zaopatrzonem w skrzydła. Szekspir otrzymał wykształcenie zaledwie połowiczne "łacinę znał mało, greczyzny nie znał wcale. " Umiał może trochę po francusku i po włosku, lecz nic już więcej nad to nie posiadał. Nie podróżował wcale, z literatur znał tylko współczesną, bieżącą, pochwycił też, w izbach sądowych rodzinnego miasteczka, nieco terminologii prawniczej. Jakże ten zasób wykształcenia nabytego nie odpowiada ogromnej wiedzy jego o człowieku i dziejach! Bo ludzie tacy, ogarniając naraz wzrokiem daleko więcej przedmiotów niżeli śmiertelnicy zwyczajni, ogarniają je też zupełniej, szybciej, głębiej, tak, że napełniają im one umysł i wylewają się przez brzegi. Nie rozumowanie nimi rządzi, lecz wzruszenie, które przy Jada zetknięcia się z jakąś myślą lub z jakiemś zjawiskiem wstrząsa ich rozum, wyobraźnię, uczucie, — słowem, całą ich istotę. Wszystko, co myślą, gotowi są zawsze wyrazić ruchami rysów i członków; ze wszystkiego, co widzą, wyprowadzają bogate szeregi porównań; w prostej nawet rozmowie okazują pomysłowość i twórczość, wprowadzając do niej nowości i zuchwalstwa słowa pomyślanego, czasem szczęśliwie, zawsze niepospolicie i nieprawidłowo, według kaprysu i porywu na oślep rzucającej się improwizacyi. Dziwną bywa popędliwość, błyskotliwość ich mowy, nierówność jej, i te przeskoki, z jakiemi pochwytują i związują dwa bardzo odległe od siebie pojęcia, nie rozumiejąc co to odległość, w mgnieniu oka przechodząc od patosu do śmiechu, od gwałtownego uniesienia do słodkiej łagodności. I ta właśnie żywość niezmierna jest cechą opuszczającą ich najpóźniej. Jeżeli wypadkiem pomysłów im zabraknie, albo zbyt gorzka ogarnie ich melancholia, nie milkną: owszem, mówią i tworzą jeszcze, chociażby tylko puste koncepty; niekiedy czynią się clownami, wyśmiewającymi samych siebie, ze szkodą własną. Znam pomiędzy nimi takiego, który największe błazeństwa wygadywać zaczyna wtedy właśnie, gdy cierpi śmiertelnie, lub myśli o zadaniu sobie śmierci. Czemże jest usposobienie podobne? Kołem wewnętrznem, które obraca się nieustannie, chociaż w próżni, i którego obrotów człowiek noszący je w sobie pragnie wtedy nawet, gdy go kaleczą i szarpią. Wyskoki i wymysły dziwaczne lub śmieszne bywają czasem ostatnią ucieczką takich duchów w chwilach rozpaczy. Podobnych błaznów z dowcipem niewyczerpanym, arlekinów pełnych szyderstwa, spotykamy u grobu Ofelii, u śmiertelnego łoża Kleopatry, w pogrzebowym orszaku Julietty. Bo duchy szekspirowskiemu podobne popadają w ostateczności bądź

najwznioślejsze, bądź najniższe, lecz zawsze krańcowe. Pochodzi to ztąd że zbyt głęboko uczuwają i bóle swe i uciechy, zbytnią wagę przywiązują do każdego stanu swojej duszy, zupełnie pomimowoli układając go w formę romansu. To samych siebie oczerniają, w obrzydzenie biorą i poniżają nad miarę wszelką, to znowu, powstając z upadku, wynoszą się nad miarę, póki ich nie wstrząsną dreszcze radości i dumy. "Niekiedy, — mówi Szekspir, — po jednem z takich zwątpień, myślę o tobie: a wówczas, na podobieństwo skowronka, który ku powracającemu słońcu wzlatuje nad mroczne zagony, dusza moja, śpiewając, wzbija się ku wrotom niebios " A tuż zaraz wszystko znowu omdlewa i gaśnie, jak w ognisku, któremu płomię zbyt potężne nie pozostawiło już żadnych materyi palnych.

"Stoję przed tobą, jak ta smutna jesień, — gdy liście zżółkłe, wiatr porywa z sobą — Z drżących gałęzi, co zimne i nagie, — Są jak arkady w ruinach sterczące, — Przed chwilą słodka pieśń ptasząt z nich biegła.

  • * *

"Stoję przed tobą, jak te szare mroki, — Gdy na zachodzie złote słońce mdleje, — Noc uadchodząca świat w ciemności spowija, — Bliźnięca siostra śmierci, co marzenie — Strąca w nieprzebytego snu głębie bezdenne.

  • * *

Nie płacz ty po mnie, gdy umrę znużony, — Lub płakać przestań, gdy dzwon uroczyście — Przestanie wieścić kres mego żywota — Nie płacz, że świat ten rzuciwszy nieczysty, — Nieczystszym jeszcze glistom na żer się dostanę.

  • * *

Zapomnij o mnie; nie myśl już o ręce, — która to kreśli, bo jeśli wspomnienie — W łzę się roztopi, z miłości szaleję, — I wolę w tobie droga! mieć mrok niepamięci, — Niż gdybyś mnie pamiętać miała, cierpiąc sama. "

Te właśnie, z kolei po sobie następujące, radości i zasmucenia, te zachwyty niebiańskie i melancholie głębokie, niewymowne tkliwości i niewieście przygnębienia, stanowią rysy nieodstępnie towarzyszące naturom poetycznym. W każdem wzruszeniu do ostateczności się posuwając, bezprzestannie wstrząsany przez boleść lub uciechę, czuły na każde najlżejsze dotknięcie, zdolniejszy od innych ludzi do potężnego i subtelnego odczuwania cierpień i rozkoszy, a także do snucia rojeń

najsłodszych i najgłębszych, poeta jest istotą, w której żyje i porusza się cały świat istot wymarzonych, pełnych wdzięku lub grozy, lecz zawsze równie namiętnych jak ten, w którego wnętrzu powstały. Jakimkolwiek zresztą był Szekspir, dość wcześnie ustalił się, dojrzał, ze strony przynajmniej powierzchownej życie uporządkował i z rozsądkiem prawie mieszczańskim zaczął krzątać się około spraw majątkowych, dbać o nie, pracować dla przyszłości. Co najmniej przez lat siedemnaście był aktorem, jak się zdaje drugorzędnym (1), a żalazem tak gorliwie trudnił się przerabianiem różnych utworów scenicznych, że Greene nazywał go "sroką przystrajającą się w cudze pióra, faktorem i rabusiem sceny. " W trzydziestym trzecim roku życia zebrał już tyle pieniędzy, że mógł nabyć w Stratfordzie dom z dwiema stodołami i z dwoma ogrodami, poczem, coraz prędzej już posuwał się na tej drodze. Nikt przez pracę osobistą zajść nie może dalej niż do dostatku; bogactwo zdobyć się daje takiej tylko pracy, która na rzecz naszą wykonywają inni. Było to zapewne przyczyną, dla której Szekspir nie poprzestał na zawodach pisarza i aktora, lecz stał się jeszcze przedsiębiorcą i dyrektorem teatralnym. Nabył na własność część teatrów Blackfriars i Globe, skupywał kontrakty o dziesięciny gruntowe, obszerne płace i same badynki; córkę swą, Zuzannę, wydał za mąż i nareszcie osiedlił się w mieście rodzinnem, we własnym domu, z własnym majątkiem, jak porządny obywatel, porządnie prowadzący swoje interesy i uczestniczący w sprawach gminy, której jest członkiem. Miał dwieście albo trzysta funtów sterlingów rocznego dochodu, co na monetę dzisiejszą znaczy dwadzieścia albo trzydzieści tysięcy franków dochodu rocznego, życie też pędził spokojne, jak niesie podanie, zawsze w dobrym humorze i miłej zgodzie z sąsiadami. Zdaje się nawet, że sława literacka obchodziła go niewiele, bo nie zadał sobie trudy ani zebrania, ani też wydania dzieł swoich. Jedna z córek jego wyszła za lekarza, druga za kupca win; ta druga nie umiała nawet imienia swego podpisywać. W dodatku Szekspir pożyczał ludziom pieniędzy i w małym swoim światku pozował na znakomitość. Dziwne te resztki życia nie przywodząż na myśl kupca raczej niż poety? Czy nie wypada przypisać ich charakterowi angielskiemu, który pojęcie swe o szczęściu mieści w formach życia zamożnego posiadacza wiejskiego, zaopatrzonego w pokrewieństwa, wygody, szacunek publiczny, w powagę domową i stanowisko urzędowe? Albo też może Szekspir, tak jak Wolter, był pomimo mózgu zapalnego człowiekiem rozsądnym, pomimo uniesień żywości człowiekiem nietracącym równowagi, oględnym przez brak ufności w ludzi, oszczędnym


(1) [333]

przez zamiłowanie niezależności, zdolnym po odbyciu podróży dokoła całego świata myśli i uczuć ludzkich podzielić zdanie Candide'a, że największem szczęściem jest "uprawianie własnego ogródka. " Przypatrując się jednak mocnej i doskonałej budowie jego głowy (1), wolę uczynić przypuszczenie takie, że, jak Goethego tak i jego, sama moc wyobraźni wybujałej uratowała wlaśnie od następstw wyobraźni wybujałej; że, jak Goethe, przedstawił on w dziełach swych tak wiele cudzych namiętności, iż osłabiło to płomień jego własnych; że, jeśli ślepe uniesienia zniknęły z jego życia, to dlatego, iż niezmierną ich summę wlał w swe pisma. Może też ratunkiem dla życia jego stał się teatr, bo, w nim zaznawszy przez współczucie wszystkich szałów i wszystkich nędz ludzkich, mógł ze spokojnym i smętnym uśmiechem na nie spoglądać, dla uciechy wyobraźni wsłuchując się tylko w napowietrzną muzykę wywoływanych przez siebie fantazyi (2). I jeszcze jedno: ciałem zarówno jak duchem Szekspir należał do wielkiego pokolenia, które żyło w tych wielkich czasach; jak u Rabelais'go, Tycyana, Michała Anioła i Rubensa, tak i u niego siła mięśni wytwarzała równoważnik dla pobudliwości nerwów. W wieku owym machina ludzka, na sroższe niż obecnie próby wystawiona i zbudowana mocniej, lepiej opierała się burzom namiętności i uniesieniom zapałów twórczych; duch i ciało pozostawały z sobą w równowadze, a geniusz był najwspanialszym wykwitem organizmu, nie zaś, jak teraz, jego chorobą. Zresztą, są to same tylko domysły. Jeżeli człowieka poznać chcemy bliżej, w dziełach jego szukać go musimy.

II.

Szukajmy tedy człowieka i w jego stylu. Styl jest najlepszym wykładnikiem dzieła pisarskiego: w nim bowiem mieszczą się główne cechy genialnego osobnika, po których możemy domyślać się innych. Gdy raz uda się nam pochwycić zdolność, nad wszystkiemi innemi górującą, cała istota twórcy rozwinie się przed wzrokiem naszym, jak korona kwiatu.

Taką zdolnością u Szekspira jest nietylko bogactwo, lecz gwałtowna wybujałość wyobraźni. Jakimkolwiek byłby przedmiot, o którym pisze, ubiera go zawsze w wielką obfitość przenośni; czuć jak co chwila myśli najbardziej abstrakcyjne zmieniają się w nim w obra-


(1) [334]

(2) [335]

zy i jak w umyśle jego rozwijają się cale, długie ich szeregi. Obrazów tych szukać on nie potrzebuje: przybywają mu same, mnożą się i tłoczą, zasłaniają sobą rozumowanie i blaskiem swym przyćmiewają czyste światło logiki. Szekspir nie usiłuje nigdy tłómaczyć lub udowadniać, tylko gromadząc obrazy i postacie, bezustannie odwzorowuje te widzenia dziwne i przepyszne, które, wywijając się jedno z drugiego, napełniają całą jego istotę. Czy u któregokolwiek z dzisiejszych, powściągliwych, pisarzy, znaleść podobna okres dający się przyrównać do następującego, zaczerpniętego na chybi trafi, a będącego ustępem zupełnie spokojnej rozmowy (1)? "Każde życie prywatne powinno wystrzegać się zła z całej siły i bronić się odeń całą zbroją duszy: a cóż dopiero czynić ma dusza, od której zależy i na której polega życie tylu dusz innych! Smierć majestatu królewskiego nigdy wyodrębnić się nie daje: jak otchłań pociąga za sobą wszystko, co znajduje się w pobliżu. Jest to ciężkie koło tkwiące w wysokim szczycie; do każdego z jego olbrzymich promieni uczepionych jest i przytwierdzonych po dziesięć tysięcy przedmiotów mniejszych. Gdy koło upada, wszystkie drobne dodatki, wszystkie drobne przyczepki, w rozgłośnym upadku jego uczestniczą. Ilekroć król wyda westchnienie, świat rozbrzmiewa jękiem. "

Co mianowicie w ustępie tym spostrzegamy? Oto trzy obrazy, skreślone jeden po drugim, dla wyrażenia jednej myśli. Dzieje się tu tak jak u rośliny: z pnia wyrasta naprzód jedna gałązka, z niej dobywa się inna, która znowu rozmnaża się na wiele gałązek nowych. Zamiast drogi gładkiej, prosto wytkniętej za pomocą suchych i rozsądnie zasadzonych żerdzi, mamy tu przed sobą gęsty las — drzew ze splatającemi się gałęziami i krzewów, które, przed wzrokiem naszym zasłaniając, przegradzając drogi i ścieżki, olśniewają go przepychem zieloności swej i bogactwem kwiatów. Nowożytny umysł nasz, wiecznie zatrudniony i niemający czasu, a do jasnego toku francuskiej poezyi klassycznej nawykły, zrazu na widok ten wpada w zdumienie, nawet w niezadowolenie, bo mniema, że autor przez próżność i brak dobrego smaku bawi się sobie w ten sposób, sam po gęstwinach ogrodu swego błądząc i czytelników na błądzenie sród nich skazując. A jednak przypuszczenie to jest myłnem. Szekspir tworzy w sposób taki, nie z dobrej woli, ale z konieczności; przenośnie powstają w nim, nie z kaprysu umyślnego, lecz z samego sposobu kształtowania się jego myśli. Najwyższe nawet wybuchy namiętności nie tłumią działań jego wyobraźni. Zrozpaczony Hamlet w tej samej chwili, w której przywodzi sobie na pamięć szlachetne rysy oj-


(1) [336]

cowskiego oblicza, wraz z niem spostrzega postacie mitologiczne, któremi smak ówczesny napełniał głowy tłumów. Więc porównywa ojca do posła bogów, Merkurego "który tylko co zstąpił na szczyt wzgórza, całujący się ze sklepieniem niebieskiem, " a to śliczne widzenie, zjawiające się pośród krwawych wyrzekań, dowodzi, że w poecie wiecznie istnieje malarz. Pomimowoli i bez potrzeby Szekspir uchylił tu tragiczną maskę twarz mu okrywającą, a czytelnik z za jej strasznych, pokurczonych rysów dostrzegł niespodziewanie uśmiech pełen natchnienia i wdzięku.

Wyobraźni podobnej niezbędnie towarzyszyć musi gwałtowność. Żadna przenośnia nie powstaje bez pewnego wstrząśnienia umysłu. Kto pomimowoli i sam przez się przerabia suche pojęcie umysłowe na obraz, musi mieć mózg zgorączkowany; prawdziwe przenośnie to płomienne zjawiska, układające się w obrazy, przy świetle błyskawic. Nigdy, jak mi się zdaje, u żadnego narodu europejskiego i w żadnym momencie dziejowym, nie było pisarza, któryby w sile namiętności dorównał Szekspirowi. Styl Szekspira składa się z wyrażeń właściwych obłąkańcom. Nikt w świecie nie brał mowy ludzkiej na takie tortury. Sprzeciwieństwa najbardziej krańcowe, przesady szalone, wykrzykniki, apostrofy, cała gorączka właściwa odom, całe nagromadzenie obrazów różnorodnych, spotykanie się w jednym wierszu niebiańskości z okropnością, — wszystko to sprawia wrażenie takie, jakby każdemu słowu przez niego napisanemu towarzyszył gwałtowny krzyk. "I cóżem uczyniła?" — zapytuje królowa syna swego, Hamleta. — "... Popełniłaś czyn, od którego więdnie wdzięk i rumieniec skromności, czyn, który cnotę okrywa obłudą, zdejmuje różę z czoła niewinnej miłości, a natomiast szpeci je wrzodem, nadaje przysięgom ślubnym fałszywość zaklęć szulerskich. O, czyn taki przyrzeczeniom odejmuje duszę i religię miłości przerabia na rapsod złożony ze słów pustych. Oblicze nieba płonie od wstydu, tak jest, — a ta twarda kala ziemska, ta bryła ściśliwa, z obliczem jak w dniu ostatecznego sądu ponurem, myśląc o tem, choruje. "

Nie jestże to styl właściwy obłąkaniu? A jednak przytoczyłem tylko część ustępu, w którym mieszczą się słowa powyższe. Wszystkę zawarte w nim przenośnie noszą na sobie piętno szalu, a myśli stoją u skraju nieprawdopodobieństw, połączonych z niedorzecznością. Jedne i drugie urobił i wypaczył uragan namiętności, szalejący w autorze, któremu się zdaje, że zaraza idąca od ukazywanej przez niego zbrodni ogarnęła wszechświat — i nic już we wszechświecie widzieć nie zdoła oprócz zgnilizny i kłamstwa. Nie poprzestaje na upodleniu ludzi cnotliwych, lecz upadla samą cnotę i w zawrotny ten wir bólów pociąga rzeczy nieożywione. Czerwone zorze zachodnie i blade mroki, które noc rozpościera po świecie, zmieniają się dla niego w ru-

mieńce i bladości wstydu, a maluczkiemu człowiekowi, tonącemu w łzach i skargach, wydaje się jakby z nim razem świat cały z rozpaczy chwiał się i omdlewał.

Można wprawdzie powiedzieć na to, że Hamlet jest wpół obłąkańcem i że w toru tkwi przyczyna szczególnej gwałtowności, z jaką przemawia. Lecz w istocie rzeczy Hamlet uosabia w tej właściwości swojej samego Szekspira. Bo jakąkolwiek byłaby sytuacya: wstrząsającą czy spokojną, i o cokolwiek chodziłoby autorowi: o przekleństwo, czy o prostą rozmowę, — sposób wyrażania się jego nie przestaje być nigdy przesadnym i nadzwyczajnym. Szekspir nie jest zdolny do przyglądania się czemukolwiek w sposób spokojny, lecz bądź na obrazie, bądź na pojęciu umysłowem, które się mu przedstawiają, skupia zawsze wszystkie swe siły, pogrąża się w nich i zatapia. Przypatrywać się geniuszowi jego znaczy toż samo, co stać nad krawędzią otchłani, do której wpadające wielkie wiry wodne zasłaniają naprzód wszystkie po drodze spotkane przedmioty, a potem odsłaniają je z kształtami przeinaczonemi i we wszystkie kierunki powykręcanemi. Zdumienie, do osłupienia posunięte, ogarnia czytelnika wobec tych przenośni tworzonych w konwulsyach, pisanych, zda się, ręką drżącą od gorączkowych majaczeń, — przenośni, z których każda połowa okresu mieści w sobie świat cały myśli i obrazów, które wpatrujące się w nie oczy, zamiast oświecać, pieką. Słowo zdaje się tu tracić pospolite swe znaczenie, szyk słów rwie się i pęka; zaś paradoksy stylowe i pozorne błędy, z jakiemi pisarze inni, drżąc z niepokoju, niekiedy tylko i w uniesieniach zapału śmią występować, u Szekspira stają się mową potoczną. Olśniewa on, oburza, przeraża, odstręcza, przygnębia; wiersz jego jest śpiewem przeszywającym i wzniosłym, pisanym w kluczu zbyt wysokim dla naszych narzędzi słuchowych, które też razi: tak, iż duch nasz sam jeden tylko czystość i piękność jego odgaduje.

Ale to jeszcze nie wszystko. Tę nadzwyczajną moc skupiania się na jednym przedmiocie potęguje jeszcze nagłość rzutu, za pomocą którego przenośna powstaje. U Szekspira niema przygotowań, ani stopniowań, ani uzupełnień, ani starań o jaknajwiększą możliwie jasność. Jak koń zbyt silny i gorący, może on biedz tylko w poskokach, a do równego biegu jest niezdolny. Kilku słowy przebiega przestrzenie ogromne i w przeciągu minuty przeskakuje z jednego na drugi koniec świata. I nadaremnie czytelnik, oszołomiony temi nadzwyczajnemi skokami, stara się dopatrzyć drogi pośredniej, zrozumieć jakim cudem poeta z tej jednej myśli wpadł na tę drugą i pomiędzy dwoma ukazywanemi obrazami zobaczył w przelocie taki długi szereg innych, że każdy z nas tylko krok za krokiem i z trudem wielkim mógłby się z nim zapoznać. Bo gdy my wszyscy pełzamy,

Szekspir lata, i ztąd pochodzi styl jego, złożony z dziwactw, z obrazów kreślonych zuchwale i co chwila ustępujących przed jeszcze zuchwalszemi, — z myśli zaledwie napoczętych i wnet przerywanych przez takie, które są od nich o sto mil odległe. Żadnego widocznego ciągu, — wszystkie pozory bezładu. Co chwila ustawać musimy, bo druga się urywa, i tylko zdala, bardzo daleko, spostrzegając postać poety, domyślamy się, że wodzi on nas za sobą po okolicy pełnej gór i przepaści, której przebywanie dla niego jest swobodną przechadzką, dla nas — pochodem powolnym i pełnym największych wysileń.

Dodać jeszcze potrzeba, że wszystkie te sposoby wyrażania myśli, tak gwałtowne i niespodziane, nie szeregują się jeden za drugim w sposób powolny i wypracowany, lecz cisną się tłumami z tak nadzwyczajną łatwością i obfitością, iż przyrównać je można do wrzących fal wezbranego strumienia, które tłoczą się, wzajem na siebie wpadają i nigdzie nie znajdują miejsca dość obszernego, aby swobodnie rozlać się i uspokoić. W Romeo i Julii łatwo znaleść mnóstwo przykładów tej niewyczerpanej ulewy myśli i wyobraźni. Dowcipnisie Szekspirowscy: Mercutio, Beatrix, Rozalinda, klowny, trefnisie, sypią iskrami konceptów, które jak ogień rotowy toczą się strzałami nieustannemi. Każda z tych postaci zdolną byłaby swoją grą słów na własną rękę ubawić całą teatralną publiczność, tak jak skargi wypowiadane przez króla Leara i królową Małgorzatę mogłyby wystarczyć wszystkim waryatom i wszystkim uciśnionym całego świata. Sonety szekspirowskie to szał myśli i obrazów, pogłębianych z zażartością, sprawiającą zawrót głowy, a pierwszy poemat jego, Venus i Adonis to lubieżna ekstaza Correggia, rozpłomienionego a nienasyconego. I ta właśnie płodność niesłychana, zwiększając stokrotnie zbytek przenośni, powikłanie stylu i zaciekłą gwałtowność wyrażeń (1), aż do ostatnich krańców posuwa cechy główne szekspirowskiego pióra, już i bez tego do ostateczności wybujałe.

Wszystko to zawrzeć można w kilku słowach: do umysłu Szekspira przedmioty wnikały odrazu uczłonkowane i całkowite, do naszego zaś wnikają stopniowo, w postaci rozczłonkowanej, częściowej. Jego myśl obracała bryły, nasza obracać może tylko odłamy: ztąd pochodzi styl jego i styl nasz, czyli dwa zupełnie różne sposoby mówienia. My, pisarze dzisiejsi, przeważnie rozumujący, umiemy za Pomocą jednego słowa dokładnie określać każdą cząstkę powziętej myśli i panujący w niej ścisły porządek odzwierciedlać w ścisłym po-


(1) [337]

rządku naszych wyrażeń. My, jeżeli posuwamy się na przód, to w sposób stopniowy, wyprowadzając wszystko jedno z drugiego, ze słowami obchodząc się jak z liczbami, które sprawdzać należy, a z okresami jak z matematycznemi równaniami. Nieustannie oglądając się na pierwiastki rzeczy, usiłujemy używać takich tylko ogólnikowych wyrażeń, które dla każdego umysłu przystępne być mogą, i zdania układać w sposób tak prawidłowy, aby jaknajwiększa liczba umysłów przeniknąć je była zdolną. Takiemi są właściwości nasze; a jakim jest ich wynik? Taki, że zdobywamy czystość i jasność myślenia i mówienia, lecz wypuszczamy z rąk życie samo. Szekspir, przeciwnie, wypuszczał z rąk czystość i jasność, lecz życie w nich przytrzymywał. Sposób postępowania jego był taki: Z pomysłu bardzo złożonego, z barwnej pół-wizyi, wyrywał i ukazywał płat, czy fibrę ciała drgającego życiem; do widzów już należało z cząstki tej odgadnąć całość, lecz za każdem słowem, które wymawiał, występowały obrazy, ruchy, skrócone rozumowania, mrowiska nagromadzonych myśli. Któż nie zna tych słów Szekspira, pełnych skróconej treści, takich, jakie wydzierają się z człowieka w najwyższem uniesieniu twórczości lub namiętności, słów czerpanych z gwary ludowej i salonowej, a trafiających celnie we wspomnienia narodowe lub w osobiste doświadczenie przeciętnego człowieka (1). Któż nie zna tych jego zdań krótkich, urywanych, nieprawidłowo budowanych, a które właśnie przez swoją nieprawidłowość, dzięki mieszczącym się w nich wyrażeniom gminnym i zwrotom przesadnym, wiernie oddają zachodzące w uczuciach ludzkich gwałty, rwanie się i rozrywanie (2). Za każdem z tych zdań migocą jakieś gesty, zmarszczenie brwi, poruszenie warg, które się śmieją, jakieś błazeństwa, wybiegi, chytre fortele lub bólu pełne rozluzowywanie się machiny ludzkiej. Żadne z tych zdań nie usiłuje wtłaczać w głowy pojęć umysłowych, lecz każde napełnia je obrazami; niema pomiędzy niemi takiego, któreby dążyło do wyrażenia i ścisłego określenia myśli ułamkowej i ograniczonej; wszystkie stanowią ostateczny wybuch i kres akcyi uczuciowej całkowitej, pełnej, w sposób plastyczny wykonanej. I oto są przyczyny dziwactw i zarazem potęgi Szekspira. One to sprawiły, że jest on najmniej jasnym i zarazem najrdzenniej twórczyni geniuszem poetyckim, z pomiędzy geniuszów, które istniały w jego czasach i w jakichkolwiek innych czasach świata; że jest on najsroższym ze


(1) [338]

(2) [339]

wszystkich gwałcicielem mowy ludzkiej i najnadzwyczajniejszym twórca dusz; że najbardziej oddalony od logiki pospolitej i rozsądku klassycznego, posiadł on najwyższą zdolność napełniania nas całym światem kształtów i stawiania przed nami całych tłumów postaci żyjących.

III.

Postarajmy się teraz odtworzyć przed sobą ten świat i odnaleźć piętna, które wytłoczył na nim jego twórca. Poeta nie na traf odwzorowuje otaczające go zjawiska ludzkie, lecz wśród bogatej ich dziedziny wybiera i pomimowoli na scenę wyprowadza te właściwości uczuci czynów, które najbliżej spokrewnione są z rodzajem jego talentu. Wyobraźmy sobie logika, moralistę, krasomówcę, takiego mniej więcej, jakimi byli wielcy francuzcy tragedyopisarze siedemnastego stulecia, i zastanówny się: co i w jaki sposób opisywać będzie on najskłonniejszym? Oto, kierując się skłonnościami wrodzonemi naturze swego talentu, napełni pisma swe postaciami szlachetnem!, ze starannem wyłączeniem nikczemnych; ujawni wstręt niezmożony do służalców i wszelkiej tłuszczy; wśród najgwałtowniejszych wybuchów namiętności nie utraci z oka prawideł, których przestrzegać nakazuje przyzwoitość światowa; wszelkie wyrażenie cyniczne i szynkowniane usunie z pism swoich, jako bezwstyd i hańbę. Dalej, pisarz taki ani na chwilę nie rozstanie się z rozsądkiem, dobrym smakiem i wzniosłością tonu; lekceważąco usunie poufałość, naiwność, dziecinne igraszki i wesołe żarty życia domowego; pominie dokładność szczegółów, zatrze osobnicze rysy, a wskutek tego wszystkiego, — umieści tragedyę w strefie wysokiej i pogodnej, w której postacie przez niego stworzone, abstrakcyjne i warunkom czasu ani miejsca niepodlegające, po zamienieniu z sobą wielu biegłych rozpraw i wymownych przemów, jakby na zakończenie wspaniałego ceremoniału, pozabijają się w sposób doskonale przyzwoity.

Szekspir postępuje wcale inaczej, dlatego, że natura geniuszu jego jest wcale inną. Zdolność w nim górująca polega na wyobraźni płomiennej i oswobodzonej ze wszelkich więzów rozsądku i moralności; on sam puszcza się na wolę tej wyobraźni i nie znajduje w człowieku nie takiego, coby z pod pióra usunąć należało. Zgadza się na naturę całkowitą, widzi, że w tej nienaruszalności swej jest ona piękną i maluje ją ze wszystkiemi jej drobiazgami, kalectwami, słabościami, z całym jej bezładem i wylewaniem się przez brzegi w szałach i wściekłościach. Opisując człowieka, ukazuje go u stołu, w łóżku, przy grze, ukazuje go w stanie pijaństwa, obłąkania, choroby —

słowem, powiększa scenę o całą przestrzeń, ukrywaną pospolicie za kulisami. Uszlachetnianie czegokolwiek na myśl mu nie przychodzi, a jedyną dążnością jego jest wierne kopiowanie życia ludzkiego, i w dodatku, czynienie kopii wypuklejszą jeszcze, silniej uderzającą w oczy od samego oryginału.

Ztąd wynikają obyczaje dramatów szekspirowskich, a nadewszystko brak w nich wszelkiej godności. Godność jest skutkiem panowania człowieka nad samym sobą, wyboru, który czyni on pomiędzy postępkami i podnietemi, poszukując najszlachetniejszych i przyjmując za swoje tylko takie. Postacie zaś Szekspira nie wybierają nic i pozwalają sobie na wszystko. Monarchowie jego są zarazem ludźmi i ojcami rodzin. Leontes, w porywie zazdrości straszliwy (1) i żonę, a także przyjaciela zamordować mający, jak dziecko bawi się ze swym synem, pieści się z nim, nazywa go takiemi zdrobniałemi imionami, jakie zazwyczaj goszczą tylko na ustach matek. Nie waha się on być prostackim, gadatliwym zaś jest, jak bywają piastunki, których sposobu mówienia nie unika, a zwykle czynności spełnia.

"Utarłeś sobie nosek? Powiadają, że podobny on jest do mojego. No, kapitanie, powinniśmy być czyści, bardzo czyści powinniśmy być, mój kapitanie. — Pójdźże ta, panie paziu! Spójrz na mnie błękitnemi oczkami swemi. O, łotrzyku drogi! Kochany pieszczochu! Gdy patrzałem na twoje rysy, ulegałem złudzeniu, że cofam się o lat dwadzieścia trzy, i samego siebie widziałem w majteczkach, w spencerku z zielonego aksamitu, z szabelką zaopatrzoną w namordnik dla tego, aby nie ukąsiła swego właściciela. — Jakże podobny byłem. wówczas do tego oto ździebełka, do tego blazenka, do tego pana dobrodzieja! — Kochany bracie, czy psujecie tam swoje książątko tak, jak ja z pozoru psuję swoje?

A na to Polixenes: "Dopóki siedzę u siebie, najjaśniejszy panie, książątko moje jest przedmiotem moich ciągłych zajęć, trosk, uciech. Czasem jest nieprzyjacielem, czasem zaciętym wrogiem, pasorzytem, żołnierzem, mężem stanu, — wszystkiem, co mam. On mi czyni dzień lipcowy krótkiem jak dzień w grudniu; jego-to dziecięce i nieustanne figle wyleczają mię z myśli, które zmroziłyby cci krew w żyłach. "

Wiele ustępów takich w pismach Szekspira znaleźć można. Jak w rzeczywistości, tak i u niego, postępki błahe, rozmowy powszednie, uczucia pospolite poprzedzają wybuchy wielkich namiętności, albo po nich następują. W ogóle wzruszenia silne są w życiu naszem momentami wyjątkowemi; ogromna większość czasu schodzi nam na


(1) [340]

jedzeniu, piciu, mówieniu o rzeczach obojętnych, myśleniu i marzenia o przyjemnościach lub zmartwieniach bardzo płytkich i nader powszednich. A ponieważ Szekspir maluje ludzi takimi, jakimi są, więc bohaterowie jego witają się, zapytują wzajem o zdrowie, rozmawiają o pogodzie tak, jak się to dzieje w rzeczywistości, i, tak jak w rzeczywistości, zaraz potem wpadają w nieszczęścia ostateczne lub popełniają czyny najniezwyklejsze. Hamlet zapytuje o godzinę, czyni uwagę, że wiatr ostry panuje na dworze, mówi o zabawach i muzyce, których odgłosy dochodzą zdala; a rozmowa ta, przez prosty traf rozpoczęta i prowadzona, spokojna, z akcya żadnego związku niemająca, trwa aż do chwili, gdy widmo ojcowskie, ukazując się wśród ciemności, wyjawia rozmawiającemu tajemnicę morderstwa, które ma pomścić.

Rozsądek wlewa do obyczajów umiarkowanie, i właśnie dlatego obyczaje malowane przez Szekspira są pozbawione wszelkiego umiarkowania. Natura sama sobie pozostawiona musi być popędliwa i gwałtowną, nie cierpi ograniczeń, nie znosi uwag, nie uwzględnia okoliczności: jeżeli pożąda, to naoślep, — jeżeli wybucha to jak dziecko: zniewagami, w szale, gniewie i zapalczywości. Postacie szekspirowskich dramatów mają krew wartką, rękę popędliwą. Nie wiedzą co to jest powściągliwość; boleści, oburzeniu, miłości poddają się bez oporu, naoślep staczają się po pochyłości, na którą wprowadza je namiętność. Jakże znaczną liczbę postaci takich wymienić-by można! Tymon, Leonatus, Kressyda do ich rzędu należą, a także wszystkie młode dziewczęta i główne postacie, wchodzące w skład wielkich dramatów. Szekspir lubuje się w przedstawianiu popędów gwałtownych i rozwagi pozbawionych. Capuletti oznajmia córce swej Julii, że za trzy dni nastąpić ma ślub jej z hrabią Parysem, z którego-to związku dumną być powinna. Julia odpowiada, że wprawdzie uczucia dumy nie doznaje, niemniej wdzięczną jest hrabiemu za dowód miłości, który składa, chcąc ją zaślubić. Trzeba porównać wściekłość, ogarniającą wówczas Capuleta, z gniewami molierowskiego Orgona, aby zmierzyć różnicę, dzielącą dwóch poetów i dwie cywilizacye.

— Co mówisz? Co mówisz, mała sroko? Co to wszystko ma znaczyć? "Dumną jestem!" "Dziękuję, nie dziękuję!" "Niejestem dumną. " O miła ślicznotko, bez tych wszystkich podziękowań, bez tych wyniosłości, przygotuj sobie zgrabne nóżęta, aby w najbliższy czwartek podreptały z Parysem do kościoła Ś-go Piotra, bo jeżeli tego nie uczynią one same, ja zaciągnę cię tam na postronku. Precz mi z oczu, bezwstydnico, ścierwo, wyblakła frygo, lalko woskowa!

Julia: Ojcze mój dobry, na klęczkach błagam cię, abyś mi jedno tylko słowo rzec pozwolił. Capulet: Na szubienicę z tobą, smar-

kata nędznico! łajdaczko nieposłuszna! Powtarzam: pójdziesz we czwartek do kościoła, albo nigdy już na oczy mi się nie pokażesz. Milcz! nie odpowiadaj! Ani słówka! bo rękę mi coś podnosi.

Lady Capulet: — Zbytecznie unosisz się.

Capulet: — Na przenajświętszy Sakrament! Wszak to oszaleć można! We dnie i w nocy, zrana i wieczorem, w domu, za domem, w samotności, wśród łudzi, w śnie i w czuwaniu, jedyną troską moją było wydać ją za mąż: a teraz, gdy znalazłem dla niej pana z pochodzeniem książęcem, z pięknem obejściem się, młodego, znakomicie wychowanego, pięknego, jak tylko serce czyjekolwiek zamarzyć sobie może... ona, ta waryatka płaksiwa, ta lala rozmazana, wobec takiego losu prawi: "Nie chcę iść za mąż! Nie będę mogła go pokochać! Jestem tak młodą... o przebaczenie błagam!" Dobrze, przebaczę, przebaczę, jeżeli wyjść za mąż nie zechcesz; tylko poproszę, abyś szła sobie żreć dokąd zechcesz, ale nie pod moim dachem. Pomyśl i rozważ to sobie, bo nie żartuję wcale. Czwartek niedaleki: rękę na sercu połóż i rozważaj. Jeżeli jesteś moją córką, oddam cię na żonę przyjacielowi swemu; jeżeli nią nie jesteś, idź i powieś się! Idź żebrać, nędzę znosić, z głodu mrzeć na ulicach, — bo, na duszę swoją przysięgam, że za córkę cię nie uznam!

Podobny sposób nakłaniania dziewcząt do zamężcia właściwym jest i Szekspirowi i szesnastemu stuleciu. Wszelkie sprzeciwienie się działa na tych ludzi jak barwa czerwona na byki, to jest, przyprawia ich o szaleństwo.

Łatwo też zgadnąć, że czasom owym i sztuce sceniczne' ówczesnej skromność jest nieznaną; hamulcem będąc, musiałaby ona powściągać: poeta odrzuca ją więc, jak wszystko, co powstrzymuje w rozpędzie. Skromność to wytwór rozsądku i obyczajności; natura zaś i namiętność przemawiają i działają bez osłon. Mowa Szekspira jest tak wszelkich osłon pozbawiona, że często okazuje się do przetłómaczenia niepodobną. Postacie jego nazywają rzeczy po imeniu, choćby ono było najohydniejsze, i włóczą wyobraźnię widza po najdokładniej malowanych obrazach miłości cielesnej. Panowie i panie Szekspira posługują się w rozmowach domyślnikami najnieprzystojniejszemi, takiemi, że aby je dziś usłyszeć, trzebaby wejść do jakiej wielce podrzędnej karczmy (1). W karczmie też chyba wypadałoby szukać tych grubych żartów i tego rodzaju dowcipów nieokrzesanych; z jakich głównie składają się te rozmowy. Życzliwe ugrzecznienie to późno dojrzewający owoc rozwagi, to uczucie ludzkości i dobroci, zastosowane do drobnych, codziennych postępków i rozmów. Rozkazuje


(1) [341]

ono człowiekowi trzymać się na wodzy przez wzgląd na innych, zapominać o sobie, przez pamięć o innych, — zmuszać, słowem, do posłuszeństwa naturę, która sama przez się musi być zawsze samolubną j nieobyczajną. I w tem właśnie leży przyczyna, że tym utworom scenicznym ugrzecznienia braknie. Widzimy w nich furmanów, którzy z wesołości i przez miia popędliwość łby sobie rozbijają uderzeniami pięści, a do zabaw tych wielce podobne są rozmowy i żarty pań i panów, jak naprzykład; Beatryczy i Benedykta (1), którzy na swój czas są wychowani bardzo dobrze, szeroko słyną z dowcipu i grzeczności, a szermierką słów obudzają wesołość widzów. Te zaśszermierki" polegają na jasnem i wyraźnem wypowiadaniu zdań następujących: "Jesteś tchórzem, żarłokiem, głupcem, karykaturą, rozpustnikiem, bestya!" — "Jesteś waryatką, głupią, językiem papuzim, jesteś,., (wyraz do przetłómaczenia niepodobny). " Można sobie wyobrazić co ci ludzie wygadywać muszą, gdy w gniew wpadną. Emilia w Otellu mówi: "Pijany żebrak nie mógłby obełżywszemi słowy obrzucać swej nałożnicy. " Postacie te, posiadając dykcyonarz słów grubych, równy temu, którym posługiwał się Rabelais, nie wahają się wyczerpywać go do dna. Nabierają błota pełnemi garściami i ciskają je w przeciwników, wyobrażając sobie, że sami się niem nie brudzą. Słowom odpowiadają czyny, które bezlitośnie i bezwstydnie pędzą ku ostatnim krańcom namiętności; ludzie tu mordują, trują, podpalają, gwałcą i napełniają widownię stekiem bezeceństw. Okrucieństwa wojen domowych, pojawiające się na scenie szekspirowskiej, przypominają obyczaje wilków i hyen. Trzeba przeczytać historyę buntu Jacka Cade'a, aby powziąć pojęcie, jakiemi były te szały, te wściekłości (2) Zdawać się może, iż mamy tu przed sobą jakieś zwierzęta z łańcuchów zerwane, jakąś ogłupiałą morderczość wilka wpuszczonego do owczarni, jakieś bestyalstwo wieprza, który obżera się i tarza w krwi i gnoju. Bestye te mordują, mordują się nawzajem, niszczą wszystko, co znajdzie się na ich drodze. Po kolana grzęznąc w morderstwach, wołąją o jadło i napój; na końce lane zatknąwszy ścięte głowy ludzkie, spajają usta ich pocałunkami i wybuchają śmiechem. Jack Cade przemawia w sposób następujący:

Idźcie i spalcie wszystkie archiwa królestwa, bo parlament angielski mieścić się teraz będzie w mojej gębie. Najdumniejszy z parów zatrzyma głowę na karku wtedy tylko, gdy zapłaci mi daninę,żadna dziewczyna nie pojmie męża póty, póki nie odda mi swego


(1) [342]

(2) [343]

dziewictwa. Odtąd siedem bułek chleba, kosztujących po groszu, sprzedawać będą za dwa grosze. I pieniądze staną się niepotrzebnemi, bo wszyscy na mój koszt jeść i pić będą i ubierać się w moją liberyę. Jak żyw jestem i siedzę tu, na kamieniu londyńskim, tak rozkazuję i żądam, aby w tym pierwszym roku panowania mego ścieki płynęły tylko winem burgundzkiem, i aby to urządzono na koszt miasta. I odtąd cokolwiek istnieje, będzie wspólną własnością wszystkich. A cóż ty możesz uczynić mojej Królewskiej Mości za to, żem odstąpił Normandyę panu Basimeeu, Delfinowi francuzkiemu? (Tu przynoszą ścięte głowy lorda Say'a i jego zięcia). Wybornie się składa! Niechże się pocałują, ponieważ za życia kochali się bardzo. "

Nie należy nigdy spuszczać z łańcucha człowieka, bo nigdy wiedzieć nie można, jakie żądze i wściekłości gnieżdżą się pod ogładzoną powierzchnią. Tu natura występuje w najszpetniejszej swojej postaci, a szpetność ta jest prawdziwą. Alboż podobne skłonności ludożercze nie objawiają się niekiedy pośród nizkiego gminu? I czyliż wielcy nie postępują czasem jeszcze gorzej? Książę Kornwalii rozkazuje przywiązać do krzesła starego Glostera, za to, że ułatwił ucieczkę królowi Learowi. — Trzymajcie krzesło. Niechaj postawie stopę na tych oto oczach (Lndzie trzymają Glostera w czasie gdy książę wyrywa mu oko i depce je stopą). Glocester: Ktokolwiek z was starości dożyć pragnie, z pomocą mi niech śpieszy ! O, okrutniku! O, wy, bogowie! — Regan a (córka Leara): Jedna strona twarzy zazdrościć będzie drugiej i nawzajem. Ks. Kornwalii (ze śmiechem): Jeżeli teraz jeszcze możesz przyglądać się swej zemście.,. Sługa: Powstrzymaj rękę swą, o; jaśnie wielmożny panie! Sługą twym jestem od lat dziecinnych, lecz nigdy nie oddałem ci usługi większej, jak teraz, gdy mówię, abyś się powstrzymał. Ks. Kornwalii: Co mruczysz, psie nędzny? Sługa: Gdyby broda twoja była porosłą włosami, wyrwałbym ci ją w tej kłótni. Ks. Kornwalii: Ach, błaźnie! (wyciąga miecz z pochwy i rzuca się na sługę). Sługa: Pójdź! pójdź i spróbuj ostrza własnej złości! (Wyciąga także miecz. Biją się; książę otrzymuje ranę). Regana (do innego sługi): Daj mi swój miecz. Miałżeby cham przeciwko nam powstawać! (Wyrywa miecz z ręki innego sługi, zachodzi z tyłu i przebija). Sługa: Jestem zabity! (do Glostera): Jaśnie oświecony panie, zostaje ci jedno oko dla widzenia krwi, którą z niego utoczyłem. Ach! (umiera). Ks. Kornwalii: Już tej krwi nie zobaczy więcej; ja w tem jestem! (przyciska palcem oko Glostera) Precz ztąd brudna galareto! Gdzież podział się teraz blask twój? (wyrywa Glosterowi drugie oko i rzuca je na ziemię). Glocester: Otóż i wszystko już zapadło w ciemności i rozpacz! Gdzie

mój syn? Regana: — Wyrzućcie go za bramy zamku i niech węchem szuka drogi, aż do Duwru.

Takie-to czyny, na wzór obyczajowości współczesnej i wyobraźni samego autora, hamulca żadnego nieznające, napełniają dramaty Szekspira. Bo właśnie dziełem wyobraźni nieokiełznanej niczem i od wszelkich osłon wolnej jest odwzorowywanie płaskich szczegółów życia codziennego, słabości i drobiazgowości, w które nieustannie wpadać muszą postacie najpotężniejsze, — uniesień, które je poniżają, słów okrutnych, bezecnych i brudnych, czynów przerażających, któremi wybucha rozpusta, zezwierzęcenie, cała dzikość natury pierwotnej. Ale nawzajem, dziełem wyobraźni skupionej w sobie i obdarzonej wszechmocą twórczości jest odwzorowywanie tych ohyd i gwałtów z wyborem szczegółów tak trafnych, powszechnie znanych, wyrazistych i dokładnych, że w każdem słowie, w każdej postaci, czuć całą epokę cywilizacyjną, z której powstała. W" zjawiskach przedstawianych i w potędze ich przedstawienia odbija się ten sam czynnik, jedyny i do zbytku wybujały, który odkryliśmy już w stylu Szekspira.

IV.

Na powyższem tle ogólnem ukazuje się tłum postaci żywych i wyrazistych, oświetlonych w pełni i uwypuklonych w sposób zdumiewający. Potężna moc tworzenia takich postaci stanowi właśnie najwyższą zdolność Szekspira i sprawia, że słowa jego wywierają wpływ całkiem nadzwyczajny, każde zdanie, wypowiedziane przez którąkolwiek z jego postaci, odsłania przed nami, oprócz myśli, którą zawiera, także i wzruszenie, z którego powstało, — wszystkie przymioty i cały charakter mówiącego, jego temperament, układ ciała, ruchy, spójrzenia, a czyni to z szybkością, jasnością i siłą, nigdzie i przez nikogo niedościgniętą. Dźwięki, które obijają się o słuch nasz, są ta mniej niż tysiączną częścią tego, co we wnętrzu naszem obudzają; są one jak iskry kiedy-niekiedy spadające, — jak rzadkie smugi płomienne, przesuwające się przed wzrokiem, lecz umysł nasz spostrzega tę pożogę olbrzymią, której skutkiem i objawem są owe iskry i płomienie. Mieszczą się tu, jeden w drugim, dwa dramaty: pierwszy, — dziwaczny, w nierównych poskokach postępujący, skurczony, a widzialny; drugi, — doskonale logiczny, olbrzymi a niewidzialny. Drugi z tych dramatów tak dobrze zasłania sobą pierwszy, że częstokroć tracimy pamięć o słowach, które czytamy, i zdaje się nam, że słyszymy grzmoty przeraźliwych tych głosów, widzimy skurcze rysów, płomię oczu, bladość gwarzy, czujemy ten wrzątek, tę wściekłość, te szalone postanowienia, wraz z krwią rozpaloną przez gorączkę, uderzają do mózgów

i rozpływają się po wyprężonych nerwach, a ta właściwość wywoływania całego tłumu kształtów i uczuć, którą posiada każde zdanie Szekspira, pochodzi ztąd, że samo to zdanie sprowadzone jest przez tłum wzruszeń i obrazów. Pisząc je, Szekspir sam doświadczał wszystkiego, czego my, czytając, doświadczamy, tylko w mierze jeszcze większej. Cudowną właściwością jego była możność dostrzegania w jednem mgnieniu oka całej postaci, którą miał przedstawić, ze stroną jej cielesną i duchową, z przeszłością jej i przyszłością, z całą głębią i ze wszystkiemi szczegółami jej istoty, z doskonale zastosowanym do położenia układem postaci i wyrazem twarzy. Hamlet albo Otello wypowiadają niekiedy takie słowa, które dla osiągnięcia zrozumiałości potrzebowałyby trzech stronic wyjaśnienia; wszystko jednak, co wyjaśnienia te odkryć-by mogły, znajduje się w doborze słów, we zwrocie stylowym, w rodzaju użytej przenośni; i to właśnie daje nam ślad, którym postępując, odkrywamy myśli niedopowiedziane przez twórcę. Niezliczona ilość takich śladów wytłoczoną została w przeciągu sekundy na przestrzeni jednego wiersza. W wierszu następnym na takiej samej przestrzeni znajduje się podobnaż ich ilość, z taką samą szybkością wyrażona. Łatwo ztąd wyprowadzić wniosek o sile skupienia i lotności wyobraźni, która w sposób taki tworzyć Była zdolną.

Wszystkie postacie szekspirowskie zostają z sobą w związku blizkiego pokrewieństwa; dobre czy złe, grubiańskie czy wytworne, dowcipne czy idyotyczne, są one obdarzane przez autora cechami, które stanowią własną jego naturę. Wszystkie są istotami posiadającemi wyobraźnię do ostatecznych granic rozwiniętą, a z rozumu i woli ogołoconem! są machinami rządzonemi przez namiętność, gwałtownie uderzającemi się jedne o drugie, dobywającemi na jaw wszystko, cokolwiek jest w człowieku najbardziej przyrodzonego i roznasanego. Pozwólmy sobie na uciechę umyślnego widowiska i, przebiegając wszystkie szczeble drabiny, przypatrzmy się pokrewieństwu łączącemu te postacie i przedziwnej wypukłości ich wizerunków.

Najniżej spotykamy istoty bezmyślne, gadatliwe, lub bestyalne. Lecz wyobraźnia istnieje już tu, gdzie rozum nie powstał jeszcze, jak istnieć nie przestanie tam, gdzie on zniknie. Idyota i zwierzę ludzkie na oślep postępują za widmami, napełniającemi mózg ich, odrętwiały, albo mechanicznie działający. Żaden poeta nie zrozumiał lepiej tego mechanicznego działania niektórych mózgów ludzkich. Kaliban Szekspira, naprzykład, rodzaj dzikiego potwora, żywiącego się korzeniami roślin, zwierzęce pomruki wydaje pod dłonią poskromiciela swego, Prospera, i bezprzestanne wycia zwraca ku temu panu swemu, wiedząc jednak, że każda obelga odpłaconą mu będzie bólem. Jest to wilk na łańcuchu trzymany, drżący i krwiożerczy, próbujący ugryźć-

każdego kto się ku niemu zbliży, a ścielący się na ziemi przed grożącym grzbietowi jego biczem. Zmysłowość jego jest nagą, śmiech — grubym i nikczemnym, obżarstwo — właściwem zeźwierzęconej naturze ludzkiej. Raz próbuje zgwałcić uśpioną Mirandę; to znowu krzyczy o żer i przeładowuje się nim bez miary. Przybyły na wyspę majtek Stefano daje mu napić się wina. Kaliban całuje go za to w nogi, zapytuje czy nie zstąpił z nieba, bierze go za boga i ubóstwia. Czuć w nim namiętności obrażone i zbuntowane, które czekają tylko chwili sposobnej, aby wybuchnąć i szukać nasycenia. Stefano wybił swego towarzysza. "Bij go dobrze, mówi Kaliban, a trochę poczekawszy, ja także do bicia go nabiorę odwagi. " Blaga Stefana, aby pomógł mu zamordować uśpionego Prospera; pali go żądza tego mordu; skacze z radości, wyobrażając sobie pana swego z gardłem przerzniętem i mózgiem wyrzuconym z czaszki na ziemię. "Błagam cię, królu mój, idź pocichu! Czy widzisz? Oto jest wejście do jego izdebki. Idź pocichu i wejdź tam! Dokonaj tego wybornego morderstwa; zostaniesz na zawsze panem tej wyspy, a ja, Kaliban, lizać ci będę stopy. "

Inni, jak naprzykład: Ajaks i Cloten, podobniejszymi są do ludzi, a przecież, tak jak u Kalibana, Szekspir dobywa u nich i maluje tylko stronę temperamentu. Ciężkość maszyny cielesnej, grubość mięśni, gęstość krwi krążącej w żyłach tych siłaczy, przygniatają stronę duchową i pozwalają rozwijać się jedynie namiętnościom zwierzęcym. Życie Ajaksa składa się z walenia pięściami i połykania kawałów mięsa, a jeżeli zazdrości on Achilesow. i, to zazdrość ta jest prawie zupełnie taką, jaką byk uczuwa względem innego byka. Ślepo i bezmyślnie pochyla kark pod jarzmo Ulissesa i pozwala prowadzić się kędy się mu spodoba; najgrubsze zaś pochlebstwo ma dla niego ponętę nieprzyzwyciężoną. Pod wpływem towarzyszy przyjmuje wyzwanie Hektora, i oto widzimy go nadętego pychą, nieraczącego już rozmawiać z nikim, niewiedzącego dobrze co mówi i co czyni. Kiedy Tersytes woła: "Dzień dobry, Ajaksie!", on odpowiada: "Dziękuję, Tersytesie. " Oddaje się cały uwielbieniu swego olbrzymiego cielska i przewracaniu w sposób majestatyczny swych idyotycznych ślepi. Stanąwszy do pojedynku, wali w Hektora jak w kowadło. Po dość długiej chwili świadkowie rozłączają walczących: "Ależ nie miałem jeszcze czasu do rozgrzania się, — mówi Ajaks; — pozwólcież, byśmy rozpoczęli nanowo. "

Od tego flegmatyczuego wołu, jakim jest Ajaks, Cloten wydaje się mniej ociężałym, lecz w głupocie, grubijaństwie i próżności dorównywa ma zupełnie. Piękna lmogena, której dokuczył zniewagami i furmańskim sposobem mówienia, oświadcza mu, że cała osoba jego nie warta jest lichszego łachmanka z odzieży Posthumusa. "Łachmanka! Naj-

lichszego łachmanka jego! Otoż się zemszczę!... Najlichszego jego łachmanka! Dobrze!" Wkłada na siebie odzież Postbumusa i idzie do Milford-Haren, w nadziei spotkania się tam z Imogeną. "W tem ubraniu posiądę ją przemocą, ale wprzód jeszcze w obecności jej zabiję Posthumusa. Niech zobaczy jak mężny jestem i niech ten widok zada katusze jej zuchwałej dumie. Gdy powalę go nieżywym na ziemię i nad trupem odmówię całą litanię obelg, wtedy... A nasyciwszy żądzę, która mię ku niej pociąga (dokonam zaś tego, jak już wspomniałem w ubraniu, które tak się jej podoba), tłuc ją będę pięściami aż do bramy dziedzińca, a nogami aż do drzwi domu (1). " Inne postacie wprost tylko są gadułami, prawiącemi bzdurstwa, jak, naprzykład, Poloniusz, ten doradzca pełen powagi, a pozbawiony mózgu, "stare dziecko, jeszcze nierozpowite z pieluch, " bałwan, który z uroczystą miną spuszcza na ludzi deszcz komplimentów, rad, mądrych uwag, — rodzaj trąby akustycznej, którą dwór książęcy posługuje się w czasie swoich ceremoniałów ma on pozór istoty myślącej, a w rzeczywistości powtarza tylko słowa, których się na pamięć wyuczył. Najdoskonalej wykończonym ze wszystkich charakterów tego rodzaju jest charakter Mamki w Romeu i Julii, Gadatliwa, używająca w mowie wyrażeń brudnych, prawdziwy tłuczek kuchenny, rondlami i ścierkami cuchnąca, głupia, bezwstydna, poczucia obyczajności wszelkiej pozbawiona, jest jednak w gruncie kobietą dobrą i szczerze do mlecznego dziecka swego przywiązaną. Posłuchajmy bezładnego i niezmordowanego gadulstwa tej baby. "Mamka: Na moją duszę, mogłabym wiek jej wyliczyć prawie co do godziny. Lady Capulet: Skończyła zaledwie lat czternaście. Mamka: Na Ś-go Piotra, wieczorem, skończy czternaście. Zuzanna (niech Bóg zleje miłosierdzie swe na wszystkie dusze chrześcijańskie) była w jednym z nią wieku. Otóż Zuzannę Bóg mi zabrał; nie warta byłam takiego dobra. Ale, jak już wspomniałam, w dzień Ś-go Piotra, wieczorem, skończy lat czternaście. Nie mylę się; jak Boga kocham, w tej-to porze je skończy. Przecież od trzęsienia ziemi upłynęło lat jedenaście, a niema w roku ani jednego dnia takiego, tylko ten jeden, w którym odłączyłam ją od piersi. Posmarowałam sobie brzeg piersi piołunkówką i siedziałam na słońcu, plecami opierając się o ścianę gołębnika. Jaśnie Państwo byli wtedy w Mentonie. Oho! mam przecież głowę pełną mózgu! Ale, co to ja chciałam mówić... dziecko, gdy tylko skosztowało piołunkówki, którą cycka moja była posmarowana, poczuwszy gorycz, zaczęło — ślicznotka ta moja — stroić minki niezadowolenia


(1) [344]

i brykać mi u piersi... od tego to dnia, przeszło lat jedenaście. Bo już wtedy dobrze trzymała się na nóżkach, mogła prawie biegać, przeginając się ciągle z boku na bok. Pamiętam nawet, że dniem pierwej upadla i uderzyła się w czołko. "

Tu rozpoczyna historyjkę nieprzyzwoitą, po razy cztery upierając się, aby ją opowiedzieć, pomimo stawianych jej przeszkód. Nie dba o przeszkody: historyjka zasiadła jej w głowie, opowiada ją tedy po kilkakroć i sama się z niej śmieje. Takie powtarzanie bez końca jednej i tej samej rzeczy jest objawem umysłów pierwotnych. Ludzie z gminu nie trzymają się nigdy prosto wytkniętej linii rozumowania i kolei faktów, lecz wciąż zawracają do początku, albo drepcą na jednem miejscu, a uwaga ich, raz uderzona przez jakiś obraz, zatrzymuje się ca nim całemi godzinami, bez nudy i znużenia. Jeżeli nakoniec posuną się nieco naprzód, to wpadają pomiędzy mnóstwo myśli ubocznych i długo krążą pomiędzy niemi, zanim natrafią na tę, która im jest potrzebną. Takim też zupełnie sposobem myśli i mówi mamka Julii, a przynosząc jej wieści o kochanku, dręczy ją i niecierpliwi, nie tyle przez złośliwe droczenie się, ile przez nałóg nierozsądnego gadulstwa.

— O, Jezu, jakże ci pilno! nie możesz poczekać trochę? czy nie widzisz, że brak mi tchu? Julia: Jak to brak ci tchu, jeżeli masz go dosyć, aby mi powiedzieć, że go nie masz? Dobre czy złe wieści mi przynosisz? To jedno powiedz! Dobre, czy złe? Tylko to powiedz. Na szczegóły zaczekam. O, uczyń o co proszę! Wieści są dobre, czy złe? Mamka: Ach, wybrałaś prawdziwie jak błaźnica. Nie umiesz robić wyboru pomiędzy mężczyznami. Romeo! Nie, chyba tyś nie jego wybrała! Chociaż ma on najpiękniejsze rysy i najkształtniejsze łydki pod słońcem. Co do wzrostu, ręki i stopy, to także nic im zarzucić nie można, trudno nawet o podobne. Wielkiej rycerskości to w nim nie widać, ale za to ręczyć można, że łagodny jest jak jagnię. Niechże Pan Bóg ci sprzyja, dzieweczko. Pełń wolę bożą. Ale, ale, czy tu już po obiedzie? Julia: Nie, nie. Ale ja o tem, co mi mówisz, sama w działam. Co powiedział ci o ślubie naszym? co powiedział? Mamka: O, Panie Boże! jakże mię głowa boli! Co za okropna głowa! Rwie, jakby na tysiąc kawałków rozpaść się miała! I plecy bolą, tu tu bolą! Oj, plecy moje, plecy! Przeklęty miałaś pomysł kazać mi tyle biegać po mieście, abym śmierci zachwycili Julia: Zmartwiona jestem, doprawdy, że czujesz się niedobrze, ale kochana, kochana, kochana niani u moja, powiedz co rzekł mój miły? Mamka: Twój miły wyrzekł słowa godne tak zacnego szlachcica, jakim jest, i grzecznego w dodatku, miłego, pięknego, cnotliwego. Ręczę ci, że jest tak, jak mówię. A gdzie twoja matka?

I w podobny sposób prawi bez końca. Gadulstwo jej staje się jeszcze przykrzejszem, gdy oznajmia Julii śmierć jej krewnego i wygnanie Romea. Czyni to z przeszywającemi krzykami i czkawką, które przypominają tłustą i astmatyczną srokę. Rozpływa się w lamentach, wykrzykuje górnobrzmiące zdania, płacze nazwiska i kończy na żądaniu — wódki. Raz przeklina Romea, innym razem sprowadza go sama do pokoju Julii. Kiedy Julia, otrzymawszy rozkaz zaślubienia w dniu następnym hrabiego Parysa, rzuca się w objęcia mamki z błaganiem o pociechę, radę i ratunek, ona znajduje to wszystko w słowach: "Zostań żoną Parysa... O, miły pan z niego! Romeo przy nim to kuchenna ścierka! Orzeł sam, moja panno, nie posiada oczu tak przenikliwych, żywych, zielonych, jak Parys. Niech przepadnę, jeżeli drugiego małżeństwa tego nie uważam za wielkie dla ciebie szczęście, bo jest ono świetniejszem od pierwszego. "

To zepsucie, samego siebie nieświadome, te rozumowania, godne obracającej się z wiatrem chorągiewki, a pogląd na rzeczy właściwy gminnej babie, — są rysami, które wizerunek ten uzupełniają.

V.

Podstawową cechą głupców szekspirowskich jest wyobraźnia, rozwijająca się w sposób mechaniczny, a ludzi dowcipnych — także wyobraźnia, lecz bystra, śmiała, kapryśna i pełna blasku. Bo, powiedzmy sobie naprzód, że istnieje wiele rodzajów dowcipu. Dowcip francuzki, — równoznaczny z rozumem, wrogi wszelkiemu paradoksowi, przedrwiwający głupotę, będący czemś nakształt zaostrzonego zdrowego rozsądku, mający na celu tylko wykazanie prawdy w sposób dobitny i zabawny, — stanowi u narodu mądrego i próżnego najostrzejszy z oręży, ten oręż, którym posługują się salony i Wolter. Inny rodzaj dowcipu, improwizatorskim i artystycznym umysłom właściwy, niejest czem innem, jeno żywością twórczą, pomysłową, po krzywych liniach pędzącą, zapalczywą, szaloną, podobną do uczty, którą posiadacz jej wydaje dla samego siebie, i do fantasmagoryi, z obrazów, ze słów wyostrzonych, z pomysłów dziwacznych, złożonej, a tak odurzającej i upajającej jak wir i światła balowe. Takim właśnie jest dowcip Mercutia, Klownów, Beatryczy, Rozalindy i Benedykta, którzy śmieją się, nie z powodu śmieszności spostrzeżonej, lecz poprostu dlatego, że im się na śmiech zbiera. Tych wojen zaczepnych, które rozum wytacza szaleństwom ludzkim, gdzieindziej szukać wypada; tu szaleństwa te właśnie rozkwitają najbujniej, a ludzie dowcipni oprócz zabawy innego nie mają celu. W dobry humor wpadłszy, galopem

puszczają dowcip swój po gęstwinach rzeczy prawdopodobnych i niemożliwych, igrają ze słowami, zmieniają ich znaczenie, wyprowadzają z nieb wnioski niedorzeczne i śmieszne, rzucają niemi jak piłkami, raz po raz i na wyścigi przypuszczają szturm do siedlisk pomysłowości i dziwactwa. Wówczas każda myśl ich przyobleka się w przenośnię szczególną a świetną i, stosownie do panującego w tym czasie zamiłowania w maskaradach, rozmowy składają się z myśli, mających ta sobie maskaradowe kostiumy. Ze stylu ich znika prostota wszelka; staje się on nagromadzeniem rzeczy subtelnych, wyszukanych, trudnych do znalezienia i do zrozumienia, — wyrażeń wyszukanych także, — niespodzianych, nadzwyczajnych, myśli, którym przesada nadaje postacie karykaturalne. "O, biedny Romeo, — wola Mercutio, — zasztyletowało go czarne oko białej piękności, przeszyła mu głowę przez uszy piosnka miłosna, przedziurawiła serce w samym środku strzała małego, ślepego łucznika!" Benedykt znowu w sposób następujący opowiada rozmowę swoją z kochanką: "O, obchodziła się ze mną tak, że polano nawet musiałoby stracie cierpliwość Kłóciłby się z nią taki nawet dąb, któremu za całe ubranie jeden zielony listek pozostał. Maska nawet, którą miałem na twarzy, zaczęła nabierać życia i stawać z nią do sporu. "

Takie dziwactwa nieustanne i pełne wesołości dyktują same przez się układ i poruszenia wypowiadających je postaci. Nie mogą one, na wzór margrabiów z molierowskiego Mizantrop a, spokojnie na swoich krzesłach siedzieć, ale muszą podskakiwać, wykręcać się na jednej nodze, wyginać ciała, wykrzywiać twarze, — słowem, opisywać samych siebie, odegrywać pantomimę własnych myśli. Zazwyczaj też, ze szczytu tej rakiety, którą jest ich dowcip, wytryskuje piosnka. Młodzieńcy, żołnierze, artyści, — wszyscy tu ze zdań wypowiadanych urządzają sztuczne ognie, dokoła których wyprawiają swawolne skoki, "W chwili gdy przychodziłam na świat, jakaś gwiazda tańczyła, — mówi Beatrix, a w słowach tych odźwierciedla się dobrze cały ten rodzaj dowcipu, iskrzący się, poetyczny, zdrowego rozsądku pozbawiony, prześliczny, bliżej z muzyką niż z literaturą spokrewniony, do snu na jawie podobny, snu opowiadanego głośno i śród którego bardzo właściwe dla siebie miejsce znajduje sen Mercuia. "O, widzę iuż, że królowa Mab odwiedziła cię dziś w nocy. Ona-to jest płodzicielką wieszczek. Przybywa, gruba jak agat w pierścieniu, ozdabiającym palec aldermana, ciągnięta przez zaprząg, złożony z małych atomków i przejeżdża się po nosach ludzi uśpionych. Promienie kół, na których jedzie, zrobione są z łapek kosarzy, a obręcze ze skrzydeł koników polnych, lejce z pajęczyny, wysnutej przez najmniejsze pajączki, bat — z kosteczki świerszcza, uprząż — ze skórki owocu. Za, służy jej muszka w szarej liberyi, wóz ma z łupiny orzecha"

wykonany przez nadwornego stolarza wiewiórkę, i przez starą gąsiennicę, która od czasów niepamiętnych dostarcza powozów wieszczkom. Takim-to zaprzęgiem królowa Mab każdej nocy przejeżdża się galopem po mózgach kochanków, którzy wnet zaczynają śnić o miłości; po kolanach dworaków, którzy wnet doświadczają snów o ukłonach, po palcach prawników, którzy wnet marzą o honoraryach; po ustach pięknych pań, którym wnet śnią się pocałunki. Niekiedy wjeżdża dworakowi na nos: wówczas śni mu się, że węszy blizki zaszczyt. Innym razem przybywa z ogonem świni w ręce i łaskoce nim po nosie proboszcza, przywodząc sen o dziesięcinie; to znowu przebiega po szyi żołnierza, i wówczas śni mu się, że morduje wrogów, widzi wyłomy, zasadzki, klingi hiszpańskie, pijatyki, kufle pełne, pięć kwart w sobie mieszczące. Poczem, nagle, nad samem uchem żołnierza bębnić zaczyna, aż zadrga, obudzi się, hasłu temu odpowie przetrzepaniem jednego lub paru pacierzy, i zaśnie na nowo. Ona-to, ta Mab, nocami koniom grzywy zaplata i w brzydkie, rozczochrane włosy wkłada kędziory, które, gdy się rozpuszczą, są wróżbą wielkich niedoli. Ona-to jest, która... "

I Mercutio nie przestałby nigdy prawić w ten sposób, gdyby mu mowy nie przerwał Romeo. Z rozmowami toczącemi się na scenach dzisiejszych porównajmy ten poemacik, bez szkody dla całości dzieła wrzucony w rozmowę z wieku szesnastego, będący "dziecięciem wyobraźni swawolnej, jak powiew wiatru lekkiej i nad wiatr ruchliwszej: " a zrozumiemy różnicę zachodzącą pomiędzy dowcipem, który na drodze rozumowań poszukuje śmieszności, i takim, przy którym wyobraźnia bawi się wyrzucaniem z siebie coraz-to nowych obrazów.

Falstaff ma namiętności zwierza, a wyobraźnię człowieka dowcipnego. W żadnym z charakterów stworzonych przez Szekspira nie objawia się tak wyraźnie i żywość twórcza, i brak moralności, które odznaczają samego poetę. Falstaff jest filarem haniebnych miejsc publicznych, kłuie, gra, zbija bąki, dzbana nie wypuszcza z ręki i jest co się zowie obrzydliwym. Ma brzuch ogromny, oczy zaczerwienione, mordę rozpaloną, nogi, które się trzęsą. Dnie spędza rozparty na stołach szynkowni, lub śpiąc na ziemi za firankami szynku, a po to tylko zdaje się budzie ze snu, ażeby bluźnić, kłamać, przechwalać się i kraść. W sztuce oszustwa dorównywa Panurgowi, który znał sześćdziesiąt trzy sposoby wyłudzania pieniędzy, a ze sposobów tych "najuczciwszym jeszcze było potajemne ich ukradzenie. " W dodatku, obok wszystkich cech powyższych Falstaff jest starym, jest dworakiem i rycerzem, otrzymał wychowanie dobre. Nie powinienże sprawiać wrażenia odstręczającego, obrzydliwego? Otóż nie sprawia takiego wrażenia i nawet niepodobna go nie lubić. W gruncie rzeczy, i zarówno jak brat jego Panurgus, "jest on najlep-

szym w świecie dzieciakiem. " Co czyni, to nie przez złośliwość, ale tylko z żądzy śmiechu i zabawy. Łajany, łaje głośniej od innych i odpłaca z lichwą otrzymywane obelgi, lecz po skończonej kłótni nie czuje urazy do nikogo, a po chwili, zasiada w jakiejś norze do stołu z niedawnymi przeciwnikami i po bratersku, po koleżeńsku pije za ich zdrowie. Brzydkie nałogi swe wystawia na pokaz z tak doskonałą nieświadomością ich znaczenia, że każdy musi mu je przebaczyć. Jest to tak jakby przemawiał do widzów: "No, i cóż? jestem jaki jestem i rady na to niema! Lubię pić; ale czyliż wino nie jest rzeczą wyborną? Biorę nogi za pas przed grożącemi mnie razami; ale czyliż razy nie sprawiają bólu? Zaciągam długi i wyłudzam pieniądze u głupców; ale czyliż kieszeń pełna pieniędzy nie sprawia przyjemności? Przechwalam się; ale nie jest-że naturalnem pożądanie ludzkiego szacunku?" "Słuchaj, Henryku, wiesz dobrze, że Adam, w stanie niewinności zostając, przyszedł jednak do upadku, a cóż ma począć biedny John Falstaff, żyjący w wieku zepsucia? Sam widzisz, że posiadam ciała więcej od innych: muszę też posiadać więcej kruchości cielesnej. "

Niemoralność Falstaffa jest tak szczerą i siebie nieświadomą, że przestaje być niemoralnością. Istnieje pewien szczebel człowieczeństwa, na którym sumienie znika, na miejsce jego występuje czysta natura, a człowiek rzuca się na wszystko, czego pożąda, tyle myśląc o sprawiedliwości i niesprawiedliwości, ile myśli o nich zwierzę z sąsiedniego lasu. Falstart, dokonywując jako urzędnik poboru wojskowego, uwolnił od niego za pieniądze wszystkich ludzi bogatych, a zaciągnął do szeregów samych tylko zgłodniałych oberwańców. Niepokoi go to trochę, że w całym jego kufrze znajduje się tylko jedna koszula i pół, ale uspakaja się wnet uwagą: "Ba! pościągają sobie bieliznę ze wszystkich płotów!" Książę, czyniący przegląd tych rekrutów, powiada, że nigdy nie zdarzyło mu się widzieć takiej kupy litość budzących wywłok. "No, no, odpowiada Falstaff, wszakże to jest mięso dla armat, nic więcej, tylko mięso dla armat, książę panie. Równie dobrze jak inni, zdadzą się oni do zasypania sobą rowu fortecznego. Śmiertelni są, bądź spokojny, książę, śmiertelni są tak, jak i inni!" Ostatnią, ucieczką Falstaffa w wypadkach nadzwyczajnych jest humor niewyczerpany. Nikt do tego stopnia co on wytrawnością języka chlubić się nie ma prawa. Klątwy i przekleństwa, obelgi, wykrzykniki, oświadczenia, zaprzeczenia, wylewają się z niego jak z odszpuntowanej beczki. Kłamstwa kiełkują w nim, rozkwitają, wzrastają, rozsadzają się jedne z drugich, jak grzyby na gruncie tłustym i przegniłym. A pobudką do kłamania jest mu więcej jeszcze wyobraźnia i natura, niż interes i potrzeba. Objawia to w samym sposobie, w jaki rozdyma swe pomysły. Opowiada, naprzykład,

że walczył z dwoma naraz przeciwnikami. Po chwili ci dwaj przemieniają się na czterech, potem na siedmiu, jedenastu, czternastu. Gdyby go nikt nie powstrzymał w rozpędzie, doszłoby do tego, że stawał przeciw całemu wojsku. Złapany na kłamstwie, nie traci rezonu i pierwszy śmieje się ze swych przechwałek. "Towarzysze, poczciwcy, dzieci moje, wy, serca złote, pójdźmy, weselmy się i urządźmy jaką wyborną psotę!" Tu improwizuje naprędce gderacką rolę króla Henryka i odegrywa ją z taką naturalnością, jakby naprawdę był królem, albo aktorem. Ten brzuchaty grubas, tchórz, cynik, pijak, brudas i wierszokleta karczemny — to dla Szekspira najulubieńsza z postaci, które stworzył, a to z tego powodu, że cała strona obyczajowa Falstaffa nie jest niczem innem jak czystą naturą, a dowcip zostaje w pokrewieństwie blizkiem z własnym dowcipem twórcy.

VI.


W wielkich tych ciałach, obciążonych winem i tłuszczem, natura musi być grubą i rozbujała. Jest ona wprawdzie wytworną w wytwornych organizacyach kobiecych; niemniej przecież okazuje się równie namiętną i rozsądku pozbawioną u Desdemony jak u Falstaffa. Kobiety szekspirowskie to śliczne dzieci, uczuciowe do zbytku, kochające do szaleństwa. Mają one poufałość ruchów, małe dąsiki, miłe słówka pieszczotliwe, zalotne umizgi, pełne wdzięku gadatliwości, które przypominają szczebiot i uroki drobnych ptasząt. Bohaterki sceny francuzkiej są prawie mężczyznami; te, tutaj — zawsze kobietami, w doskonałem znaczeniu tego słowa. Nie podobna w nieoględności przewyższyć Desdemony. Gdy raz powzięła współczucie dla Cassia, pragnie ułaskawienia jego namiętnie, kosztem jakimkolwiek, bez względu na to, czy byłoby sprawiedliwem lub niesprawiedliwem. czy mogłoby pociągnąć za sobą jakiekolwiek szkodę i niebezpieczeństwa. Praw stanowionych przez ludzi nieświadoma, nie dba o nie i o nich nie myśli. Jedyną rzeczą widoczną dla niej jest nieszczęście Cassia. "Upewniam cię, Cassio, że pan mój spokoju odtąd nie zazna. Spać mu nie dam, dopóki się nie ułagodzi. Aż do zniecierpliwienia klekotać mu będę nad uszyma, tak, że łoże wyda mu się szkolną ławą, a stół przy obiedzie konfesyonałem. Cokolwiek-by czynił, we wszystko wmieszam prośbę o ułaskawienie Cassia. " I prosi tez o to ułaskawienie: — Nie, nie, kochana Desdemono, nie w tej chwili, może później. — Ale jak prędko? — Przez miłość dla ciebie, droga moja, uczynię to jak tylko będę mógł najprędzej. — Czy dziś w wieczorem, przy wieczerzy? — Nie; jeszcze nie dziś... — Więc jutro,

przy obiedzie? — Jutro w domu na obiedzie nie będę. — A wi