Henryk Ibsen - Wybór dramatów. Wstęp. Rys biograficzny

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Wstęp. Rys biograficzny • "Wybór dramatów" Henryka Ibsena • Waleria Marrené
Wstęp. Rys biograficzny
"Wybór dramatów" Henryka Ibsena
Waleria Marrené
Nakład i druk S. Lewentala, Warszawa 1898

W literaturze bieżącej żaden autor nie budzi tak sprzecznych sądów, jak Ibsen. Ma on bezwzględnych wielbicieli i zaciętych nieprzyjaciół, a ci po większej części walczą przeciw niemu bronią szyderstwa, potępiają jego teatr w imię rutyny dramatycznej, zarzucają mu paradoksalne założenia sztuk, niejasność w ich przeprowadzeniu i tysiące nieprawdopodobieństw.

Pomimo to, sława Ibsena wzmaga się, rośnie, potężnieje; każda nowa jego sztuka ukazuje się jednocześnie we wszystkich niemal językach, bo autor uważany jest powszechnie za najznakomitszego dramaturga obecnej doby. Jednakże dzieje się tak dopiero od lat kilku, a zaledwie od kilkunastu nazwisko Ibsena jest znanem w Europie. Sława przyszła mu późno; urodzony w r. 1828 liczy już lat siedemdziesiąt a pracował na nią z górą pół wieku, bo już w pierwszej młodości objawiła się w nim zdolność poetycka, wbrew zawodowemu wykształceniu, jakie odebrał.

Ibsen jest potomkiem rodziny żeglarzy; jego prapradziad duńskiego pochodzenia, osiedlił się w Norwegii i tu ożenił z Niemką. Pradziad, także marynarz, pojął za żonę córkę Szkotów naturalizowanych w Skandynawii. Ta owdowiawszy młodo, poślubiła pastora, z okolic portowego miasteczka Skien, i przeniosła się tam wraz z małoletnim synem. Dziad poety ożenił się z Niemką, a wreszcie jego ojciec zawarł związek z Kornelią Altenburg, córką przedsiębiorcy wzbogaconego budową okrętów, także Niemką, jak to pokazuje samo nazwisko.

Gienealogia Ibsena świadczy o przeważnej przymieszce krwi obcej; pomimo to, jest od, dzięki zapewne warunkom klimatycznym i wpływom otoczenia, wśród których Ibsenowie zostawali od kilka pokoleń, doskonałym przedstawicielem norweskiego ducha. Gienealogia jego tem skrzętniej powinna być zaznaczona, iż nadaje on zawsze tak wielkie znaczenie dziedziczności. Na niej wyłącznie opierają się "Upiory", a prócz tego potrąca o nią w każdym niemal utworze. Odnajdujemy też w nim wpływy dziedziczne. Miał babkę wysoko wykształconą, jak na owe czasy, gdyż zajmowała się ona wszystkiemi umysłowemi kwestyami, będącemi w obiegu, miała przytem charakter nieugięty i głęboką wiarę, ale była z usposobienia małomówną i zamkniętą w sobie, a z wiekiem stała się odludkiem. Dzieci w większym stopniu odziedziczyły tę jej właściwość.

Mężczyźni w rodzie Ibsenów byli zupełnie odmienni w tym względzie, i dziad i ojciec poety byli wesołego usposobienia, lubili zabawy, a ojciec słynął z dowcipu. Otoczenie kochało go i lękało się zarazem, bo bystry z natury umiał przejrzeć charaktery i dawał się we znaki tym, którzy mu się nie podobali. Henryk odziedziczył jego gryzący dowcip. Widać go już w pierwszych utworach a wybuchnął całą siłą w "Komedyi miłości" i "Związku młodzieży".

Henryk był pierworodnem dzieckiem. Miasteczko Skien, w którem przyszedł na świat, chociaż liczyło wówczas tylko trzy tysiące mieszkańców i miało przeważnie drewniane domy, było bardzo handlowe, ruchliwe i towarzyskie. Mieszkało w niem i w okolicy wiele rodzin zamożnych, lubiących zabawy, stąd ciągłe bale, koncerty, odwiedziny. Rodzice Ibsena uczestniczyli w tym ruchu, a wielki ich wygodny dom zawsze był pełen gości. Działało to zapewne na małego Henryka, ale wpływ ten równoważyły inne czynniki, a przedewszystkiem ponury wygląd miasteczka. Miało ono na głównym rynku blizko domu Ibsenów gmach więzienny z zakratowanemi oknami i wysoko wzniesiony pręgierz, a jakkolwiek oddawna nikt nie był pod nim stawiany, przerażał wyobraźnię dziecka samą swoją istotą, oraz legendami, jakie do niego były przywiązane. Przytem było już zapewne coś w usposobieniu dziecka, pociągającego je do przedmiotów ponurych i groźnych. Te miały zawsze dla niego urok szczególny.

Skien słynęło z pobożności, a za młodych lat Ibsena kaznodzieja Lammers wszczął tam ruch religijny, noszący jego nazwisko, w którym powracał do najsurowszych zasad protestantyzmu. Ruch ten dotknął poetę przez osoby blizko z nim złączone, wraził mu się silnie w pamięć i w nim to zapewne znalazł pierwowzór postaci Branda, w której przedstawił bezwzględny fanatyzm, zabijający wszelkie ludzkie uczucia.

Gdy mały Henryk miał zaledwie lat ośm, dotknęła jego rodzinę katastrofa finansowa, ojciec jego zbankrutował, skończyło się więc wesołe i dostatnie życie, jakie prowadzili, bo po zaspokojeniu wierzycieli została mu się tylko maleńka posiadłość ziemska w blizkości Skien, do której przenieść się musiał z rodziną, wiodąc byt graniczący z nędzą.

Jak zwykle bywa, zmiana położenia majątkowego oddaliła odrazu przyjaciół i znajomych. Było to pierwsze doświadczenie życiowe Henryka, który nad wiek rozwinięty, odczuł je doskonale. Nie lubił on dziecinnych zabaw młodszego rodzeństwa, które usiłowało napróżno go do nich wciągnąć, ale zamykał się samotnie w maleńkim pokoiku pomimo dokuczliwego zimna, jakie w nim panowało. Zapominał o niem, wertując stare książki, które posiadł przypadkowym sposobem. Pomiędzy niemi była tam "Historya Londynu" Harrisona. Przypomniał ją sobie o wiele lat potem i opisał w "Dzikiej kaczce", kładąc w usta Jadwigi szczegóły o znajdujących się w niej rycinach.

Mały Henryk lubił przedstawiać magiczne sztuki i niekiedy w niedzielę zapraszał na te przedstawienia sąsiadów. Sztuki pokazywał na skrzyni, w której ukrywał młodszego brata i, naturalnie przy jego pomocy, czynił różne cuda. Oprócz tego malował na tekturze figury, którym podklejał drewniane podstawki, ażeby stać mogły. Figury te służyły mu do odgrywania rozmaitych scen widzianych, albo też własnego pomysłu.

Tym sposobem ujawniało się przyszłe powołanie chłopca, który od pierwszych lat namiętnie lubił teatr.

W szkołach Henryk odznaczał się swemi ćwiczeniami stylu, wybiegającemi po nad powszednią normę; mając zaledwie lat piętnaście opisał sen straszny, w którym jakoby zwiedzał państwo śmierci. Ten sen zrobił na całej klasie wielkie wrażenie, bo państwem śmierci była cała ludzkość taka, jaką jest. Nauczyciel nie chciał uwierzyć, by to mógł być pomysł dziecka i wmawiał koniecznie w Henryka, iż rzecz całą przepisał z jakiej starej książki. Na nieszczęście książki wskazać nie mógł, a oburzenie młodego autora nie miało granic.

Miał on powołanie artystyczne; cały czas wolny poświęcał rysunkowi i malowaniu. Miłość sztuki pozostała mu na zawsze. Będąc już autorem, nie zaniedbywał ukochanego zajęcia, a gdy mu środki na to pozwoliły, zebrał sobie cenną galerye obrazów, głównie z epoki odrodzenia, którą nad inne przenosi.

Stan majątkowy rodziców nie pozwolił mu się kształcić w kierunku artystycznym, musiał, nie kończąc nawet szkół, oddać się praktycznemu zawodowi aptekarskiemu. Mając zaledwie lat piętnaście, został uczniem aptekarskim w Grunstad, miasteczku o wiele mniejszem, i mniej ożywionem od Skien, gdzie przebył pięć lat całych.

Jednakże i do tego zapadłego zakąta dochodziły niekiedy wieści z szerszego świata; młody uczeń aptekarski rwał się do nich i cały czas, wolny od zajęć zawodowych, poświęcał pracy umysłowej, czując dobrze, ile mu do wykształcenia brakowało. Marzył on o podniesieniu się na wyższy stopień w hierarchii społecznej. Porzucił już artystyczne zachcianki, ale chciał przynajmniej zdobyć sobie możność stadyów uniwersyteckich.

Pragnienie to nigdy spełnionem być nie miało. Ibsen tak samo, jak niegdyś Szekspir, był samoukiem, i to, czem został, zawdzięcza jedynie sobie. Marząc w Grundstad o lepszej przyszłości, o wiedzy, o szerokiej arenie działalności wylewał na papier swe myśli w poezyach.

Ma się rozumieć, że przyszły autor "Podpór społeczeństwa" i "Wroga ludu", przemawiał w nich zawsze za sprawiedliwością i prawdą, dając wyraz swoim szlachetnym aspiracyom. W czasie wypadków 1849 r. pisał poezye na cześć wszystkich bohaterów swobody, którzy walczyli i upadali w jej obronie. Był gorącym rzecznikiem unii skandynawskiej, a w czasie wojny duńsko-pruskiej wzywał Szwecyę i Norwegię, by niosły pomoc bratniemu narodowi.

Te wybuchy śmiałych uczuć ucznia aptekarskiego nie podobały się w Grunstadzie, jego zwierzchnikom, bo wogóle zwierzchnicy nie lubią, by podwładni przenosili ich wiedzą lub inteligencyą, by pozwalali sobie mieć zdanie o rzeczach, któremi się oni wcale nie zajmują. Wówczas to Ibsen wszedł w kolizyą ze swojem otoczeniem, a że w charakterze jego było — nie cofać się nigdy, pozostawał z niem na stopie wojennej, mszcząc się, za niechęć i docinki, epigramatami i karykaturami.

W owym czasie powstała pierwsza sztuka Ibsena "Katylina", wierszowana tragiedya, pełna wprawdzie frazesów i tyrad, w której jednak przebłyskiwał już talent dramatyczny. Autor ani pod względem życiowym ani literackim nie był przygotowany do podobnego dzieła. Mało znał utworów wielkich dramaturgów, nawet, jak zapewniają jego biografowie, nie znał Szekspira. Jedynemi jego wzorami byli Holberg i Oelenschläger. Opłakane też były losy tego pierwszego utworu; żaden teatr wystawić go nie chciał, ani wydrukować żaden wydawca. Wreszcie jeden z przyjaciół Ibsena zdecydował się ponieść koszta wydawnictwa. "Katylina" ukazał się w książce ku niezmiernej radości autora. Ale pomimo przychylnej krytyki jednego z ówczesnych arystarchów, rozeszło się zaledwie trzydzieści egzemplarzy, reszta poszła na makulaturę.

Do Chrystyanii przybył Ibsen w r. 1850. Chciał dostać się do uniwersytetu i w szkole przygotowawczej kolegował z Björnsonem. Tu także napisał drugą swoję sztukę "Grób Huna", znacznie słabszą od Katyliny. Rzecz to łatwa do wytłómaczeaia: w pierwszym utworze był sobą, wypowiadał własne myśli, własne uczucia, własne ideały, naśladowniczą była tylko forma. "Grób Huna" napisany był zarówno pod względem formy jak treści, pod wpływem Oelenschlägera. Każdy niemal początkujący autor jest zrazu naśladowcą, zwłaszcza też gdy ma tak niedostateczne wykształcenie literackie jak Ibsen, fakt ten więc był zupełnie w porządku rzeczy, nie mniej "Grób Hana" nie poparł wcale jego literackiej sławy.

Pobyt w Chrystyanii okazał się pomimo to bardzo korzystnym dla młodego dramaturga, bo poznał dobry teatr i dobre artystyczne siły. Nie mniej do jego wykształcenia przyłożyła się podróż, jaką odbył do Kopenhagi i Drezna. W tem ostatniem mieście widział Dawisona, którego potężny talent wywarł na nim wpływ wielki i był jakby objawieniem nowych dramatycznych prądów. Wpływ ten jednak ujawnił się w sztuce niezmiernie słabej "Noc Świętojańska", przedstawionej w Bergen w r. 1853, która podobno nigdy drukowaną nie była. Ibsen chciał w niej stanąć na gruncie ludowym i przedstawić podania norweskie. Do sztuki wchodzą elfy, koboldy, niksy przypominające postaci ze "Snu letniej nocy", chociaż całość ma charakter ponury, zupełnie różny od Szekspirowskiej fantazyi.

Pierwszy promień sławy zyskał sobie Ibsen następną sztuką, "Uroczystość w Solhang", która miała w Bergen nadzwyczajne powodzenie. Nie było końca oklaskiwaniom i wywoływaniom, wyprawiono serenadę autorowi, a następnie sztuka była graną we wszystkich prawie większych teatrach skandynawskich, wszędzie zyskując sobie uznanie.

Dzięki temu nazwisko Ibsena nabrało rozgłosu, krytyka jednak nie okazała się dla niego przychylną; powodzenie pobudziło zazdrość i niesłuszne zarzuty, bo jakkolwiek "Uroczystość w Solhang", nie była arcydziełem, przecież ten utwór o wiele przenosił dotychczasowe prace Ibsena.

Również w duchu romantycznym pojęty i napisany jest "Olaf Lilienkranz", którego motyw poczerpnięty jest z ludowej pieśni. Sztuka ta słabsza od poprzedniej, grana w r. 1857, miała tylko dwa przedstawienia i sam autor nie był z niej zadowolony, tem bardziej, że umysł jego wchodził teraz na nowe tory, a te poczynały się oddalać od form romantyzmu.

W życiu jego także zaszły zmiany. Po kilku latach przebytych w Bergen jako instruktor przy tamtejszym teatrze, otrzymał w Chrystyanii to samo stanowisko i ożenił się z kobietą, którą kochał oddawna, z panną Zuzanną Thoresen, będącą dotąd wierną towarzyszką jego życia.

Od tej pory Ibsen szukał sobie odpowiedniej drogi. Nęciły go i przemawiały mu do duszy bogate sagi skandynawskie, więc starał się do nich dobrać odpowiednią formę. Za próbę w tym rodzaju uważać można "Wikingów z Helgolandu". Według biografów . autor chciał z razu przyoblec ten nowy utwór w grecką formę, spostrzegł jednakże wkrótce, że ta nie może być do niego przystosowaną, obrobił go więc na swój sposób.

Od tej pory sztuki Ibsena zaczęły wywoływać ostre literackie spory. Przywilejem wielkich talentów jest budzić wokoło siebie i myśli i życie, bo spory literackie są oznaką żywotności. Zdania więc ścierały się i wyrabiały, gdy on sam łamał się dalej z trudnościami swego zawodu, torując sobie samodzielną drogę.

Zwracając się do podań narodowych, Ibsen spotkał się z prądem ogólnym, a pomiędzy innemi i z Björnsonem, który w jednym-że czasie napisał "Słoneczne wzgórze w Synnöve". W Chrystyanii były wówczas dwa teatry, duński i norweski, pomiędzy niemi istniał antagonizm. Każdy z nich protegował to tylko, co należało do jego narodowości. W tej walce, Ibsen był jednym z najbardziej zapalonych stronników wszystkiego, co norweskie, i zajmując ważne stanowisko instruktora teatralnego, miał pole do wykazania swoich gorących sympatyj.

Walka wrzała w czasopismach i w życiu. Celem popierania wyłącznie rzeczy narodowych utworzyło się towarzystwo, którego prezesem był Björnson a sekretarzem Ibsen i odniosło zwycięstwo. Następnie towarzystwo przerodziło się z literackiego w polityczne, zmieniło swój charakter zupełnie, a Ibsen się z niego wycofał.

W tym czasie twórczość jego osłabła. Poznał zblizka życie i przedstawiło mu się ono w całej swej nagości, z nizkiemi i śmiesznemi stronami, które pochwycił bystrym zmysłem satyryka. Twórca dramatycznych legend przetwarzał się i obmyślał plan "Komedyi miłości".

Sztuka ta była punktem zwrotnym w jego zawodzie dramatycznym. Porzucił zamierzchły świat legend a stanął na gruncie współczesnym, obejrzał się po własnym społeczeństwie i zaczął je chłostać biczem satyry, a co ważniejsza ośmielił się dotknąć warstw stojących na wyżynach, wykazać ich wady, śmieszności, pretensye, w całej prawdzie, bez żadnych obsłon. Czyniąc to Ibsen, rzucił rękawicę swemu społeczeństwu i ściągał gromy na swoję głowę. W "Komedyi miłości" widać już tę nienawiść dla fałszu, obłudy, udawania, która odtąd stanowić miała jeden z naczelnych motywów jego sztuk. "Komedya miłości" pisana jest wierszem, a ta forma stanowi niejako łącznik pomiędzy dawniejszą a nową manierą Ibsena, odtąd pisał tylko wierszem sztuki fantastyczne, jak "Brand", "Peer Gynt".

Jednakże autor nie odrazu zerwał ze swoją przeszłością literacką. Tego samego roku 1862, napisał także "Pretendentów do korony", sztukę średniej wartości, w której było przecie kilka miejsc wybitnych.

"Brand" i "Peer Gynt", są to dwa utwory nie mające nic z rzeczywistością wspólnego, występują w nich nie ludzie, ale idee. Wprawdzie właściwość tę spostrzegamy we wszystkich dotychczasowych utworach Ibsena, jednakże nigdzie nie występuje ona z taką bezwzględnością, jak w tych dwóch sztukach spokrewnionych z sobą formą, oraz abstrakcyjnością szczegółów i pojedyńczych postaci. "Brand" jest to siła woli i poczucie obowiązku posunięte do takich granic, że w końcu bohater staje się nieludzkim i nie wiemy, czy mamy go podziwiać, czy też ubolewać jak nad szaleńcem. Brand, przejęty swą misya kapłańską, odmawia w chwili śmierci rozgrzeszenia własnej matce, dlatego, że jest jeszcze przywiązaną do majątku, dla którego wszystko w życiu poświęciła. Skazuje na śmierć własne dziecię i ukochaną żonę, bo nie chce opuścić zapadłego kąta bez słońca i wiosny, w którym te wątłe istoty żyć nie mogą, a uważa za pierwszy obowiązek, świecić dobrym przykładem tam, gdzie matka jego siała zgorszenie. Brand nie oszczędza samego siebie, naraża życie, puszczając się na wzburzone morze, by nieść ostatnią pociechę umierającemu. Za odziedziczony majątek buduje kościół, a wszystko, co posiada, rozdaje ubogim, odejmując żonie najdroższe pamiątki, a nawet chleb od ust.

Wielkość jego charakteru naturalnie nie jest oceniona. Ludzie go wyzyskują i nie mogą przyjąć jego nieubłaganej doktryny. Jedyną jego towarzyszką w niedostępnych górach, w których się chroni przed złością ludzką, jest nawpół obłąkana cyganka — Gierda, prześladowana widmem złowieszczego ptaka. Losy Gierdy związane są tajemniczą nicią z losami Branda. Jest ona córką młodzieńca odtrąconego niegdyś przez jego matkę z powodu ubóstwa, pomimo zobopólnej miłości. Nieszczęśliwy z rozpaczy przystał do bandy cygańskiej i został ojcem Gierdy.

Obłąkane dziewczę, bez złej woli, staje się przyczyną śmierci bohatera. Wystrzał jej, skierowany do tajemniczego ptaka, wstrząsa górskie śniegi i powoduje spadnięcie lawiny, która zasypuje ich oboje. W ostatniej chwili, Brand rzuca niebu pytanie: Czy pragnienie samo przebaczenia za winy, starczy, aby je otrzymać? — a głos z góry mu odpowiada: "Bóg jest miłosierdziem".

Brand, wcielenie twardych protestanckich doktryn, posiadał wszystkie cnoty, ale nie miał miłosierdzia zarówno nad drugiemi jak nad sobą i dlatego nie był w prawdzie.

Postać tę, pomimo swej abstrakcyjności, wzorował Ibsen z natury, przynajmniej poczęści na pastorze Lammersie. Lammers głosił, że ci tylko zasługują na odpuszczenie grzechów, co są przejęci prawdziwą skruchą, co nie czczą bałwanów żadnych i żyją w prawdzie.

Lammers wywarł niezawodnie wpływ stanowczy na Ibsena. W wielu jego utworach prawda jest najwyższym obowiązkiem i jedyną drogą życiową; kto od niej odstępuje nawet w imię innych obowiązków, grzeszy i musi ściągnąć na siebie karę, albo raczej następstwa złego czynu.

W jednej tylko ze swoich sztuk późniejszych, w "Dzikiej kaczce", zdaje się odstępować od tej zasady, to przecież dzieje się pozornie. Rodzina Ekdala nie dlatego dotkniętą jest nieszczęściem, że Grzegórz mówi prawdę Hialmarowi, ale dlatego, że sam Hialmar nie ma w sobie prawdy i gra wiekuistą komedyę przed drugiemi i samym sobą.

Następny utwór Ibsena, "Peer Gynt", nie jest tak prostym jak "Brand". Krytyka norweska upatruje w bohaterze tytułowym uosobienie ludu, który jak Peer Gynt zapalny, chwiejny, bez stałego kierunku, sam dzisiaj niszczy to, co wczoraj zbudował. Trudno cudzoziemcom sądzić, czy zdanie to jest trafne. Niektórzy utrzymują, że autor wcielił raczej w owego bohatera uosobienie danej epoki, a mianowicie epoki romantyzmu. Peer Gynt jest przedewszystkiem marzycielem, tak zatopionym w snach swoich, że nie umie od nich rzeczywistości odróżnić. Działania jego budzą wrażenie szaleństwa i dlatego kończy on w szpitalu obłąkanych.

Branda jak i Peer Gynta, napisał Ibsen na obczyznie, w czasie kilkoletniej podróży po Włoszech, która widocznie dobrze oddziałała na jego twórczość, rozszerzyła horyzonty i zmieniła niektóre przekonania. Wiochy przyczyniły się prawdopodobnie do tego zwrotu przeciw romantyzmowi, który wystąpił jaskrawo, bo bez allegorycznych obsłon w "Związku młodzieży". Ibsen napisał tę sztukę, powróciwszy do Chrystyanii w r. 1868.

Po czteroletniej niebytności, ludzie, wypadki, stronnictwa, musiały przedstawić mu się zupełnie inaczej niż dawniej. Problemata, które roznamiętnialy go, wydały mu się mało znaczącemi wobec ważniejszych, według niego, problematów wszechludzkich, których miał następnie dotykać w swoich dziełach, schłostał je więc tylko bronią satyry, którą "Związek młodzieży jest przesiąknięty. Ibsen wyswobodził się tak dalece ze względów stronniczych, że z jednaką zaciętością występuje zarówno przeciw stronnictwu, do którego należał, jak przeciw swoim dawnym przeciwnikom. Bo też owe stronnictwa daleko mniej walczyły z sobą o zasady niż o władzę, a takie osobiste względy musiały przejmować wstrętem czysty charakter Ibsena.

"Związek młodzieży" dotknął więc wszystkich zarówno, a dotknął tem silniej, im sztuka była lepszą; autor już w niej doskonale zawładnął formą i nagiął ją do potrzeb współczesnej komedyi. Niema tu już żadnych romantycznych właściwości, które nieraz odzywają się jeszcze z nawyknienia, wbrew woli piszących. Ibsen stworzył sobie dyalog pełen naturalności i odrazu okazał się w nim mistrzem skończonym.

Sztuka przedstawioną była w jesieni 1869 r. i wywołała burzę podobną do tej, jaką niegdyś w komedyi francuskiej wywołał "Hernani" Wiktora Hugo. Tylko wówczas święcono tryumf romantyzmu, a teraz był to jego pogrzeb, nie chodziło jednak o kierunek literacki szło o coś więcej, o prawdę, którą autor śmiało rzucał w oczy współziomkom. Na drugiem przedstawieniu postanowiono hałasem, krzykiem, sykaniem, niedopuścić aktorów do głosu. Kiedy wreszcie w czwartym akcie przychodzą słowa: "Alboż nie wiesz, kto stanowi naród? Narodem jest lud, ten pospolity lud, który nic nie posiada i nie jest niczem, lud trzymany w niewoli", powstał hałas nieopisany, który wybuchł znowu po spuszczeniu zasłony i zawrzał w całem mieście.

Na szczęście Ibsen tego nie słyszał. Był wówczas w Egipcie przy otwarciu kanału Sueskiego! Od pewnego czasu poprawiły się jego materyalne stosunki, roku 1866 storting przyznał mu pensyę, a ta, jakkolwiek niewielka, zapewniała mu niezależność i pozwoliła żyć swobodnie, przytem wzrastający rozgłos jego imienia zachęcił wydawców, którzy ubiegali się o jego utwory i opłacali je dobrze.

Wyjeżdżając z kraju, Ibsen nie myślał bynajmniej opuszczać go na zawsze, jednakże zczasem zasmakował na obczyznie, znalazł tu bowiem spokój niezbędny do tworzenia dzieł głęboko obmyślanych, skupionych, w których talent jego doszedł swojej pełni, spokój, jakiego znaleźć nie mógł we własnej ojczyznie. Zrazu zamieszkał w Rzymie, później w Dreźnie, a obecnie w Monachium. Burzliwe sceny, jakiemi przyjęto "Związek młodzieży", i oburzenie wywołane tem, co stronnictwo demokratyczne uważało za główną apostazyę z jego strony, tłómaczy to dobrowolne wygnanie. Że Ibsen odczul głęboko miotane na siebie obelgi, świadczy "Wróg ludu", którego bohater za prawdę, rzuconą w oczy swemu społeczeństwu, jest wygwizdany, zelżony, pozbawiony niemal ognia i wody[1]; odtąd minął dla niego czas dramatów historycznych i sztuk w rodzaju Manfreda, Fausta; odtąd wchodzi na drogę, którą zapowiadał "Związek młodzieży": bada i przedstawia dramata rozgrywająca się w głębi dusz ludzkich, problemata społeczne, fatalność dziedziczności) słowem wszystkie te nierozwikłane zagadnienia, mnożące się w miarę rozwoju wiedzy, inteligencyi i osobowości. "Związek młodzieży" był jakby pierwszym krokiem na tej nowej drodze, krokiem, który jednak nie zapowiadał jeszcze tej zdumiewającej głębi spostrzeżeń psychicznych, które wyznaczają Ibsenowi odrębne stanowisko pomiędzy dramaturgami naszych czasów i stanowią jego duchowe pokrewieństwo z mistrzami. Najwyższą zaś jego zasługą jest, że zrozumiał potrzeby nowej ery ludzkości i nie wzorując się na nikim, szukał dla niej odpowiedniej formy.

Zanim jednak ten zwrot został dokonanym, Ibsen powrócił na czas krótki do ojczyzny. Może potrzebował zaczerpnąć jej powietrza do nowych lotów, może chciał uprzytomnić sobie drobne okoliczności i miejsca, w których odtąd jedynie sztuki jego rozgrywać się miały, dość że w roku 1869 był w Sztokholmie, a w następnym w Kopenhadze; tu i tam przyjmowano go z wielkiem odznaczeniem.

"Cesarz i Galilejczyk" był ostatnim aktem pierwszej fazy działalności Ibsena. Napisawszy go, skończył świadomie ze swoją przeszłością. Dotychczasowe utwory dotyczą się rozwoju Ibsena; następne należą do arcydzieł literatury, i jako takie, powinny być dostępne czytelnikom każdego kraju. Od tego czasu, Ibsen, żyjąc stale na obczyźnie, oddał się cały tworzeniu dramatów, które począwszy od r. 1877 następowały po sobie niemal ciągle w odstępach dwuletnich. I tak: "Podpory społeczeństwa" wydane zostały w tymże roku, "Nora" w r. 1879, "Upiory" w r. 1880, "Wróg ludu" w r. 1882, "Dzika kaczka" w r. 1884, "Rosmersholm" w r. 1886, "Kobieta morska", (dla której trudno w naszym języku dobrać tytułu, dla braku odpowiedniego pojęcia), w r. 1888, "Hedda Gabler" w r. 1890, "Mistrz Solness" w r. 1892, "Mały Eyolf" w r. 1894, "Jan Gabryel Borkman" w r. 1896.

Zwykle ludzie, żyjący wśród obcego społeczeństwa, zżywają się z niem powoli i zatracają, przynajmniej pozornie, cechy narodowe. Z Ibsenem dzieje się przeciwnie, możnaby powiedzieć, że uniósł z sobą swoję ojczyznę, że w niej duchem przebywa i nawet silniej jest z nią związany, niż wówczas, gdy żył na jej łonie. Za czasów walk demokratycznych wybierał niekiedy tematy obce, jak "Katylina", lub podaniowe, fantastyczne, które służyły mu do wypowiadania swej społecznej wiary; teraz zaczął malować z niezmierną wiernością obyczaje swego kraju. Tematy wprawdzie, które porusza, są wszechludzkie w swojej istocie, ale za tło służy im zawsze Norwegia, odnaleźć w nich łatwo wypadki i typy, które miał w pamięci.

Ibsen ze swego domu uczynił oazę, żyje odosobniony wśród obcych, nie zawierając z nikim blizkich stosunków. Być może nawet, iż dlatego przebywa za granicą, by znaleźć tę zupełną samotność, potrzebną mu do tworzenia, której nie miałby we własnym kraju, bo byłoby mu trudno odłączyć się od wszystkich spraw jego.

Gdy pisze, przeszkadza mu każdy hałas, nawet szmer najlżejszy. To też pracownię jego oddziela od reszty domu parę pustych pokojów, do których nikt z domowych wchodzić się nie waży. Ibsen często kładzie pióro i, przechadza się po nich, by znowu do pióra powrócić. Żona czuwa nad tem, by nikt mu spokoju nie przerywał, i ona jedna w godzinach, poświęconych pracy, ma dostęp do niego. Tak jak jego matka i babka, Ibsen jest odludkiem i tylko niekiedy wdaje się w rozmowę, gdy jest sam na sam z osobą sympatyczną. W liczniejszem gronie milczy. Towarzystwa nie potrzebuje a prowadzi życie regularne według skazówek zegarka. W lecie wstaje o 7-ej, w zimie trochę później. Ubiera się bardzo powoli, bo ma zwyczaj ubierając się układać plany swoich utworów. Spożywszy lekkie śniadanie, złożone z filiżanki czarnej kawy i kawałka chleba, od 9-tej do 1-szej przebywa w swojej pracowni, potem udaje się na przechadzkę, wraca na obiad, po obiedzie czyta, załatwia korespondencyę i sprawy bieżące, a po wczesnej kolacyi udaje się na spoczynek. Takim trybem upływa mu jednostajnie dzień za dniem.

Sposób tworzenia Ibsena jest dziwnie charakterystyczny. Skoro tylko wybierze sobie temat, opracowywa go w myśli z niezmierną starannością, nie biorąc pióra do ręki, opracowywa w czasie ubierania się, spacerów lub też chodząc po pokoju. Gdy plan przedstawił mu się już w głównych rysach, kreśli go szybko, ale jest to dopiero wstęp do istotnej pracy twórczej. Zabiera się do niej, gdy zżyje się ze swojemi postaciami, gdy staną przed oczyma jego duszy jakby żywe, ze wszystkiemi swemi właściwościami, sposobem mówienia, ubiorem nawet.

Cały utwór pisze od początku po raz drugi i jeszcze przerabia, przepisując na czysto, wówczas dopiero oddaje go do druku. Lato jest dla niego najlepszą porą pracy, obmyśla za to w zimie swoje dzieła.

Zdrowiem cieszy się doskonałem, posiada organizm żelazny, który pomimo lat siedemdziesięciu nie zna co to zmęczenie. Nie chorował nigdy w życiu. Słowem jest to człowiek w zupełnej równowadze fizycznej i umysłowej, w pełni talentu. Ostatnie jego dzieło, "Jan Gabryel Borkman", niczem nie zdradza wieku swego twórcy, a jędrnością i siłą przenosi wiele innych sztuk jego.

Rozglądając się w utworach Ibsena z ostatnich lat dwudziestu, widzimy, że porusza on wszystkie żywotne zagadnienia obecnych społeczeństw. Kwestya dziedziczności złączona w wielkiej mierze z kwestyą odpowiedzialności, stanowisko, jakie kobieta zajmować powinna w rodzinie i społeczeństwie, stosunek rodziców z dziećmi, konieczność działania zgodnie z prawdą i sumieniem bez żadnego względu na następstwa, przesuwają się w nich kolejno, porusza je mimochodem w każdej niemal sztuce, kiedy w innych są one tematem głównym.

W głębi jednak tych wszystkich zagadnień tkwi jedno najważniejsze, z którego wypływają wszystkie inne, a mianowicie walka wyrabiającej się coraz więcej indywidualności z porządkiem przyjętym, który ją nieraz przygniata i łamie. Nietzsche oparł na niej swoje ktrynę, "nad-człowieka" który w imię potrzeb własnej jednostki ma prawo deptać ogólnie przyjęte zasady, bo się czuje wyższym nad nie.

Jest to doktryna wprowadzana od wieków w czyn przez wyjątkowe osobniki, bo tylko istoty, obdarzone silą, miały odwagę upominać się o prawa jednostki. Czy jednak upominanie to stanie się coraz częstszem, gdy droga będzie utorowana? W jakiej mierze być ono może słusznem i uprawnionem, nie rozprzęgając wszystkich węzłów społecznych? Oto pierwszorzędne pytania, które bystry umysł dramaturga zrozumiał i które posłużyły mu do stworzenia szeregu postaci zawikłanych w subtelne a bolesne walki, targające wszystkiemi strunami duszy.

Stosunkiem, w którym prawa jednostki są najwięcej skrępowane, jest stosunek małżeński, dlatego też ta kwestya u Ibsena występuje na plan pierwszy. Wprawdzie czynią tak wszyscy dramaturgowie obecnej doby, ale na krwawe rany społeczne znajdują zwykle tylko szablonowe rozwiązania. Ibsen pierwszy postawił je w sposób radykalny. Wprowadza on najczęściej małżeństwo pozornie szczęśliwe, jak w "Norze", "Dzikiej kaczce", "Kobiecie morskiej", "Heddzie Gabler", w "Małym Eyolfie", wśród którego jednak panuje głęboki, choć często niewyznany rozdźwięk. Rozdźwięk ten paczy charaktery, zabija umysłowo, doprowadza do katastrof z pozoru niespodzianych a jednak nieuniknionych, bo leżą w koniecznościach psychologicznych. To właśnie stanowi wartość Ibsena, to go czyni tak niezmiernie dzisiejszym. Chwyta, rozumie, odczuwa to, co leży niewyraźne jeszcze i niedopowiedziane w łonie społecznem. Nawet owe zawiłe kwestye suggiestyi, przeczuć, tajemniczych węzłów, łączących niektóre jednostki pomiędzy sobą albo też z naturą, znalazły echo w sztukach Ibsena, dotyka ich lekko, natrąca raczej niż przedstawia, nie rozwodząc się, nie wypowiadając nawet właściwie. Mogą to być przywidzenia chorej wyobraźni, jednakże wypadają z nich dziwne kolizye, tak samo, jak to dzieje się w życiu, w którem spotykamy nieraz fakta do wytłómaczenia niepodobne. Nikt lepiej od niego nie umie przedstawić to nieznane otaczające nas, a niekiedy wkraczające niespodzianie w dziedziny faktyczne, a o których powiedział tak dosadnie Hamlet: "Są rzeczy na ziemi i w niebie, o których się nie śniło filozofom".

Ibsen często lekceważy drobne konwenansowe względy, w jego sztukach ludzie nieraz oddają wizyty o niemożliwych godzinach, sceny przeciągają się przez całe akta, sytuacye trwają niezmiernie długo, i z tego czyniono mu już nieraz zarzuty. Są to jednak zarzuty bardzo drobne i nie mogą zmniejszyć sławy wielkiego dramaturga, na którego cały świat intelektualny ma od pewnego czasu oczy zwrócone.


  1. Pod wpływem Rzymu i wspomnień historycznych, jakie budził, powstał dramat Cesarz i Galilejczyk, który rozniósł szeroko sławę swego twórcy. Jednak utwór ten pomimo piękności, jakie zawiera, jest przejściowym. Ibsen nie wypowie dział się w nim jeszcze w zupełności.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.