Godzina myśli
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
- Głuche cierpiących jęki, śmiech ludzki nieszczery
- Są hymnem tego świata - a ten hymn posępny,
- Zbłąkanymi głosami wiecznie wniebowstępny,
- Wpada między grające przed Jehową sfery
- Jak dźwięk niesfornej struny. Ziemia ta przeklęta,
- Co nas takim piastunki spiewem w sen kołysze.
- Szczęśliwy, kto się w ciemnych marzeń zamknął ciszę,
- Kto ma sny i o chwilach prześnionych pamięta.
- Trzeba życie rozłamać w dwie wielkie półowy,
- Jedną godziną myśli - trzeba w przeszłość wrócić;
- I przeszłość jako obraz ściemniały i płowy,
- Pełny pobladłych twarzy, ku słońcu odwrócić...
- I ścigać okiem światła obrazu i cienie
- Jak lśniące rozpryśnionych mozajek kamienie.
- Tam - pod okiem pamięci - pomiędzy gór szczytem
- Piękne rodzinne miasto wieżami wytryska
- Z doliny, wąskim nieba nakrytej błękitem.
- Czarowne, gdy w mgle nocnej wieńcem okien błyska;
- Gdy słońcu rzędem białe ukazuje domy,
- Jak perły szmaragdami ogrodów przesnute.
- Tam zimą lecą z lodów potoki rozkute
- I z szumem w kręte ulic wpadają załomy.
- Tam stoi góra, Bony ochrzczona imieniem,
- Większa nad inne - miastu panująca cieniem;
- Stary - posępny zamek, który czołem trzyma,
- Różne przybiera kształty - chmur łamany wirem;
- I w dzień strzelnic błękitnych spogląda oczyma,
- A w nocy jak korona, kryta żalu kirem,
- Często szczerby wiekowe przesuwa powoli
- Na srebrzystej księżyca wschodzącego twarzy.
- W dolinie mgłą zawianej, wśród kolumn topoli,
- Niech blade uczuć dziecko o przyszłości marzy,
- Niechaj myślami z kwiatów zapachem ulata,
- Niechaj przeczuciem szuka zakrytego świata;
- To potem wiele dawnych marzeń stanie przed nim,
- I ujrzy je zmysłami, pozna zbladłe mary.
- Karmił się marzeniami jak chlebem powszednim,
- Dziś chleb ten zgorżkniał, piołun został w głębi czary.
- Do szkieletu rozebrał zeschłe myśli ciało,
- Odwrócił oczy, serce już myśleć przestało.
- Gdy lampa gaśnie, kiedy pieśń piastunek ścicha,
- Kiedy się małe dziecko z kołyski uśmiecha,
- Ma sen całego życia... A gdy tak przemarzą,
- Dzieci na świat nieznany smutną patrzą twarzą
- I bladym przerażają czołem od powicia;
- Smutne pomiędzy ludźmi - bo miały sen życia.
- Wśród litewskiego grodu, w ciemnej szkolnej sali
- Siedziało dwoje dzieci - nie zmięszani w tłumie.
- Oba we współzawodnej wykarmieni dumie,
- Oba wątłej postaci, marmurowo biali.
- Młodszy wiekiem nadzieje mniejsze zapowiadał,
- Pierś mu się podnosiła ciężkim odetchnieniem;
- Włos na czole dzielony na ramiona spadał
- I po nich czarnym, gęstym sypał się pierścieniem.
- Widać, że włos ten, co dnia ręką dziewic gładką
- Utrefiony, brał blaski dziewiczych warkoczy.
- Ludzie nieraz: "On umrze" - mówili przed matką;
- Wtenczas matka patrzała długo w dziecka oczy
- I przeczyła z uśmiechem - lecz w smutku godzinie,
- Kiedy na serce matki przeczuć spadła trwoga,
- Lękała się nieszczęścia i myśląc o synie
- Nie śmiała wyrzec: "Niech się dzieje wola Boga".
- Bo w czarnych oczach dziecka płomień gorączkowy,
- Przedwcześnie zapalony, trawił młode życie.
- Wśród ciemnej szkolnej sali było drugie dziecię.
- Włos miało jasny, kolor oczu lazurowy.
- Ludzie na nim nadzieje budowali szczytne.
- Pożerał księgi, mówił jak różne narody,
- Do licznych nauk dziennie palące czuł głody,
- Trawił się - jego oczy ciemne i błękitne,
- Jak polne dzwonki łzawym kryształem pokryte
- I godzinami myśli w nieruchomość wbite,
- Tonąc w otchłań marzenia, szły prostymi loty
- Za okresy widzenia, za wzroku przedmioty.
- Gdy patrzał w nie widziane oczyma obrazy,
- Ludzie obłędność w oczach widzieli - lecz skazy
- Żadnej dostrzec nie mogli. Młoda pamięć obu,
- Ogromna pamięć, z myśli uwita łańcucha,
- Świadczyła o istności przedżywotnej ducha;
- A przeczuciami życie widzieli do grobu.
- I nic ich nie dziwiło, co z lat poszło biegiem,
- I smutni nad przepaści życia stali brzegiem
- Nie odwracając lica. W ciemnej szkolnej sali
- Smutna poezja duszy dała dźwięk uroczy.
- Na ciemnych, mglistych szybach zawieszając oczy,
- Wiosną - wśród szmeru nauk, myśleniem słuchali
- Szmeru rosnących kwiatów. A w zimowe pory
- Biegli na błonia, białym pogrzebane śniegiem,
- Tam prędkim po równinach zadyszani biegiem,
- Twarze umalowane zimnymi kolory
- Obracali na stronę, skąd przyjść miała wiosna,
- I pierwszy powiew pili ustami jak życie.
- Potem, gdy w wiosennego powietrza błękicie
- W balsamy się rozlała czarna lasów sosna,
- Znudzeni wonią kwiatów zmięszaną, stokrotną,
- Wynaleźli woń tęskną - dziką i ulotną;
- Była to woń wierzbami opłakanej wody,
- Z cichej fali wstawała każdego wieczora,
- Tajemnicze w powietrzu rozlewając chłody.
- Potem jesienią - dzieci wyobraźnia chora,
- Wypalona, igrała z żółtym liściem lasów,
- Smutna jak w starcach pamięć przeminionych czasów.
- Serce każdego równą miarę uczuć trzyma,
- Smutna poezja duszy oba serca żywi;
- Lecz wrażeniami duszy odmiennie szczęśliwi,
- Odmiennie czuli. Dziecko z czarnymi oczyma,
- Młodsze wiekiem, natchnieniom dało myśl skrzydlatą
- I wypadkami myśli żyło w siódmym niebie.
- Młodszy marzenia stroił czarnoksięską szatą,
- A potem silną wolą rzucał je przed siebie,
- I stawały - i widział przed sobą obrazy,
- Od których się odłamał zimniejszym rozumem:
- Więc przeczuł, że marzeniom da kiedyś wyrazy,
- Że się zapozna myślą z myślnym ludzi tłumem.
- Przed sobą miał krainę duchów do zdobycia.
- Jego towarzysz, większy nauką i laty,
- Nigdy od krain myśli nie odłamał życia;
- Sprzągł razem i powiązał dwa niezgodne światy.
- I nieraz go śmiech ludzi, śmiech, co czucia głuszy,
- Budził - i rzeczywistość zimna roztrącała.
- Jako posągom nieraz braknie w rysach duszy,
- Posągom jego myśli brakowało ciała.
- Dusza, jak w kryształowym zamknięta przezroczu,
- Patrzała na świat dzikim obłąkaniem oczu,
- Niezupełności wrażeń łamana katuszą.
- Nieraz te dzieci myślą dwoistą i duszą
- Składali jedne, piękne całością obrazy.
- W dnie wiosenne przy ścieżce piaskowej, na kwiatach,
- Gdzie nad nimi różowe rozkwitały ślazy,
- Gdzie wisznie jak dziewice w białych wiosny szatach
- Między zarumienione kryły się jabłonie;
- Tam wzajem na ramionach opierając skronie
- Zamieniali słowami uczucia wzajemne.
- Oni marzeniem księgi rozumieli ciemne
- Nie rozumiejąc myślą. Z dziecinnego piasku
- Na księgach Swedenburga budowali gmachy
- Pełne głosów anielskich, szaleństwa i blasku,
- Niebu tytanowymi grożące zamachy.
- Przez tworów państwa snuli myślą dwa łańcuchy,
- W światło zbite u góry, w ciemność spodem zlane;
- Tych ogniwa jak szczeble wschodów połamane
- Wiodą w światło idące albo w ciemność duchy,
- I świat tworów, w dwa takie rozłamany ruchy,
- Wiecznie krąży. A dusza z iskry urodzona
- Różnym życiem przez wieki rozkwita - i kona
- Przez długie wieki, biorąc kształty różnych tworów.
- W kwiecie jest duszą woni i treścią kolorów,
- W człowieku myślą, światłem staje się w aniele.
- Raz wstępnym pchnięta ruchem, ciągle w Boga płynie,
- W doskonalszym co chwila rozkwitając ciele.
- Człowiek się silną myślą w anioła rozwinie,
- Ten anioł zachwyceniem w światło się rozleje
- I będzie częścią Boga na żywiołów tronie.
- Lecz męty ziemskie w światła osiadają łonie;
- Jak o spadłych aniołach święte uczą dzieje,
- Ziemskimi sny ścigani - grzeszą myślą dumy.
- I co dnia z łona Boga dusz zagasłych tłumy
- Lecą na ziemię jak gwiazd zepchnięta lawina.
- Każda się w kształty ziemskie krysztali i ścina,
- I rosnącym ciężarem w bieg strącona skory,
- Przechodzi w ludzkie, czuciem zardzawiałe twory;
- I będzie jadem w gadzie, a trucizną w kwiecie.
- Patrząc na tłumy ludzi na tym ciemnym świecie,
- Oni widzieli, którzy z łona Boga spadli,
- I po schodzących szczeblach szli w otchłań - i bladli.
- W duszy dziecinnej woli czarnoksięska siła,
- Ciągłym myśleniem, ciągłym rozwijana snuciem,
- Nie wyjawiona słowy - często w ludzi biła.
- Zaczarowanie wolą nazwali - zaczuciem.
- Bo nieraz wśród ciemnego tłumami kościoła,
- Którą z klęczących dziewic natrafiwszy losem,
- Wołali na nią silnie niemym duszy głosem;
- Wtenczas twarz odwracała od Pańskiego stoła
- I pośród tłumu ludzi jej wzrok, w zadziwieniu,
- Nieobłędnie rzucony, na twarz dzieci padał,
- Jak gdyby na wołanie duszy odpowiadał,
- Jak gdyby ją po znanym wołali imieniu.
- Nieraz starszy, błękitne topiąc w ziemię oczy,
- Mówił: "Słyszysz, mój luby, jak obecna chwila
- Pada w przeszłość, rzucając dźwięk tęskny, uroczy,
- Ona nigdy nie wróci, ona nas nachyla
- Smutniejszymi twarzami w przeszłość upłynioną.
- Szczęśliwy! twoje myśli świetniej w słowach płoną,
- Niż gdy w sercu zamknięte - moje myśli gasną,
- Słów nie cierpią - lecz nieraz w godzinie tajemnic
- Tłumnymi słowy w piersiach jak szatany wrzasną
- I wołają, ażebym je wypuścił z ciemnic,
- Abym je wywiódł na świat - słów otworzył drogę.
- Niech mi świat da poezją - dać mu jej nie mogę.
- W tłumie myśli mam przepaść wiecznie czczą myślami,
- Przepaść ciemną, głęboką; napełnię ją życiem...
- Jeżeli nie wystarczy, biada! Ciągłym gniciem
- Myśl się w martwą przekształci ciemnością i łzami,
- Stanę się myśli grobem - lub umrę przedwcześnie.
- Słuchaj! wschodnie krainy dziś ujrzałem we śnie,
- Piękne były, czarowne, nieraz o nich marzę.
- Widzę słońcem ściemniałe Beduinów twarze,
- Widzę lasy palmowe, świadki dawnych czasów.
- Myśl moja niewstrzymana w te krainy goni,
- Chciałbym jak duch w kwiecistej roztopić się woni,
- Chciałbym jak liść nieznany paść tam, w głębi lasów".
- Gdy tak marzył - to wisznie i kwiaty ogrodu
- Bezwonne przed nim rosły, bo myśl dalej biegła
- I wkrótce marzeniami ognistymi wschodu
- Zamknęła go w płomieni kole i obległa.
- Więc pojechał do wielkiej na północ stolicy,
- Gdzie długo patrzał w Koran, zwierciadło kalifów;
- Albo samotny słuchał wieków tajemnicy,
- Wymówionej niepewną twarzą hieroglifów.
- Po trzech latach nauki miał wziąć kij pielgrzyma.
- Przez te trzy lata dziecko z czarnymi oczyma
- Poznało miłość. - Pierwszą i ostatnią była,
- I najsilniejsza z uczuć, uczucia przeżyła.
- Widziałem go przy stopach dziewicy - anioła,
- Czarnymi weń oczyma patrzała i bladła
- Myśląc o dziecka życiu, bo z wielkiego czoła
- Przyszłość mu nieszczęśliwą jak wróżka odgadła.
- Więc odwracała oczy, a wtenczas łzy lała.
- Przed nią dusza dziecięcia jako karta biała
- Czerniła się na wieki miłością daremną.
- Ona go chciała wysłać na tę ziemię ciemną
- Ze wspomnieniami szczęścia - chciała zbroić niemi
- Przeciwko własnej duszy i czczym chwilom ziemi;
- Więc kładła w niego marzeń i myśli tysiące,
- A słowa jej tak były łagodne, tak drżące,
- Że we wspomnieniach dziecka zlane, dały dźwięki
- Podobne do miłości zeznanej wyrazu.
- Ona umiała oczom nadać wzrok rozkazu
- I nieraz wstrzymać zamach samobójczej ręki.
- On sam od siebie śmierci odsunął widziadło
- Dziwnym wynalezieniem cierpiącego życia.
- On przed sobą przyszłości postawił zwierciadło
- I rzucał w nie obecne chwile - i z odbicia
- Wnosił, jaki blask przyszłe wspomnienia nadadzą
- Obecnym chwilom życia. Taką myśli władzą
- Śmiech nieraz słyszał, wspomnień powtórzony echem,
- Smutny i połamany przyszłością niepewną,
- I na wesołą chwilę twarzą patrzał rzewną;
- A nieszczęście przyjmował półsmutnym uśmiechem,
- Patrząc na nie z przyszłości. - Był to wzrok wędrowca,
- Co w drodze życia wstąpił na szczyty grobowca
- I stamtąd ściga mgliste rysy krajobrazów.
- Nieraz z dziewicą bory przelatywał ciemne;
- Gdy pod ich końmi iskry sypały się z głazów,
- Mówili wzajem myśli głębokie, tajemne,
- Jak do snu kołysani - marzący jak we śnie.
- A dziecię, bolem uczuć złamane przedwcześnie,
- Po takich mowach ludzi chroniło się tłumu
- I biegło w ciemne lasy - tam na dzikie wrzosy
- Kładło się bladą twarzą - sosn słuchając szumu;
- Tam uspionemu myślą wiatr rozwiewał włosy,
- A myśli rosły wielkie, ciemne, tajemnicze,
- Jak gwiazdy ogromnymi płynące obroty.
- Lub w niebo kładł się twarzą - wtenczas na oblicze
- Padało światło lasów - promień słońca złoty,
- Pocięty cieniem liści w marmurowe plamy.
- A potem w głębiach lasu wicher z szumem wzbity
- Nad głową mu odmykał gałęziste bramy,
- Skąd w ciemne myśli nieba spadały błękity.
- Po trzech latach ów drugi młodzieniec powrócił,
- Biegły wschodnich narodów tłumaczyć się mową.
- W otwarte dziecka ręce z rozkoszą się rzucił
- I rzekł: "Odjeżdżam na wschód, w krainę palmową". -
- A potem umilkł nagle. O jakże odmienny
- Od marzącego dziecka - pobladł - jego oczy
- Obłąkane jak dawniej, lecz wzrok miały senny,
- Widać, że myśl, co niegdyś żywiła, dziś tłoczy
- I wbija go do ziemi. - Jakaś tajemnica
- Niedocieczona spała w rysach martwych lica.
- Mało mówił - i tylko raz wśród dzikich sosen
- Wykrzyknął z obłąkaniem: "Ginę marzeń zdradą!
- Wysyłają mię w kraje bez zim i bez wiosen.
- Chcą mię zabić!" - a potem uśmiechnął się blado
- I resztę zamknął w serca głębokim tajniku.
- Potem wziąwszy uściski matki, druhów, bratnie,
- Odjechał - i w drugiego dziecka imionniku
- Zapisał pożegnania wyrazy ostatnie:
- "Po długich latach, gdy wiek sił ukróci,
- Gdy będziesz myślą w złotej przeszłości się stawił,
- Wspomnij na przyjaciela, który cię zostawił,
- Jak przeszłość zniknął, jak przeszłość nie wróci".
- Wkrótce potem... pamiętam... o księżyca wschodzie
- Drugie dziecię wśród ciemnej dębowej ulicy
- Siedziało pochylone przy stopach dziewicy.
- Z drzew opadały liście i w całym ogrodzie
- Zaledwo kilka kwiatów szronami srebrzystych;
- Na niebie ledwo kilka gwiazd zabłysło mglistych,
- Księżyc płynął samotny, las szumiał daleki.
- Tego wieczora dziecię ustami drżącemi
- Anioła snów dziecinnych żegnało na wieki;
- A potem bladą twarzą upadło do ziemi
- Jak zabite słowami, dumnym wstydem drżące.
- Bo dziecko miało dumę wielkiego człowieka
- Przeczuciem nakarmioną. Wtenczas lat tysiące,
- Wtenczas mu w oczach przyszłość stanęła daleka,
- Świetna okrzykiem ludzi - a z tymi obrazy
- Obecna chwila czarnym łamała się cieniem,
- Odrzuconą miłością, dumą, oburzeniem,
- Serce jak kryształ w setne poryło się skazy
- I tak wiecznie zostało. Wszystkie czucia skarby
- Ognistej wyobraźni rzucił na pożarcie,
- Wyobraźnia złotymi rozkwitała farby
- I kładła się jak tęcza na ksiąg białej karcie;
- Lecz nie było w niej wiary w szczęście ani w Boga.
- Ludzie w nim mieli druha, w myślach świat miał wroga.
- On, w głębi duszy słysząc krzyk szczęścia daremny,
- Mścił się i gmach budował niedowiarstwem ciemny.
- Ta budowa, ciężkimi myślami sklepiona,
- Stała otworem ludziom, lecz by się w nią dostać,
- Musieli wprzód jak wielcy szatani Miltona
- Zmniejszać się i myślami przybrać karłów postać.
- Tak w rozstania godzinie młody anioł zginął...
- Wzniósł twarz... już nad nim młodej nie było dziewicy;
- Długo dumał... bo księżyc pół nieba przepłynął
- I patrzał drugą stroną dębowej ulicy
- Jak lampa w końcu ciemnej klasztornej arkady.
- Młodzieniec zadumany patrzał w księżyc blady,
- Potem nagle uspioną budząc się pamięcią,
- Wydobył pismo, całą zamknięte pieczęcią;
- I przy księżyca świetle czytał nieruchomy,
- Na nieznajomym liście podpis nieznajomy,
- A w głębi listu smutne kryły się nowiny.
- "Twój przyjaciel, wysłany w piramid krainy
- Jako drogman poselstwa, zajechał po drodze
- Do przyjaciół rodziców domu, trzy dni bawił...
- Niewinnej wesołości długie puścił wodze
- I przy lampie wieczornej powieści nam prawił.
- Wczoraj miał dalej jechać... Widzieliśmy rankiem,
- Jak po jesiennym liściu chodził smutny, cichy...
- Potem konie pocztowe brzęknęły przed gankiem,
- Potem wielkie strzemienne podano kielichy...
- Żegnał się - za łzy dawał wesołe uściski
- I pucharem o nasze puchary uderzył.
- Odszedł. Wtem ucztujących strzał przeraził bliski,
- Tłumem biegliśmy w jego komnatę... już nie żył.
- Przez serce przeszła kula, a broń trzymał w dłoni.
- Spoczywa na rozdrożu - wśród leśnej ustroni.
- Ksiądz grób jego poświęcił, wierząc w zdanie tłumu,
- Że samobójstwo było w młodzieńcu chorobą
- Obłąkania, ciemnoty, szału, nierozumu.
- Ten wypadek dóm cały napełnił żałobą".
- Oto jest romans życia nie skłamany w niczem....
- Zabite głodem wrażeń jedno z dzieci kona,
- A drugie z odwróconym na przeszłość obliczem
- Rzuciło się w świat ciemny... powieść nie skończona...