Elegie i inne pisma literackie i społeczne/Przypisy

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Skocz do: nawigacji, wyszukiwania








PRZYPISY








Wilga[edytuj]

(Str. 3) WILGA (z podtytułem: Ze zbioru «Elegje») była drukowana w Echu Warszawskiem 19 kwietnia 1925 r. (Nr. 107). Przedrukowało ją pismo dla młodzieży W słońcu w październiku 1925 r. (Nr. 13—14). W przedruku tym dołączona jest do tekstu fotografja z podpisem: «Stefan Żeromski z córeczką, którą opisuje jako małą śpioszkę, opiekunkę psów». — W wydaniu niniejszem oparto się na tekście Echa Warszawskiego, poprawiając tylko błędy druku według rękopisu (znajdującego się w posiadaniu p. Władysława Włocha). Między tym rękopisem a pierwodrukiem jest kilka różnic, świadczących, iż Żeromski pewne zmiany wprowadzał w korekcie (w korekcie np. dopiero przybył dwuwiersz o kalinie-Helenie).

Wybieg instynktu[edytuj]

(Str. 9) WYBIEG INSTYNKTU był drukowany w Książce zbiorowej ku uczczeniu pierwszej rocznicy istnienia Uniwersytetu Poznańskiego (Poznań, 1920) i mniej więcej równocześnie w warszawskim tygodniku Światło (1920) w zesz. 12—13. Tekst w Świetle różni się od tekstu w Książce zbiorowej szeregiem zmian stylistycznych i wstawek. Po raz trzeci za życia autora wydrukowano Wybieg instynktu w Księdze pamiątkowej Kielczan 1856—1904 (Warszawa, 1925): tekst ze Światła został tu wzbogacony o nazwiska osób, które poprzednio z imion tylko były wymienione. Za tą trzecią redakcją poszliśmy w wydaniu niniejszem (tylko oczywiste błędy poprawiając według pierwszych dwóch).

Ewakuacja Krakowa[edytuj]

(Str. 21) [EWAKUACJA KRAKOWA]: tytuł ten pochodzi od wydawcy. Utwór, napisany prawdopodobnie w roku 1915, drukujemy z niezatytułowanego rękopisu, będącego w posiadaniu p. Stanisława Piołun-Noyszewskiego; składa się on z trzynastu luźnych, po jednej stronie zapisanych i liczbowanych kartek formatu «handlowego» (29 cm × 22.5 cm) — tego samego, na którym jest napisana rzecz [W brzasku przedwiośnia].

Z dziennika[edytuj]

(Str. 30) Z DZIENNIKA. Jest to pierwszy utwór, jaki Żeromski drukował w Głosie (7 grudnia 1889 r., Nr. 49). Nosi on tam tytuł: Z Dziennika. I. Psie prawo i kończy się formułą d. c. n. Ze zmienionym podtytułem (Z dziennika. Pod pierzyną) i już bez znamion przynależności do jakiegoś cyklicznego projektu powtórzyło ten utwór pierwsze wydanie Opowiadań (Warszawa, 1895); z następnych jednak wydań tego zbioru został wyłączony.

Elegia[edytuj]

(Str. 40) ELEGJA była drukowana w Tygodniku Powszechnym (wydawanym w Warszawie przez Wiktora Gomulickiego) 2 listopada 1889 r. (Nr. 5). — W trzecim od końca ustępie utworu w zdaniu ostatniem, coś w druku opuszczono. Wydawca pozwolił sobie zapełnić powstałą lukę prawdopodobnym wyrazem w nawiasach.

Ach! gdybym kiedy dożył tej pociechy...[edytuj]

(Str. 45) ACH, GDYBYM KIEDY DOŻYŁ TEJ POCIECHY... Pierwodruk w Tygodniku Powszechnym 12 października 1889 r. (Nr. 2). Jest to, zdaje się, pierwsza drukowana rzecz Żeromskiego prozą. Wcześniej były drukowane «sztubackie wierszydła» (wedle określenia samego Żeromskiego w niedatowanym liście do p. Stefana Dembego), mianowicie przekład Pragnienia Lermontowa w Tygodniku Mód i Powieści 8 lipca 1882 r. (Nr. 27)

Piosnka rolnika w Przyjacielu Dzieci 12 sierpnia 1882 r. (Nr. 32),


PRAGNIENIE
(Z Lermontowa)

Czemum ja nie ptakiem, nie krukiem stepowym,
Co leci tu w górze, nad głową?
Dlaczego nie mogę z obłokiem zimowym
Ulecieć w mą stronę rodową?

Na zachód, na zachód poleciałbym lotem,
Gdzie przodków mych kwitną rozłogi,
Gdzie zamek ich pusty, błyszczący jak złotem,
Gdzie popiół mych ojców śpi drogi!

Na ścianie wiekowej ich puklerz herbowy
I miecz zardzewiały nad drzwiami...
Ja zacząłbym latać i z tarczy rodowej —
Kurz zmiótłbym mojemi skrzydłami!

I arfy ich szkockiej nawiązałbym struny...
I dźwiękby poleciał sklepieniem...
I tak, jako powstał — tak cichy, stłumiony,
Skończyłby się cicho — marzeniem!

Lecz na nic me prośby, lecz na nic me żale...
Co począć z srogiemi losami?
Ten kraj i mój zamek, sterczący na skale,
Wielkiemi rozdarte morzami.

Ostatni potomek zwycięskich szeregów,
Tu więdnę w tym kraju zimowym,
Choć tutaj zrodzony — do innych drżę brzegów...
Ach! czemum nie krukiem stepowym?!


PIOSNKA ROLNIKA

Plonuj, plonuj, ziemio stara!
Ródź mi, matko, ródź!
Oto moja pszenna miara:
Zwróć z nasypką, zwróć!

Może, ziemio moja droga,
Dasz mi cierń i głóg...
Jednak śmiało, w imię Boga!
Wpuszczam w ciebie pług...

Orzę z końca aż do końca,
Mego łanu grzbiet,
Ode wschodu aż po słońca
Zachód — orzę het!...

Tyż mi nagródź, z emio matko,
Mój tak krwawy trud...
Niech, gdy ciężkie przyjdzie latko,
Dach mój minie głód!

Plonuj, plonuj, ziemio stara!
Ródź mi, matko, ródź!
Oto moja pszenna miara:
Zwróć z nasypką, zwróć!...

In Memoriam Tadeusza Micińskiego[edytuj]

(Str. 49) IN MEMORIAM TADEUSZA MICIŃSKIEGO: przemówienie to, wygłoszone na uroczystej akademji w teatrze im. Bogusławskiego w Warszawie, dn. 6 marca 1925 r. (przed przedstawieniem dramatu Micińskiego Kniaź Patiomkin), drukowane było potem w Wiadomościach Literackich 22 marca 1925 r. (Nr. 12).

Henryk Bukowski[edytuj]

(Str. 52) HENRYK BUKOWSKI. Łączymy tu dwa artykuły o Bukowskim. Pierwszy był drukowany zaraz po jego śmierci w Tygodniku Illustrowanym (24 marca 1900 r., Nr. 12), drugi w dwadzieścia pięć lat później w Świecie (21 marca 1925, Nr. 12).

Maryan Abramowicz[edytuj]

(Str. 61) MARJAN ABRAMOWICZ. Pierwodruk w Przeglądzie Warszawskim Nr. 40 (styczeń 1925).

Wspomnienie[edytuj]

(Str.83) WSPOMNIENIE było ogłoszone w książce zbiorowej Pamięci Wilhelma Feldmana (Kraków, 1922).

Na broń...[edytuj]

(Str. 86) NA BROŃ... Pierwodruk tego utworu mieści się w lwowskim tygodniku Placówka 1919 r. w Nr. 22 (29 czerwca) i 23 (6 lipca). Stamtąd był on — cały lub częściowo — przedrukowany przez kilka dzienników (Gazetę Polską w Warszawie w Nr. 262, Nową Reformę w Krakowie w Nr. 297—298, Nasz Kraj w Wilnie w Nr. 68). Między innemi krakowski Ilustrowany Kuryer Codzienny (1919 r., Nr. 298) powtórzył początkową jego część pod zmienionym tytułem: Wiarą, bronią i cudem; jako osobną pozycję bibljograficzną wymieniają ten przedruk p. Stefan Vrtel-Wierczyński w Bibljografji literatury polskiej za rok 1919 (Lwów, 1926, str. 128) i p. Kazimierz Czachowski w Gazecie Literackiej (1927 r., Nr. 2: Stefan Żeromski. Pisma ogłoszone przez Żeromskiego i nie objęte wydaniami książkowemi. Uzupełnienia).

Mieczysław Jakimowicz[edytuj]

(Str. 97) MIECZYSŁAW JAKIMOWICZ: wspomnienie to było drukowane w miesięczniku Rok Polski (w Krakowie) we wrześniu 1917 r. (Nr. 9).

W sprawie Machajskiego[edytuj]

(Str. 103) W SPRAWIE MACHAJSKIEGO. Pierwodruk — w Nowej Reformie 7 lutego 1911 r. (Nr. 60) — poprzedzony jest słowami redakcji: «Otrzymujemy następujący list z Paryża z prośbą o zamieszczenie».
W Księdze pamiątkowej Kielczan (1925) znajdujemy następujący krótki życiorys Machajskiego (str. 263):
Machajski Wacław — jako student medycyny uniwers. warszaw. za udział w Związku Młodzieży Polskiej i przewożenie patrjotycznej literatury nielegalnej więziony najprzód w Krakowie, a następnie w Warszawie, zostaje skazany na zesłanie na Syberję. Tam następuje przewrót w jego pojęciach i z narodowca przeobraża się w skrajnego komunistę; tworzy własną teorję anarchizmu i skupia koło siebie zwolenników — zwanych «machajowcami», przeciwstawiających się udziałowi inteligencji w ruchu robotniczym. Machajskiemu przypisują maksymę «dołoj gramotnyje». Po powrocie z Syberji przebywa jakiś czas w Zakopanem, gdzie aresztowany, a następnie wydalony z granic Austrji udaje się do Paryża. Tam przebywa do wybuchu rewolucji w Rosji, poczem na specjalnym statku, wysłanym przez rząd Kiereńskiego po emigrantów rosyjskich, udaje się do Rosji, gdzie dotąd pozostaje.

Machajski jest wspominany w Wybiegu instynktu, a był on także podobno (wedle relacji kilku osób, które blisko znały Żeromskiego) prototypem Andrzeja Radka z Syzyfowych prac. Z biegiem lat oddalili się od siebie szkolni przyjaciele. Już w r. 1892, zetknąwszy się z Machajskim w Zürichu, pisał Żeromski do narzeczonej (20 stycznia):

«Spotkałem się ze znajomymi i... zdążyłem już zauważyć przedział, istniejący między mną a nimi, — szczególniej zaś przedział między mną i Wackiem. On się zmienił bardzo, a przynajmniej o tyle, że nie można się zejść po bratersku, jak dawniej»
.
A w innym liście (25 stycznia) znowu:
«Dziś się rzadko widujemy, a widząc się mało sobie mamy do powiedzenia. Łudziłem się, że to umysł i serce — to jeden z wielu postępowców, wyśmiewających dziś to, za co wczoraj gardło dawał. Śmiech bierze patrzeć na to wszystko...»

I jeszcze (29 stycznia):

«Wacek z wyżyn doktrynek, jakie obecnie trzyma w pachcie, zarzuca mi wstecznictwo, konserwatyzm, filisteryją. Ja z nim — obecnie — nic prawie nie mam wspólnego... Czasami razem pijemy piwo i palemy jedne cygara, uczestniczemy w jednej rozmowie koleżeńskiéj. Jest to szlachetny chłopiec, dobry doktryner, ale ani podobny do dawnego Wacka».

Wiosną r. 1913, przygotowując się do pisania Walki z szatanem, rozczytywał się Żeromski w Sorelu i literaturze syndykalistycznej; napisał też wówczas do Machajskiego z prośbą, aby mu przysłał «najbardziej zasadniczą swoją broszurę». I oto wrażenie z niej (w kartce z 3 czerwca 1913 r.):

«Mach. przysłał mi swoją ostatnią pracę. Po zapoznaniu się dokładnem z całą prawie literaturą tego rodzaju we Francyi widzę, jakie to jego pisanie jest utrapione, wschodnie i bez wartości. Tamci podnoszą rzeczy cudowne i nad wyraz uczciwe, mądre, nowoczesne, z życia wzięte i najwznioślejsze, a ten tylko słowa, słowa i słowa bez końca...»

Organizacja i program Teatru Narodowego w Warszawie[edytuj]

(Str. 115) ORGANIZACJA I PROGRAM TEATRU NARODOWEGO W WARSZAWIE: jest to odpowiedź na ankietę, rozpisaną przez ówczesnego redaktora Przeglądu Warszawskiego p. Mieczysława Tretera; drukowano ją w tem piśmie w Nr. 42 (marzec 1925 r.).

W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym[edytuj]

(Str. 118) W ODPOWIEDZI ARCYBASZEWOWI I INNYM. Drukujemy tutaj pod jednym tytułem dwa artykuły polemiczne Żeromskiego, ogłoszone w Echu Warszawskiem. Pierwszy — pod nagłówkiem, który tu nadajemy całości — ukazał się 25 lutego 1925 r. (Nr. 56) i był odpowiedzią na następujące pismo M. Arcybaszewa opublikowane w rosyjskim dzienniku Za Swobodu (Warszawa, 23 lutego 1925 r., Nr. 52):


LIST OTWARTY DO P. ŻEROMSKIEGO

Szanowny Kolego!
Jakkolwiek już do pewnego stopnia nauczyłem się po polsku, jednakże nie na tyle, aby móc przeczytać w oryginale ostatnią Pańską powieść Przedwiośnie.
Lecz znam Pana z dawniejszych Pańskich utworów i uważam Pana za jednego z najlepszych pisarzy-artystów we współczesnej literaturze polskiej.
Tem bardziej nieoczekiwana była dla mnie wiadomość, że w Pańskiej powieści znajduje się następujący passus:
«Budował wraz z innymi skrytki w skalnych pieczarach i w labiryncie starych murów w celu przechowywania zakazanych książek nieprzyzwoitych wierszy Puszkina i innych pornografów».
Nie dowierzając swojej znajomości polszczyzny, zwróciłem się do znajomego literata, który upewnił mię, że ostatnie zdanie brzmi właśnie tak:
— ...nieprzyzwoitych wierszy Puszkina i innych pornografów.
Czy w języku polskim logiczny związek wyrazów jest inny, niż w rosyjskim, czy też to zdanie rzeczywiście wyraża Pański pogląd na największego z rosyjskich poetów jako na pornografa jedynie?
Mógłbym myśleć, że to jest tylko omyłka stylistyczna, ale tego trudno się spodziewać po tak subtelnym styliście, jak Pan.
Przypuścić z Pańskiej strony najzupełniejszą nieznajomość literatury rosyjskiej? — nie mogę.
To mogło być napisane tylko przez skrajnego szowinistę, dla którego dawna Rosja tak jest nienawistna, że nawet Puszkin jest dla niego tylko pretekstem dla wypowiedzenia własnej nienawiści.
Z szacunku dla pisarza i artysty odrzucam takie przypuszczenie. Szowinista i pisarz to dla mnie pojęcia nie godzące się z sobą.
Albowiem wiele jest na świecie różnych krajów i narodów, wiele czyni się pomiędzy niemi niesprawiedliwości i nawet zbrodni, ale jest i powinno być coś, co stoi wyżej i od miłości własnej ojczyzny i od nienawiści ku jej wrogom.
To — sztuka, której zadaniem jest wszechludzkie zjednoczenie wbrew granicom państw, wbrew omyłkom i zbrodniom polityki.
Jako obywatele swego kraju, mamy prawo żywić polityczne sympatje i antypatje, ale jako pisarze i artyści, jako słudzy wszechludzkiej kultury, powinniśmy być ponad antagonizmami narodowemi.

Posługując się sztuką dla wyrównywania rachunków politycznych, dopuszczamy się największej zbrodni — zdrady wieczności dla doczesności, poniżamy i naszą własną sprawę i naszą osobistą pisarską godność.
Zastosowanie do jednego z największych poetów epitetu «pornograf» jest tak niedorzeczną i potworną obrazą, że nie chcę wierzyć, żeby wyszło z ust prawdziwego pisarza.
Oczywiście, wiem, i wszyscy wiedzą, że w dniach swojej młodości, w czadzie młodzieńczej łobuzerki, Puszkin napisał kilka żartobliwych i dosyć pikantnych wierszy. Lecz wiem także, że podobne nieprzyzwoite żarty wychodziły z pod pióra i wielu innych wszechświatowych poetów. W tych dniach właśnie pewien pisarz polski recytował mi wiersze Mickiewicza, których treść jest taka, że nie mogę ich tutaj przytoczyć, ale nigdy, będąc przy zdrowych zmysłach i w pełni przytomności, nie zdecydowałbym się powiedzieć: «Mickiewicz i inni pornografowie».
I nietylko dlatego że wysoko cenię literaturę polską (dowiodłem tego niedawno artykułem swoim o Henryku Sienkiewiczu), ale i dlatego że, jako pisarz, należę do tego wspaniałego zakonu, którego obowiązkiem jest pracować dla zjednoczenia narodów, a nie rozpalać w nich ślepą złość nacjonalistyczną.
Ten zakon — to literatura wszechświatowa.
Ta literatura, dla której, zaiste, niema ani Helleńczyka ani Judejczyka, i w której każdy genjusz prawnie zajmuje swoje miejsce, z jakiegokolwiekby kraju pochodził.
Nie mogę Panu wypowiedzieć jak boleśnie zranił mię ten wypadek. I, raz jeszcze, nie dlatego, że jestem Rosjaninem.
Nie chcę wierzyć, że Pan napisał to, zdając sobie całkowicie sprawę ze znaczenia swoich słów.
Albowiem nazbyt poważam literaturę polską, aby przypuścić z Pańskiej strony i bez protestu ze strony innych polskich pisarzy, taką bezmyślną obrazę największego rosyjskiego poety i rosyjskiej literatury wogóle.


Dziennik Za Swobodu ogłosił 28 lutego 1925 r. (Nr. 57) przekład artykułu W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym, z następującym dopiskiem Arcybaszewa:


Oznajmiając, że w odpowiedzi p. Żeromskiego znajduję zupełne dla siebie zadośćuczynienie, nie mogę równocześnie powstrzymać się od wyrażenia zarówno najgłębszego swego zadowolenia z tego, że utalentowany pisarz polski tak stanowczo się uchylił od bolszewickich pochwał, jak i pewnego zdziwienia z powodu tej części jego listu, w której mówi o mnie osobiście.
Przedewszystkiem wydaje mi się bardzo dziwnem, że p. Żeromski, utożsamia mię z tymi, «którzy tej książki nie czytali, a wydają o niej swoje opinje».
To w żadnej mierze nie może się odnosić do mnie, gdyż ja żadnej
opinji o książce nie wypowiadałem i powieści, jako takiej, zupełnie nie tykałem.
Ja w sposób zupełnie określony i ścisły zadałem pytanie w przedmiocie jednego wyrażenia, obraźliwego dla pamięci wielkiego poety, zupełnie niezależnie od treści całej powieści.
Powtóre, każdy, kto czytał mój list do p. Żeromskiego, potwierdzi niewątpliwie, że nie ujawnia się w nim bynajmniej chęć «udowodnienia kto to jest Puszkin», a tem bardziej — «powiedzenia o nim czegoś nowego».
Jest rzeczą aż nadto widoczną, że cel i sens mego listu były zupełnie inne.
Nie wiem, o ile list mój był «per longum et latum», lecz zdaje mi się że p. Żeromski nierównie obszerniej dowodzi mi powszechnie znanej prawdy, iż pisarza nie można utożsamiać z bohaterami jego utworów.
Wyrażenie, z powodu którego nastąpiła wymiana listów między nami, nie jest włożone przez p. Żeromskiego w usta czy myśli jego bohatera, lecz znajduje się w uwadze autorskiej, i dlatego nie może być mowy o «bezapelacyjnem utożsamieniu».
Ta to właśnie okoliczność wywołała mój list, daleki od wszelkiej «bezceremonjalności i wymachiwania nad głową», podyktowany przez szczery ból duchowy i męczące zdumienie.
Owo zdumienie wyraziłem w tem właśnie miejscu listu, w którem mówię, że wyrażenie «Puszkina i innych pornografów» mógłby napisać tylko człowiek absolutnie nie znający Puszkina, albo człowiek zaciekle nienawidzący wszystkiego co rosyjskie.
Znając mię, można być pewnym, że, gdybym w sposób określony dodejrzewał o to p. Żeromskiego, to albobym wcale się do niego nie był zwrócił z «listem otwartym», albobym się był zwrócił w zupełnie innym tonie.
Nie, przypuszczałem, że szanowny pisarz poprostu nie przemyślał tego wyrażenia do końca; i dziś słuszność tego przypuszczenia potwierdzona jest w zupełności przez niego samego, albowiem p. Żeromski, nazywając Puszkina największym poetą nietylko rosyjskim, ale i słowiańskim wogóle, z oburzeniem odrzuca możliwość świadomego połączenia imienia tego poety z epitetem «pornograf».
Jeśli dodać do tego obietnicę szanownego pisarza, że zmieni nieszczęśliwe wyrażenie w następnem wydaniu i w tłumaczeniach swojej książki, obietnicę, której, oczywiście, święcie wierzę, to incydent można uważać za wyczerpany.


Wcześniej jeszcze, bo 24 lutego zabrał głos w tej sprawie L[eon] K[ozłowski] na łamach Kurjera Porannego (Nr. 55) w artykule pod tyt. O Puszkina. Streściwszy list otwarty Arcybaszewa, dodawał od siebie co następuje:


List p. Arcybaszewa napisany z całą szczerością, która wogóle cechuje tego pisarza, wymaga zupełnie szczerej odpowiedzi.
Autor Przedwiośnia z pewnością sam zechce odpowiedzieć na ten list
tłumacząc, w jakiem znaczeniu i w jakiej intencji użył epitetu, który tak zabolał rosyjskiego pisarza.
Epitet «pornograf» w zastosowaniu do autora Oniegina istotnie jest niespodziewany. Powieści i poematy Puszkina można dać do rąk podlotka, bez obawy zgorszenia, i nie znajdzie się w nich ani jedna z tych scen i opisów drastycznych tak zwykłych dziś nawet u bardzo szanownych autorów, których za te sceny jednak nie nazywamy «pornografami». O poecie nie stanowi kilka wierszy «swywolnych», do druku przez autora nie przeznaczonych, co do tego M. Arcybaszew ma zupełną rację. Ale pisarz rosyjski, wylewając swój kielich goryczy w liście do pisarza polskiego, wypowiada jeszcze i myśli, w których nie ma racji.
Powiada, że sztuka stoi ponad nienawiścią narodów, że pisarz prawdziwy nie daje tym uczuciom wyrazu w swojej twórczości. Niestety, tak nie jest. I między innymi właśnie Puszkin jest jednym z największych artystów w literaturze, a jednak nie lubił Polski i Polaków, a uczuciom tym wyraz dawał nawet w swoich utworach poetyckich.
Antypolskie wiersze Puszkina są, prawda, drobnym szczegółem w twórczości Puszkina, są zaledwie strumieniem we wspaniałem morzu jego poezji. Ale z tego strumienia zmuszano pić polskie dzieci. W szkołach rosyjskich w b. Królestwie Polskiem zmuszano młodzież polską recytować te wiersze Puszkina. Nie zachęcało to naturalnie młodzieży polskiej do zapoznawania się z poezją puszkinowską i wogóle z literaturą rosyjską, którą narzucano przemocą.
Nie powinien więc dziwić się M. Arcybaszew, że to pokolenie polskie, które przeszło szkołę rusyfikacyjną, nie zna Puszkina. Dopiero teraz, przyszedł czas, kiedy polskie społeczeństwo może z dobrej i nieprzymuszonej woli zaznajamiać się z literaturą Rosji i jej największym poetą. Dowodem, że tę dobrą wolę polskie społeczeństwo ma, jest chociażby to, że krakowska Bibljoteka Narodowa w liczbie arcydzieł literatury wszechświatowej wydaje i dzieła Puszkina.


Na te to wystąpienia odpowiedział Żeromski artykułem, który tu drukujemy pod liczbą II. Nosi on tytuł Jeszcze o swawolnych wierszach Puszkina i ukazał się 4 marca 1925 r. (Nr. 63). Przesyłając go, pisał Żeromski do p. Władysława Włocha, redaktora Echa Warszawskiego:

«Przesyłam notatkę już ostatnią. Chcę zamknąć tę niemiłą rozmowę, ale chcę też powiedzieć prawdę o pornografii Puszkina. Może to zamknie usteczka wszystkim»
.
Leon Kozłowski odpowiedział w Kurjerze Porannym 9 marca (Nr. 68). Streściwszy artykuł Żeromskiego i zacytowawszy apostrofę do siebie, pisał:


Naturalnie, nigdybym nie zalecał dawać podlotkom Gawriljady' i innych swawolnych wierszy Puszkina, których istnieniu bynajmniej nie zaprzeczałem w swoim artykule. Ale jeżeli ośmielam się powtórzyć, że «poematy i powieści Puszkina można dać do rąk podlotkom, bez obawy zgorszenia», to dlatego, że popularne, dostępne dla wszystkich wydania Puszkina tych utworów wcale nie zawierają. Tak zwane zaś «naukowe» wydania Puszkina, które przez swoją wielotomowość i obfitość komentarzy i przypisów mało są dostępne dla szerszej publiczności, zawierają z wymienionych wyżej utworów te, które istotnie do Puszkina należą, ale wykropkowane, bez tych »szczegółów i perypetyj», na których przytoczenie nie pozwala «pruderja», że użyję terminów z Przedwiośnia.
Gdyby znakomity pisarz zechciał zajrzeć do jednego z tych krytycznych wydań Puszkina (np. Brockhauza), toby przekonał się przedewszystkiem, że zupełnie nie można polegać na londyńskiem wydaniu z r. 1861.
Swawolne wiersze, które Puszkin czytał dla zabawy w kółku przyjaciół, zapisywane potem z pamięci, przepisywane przez amatorów rzeczy tego rodzaju, naturalnie uległy wielkiej zmianie wprzód, nim po wielu latach, po raz pierwszy zostały wydrukowane zagranicą. Dorabiano do nich «dalsze ciągi i końce», zmieniano tekst, przypisywano Puszkinowi takie rzeczy, których wcale nie pisał. Potrzeba było mrówczej, subtelnej pracy puszkinologów, aby ustalić, co istotnie należy do Puszkina w erotykach jemu przypisywanych.
Otóż z utworów, które wymienia Żeromski, Puszkina jest Gawriljada — swawolny i bluźnierczy jednocześnie poemacik, wzorowany na analogicznych utworach francuskiej literatury 18 w. Puszkina jest również początek bajki Car Nikita. Wątpliwy jest wiersz Wisznia.
Wszystko to są utwory młodzieńcze. Co się zaś tyczy Pierwoj noczi braka i Wieczerniej progułki, która szczególnie oburza naszego pisarza, jako rzecz «wysoce plugawa» i nosząca późniejszą datę, bo r. 1829, to te rzeczy nie figurują wcale w ustalonym w wyniku badań krytycznych spisie utworów Puszkina. Zaznaczę również dla ścisłości, że w r. 1829 nie zwracał się wcale Puszkin do Mickiewicza; wiersz Mickiewicz napisany w r. 1834, a Jeździec Miedziany, który jest poetycką odpowiedzią Puszkina na Petersburg Mickiewicza, w r. 1833...
...Ale wróćmy do swawolnych wierszy Puszkina. Bądź co bądź, los chciał, aby do rąk «podlotka» Baryki w Baku trafiło owo tak rzadkie dziś londyńskie z r. 1861 wydanie erotycznych utworów rzekomo Puszkina i one to «niejedno może w jego czystej duszy splugawiły».
Wziął tę książkę z bibljoteki ojca swego.
Wiemy teraz przynajmniej, kto tu zawinił: stary Baryka, bo gdyby nie przechowywał u siebie tej książki, nie mielibyśmy ani przykładu złego wpływu Puszkina na podlotków, ani polemiki dzisiejszej.

Sądzę jednak, że i tu Żeromski, mając żal do Puszkina za zgubny wpływ na «podlotka», ten wpływ nieco wyolbrzymia, z dalszych bowiem losów młodego Baryki, a zwłaszcza z jego przygód w Nawłoci widzimy, że nie był on już tak zepsuty i miał o miłości czystsze i zdrowsze pojęcia niż pani Laura, która Gawriljady wcale nie czytała.


Przedrukowując artykuły Żeromskiego według Echa Warszawskiego, kilka erratów poprawilismy według rękopisu, znajdującego się w posiadaniu p. Władysława Włocha.
Z pewną częścią artykułu W odpowiedzi Arcybaszewowi i innym spokrewniony jest treściowo wywiad z Żeromskim, zreferowany przez p. M. Ładę (pod tyt. Słów kilka ze Stefanem Żeromskim) w czasopiśmie Czyn Młodzieży (maj 1925 r., Nr. 2). «Pomimo braku czasu i niezdrowia, — czytamy tam — Stefan Żeromski udzielił nam paru chwil rozmowy. Na rzucone... pytania [o intencjach Przedwiośnia] głębia ciemnych oczu, tych oczu, które siłą dziwnie kontrastują z siwizną głowy, zamąciła się jakby zadumą»:


«A jednak, rzeczywiście, pisząc tę książkę, nie myślałem o młodzieży» — wyrzekł Żeromski.

«Pokolenia wojennego i powojennego prawie nie znam — nie przeżywałem tego».

«Nie miałem też zamiaru wskazywać drogi ideowej».

«A ideał leży gdzieś blisko, obok, tylko ręką sięgnąć... »

«W Przedwiośniu chciałem uderzyć, jak to mówią, «pałką w łeb», a trafiłem w to poczciwe polskie serce».

«Ja, osobiście, widzę zapowiedź lepszego jutra w regjonaliźmie, t. j. w dążeniu do zdecentralizowania życia gospodarczego, kulturalnego i społecznego w Polsce i w pracy pozytywnej zrzeszeń inteligencji. To się już wykazuje w dokonanem niedawno porozumieniu się 144-ch stowarzyszeń intelig. i połączeniu się z takąż organizacją we Francji».

«Zrzeszona inteligencja każe zamilknąć partyjności!»

«Obecnie, jedynie praca pozytywna, twórcza i celowa jest symbolem Polski».

«Te rzeczy omówię w dziełach nad któremi pracuję», zakończył Żeromski, «a które ukażą się wkrótce»
.

Joseph Conrad - autor rodak[edytuj]

(Str. 127) [JOSEPH CONRAD — AUTOR RODAK]. Łączymy tu dwa artykuły Żeromskiego o Conradzie, łącząc zarazem ich nagłówki. Pierwszy — pod tytułem Joseph Conrad — był ogłoszony w Wiadomościach Literackich 17 sierpnia 1924 r. (Nr. 33). Drugi — pod tytułem Autor Rodak — drukowany był w miesięczniku Naokoło Świata w lutym 1925 r. Na jego czele umieszczone tam było facsimile następującego listu Conrada, wyjaśniającego ów tytuł:


Oswalds, Bishopsbourne, Kent, 25 Marca 23.

Kochany i łaskawy Panie
Przesyłam Panu moją książkę Notes on Life and Letters. Nigdy bym się [nie] ośmielił gdyby nie to że Aniela Zagórska pisała mi nie dawno że Pan życzy ją mieć. Złożona ona jest z kawałków dziennikarstwa — w każdym razie z kontrybucji do dzienników, przez długi ciąg lat.
Zaraz po odczytaniu kochanego Pana wspaniałej Przedmowy do Almayer's Folly prosiłem Anielę żeby Panu wyraziła wdzięczność moją za sprawioną mi łaskę. Co do mnie to wyznaję, że nie mam wyrazów by opisać Panu moje głębokie wzruszenie przed tem zaszczytnem świadectwem od Ojczyzny przemawiającej głosem kochanego Pana — największego Mistrza jej literatury!
Składam łaskawemu Panu najserdeczniejsze dzięki za czas, myśl i pracę którą mi poświęcił, i za sympatyczne ocenienie, które odkryło rodaka w Autorze.
Z największą wdzięcznością jestem kochanego Pana zawsze wiernym sługą.J. K. Korzeniowski.
P. S. Książka idzie osobno jutro.


W końcu r. 1923 Żeromski posłał Conradowi egzemplarz wydanego wtedy Międzymorza z następującą dedykacją (porów. Ruch Literacki 1927, str. 159):


«Czcigodny Pan Joseph Conrad raczy przyjąć ten opis półwyspu na polskiem morzu, jako wyraz hołdu
dla wielkiego pisarza i podziękowanie za nadesłaną książkę Notes on life and letters — od Jego wielbiciela —

Stefana Żeromskiego.
Warszawa, d. 27. XI. 1923.»

O wpływie literackim Francji na Polskę[edytuj]

(Str. 149) [O WPŁYWIE LITERACKIM FRANCJI NA POLSKĘ]. Ku końcowi r. 1924 redakcja tygodnika paryskiego Les Nouvelles Litteraires podjęła ankietę na temat wpływu literackiego Francji zagranicą (L'Influence Littéraire de la France à l'Etranger). Do szeregu wybitnych pisarzy z najrozmaitszych krajów — «od Kanady do Przylądka Dobrej Nadziei, od Japonji do Argentyny» — wystosowano kwestjonarjusz (ułożony przez p. Edwarda Ramond) o następującem brzmieniu:


1° Jaki jest dziś stan wpływu wywieranego przez współczesną literaturę francuską na literaturę Pańskiego kraju? Czy wpływ ten wzmaga się czy maleje?
2° W jakiej dziedzinie ujawnia się on z największą siłą: w powieści, teatrze, poezji, krytyce?
3° Jaka «szkoła» czy «manjera» w Pańskiem przekonaniu najdokładniej reprezentuje ducha francuskiego?
4° Których, wreszcie, pisarzy i które dzieła ceni Pan najbardziej i które cieszą się największą sławą wśród wykształconej publiczności Pańskiego kraju?


Poczynając od 8 listopada 1924 r. drukowały Nouvelles Litteraires odpowiedzi na tę ankietę z komentarzami p. Edwarda Ramond. Odpowiadali krócej lub dłużej: Keyserling, Heinrich Mann, Kasimir Edschmid i Ernst Robert Curtius (z Niemiec), Bernard Shaw i Frank Swinnerton (z Anglji), Iwan Bunin (z Rosji), księżna Bibesco, Panait Istrati i N. Iorga (z Rumunji), Selma Lagerlöf (z Szwecji), A. Wilmotte i André Baillon (z Belgji), Alfons Maseras (z Katalonji), C. F. Ramuz i Jacques Chenevière (z Szwajcarji), Abdul Hak Haamid (z Turcji), E. Gomez-Carillo i José Bergamin (z Hiszpanji), Margherita Sarfatti (z Włoch), Frances G Gibbes (ze Stanów Zjednoczonych), Tsen Tsonming (z Chin), Izrael Zangwill (jako ecrivain israélite i literat angielski zarazem), C. M. Grieve (ze Szkocji), A. Tchobanian (z Armenji), Ventura Garcia Calderon (z Peru), Olivar Asselin i Marcel Dugas (z Kanady), J. Vecozols (z Łotwy), Stefan Zweig i Artur Schnitzler (z Austrji), Ali No Rouze (z Persji), Richard Weiner (z Czechosłowacji), G. Xenopoulos (z Grecji), Johan Bojer (z Norwegji), Agostinho de Campos (z Portugalji).
Odpowiedź Żeromskiego nie była wydrukowana w Nouvelles Litteraires. Powodu tego pominięcia redakcja mu nie wytłumaczyła. A przygotował tę odpowiedź z wielką skrupulatnością, o czem dowodnie świadczą cztery zachowane bruljony. Wybraliśmy z nich do niniejszego wydania ten, który jest najzupełniejszy i jako całość niewątpliwie najpóźniejszy: jeden bowiem ma wszelkie cechy pierwszego rzutu, a drugi i trzeci obejmują tylko dwa początkowe paragrafy. W owym pierwszym rzucie znajdujemy na końcu (przekreślone) następujące wyznanie osobiste:


«Pierwsze tchnienie (subtelnej) poezyi poznałem w dzieciństwie z urywków przepisanych (ręką matki) — był to Czatterton dramat Alfreda de Vigny, tłomaczony przez poetę Apolla Korzeniowskiego, (nieznanego) ojca sławnego pisarza angielskiego Józefa Conrada-Korzeniowskiego».


(Pierwsze i trzecie z wyrażeń, ujętych tu w nawias, są później dopisane, drugie — jest skreślone).
Bruljony są pisane na luźnych kartkach formatu «handlowego».


O potrzebie akademii literatury polskiej[edytuj]

(Str. 154) O POTRZEBIE AKADEMJI LITERATURY POLSKIEJ: niewygłoszone przemówienie przygotowane na wieczór literacko-artystyczny w d. 22 czerwca 1924 r., drukowane 6 lipca 1924 r. w Wiadomościach Literackich (Nr. 27).
Z zachodami około idei akademji literatury wiążą się prace Żeromskiego około organizacji polskiego PEN-Clubu. Nie poświęcił tej sprawie osobnego artykułu, słowa jego wszelako do niej się odnoszące zanotowane zostały (acz niewiadomo czy dokładnie) w artykule Niestrudzona działalność organizacyjna Stefana Żeromskiego: Polski oddział P. E. N. Clubu. Wywiad specjalny Wiadomości Literackich (drukowanym w Nr. 51 tego pisma, 21 grudnia 1924 r.), podpisanym pseudonimem Ixion:


— «Przystępuję w najbliższej przyszłości — mówi nam Żeromski — do utworzenia nowego u nas literackiego ośrodka. Będzie to polski odłam głośnej instytucji P. E. N. Club w Londynie (Playwrights, Essayists, Novelists). Jest to międzynarodowy klub pisarzy, stojący zdala od wszelkiej polityki i zajmujący się wyłącznie literaturą. Należą doń najwybitniejsi pisarze Anglji, Francji, Niemiec, Włoch, Belgji, Norwegji, Holandji, Stanów Zjednoczonych i t. d.»

— Jest pan członkiem honorowym tego klubu.

- «Kilka miesięcy temu okazano mi ten zaszczyt. Jako członek honorowy P. E. N. Clubu otrzymałem szereg listów domagających się założenia filii polskiej. Musimy to zrobić. Będzie to jedno z naszych okien na Europę. Członkowie klubu we wszystkich krajach wyświadczają sobie wzajemnie usługi, mają w podróżach zapewnioną pomoc i opiekę ze strony oddziałów klubu, do których zwracają się przedewszystkiem po przybyciu do danego kraju. Każdy wybitniejszy pisarz, przyjeżdzając do Polski, będzie wiedział do kogo się tu zwrócić. Tak samo nasi pisarze, członkowie P. E. N. Clubu, będą mieli wszędzie szereg udogodnień. W Londynie klub zapewnia nawet kilkudniowy bezpłatny pobyt swym członkom cudzoziemcom. Można więc tworzyć tak nam potrzebny kontakt ze światem literatury zagranicą».

— I zbliżenie ludzi pióra wewnątrz kraju...

— «Właśnie. Dobrego zbliżenia jeszcze niema.
A skutki? Mieliśmy niedawno parę przykrych doświadczeń, jak się u nas traktuje literatów».

— Jak pan wyobraża sobie organizację nowego klubu?

— «Musimy mieć własny lokal, gdzie moglibyśmy się z przyjemnością spotykać. Będziemy tam mieli bibljotekę i własne archiwum. Takie archiwum jest bardzo potrzebne. Gdzie, naprzykład, podziewają się rękopisy naszych najwybitniejszych pisarzy? Giną w redakcjach i drukarniach. Wszędzie na świecie rękopis jest bardzo cennym dokumentem. Tylko nie u nas. Pozatem wyłoni się szereg spraw zawodowych, które tylko w klubie ściśle literackim mogą znaleźć należytą opiekę».

— Kiedy odbędzie się pierwsze zebranie organizacyjne?

— «Zamierzam je zwołać jeszcze w roku bieżącym. Przewiduję, że to nie pójdzie tak łatwo, bo nasi pisarze, z krzywdą dla samych siebie, lubią chodzić samopas. Wiedzą nawet, ile na tem tracą, ale nie mogą przezwyciężyć swoich samotniczych usposobień. Wierzę jednak, że potrafimy się wreszcie zorganizować».

— A tak gorąco popierana przez pana sprawa akademji literackiej?

— «Myślę, że właśnie po utworzeniu klubu i w tym kierunku łatwiej będzie tę rzecz zrealizować. W tych dniach ukaże się drugie wydanie mojej broszury o konieczności powołania u nas akademji literackiej. Od czasu kiedy po raz pierwszy rzuciłem ten projekt, życie przyniosło niejeden argument na poparcie moich wywodów. Jak już pisałem w Wiadomościach Literackich, akademja byłaby naszym sądem sprawiedliwym, gdyż my jedni wiemy, kto w naszej sztuce jest majstrem, a kto fuszerem. Byłaby zarazem wieżą strażniczą, sygnalizującą wiekuistą nowość. Miałaby książki, czasopisma i wszelkie źródła nowe. Przez dyskusje,
odczyty, rozmowy i wpływy podniosłaby poziom naszego życia, a co najważniejsza, przeniosłaby ogół pracowników z kawiarni, z jałowej i głuchej samotności, w której pokutuje rutyna i snobizm, do sali obrad, na literackie agora, gdzie ścierałyby się najświetniejsze szpady krytycyzmu. Klub, a potem akademja podniosą autorytet pisarza polskiego, tak dzisiaj niemocny».


Przemówienie o Sienkiewiczu[edytuj]

(Str. 165) PRZEMÓWIENIE O SIENKIEWICZU przygotowane było zapewne jeszcze w końcu r. 1916 na akademję żałobną ku czci Sienkiewicza w Zakopanem. Drukujemy je z rękopisu (stanowiącego własność p. Stanisława Piołun-Noyszewskiego). Składa się on z 17 luźnych kartek linjowanego papieru (formatu 29 cm x 22 cm), zapisanych po jednej stronie i liczbowanych od 1 do 16 (ostatnia kartka jest nieliczbowana). Nagłówek brzmi: Przemówienie o Sienkiewiczu przez S. Żeromskiego. Na końcu skryptu znajduje się podpis: S. Żeromski.


O czystość i poprawność języka[edytuj]

(Str. 178) «O CZYSTOŚĆ I POPRAWNOŚĆ JĘZYKA». Artykuł ten był ogłoszony w czasopiśmie Język Polski (Kraków) w r. 1916 (Nr. 5—6).
Nie było to pierwsze wystąpienie Żeromskiego w obronie własnego języka.
W r. 1901 w Poradniku Językowym, wydawanym w Krakowie przez p. Romana Zawilińskiego, w Nr. 6, w rubryce Zapytania i odpowiedzi, pojawiła się następująca notatka:


163 (A. Dr.) Nie mógł przyjść do siebie (Żeromski Utw. pow. Warsz. 1900, str. 250). Jestto rusycyzm zam. opamiętać się, przyjść do przytomności.
— [Od Redakcji:] Mógłby być i germanizm, ponieważ i w niemieckiem napotykamy zwrot zu sich kommen.


Żeromski zareagował na tę notatkę listem do redakcji Poradnika Językowego, który został ogłoszony w Nr. 7, w rubryce Dyskusja, w następującej postaci:


CZY «PRZYJŚĆ DO SIEBIE» JEST RUSYCYZMEM?

Do p. 163 w nrze 6 otrzymaliśmy od p. Stefana Żeromskiego list tej treści:

«Autor notatki, ukrywający swe nazwisko pod literami A. Dr. udowodnił w niej nieznajomość dwu języków: rosyjskiego i polskiego. W języku rosyjskim niema wcale zwrotu pridti do siebia, jest natomiast tylko pridti w siebia, więc wyrażenie przyjść do siebie nie jest wcale rusycyzmem. Zwrot przezemnie użyty (przyjść do siebie) jest nawskróś, odwiecznie polskim i dziś powszechnie używanym w okolicach rdzennie polskich.
Jako dowód jego polskości służy Słownik Lindego, który go cytuje, jako polski i podaje wzory użycia wyjęte: 1) z pism Skargi (Roczne dzieje kościelne) — «Zasmucony od rozumu odszedł i ledwo kiedy do siebie przychodził», — 2) z ks. Perzyny (Lekarz wiejski) «kto się zaraz w początkach choroby kładzie, ten prędko przychodzi do siebie».
Słownik Wileński, pod wyrazem przychodzić, przyjść wylicza, jako polskie zwroty: — «przyjść do siebie, przychodzi do siebie, przyszedł zupełnie do siebie (w znaczeniu) odzyskiwać przytomność, siły, zdrowie».
Jestem wielbicielem dążeń Poradnika Językowego i najżarliwiej go studyuję. Wdzięczny jestem każdemu znawcy mowy wytykającemu w pisaninach moich błąd (osobliwie rusycyzm) jeśli nim istotnie zachwaszczam język. Ale drukowanie na indeksie, gdzie uszeregowane są najgrubsze błędy gwary dziennikarskiej, zwrotów mowy najszczerzej polskich, w piśmie poświęconem czystości języka, do której wszyscy dążymy z całej duszy i ze wszystkich sił, może tylko oburzać.
Upraszam Szanownego Pana Redaktora o podanie do wiadomości, że wyrażenie nie mógł przyjść do siebie — rusycyzmem ani germanizmem nie jest, że jest zwrotem czysto polskim, którego, jeśli wola czyja, używać można i należy, jak powietrza i wody».


Sędzia — «Obrusitiel»[edytuj]

(Str. 192) SĘDZIA — «OBRUSITIEL». Artykuł ten, którego wielką część zajmuje streszczenie powieści Pokrowskiego i wyjątki z niej, drukowany był w sześciu odcinkach Nowej Reformy, od 10 do 16 kwietnia 1892 r. (Nr. 83—88). Tylko ostatni odcinek jest podpisany: literami M. E. — Podobnych inicjałów (mianowicie: Maur. Eż.) użył Żeromski drukując w tem piśmie nieco wcześniej dwa Szkice etnograficzne; były to nowele: I. Do swego Boga (20 marca 1892 r., Nr. 66) i II. Poganin (25 marca 1892 r., Nr. 70), później wcielone do zbioru Rozdziobią nas kruki, wrony. Jeszcze wcześniej (15—17 lipca 1890 r.) był ogłoszony w Nowej Reformie (Nr. 160—162) Niedobitek («Wspomnienie. Nakreślił Stefan Omżerski»). — Do artykułu Sędzia — «obrusitiel» odnoszą się następujące słowa listu Żeromskiego do narzeczonej z 17 kwietnia 1892 r.: «Wyszedł w sześciu numerach B-w [t. j. Blednow], zapłacono zań dwadzieścia kilka reńskich»...


«Hrabia August»[edytuj]

(Str. 196) «HRABIA AUGUST»: recenzja ta ukazała się w Głosie 13 września 1890 r. (Nr. 37) w rubryce Sprawozdania naukowe i literackie.


Port w Gdyni[edytuj]

(Str. 205) PORT W GDYNI drukowany był (na naczelnem miejscu) w książce Pisarze polscy kresom zachodnim (Warszawa, 1925).


Odpowiedź na wezwanie[edytuj]

(Str. 208) ODP0WIEDŹ NA WEZWANIE drukowana była 15 maja 1925 r. w Harcerzu, dwutygodniku młodzieży harcerskiej (w Warszawie), w numerze (Nr. 9) poświęconym Mazurom pruskim.


Ślaski i Wilczek[edytuj]

(Str. 212) ŚLASKI I WILCZEK. Pierwodruk w piśmie Podoficer (Warszawa, marzec 1925 r. Nr. 1). W skróconym wywodzie myśl tej odezwy powtórzona została w artykule Nowa Warszawa (wcielonym do zbioru Bicze z piasku, Warszawa, 1925).

Sprawa kasy im. Mianowskiego[edytuj]

(Str. 215) SPRAWA KASY IM. MIANOWSKIEGO. Artykuł ten ukazał się 1 stycznia 1924 r. w Kurjerze Warszawskim (Nr. 1), a potem był przedrukowany w osobnej broszurze (Warszawa, 1924, str. 14 i 1 nieliczb.) nakładem samejże Kasy im. Mianowskiego. Pomiędzy pierwszem a drugiem wydaniem jest kilka różnic. Poszliśmy naogół za drugiem, przywracając tylko (na str. 220) wyrażenie «i zarządy banków» przez niedopatrzenie, zdaje się, opuszczone. Inne zmiany były poczynione zapewne na życzenie zarządu Kasy. Nazwana w Kurjerze Warszawskim «instytucją organizacyjno-naukową», w broszurze jest Kasa nazwana «centralną instytucją organizacyjno-naukową». Jaskrawe wyrażenie pierwszej redakcji przedostatniego ustępu: «instytucja — dogasa» — zostało w drugiej złagodzone na: «nie posiada dostatecznych środków». Trudno wiedzieć dlaczego w drugiej redakcji została usunięta wzmianka o Towarzystwie Naukowem Warszawskiem («Jeżeli nie razi nikogo z magnatów tej ziemi lokal Towarzystwa naukowego i Kasy im. Mianowskiego...»; por. s. 219).

W sprawie Gruzyi[edytuj]

(Str. 224) [W SPRAWIE GRUZJI]. Odezwa ta (z datą 17. V. 1923) była drukowana (bez tytułu) w jednodniówce Pro Patria — 26/V — ku uczczeniu piątej rocznicy ogłoszenia niepodległości Gruzji (Warszawa, 1923).

Ku czci Franciszka Nullo[edytuj]

(Str. 226) KU CZCI FRANCISZKA NULLO. Pierwodruk w Kurjerze Warszawskim 25 kwietnia 1923 r. (Nr. 113).

Latarnia[edytuj]

(Str. 230) «LATARNIA». Odezwa ta była drukowana w Tygodniku Illustrowanym 15 kwietnia 1922 r. (Nr. 16) i w innych pismach z tego samego mniej więcej czasu.

Niech żyje Ziemia Spiska![edytuj]

(Str. 234) NIECH ŻYJE ZIEMIA SPISKA! Pierwodruk w Pamiętniku Towarzystwa Tatrzańskiego za lata 1919—1920 (Kraków, 1920) w dodatku pod tytułem Nie damy Spisza (str. 7—9).
W sprawie stosunków polsko-czeskich zabierał Żeromski głos jeszcze później w artykule Głos na żądanie, ofiarowanym zamiast wywiadu pismu Český Deník (w Pilznie) i drukowanym w tem piśmie 1 stycznia 1924 r. (Nr. 1) w przekładzie A. B. D[ostala]. Wobec tego, że polski tekst tego artykułu się nie zachował (albo może tylko wydawca nie zdołał do niego dotrzeć), podajemy go tutaj we wtórnym przekładzie — z czeskiego. Wiadomość o tym artykule, uzyskanie jego czeskiego tekstu i pomoc w tłumaczeniu zawdzięcza wydawca p. Bogumiłowi Vydrze.


GŁOS NA ŻĄDANIE

[Dawne i długie są dzieje czesko-polskiego braterstwa. Zaczyna je i wiąże stułą wiecznego związku w pomroce czasów postać pełna cudownego blasku, najwyższy symbol ducha chrześcijańskiego na rubieży tysiącoleci naszej ery — święty Wojciech. Jego ofiara i śmierć na dalekiej północy — ostateczny wynik żywota tak niepojętego dla dzisiejszego rozumu — znalazły przecież w Polsce zrozumienie powszechne i zupełne w warstwie ludzi najbiedniejszych, pośród prostego ludu. Najczęściej używane i najpospolitsze tam imię to właśnie owa rodowa nazwa czeskiego Sławnikowica, który z domami królewskiemi był spokrewniony.
Stary język polski, samoswój, wyrastający ze swych szeroko i daleko rozprzestrzenionych narzeczy, zawiera dwa tysiące wyrazów czeskich. Są to kwiaty nadobnej mowy czeskiej, która na dworze pierwszych Jagiellonów była potocznym językiem szlachty, dworzan, najbliższego otoczenia królewskiego, — mistrzynią pierwszych przekładaczy Pisma i wzorem dla pierwszych pisarzy usiłujących wysłowić się po polsku. Różnemi idąc drogami, nieraz zderzając się z sobą, albo znowu nic nie wiedząc o sobie w ciężkich godzinach swojego istnienia, dwa narody, czeski i polski, znalazły się w przebiegu dziejów we wspólnem austrjackiem więzieniu. Ten los zbliżał je w pewnych okresach, w in
nych oddalał od siebie, albowiem nieraz ściany więzienia rozdzielają skazańców w różnych celach zamkniętych, wywołując przytem i ten nieprzewidziany skutek, że skazaniec staje się pomocnikiem strażnika więzienia. Naogół wszelako Polska — pod względem gospodarczym i społecznym zaniedbana i zacofana — w końcu stulecia dziewiętnastego była uczennicą Czech, intensywnie koło swego rozwoju pracujących i znakomicie oświeconych. Jak niegdyś, na początku i w bujnym rozkwicie mocarstwowego swego bytu, wypożyczyła sobie była z Czech wiele idej, przynoszących jej odrodzenie i światło, tak również uczyniła i w dobie najnowszej. Czechy — drugi po Norwegji naród w Europie co do oświaty powszechnej, kroczący w tym względzie na czele wielkich nawet mocarstw świata, — świeciły Polsce znakomitym przykładem i wzorem, a narodowe i społeczne ich organizacje nader często bywały bodźcem do tworzenia takich samych u nas. Wiele bardzo czarów ze źródła czystego piękna czerpała Polska w Czechach, i niejeden klejnot podziwiała w skarbnicy ich sztuki.
Zdawałoby się tedy, że te dwa narody po cudownem wskrzeszeniu swej politycznej egzystencji, które oczy nasze widziały na końcu wielkiej wojny światowej, podadzą sobie wolne dłonie i już na wieki pójdą razem, ręka w rękę.
Niestety! Inaczej się stało. Polska, która wytrzymała i przeżyła wszelkie obce zabory swych ziem, tak mocne i niezłomne, jak były rosyjski, pruski i austrjacki, i która ze wszystkich była wyswobodzona, — żyje dziś jeszcze pod zaborem — czeskim. Ani jeden wolny
Czech nie podlega panowaniu polskiemu, ani jeden dom czeski nie leży w granicach Polski. A tymczasem sto tysięcy Polaków znosić musi panowanie czeskie. Zmierzyłem własną stopą doliny i ścieżki na górach otaczających Jaworzynę, spoglądałem własnemi oczyma na całą tę ziemię i na jej potoki, pasmami swemi i siklawami spieszące do Wisły, rozmawiałem językiem swoim własnym, narzeczem pradawnem a wiecznie młodem, z góralami, którzy ze wsi szczerze polskich na północy Tatr pędzą stada swoje do tych gór, — wiem przeto, że mówię tu czystą prawdę. Jakież są tedy czeskie prawa przyrodzone, moralne, narodowe, historyczne do tych miejsc? Bez wątpienia, politycy, zwolennicy wojujących stronnictw i różni mężowie stanu znajdą swoje dowody i odpowiedzą mi słowem szorstkiem i może pogardliwem. Ale ja nie do nich wołam, lecz do tych przyjaciół duszy mojej, których od młodości czciliśmy i miłowali w Polsce, jak braci naszych w duchu, — do poetów, do niepraktycznych czcicieli prawdy, do sprawiedliwych i prawdomównych dzieci bożych, z ducha św. Wojciecha wyszłych, którzy piszą jedynie dla piękna nigdy nie umierającego i wydają świadectwo prawdzie, gdziekolwiek ona jest. Czyż i oni sądzą, że nasi górale na północnem Tatr zboczu na zawsze zostać mają poza granicami wytęsknionej prawowitej swojej ojczyzny?]

O odzież ciepłą dla żołnierza[edytuj]

(Str. 238) O ODZIEŻ CIEPŁĄ DLA ŻOŁNIERZA. Odezwa ta była zamieszczona w Kurjerze Warszawskim 20 listopada 1919 r. (Nr. 321, wydanie poranne) i w innych dziennikach tegoż dnia lub następnych. Pod zmienionym tytułem Wezwanie do ofiar dla żołnierza wydrukował ją krakowski Ilustrowany Kurjer Codzienny (Nr. 319), co jako osobną pozycję bibljograficzną wymieniają p. Wierczyński w Bibljografji literatury polskiej za rok 1919 i p. Czachowski w Gazecie literackiej (1927, Nr. 2).


Zakopane dla głodnych Wilna[edytuj]

(Str. 241) ZAKOPANE DLA GŁODNYCH WILNA: odezwa ogłoszona w Zakopanem na plakatach i powtórzona przez niektóre dzienniki (np. Głos Narodu 27 lipca 1917 r., Nr. 177). Podpisał ją Komitet o składzie następującym: Ks. kanonik Dr. Paweł Frelek, przewodniczący; Wincenty Regiec, zast. przewodniczącego; Dr. Antoni Kuczewski, sekretarz; Jan hr. Tarnowski, skarbnik; Marjan Świechowski; Stefan Żeromski; Dr. Edmund Brzeziński; Kazimierz Brzozowski; Dr. Kazimierz Dłuski; Dyrektor Franciszek Kosiński; Dyrektor Włodzimierz Momentowicz; Józef Pogorski; Wojciech Roj; Władysław Skoczylas; Prezydent Stanisław Szlachtowski; Dyrektor Wincenty Szymborski; Ks. Tomniczak, superior OO. Jezuitów; Jan Wróblewski. Odezwa zawierała jeszcze dodatkowe informacje o tem, gdzie i jak miały być zbierane i jak przesyłane datki. Cenzura austrjacka usunęła z niej w drugiem zdaniu wyrazy «w Polsce» i w trzeciem zdaniu wyraz «Kalisza». W przedruku Głosu Narodu wyraz «Kalisza» został przywrócony, a zamiast «w Polsce» czytamy «nawet Kalisz»; podano też tam do wiadomości, że autorem tekstu jest Żeromski. Rękopis odezwy jest dziś w posiadaniu Towarzystwa Przyjaciół Nauk w Wilnie. Zestawienie rękopisu z drukiem zawdzięcza wydawca Dr. Antoniemu Kuczewskiemu z Zakopanego.


Na głodnych w Warszawie[edytuj]

(Str. 243) NA GŁODNYCH W WARSZAWIE: odezwa wydana w Zakopanem (w październiku 1915 r.) w osobnym druku o czterech stronicach formatu «ósemki». Podpisany pod nią jest Komitet w składzie następującym: Wojciech Brzega, Kazimierz Brzozowski, Dr. Kazimierz Dłuski, Ks. Kanonik Paweł Frelek, Prof. Dr. Jan Kasprowicz, Prof. Dr. Mieczysław Kowalewski, Dr. A. Kuczewski, Jan hr. Potocki, Nacz. gm. Wincenty Regiec, Wojciech Roj (starszy), Ks. Tomniczak, superior OO. Jezuitów Ferdynand Tabeau, Stefan Żeromski. — Wiadomość, iż Żeromski jest autorem tekstu, zawdzięczamy p. Juljuszowi Zborowskiemu z Zakopanego.
Prócz odezw drukowanych w tomie niniejszym Żeromski zapewne przyłożył ręki do niejednej innej. Znamy np. dwie drobne odezwy zakopiańskie częściowo napisane przez Żeromskiego. Pierwsza to krótka odezwa organizacyjna «Oddziału podhalańskiego Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego», zwołująca na zebranie w dniu 9 września 1919 r., podpisana przez Żeromskiego wraz z Medardem Kozłowskim, Władysławem Orkanem, Ksawerym Praussem, Władysławem Skoczylasem, Kazimierzem Tetmajerem, Borysem Wigilewem i Juljuszem Zborowskim. Żeromski — wedle świadectwa p. J. Zborowskiego — jest autorem pierwszych trzech jej ustępów. Była ona drukowana na małych karteczkach. — Druga odezwa, której Żeromski również (wedle świadectwa p. Zborowskiego) napisał pierwsze dwa ustępy (drukowana na kartkach większych) jest już enuncjacją zorganizowanego Podhalańskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego i mówi o utworzonej w jego łonie sekcji dla budowy domu wycieczkowego w Zakopanem. Odezwę tę (datowaną również «we wrześniu 1919 r.») podpisali — «za Komitet Organizacyjny» — Żeromski jako przewodniczący i Dr. Wacław Kraszewski jako skarbnik.


O niepodległości Polski[edytuj]

(Str. 246) [O NIEPODLEGŁOŚCI POLSKI]. Jest to pismo nadesłane na odbyty w końcu marca 1910 r. zjazd związków «Filarecyj» z Paryża, Leodjum i Verviers i «Stowarzyszenia im. Lelewela» z Brukseli. (Jako goście byli obecni jeszcze przedstawiciele lwowskiego «Życia» i «Bratniej Pomocy Słuchaczy Politechniki Lwowskiej»). Na zjazd ten prócz Żeromskiego przysłali jeszcze listy T. T. Jeż, B. Limanowski, A. Niemojewski, G. Daniłowski, W. Feldman, W. Sieroszewski. — Zarówno tekst odezwy Żeromskiego jak te wiadomości o zjeździe czerpiemy z Krytyki (1910, zeszyt V, str. 260) z artykułu p. t. Zjazd młodzieży postępowo-niepodległościowej. — Częściowy przedruk odezwy dała Ziemia Lubelska 10 sierpnia 1915 r. (Nr. 222), bałamutnie jako datę zjazdu podając 27 marca 1914 r.


Do Stanisława Krzemińskiego[edytuj]

(Str. 248) [DO STANISŁAWA KRZEMIŃSKIEGO]: jest to adres z okazji jubileuszu Krzemińskiego w r. 1910, wystosowany z Paryża i podpisany prócz Żeromskiego jeszcze przez: Artura Górskiego, Jana Hempla, W. Mitarskiego, Tadeusza Nalepińskiego i Andrzeja Struga.
Wiadomość, iż Żeromski jest autorem tej odezwy zawdzięcza wydawca p. Arturowi Górskiemu; odpis zaś jej uzyskał ze zbiorów rękopiśmiennych p. Stefana Dembego.


W sprawie sprowadzenia zwłok Juliusza Słowackiego[edytuj]

(Str. 250) W SPRAWIE SPROWADZENIA ZWŁOK JULJUSZA SŁOWACKIEGO. Na pierwszem miejscu drukujemy tu list otwarty, który z podpisami całego szeregu osób był ogłoszony w dziennikach w lutym 1910 r. Był on naprzód drukowany w Paryżu pod tyt. Tekst listu otwartego w sprawie sprowadzenia zwłok Juljusza Słowackiego (4 stronice w ósemce) i rozsyłany do poszczególnych osób wraz z drukowanem jednokartkowem pismem, datowanem z Paryża w grudniu 1909 r., a zaczynającem się od słów: «Szanowny Panie! W załączeniu mamy zaszczyt przesłać tekst listu otwartego...» Egzemplarz tego pisma, znajdujący się w Muzeum Tatrzańskiem w Zakopanem, jest podpisany przez Artura Górskiego, Jana Hempla, Wilhelma Mitarskiego, Tadeusza Nalepińskiego, Andrzeja Struga, Stanisława Wyrzykowskiego i Żeromskiego. Zebrawszy w ten sposób podpisy, ogłoszono List otwarty w sprawie sprowadzenia zwłok Juljusza Słowackiego w dziennikach. Położone są pod nim nanastępujące nazwiska (przepisujemy je z przedruku w Kurjerze Porannym 6 lutego 1910 r., Nr. 37):

Zygmunt Bartkiewicz, Aleksander Brückner, Władysław Bukowiński, Adam Łada Cybulski, Jan Czubek, Gustaw Daniłowski, Artur Górski, Jan Hempel, Tadeusz Jaworski, Jan Kasprowicz, Juljusz Kleiner, Włodzimierz Konieczny, Marja Konopnicka, Władysław Kozicki, Stanisław Krzemiński, Ludwik Krzywicki, Antoni Lange, Jan Lemański, Bolesław Leśmian, Bolesław Limanowski, Bohdan Łepki, Franciszek Mączyński, Aleksander Mańkowski, Jadwiga Marcinowska, Marja Markowska, Ignacy Matuszewski, Romuald Minkiewicz, Wilhelm Mitarski, Kazimierz Młodzianowski, Nuna Młodziejowska-Szczurkiewiczowa, Tadeusz Nalepiński, Zofja Rygier-Nałkowska, Władysław Orkan, Eliza Orzeszkowa, Nikodem Pajzderski, Bronisław Piłsudski, Marja Raczyńska, Marja Rakowska, Tadeusz Rechniewski, Józef Ruffer, Ferdynand Ruszczyc, Wacław Sieroszewski, Artur Śliwiński, Edward Słoński, Michał Sokolnicki, Eugenjusz Sokołowski, Ludwik Solski, Leopold Staff, Andrzej Strug, Antoni Szech, Maciej Szukiewicz, Wacław Szymanowski, Edward Trojanowski, Jan Witkiewicz, Edward Wittig, Stanisław Wyrzykowski, Marjusz Zaruski, Aleksander Zelwerowicz, Stefan Żeromski.

Pod podpisami czytamy: «Wysłano z Paryża w lutym 1910r».
Przedruk Listu w naszem wydaniu opiera się na druku paryskim. W pismach warszawskich, ze względów cenzuralnych niewątpliwie, ostatnie zdanie uległo zmianie. W Kurjerze Porannym brzmi ono tak: «A gdy nadejdzie dzień godny jego królewskiej harfy, poniesiemy go z tej górskiej pieczary, my lub potomni, do stolicznego mauzoleum». Natomiast w krakowskiej Nowej Reformie (7 lutego 1910, Nr. 58) tekst paryski rozszerzony jest jeszcze wstawką wyrazu «wolny» («A gdy nadejdzie dzień wolny, dzień godny...»). Zarówno w warszawskim, jak krakowskim tekście jest też kilka jeszcze drobnych zmian stylistycznych.
List otwarty wywołał następujący polemiczny artykuł p. Jana Gwalberta Pawlikowskiego (w Lamusie, zesz. 5, str. 49-57):


O PROCHY SŁOWACKIEGO

Dawniej, zanim jeszcze pomyślano o przewiezieniu prochów Mickiewicza do Polski, stawała często przed oczyma wyobraźni mojej chwila «dziwnie osobliwa». Jakiś dzień uroczysty i cichy, owiany tchnieniem świętości, niby wieczór Rezurekcji. Jakieś niezliczone gromady ludu, na twarzach wesoła powaga, w postaciach siła i duma. A gdzieś w górze, popod wiejącemi sztandary, otoczenie królewskiego majestatu... Może dzień koronacyjny... Wtem rozstępują się gromady ludu, jak łan żyta, który wiatr przewieje. Nad falą głów pochylonych unosi się i płynie szkarłatem okryta trumna. Powstaje król z majestatu, idzie naprzeciw niej, wita ją pokłonem i prowadzi pod sklepienia grobowe, gdzie spoczywają królowie. Bo powrócił jeden z tych, którzy w czasie bezkrólewia duchem dzierżyli berło narodu, wygnaniec protestujący na obczyźnie przeciwko wyzuciu narodu z praw majestatu, wiążący nieprzerwaną nić tradycji między tymi co śpią w grobach, a tymi którzy przyjdą i tron zasiędą... A za tą jedną trumną, widzę cały niby klucz bocianów wracających z wiosną do ojczyzny; trumna za trumną... Zlatują do gniazd opuszczonych, rozchodzą się po cmentarzach miast i siół.
Wizja prysła. Nie przyjdzie już taka chwila nieporównanego dziejowego patosu. Prochy Mickiewicza sprowadzono przedwcześnie, zanim wiosna nadeszła. Złożono je w pohańbionych grobach królewskich między królmi bez ziemi. Złamano ową zasadę emigracji, którą ona sama o sobie głosiła, a która otaczała ją nimbem poetyckim, iż jest Aniołem Veto, stojącym pośród ludów Europy, o głowie promiennej — z usty otwartemi, krzyczącemi: nie pozwalam! — chociaż szaty na nim od nędzy spróchniały, połowa ciała w smętarzy obcych glinę się zapadła (Słowacki). ...Toż kiedy trumna Mic
kiewicza wśród huku dzwonów szła rynkiem krakowskim, nie było tam nastroju dumnej pogody i powitalnego wesela, ale gardła patrzących dławiło pytanie: na co wracasz i do czego?...
Życie nie jest sztuką, boć sztuka jest właśnie dlatego, aby wydobyć z jego zgiełku ton czysty; życie nie dotrzymuje tragicznego patosu. Jest to aktor fuszer. Trudno się skarżyć; leży to już w naturze rzeczy.
Kiedy więc już raz złamano zasadę emigracyjneo veta, sprowadzając prochy Mickiewicza do kraju, szły za tem dalsze konsekwencje. Za tym jednym, dlaczegóż nie mieli powrócić i inni «protestanci»... Rok jubileuszowy Słowackiego uznano za odpowiedni do sprowadzenia jego prochów.
Powstało pytanie: gdzie je złożyć? Znalazły się różne pomysły. Zrazu w pięknem i rzewnem drgnieniu serca chciano je darować Warszawie, ogołoconej z pamiątek, a dla której zdawała się przez chwilę świtać godzina dnia lepszego. Ale ten świt nie nadszedł. — Zwróciły się więc myśli ogółu tam, gdzie już spoczywała trumna wielkiego współzawodnika Juljusza, ku górze wawelskiej. Zjazd odbyty w Krakowie powziął wreszcie w tym duchu ostateczną uchwałę.
O tem, czy wybór ten był trafnym, można być różnego zdania; a zdanie przeciwne nie musi wynikać z uprzedzeń społecznych czy religijnych, albo z nieznajomości rzeczy. Takie zdanie odosobnione zresztą, ale argumentami rzeczowemi należycie podparte, słyszeliśmy od p. Zygmunta Wasilewskiego (w Słowie Polskiem). Wychodzi on z tego założenia, że Wawel nie jest polskim Westminsterem, którego zadaniem byłoby pomieścić w grobach swoich wszystkie chluby narodu. Wawel jest grobowcem królewskim, a jeśli na nim znajdują pomieszczenie także trumny wielkich wodzów i trumna Mickiewicza, to ma to znaczenie symboliczne, którego przez nadużycie osłabiać nie należy. Wawel jest symbolem dziejowym państwowości polskiej, której reprezentantami są królowie, a w czasie bezkrólewia ci, którzy byli łańcuchem między jednym a drugim brzegiem, bądźto walcząc orężnie o tę państwowość, bądźto utrzymując nieprzerwanie jej ideę w duszy narodu. Reprezentantem takiego duchowego ogniwa jest Mickiewicz; Słowacki, gdyby nawet był odeń większym, byłby nim zawsze tylko jako artysta. — Przesłanki tego rozumowania, wedle mojego widzenia rzeczy, są zupełnie trafne, a jednak wniosek z rozumowania wynikający jest błędny. Bo sprawa ta należy do spraw tego rodzaju, których się logiką nie rozstrzyga. «Wawel nie jest polskim Westminsterem»; bardzo słusznie, — tak było dotąd. I to słusznie, że zatarcie jego właściwego, dotychczasowego charakteru, zaciera niestety ów wspaniały patos symbolu trumny Mickiewicza w grobach królewskich. Ale ta cała koncepcja jak jest wzniosła, tak jest i subtelna, a tam gdzie chodzi o uczucia mas, nie można ważyć argumentów na aptekarskiej wadze. Nawet kiedy masy składają się z osobników bardzo subtelnych, w całości swojej mogą się zgodzić na to tylko, co tym osobnikom jest wspólne, — a tem nie jest to, co subtelne, ale to co grube. Subtelność każda bowiem ma cechę indywidualną, różnicującą. W uczuciu mas Wawel stał się poprostu skarbcem wielkich pamiątek; co wielkie i co drogie, to chcemy w skarbcu tym przechować. — A zresztą i druga przesłanka
rozumowania jest tylko względnie prawdziwą; Słowacki z wielkiego artysty staje się z biegiem czasu w uczuciu ogółu coraz to wyraźniej «wieszczem», jednym z zesłanych narodowi «Królów Duchów». Już i do niego stosowane są słowa: miljon jestem. Stało się to odkąd wagę jego twórczości przenosić zaczęto z wcześniejszej epoki na epokę mistycyzmu. Czy ta ewolucja pojęć o społecznem znaczeniu Słowackiego jest logicznie słuszną? — nie wiem — a nawet wątpię. Ale trzeba pamiętać, że to znowu taki fakt, który się «dzieje», a nie taki, który się wyrozumowuje. Pomyślmy na chwilę, czy tę treść, która się mieści w symbolu trumny Mickiewicza na Wawelu, można było całą od początku logicznie wyrozumować? Czy sprawa gdyby była podległą, że tak powiem kanonicznemu procesowi chłodnej krytyki, byłaby rozstrzygniętą tak samo? Ale tu działały inne czynniki. To co się stało — «stało się» poprostu, — stało się samo, bez rozumowania, niemal poza progiem świadomości... Tak się robią nastroje mas, tak się robi w wielkiej mierze historja. Otóż znowu «dzieje się» przed naszemi oczyma jedna z tych świeckich kanonizacyj, jakich dokonuje naród na swoich ulubieńcach; jak wogóle kanonizacjom, towarzyszy temu proces tworzenia się legendy... A któż wie, może ta legenda jest właśnie prawdą, jakąś prawdą pneumatyczną, którą śmierć i oddal odsłania?... Bądź jak bądź, Słowacki dorasta w oczach naszych do symbolu, a jako taki dorasta i do Wawelu, może i do tego Wawelu, który «nie jest — tylko polskim Westminsterem». — Niema więc żadnego powodu uważać pomieszczenia prochów Słowackiego na Wawelu za rzecz z jakichkolwiekbądź względów niewłaściwą. Owszem, przeciwnie: jest to jedyne miejsce, które obecnemu uczuciu ogółu odpowiada, a zatem jedynie odpowiednie; — boć jakież może być tutaj inne kryterjum? Sam fakt tej ewolucji uczuć, czy pojęć, już opanować się nie da, — może być tylko przedmiotem obserwacji i refleksji, a na to zaiste zasługuje. Bo uwidamia się w nim bądź jak bądź ten charakterystyczny dla narodu naszego od czasów romantycznych stosunek do poetów, stosunek niewątpliwie nienormalny. Jest to jednak temat wychodzący poza ramy niniejszych uwag. Ale komu to wydaje się opacznem, niech pomyśli, jakiego rodzaju odruch odczułby w duszy, gdyby oto nagle wyłonił się skądś projekt pomieszczenia prochów np. Kopernika w grobach królewskich... Nieprawdaż że ten odruch byłby przeczący?... Otóż to właśnie!...
Zamiar pogrzebania Słowackiego na Wawelu nie dał się — jak wiadomo — urzeczywistnić z powodu przeszkód zewnętrznych. Przeszkody te są w każdym razie tylko czasowe. Ale opinja zaczęła być niecierpliwą; wydało się jakby sprowadzenie zwłok Słowackiego stało się rzeczą tak nieodzowną i naglącą iż na wszelki sposób musi być zaraz dokonanem. Co dziwniejsza, to zniecierpliwienie nie ustało jeszcze i wtedy, kiedy już minął rok jubileuszowy i kiedy dla owej nagłości żadnego już, choćby pozornego, nie można przytoczyć powodu. Skoro Słowackiego nie możemy pochować na Wawelu, powiedziano, wynajdziemy mu inny, jeszcze godniejszy grobowiec. Toż był on zawsze duszą samotną, wylatującą jak orzeł w pustkowia wyżyn, zasłuchującą się na niedostępnych szczytach w ciszę błękitu... Złożymy więc trumnę jego pod wolnem powietrzem gór, wysoko w turniach tatrzańskich...

Ojcami pomysłu tego są podobno Henryk Sienkiewicz i Stanisław Witkiewicz, jedni z najlepszych ludzi w dzisiejszej Polsce. Nazwiska te onieśmielają. Lecz czytam w odezwie komitetu zawiązanego niedawno, taki piękny zwrot: «Skoro daliśmy wygnańcowi, wielkiemu poecie, to najdroższe dlań na co nas stać — dostojny grób w Ojczyźnie — nasza godność a jego zasługa nie pozwala na to, ażebyśmy gnuśnie mu tę łaskę dziś odebrali dlatego, że jeden z nas na to się nie zgodził». Otóż i ja jestem «jednym z nas», a ten mój drogi klejnot i godność uprawnia mnie i zobowiązuje, jeśli już nie mam prawa i mocy przeciwstawić zamiarowi skutecznie odmowy zgody mojej, to przecież dać głos przeciw temu, co mi się nie zda.
Najznamienniejszą cechą pomysłu pogrzebania Słowackiego w Tatrach jest jego «literackość». (Tem dziwniejsze że oświadczył się za nim tak niepospolity malarz jak Witkiewicz!). Literackiej natury są wszystkie przytaczane za nim motywy. Wszystkie one dadzą się bardzo ładnie napisać i powiedzieć.
Słowa: orły, wyżyny, wolność, samotnia — mają właściwy sobie ton uczuciowy, coprawda z tą wadą, że blednie w miarę częstego użycia. Cały pomysł samotnego na szczytach grobowca da się bardzo poetycznie opisać, ale tu pono chodzi o to czy da on się dobrze wcielić w kamień. Kamienie są oporniejsze, ale i uczciwsze od słów. One będą stać nieodmiennie i pozostaną same sobą, kiedy obrzękujący je rój słów rozpłynie się i zczeźnie, a cała literacka koncepcja obleci jak przegniły łach teatralny. Wskaźnikiem mogą tu być nie względy retoryczno-literackie, ale wyłącznie architektoniczno-plastyczne. Na nic się bowiem nie zda najpiękniejsze opiewanie pomnika, jeśli on sam będzie wyglądał jak guzik przyszyty niedorzecznie na kołnierzu. Mojem zdaniem zaś tak właśnie będzie wyglądał. Przemawiają za tem już względy proporcji; nisza wykuta w ścianie Kościelca (bo tę turnię wskazali ostatecznie «znawcy Tatr» — nie mający tu zresztą żadnej kompetencji — jako najodpowiedniejszą), nisza wykuta na wysokości dwustu metrów nad poziomem miejsca, z którego ją najbliżej można oglądać, a oddalona od tego miejsca bez mała może na tysiąc metrów, będzie się przedstawiać tak okazale jak dziupla puhacza. O wrażeniu monumentalności nie może być mowy. A tę monumentalność wykluczają inne jeszcze względy. Niemasz monumentalności bez wrażenia siły, a niemasz wrażenia siły, bez wrażenia architektonicznej celowości monumentu. Tutaj to wrażenie celowości wykluczy samo położenie; monument w połowie Kościelca będzie robił wrażenie miejskiego panoczka, co się wygramolił najniedorzeczniej na turnię, a nie mogąc zleźć woła o pomoc. «Hej, panoczku, a cóż was też ta wyniosło!» Będzie on nawet duchowo do tego panoczka podobny, — będzie wyglądał jak «dólski ceper», co włazi na każdą wantę, kiedy ma perć pod nosem. Co go tam wyniesie? Literatura. — A przytem sztuka ze swą cechą i wymogiem celowości stoi w pewnem przeciwieństwie do natury, której kształty z tego wymogu nie wynikły. Dlatego wszelkie bliskie kojarzenie kształtów architektonicznych z naturalnemi daje wynik ujemny. Można to zauważyć na każdym kroku. Ścieżki ogrodowe wijące się niby przypadkowo
i nierozmyślnie są ohydne przez brak uwidocznionej celowości, która jest niezbędnym warunkiem piękna każdego ludzkiego dzieła; — sztuczne skały, jako podstawa pomników, robią wrażenie teatralne i t. d. Z tego samego powodu najodpowiedniejszem otoczeniem dla wszelkich monumentów jest otoczenie architektoniczne, bo ono tylko wykazuje w linjach swoich tę samą zasadę celowości, którą musi mieć wszelkie dzieło ręki ludzkiej. A jeśli otoczenie skał uwłacza charakterowi monumentalności ludzkiego dzieła, to z drugiej strony dzieło to uwłacza piękności skał. Celowa dążność konstrukcyjna człowieka i ślepa dążność niszczycielska natury zdają się sobie wrogo patrzeć w oczy. «Znawcy Tatr» jeśli mieli tu co do powiedzenia, to powinni byli to jedno tylko powiedzieć, że Tatr psuć sztuką nie wolno, bo sztuka należy do innej kategorji piękna. Czy tą sztuką będą «monumentalne schody», czy nisza o kracie bronzowej, czy posąg, czy sarkofag, czy choćby tylko pływająca nad szczytem w nazwaniu jego literackość, wszystko to jedno. Człowiek kochający Tatry powinien przechodząc zacierać za sobą ślady stóp.
Ale wyznaję, że mam jeszcze inną kategorję argumentów, które może wynikają z czysto osobistych właściwości duchowych. Osobistych, o ile znajduję się w środowisku «kulturalnem», ażeby nie użyć mniej sympatycznego określenia; natomiast czuję się w tych właściwościach zupełnie zestrojonym z każdym tatrzańskim góralem, który nie uległ jeszcze cywilizatorskim wpływom «dólskiego gościa». Kiedym rozmawiał o tem z jednym z moich góralskich przyjaciół, człekiem mądrym i poważnym, spotkaliśmy się w myślach zupełnie. «E, bójcie się Boga, za cóż go też chcom tele światy jako psa od dziedziny odegnać? Kieby go już tu mieli przyprowadzić, to najdzie się na Pęksowym brzyzku[1] ziemia święcona». I ja tak myślę, że w Tatrach jest dla żywych samotników «strzeleckie posłanie». Ale umarłych miłość w pustaci nie zostawia; nie zostawia ich na fujawicy śnieżnej, na zmiękach wiosennych ze skał ciekących, gdzie przez większą część roku oko tkliwe nie popatrzy, stopa przyjazna nie zachrzęści. Dziwna to miłość, samotnym za życia ludziom samotne dawać groby. Z ojcem rodzonym nie uczynilibyśmy chyba tego za cenę literackiego efektu. Czyż nie stać nas na tę zwyczajną miłość dla nadzwyczajnego człowieka...? Tak, i ja wybrałbym raczej Pęksów brzeżek...
Ale rozumiem że ludzie mają różny sposób odczuwania. Mówiąc o swoim, nie chcę zajrzeć nikomu. Staram się wyrozumieć to, co w uczuciu mnie samemu jest obcem — i do tego punktu, do którego wyżej doszedłem, wyrozumieć to mogę. W ostatnich czasach pojawił się jednak projekt, podpisany zresztą przez ludzi bardzo szanownych, który wszelką granicę mego wyrozumienia przekracza, tak wydaje mi się karykaturalnym i niemal świętokradzkim.
Tok zawartej w nim myśli jest następujący: złożyć prochy Słowackiego na Wawelu jest pięknie i przystojnie, bo należy mu się grobowiec
królewski, — ale złożyć prochy Słowackiego w turni Kościelca jest pięknie i poetycznie; szkoda byłoby zaniedbać sposobności zrobienia czegoś tak pięknego, a w dodatku czegoś, czego jeszcze nie było... Zróbmy więc jedno i drugie!... Chwila ku temu nastręcza się jedyna; «jeden z nas» odmówił pomieszczenia prochów na Wawelu; jest to liberum veto przeciwko woli narodu, które z czasem przełamanem być musi; na razie jednak z drogi usunąć się nie da. Nim więc chwila sposobna nastąpi, pomieśćmy prochy Słowackiego w Tatrach; — koncepcję «królestwa z ducha» poety zamieńmy na razie na równie poetyczną koncepcję duszy samotnej, uciekającej od ludzi na wyżyny samotne...
Cały ten kapitalny pomysł jest niewątpliwie w stylu Słowackiego, a to Słowackiego wedle modły prof. Tretiaka... Słyszę jak mówi ten Słowacki: «Należą mi się honory królewskie, lecz skoro mi ich zaprzeczają, odejdę w góry i uczynię z siebie samotnika pogardzającego wszystkiem co ludzkie. Gotów jestem jednakże w każdej chwili porzucić moją samotnię, skoro mi ludzie oddadzą to, do czego się w prawie poczuwam». Szczery typ wolnodumca gotowego zawsze do pogodzenia się z porządkiem tego świata za przyzwoitą posadę! Koncepcja ta dlatego tylko nie jest dość śmieszną, że jest tak tragicznie ohydną, a dlatego nie jest dość ohydną, że jest tak śmieszną. Czyż projektodawca nie uczuł tak prostej rzeczy, że takie połączenie tych dwóch projektów w jeden, znosi zupełnie to, co każden z nich ma w sobie pięknego — lub choćby tylko dorzecznego? Tu bo już nawet i literatura zawiodła! Efekt natury literackiej jaki charakteryzuje ową koncepcję pogrzebania Słowackiego w Tatrach, został zupełnie zniesiony przez zły gust okazany w nieorganicznem zlepieniu go z innym. Tak się przedstawia «estetyczna» strona sprawy. Z logiczną jest nie lepiej. Prawdziwych bo koziołków logicznych potrzeba aby uzasadnić taki projekt. Oto co pisze odezwa: «Odwlekanie załatwienia tej sprawy byłoby zniewagą wyrządzoną dostojeństwu poety (?). Na taki akt woli (?!), jak sprowadzenie do kraju zwłok Juljusza Słowackiego, społeczeństwo nasze, aczkolwiek przyciśnięte ogromem nieszczęść, rozszarpane i przebite nowemi ciosami, może się zdobyć i powinno. Proch głosiciela nieśmiertelnej woli narodu, miłości Ojczyzny, apostoła idei ofiary — przyniesiony dziś na naszą ziemię, może się stać cementem, który spoi rozszarpane dzielnice (!!), złączy rozdarte zawsze warstwy i w przeciwne strony biegnące stronnictwa, tchnie w nas przynajmniej na ten dzień (!) jedność i miłość — ku wiecznemu celowi (?!) skieruje umęczone oczy żyjących». — Co za słowa! Co za słowa! — Szkoda że one rumienić się nie umieją... Słowa jako miedź brzęcząca i cymbał brzmiący. Co wyraz to parodoks, co zdanie to frazes. Argumentacja najpospolitszej demagogji. Bo czyż można brać na serjo choćby jeden z tych powodów, uzasadniających rzekomą nieodzowność niezwłocznego sprowadzenia prochów poety na to, aby im dać grób tymczasowy i to nawet nie gdzieś tuż przy Wawelu gdzie mają ostatecznie spocząć, ale właśnie aż pod szczytem Kościelca?! Którenże z tych powodów choćby pozornie usprawiedliwić może taką poniewierkę tej cichej garstki kości, wystrajanie trupa w papierowe łachy teatralne na jarmark dla uciechy gawiedzi!... A jakby nie dosyć jeszcze było tego pomnika
histerji literackiej, projektowi temu przydano jeszcze różne ornamenta; dla «baśniowego bogactwa» pomysłów współczesnej literatury dwa grzyby w barszczu jest oczywiście za mało. Projekt zawiera jeszcze następujące «numera»: «Zwłoki Juljusza Słowackiego mogłyby być przywiezione do Krakowa i na przeciąg 24 godzin wystawione ku uczczeniu narodowemu na wysokim artystycznie wykończonym katafalku, w Barbakanie przed bramą Florjańską, w tej naszej bramie triumfalnej. Poczem zwłoki poety winnyby być — nie przewiezione — lecz przeniesione (sic) z Krakowa w Tatry przez czcicieli ze wszystkich warstw społeczeństwa i złożone w tym tymczasowym, czy wiecznym grobowcu». Nie chcę już popuszczać cugli wyobraźni i szukać tanich efektów w pastwieniu się nad tym projektem. Każden kto nie jest pozbawiony zmysłu rzeczywistości może sobie dośpiewać jakby wyglądał na prawdę taki pochód — przez mil czternaście — trwający najmniej tydzień — z noclegami po karczemnych zajazdach, z «szubienicznym humorem» znudzonych pątników... Danse macabre, czy kulig! Ale za to napisać dałoby się to tak pięknie! Dla «napisanych» ludzi o «napisanych» sercach to jest przecież jądrem rzeczy. Dość tego! Chciałoby się powtórzyć za poetą: «chociaż mi serce pęka, śmiech mię bierze!»
Ludzie wybitni, ludzie szlachetni są między tymi, którzy na ten fatalny projekt wyrazili swą zgodę, nazwiska niektóre o doskonałem brzmieniu. Czyżby czerw dekadencji literackiej dotarł już tak głęboko, aż do tych serc? Nie wierzę. Ale jest to znak czasu, groźne, prawie straszliwe memento. Odsunięci od tylu dziedzin czynu, źle wychowywani, przejedliśmy się literaturą. Zaczynamy robić literaturę z najświętszych uczuć. Patrzymy na świat przez literę. Czujemy go nie swojem ale pożyczanem sercem. A gdzie jeszcze tak nie jest, to przecież zgadzamy się milcząco na ten typ myślenia, uważamy go za uprawniony i normalny. Oddajemy mu rządy; pozwalamy mówić za siebie. Nie wątpię, że wielu z tych ludzi, którzy ów projekt podpisali, uczyniło to odruchowo, z nałogu, przez kwietyzm. Ale dość już źle, że treść jego nie uderzyła ich odrazu obuchem w głowę, że mógł on wydać się im czemś — wedle normy.
Czyby tak nie pomyśleć o innym — najpiękniejszym bez wątpienia pomniku dla Słowackiego: o tem — aby z okazji jego jubileuszowego roku, który właśnie minął — podjąć walkę przeciw chorobie, która była tragedją i jego także życia — przeciwko chorobie wewnętrznej nieprawdy i pozy. Słowacki zwyciężył ją — wiarą mistyczną. Nam innym oby dano ją rozwiązać wiarą w wyższość czynu nad słowem, zwycięstwem życia nad literą. Możeby w Tatrach zamiast grobowca Słowackiego założyć pustelnie, w którychby przychodziły do siebie i rozprostowywały się dusze skrzywione...
A przed rozmyślaniem na pustelni — pokuta. Początek od tego z pomiędzy nas, kto ówże sławetny projekt sprawienia Słowackiemu podwójnego pogrzebu z kuligiem i figurami pierwszy wymyślił. Kto nim jest — niech się przyzna. Bez fałszywego wstydu. Na skrzywienia duchowe lekarstwem jest natura; na pokutę recepta człowieka natury, chłopska recepta. Oto w Barbakanie odczytać nad nim orędzie do narodu, które spłodził, przeże
gnać, w rzepić obitelnie[2] dwadzieścia pięć kijów gdzie potrza — za swawolę — i puścić z przebaczeniem.
Bo złości i ja niemam nijakiej; nie o satyrę mi chodziło ale o spowiedź... Duszo wrzeszcząca i skręcana histeryczną konwulsją — idź w pokoju...
A co do prochów Słowackiego, jedynem hasłem odpowiadającem czci naszej dla niego i naszej własnej godności jest: pamiętać i — czekać.


Żeromski odpowiedział Pawlikowskiemu w Nowej Reformie (21 maja 1910, Nr. 227) listem, który tu drukujemy jako drugi.
W Lamusie list ten został przedrukowany w całości (zesz. 6, str. 199—202) z następującym wstępem redakcyjnym:


J. Gw. Pawlikowski, autor artykułu O prochy Słowackiego, zwrócił się do Redakcji Lamusa z prośbą o przedrukowanie odpowiedzi St. Żeromskiego zamieszczonej w Nowej Reformie. Czynimy zadość temu życzeniu.


Przedrukowały też odpowiedź Żeromskiego i inne pisma, np. Sfinks (tom X, str. 465—469).
Ze względu na trudności bibljoteczne zmuszeni byliśmy w tekście naszego wydania oprzeć się na przedruku Lamusa. Dopiero w przypiskach możemy podać wyniki jego porównania z pierwodrukiem w Nowej Reformie. Są drobne różnice. Str. 256 wiersz ostatni: nie «zrealizowanie» lecz «realizowanie»; str. 257 w. 2: nie «tylko jedną» ale «jedną tylko»; str. 257 wiersz 18: nie «odebrany» ale «odebrany mu»; str. 258 w. 8 od dołu: nie «się znajdą» ale «znajdą się».

Przypisy[edytuj]

  1. Pęksów brzeżek — tak nazywa się cmentarz w Zakopanem — P. R. [Lamusa].
  2. Obitelnie — w gwarze góralskiej: jak obyczaj lub przyzwoitość każe. P. R. [Lamusa].


W brzasku przedwiośnia[edytuj]

(Str. 263) [W BRZASKU PRZEDWIOŚNIA]. Tytuł ten pochodzi od wydawcy, jest jednak zaczerpnięty z tekstu utworu (por. str. 264). Jest to, zdaje się, jedno z przemówień wygłoszonych na rzecz Podhalańskich Warsztatów Pracy w Zakopanem w r. 1915. Drukujemy je z niezatytułowanego rękopisu, będącego w posiadaniu p. Stanisława Piołun-Noyszewskiego. Składa się ten rękopis z 11 luźnych liczbowanych, po jednej stronie zapisanych kartek papieru formatu «handlowego» (29 cm X 22.5 cm), tego samego, na którym jest napisana [Ewakuacja Krakowa].

Magdalena[edytuj]

(Str. 270) MAGDALENA. Pierwodruk w miesięczniku warszawskim Sfinks z 1908 r. (zesz. 1). — Rzecz zastanawiająca, że ten utwór (jeden jedyny z drobnych utworów tego okresu) nie został wcielony ani do pierwszego, ani do drugiego wydania Snu o szpadzie. W bezimiennym wywiadzie z Żeromskim, zamieszczonym w Wiadomościach Literackich 6 stycznia 1924 r., jest wzmianka, że o Magdalenie «sam autor zapomniał»; nie wiemy, czy należy to rozumieć dosłownie, czy też może w ten sposób Żeromski wyraził niechęć do dawnego utworu.

Odgłosy krakowskie[edytuj]

(Str. 274) ODGŁOSY KRAKOWSKIE drukowane były z podpisem: Stefan Ż. w Głosie 12 marca i 2 kwietnia 1892 r. (Nr. 11 i 14), a napisane nieco wcześniej (pierwszą o nich wzmiankę znajdujemy w liście Żeromskiego do narzeczonej z 4 lutego 1892 r.: «Do Głosu zacznę pisać niedługo recenzyją o pewnej książce pewnego wielkiego stańczyka»). Żeromski bawił wtedy pierwszy raz dłużej w Krakowie i nad tematami poruszonemi w tym artykule zastanawiał się z wielkiem przejęciem. W liście z 5 lutego czytamy:

«W artykule, jaki mam zamiar napisać o książce p. hr. Tarnowskiego p. t. Z doświadczeń i rozmyślań, przedstawię wiele z tych myśli smutnych i aż doprowadzających do złości, jakie wywołuje Galicyja i jej wielcy ludzie. Pyskować na Rosyją — znaczy tu zdobywać wielkość i patent na obywatela. Żaden obóz, nawet postępowy nie wejrzy na nędzę galicyjską, w ten zastój, brud, nizotę i szych, jakie tu zastępują wszystko. Biedni my ludzie»...

List z 15 marca 1892 r. zawiera taką znów wzmiankę: «W pierwszym z Odgłosów krakowskich w Głosie — oberwano cały kawał z dużym moim żalem, bo był nawet dowcipny. Tak wyszło ni w pięć ni w dziewięć». Szczegół to nie bez znaczenia, wobec tego, że rękopis Odgłosów się nie zachował i tylko z Głosu możemy je przedrukować.
Nie był to pierwszy artykuł o bieżących sprawach społecznych, jaki Żeromski w Głosie zamieścił: w r. 1890 była tam już drukowana (w rubryce Przegląd społeczny) drobna jego korespondencja z Nałęczowa (podpisana literami S. Ż.): w Nr. 51 (z 20 grudnia). Takież dwie korespondencje były drukowane w roku następnym w Nr. 6 (z 7 lutego) i 7 (z 14 lutego), a dwie jeszcze (z podpisem: St. Ż.) w roku 1892: w Nr. 31 (z 30 lipca) i 39 (z 24 września). Była w nich mowa o kwestjach lokalnych: o agitacji emigracyjnej w okolicy, o parcelacji sąsiednich majątków, o upadku sklepu chrześcijańskiego i powstaniu szeregu żydowskich, o potrzebie założenia sklepu udziałowego (na wzór Spółki Handlowej Zakopiańskiej), o środkach ochronnych przeciwko cholerze, o plotkach szerzonych na szkodę zakładu nałęczowskiego, o statystyce analfabetyzmu w parafji i o książkach czytywanych przez ludność («Nadzwyczajną poczytnością wśród publiki wiejskiej cieszy się tutaj Czarownica [Dziurdziowie Orzeszkowej]»), o projektowanej orkiestrze włościańskiej, o mieszkaniach w zakładzie i t. d. Miał też Żeromski «zamiar szerzej... pomówić w Głosie» o wsi Bochotnicy, ale do skutku to nie doszło.


Mękale[edytuj]

(Str. 287) «MĘKALE». Rzecz ta ukazała się w Głosie 7 lutego 1891 r. (Nr. 6). Na początku tekstu postawiona tam jest liczba I, zapowiedź dalszego ciągu. Tego dalszego ciągu jednak nie było: wedle informacji p. Zygmunta Wasilewskiego, ówczesnego sekretarza redakcji Głosu, Żeromski nigdy go nie napisał.
Żeromski wspomina o Mękalach w Snobizmie i postępie (1923, str. 125), myli się jednak pisząc, że ogłosił ich w Wiśle (którą to wiadomość bez sprostowania powtórzono w Ruchu Literackim 1927, str. 96).


Przez ciernie żywota[edytuj]

(Str. 301) PRZEZ CIERNIE ŻYWOTA: przeżycia osobiste i wspomnienia od lat najmłodszych aż po wybuch Wielkiej Wojny 1914 r.: taki jest pełny tytuł książki Ferdynanda Kurasia. Wyszła ona w r. 1925 w Częstochowie jako VII tom redagowanej przez p. St. Pazurkiewicza Książnicy Narodowej.


Biuletyn Polskiej Konfederacyi Pracowników Umysłowych[edytuj]

(Str. 308) BIULETYN POLSKIEJ KONFEDERACJI PRACOWNIKÓW UMYSŁOWYCH — Nr. 1 — wyszedł w Warszawie w kwietniu 1925 r. Artykuł Żeromskiego, drukowany na pierwszem miejscu, nie ma żadnego tytułu; w spisie rzeczy nazwany jest Przedmową.


Nullo i jego towarzysze[edytuj]

(Str. 313) NULLO I JEGO TOWARZYSZE K. Firlej-Bielańskiej. Książka ta wyszła w Warszawie w r. 1923.


„Pisma wybrane” Josepha Conrada[edytuj]

(Str. 321) JOSEPH CONRAD: PISMA WYBRANE: taka jest skrócona nazwa wydawnictwa, widniejąca na stronicy przedtytułowej. Właściwy tytuł jest nieco odmienny: Józef Conrad Korzeniowski: Pisma wybrane — z przedmową Stefana Żeromskiego. Przedmowa, umieszczona przy tomie I, zatytułowana jest: Joseph Conrad. Tom ten ma datę 1923 r., faktycznie jednak wyszedł jeszcze jesienią 1922 r.


Kryjaki[edytuj]

(Str. 349) KRYJAKI (O sześćdziesiąt trzecim roku opowieść) Marji-Jehanne hr. Wielopolskiej (Walewskiej). Pierwsze wydanie tej książki, do którego Żeromski napisał przedmowę, wyszło w Krakowie w r. 1913.


Katalog zbiorów mickiewiczowskich[edytuj]

(Str. 356) KATALOG ZBIORÓW MICKIEWICZOWSKICH znajdujących się w Muzeum Narodowem w Rapperswilu wyszedł w Krakowie 1898 r. w Sprawozdaniu z zarządu Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu za rok 1898 (Paryż, 1899) czytamy (na str. 27): «Muzeum nasze wydało w roku ubiegłym Katalog zbiorów Mickiewiczowskich. Poprzedzony krótką przedmową pióra p. S. Z., katalog na 76 stronach in 8° zawiera spis wszystkich dzieł, pamiątek, rycin i rękopisów, które znajdują się w tak zwanym pokoju Mickiewicza». Także i sam katalog opracowany został przez Żeromskiego (o czem informuje Bibljografja rapperswilska Z. Wasilewskiego, ogłoszona w Ruchu Literackim 1927 r., na str. 249). — Zarówno katalog jak przedmowa zostały ostro skrytykowane w Kwartalniku Historycznym (1898, str. 868 i n.) przez p. Bronisława Gubrynowicza, co wywołało broszurę obrończą Henryka Bukowskiego, «kustosza i starego sługi Muzeum Narodowego w Rapperswilu» — jak się podpisał. (Odpowiedź Dr. Gubrynowiczowi w obronie Katalogu Zbiorów Mickiewiczowskich w Rapperswilu. Lwów, 1899, str. 7, w ósemce).
Katalog ten nie jest jedyną publikacją bibljotekarską Żeromskiego. Jego pióra są Sprawozdania z zarządu Muzeum Narodowego Polskiego w Rapperswilu za lata 1894—1896 (o czem również wiemy od Z. Wasilewskiego; por. Ruch Literacki 1927 str. 250), napisał też króciutki wstęp do broszurkowego Sprawozdania z działalności i stanu Bibljoteki Publicznej w Zakopanem od dnia 1 stycznia 1912 r. do dnia 1 stycznia 1913 r. (Zakopane, str. 8), poświęcony głównie potrzebom lokalowym tej Bibljoteki.


Fragmenty i inskrypcye[edytuj]

(Str. 365) [Z ALBUMU]. Urywek ten wpisał Żeromski do albumu pani Konradowej Olchowiczowej 2 listopada 1925 r. Jego facsimile zamieścił Kurjer Warszawski 1 stycznia 1926 r. (Nr. 1).

(Str. 366) [OSTATNIE NOTATY]. W grudniu 1924 r. otrzymał Żeromski dedykowany sobie egzemplarz książki prof. Witołda Rubczyńskiego Filozofja życia duchowego (Poznań, 1925). 12 grudnia dziękował autorowi:

»Dziś otrzymałem... książkę p. t. Filozofia życia duchowego — z dedykacyą, która mię głęboko poruszyła. Każde słowo tej dedykacyi jest dla mnie zrozumiałe Teraz dopiero pobieżnie rzuciłem okiem na książkę Czcigodnego Pana, ale z pewnością będę ją pilnie czytał, gdyż i książka ta będzie, równie, jak dedykacya, zrozumiała. Niewielu może będzie czytelników, którzy, jak ja, będą mogli do niej mówić słowem Wyspiańskiego: — «Pociecho moja, ty książeczko, — pociecho smutna...»

Dzieło Rubczyńskiego poświęcone jest zagadnieniu niezniszczalności ducha, a podjęte było pod wrażeniem bolesnej straty osobistej — śmierci syna młodzieńca. O tej genezie książki mówi zarówno przedmowa, jak dołączony do niej portret młodo zgasłego harcerza. Mówiła o niej i dedykacja, zwracająca się do Żeromskiego, jako poety bólu ojcowskiego, autora Złego spojrzenia.
Wedle świadectwa rodziny i najbliższych znajomych, Żeromski czytał tę książkę pilnie wiosną 1925 r., a wracał do niej jeszcze w czasie choroby. O jej lekturze, jako świeżej, mówił jeszcze z p. I. Deutscherem na tydzień przed śmiercią (por. Nasz Przegląd 21 listopada 1925 r., Nr. 320). Notatki z niej — i w związku z nią — spisane były najprzód na jednej kartce (28 cm x 21 cm), a potem przegrupowane, przeredagowane i z numeracją porządkową wpisane do oprawnego zeszytu (23 cm x 18 cm), gdzie zapełniają ośm stronic. (Załączamy ich facsimile). — Ponieważ Żeromski mówił wówczas często o dalszym ciągu Przedwiośnia (pod tytułem przez niektórych nawet słyszanym, mianowicie: Wiosna), a zwyczajem jego było (jak najbliżsi stwierdzają) nad jednym tylko na raz utworem pracować, nasuwa się przypuszczenie, że do tej właśnie powieści owe notaty miały być zużytkowane.

(Str. 375) [FRAGMENT BRULJONOWY]. Fragment ten jest napisany na górnej połowie kartki formatu 28 cm x 21 cm.— Na innej takiej samej kartce takim samym atramentem napisany jest następujący urywek:

«Nadaremnie — artysto! — wytężasz twą siłę i podniecasz twą pasyę. Nadaremnie drży twa ręka i krew nadaremnie napełnia twe żyły».

Załączone facsimile uwalnia wydawcę od opisu i motywowania wybranej do druku wersji.

(Str. 377) MORZE. Aforyzm ten był drukowany 22 stycznia 1925 r. w tygodniku warszawskim Informacja Powszechna na czele numeru (Nr. 3—4) poświęconego morzu i zarazem donoszącego o przyznaniu Żeromskiemu nagrody literackiej Ministerstwa W. R. i O. P. za Wiatr od morza. — D. 26 stycznia 1925 r. odbyła się uroczystość wręczenia laureatowi pisma przyznającego nagrodę. Przemówił ówczesny Kierownik Ministerstwa prof. Jan Zawidzki. Żeromski odpowiedział na to przemówienie «mniej więcej jak następuje» (według Warszawianki, Nr. 27):

«Czuję się bardzo w tej chwili szczęśliwym, że to dzieło, które mnie kosztowało tyle pracy i w którem chciałem znaleźć nową formę literacką, spotkało się z uznaniem Pana Ministra.
Niestety, dzieło to nie objęło całości Pomorza. Stan zdrowia nie pozwolił mi spojrzeć w życie ludu całego Pomorza i wciągnąć go do mojej powieści.
Liczę na to, że utwór ten zachęci młodą generację piszących do studjów nad tą częścią Polski i nad temi częściami, które mi były niedostępne, mam nawet dane, że to nastąpi szybko i ogarnie ten cały kraj, tak sercu naszemu bliski.
Dziękuję jeszcze raz Panu Ministrowi za zaszczytne wyróżnienie, które Wiatr od morza spotkało».


(Str. 378) [NAPIS]. Urywek ten drukowany był jako beztytułowa inskrypcja w Epitaphium Ignacego Maciejowskiego Sewera (Kraków, styczeń 1902, str. 78). W spisie zawartości tej książki wymieniony jest jako Napis.