Dziady/Poema/Część III/Scena VIII
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
PAN SENATOR
W WILNIE - SALA PRZEDPOKOJOWA; NA PRAWO DRZWI DO SALI KOMISJI ŚLEDCZEJ. GDZIE PROWADZĄ WIĘŹNIÓW I WIDAĆ OGROMNE PLIKI PAPIERÓW - W GŁĘBI DRZWI DO POKOJÓW SENATORA. GDZIE SŁYCHAĆ MUZYKĘ - CZAS: PO OBIEDZIE - U OKNA SIEDZI SEKRETARZ NAD PAPIERAMI; DALEJ NIECO NA LEWO STOLIK, GDZIE GRAJA W WISKA - NOWOSILCOW PIJE KAWĘ; KOŁO NIEGO SZAMBELAN BAJKOW, PELIKAN I JEDEN DOKTOR - U DRZWI WARTA I KILKU LOKAJÓW NIERUCHOMYCH.
SENATOR
(do Szambelana)
- Diable! quelle corvee! - Przecież po obiedzie.
- La princesse nas z[a]wiodła i dziś nie przyjedzie.
- Zresztą, en fait des dames, stare, albo głupie: -
- Gadać, imaginez-wous, o sprawach przy supie!
- Je jure, tych patryjotków nie mieć a ma table,
- Avec leur franc parler et leur ton detestable.
- Figurez-vous - ja gadam o strojach, kasynie,
- A moja kompanija o ojcu, o synie: -
- "On stary, on zbyt młody, Panie Senatorze,
- On kozy znieść nie może, Panie Senatorze,
- On prosi spowiednika, on chce widzieć żonę,
- On..." - Que sais je! - piękny dyskurs w obiady proszone.
- Il y a de quoi oszaleć; muszę skończyć sprawę
- I uciec z tego Wilna w kochaną Warszawę.
- Monseigneur mnie napisał de revenir bientót,
- On się beze mnie nudzi, a ja z tą hołotą -
- Je n'en puis plus -
DOKTOR
(podchodząc)
- Mówiłem właśnie, Jaśnie Panie,
- Że ledwie rzecz zaczęta, i sprawa w tym stanie,
- W jakim jest chory, kiedy lekarz go nawiedzi
- I zrobi anagnosin. Mnóstwo uczniów siedzi,
- Tyle było śledzenia, żadnego dowodu;
- Jeszcześmy nie trafili w samo jądro wrzodu.
- Cóż odkryto? wierszyki! ce sont des maux legers,
- Ce sont, można powiedzieć, accidents passagers;
- Ale osnowa spisku dotąd jest tajemną,
- I...
SENATOR
(z urazą)
- Tajemną? - to, widzę, Panu w oczach ciemno!
- I nie dziw, po obiedzie - więc, signor Dottore,
- Adio, bona notte - dzięki za perorę!
- Tajemną! sam śledziłem i ma być tajemną?
- I vous osez, Docteur, mówić tak przede mną?
- Któż kiedy widział formalniejsze śledztwa?
(pokazując papiery)
- Wyznania dobrowolne, skargi i świadectwa,
- Wszystko jest, i tu cały spisek świętokradzki
- Stoi spisany jasno jak ukaz senacki.5 -
- Tajemną! - za te nudy, owóż co mam w zysku.
DOKTOR
- Jaśnie Panie, excusez, któż wątpi o spisku!
- Właśnie mówię - że...
LOKAJ
- Człowiek kupca Kanissyna
- Czeka i jakiś Panu rejestr przypomina.
SENATOR
- Rejestr? jaki tam rejestr? - kto?
LOKAJ
- Kupiec Kanissyn,
- Co mu Pan przyjść rozkazał...
SENATOR
- Idźże precz, sukinsyn!
- Widzisz, że ja zajęty.
DOKTOR
(do Lokajów)
- A głupie bestyje!
- Przychodzić - Pan Senator, widzisz, kawę pije.
SEKRETARZ
(wstając od stolika)
- On powiada, że jeśli Pan zapłatę zwleka,
- On zrobi proces.
SENATOR
- Napisz grzecznie, niechaj czeka.
(Zamyśla się)
- A propos - ten Kanissyn - trzeba mu wziąść syna
- Pod śledztwo. - Oj, to ptaszek!
SEKRETARZ
- To mały chłopczyna.
SENATOR
- Oni to wszyscy mali, ale patrz w ich serce; -
- Najlepiej ogień zgasić, dopóki w iskierce.
SEKRETARZ
- Syn Kanissyna w Moskwie.
SENATOR
- W Moskwie? - a, voyez-vous,
- Emisaryjusz klubów. - Czas zabieżeć temu,
- Wielki czas.
SEKRETARZ
- On podobno u kadetów służy.
SENATOR
- U kadetów? - voyez-vous, on tam wojsko burzy.
SEKRETARZ
- Dzieckiem z Wilna wyjechał.
SENATOR
- Oh! cet incendiaire
- Ma tu korespondentów.
(do Sekretarza)
- Ce n'est pas ton afjaire;
- Rozumiesz! - Hej, deżurny! - We dwadzieście cztery
- Godzin wysłać kibitkę i zabrać papiery.
- Zresztą ojciec lękać się nas nie ma przyczyny,
- Jeśli syn dobrowolnie przyzna się do winy.
DOKTOR
- Właśnie jak miałem honor mówić Jaśnie Panu,
- Są tam ludzie różnego i wieku, i stanu; -
- To najniebezpieczniejsze jest spisku symptoma,
- A wszystkim rusza pewna sprężyna kryjoma,
- Którą...
SENATOR
(z urazą)
- Kryjoma?
DOKTOR
- Mówię, tajemnie skrywana,
- Odkryta dzięki przezorności Jaśnie Pana.
(Senator odwraca się)
(do siebie)
- To szatan niecierpliwy, - z tym człowiekiem bieda!
- Mam tyle ważnych rzeczy; wymówić mi nie da.
PELIKAN
(do Senatora)
- Co Pan Senator każe z Rollisonem robić?
SENATOR
- Jakim?
PELIKAN
- Co to na śledztwie musiano go obić.
SENATOR
- Eh bien?
PELIKAN
- On zachorował.
SENATOR
- Wieleż kijów dano?
PELIKAN
- Byłem przy śledztwie, ale tam nie rachowano. -
- Pan Botwinko śledził go.
BAJKOW
- Pan Botwinko; cha, cha -
- O! nieprędko on kończy, gdy się raz rozmacha.
- Ja zaręczam, że on go opatrzył nieszpetnie -
- Parions, że mu wyliczył najmniej ze trzy setnie.
SENATOR
(zadziwiony)
- Trois cents coups et vivant? trois cents coups, le coquin,
- Trois cents coups sans mourir, - quel dos de jacobin!
- Myśliłem, że w Rosyi la vertu cutanee
- Surpasse tout - ten łotr ma une peau mieux tannee!
- Je n'y concois rien! - ha, ha, ha, ha, mon ami!
(do grającego w wiska, który czeka na swego kompana)
- Polaki nam odbiorą nasz handel skórami.
- Un honnete soldat en serait mort dix fois!
- Quel rebelle -
(podchodzi do stolika)
- Dla Pana mam un homme de bois -
- Chłopiec drewniany; dał mu sam Botwinko kije.
- Trzysta kijów dziecięciu - figurez-vous? żyje!
(do Pelikana)
- Nic nie wyznał?
PELIKAN
- Prawie nic; - zęby tylko zaciął,
- Krzyczy, że nie chce skarżyć niewinnych przyjaciół.
- Ale z tych kilku słówek odkrywa się wiele -
- Widać, że ci uczniowie - jego przyjaciele.
SENATOR
- C'est juste: jaki upór!
DOKTOR
- Właśnie powiadałem
- Jaśnie Panu, że młodzież zarażają szałem,
- Ucząc ich głupstw: na przykład, starożytne dzieje!
- Któż nie widzi, że młodzież od tego szaleje.
SENATOR
(wesoło)
- Vous n'aimez pas l'histoire, - ha, ha, un satirique
- Aurair dit, że boisz się devenir historique.
DOKTOR
- I owszem, uczyć dziejów, niech się młodzież dowie,
- Co robili królowie, wielcy ministrowie...
SENATOR
- C'est juste.
DOKTOR
(ucieszony)
- Właśnie mówię, widzi Pan Dobrodziej,
- Że jest sposób wykładać dzieje i dla młodzi.
- Lecz po co zawsze prawić o republikanach,
- Zawsze o Ateńczykach, Spartanach, Rzymianach.
PELIKAN
(do jednego ze swoich towarzyszów, pokazując Doktora)
- Patrz, patrz, jak za nim łazi pochlebca przeklęty,
- I wścibi się mu w łaskę - co to za wykręty!
(podchodzi do Doktora)
- Ale cóż o tym mówić, czy to teraz pora;
- Zważ no, czy można nudzić pana Senatora.
LOKAJ
(do Senatora)
- Czy Pan rozkaże wpuścić te panie - kobiety -
- Pan wie - co wysiadają tu co dzień z karety. -
- Jedna ślepa, a druga -
SENATOR
- Ślepa? któż to ona?
LOKAJ
- Pani Rollison.
PELIKAN
- Matka tego Rollisona.
LOKAJ
- Co dzień tu są.
SENATOR
- Odprawić było -
DOKTOR
- Z Panem Bogiem!
LOKAJ
- Odprawiamy, lecz siada i skwierczy pod progiem.
- Kazaliśmy brać w areszt, - ze ślepą kobietą
- Trudno iść, lud się skupił, żołnierza wybito.
- Czy mam wpuścić?
SENATOR
- E! rady sobie dać nie umiesz -
- Wpuścić; tylko aż do pół schodów - czy rozumiesz?
- A potem ją sprowadzić - aż w dół - o tak tęgo;
(Z gestem)
- Żeby nas nie nudziła więcej swą włóczęgą.
(Drugi Lokaj wchodzi i oddaje list Bajkowowi)
- No, czegoż stoisz, pódźże -
BAJKOW
- Elle porte une lettre.
(oddaje list)
SENATOR
- Któż by to za nią pisał?
BAJKOW
- La princesse peut-etre.
SENATOR
(grzecznie)
- Księżna! skąd jej to przyszło? na kark mi ją wpycha.
- Avec quelle chaleur! Wpuścić ją, do licha.
(wchodzą dwie Damy i Ksiądz Piotr)
PELIKAN
(do Bajkowa)
- To stara czarownica, mere de ce fripon.
SENATOR
(grzecznie)
- Witam, witam, któraż z pań jest pani Rollison?
P. ROLLISON
(z płaczem)
- - Ja - mój syn! Panie Dobrodzieju...
SENATOR
- Proszę - chwilę,
- Pani masz list, a po cóż przyszło tu Pań tyle?
DRUGA DAMA
- Nas dwie.
SENATOR
(do Drugiej)
- I po cóż Panią mam tu honor witać?
DRUGA
- Pani Rollison trudno drogi się dopytać,
- Nie widzi. -
SENATOR
- Ha! nie widzi - a to wącha może?
- Bo co dzień do mnie trafia.
DRUGA
- Ja tu ją przywożę,
- Ona sama i stara, i nie bardzo zdrowa.
P. ROLLISONOWA
- Na Boga...!
SENATOR
- Cicho.
(do Drugiej)
- Pani któż jesteś?
DRUGA
- Kmitowa.
SENATOR
- Lepiej siedź w domu i miej o synach staranie.
- Jest na nich podejrzenie.
KMITOWA
(bladnąc)
- Jak to, jak to? Panie!
(Senator śmieje się)
P. ROLLISONOWA
- Panie! litość - ja wdowa! Panie Senatorze!
- Słyszałam, że zabili - czy można, mój Boże!
- Moje dziecko! - Ksiądz mówi, że on jeszcze żyje;
- Ale go biją, Panie! któż dzieci tak bije! -
- Jego zbito - zlituj się - po katowsku zbito.
(płacze)
SENATOR
- Gdzie? kogo? gadaj przecie po ludzku, kobieto.
P. ROLLISONOWA
- Kogo? ach, dziecko moje! Mój Panie - ja wdowa -
- Ach, wieleż to lat, póki człek dziecko wychowa!
- Mój Jaś już drugich uczył; niech Pan wszystkich spyta,
- Jak on uczył się dobrze. - Ja biedna kobieta!
- On mnie żywił ze swego szczupłego dochodu -
- Ślepa, on był mnie okiem - Panie, umrę z głodu.
SENATOR
- Kto poplótł, że go bili, nie wyjdzie na sucho.
- Kto mówił?
P. ROLLISONOWA
- Kto mnie mówił? ja mam matki ucho.
- Ja ślepa; teraz w uchu cała moja dusza,
- Dusza matki. - Wiedli go wczora do ratusza;
- Słyszałam -
SENATOR
- Wpuszczono ją?
P. ROLLISONOWA
- Wypchnęli mię z progu
- I z bramy, i z dziedzińca. Siadłam tam na rogu,
- Pod murem; - mury grube, - przyłożyłam ucho -
- Tam siedziałam od rana. - W północ, w mieście głucho,
- Słucham - w północ, tam z muru - nie, nie zwodzę siebie;
- Słyszałam go, słyszałam, jak Pan Bóg na niebie;
- Ja głos jego słyszałam uszami własnemi -
- Cichy, jakby spod ziemi, jak ze środka ziemi. -
- I mój słuch wszedł w głąb muru, daleko, głęboko;
- Ach, dalej poszedł niźli najbystrzejsze oko.
- Słyszałam, męczono go -
SENATOR
- Jak w gorączce bredzi!
- Ale tam, moja Pani, wielu innych siedzi?
P. ROLLISONOWA
- Jak to? - czyż to nie był głos mojego dziecięcia?
- Niema owca pozna głos swojego jagnięcia
- Śród najliczniejszej trzody - ach, to był głos taki! -
- Ach, dobry Panie, żebyś słyszał raz głos taki,
- Ty byś już nigdy w życiu spokojnie nie zasnął!
SENATOR
- Syn Pani zdrów być musi, gdy tak głośno wrzasnął.
P. ROLLISONOWA
(pada na kolana)
- Jeśli masz ludzkie serce...
(Otwierają się drzwi od sali - słychać muzykę, - wbiega Panna ubrana jak na bal)
PANNA
- Monsieur le Senateur -
- Oh! je vous interromps, on va chanter le choeur
- De "Don Juan"; et puis le concerto de Herz...
SENATOR
- Herz! choeur! tu także była mowa około serc.
- Vous venez a propos, vous belle comme un coeur
- Moment sentimental! il pleut ici des coeurs.
(do Bajkowa)
- Żeby le grand-duc Michel ten kalambur wiedział,
- Ma foi, to już bym dawno w radzie państwa siedział.
(do Panny)
- J'y suis - dans un moment.
P. ROLLISONOWA
- Panie, nie rzucaj nas
- W rozpaczy, ja nie puszczę -
(chwyta za suknię)
PANNA
- Faites-lui donc grace!
SENATOR
- Diable n'emporte, jeśli wiem, czego chce ta jędza.
P. ROLLISONOWA
- Chcę widzieć syna.
SENATOR
(z przyciskiem)
- Cesarz nie pozwala.
KS. PIOTR
- Księdza!
P. ROLLISONOWA
- Księdza przynajmniej poszlij, syn mój prosi księdza,
- Może kona; - gdy ciebie płacz matki nie wzruszy,
- Bój się Boga, dręcz ciało, ale nie gub duszy.
SENATOR
- C'est drole; - kto te po mieście wszystkie plotki nosi,
- Kto WaćPani powiedział, że on księdza prosi?
P. ROLLISONOWA
(pokazując Księdza Piotra)
- Ten ksiądz poczciwy mówił; on tygodni tyle
- Biega, błaga, lecz nie chcą wpuścić i na chwilę.
- Spytaj księdza, on powie...
SENATOR
(patrząc bystro na Księdza)
- To on wie? - poczciwy! -
- No zgoda, zgoda, - dobrze, - Cesarz sprawiedliwy;
- Cesarz księży nie wzbrania, owszem sam posyła,
- Aby do moralności młodzież powróciła.
- Nikt jak ja religiji nie ceni, nie lubi -
(wzdycha)
- Ach, ach, brak moralności, to, to młodzież gubi.
- Eh bien, żegnam więc Panie.
P. ROLLISONOWA
(do Panny)
- Ach, Panienko droga!
- Wstaw się ty jeszcze za mną, ach, na rany Boga!
- Mój syn mały! - rok siedzi o chlebie i wodzie,
- W zimnym, ciemnym więzieniu, bez odzieży, w chłodzie.
PANNA
- Est-il possible?
SENATOR
(w ambarasie)
- Jak to, jak to? on rok siedział?
- Jak to, imaginez-vous - jam nic o tym nie wiedział!
(do Pelikana)
- Słuchaj, trzeba tę sprawę najpierwej rozpatrzyć,
- Jeśli to prawda, uszy komisarzom natrzyć.
(do Rollisonowej)
- Soyez tranquille, przyjdź tu o siódmej godzinie.
P. KMITOWA
- Nie płacz tak, pan Senator nie wie o twym synie,
- Jak się dowie, obaczysz, może oswobodzi.
P. ROLLISONOWA
(uradowana)
- Nie wie? - chce wiedzieć? o, niech mu Pan Bóg nagrodzi.
- Ja to zawsze mówiłam ludziom: - być nie może
- Tak okrutny, jak mówią, on stworzenie boże,
- On człowiek, jego matka mlekiem wykarmiła -
- Ludzie śmieli się; widzisz, jam prawdę mówiła.
(do Senatora)
- Tyś nie wiedział! - te łotry wszystko tobie tają.
- Wierz mi, Panie, tyś łotrów otoczony zgrają;
- Nie ich pytaj, nas pytaj, my wszystko powiemy,
- Całą prawdę -
SENATOR
(śmiejąc się)
- No dobrze, o tym pomówiemy,
- Dziś nie mam czasu, adieu. - Księżnej powiedz, Pani,
- Że co można, to wszystko każę zrobić dla niej.
(grzecznie)
- Adieu, Madame Kmit, adieu - co mogę, to zrobię.
(do Księdza Piotra)
- Waść, księże, zostań, parę słów mam szepnąć tobie.
(do Panny)
- J'y suis dans un moment.
(wszyscy odchodzą prócz dawnych osób)
SENATOR
(po pauzie do Lokajów)
- A szelmy, łajdaki!
- Łotry, stoicie przy drzwiach i porządek taki?
- Skórę wam zedrę, szelmy, służby was nauczę:
(do jednego Lokaja)
- Słuchaj - ty idź za babą -
(do Pelikana)
- Nie, Panu poruczę.
- Skoro wyjdzie od Księżnej, daj jej pozwolenie
- Widzieć syna i prowadź aż tam - tam, w więzienie,
- Potem osobno zamknij, - tak, na cztery klucze.
- C'en est trop - a łajdaki, służby was nauczę!
(rzuca się na krzesło)
LOKAJ
(ze drżeniem)
- Pan kazał wpuścić -
SENATOR
(schwytując się)
- Co? co? - ty śmiesz, ty! mnie gadać?
- Toś wyuczył się w Polsce panu odpowiadać.
- Stój, stój, ja cię oduczę. - Wieść go do kwatery
- Policmejstra - sto kijów i tygodnie cztery
- Na chleb i wodę -
PELIKAN
- Niech Pan Senator uważy,
- Iż mimo tajemnicy i czujności straży
- O biciu Rollisona niechętne osoby
- Wieść roznoszą, i może wynajdą sposoby
- Oczernić przed Cesarzem nasze czyste chęci,
- Jeśli się temu śledztwu prędko łeb nie skręci.
DOKTOR
- Właśnie ja rozmyślałem nad tym, Jaśnie Panie.
- Rollison od dni wielu cierpi pomiesznie;
- Chce sobie życie odjąć, do okien się rzuca,
- A okna są zamknięte...
PELIKAN
- On chory na płuca;
- Nie należy w zamknionym powietrzu go morzyć;
- Rozkażę mu więc okna natychmiast otworzyć.
- Mieszka na trzecim piętrze - powietrza użyje...
SENATOR
(roztargniony)
- Wpuszczać mi na kark babę, gdy ja kawę piję;
- Nie dadzą chwili -
DOKTOR
- Właśnie mówię, Jaśnie Panie,
- Że potrzeba mieć większe o zdrowiu staranie.
- Po obiedzie, mówiłem zawsze, niechaj Pan te
- Sprawy odłoży na czas: - ca mine la sante.
SENATOR
(spokojnie)
- Eh, mon Docteur, przed wszystkim służba i porządek.
- Potem, to owszem dobrze na słaby żołądek;
- To żółć porusza, a żółć fait la digestion.
- Po obiedzie, ja mógłbym voir donner la question,
- Kiedy tak każe służba: - en prenant son cafe,
- Wiesz co, to chwila właśnie widzieć auto-da fe.
PELIKAN
(odpychając Doktora)
- Jakże Pan z Rollisonem każe decydować?
- Jeżeli on dziś jeszcze... umrze, to?...
SENATOR
- Pochować;
- I pozwalam, jeżeli zechcesz, balsamować.
- A propos balsam, Bajkow! - tobie by się zdało
- Trochę balsamu, bo masz takie trupie ciało,
- A żenisz się. Czy wiecie, on ma narzeczoną;
(Drzwi z lewej strony odmykają się - Lokaj wchodzi - Senator pokazując drzwi)
- Tę panienkę, tam patrzaj, białą i czerwoną.
- Fi, pan młody, avec un teint si delabre,
- Powinien byś brać ślub twój jak Tyber a Capre.
- Nie pojmuję, jak oni mogli pannę zmusić
- Pięknymi usteczkami słowo t a k wykrztusić.
BAJKOW
- Zmusić? - Parions, że ja z nią za rok się rozwiodę
- I potem co rok będę brał żoneczki młode;
- Bez przymusu; dość spojrzeć na tę lub na ową:
- C'est beau małej szlachciance być jenerałową.
- Spytaj księdza, jeżeli zapłacze przy ślubie.
SENATOR
- A propos księdza -
(do Księdza)
- pódź no, mój czarny cherubie!
- Patrzcie, quelle figure! on ma l'air d'un poete -
- Czy ty widziałeś kiedy un regard aussi bete?
- Potrzeba go ożywić. - Masz rumu kieliszek.
KS. PIOTR
- Nie piję.
SENATOR
- No, kapłanie, pij!
KS. PIOTR
- Jestem braciszek.
SENATOR
- Braciszek czy stryjaszek, skądże to Waszeci
- Wiedzieć, co po więzieniach robią cudze dzieci?
- Czy to Waszeć chodziłeś z wieściami do matki?
KS. PIOTR
- Ja.
SENATOR
(do Sekretarza)
- Zapisz to wyznanie - a oto są świadki.
(do Księdza)
- A skądżeś o tym wiedział? he? ptaszek nie lada!
- Spostrzegł się, że notują, i nie odpowiada.
- W jakim klasztorze bractwo twe?
KS. PIOTR
- U bernardynów
SENATOR
- A u dominikanów pewnie masz kuzynów?
- Bo u dominikanów ten Rollison siedział.
- No gadajże, skąd ty wiesz, kto ci to powiedział?
- Słyszysz! - ja tobie każę - nie szepc mi po cichu.
- Ja w imieniu Cesarza każę; słyszysz, mnichu?
- Mnichu! czy ty słyszałeś o ruskim batogu?
(do Sekretarza)
- Zapisz, że milczał.
(do Księdza)
- Wszak ty służysz Panu Bogu -
- Znasz ty teologiją - słuchaj, teologu.
- Wiesz ty, że wszelka władza od Boga pochodzi,
- Gdy władza każe mówić, milczeć się nie godzi.
(Ksiądz milczy)
- A czy wiesz, mnichu, że ja mógłbym cię powiesić,
- I obaczym, czy przeor potrafi cię wskrzesić.
KS. PIOTR
- Jeśli kto władzę cierpi, nie mów, że jej słucha;
- Bóg czasem daje władzę w ręce złego ducha.
SENATOR
- Jeżeli cię powieszę, a Cesarz się dowie,
- Żem zrobił nieformalnie, a wiesz, co on powie?
- "Ej, Senatorze, widzę, że się już ty bisisz".
- A ty, mnichu, tymczasem jak wisisz, tak wisisz.
- Pódź no bliżej, ostatni raz będę cię badał:
- Wyznaj, kto tobie o tym biciu rozpowiadał?
- He? - milczysz - już od Boga ty się nie dowiedział -
- Kto mówił? - co? - Bóg? - anioł? - diabeł?
KS. PIOTR
- Tyś powiedział.
SENATOR
(obruszony)
- "Tyś"? - mnie mówić: tyś? - tyś, - ha, mnich!
DOKTOR
- Ha, kapcanie!
- Mówi się Panu: Jaśnie Oświecony Panie.
(do Pelikana)
- Naucz go tam, jak mówić; ten mnich widzę z chlewa.
- Daj mu tak -
(pokazuje ręką)
PELIKAN
(daje Księdzu policzek)
- Widzisz, ośle, Senator się gniewa.
KSIĄDZ
(do Doktora)
- Panie, odpuść mu, Panie; on nie wie, co zrobił!
- Ach, bracie, tą złą radą tyś sam się już dobił.
- Dziś ty staniesz przed Bogiem.
SENATOR
- Co to?
BAJKOW
- On błaznuje.
- Daj mu jeszcze raz w papę, niech nam prorokuje.
(daje mu szczutkę)
KS. PIOTR
- Bracie, i ty poszedłeś za jego przykładem!
- Policzone dni twoje, pójdziesz jego śladem.
SENATOR
- Hej, posłać po Botwinkę! zatrzymać tu klechę -
- Ja sam będę przy śledztwie, będziem mieć uciechę.
- Obaczym, czy on będzie milczał tak upornie.
- Ktoś go namówił.
DOKTOR
- Właśnie przedstawiam pokornie,
- To jest rzecz umówiona, i te wszystkie spiski
- Kieruje, jak wiem pewnie, Książę Czartoryski.
SENATOR
(schwytuje się za krzesła)
- Que me dites-vous la, mon cher, o Książęciu?
- Impossible -
(do siebie)
- kto wie? - eh! - śledztwo lat dziesięciu,
- Nim się Książę wyplącze, jeśli ja go splątam.
(do Doktora)
- Skądże wiesz?
DOKTOR
- Dawno, czynnie, sprawą się zaprzątam.
SENATOR
- I Pan mnie nie mówiłeś?
DOKTOR
- Jaśnie Pan nie słuchał;
- Ja mówiłem, że ktoś to ten pożar rozdmuchał.
SENATOR
- Ktoś! ktoś! ale czy Książę?
DOKTOR
- Mam ślad oczewisty,
- Mam doniesienia, skargi i przejęte listy.
SENATOR
- Listy Księcia?
DOKTOR
- Przynajmniej jest mowa o Księciu
- W tych listach i o całym jego przedsięwzięciu,
- I wielu profesorów - a głównym ogniskiem
- Jest Lelewel. On tajnie kieruje tym spiskiem.
SENATOR
(do siebie)
- Ach, gdyby jaki dowód! choćby podejrzenie,
- Ślad dowodu, cień śladu, choćby cieniów cienie!
- Nieraz już mi o uszy obiła się mowa:
- "To Czartoryski wyniósł tak Nowosilcowa".
- Obaczym teraz, kto z nas będzie mógł się chwalić,
- Czy ten, co umiał wynieść, czy ten, co obalić.
(do Doktora)
- Pójdź - que je vous embrasse - a! a! to rzecz inna,
- Ja wraz zgadnąłem, że to sprawa nie dziecinna:
- Ja wraz zgadnąłem, że to jest Książęcia sztuka.
DOKTOR
(poufale)
- I Pan zgadnął? - zje diabła, kto Pana oszuka.
SENATOR
(poważnie)
- Choć ja wiem o tym wszystkim, Panie Radco Stanu,
- Jeśli odkryć dowody udało się Panu,
- Ecoutez, daję Panu Senatorskie słowo,
- Naprzód pensyję roczną powiększę połową
- I tę skargę za dziesięć lat służby policzę,
- Potem może starostwo, dobra kanonicze,
- Order - kto wie, nasz Cesarz wspaniale opłaca,
- Ja go sam będę prosił, - już to moja praca.
DOKTOR
- Mnie też to kosztowało niemało zabiegów;
- Ze szczupłej mojej płacy opłacałem szpiegów;
- A wszystko z gorliwości o dobro Cesarza.
SENATOR
(biorąc go pod rękę)
- Mon cher, idź zaraz, weźmij mego sekretarza.
- Wziąć te wszystkie papiery i opieczętować;
(do Doktora)
- Wieczorem będziem wszystko razem trutynować.
(do siebie)
- Ja pracowałem, śledztwo prowadziłem całe,
- A on z tego odkrycia miałby zysk i chwałę!
(zamyśla się)
(do Sekretarza w ucho)
- Przyaresztuj Doktora razem z papierami.
(da Bajkowa, który wchodzi)
- To ważna sprawa, musim zatrudnić się sami.
- Doktor wymknął się z pewnym słówkiem nieumyśnie,
- Zbadałem go, a śledztwo ostatek wyciśnie.
(Pelikan, widząc względy Senatora, odprowadza Doktora i kłania mu się nisko)
DOKTOR
(do siebie)
- Niedawno mię odpychał - ho, ho, Pelikanie!
- I ja go zepchnę, i tak, że już nie powstanie.
(do Senatora)
- Zaraz wracam.
SENATOR
(niedbale)
- O ósmej ja wyjeżdżam z miasta.
DOKTOR
(patrząc na zegarek)
- Co to? na mym zegarku godzina dwunasta?
SENATOR
- już piąta.
DOKTOR
- Co, już piąta? - ledwie oczom wierzę.
- Mój indeks na dwunastej, na samym numerze
- Stanął i na dwunastej sam indeksu nosek;
- Żeby choć o sekundę ruszył, choć o włosek!
KS. PIOTR
- Bracie, i twój już zegar stanął i nie ruszy
- Do drugiego południa. - Bracie, myśl o duszy.
DOKTOR
- Czego ty chcesz?
PELIKAN
- Proroctwo tobie jakieś burczy.
- Patrz jak mu oczy błyszczą, istny wzrok jaszczurczy!
KS. PIOTR
- Bracie, Pan Bóg różnymi znakami ostrzega.
PELIKAN
- Ten braciszek coś bardzo wygląda na szpiega -
(Otwierają się drzwi z lewej strony, wchodzi mnóstwo dam wystrojonych, urzędników, gości. - za nimi muzyka)
P. GUBERNATOROWA
- Czy można?
P. SOWIETNIKOWA
- C'est indigne!
P. JENERAŁOWA
- Ah! mon cher Senateur,
- Czekamy, posyłamy
P. SOWIETNIKOWA
- Vraiment, c'est un malheur
WSZYSTKIE
(razem)
- Wreszcie przyszłyśmy szukać.
SENATOR
- Cóż to? - jaka gala!
DAMA
- I tu możemy tańczyć, dość obszerna sala.
(stają i szykują się do tańca)
SENATOR
- Pardon, mille pardons, j'etais tres occupe!
- Que vois - je, un menuet? parfaitement groupe!
- Cela m'a rappele les jours de ma jeunesse!
KSIĘŻNA
- Ce n'est qu'une surprise.
SENATOR
- Est-ce vous, ma deesse!
- Que j'aime cette danse, une surprise? ah! dieux!
KSIĘŻNA
- Vous danserez j'espere.
SENATOR
- Certes, et de mon mieux.
(Muzyka gra menueta z "Don Juana" - z lewej strony stoją czynownicy, czyli urzędnicy i urzędniczki - z prawej kilku z młodzieży, kilku młodych oficerów rosyjskich, kilku starych ubranych po polsku i kilka młodych dam. - Na środku menuet. Senator tańczy z narzeczoną Bajkowa; Bajkow z Księżną)
BAL
SCENA ŚPIEWANA
Z PRAWEJ STRONY
DAMA
- Patrz, patrz starego, jak się wije,
- Jak sapie, oby skręcił szyję.
(do Senatora)
- Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan!
(na stronę)
- Il crevera dans 1'instant.
MŁODY CZŁOWIEK
- Patrz, jak on łasi się i liże,
- Wczora mordował, tańczy dziś;
- Patrz, patrz, jak on oczyma strzyże,
- Skacze jak w klatce ryś.
DAMA
- Wczora mordował i katował,
- I tyle krwi niewinnej wylał;
- Patrz, dzisiaj on pazury schował
- I będzie się przymilał.
Z LEWEJ STRONY
KOLLESKI REGESTRATOR6
(do Sowietnika)
- Tańczy Senator czy widzicie,
- Ej, Sowietniku, pójdźmy w tan.
SOWIETNIK
- Uważaj, czy to przyzwoicie,
- Byś ze mną tańczył Pan.
REGESTRATOR
- Ale tu znajdziem kilka dam.
SOWIETNIK
- Ale nie o to idzie rzecz;
- Ja sobie wolę tańczyć sam
- Niż z tobą - pódźże precz.
REGESTRATOR
- Skądże to?
SOWIETNIK
- Jestem Sowietnikiem.
REGESTRATOR
- Ja jestem oficerski syn.
SOWIETNIK
- Mój Panie, ja nie tańczę z nikim,
- Kto ma tak niski czyn.
(do Pułkownika)
- Pódź, Pułkowniku, pódźże w taniec,
- Widzisz, że tańczy sam Senator.
PUŁKOWNIK
- Jaki tam gadał oszarpaniec?
(pokazując Regestratora)
SOWIETNIK
- Kolleski Regestrator!
PUŁKOWNIK
- Ta szuja, istne jakubiny!
DAMA
(do Senatora)
- Jak ślicznie, lekko tańczysz Pan.
SOWIETNIK
(z gniewem)
- Jak tu pomieszały się czyny!
DAMA
- I1 crevera dans l'instant.
LEWA STRONA, CHÓREM.
DAMY
- Ah! quelle beaute, quelle grace!
MĘŻCZYŹNI
- Jaka to świetność, przepych jaki!
PRAWA STRONA, CHÓREM
MĘŻCZYŹNI
- Ach, łotry, szelmy, ach, łajdaki!
- Żeby ich piorun trzasł.
SENATOR
(tańcząc, do Gubernatorowej)
- Chcę zrobić znajomość Starosty,
- On piękną żonę, córkę ma;
- Ale zazdrośny -
GUBERNATOR
(biegnąc za Senatorem)
- To człek prosty;
- Niech Pan to na nas zda.
(podchodzi do Starosty)
- A żona Pańska?
STAROSTA
- W domu siedzi.
GUBERNATOR
- A córki?
STAROSTA
- Jedną tylko mam.
GUBERNATOROWA
- I córka balu nie odwiedzi?
STAROSTA
- Nie!
GUBERNATOROWA
- Pan tu sam?
STAROSTA
- Ja sam.
GUBERNATOR
- I żona nie zna Senatora?
STAROSTA
- Dla siebie tylko żonę mam.
GUBERNATOROWA
- Chciałam wziąć córkę Pańską wczora.
STAROSTA
- Usłużność Pani znam.
GUBERNATOR
- Tu w menuecie para zbywa,
- Senator potrzebuje dam.
STAROSTA
- Moja córka w parach nie bywa,
- Jej parę znajdę sam.
GUBERNATOROWA
- Mówiono, że tańczy i grywa,
- Senator chciał zaprosić sam.
STAROSTA
- Widzę, że pan Senator wzywa
- Naraz po kilka dam.
LEWA STRONA, CHÓREM
- Jaka muzyka, jaki śpiew,
- Jak pięknie meblowany dom.
PRAWA STRONA, CHÓREM
- Te szelmy z rana piją krew,
- A po obiedzie rom.
SOWIETNIK
(pokazując Senatora)
- Drze ich, to prawda, lecz zaprasza,
- Takiemu dać się drzeć nie żal.
STAROSTA
- Po turmach siedzi młodzież nasza,
- Nam każą iść na bal. 7
OFICER ROSYJSKI
(do Bestużewa)
- Nie dziw, że nas tu przeklinają,
- Wszak to już mija wiek,
- Jak z Moskwy w Polskę nasyłają
- Samych łajdaków stek.
STUDENT
(do Oficera)
- Patrz, jak się Bajkow, Bajkow rucha,
- Co to za mina, co za ruch!
- Skacze jak po śmieciach ropucha,
- Patrz, patrz, jak nadął brzuch.
- Wyszczerzył zęby, nazbyt łyknął,
- Patrz, jak otwiera gębę on,
- Słuchaj, ach, słuchaj, Bajkow ryknął.
(Bajkow nuci)
(do Bajkowa)
- Mon General, quelle chanson!
BAJKOW
(śpiewa pieśń Beranżera)
- Quel honneur, quel bonheur!
- Ah! monsieur le senateur!
- Je suis votre humble serviteur etc. etc.
STUDENT
- General, ce sont vos paroles?
BAJKOW
- Oui.
STUDENT
- Je vous en fais compliment.
JEDEN Z OFICERÓW
(śmiejąc się)
- Ces couplets sont vraiment fon dróles,
- Quel ton satirigue et plaisant!
MŁODY CZŁOWIEK
- Pour votre muse sans rivale
- Je vous ferais academicien.
BAJKOW
(w ucho, - pokazując Księżnę)
- Senator dziś będzie rogal.
SENATOR
(w ucho, - pokazując narzeczoną Bajkowa)
- Va, va, je te coifferai bien.
PANNA
(tańcząc, do Matki)
- Nazbyt ohydni, nazbyt starzy.
MATKA
(z prawej strony)
- Jeśli ci zbrzydnął, to go rzuć.
SOWIETNIKOWA
(z prawej strony)
- Jak mojej córeczce do twarzy.
STAROSTA
- Jak od nich rumem czuć.
SOWIETNIKOWA DRUGA
(do córki stojącej obok)
- Tylko, Zosieńku, podnieś wzrok.
- Może Senator cię obaczy.
STAROSTA
- Jeżeli o mnie się zahaczy,
- Dam rękojeścią
(biorąc za karabelę)
- - w bok.
LEWA STRONA, CHÓREM
- Ach, jaka świetność, przepych jaki!
- Ah, quelle beaute, quelle grace!
PRAWA STRONA
- Ach, szelmy, łotry, ach, łajdaki!
- Żeby ich piorun trzasł.
Z PRAWEJ STRONY MIĘDZY MŁODZIEŻĄ
JUSTYN POL
(do Bestużewa, pokazując na Senatora)
- Chcę mu scyzoryk mój w brzuch wsadzić
- Lub zamalować w pysk.
BESTUŻEW
- Cóż stąd, jednego łotra zgładzić
- Lub obić, co za zysk?
- Oni wyszukają przyczyny,
- By uniwersytety znieść,
- Krzyknąć, że ucznie jakubiny,
- I waszą młodzież zjeść.
JUSTYN POL
- Lecz on zapłaci za męczarnie,
- Za tyle krwi i łez.
BESTUŻEW
- Cesarz ma u nas liczne psiarnie,
- Cóż, że ten zdechnie pies.
POL
- Nóż świerzbi w ręku, pozwól ubić.
BESTUŻEW
- Ostrzegam jeszcze raz!
POL
- Pozwól przynajmniej go wyczubić.
BESTUŻEW
- A zgubić wszystkich was.
POL
- Ach, szelmy, łotry, ach, zbrodniarze!
BESTUŻEW
- Muszę ciebie wywieść za próg.
POL
- Czyż go to za nas nikt nie skarze?
- Nikt się nie pomści?
(odchodzą ku drzwiom)
KS. PIOTR
- - Bóg!
(nagle muzyka się zmienia i gra arią Komandora)
TAŃCZĄCY
- Co to jest? - co to?
GOŚCIE
- Jaka muzyka ponura!
JEDEN
(patrząc w okno)
- Jak ciemno, patrz no, jaka zebrała się chmura.
- (zamyka okno - słychać z dala grzmot)
SENATOR
- Cóż to? Czemu nie grają?
DYREKTOR MUZYKI
- Zmylili się.
SENATOR
- Pałki!
DYREKTOR
- Bo to miano grać różne z opery kawałki,
- Oni nie zrozumieli, i stąd zamieszanie.
SENATOR
- No, no, no - arrangez donc - no, panowie - panie.
(słychać krzyk wielki za drzwiami)
PANI ROLLISON
(za drzwiami, okropnym głosem)
- Puszczaj mię! puszczaj...
SEKRETARZ
- Ślepa!
LOKAJ
(strwożony)
- Widzi - patrz, jak sadzi
- Po schodach, zatrzymajcie!
DRUDZY LOKAJE
- Kto jej co poradzi!
PANI ROLLISON
- Ja go znajdę tu, tego pijaka, tyrana!
LOKAJ
(chce zatrzymać - ona obala jednego z nich)
- A! patrz, jak obaliła - a! a! opętana.
(uciekają)
PANI ROLLISON
- Gdzie ty! - znajdę cię, mózgi na bruku rozbiję -
- Jak mój syn! Ha, tyranie! syn mój, syn nie żyje!
- Wyrzucili go oknem - czy ty masz sumnienie?
- Syna mego tam z góry, na bruk, na kamienie.
- Ha, ty pijaku stary, zbryzgany krwią tylu
- Niewiniątek, pódź! - gdzie ty, gdzie ty, krokodylu?
- Ja ciebie tu rozedrę, jak mój Jaś, na sztuki. -
- Syn! wyrzucili z okna, z klasztoru, na bruki.
- Me dziecię, mój jedynak! mój ojciec-żywiciel -
- A ten żyje, i Pan Bóg jest, i jest Zbawiciel!
KS. PIOTR
- Nie bluźń, kobieto; syn twój zraniony, lecz żyje.
PANI ROLLISON
- Żyje? syn żyje? - czyje to są słowa, czyje?
- Czy to prawda, mój księże? - Ja zaraz pobiegłam -
- "Spadł" krzyczą, - biegę - wzięli - i zwłok nie
- dostrzegłam:
- Zwłok mego jedynaka. - Ja biedna sierota!
- Zwłok syna nie widziałam. Widzisz - ta ślepota!
- Lecz krew na bruku czułam - przez Boga żywego
- Tu czuję - krew tę samą, tu krew syna mego,
- Tu jest ktoś krwią zbryzgany - tu, tu jest kat jego!
(Idzie prosto do Senatora - Senator umyka się - Pani Rollison pada zemdlona na ziemię - Ks. Piotr podchodzi do niej ze Starostą - słychać uderzenie piorunu)
WSZYSCY
(zlęknieni)
- Słowo stało się ciałem! - To tu!
INNI
- Tu! tu!
KS. PIOTR
- Nie tu.
JEDEN
(patrząc w okno)
- Jak blisko - w sam róg domu uniwersytetu.
SENATOR
(podchodzi do okna)
- Okna Doktora!
KTOŚ Z WIDZÓW
- Słyszysz w domu krzyk kobiety?
KTOŚ NA ULICY
(śmiejąc się)
- Cha - cha - cha - diabli wzięli.
- (Pelikan wbiega zmieszany)
SENATOR
- Nasz Doktor?
PELIKAN
- Zabity
- Od pioruna. Fenomen ten godzien rozbiorów:
- Około domu stało dziesięć konduktorów.
- A piorun go w ostatnim pokoju wytropił,
- Nic nie zepsuł i tylko ruble srebrne stopił,
- Srebro leżało w biurku, tuż u głów Doktora,
- I zapewne służyło dziś za konduktora.
STAROSTA
- Ruble rosyjskie, widzę, bardzo niebezpieczne.
SENATOR
(do Dam)
- Panie zmieszały taniec - jak Panie niegrzeczne.
(widząc, że ratują Panią Rollison)
- Wynieście ją, wynieście - pomóc tej kobiecie.
- Wynieście ją.
KS. PIOTR
- Do syna?
SENATOR
- Wynieście, gdzie chcecie.
KS. PIOTR
- Syn jej jeszcze nie umarł, on jeszcze oddycha,
- Pozwól mnie iść do niego.
SENATOR
- Idź, gdzie chcesz, do licha!
(do siebie)
- Doktor zabity, ach! ach! c'est inconcevable!
- Ten ksiądz mu przepowiedział - ach! ach! ach! c'est diable!
(da kompanii)
- No i cóż w tym strasznego? - wiosną idą chmury,
- Z chmury piorun wypada: - taki bieg natury.
SOWIETNIKOWA
(do męża)
- Już gadajcie, co chcecie, a strach zawsze strachem.
- Ja nie chcę dłużej z wami być pod jednym dachem;
- Mówiłam: mężu, nie leź do tych spraw dziecinnych -
- Pókiś knutował Żydów, chociaż i niewinnych,
- Milczałam - ale dzieci; - a widzisz Doktora?
SOWIETNIK
- Głupia jesteś.
SOWIETNIKOWA
- Do domu wracam, jestem chora.
(Słychać znowu grzmot - wszyscy uciekają; naprzód lewa, potem prawa strona. - Zostają Senator, Pelikan, Ks. Piotr)
SENATOR
(patrząc za uciekającymi)
- Przeklęty Doktor! żyjąc nudził mię do mdłości,
- A jak zdechł, patrzaj, jeszcze rozpędza mi gości.
(do Pelikana)
- Voyez, jak ten ksiądz patrzy - voyez, quel oeil hagard;
- To jest dziwny przypadek, un singulier hasard.
- Powiedz no, mój księżuniu, czy znasz jakie czary,
- Skąd przewidziałeś piorun? - może boskie kary?
(Ksiądz milczy)
- Prawdę mówiąc, ten Doktor troszeczkę przewinił
- Prawdę mówiąc, ten Doktor nad powinność czynił.
- On aurait fort a dire - kto wie, są przestrogi -
- Mój Boże, czemu prostej nie trzymać się drogi!
- No i cóż, księże? - milczy!... milczy i zwiesił nos.
- Ale go puszczę wolno: - on dirait bien des choses!...
(zamyśla się)
PELIKAN
- Cha! cha! cha! jeśli śledztwo jest niebezpieczeństwem,
- Toć by nas przecie piorun zaszczycił pierwszeństwem.
KS. PIOTR
- Opowiem wam dwie dawne, ale pełne treści...
SENATOR
(ciekawy)
- O piorunie? - Doktorze? - mów!
KS. PIOTR
- - dwie przypowieści
- Onego czasu w upał przyszli ludzie różni
- Zasnąć pod cieniem muru; byli to podróżni.
- Między nimi był zbójca; a gdy inni spali,
- Anioł Pański zbudził go: "Wstań, bo mur się wali.
- On zbójca był ze wszystkich innych najzłośliwszy:
- Wstał, a mur inne pobił. On ręce złożywszy
- Bogu dziękował, że mu ocalono zdrowie.
- A Pański anioł stanął przed nim i tak powie:
- "Ty najwięcej zgrzeszyłeś! kary nie wyminiesz,
- Lecz ostatni najgłośniej, najhaniebniej zginiesz".
- A druga powieść taka. - Za czasu dawnego,
- Pewny wódz rzymski pobił króla potężnego;
- I kazał na śmierć zabić wszystkie niewolniki,
- Wszystkie rotmistrze pułków i wszystkie setniki.
- Ale króla samego przy życiu zostawił,
- Tudzież starosty, tudzież pułkowniki zbawił. -
- I mówili do siebie głupi więźnie owi:
- "Będziem żyć, podziękujmy za życie wodzowi".
- Aż jeden żołnierz rzymski, co im posługował,
- Rzekł im: "Zaprawdę wódz was przy życiu zachował;
- Bo was przykuje przy swym tryumfalnym wozie
- I będzie oprowadzał po całym obozie,
- do miasta powiedzie; bo wy z tych jesteście,
- Których wodzą po Rzymie, onym sławnym mieście,
- Aby lud rzymski krzyknął: Patrzcie, co wódz zrobił,
- On takie króle, takie pułkowniki pobił.
- Potem, gdy was w łańcuchach złotych oprowadzi,
- Odda was w ręce kata, a kat was osadzi
- Na głębokie, podziemne i ciemne wygnanie,
- Kędy będzie płacz wieczny i zębów zgrzytanie".
- Tak mówił żołnierz rzymski; - do żołnierza tego
- Król gromiąc rzekł: "Twe słowa są słowa głupiego,
- Czyś ty kiedy na ucztach z twoim wodzem siedział,
- Ażebyś jego rady, jego myśli wiedział?"
- Zgromiwszy, pił i śmiał się z swymi współwięźniami,
- Ze swymi hetmanami i pułkownikami.
SENATOR
(znudzony)
- Il bat la campagne... Księże, gdzie chcesz, ruszaj sobie.
- Jeśli cię jeszcze złowię, tak skórę oskrobię,
- Że cię potem nie pozna twa matka rodzona
- I będziesz mi wyglądał jak syn Rollisona.
(Senator odchodzi do swoich pokojów z Pelikanem. Ks. Piotr idzie ku drzwiom i spotyka Konrada, który prowadzony na śledztwo od dwóch żołnierzy, ujrzawszy Księdza wstrzymuje się i patrzy nań długo)
KONRAD
- Dziwna rzecz, nie widziałem nigdy tej postaci,
- A znam go, jak jednego z mych rodzonych braci.
- Czy to we śnie! - tak, we śnie, teraz przypomniałem,
- Taż sama twarz, te oczy, we śnie go widziałem.
- On to, zdało się, że mię wyrywał z otchłani.
(do Księdza)
- Mój księże, choć jesteśmy mato sobie znani,
- przynajmniej ksiądz mnie nie znasz: przyjmij dziękczynienie
- Za łaskę, którą tylko zna moje sumnienie.
- Drodzy są i widziani we śnie przyjaciele,
- Gdy prawdziwych na jawie widzim tak niewiele.
- Weź, proszę, ten pierścionek, przedaj; daj połowę
- Ubogim, drogą na mszę za dusze czyscowe;
- Wiem, co cierpią, jeżeli czyściec jest niewolą;
- Mnie, kto wie, czy już kiedy słuchać mszy pozwolą.
KS. PIOTR
- Pozwolą - Za pierścionek ja ci dam przestrogę.
- Ty pojedziesz w daleką, nieznajomą drogę;
- Będziesz w wielkich, bogatych i rozumnych tłumie,
- Szukaj męża, co więcej niźli oni umie;
- Poznasz, bo cię powita pierwszy w Imię Boże.
- Słuchaj, co powie...
KONRAD
(wpatrując się)
- Cóż to? tyżeś?... czy być może?
- Stój na chwilę.. dla Boga...
KS. PIOTR
- Bywaj zdrów! nie mogę.
KONRAD
- Jedno słowo...
ŻOŁNIERZ
- Nie wolno! każdy w swoję drogę. —