Dymy przedajne
Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych
Czytając tę przypowieść, długo myślę, gdzieby
- I do jakiejby dym kto kupował potrzeby.
Między bowiem rzeczami dym rachują trzoma,
- Dla których się osiedzieć człek nie może doma:
Dach dziorawy, zła żona, co się zawsze boczy,
- Zawsze swarzy; trzei dym, kiedy kąsa w oczy.
Biedne pczoły, uchodząc dymowego smrodu,
- Uciekają, odbiegszy w ulach swego miodu.
Potym czy go na wage, czy łokciem, czy garcem
- Z podgórskiem, robię głową, przedawaja marcem.
Obchodzę wiechy, tasze; będąc już niemłodym,
- Wszędy mię do piekarnie odsyłają po dym.
Darmoć go tam dostanę, bez pieniędzy? — rzekę.
- Że też na koniec wstąpię, mijając aptekę.
Ledwie spytam, odpowie aptekarz: Chybaby
- Na świecie go nie było i między Araby;
Z Indyi, z Ameryki jest. Liczy mi zatem
- Kadzidła, co się rodzą gdzieś za nowym światem.
O dym pytam; ziela mi nie trzeba, mój panie!
- Aż ów: Na ogień włożyć, z ziela się dym stanie.
Mam ci ja drwa bez tego; schowajcie się z chiną,
- Jeszcze gdy z pieca kurzy, każę lepić gliną.
Bale zdrowiu pomaga ten, a tamten wadzi.
- Potym do szerokiego sklepu mnie prowadzi,
Gdzie pudło wedle pudła, słój stał wedle słoju,
- Te proszków, drugie pełne pełne różneg napoju,
Gałek, wódek, korzenia do wszelkiej napaści
- Choroby, pod różnemi przezwiskami maści;
I radzi mi zażywać z nich prezerwatywy,
- Chcęli być zdrów. A tyś to — rzekę — dyable dziwy,
Dymy ludziom przedajesz? Jeszcze koniec nie tu
- Tego, który mi głowę mozoli sekretu.