Dymy przedajne

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Dymy przedajne • Wacław Potocki
Dymy przedajne
Wacław Potocki

Czytając tę przypowieść, długo myślę, gdzieby

I do jakiejby dym kto kupował potrzeby.

Między bowiem rzeczami dym rachują trzoma,

Dla których się osiedzieć człek nie może doma:

Dach dziorawy, zła żona, co się zawsze boczy,

Zawsze swarzy; trzei dym, kiedy kąsa w oczy.

Biedne pczoły, uchodząc dymowego smrodu,

Uciekają, odbiegszy w ulach swego miodu.

Potym czy go na wage, czy łokciem, czy garcem

Z podgórskiem, robię głową, przedawaja marcem.

Obchodzę wiechy, tasze; będąc już niemłodym,

Wszędy mię do piekarnie odsyłają po dym.

Darmoć go tam dostanę, bez pieniędzy? — rzekę.

Że też na koniec wstąpię, mijając aptekę.

Ledwie spytam, odpowie aptekarz: Chybaby

Na świecie go nie było i między Araby;

Z Indyi, z Ameryki jest. Liczy mi zatem

Kadzidła, co się rodzą gdzieś za nowym światem.

O dym pytam; ziela mi nie trzeba, mój panie!

Aż ów: Na ogień włożyć, z ziela się dym stanie.

Mam ci ja drwa bez tego; schowajcie się z chiną,

Jeszcze gdy z pieca kurzy, każę lepić gliną.

Bale zdrowiu pomaga ten, a tamten wadzi.

Potym do szerokiego sklepu mnie prowadzi,

Gdzie pudło wedle pudła, słój stał wedle słoju,

Te proszków, drugie pełne pełne różneg napoju,

Gałek, wódek, korzenia do wszelkiej napaści

Choroby, pod różnemi przezwiskami maści;

I radzi mi zażywać z nich prezerwatywy,

Chcęli być zdrów. A tyś to — rzekę — dyable dziwy,

Dymy ludziom przedajesz? Jeszcze koniec nie tu

Tego, który mi głowę mozoli sekretu.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.