Do Walentego Pomiana Z.

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Na zgon śp. Józefa Z. Do Walentego Pomiana Z.,
zwierzając Mu rękopisma następnie wyszłe w XXI tomie Biblioteki Pisarzy Polskich
 • Vade-mecum • Cyprian Kamil Norwid
Na zgon śp. Józefa Z. Do Walentego Pomiana Z.,
zwierzając Mu rękopisma następnie wyszłe w XXI tomie Biblioteki Pisarzy Polskich

Vade-mecum
Cyprian Kamil Norwid

Absudité - toute chose avancée par nos antagonistes,
contraire á notre routine ou au-dessus, de notre intelligence.
Dictionnaire contemporain.

 I
 Zaledwo się myśl tego wydawnictwa wszczęła,
 Pytasz mię, jak? je nazwać - Pisma, albo Dzieła?
 Jakbyś dla obu nazwisk tajemne miał wstręty -
 Pojmuję to, i wraz Ci odpowiem, Walenty!
 A naprzód, gdyby na myśl przyszło księgarzowi
 Zebrać regestra, listy, notatki i kwity,
 Którymi Voltaire (lubo pisarz znamienity)
 Zaszczepić usiłował swemu powiatowi
 Rękodzielnię-zegarków* - o! powiem Ci szczerze,
 Iż książkę stąd powstałą, że taką Agendę
 Zwałbym Dziełem i więcej: że jest dziełem, wierzę -
 Niż mnóstwo innych, których i zwać tu nie będę.
 Tak samo: nie tragedie rozwlekłe Byrona
 Dziełami jego nazwałbym, lecz te namiętne
 Powiastki greckie, których nić u jego łona
 Snowała się, a strofy ulatały smętne,
 Jak duchy, którym wcieleń czas odmówił chyży;
 I płaczą, że nie były armii-biuletynem:
 Kochankiem, bohaterem, męczennikiem - czynem;
 Że czas skąpił im gwoździ i drzewa do krzyży...
 Jakkolwiek co innego z tragedią Shakespeare'a:
 Dramy jego są dzieła; i u Danta niemniej
 Pieśń dziełem jest na pozór całej i przyjemniej
 Zamknięta i dzwoniąca rytmem w krąg jak sfera.
 Owszem: im większy sztukmistrz, tym słowo a dzieło
 Bliżej się (nie w bliźnięcy) w trzeźwy uścisk wzięło
 I jedno znasza drugie, posiłkując wzajem,
 Jak prawo - gdy przekwitnie ludu obyczajem.
 Zwij więc, jak chcesz? - Współczesność minie niestateczna,
 Lecz nie ominie przyszłość: Korektorka-Wieczna!...
 * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *
 
 Powiem Ci tylko, ani ukryć się poważę,
 Co myślę, gdy wyrzecze kto słowo: poeta!
 Im zdaje się, że dziewięć panien kałamarze
 Noszą mu, a warkocze każdej jak kometa,
 A wzrok jak? nieba lazur lub noc południowa -
 Szaty jak? obłok, poszept jak? mgła porankowa.
 Że jaw, że jawu złoty wół i lew miedziany
 I że niedoperz-dziejów, którego wciąż głowa
 Dysze, a tułów bywa co wiek wypchany,
 Że płowy lampart, tudzież innych bestyj stado
 Mijają go! - że łacno do stóp mu się kładą...
 Więc czoło wieszcza - taką otoczone szczwalnią -
 Są, którzy chłodzić radzi słowem przyzwoitym,
 I myślą, że sprostują Cię i u-realnią,
 A Ty - przy owém cierpiąc - cierpisz jeszcze przy tém
 
 Jakoż gdyby Mickiewicz po owych już wstrętach
 Za-panowawszy, gdyby nie zostawił wieści
 O krytykach warszawskich i recenzentach,
 Niejeden dziś z objętych w pisma tegoż treści,
 Niejeden z onych, którzy żółć mu nieśli zgniłą
 Przeczyłby: "jako żywo (mówiąc) tak nie było,
 Wcale nie! - uczciliśmy poetę, aż miło!
 I żaden wiersz Adama, boleścią wyparty,
 Nie spotworzył się, prawdę zapisując w karty;
 Ni gdzie w poety szale ulgi szukał człowiek;
 Czytelnik to połyka, odkupuje to... wiek.
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 
 Nie! - wcale grzechu tego nie mamy na sobie;
 Składka jest - jest i posąg - i kwiaty na grobie"
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 
 Podobnie Juliusz, gdyby w Beniowskim lub w owych
 Feullies-vilantes nie zostawił o współczesnych śladu,
 Że nie on, owi raczej przy zmysłach niezdrowych
 Będąc, nadziei jednej szukali - z nieładu!
 Aż po niemałej trudów i bolów kolei
 Przypomnieli nareszcie... potrzebę-idei! -
 Czy mniemasz? że ciż sami dziś by nie głosili:
 "Jako żywo!! - mniej więcej Juliuszaśmy czcili!"
 Również - gdy mam już prawdę mówić tym ichmościom -
 Zgon Zygmunta toż winien Polskim Wiadomościom;
 Inaczej bowiem: "Owszem! - rzekliby - przy zgonie
 Czuliśmy blask, co jego usłoneczniał skronie,
 Rok żałoby, jak Grecja - nosząc - po Byronie!
 A kto by śmiał zaprzeczyć, byłby to już istny
 Makiawel i demagog, i człowiek zawistny!"
 Więc z tego - wniosek, ile? rzeczą jest poczciwą
 Różę zwać różą, tudzież pokrzywę - pokrzywą.
 Ani że głosić zdrajcą godzi się człowieka,
 Który mówi: iż gwóźdź jest podobien do ćwieka.
 I - w Chrystusowe wierząc szczerze człowieczeństwo,
 Wielbi gwóźdź, wcale drugim nie rając męczeństwo,
 Głosząc przy tym, iż śmierci zniknie z czasem skaza
 Przez zwycięstwo, wszelako - że gwoździe... z żelaza!
 Otóż - tych rzeczy wcale ubarwiać nieskory,
 Marzyłem o powieści bynajmniej okaźnej,
 A która działaby się prozaicznej pory,
 Nie czasu fantastycznej doby, niewyraźnej;
 Nie czasu świtów mgławych, czerwonych zachodów,
 Co dziwne tła dla ludzi mają i narodów.
 I chciałem właśnie owąże wykazać prozę,
 Której się pisarz dotknąć uważa za zgrozę!
 W pałace z tęcz, w tęcz szlaki wabiąc czytelnika,
 By mu się świat tam zamknął, gdzie książkę zamyka...
 
 Owszem więc, mój bohater: i jeden, i drugi
 Wielkich nie czynią rzeczy, to zaś ich spotyka,
 Co ludzi miernych albo małoznaczne sługi.
 Homo-Quidam, z wejrzenia coś do ogrodnika
 Podobny... (acz... przez łzawe oczy Magdaleny...
 I Chrystus Pan nie większej wydawał się ceny,
 Ani się jej jak Jowisz nagle stawił Stator,
 Ani jak mąż wielmożny i rzymski senator).
 To więc w nawiasie kładąc, dodać mam niewiele,
 Jedno - iż do dziś jeszcze mądrość nasza cała
 Składa się z greckiej, rzymskiej i tej, co w Kościele
 (A która przez żydowski ród nam się dostała);
 Zaś Artemidor Grek jest i Zofia - z Hellady,
 Mag - z Izraela; młodzian? co upada blady
 Pomiędzy tłumem - wszystko miał na bohatera!
 Lecz prawdy chciał i - idąc za mistrzami w ślady -
 Tuła się - i fatalność jakaś go obdziera.
 Trud-współczucia zawodów nastręcza obficie:
 Ten i ów, nim mu prawdę da, zabierze życie;
 I - pięknym będąc - nie jest ukochan od onej,
 
 Miękkością popsowanej, a rytmen natchnionej,
 Która ma wiele z Grecji, lecz Perska tkanina,
 Azjacki płaszcz - jak wężów obwija ją ślina.
 - I, jakby nie czas już był na miłość, mój młodzian,
 Wywróconego kosza kwiatami przyodzian,
 
 Przypadkiem więc pogrzebion, jak zabit przypadkiem
 W miejscu, gdzie go sprzeczności zawiodły przypadki,
 Prawdy nie znając (lubo może jej był świadkiem),
 Bohater! a za pole bitw cóż znalazł?... jatki!
 Miałżeby to być przeto obraz pokolenia,
 Co w wilię chrześcijańskiej prawdy objawienia,
 Między zachodem greckiej i żydowskiej wiedzy,
 Dziko rośnie i ginie jak zioło na miedzy,
 A za patronów jeśli w niebiosach ma kogo,
 To chyba rzezi ciosem duszki wypędzone
 Z ciał, które żołdak rzymski popychał ostrogą,
 - Przed-męczeńskie i w wieków wieki uwielbione.
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 
 II
 Tego, coś dotąd czytał, pisać miałem wstręty,
 Przeto iż chemią trąci - trąci alembikiem;
 I jest, jakobym w bajce handlował bydlęty,
 Wołając: zapęd głupi nazywam tu dzikiem,
 Wół? z rogi złoconymi? jest bursowy cielec;
 
 Żołądek? - jest publiczność, doktryner? - widelec.
 Któż by chciał tak wycinać w pień gaje majowe,
 By widz leniwy, w stronę pozierając owę,
 Coraz to nowszy przedmiot odbitym czuł w oku,
 Nie domyślił się ruszyć - i umarł... w szlafroku!
 Ale widziałeś! - ale dotknąłeś rękoma
 Publiczności-prywatnej, ile? nieruchoma!...
 I jako - z autorem gdyby który raczył
 Współ nieco się u-trudzić - pierwej by z-rozpaczył,
 Aż przyjdzie czas nie bardzo i wiele czekany -
 Gdy jako za Shakespeare'a dni, iż był nieznany,
 Wołano, z koni ciężkich zsiadając o mroku:
 "Wiliam! potrzymaj strzemię!"- "A! z którego boku?"
 "Cóż? będę z lewej strony zsiadał - czyś oszalał?
 Nierozgarnięty chłopiec! lub wódką się zalał..."
 I Shakespeare stąd - gdy stylu jasnego kryształy
 Przejmie - Falstafów lepsze poda ideały!
 I będzie postęp wielki w grubijaństwa stronę,
 Jakkolwiek by je cudza słodziła ogłada,
 Kupiony polor wdzięczył, guziczki złocone;
 Ton obcy, który zawsze - czyj jest? - się wygada.
 A skoro przez lat wiele cichości i nocy
 Pisarz jaki zacniejsze poczucia rozbudzi:
 I poczną drgać nasiona czy kamienie w procy?
 Czy serca? ku wskrzeszeniu poruszonych ludzi;
 I on, od niwy własnej wezwany poszeptem
 Żywiołów: "jestem!" - rzecze, nazwą to konceptem.
 A choćby rzekł: "Męczeństwo prawdy jest świadectwem,
 Bez względu, czy toporem? krwią? czy jakim śledztwem?
 Znaczone - czy? obelgi pogodnym prze-życiem" -
 Katechistyczną nocję tę nazwą: odkryciem!
 Jest bowiem męczennika palmy nadużyciem
 Nie być wymalowanym z suchotniczą twarzą,
 Na węglach, które - iż są gorejące - parzą!
 (Indyjskie to - o ile boli; ile łudzi?
 Francuskie; a o ile ułomne? - to ludzi!)
 
 I koniec jest: że marność ta, pod dni ostatnie
 Zygmunta - gdy rozrywał skrzydłami tę matnię,
 Na wpół już ulatując; że ta powiatowość
 W imię kapusty (rzeczy skądinąd wybornéj)
 Pozwie go, iż pominął swoją narodowość,
 
 Człekiem ? że był zanadto, że minął grunt orny,
 Brzozy płaczące, bydła wracające trzody,
 A szukał Polski kędyś pomiędzy narody,
 Gdzieś - u Świętego Piotra grobu, lub w nowinie
 
 Apokalipskiej... perły że rzucał............................
 
 III
 O! tak, o! tak, mój drogi... czas idzie... śmierć goni,
 A któż zapłacze po nas - kto ? - oprócz Ironii.
 Jedyna postać, którą wcale znałem żywą,
 Pani wielka - i zawsze w coś ubrana krzywo -
 Popioły ciche stopą lekką ruszająca,
 Z warkoczem rudym, twarzą czerwoną miesiąca.
 Ta jedna! . . . A cóż więcej Ci powiem na wstępie?
 Oto, że w świat wchodziłem, gdy w największej sile
 Poetów trzech (co właśnie zasnęli w mogile)
 Śpiewało! - że milczałem - i znów pióro strzępię,
 Jak kłos o sierpu ostrze; a powiedz mi, proszę,
 Kto przy mnie jest, i fałsze wyrzuca macosze?
 Owszem: quantumque reges delirant, Achivi
 Plectuntur... i jest w błędzie, kto się temu dziwi.
 
 Jako więc, w świata tego którejkolwiek stronie,
 Na mchu jeśli w odludnym przylegniesz parowie,
 Planeta Ci się zaraz pod Twe małe skronie
 Zbiega - i czujesz globu kulę za wezgłowie -
 Tak, mówię Ci, że skoro istota poety
 Zebrać u piersi swoich nie umie z planety
 Całego chóru ludzkich współ-łez i współ-jęków
 Od ziemi do macicy tej najwyższych sęków,
 Od karła do olbrzyma, od tego, co kona,
 Do tego, co zawisnąć ma jutro u łona,
 Zaiste, niech mię taki nie uczy, co? jasne,
 A co ciemne? - on ledwo że wie, co przyjemne!
 Bo jam nie deptał wszystkich mędrców i proroków,
 Ale mię huśtał wicher, ssałem u obłoków
 I czułem prochów atom na twarzy upadłéj.
 Sfinksy znam, czerwieniły się skąd? czemu bladły...
 Boga? - że znikający nam przez doskonałość -
 Nie widziałem, zaprawdę - jak widzi się całość -
 Alem był na przedmieściach w Jego Jeruzalem,
 W wodzie obłoków krzyżem pławiąc się czerwonym,
 Źwierzo-krzewowe psalmy mówiłem z koralem,
 Z delfinem - pacierz, z orłem? - glorię - uskrzydlonym...
 I właśnie, gdy rzecz wszczynam poziomego toru,
 To nie przeto, ażebym sługą był wyboru,
 Lecz że mię wciąż dolata trumny zatrzask nowéj.
 Dziennik donosi: "Ten się struł, zabił się owy -
 Pracował w Ossolińskich Księgozbiorze sporo,
 Zbyt czuwał - konstytucję nie dość krzepił chorą..."
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 
 Prawda! prawda! lecz jakżeż może być inaczej??
 Skoro, na grobie każdym rozwartym z rozpaczy
 Porzucawszy gałązki - zasłonicie przepaść,
 Mówiąc: "Idź... uszczknij listek!" - ale... któż ci powie,
 Że się załamie ziemia - i nie możesz nie paść
 Nogą na obróconej ku niebiosom głowie -
 Owszem - tę prawdy stronę uważając za rdzę -
 Malowany samotrzask zastawią ci w rowie...
 Na korzyść serca...
 ...sercem tym - szkołą tą - gardzę!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.