Do Bronisława Z.

Z Wikiźródeł, repozytorium wolnych materiałów źródłowych


Do Bronisława Z. • Cyprian Kamil Norwid
Do Bronisława Z.
Cyprian Kamil Norwid

 Maleńkich dwoje dzieci pod ubogiej chaty progami
 Zabawiało się wzajem złamkami rozbitej szyby,
 Szyby, której rozłam stanowił epokę na wsi,
 Gdzie rzadki chadza szklarz, a grad pamiętnym bywa,
 Potratowane zostawując łany i gałęzie drzew...
 Mędrzec patrzył na dzieci i radość ich z tęcz rzucanych szkłem
 I oto narodziła się soczewka, a myśl zawróciła teleskopem
 W słońc miliardy i w światów szlak przez Drogę Mleczną!
 
 Tak -- ze Świętego Kaźmierza murów po-zastołecznej krasy --
 Pytam Cię: nie, "czy weneckie znasz zapusty?",
 Lecz -- czy Przełożonej Zakonu Sióstr święto-imienne
 Znasz, o! Rodaku, pośród mnogich hucznego Paryża ciekawości?
 Michelet stary, którego młodzieńcze czarne oczy
 Przy jak śnieg białej grzywie włosa stoją mi jeszcze w pamięci,
 Mówił mi był: że "sztuki przyszłość polega na tym,
 By wyrazić dobroć..." -- piękność bowiem i świętość
 Częstotliwiej zachwycał niejeden dostojny mistrz.
 
 Wallenroda Autor w Rzymie (pomnę to, jak dziś),
 Gdy o sztuce raz ze mną mówił (-- mistrz w teoriach skąpy,
 Przenoszący nad one tworstwo nieśmiertelnego geniuszu),
 Rzekł: "Nie patrzy dziś sztukmistrz albo wejrzenia k'temu nie ma,
 By uważył postać i lica córki zakonnej,
 Gdy przyjąwszy Sakrament od ołtarza stopni odchodzi --
 Źródliska są tam!..." --Dziadów Autor, pomnę, jak to mówił ze mną.
 
 "Co piszę?" -- mnie pytałeś -- oto list ten piszę do Ciebie --
 Zaś nie powiedz, iż drobną szlę Ci dań -- tylko poezję!
 Tę, która bez złota uboga jest -- lecz złoto bez niej,
 Powiadam Ci, zaprawdę, jest nędzą-nędz...
 Zniknie i przepełźnie obfitość rozmaita,
 Skarby i siły przewieją -- ogóły całe zadrżą,
 Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
 Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...
 Umiejętność nawet bez dwóch onych zblednieje w papier,
 Tak niebłahą są dwójcą te siostry dwie!...
 
 Ty myśliłbyś, że z Paryża teraz do Ciebie piszę
 Tą przepłynionego Sekwaną, która co noc
 Samobójstwo lub zbrodnię falami swymi
 W płachty chłodne otula przy drżącym blasku gazu.
 
 Patrz -- oto tam i owdzie mało okaźne mury;
 Wnijdź -- ma się pod wieczór, mniemałbyś może,
 Iż na Malcie w zakonu gdzieś rycerskiego ostatku
 Zatułałeś się... tu, tam -- uchylone Ci drzwi okażą
 Rdzawę na murze szablę albo groźny i smętny profil:
 O mało nie stuletni owdzie mąż w konfederatce, jak cień
 Nie dołamanej chorągwi przy narodowym pogrzebie,
 Przeszedł mimo i zagasł w długim jak nicość korytarzu -- --
 Czujesz dzieje, jak idą, niby stary na wieży zé gar,
 Nie pytający się o miasto, któremu z chmur bije godziny.
 Wiek tu który? który rok? niedola która?
 Tacyt stary mógłby z mężami tymi rozmawiać,
 Nauczając się, jak nauczać niefortunnych rzeczy morału.
 
 Patrz! -- oto i gdzieniegdzie, tam i sam,
 Ożałobione, blisko od dwóch tysięcy lat,
 Kochanki Tego, który był umarł na Golgocie,
 Przechadzają, dla Jego wspomnień dobrze czyniąc.
 Nagłowia ich białe w powietrzu drżą za krokiem
 Prowadzonym oblubieństwem obowiązku.
 
 Dziś, że święto imienne głównej w zakonie matrony,
 Kilkadziesiąt panienek w tyleż zakwita uśmiechów.
 Ruch niezwykły dostrzegasz -- kury nawet i kogut
 Oglądają się w słońcu skąpo błyszczącym na murze;
 Nieleniwo pies kroczy z ciężkiego spuszczon łańcucha.
 Świat coś czuje. -- Opodal jest wielkie miasto Paryż,
 Za bogactwy goniące we dwa miliony śmiertelnych,
 Tu -- dialog -- a rzekłbyś, że z czasu Tyrso da Molina.
 Już poczyna się wieczór -- panna przebrana z wąsami,
 Kreślonymi widocznie niemęską ręką, ta znowu
 Jak Żyd, z brodą, niezgrabność kłamie umiejętnym krokiem,
 Aniołowie w intrygę dramy bez ogródek wchodzą,
 Jak u siebie, Cheruby, i widać, że im wygodnie
 Ze skrzydłami z papieru, które chowają się potem
 Na rok przyszły w Komodę... jakkolwiek panienki rosną
 I ze skrzydeł, mniemałbym, wyrasta osoba słuszna.
 Krakowiaki z dziewkami wielkości tej, co dwa razy
 Ten papieru arkusz, taniec poczynają hoży,
 Czapkami się kłoniąc i giest mając Ojczysty
 Nie znajomej im ziemi... (tak, pomnę, że się bawiłem,
 Z wolą matki, przedzgonną, obok złożonej chorobą...!)
 
 Alić finał nadchodzi -- morał i próżniące się szybko kosze,
 Z których wylatują pomarańcze, a te rozchwycone są rękami,
 Które, objąć nie mogąc całej owocu okrągłości,
 Powiększają onegoż wielkość, wytworność i cenę.
 
 Szczęście, widzisz, mój drogi!... jest -- i Ojczyzna -- i Ludzkość,
 Z pomarańcz bierz dowód... ażali Newtonowe jabłko
 Prawd nie pouczyło znamienitych?... jest i potęga istna sztuki
 -- Żywej wtedy, gdy bliskie umie idealnym znamienować.
 Pobłażliwym to niechaj czyni Cię i dla heksametru:
 "Exsul eram, requiesque mihi, non fama!!..."


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora.